Bezruch - Grzegorz Kapla - ebook + audiobook + książka

Bezruch ebook

Grzegorz Kapla

5,0
46,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Intensywne śledztwo, niepokojące odkrycia i przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć Trwają poszukiwania chłopca porwanego przez zdesperowanego ojca. W trakcie śledztwa warszawscy policjanci w posowieckim bunkrze przypadkowo trafiają na makabryczne znalezisko – zmumifikowane ciało kobiety. Wkrótce wychodzi na jaw, że korzenie tej zbrodni sięgają czasów PRL-u. Podkomisarz Olga Suszczyńska podejmuje próbę rozwikłania zagadki, która jest bardziej skomplikowana, niż ktokolwiek przypuszczał. Sprawa okazuje się wyjątkowo delikatna, gdyż jest powiązana z wpływowym kandydatem na prezydenta, wysoko postawionymi politykami, mafią, a nawet policją. Kto i z jakiego powodu próbuje zatuszować zbrodnię sprzed lat? Czy Serbii uda się dotrzeć do prawdy? Bezruchto świetnie skonstruowany kryminał, mocno osadzony w realiach polskiej historii, w którym tajemnice łączą przeszłość z teraźniejszością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 521

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 7/31/2031

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mariolka72
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! Nie można się oderwać, chcesz wiedzieć co dalej, jak potoczą się losy Aśki I Roberta, Serbii i Kosy a to wszystko z historią lat 80-tych w tle - Popiełuszko, Jaruzelski, stan wojenny- historią, którą pamiętam. Jak dla mnie chyba najlepsza ze wszystkich pozostałych, może dlatego że pamiętam te tragiczne wydarzenia. Polecam z całego serca!
00



Bezruch

Copyright © 2026 by Grzegorz Kapla

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Lois Adomite/Arcangel Images

Redakcja: Magdalena Mierzejewska

Korekta: Joanna Habiera, Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-68542-31-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

Prolog

Nie mogła zasnąć. Nasłuchiwała. Czekała na kroki w ciemności. Kiedyś bałaby się ich, nieważne, czy to było człapanie starego, czy to ten młody, lepszy, suwał stopami. Kiedyś kroki znaczyły, że ten, który przyjdzie, zrobi jej krzywdę. Czasami taką zwyczajną, że dostanie po twarzy. Albo wyleje herbatę na spodnie.

Spodniom już wszystko jedno, ale wrzątku żal, bo nie piła dawno, i za tę herbatę, gdyby ją zostawił, oddałaby wiele.

Najgorzej było, kiedy zmuszali ją do siedzenia na golasa i ktoś patrzył na jej brudne ciało, a ona czuła wstyd najpierw z powodu nagości, a potem już tylko brudu, obwisłych piersi, skóry na brzuchu, szczeciny na nogach. Drżenia rąk. Kolan obitych jak jabłka. Nawet obgryzionych paznokci.

Na początku bała się nawet samej ciemności, ale potem przywykła, zdążyła się przekonać, że ciemność jest dobra. Pozwala się ukryć. Nie patrzeć w oczy. Nie czuć wstydu. Nie uciekać. Pozwala leżeć bez ruchu, być jak drewno. A może nawet jak kamień. Napisy w kamieniu trwają dłużej niż w drewnie. Ale najdłużej trwa to, co w sercu. W ciemności można przestać się bać. Bo kiedy leżysz bez ruchu w absolutnej ciemności, możesz zniknąć. Rozpuścić się jak grudka soli. Wystarczy poczekać. I mieć jeszcze tylko tych kilka kropel wilgoci.

Na początku zostawiali jej wodę w butelce po mleku. Takiej litrowej. Kiedy już była pusta, przykładała do niej ucho i wtedy butelka szumiała.

Wtedy bała się jeszcze ciemności i ten szum pomagał jej przetrwać. Za bardzo się bała, żeby zasnąć. Zdawało jej się, że za blaszanymi drzwiami ktoś jest. I tam oddycha. Takim dziwnym rwanym oddechem, jakby przez szmaty. Przerażała ją wizja, że to ciemność oddycha. Nienawidziła tego oddechu. Temperatury nieprzystającej do okoliczności. I tego, że ciemność nie potrafiła się dopasować. Nigdy nie była w sam raz. Ani obojętna.

Trzeba się wtedy bać. Więc lękała się jej drżenia, pulsowania, nagłych skurczy nabrzmiałej wężowej powłoki, lśniącej, oleistej, naładowanej elektrycznością.

Czasami, kiedy marzła na kość – bo brzydziły ją stare wojskowe pledy, które jej dali, nie wiadomo, kto ich dotykał ani co to były za plamy – i zapalali jej żarówkę podczas jedzenia, widziała te koce na tyle dokładnie, żeby wszystkich plam nauczyć się na pamięć. Mapa plam.

Nie chciała dotykać w ciemności żadnych plam, bo wtedy sama ciemność zdawała się ją dotykać. A kiedy miała gorączkę – na pewno czasami ją miewała – to ciemność drażniła ją zimną, obleśną, bliską miękkością pleśni.

Najbardziej bała się tego jej pulsowania. Dokładnie tak samo czuła się dawno, dawno temu, kiedy razem ze Stefankiem wysłuchiwali opowieści babci. Mama zawoziła ją na wieś do babci, a potem znikała, by robić karierę na uniwersytetach, dyskutować o słowach ludzi pochowanych przed wiekami w drewnianych skrzyniach i pod kamiennymi płytami sarkofagów; ludzi, którzy nie mieli już serc, płuc ani ust, ale wciąż gadali i gadali, a mama wyławiała w ich słowach sensy, niezrozumiałe dla nich samych, bo w dawnych czasach było za wcześnie, żeby wszystko ogarniać umysłem.

Babcia wycierała ręce w fartuch, głaskała Stefanka po włosach, a Aśkę po policzku. Wtedy dziewczynka wciągała głęboko do płuc zapach rosy, krowiego łajna i kurzej posoki, bo przecież skoro przyjeżdżali, babcia musiała nastawić rosół.

W ciągu dnia biegali po łąkach. Brudzili buty w błocie, nabierali brunatną breję w złączone ręce i ganiali kurczęta, żeby wylać im ją na głowy. Albo szturchali świnię łodygą lebiody. Świnia przekomarzała się z nimi, że niby tego nie czuje, nie widzi, ale jak tylko łodyga była blisko ryja, to chwytała ją i ciągnęła. Wtedy się śmiali i zdawało im się, że świnia śmieje się razem z nimi.

Wieczorami babcia nalewała zagotowanej wody do cynowej wanny, którą ustawiała na środku kuchni, blisko pieca. Wodę lała wiadrem, a gdy już się postarzała i osłabła – to garnkiem z czarnymi uszami.

Kiedy rozchlapali wszystko i włosy schły im pod szarymi kłębami ręczników, nakrywała oboje pierzyną, zapalała cztery świece w podstawce zabawkowej choinki, na której wierzchołku na krótkiej osi znajdował się pofałdowany blaszany baldachim. Gorące powietrze ze świec sprawiało, że baldachim zaczynał się obracać, a dzwoneczki dzwoniły. Myślała wtedy, że nadchodzą święta.

Potem się dowiedziała, że to była ruska choinka, więc żadne święta nie nadeszłyby z jej powodu. Ale i tak chciała, żeby to wszystko wróciło. Żeby przyszła babcia i zabrała ją stąd, z tej czeluści. Wie, że to czeluść, bo kazali jej tutaj zejść po drabinie, którą potem wyciągnęli na górę. Musiała zostać sama.

Babcia znała mnóstwo opowieści. Na przykład o skarbach ukrytych w lochach. Trzeba było odnaleźć wejście, przeżegnać się trzy razy, wpełznąć do środka i nigdy, ale to nigdy nie oglądać się za siebie. Kto się obejrzał – zamieniał się w kamień. A kamień nie chodzi. Nie może wrócić do światła. Nie ma rąk. Nie może zdobyć skarbu. A na dodatek wszystko pamięta. Czasami babcia zmieniała to i owo. Wtedy ten, kto się obejrzał, zamiast w kamień, zamieniał się w słup soli. Lepiej było być kamieniem niż słupem soli. Szczury nie mogły ugryźć kamienia, lubiły za to lizać sól.

To obrzydliwe, być słupem soli.

Wolała inne bajki. Na przykład o księżniczce na ziarnku grochu. Stefanek ją lubił, bo było tam miejsce dla księcia, dla rycerza. Dla kogoś, kto potrafiłby zabić smoka i uratować królestwo, a nie tylko być kamieniem.

W opowieści o księżniczce nie było wcale ciemności.

A teraz była wszędzie, ale Aśka bała się jej mniej niż światła. Ciemność oznaczała, że jest sama. Mogła w spokoju leżeć na czterech deskach, owinięta szmatami, i płakać. Nie sądziła, że człowiek może aż tak dużo płakać. I że jest tyle rodzajów płaczu: z bólu, głośny, niepohamowany, płacz kogoś, kto nie spodziewał się zła. Płacz z powodu zdartego kolana i wybitego zęba. Taki płacz ma koniec. Mama podnosi cię z ziemi, otrzepuje zabrudzone ręce, dmucha na nie albo całuje. Potem przytula i po bólu.

Inny natomiast jest płacz z bólu, który nie mija. Na przykład kiedy skórzana pałka trafia w udo pierwszy raz. Płacz ze zdumienia, że to prawda. Że oni naprawdę biją. Albo ten z powodu bólu zęba. Powiedziała im, że ząb boli i nie przestaje, że się ułamał kawałek, dziąsło puchnie, ale tylko wzruszali ramionami.

„Nic się nie da z tym zrobić. Napiszesz, co potrzeba, i może coś się poradzi. Polopirynę albo tabletkę z krzyżykiem”.

Ale nie chciała pisać. Nie wolno jej. Musi wytrzymać, myślała, musi wytrzymać, wszystko przecież ma swój koniec. Każda książka, burza i każdy kawałek chleba, choćby go tylko ssać, nawet nie gryźć, też ma kiedyś koniec.

Potem jednak się poddała. Pisała.

Pisała za wodę i chleb. Ale żadnych dokumentów. Listy pisała. Że tęskni. Że jej go brak. Żeby przyjechał po nią i zabrał ją z tego świata. Dopóki pisała, miała światło. Dziwne listy. Wiedziała, że to może być podstęp, ale nie potrafiła go rozgryźć. Mimo to postanowiła zaryzykować. To nie był gryps, ale szyfr. Wiadomość osobista. Trzeba ją ułożyć tak, żeby oni nie zrozumieli. Ale czy on będzie wiedział? Może gdyby nie była tak strasznie zmęczona z powodu braku snu, to napisałaby lepiej. Ale kiedy nie śpisz, tracisz czujność.

Ile można leżeć w ciemności, kiedy nie wiesz, która godzina ani jaki dzień? Ani jaka epoka? Przypomniał jej się Stachura, jak leży w swojej kurtce wojskowej przy torach w Bednarach pod lokomotywą i jak go wyciągają, wciąż żywego, ale już bez palców. Na gitarze nie zagra nigdy więcej „nie Brookliński Most, lecz na drugą stronę głową przebić się przez obłędu los, to jest dopiero coś!”.

Ona ma wszystkie palce. Ale nie wie, czy zagra, czy nie będzie się bała otworzyć ust. Tyle dni nie myła już zębów. Zęby bolą. To pewnie taki sam ból jak ten z bezsilności, kiedy odchodzi ktoś, kogo kochasz, z powodu choroby, o której nikomu nie wolno powiedzieć. Dziwny jest wtedy płacz. Dużo łez i prawie żadnych dźwięków. Czasami krew na przygryzionej dłoni, żeby na chwilę zapomnieć. Albo ten dziwny skurcz, kiedy nie możesz złapać powietrza, gdzieś na granicy histerii.

Pewnego dnia usłyszała, że musi się umyć, bo ktoś do niej przyjedzie. Adwokat? No pewnie, że adwokat, a kto inny? Matka za granicą, brat nie wiadomo gdzie, babcia umarła na tę wstydliwą chorobę – zapomniała, kim jest, nie pamiętała nawet, żeby załatwiać się do toalety. Brzydziła się wtedy babką, myślała, że lepiej jej będzie u sióstr, a teraz sama ma obsikane nogi, i nic. To nie boli. Nie przeszkadza, ale skoro ma przyjść adwokat, to się umyje.

Stał nad nią i patrzył, jak się pochyla nad obitą, dużą białą miednicą, chyba wiadro wody tam weszło. Woda zimna, ale nie szkodzi. Odwróciła się do niego tyłem, kiedy usiadła w tej miednicy, rozchlapując dookoła.

Potem dał jej czystą koszulę. Bluzę. Takie bluzy to chyba nosi wojsko. Długi rękaw. Jakby dres, zielona.

Nie pachniała niczym. Może trochę szczurem.

Czasami, żeby nie zwariować, przypominała sobie po kolei opowiadania o Sherlocku Holmesie.

„Ranek był mglisty, chmurny, nad dachami domów unosił się ciemny obłok, będący jakby odbiciem zabłoconych ulic”1.

Kiedy szła do toalety, wiedziała, że tam jest światło. Wyglądało to jak jakiś niedokończony bunkier, bo z sufitu i podłogi sterczały końce przewodów oraz prętów zbrojeniowych. Pordzewiałe, martwe, ale niecięte i niepołamane.

Na początku próbowała wszystko zapamiętywać.

Olejną lamperię w kolorze rdzawej czerwieni. Stół obity blachą. Rdzawe plamy na blacie. Metalowy kubek z czarną rączką. Gdyby dostawała gorącą herbatę, parzyłby jej wargi. Ale dawali tylko wodę. Chociaż nie, pierwszego dnia i kilka razy potem dostała kawę inkę. Dziwny zapach i smak. Z termosu. Młody jej przynosił. Kawa i ciastko, myślała, chociaż to była jedynie bułka i serek homogenizowany. Chciało jej się śmiać za każdym razem, kiedy widziała tę nazwę. Homogenizowany. Jakby ktoś z serka chciał uczynić człowieka.

– Niech się pani nie martwi – pocieszał ją młody. – To nie potrwa długo. Kilka dni i po sprawie.

Na początku miała nadzieję. Potem straciła rachubę czasu. Wydawało jej się, że ciemność trwa bez końca. Nauczyła się ich rozpoznawać po tym, jak chodzą. Stary stawiał stopy mocno, słyszała, jak rozchlapuje wodę. Młody ciągnął stopy po ziemi. Na początku zdawało jej się to niemożliwe. Słyszeć kroki przez stalowe drzwi? To musiały być omamy. Przesłyszenia. Fantomy. Ale kiedy zostawiają cię w kompletnej ciemności, skazaną tylko na węch i słuch, zaczynasz słyszeć coraz więcej. Podobnie jest ze smakiem. Nawet zwyczajna bułka z masłem smakuje wówczas niesamowicie.

Na początku nie jadła ani nie piła. Prosiła wtedy o telefon, żeby powiadomili jej brata, mamę, kogokolwiek. Nie rozumiała, dlaczego telefon nie przysługuje. Potem próbowała tłumaczyć, że to przecież pomyłka, ona nie zrobiła nic złego. Kiedy zostawała sama, wciąż i wciąż rozpamiętywała, jak ją zatrzymali, gdy wracała ze spaceru z psem profesora. Najpierw siedziała w normalnym więzieniu, w izolatce. Niczego nie podpisuj, na zeznaniach domagaj się adwokata, a jak przyjedzie, to żądaj, żeby zapisywali wszystkie pytania. Ale nie było przesłuchań. Przewieźli ją do tego miejsca, nie wie gdzie, bo miała na głowie worek.

Potem milczała. Próbowali ją zmusić do pisania. Zacięła się. Nie jadła. Zaczęła jeść dopiero, kiedy próbowała się uczesać palcami i w ręku została jej garść włosów. Wtedy wzięła bułkę od młodego. Coś z nim było nie tak. Posuwał nogami, jakby wiecznie był zmęczony. Wycofany. Może chory na coś? Może nie lubił ciemności? Może nie był szczęśliwy, trzymając ją tutaj, nie wiadomo gdzie?

– No właśnie, może mi pan powie, gdzie my w sumie jesteśmy?

– Niech się pani nie martwi – pocieszał ją. – To już długo nie potrwa.

Nie wierzyła, ale on w końcu jednak przyszedł, przyniósł jej sweter, majtki, męskie, ale i tak była mu wdzięczna. I czyste spodnie. Trzymał ją, kiedy szli po schodach. Nie dał jej patrzeć na tamten straszny korytarz. Ale ona wiedziała już, że tam nie wolno spojrzeć, nie wolno za żadne skarby świata. Ale gdy tylko zamykała oczy, wciąż widziała ten oderwany język. I o mało nie zemdlała, bo kiedy wyszli na zewnątrz, wszystkie zapachy odurzyły ją naraz: noc, ziemia, kwiaty, drzewa, zwierzęta. Najbardziej noc. Ptaki się płoszyły, kiedy szli, a raczej kiedy ją ciągnął, bo nie miała siły. Samochód jakiś ciasny, dał jej się napić wódki, dobrze robi, wódka zawsze dobrze robi. Zaciskała zęby, żeby nie rzygać. Żołądek palił. Jechali chyba po ciemku, nie umiała sobie przypomnieć, a potem już zwyczajnie, drogą. A droga pusta. Żadnego innego samochodu. Kierowca niedbale trzymał kierownicę.

– Niech się pani nie martwi – powiedział przez zaciśnięte wargi. – Nie martw się, niech się martwi martwią. Uciekliśmy, i to najważniejsze.

A teraz siedziała unieruchomiona przy stole. Najpierw poruszała dłonią. Drewno musiało być spróchniałe. A potem napięła mięśnie, szarpnęła i gwóźdź wyszedł ze stołu. Jedną dłoń miała wolną.

Rozdział 1

Teraz

– Nie, nie mogę zasnąć wieczorem, więc to chyba oczywiste, że się nie wyspałam. – Olga potarła palcami spuchnięte oczy, ale nie pomogło. Były nabrzmiałe i twarde. Jakby miała tam piasek.

– Nie dbasz o siebie. – Głos Szymona dobiegał jakby z oddali. No jak miał być z bliska, skoro dzieliło ich trzysta sześćdziesiąt kilometrów, cztery godziny jazdy, pieprzona kwarantanna, strach, żal, tajemnica.

– Dbam, mam nawet maseczkę na twarzy.

– Ale nie sypiasz. Wiesz, sen dobrze hobi na mechanizmy immunologiczne. A tak już jest z wihusami, że trzeba mieć przeciwcia…

– Seks robi najlepiej. – Chciała na niego warknąć, ale jak warczeć na kogoś, kiedy ta maseczka jest w kwiaty? Tylko taką udało się załatwić. Ktoś w jej kamienicy powkładał sąsiadom maseczki do skrzynek na listy. Żoliborz umie się odnaleźć w trudnym czasie.

Miała na końcu języka, że powinien być tutaj, z nią, razem, a nie w jakimś pieprzonym Wrocławiu. Chciała mu przypomnieć, że mówił, iż załatwi przeniesienie, i co? Teraz, w tej kwarantannie?

– Tak, wiem, chciałbym…

– Nie pierdol, wiesz? Lubię cię i wiele ci mogę darować, ale…

– Ale, Olu – przerwał jej – przecież hozumiesz, jesteśmy na piehwszej linii fhontu.

– Na pierwszej linii frontu to jest pani ze sklepu, w którym kupuję chleb, rozumiesz? Widzę, jak jej się trzęsą ręce i jak chciałaby być w domu z dziećmi czy z wnukami, bo stara już jest, ale stoi tam i sprzedaje ten chleb, nie wiem, ile tych chlebów, bułek, sto? Dwieście? Każdemu „dzień dobry”, „do widzenia”. Ona jest na pierwszej linii frontu. Albo listonosz, albo ci co śmieci wywożą, wiesz, co może być w takich śmieciach?

– Wiem – wszedł jej w słowo. – Wiem. Tym się właśnie zajmuję. Grzebaniem w ludzkich śmieciach.

Nie powiedziała nic.

– Jesteś tam?

– Uspokoiłam się. – Westchnęła. – Nie wiem, co mnie naszło. Przepraszam. Po prostu chciałabym, żebyś był tutaj. Zapieprzamy jak osły, ale jutro wreszcie mam wolny dzień. Będę oglądała Netflixa i jadła.

– Nie mogę przyjechać.

– Wiem. A ja nie mogę dłużej gadać. Gruby idzie. Mordę ma skwaszoną, jakby mieli jednak wprowadzić ten stan wyjątkowy.

– Nie, u nas już po i nic nie…

– Ale wszystkich ściągnął, więc jest coś poważnego. – Wyłączyła komórkę, bo Gruby odkaszlnął w dłoń zaciśniętą w pięść.

Raz, drugi.

Poruszyli się i spojrzeli po sobie.

– To nie wirus, kochani. – Młodszy inspektor Kazimierz Leśmian skulił się w sobie, jakby bolał go brzuch, a potem sięgnął prawą ręką do rękawa swetra i wyciągnął stamtąd chusteczkę.

Staroświecką, płócienną, nie widziała czegoś takiego od dziecka.

– To grypa. – Wytarł nos i wsadził chustkę do rękawa.

Milczeli. Ktoś zaszurał krzesłem.

– Zbadałem się. Mam wyniki testu, rano przyszły. Jest negatywny.

Milczeli. Wiedzieli, że bał się od kilku dni. Był na spotkaniu z ministrem środowiska, a potem telewizja podała, że minister ma koronawirusa.

– Gdybyśmy pracowali w szkole, powiedziałbym, że jeśli ktoś z was się boi albo ma dziecko, albo nie wiem, starą matkę pod opieką, to może pracować zdalnie. – Uśmiechnął się. – Żart taki to miał być.

– Ha, ha – zaśmiał się Pisarski z prewencji.

– No dobrze. – Leśmian odkaszlnął jeszcze raz. – Jak jedni z was już wiedzą, a inni właśnie się dowiadują, mamy sytuację… – Podszedł do stolika, na którym Wiśniewski z dochodzeniówki stawiał laptopa.

Poczekali chwilę, aż nagrzeje się rzutnik.

– Myślałem, że mamy stan wojenny – powiedział Pisarski. – Zostań w domu, nie idź na wybory.

– Mylił się pan. – Młodszy inspektor potarł łysą głowę. Wszyscy wiedzieli, że nie lubią się z Pisarskim, bo Leśmian przyszedł z dobrą zmianą, a to się ludziom nie podobało. Zwłaszcza tym, co ze swoimi poprzednimi szefami pracowali od dekady albo i dłużej.

Cisza była nieznośna. Ludzie oglądali coś w swoich telefonach. Nikt poza Olgą nie miał na twarzy maseczki. Czuła się z tym, jakby była naga, ale postanowiła być twarda. Teraz musiała być bezwzględnie twarda. Musieli to wyczuć, bo nikt się nie zaśmiał, kiedy pierwszy raz przyszła do roboty z maską na twarzy. A może sami też się bali? Przed kulą obroni cię kamizelka, a przed koronawirusem co? Jej matka powiedziałyby, że Bóg, ale skoro episkopat przyznał, że lepiej nie chodzić do kościoła, to znaczy, że Bóg nie ratuje przed wirusem. Och, mogłaby to powiedzieć matce, ale przecież nieżywi nie słuchają.

– Dobra, mam – powiedział Wiśniewski.

Spojrzała na ekran.

Blond włosy, niebieskie oczy, uśmiechnięty, sympatyczny. Gdyby potrzebowała chłopaka i miała Tindera, przesunęłaby jego zdjęcie w prawo, wyrażając swoją aprobatę.

– Jarosław Hełczyński, lat trzydzieści osiem, niekarany, ratownik medyczny, zatrudniony w szpitalu w Bundes… Bundeswehr… ja pierd… co za język – zdenerwował się Leśmian. – Bundeswehrkrankenhaus. Krankenhaus. No. Wczoraj uprowadził syna, Artura, lat pięć, z domu jego matki w Aninie. No, wrzuć mi zdjęcie chłopca.

Na ekranie pojawiła się fotografia dziecka w niebieskim sweterku.

– Zabrał chłopca z podwórka – kontynuował Leśmian. – Babcia, Jadwiga Wolska, próbowała mu przeszkodzić, ale bezskutecznie, Hełczyński powiedział, że ma prawo widywać się z synem. To prawda, ma prawo, ale powinien był to uzgodnić z matką, Haliną Wolską, lat trzydzieści sześć, pielęgniarką, poznali się w pracy, w szpitalu. Mieli dziecko, ślub, rozwód, niebieską kartę, cały zestaw. Ona twierdziła, że się nad nią znęca, dowodów nie było, w końcu go nagrała, jak straszył, że zabije ją i tego chłopca. Wtedy chłopiec miał dwa lata, pożarli się o jej romans. Wiadomo, szpital, nocne dyżury, takie sprawy się zdarzają, dowodów nie było, ale Hełczyński twierdził, że kobieta go puszcza kantem z doktorem Janickim. Może miał rację, bo teraz ona i doktor razem mieszkają.

Olga usłyszała szmer. Faceci zaczęli ze sobą rozmawiać gdzieś za jej plecami.

– Już? – Leśmian odczekał chwilę. Potarł dłonią łysą czaszkę. Wyglądał źle. Ciekawe, czy to naprawdę grypa, pomyślała, czy po prostu pęka, przerasta go to wszystko, że musi stać przed nimi i udawać, że sam nie jest obsrany ze strachu. Przecież ma rodzinę. Pewnie się boi, że przywlecze to do domu. Ona by się bała. Nie miała rodziny, a i tak się bała. Nawet kiedy do niej strzelali, nawet gdy wisiała za nogi z workiem na głowie, nie czuła aż takiego strachu.

– Już? – powtórzył dowódca.

– Panie inspektorze, jak on… jak on w Niemczech pracuje, to jak? Przez te zamknięte granice przejechał?

– Przejechał. Wiśnia, weź powiedz, co wiesz.

– Przejechał przez granicę dwa dni temu, przez Kołbaskowo. Zameldował, że wraca do kraju, wypełnił kartę na kwarantannę, podał adres Aleje Jerozolimskie pięćdziesiąt pięć. Nie stawił się tam, nikt go tam nie zna, uprzedzając wasze pytania, nie ma możliwości sprawdzenia, czy ludzie na granicy podają właściwe dane. Dziecko zabrał około południa, a o trzynastej siedem wysłał SMS do byłej żony, że zabije siebie i chłopca. Że nie da syna obcemu facetowi. – Wiśniewski spojrzał w papiery. – „Ty kurwo, nie zostawię własnego dziecka obcemu facetowi. Nigdy więcej nie zobaczysz ani mnie, ani Arturka”.

– No ale tu nie ma nic, że chce go zabić, tylko że ona go nie zobaczy.

– Ale ona zadzwoniła do niego od razu pod ten numer i wtedy jej powiedział. Tak zeznała. Że postanowił zabić dziecko, a potem siebie. Po tym, jak się rozłączył, próbowała ponownie dzwonić, ale już tylko słyszała, że abonent czasowo niedostępny, a potem, że nie ma takiego numeru.

– Połamał kartę.

– Tak, prawdopodobnie zniszczył kartę. Zgłosiła się do nas, koledzy z siódmego komisariatu przyjęli zgłoszenie o czternastej trzynaście, no i się zaczęło. Tu mam treść zgłoszenia. – Wiśniewski zaczął znowu szeleścić papierami.

– Nie no, kurwa, Wiśnia. – Leśmian podniósł ręce do góry. – To nie sąd, nie czytaj papierów, bo nie ma czasu. Ten telefon należał do jakiegoś faceta ze Szczecina. Jak chłopaki do niego zadzwonili w nocy, to się okazało, że mu ukradli samochód razem z tym telefonem. Żółty Renault. Babcia nie pamięta, jakim samochodem był u nich ten Hełczyński, ale twierdziła, że żółty. No i mamy to auto, bo dzisiaj rano policjanci z posterunku w Łącku znaleźli Renaulta. W środku są ślady krwi. Nie wiemy jeszcze czyje, niewiele krwi, jak po skaleczeniu raczej, albo może z nosa. W samochodzie nie znaleziono ani Hełczyńskiego, ani tego dzieciaka. Jest decyzja, że szukamy.

– Czego szukamy?

– Ich szukamy.

– Ale gdzie?

– No dookoła tego Łącka.

– Łącka śliwowica najlepsza – mruknął któryś. – Siedemdziesiąt procent jak nic.

Kilku się roześmiało. Napięcie odrobinę zelżało.

– To nie jest to miejsce – powiedział Leśmian. – Śliwowicę gdzieś w górach robią, a to jest Łąck koło Płocka.

Minęło kilka godzin.

Była siedemnasta dwadzieścia pięć. Serbia parkowała Forda przy wąskiej drodze w okolicach Środonia. Z każdej strony Łącka ruszały ekipy poszukujące. Po Hełczyńskim i dziecku ani śladu. Z przeglądu monitoringów wiadomo, że nie byli widziani na żadnej stacji benzynowej. W telewizji pokazali zdjęcie ojca i syna. Żadnego odzewu, ale ludzie mogli mieć dość telewizji. Od początku kwarantanny tylko jęk i ten sam strach. Jakby niektórzy prowadzący mieli satysfakcję, czytając, że wreszcie jest dziesiąta ofiara w Polsce. W każdym razie numer kontaktowy policji milczał. A to się nigdy dotąd nie zdarzało. Zawsze było mnóstwo zgłoszeń. Zawsze ktoś widział gościa podobnego do tego, którego poszukiwały służby.

A teraz nic.

Cisza.

Nie wróżyło to dobrze.

– To tutaj? Jesteśmy we właściwym miejscu?

Wąska droga, las, skrawki pól, niebieskie niebo. Wyż znad Skandynawii. Zimny, słoneczny, aż bolały oczy, tak pięknie.

– Tutaj. – Kosiński sprawdził koordynaty. – W takich sprawach możesz mi zaufać.

Uśmiechnęła się. Tak. W kwestiach dotyczących komputerów, smartfonów i wszystkich tych nowych technologii mogła mu ufać.

– Muszę rozprostować nogi. – Otworzył drzwi i do środka natychmiast wpadły chłód i zapach lasu wymieszany ze smrodem obornika. Budynki, które minęli minutę temu, to pewnie jakaś chlewnia. Takie miejsca zawsze są daleko od ludzi. Patrzyła, jak Kosiński wyciąga z kieszeni czapkę i wsuwa na czoło, a potem, jak wygrzebuje papierosy. W tej zielonej kurtce, dużej, za obszernej, w wąskich spodniach i ciężkich, czarnych skórzanych butach wyglądał jak wielki ptak. Widziała go, jak idzie na drogę, przygarbiony, zmarznięty. Marabut. Jeśli wychowała kogoś w życiu na psa, to właśnie jego. Dobrze go wychowała, bo jest tam, gdzie potrzeba. Nie spieprzył, nie zaszył się w domu, nie próbował iść na zwolnienie.

Zapaliłaby teraz. Oj, zapaliłaby, ale nie możesz, dziewczyno, wiesz, że nie możesz.

Włączyła radio. Sekundę trwało, zanim RDS namierzył nową częstotliwość.

– Liczba przypadków zakażenia koronawirusem w Polsce wzrosła do dziewięciuset pięćdziesięciu siedmiu – powiedział jakiś nowy, nieznany głos. Pomyślała, że wyrzucają teraz z Trójki, kogo się da. – Nowe potwierdzone przypadki dotyczą pacjentów między innymi z województwa dolnośląskiego i wielkopolskiego. Podczas dzisiejszej konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki mówił o kolejnych ograniczeniach, które wprowadza rząd w odpowiedzi na rozprzestrzeniającą się pandemię.

– Jadą! – krzyknął Kosiński.

– Och, kurwa. – Wyłączyła radio, założyła maseczkę i spojrzała w lusterko. Wyglądała fatalnie. Jak kaczka. Wyciągnęła ze schowka broń i wygrzebała się z auta. Sprawdziła magazynek. W porządku. Zatrzasnęła i wsunęła do kabury pod ramieniem, zanim pierwszy wóz zdążył zaparkować. Żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej wysypywali się spod plandeki przemarznięci i wystraszeni. Może gdyby pracowała jako dziennikarka w lokalnej telewizji, dałaby się oszukać, ale była policyjnym psem i umiała poznać, czy ktoś szpanuje, czy nie. Widziała, że nadrabiali miną. Chłopaki bardziej niż dziewczyny. Nie miała do nich żalu. Ta ich dziewczyna, porucznik Karpińska, znak Polski Walczącej na naszywce, na wąskim pasku nad kieszonką na piersi, ustawiła ludzi w dwuszeregu. Spojrzała na Serbię.

– Podkomisarz Olga Suszczyńska. – Serbia stanęła przed nimi i dopiero teraz chyba naprawdę poczuła, jak jest zimno. I jak groteskowo musi wyglądać tutaj, w lesie, w maseczce w kolorowe kwiatki. Zsunęła ją na szyję.

– Podkomisarz Olga Suszczyńska. – Teraz zabrzmiało lepiej. Podniosła wzrok. Czerwona smuga słońca odcinała ziemię od zimnego frontu, który wisiał nad lasem jak podarta szmata. – Boicie się. Wiem. Dzisiaj wszyscy się boimy tego pieprzonego wirusa. Ja też. Wiem, że macie rodziny. Niektórzy małe dzieci. Myślicie teraz, że waszym obowiązkiem jest być z nimi. Że jak wstępowaliście do wojska, to miało być inaczej. I że tu marnujemy wszyscy czas, bo prawdopodobieństwo, że to my znajdziemy tego chłopca, jest równe zeru. To prawda. Ale ten chłopiec, Artur, pięć lat, nie ma nawet ciepłej kurtki, bo kiedy ojciec go porwał, był w takiej lekkiej, środek dnia, słońce, ciepło. On też się boi. Boi się, bo chyba już wie, że jego tata zwariował. Bądźcie czujni. Idziemy. Północ, północny zachód, tyralierą, człowiek od człowieka co cztery metry. Nie gromadzimy się, bo wtedy będę musiała was aresztować.

Nikt się nie zaśmiał. Ktoś zakaszlał.

A ona się roześmiała.

– Bez żartów mi tutaj – rzuciła Olga. – Macie przeżyć. Ten facet, Hełczyński, uważajcie na niego, jakby się okazało, że go znaleźliście. Cholera wie, co to za jeden. Desperat. Wtedy lepiej nie podchodzić za blisko.

– Mamy pojemniki z gazem łzawiącym, podoficerowie broń krótką – obwieściła Karpińska.

– Umie pani strzelać, pani…

– Porucznik Karpińska. – Nie wyciągnęła ręki. – Sto pocisków w każdy czwartek. Jak minie to wszystko, możemy spróbować.

– Latarki w dłoń i idziemy – powiedziała głośno Serbia. – Co cztery metry, tyralierą.

Rozwinęli się jak zepsuta gąsienica. Niektórzy mierzyli krokami odległość. Śmiali się, gadali. Ktoś się potknął, bo nierówny teren. Pospolite ruszenie, pomyślała Serbia i posłała Kosińskiego na drugi koniec grupy. Żeby przynajmniej było wiadomo, na jakiej szerokości idą. Mieli maszerować godzinę, potem przesunąć się o całą szerokość szeregu i zawrócić.

I tak do skutku.

To będzie ciężka noc.

Ruszyli. Zmrok zdążył się już zakorzenić pomiędzy pniami drzew, skłębiony, czepiający się wszystkiego, co nie było z gumy ani ortalionu. Najgorszy był ten las. Niskie, uprawowe świerki, gęste, nogi można połamać na wykrotach. Słyszała, jak wojsko człapie, jak się gramoli, sapie, prycha, pokasłuje, jak depcze, uderza czubkami butów o korzenie, klnie, marudzi, ale idzie niestrudzenie krok za krokiem, omiatając pień po pniu nierówną, połamaną linią światła.

Poza śmieciami i pordzewiałymi kawałkami kół od rowerów, butelek i resztek plastikowych toreb nie znaleźli niczego.

Potem wyszli na drogę. Za nią był stary las. Wysoki, smukły, sosnowy, wszystkie drzewa pochylone w jedną stronę, na wschód, jakby każdego dnia przygniatał je ten sam wiatr. Poszycie było miękkie, czasami tylko sterty igieł i niskie krzewy, albo gęste kępy zarośli. Wtedy szereg żołnierzy znowu się chwiał, bo nie wiedzieli, czy mają iść, napierać, czy czekać na tych kilku, co utknęli, żeby przejrzeć te chaszcze, busz, przepłoszyć jakieś nocne zwierzę. Nie, to jeszcze nie noc, jakaś osiemnasta z minutami, zaraz zaterkoce jej stoper w komórce i będzie musiała przestawić swoją drużynę i iść z powrotem. Gdzie są? Google Maps pokazuje jakieś zadupie.

Wyszli na drogę, a za nią pola, ale jakby nieużywane. Brnęli po kolana w zeschniętych łodygach chwastów, lebiody, Bóg wie czego, dzikiej róży, bo łodygi kolczaste, czepliwe, zaciągały nitki spodni. Niebo granatowe. Znowu zagajnik, stara droga z betonowych płyt poprzerastana trawą, zaropiała, płyty jumbo, pomyślała, dawno nie widziała tego wynalazku popularnego w czasach komuny. Za drogą pordzewiały drut kolczasty na betonowych słupach, pochylony w stronę, z której nadeszli. Miejscami połamany, przeżarty rdzą, ale gdzieniegdzie wciąż się trzymał.

– Szlag by to trafił – powiedziała. Zatrzymała się. W lewo od niej tyraliera zrobiła to samo. Światełko przy światełku. Spojrzała na zegarek w telefonie. Jeszcze osiem minut. Osiem minut powinni iść, zanim zawrócą.

– Pani podkomisarz, co robimy? – Karpińska podeszła cicho jak duch.

– Nie wiem, kurwa, jak zaczniemy przełazić przez ten drut, to się wszystko popieprzy… cała ta tyraliera.

– Mieliśmy iść godzinę…

– Zostało siedem minut… nie możemy zawrócić. – Olga zapragnęła, żeby zadzwonił koordynator z informacją, że znaleźli dziecko i mogą wracać do domu.

– Lisicka! Lisicka do mnie! – zawołała porucznik.

Tamta przybiegła ciężkim truchtem. Otyła, nalana, w świetle latarek czerwona z wysiłku. Czy robią im w ogóle jakieś testy sprawnościowe?

– Na rozkaz. – Gruba dziewczyna wyprostowała się, okropnie dysząc.

– Nożyce masz?

– Tak jest.

– To wyciągaj. Tnij co cztery metry, żeby nie gubić szeregu. – Karpińska popatrzyła na Olgę, lekko podnosząc brwi. Cień uśmiechu.

– Damy radę, co nie?

Gruba przecięła siedem strun pordzewiałego drutu przed Olgą.

Pięć minut później ktoś zaczął krzyczeć. Daleko po lewej stronie.

Pobiegła. W tej robocie wiesz, jak brzmi krzyk kogoś, kto się naprawdę boi. Krzaki, spróchniałe drzewa, nikt tu nie sprzątał od lat, wdepniesz, noga grzęźnie jak w bagnie. Serbia szarpie, sznurówki zaczepiają się o korzeń, okrzyków więcej, widzi, że jakieś sto metrów od niej coraz więcej światełek, jeszcze pięćdziesiąt metrów, już, podnosi głowę.

Mężczyzna wisi na pasku od spodni. Spodnie zjechały do kostek, kurtka długa, zakrywa go na szczęście, bo uda rude od zaschniętej kupy. Opuściła oczy. Na buty. Brązowe, piękne, wysoka podeszwa, przeszyte poczwórną nitką, jakby wieczne, niezniszczalne. Wytłoczony na skórze wizerunek drzewa… Skrzyp, skrzyp, wiatr zawiał i poruszył trupem.

– Co teraz? – Porucznik obudziła Serbię z letargu.

– To on, ten ojciec. No co, zabezpieczamy, nie zadeptajcie śladów, okej? Kosiński!

– Jestem, jestem. – Robił telefonem zdjęcia, korzystając z tego, że dookoła dość świateł.

– Dzwoń do naszych, że mamy Hełczyńskiego, i wyślij im namiary.

– Tak, tak, już.

Żołnierki i żołnierze rozstąpili się w półkolu.

– Dajcie światło, ale starajcie się nie zadeptać za wiele, okej? Na dół latarki, jemu już nie pomożemy.

Poświecili. Serbia pochyliła się, uklęknęła.

Mów do mnie, pomyślała, mów do mnie, skąd przyszedłeś, mów, co z dzieckiem? Podniosła wzrok i poświeciła na ręce mężczyzny. Podrapane, brudne, pokaleczone. Ale krwi na nich niewiele. Na rękawach wcale. Spojrzała wyżej. Gdybyś podciął dziecku gardło, byłoby trochę krwi, co nie? Nie wiedziała, czy oszukuje samą siebie, ale chciała przecież, żeby ten chłopiec, Artur, żył.

Przywarła do ziemi. Dotknęła ją dłonią. Metr od drzewa, na którym wisiał Hełczyński, leżał kawał pnia. Stary, zbutwiały, ale kiedyś był równo ucięty. Jakiś metr długości.

Rozejrzała się. Żadnego innego podobnego pniaka nie było widać. Poświeciła po okolicznych drzewach. Same cienkie pniaczki, samosieje, krzewy, w większości iglasta drobnica. A to, na którym wisiał, dąb, stary, duży. Wybrał drzewo, które go utrzyma. Ale skąd ten pień?

Przyjrzała się glebie. Nie była harcerką, ale miała nosa do śladów.

Były tam podbiegnięte wilgocią wgłębienia. Może to jego ślady? Może kiedy dźwigał ten pniak, był na tyle ciężki, żeby je zostawić? Ruszyła za nimi. Niedaleko. Pięćdziesiąt metrów.

– Iść za panią, pani podkomisarz?! – krzyknęła porucznik. – Potrzebuje pani światła?

– Nie, zostańcie tutaj, zaraz wrócę.

Dotarła do miejsca, skąd Hełczyński wziął pniak, nietrudno poznać, bo leżała ich tam cała sterta. Spróchniałe, oplecione kłączami perzu, zakurzone, jakby tkwiły tam od półwiecza, porozsychane, zszarzałe i obsrane przez ptaki. Ale nieprzegniłe. Kopnęła w trawę kilka razy czubkiem buta. Twarde. Pod trawą, igliwiem i cieniutką, może centymetrową warstewką gleby zobaczyła beton. Omiotła latarką dookoła. Tak, tu musiało coś istnieć w jakiejś nieokreślonej przeszłości. Wszystkie drzewa były niskie i słabe, jak niedożywione dzieci. Gałęzie do samej ziemi. Nikt tu nie zaglądał od lat. Ale dalej, pięćdziesiąt metrów stąd, rosły już wielkie, stare konary, widziała ich cienie. A pod nimi rząd białych światełek. Latarki. Oświetliła teren dookoła siebie.

Było tam zagłębienie w ziemi. Jakby wejście do okopu.

– Kosiński! Kosa! Dawaj tu, tylko ostrożnie, nie pozadeptuj za wiele, chyba coś mam! – krzyknęła, bo kiedy podeszła bliżej, zobaczyła pozarastane zielenią schody. I zardzewiałe, ciężkie wrota. Uchylone. Od strony zawiasów świeże kupki rdzy. Ktoś je otworzył całkiem niedawno.

– Hej! Artur! – zawołała.

Nic. Cisza.

Kurwa, pomyślała, nie żyje. Ten chuj jednak zabił syna…

– Jestem.

Kosiński poświecił swoją latarką.

– Rękawiczki masz?

Skinął głową. Podał jej latarkę, wyciągnął z kieszeni lateksowe rękawiczki i założył je raz-dwa. Po kontuzji ręki sprzed paru miesięcy nie pozostał ślad.

– Dobra, idziemy.

– A twoje rękawiczki?

– Fuck you – mruknęła i poczekała, aż otworzy drzwi szerzej.

Weszła pierwsza. Korytarz, pajęczyny, ślady jakiegoś zwierzęcia, może lis, może borsuk, kostki mniejszych zwierząt, ktoś miał tu spiżarnię. Brud. Dwa metry dalej kolejne drzwi. Po obu stronach korytarza.

– Jakiś pieprzony bunkier – zauważył Kosiński. – Jak z gry komputerowej o wampirach.

– Głupi jesteś. Artur! Artur!

Nic.

Zajrzeli za pierwsze drzwi. Łóżko, z materaca została szmata, kiedyś w paski, i zgniłe siano. I biurko. Porozsychana sklejka. Jakieś papiery, długopis Zenith, obudowa wciąż w granatowym kolorze, kieliszki, szklanki, w szufladzie butelka.

– Zostaw, szukamy ciała.

Drugie pomieszczenie puste, trzecie wyglądało jak siłownia: skrzynki, przełączniki, dźwignie, ebonitowe tablice z bezpiecznikami. Do tego fotel, same sprężyny, po poszyciu nie został nawet ślad. Sporo kabli, w kącie skrzynki w maskującym szarym kolorze, napisy po rosyjsku, nie rozumiała.

– Hej, tutaj. – Kosiński wychylił się zza szafy z bezpiecznikami. – Tu było jakieś przejście.

Ruszyła za nim. Wąsko.

– Tu uważaj… – Przeskoczył.

W połowie długości korytarza, na całą jego szerokość ział w podłodze kwadratowy otwór. Metr na półtora, oceniła. Skoczyła. Nie zachwiała się, ale Kosiński i tak ją złapał.

– Czekaj, poświecę. – Nachyliła się nad czeluścią. Światło latarki odbiło się na odblaskowych naszywkach na niebieskiej kurtce.

– Jest dziecko – powiedziała. – Kurwa, wysoko, jakieś dwa metry.

Omiotła ściany w korytarzyku. Nie było drabiny.

– Pomożesz mi zejść i poszukasz jakiegoś sznura czy drabiny. Coś znajdziesz.

Kosiński nie zaoponował. Serbia zsunęła się w głąb, aż zawisła na rękach. Zamajtała w powietrzu nogami. Kosiński zaparł się o ziemię.

– Daj rękę, opuszczę cię, ile się da.

– No gdzie w tych rękawiczkach, kurwa – wysapała.

Ściągnął bez wahania. Wsadziła latarkę do ust i podała mu jedną rękę. Chwycił mocno i opuścił ją tyle, ile był w stanie. To wciąż nie wystarczyło, ale puściła go i skoczyła. Było niżej, niż się spodziewała. Stopy zagłębiły się w czymś mięsistym.

Kurwa, w dziecko wpadłam, pomyślała i natychmiast zrobiło jej się niedobrze, ale nie mogła rzygać, w ustach ciągle ta latarka. Wzięła ją do ręki i zmusiła się, żeby spojrzeć w dół.

Nie, nie wpadła w żadne zwłoki. To były koce, szmaty, jakieś worki, sienniki. Jej stopa tkwiła w rozerwanej poduszce. Pióra zgniły, pleśń je przeżarła. Ktoś musiał przez otwór w suficie nawrzucać tu śmieci. To zamortyzowało jej skok.

Uklęknęła na tym wszystkim i dotknęła szyi dziecka. Poczuła puls. Silny, zdrowy. Chłopiec spał.

– Artur, Artur! – Szarpnęła go za ramię. – Obudź się.

Otworzył oczy z wysiłkiem, mrużąc je od światła.

– Tata? – zapytał.

Opuściła latarkę.

– Nie bój się, tata nic ci już nie zrobi.

– Ja się nie boję taty, ja się boję ducha. Tata powiedział, żebym poczekał, że on przyplowadzi pomoc.

Wzruszyła się na to „l”.

– No właśnie mnie przysłał, żebym cię znalazła. – Chciało jej się płakać. – Tu nie ma żadnego ducha. Zaczekamy, mój przyjaciel znajdzie drabinę i wyciągniemy cię.

Chłopiec usiadł.

– A po co masz to? – Dotknął jej maseczki.

– Żeby nie kaszleć. I żeby nie wdychać takich małych żyjątek, co przenoszą chorobę. Boję się zachorować.

– Ja się boję ducha.

– Duchów nie ma.

– Jest duch, naplawdę, stlaszny duch.

Pokręciła głową, a potem go przytuliła. Za ten strach, za zimno, za kwarantannę, za swoją samotność i pieprzone wojsko Macierewicza, które dało jednak radę, za tego ojca tchórza, co wisiał na dworze, majtając nogami w nowiutkich butach.

– Boisz się? – zapytał chłopiec.

– Nie. Już nie.

– A ja się stlasznie boję. Jak tata mi rzucił lampkę, to się nie bałem, ale potem mi zgasła i się boję.

– Nie, Artur, duchów nie ma.

– Chodź, pokażę ci.

– Nie ma duchów.

– Chodź! – Usłyszała w jego głosie, że poczuł się urażony.

– Kosiński! Kosa! – krzyknęła.

Nic, cisza. Miała nadzieję, że nie wpadł w kolejną dziurę.

– No dobrze, pokaż mi.

– O tam.

Chłopiec stanął i wyciągnął rękę przed siebie. Zaświeciła. Zobaczyła, że to nie zsyp, że jest w pomieszczeniu, z którego można przejść dalej, przez grube stalowe drzwi pomalowane kiedyś szarą farbą. Znowu ruskie litery. Omiotła światłem salę, w której się znajdowali. Po przeciwnej stronie były podobne drzwi.

– Sama zobacz, tam jest – powtórzył Artur.

Weszła. Za pustym, zakurzonym drewnianym stołem siedziała stara kobieta. Ramiona na stole, głowa na ramionach. Włosy białe, czerwony sweter.

Serbia podeszła bliżej.

Przyjrzała się dokładnie. Kobieta nie była stara. Była całkiem wyschnięta. Mumia. Duch.

Rozdział 2

– Mumia. Duch – wysapała.

Kosiński patrzył na nią, jakby powiedziała coś naprawdę niestosownego.

Wyciągnął rękę, żeby chwycić ją pod pachę i pociągnąć w górę, ale teraz się zawahał.

– No nie patrz tak na mnie, nie żartuję. Siedzi tam, martwa, wysuszona jak pestka z brzoskwini. W wełnianym swetrze. Zakurzona i sucha jak pieprz. – Serbia dyszała ciężko, wygrzebując się z jamy. Wisiała na wojskowych pasach powiązanych w jeden, mocny, parciano-skórzany sznur. Pani porucznik się spisała. Kiedy się okazało, że żadnej drabiny nie znajdą, kazała swoim spleść w linę paski i taśmy.

Najpierw wyciągnęli chłopca. Stał teraz w korytarzu, za rękę z Kosińskim, zafascynowany mundurami, plecakami, robotą.

– Mówiłem ci, że jest duch. Nie kłamałem. Ja nigdy nie kłamę.

– Mówi się: nie kłamię. – Serbia stanęła na nogi. Wciąż się uśmiechała na myśl, że to dziecko żyje.

– No właśnie mówię, że nie kłamę – powtórzył. – Gdzie tata?

Spojrzała na Kosińskiego.

Uniósł tylko brwi.

No tak, nie powinni go ściągać, zanim przyjedzie prokurator.

– Może głodny jesteś? Mam batona. – Karpińska przyszła z nieoczekiwaną pomocą. Zaszeleściła folia na Snickersie.

– Mama nie daje jeść batonów.

– Batony są dobre na duchy – powiedziała żołnierka całkiem poważnie. – Pewnie tu posiedzimy. Stawiamy namiot, chcesz zobaczyć?

– No. – Pokiwał głową. – Chcę.

Karpińska mrugnęła do Serbii.

– Mam trójkę, wiem, co i jak. – Wzięła chłopca za rękę i poszli.

– Kosa, kurwa, mamy ducha. Dzwoń po wszystkich, niech tu przyjadą, ja pierdolę.

Usiadła. Chciało jej się pić. Wódki, papierosa. Przytulić się do Szymona. Wszystkiego, czego nie mogła mieć, chciała teraz najbardziej.

– Prokurator jedzie, bo tego Hełczyńskiego chce oglądać, o wszystko osobiście zadbać.

– Dobrze się spisałeś – pochwaliła Kosińskiego. – Który prokurator?

– Wroński.

– Jasne, że osobiście, kurwa, chce w śniadaniowej telewizji opowiadać o pierwszej linii frontu.

– Nie dają tego w śniadaniówkach.

– Ale dadzą we wszystkich wieczornych wiadomościach. Akcja poszukiwawcza, wojsko, straż, my… blokada granic i tak była z powodu epidemii, ale media się rzucą na to, bo od tygodnia tylko wirus i wirus. We wszystkich telewizjach o tym powiedzą, bo ludzie już rzygają kwarantanną. Zdążyli wychlać wino, wyjedli chrupki, nacieszyli się seksem, obejrzeli do końca internet i seriale, to co myślisz? Zobaczysz, jaką będzie miał maskę, jaki garnitur. Jeszcze do barbera skoczy, zanim tu dotrze.

Zabrakło jej tchu.

– Wygadałaś się.

– Tak. – Dała mu kuksańca w bok. – Dzięki.

– No więc będzie pan prokurator Wroński. Pojawi się cała ekipa. Jadą do trupa, będą gotowi. O drugim trupie nic nie mają pojęcia, nie mówiłem, bo jak? Dopiero od ciebie wiem. Będą źli. Nie zazdroszczę im. Chuj wie, co to za sprawa, tu wszędzie ruskie skrzynie. A Wroński rzeczywiście może ściągnąć telewizję.

– Dobrze prawisz, kolego. Ogórka bym zjadła kiszonego, ale może być i baton. Pomóż mi wstać.

Wyszli z bunkra i dopiero wtedy poczuła zapach stęchlizny unoszący się w powietrzu wewnątrz bunkra.

Daleko po prawej stronie zobaczyli ognisko.

Dobrze, dobrze, pomyślała Olga. Ta porucznik ma głowę na karku, im dalej od zwłok, tym lepiej dla dziecka.

Kiedy podeszli bliżej, przy ogniu stały dwa prowizoryczne namioty z pałatek rozpiętych na gałęziach.

Chłopiec jadł kanapkę z jakimś smarowidłem i oglądał zawartość wojskowego plecaka.

Co oni jeszcze ze sobą przynieśli?, pomyślała Serbia.

– Powiedziałam mu, że tata przyjedzie razem z mamą, ale to trochę potrwa, bo daleko. – Karpińska nachyliła się jej do ucha.

Serbia pokiwała głową.

– Dobrze zrobiłaś… dobrze pani zrobiła, pani porucznik.

– Milena – powiedziała Karpińska.

Serbia uśmiechnęła się tylko, bo nagle poczuła się bardzo, bardzo senna.

Kiedy po dwóch godzinach grupa wreszcie dotarła – w komplecie: prokurator, dwie ekipy z telewizji, osobisty fotograf prokuratora, technicy, no i łapiduchy z noszami, co jeszcze nie wiedzieli, że będą musieli chodzić dwa razy – i kiedy ten cały młyn kręcił się wokół niej, Serbia spała oparta o drzewo. Śniły jej się góry pod śniegiem i ona sama, idąca przez zamarznięte Morskie Oko. Niebo było przeraźliwie niebieskie, jak to podczas wielkiego mrozu, pod butami skrzypiał śnieg, a ona ciągnęła za sobą sanki, w których zawinięte w koc siedziało maleńkie dziecko, suche jak skórka pomarańczy, jeśli ją zostawić na piecu na kilka tygodni.

– Pani podkomisarz! Pani podkomisarz! – Poczuła szarpnięcie za ramię.

Otworzyła oczy. Było zimno i raziło ją ostre światło. Zamrugała. Ktoś ją okrył pledem.

– Tak, tak, jestem. – Zerwała się szybko. Adrenalina w żyłach już ruszyła, ale w uszach wciąż jeszcze słyszała chrzęst swoich stóp na lodzie na Morskim Oku.

– Katja Nazarowicz z telewizji – usłyszała ten sam głos, który ją zbudził.

– Niechże ktoś wyłączy to światło!

– A przepraszam, to mój kamerzysta.

– No czy pani zgłupiała? – Serbia dotknęła policzka. Maseczka była na miejscu, poprawiła ją. – Nie wolno tak atakować ludzi, kiedy śpią.

– Przepraszam, ja nie atakuję, jestem w pracy, tak samo jak pani. Pan prokurator Wroński oznajmił nam do kamery, że to pani odnalazła dziecko. W związku z tym, czy powie pani kilka słów do kamery?

– Nie – ucięła Serbia.

– No co pani? Co pani w ogóle mówi?

– Nie mówię do kamery, nie jestem osobą publiczną. – Wstała i otrzepała tyłek z igliwia.

– Cała Polska czeka na panią, wszyscy chcą poznać kobietę, która odnalazła zaginione dziecko.

– Ja nie jestem zainteresowana. – Serbia podniosła wzrok, żeby zlokalizować Wrońskiego. Ktoś musiał mu powiedzieć o mumii.

– Ale ja mam prawo. Nie robię tego dla siebie, ale tak jak pani, w służbie społeczeństwu.

Serbia chciała na nią nakrzyczeć, ale dziewczyna była młoda, pewnie też inteligentna i ambitna, w przeciwnym razie nie byłoby jej tutaj. Jeśli pójdą na noże, wszystko się przeciągnie. A Serbia chciała już do domu.

– Pani redaktor, z całym szacunkiem do pani profesji, ale jestem oficerem policji, ścigam złych ludzi, czasami bardzo złych, i ujawnianie mojego wizerunku nie leży w społecznym interesie. – Była zadowolona, że tak składnie jej poszło. – Więc sama pani rozumie. Zresztą prokurator Wroński zna wszystkie szczegóły, on panią wtajemniczy.

– Ale ja chcę wiedzieć, czy tam naprawdę jest drugi trup! – Dziennikarka wyciągnęła swojego asa.

– Nic o tym nie wiem. – Serbia pomyślała, że maseczka przydaje się nie tylko w przypadku ochrony przed wirusem.

– No przecież wszyscy o tym tutaj gadają.

– Prokurator Wroński to pani powiedział?

– Nie.

– Gdyby było, jak pani mówi, to z pewnością by o tym poinformował, on uwielbia dzielić się takimi strasznymi historiami. A teraz przepraszam, ale nie mam czasu z panią gadać. Chcę do domu, to był ciężki dzień. Znaleźliśmy dziecko, jest żywe, nie możemy się tym ucieszyć?

Poszła.

Wroński kończył spisywać notatki. Jego asystent jedną ręką podtrzymywał mu teczkę, a w drugiej, uniesionej nad głowami ich obu, trzymał latarkę.

– Dobry wieczór – powiedziała.

– Cześć, Olga, gratuluję – odrzekł wesoło. – Bardzo ci się powiodło. Naprawdę się cieszę, że mamy chłopca żywego.

Zamknął notes.

– Zostaw nas – rzucił do asystenta. Latarka zgasła. Padał na nich pomarańczowy blask od ogniska. Olga stała do niego tyłem i widziała, jak cienie ich obojga kurczą się i puchną na pniach drzew.

– Mów. Naprawdę jest tam trup?

Pokiwała głową.

– Świeży? Ten Hełczyński kogoś zabił?

– Nie. To nie on i nie wiem, czy ktoś kogoś zabił. Ale jest trup, wyschnięty. Mumia. Co mam panu powiedzieć? Nie wiem. Nie widziałam jeszcze takiego ciała.

– Dotykałaś?

– No co pan. A! I tej młodej z telewizji też nie mówiłam ani słowa, ale ona już wie.

– Chłopiec wygadał tym babom z wojska, jak go karmiły. Niestworzone historie im mówił. O duchu.

– Co z nim? Zdrowy?

– Matka właśnie odjechała. Nie chciała cię budzić. Powiedziała, że wie, jak ludzie potrafią być teraz zmęczeni. Ona jest strasznie zmęczona. Nie, nie tylko z powodu dziecka, nawet tej nocy pracowała w szpitalu. Chorych wciąż przybywa. Ona ma dużo roboty. Nie chciała z nikim mieć kontaktu, bo może przenosić tego wirusa.

– Dobrze zrobiła. – Olga znowu chciała zapalić. Zdławiła tę potrzebę z dużym trudem. – No tam nie będzie łatwo. Technicy muszą mieć światło. Trzeba się temu przyjrzeć.

– Ale mówisz, że nie widomo, jak umarła.

– Nie wiadomo, ale coś z nią jest nie tak. Siedzi przy stole, głowa na rękach, jakby spała.

– No to co jest w tym dziwnego?

– Wygląda, jakby miała otwarte oczy. Patolog musi zejść, nie zazdroszczę panu, bo to pewnie potrwa do rana.

– Ekipa skończyła z wisielcem. Wezmą się od razu za tę mumię.

– Czy ktoś może mnie i Kosińskiego odwieźć do naszego Forda? Nie będę przecież szła przez las godzinę. Zabłądzę.

– Tak, jasne. Rano mi napisz jakąś notatkę o wisielcu i tym trupie. Może być na popołudnie. Teraz i tak się niewiele dzieje przez tę zarazę. Nie dotykałaś tam niczego? – zapytał jeszcze raz.

– Nie dotykałam. – Pokręciła głową.

Prokurator zawołał asystenta i polecił mu odwieźć Serbię i Kosińskiego. A potem wracać, bo mają jeszcze huk roboty.

Rano ze snu wyrwał ją telefon.

Była wściekła. Leśmian wezwał ją na czternastą, chociaż miała w pełni zasłużony i długo wyczekiwany wolny dzień.

– Wróciłam o północy, dzwonisz o ósmej, miej litość.

– Ja wiem. – Leśmian zakasłał cichutko. Musiał zasłonić mikrofon ręką, ale usłyszała. – Ale nie mogę nic poradzić. Będą ludzie z ministerstwa. Musisz być.

– Kurwa, niech dadzą medal tej dziewczynie od Macierewicza, ona bardziej zasłużyła.

– Nie rozumiem.

– No tej porucznik, oni znaleźli to miejsce, więc im się należą podziękowania, dyplomy, co tam oni chcą. W telewizji niech wystąpią u tej blondynki.

– Co ty mi pierdolisz? – zirytował się Leśmian. – Robota jest i masz być, bo to twoja sprawa jest.

– Wisielec? Kurwa, sam się powiesił, stanął na pniu, zarzucił pasek, odepchnął drewno, zawisł, wszystko. Chyba nie podejrzewasz, że żona wymknęła się ze szpitala, znalazła go w lesie i go powiesiła?

– Nie. To nie wisielec. Przyjedź. O czternastej.

Nastawiła budzik na dwunastą trzydzieści, ale potem przestawiła na trzynastą.

Ze snu wyrwało ją szczekanie radia.

– Na godzinę dwunastą zostało zwołane posiedzenie Sejmu, na którym posłowie mieli zająć się przyjęciem rozwiązań z tak zwanej tarczy antykryzysowej. W Polsce to już ponad tysiąc dwieście przypadków, w tym szesnaście śmiertelnych…

Weszła do łazienki, wycisnęła pastę na szczoteczkę i pomyślała, co to będzie, jeśli teraz zaczną ją boleć zęby? Kto ją teraz przyjmie? A jakby trzeba było kanałowe? Nie wiadomo nawet, czy dentyści działają.

Weszła do pokoju.

– …odnaleziony został żywy. W szeroko zakrojone poszukiwania obok policjantów zaangażowano żołnierzy z Wojsk Obrony Terytorialnej i Ochotniczą Straż Pożarną. Z powodu koronawirusa kierownictwo operacji nie zdecydowało się na to, by udział w akcji wzięli ochotnicy. Policja nie informuje, czy ojciec chłopca został zatrzymany.

Wsiadając do samochodu, spojrzała w niebo. Było obłędnie niebieskie. Powietrze chłodne i rześkie. Idealny dzień na to, żeby jechać za miasto z kimś ukochanym, posiedzieć nad jeziorem przy ognisku, wypić wino i kochać się do upadłego. A jeszcze lepiej przy kominku. Nawet przy piecu.

Albo tylko przy muzyce.

Miasto było zupełnie puste, ale sygnalizacja działała. Przez Plac Wilsona toczył się tramwaj. Na Placu Inwalidów chodzili ludzie z psami.

Dotarła dwadzieścia minut przed czasem.

Zaparzyła kawę i spisała notatkę dla Wrońskiego.

– Jest pani? – To był telefon z sekretariatu Leśmiana. – Bo oni już wchodzą do budynku, więc może zaczniecie za pięć?

Kiedy weszła do gabinetu, Leśmian stał koło okna i mrużył oczy, wpatrując się w smartfon, Wroński gadał przez swój telefon w kącie, a dwaj pozostali, których nie znała, zajęli miejsca przy stole, daleko od siebie. Mieli maseczki, Leśmian też.

– Dzień dobry wszystkim. – Usiadała w fotelu koło drzwi.

– Panowie, to podkomisarz Olga Suszczyńska. To są panowie z ministerstwa.

Unieśli się obaj, ale przez te maski i szuranie krzesłami nie dosłyszała nazwisk. Wyglądali niczym kosmici.

Niższy, w szarym garniturze, wstał, poprawił okulary i powiedział, że jest mu przykro, że ją kazali ściągnąć dzisiaj, bo wiedzą, że to jej wolny dzień, ale sytuacja jest nadzwyczajna i nie było wyjścia.

– Rozumie pani, gdyby nie konieczność… No ale musieliśmy panią ściągnąć. Zacznę więc od gratulacji. W imieniu ministra spraw wewnętrznych…

– Jezu – przerwała mu Serbia – odbieracie mi jedyny wolny dzień w ciągu nie wiem jakiego czasu, żeby mi dyplom dać? Nie macie serca?

– Już! – warknął na nią Leśmian. – Nagadałaś się?

Wzruszyła ramionami.

– Rozumiem panią, wszyscy jesteśmy zmęczeni. I nie zanosi się, żeby szybko było lepiej. Więc przejdę do drugiego punktu. Trup, którego pani znalazła, Joanna Cicha, to narzeczona Roberta Kowalskiego.

– Co z tego? To nie moja jurysdykcja. To, zdaje się, teren Płocka, co nie?

– Uzgodniliśmy, że pani się tym zajmie.

– My, to znaczy kto?

– No ja, nasz szef, minister… – wtrącił Leśmian.

– Decyzje zapadły i nie będziemy nad tym dyskutować. To bardzo poważne, to narzeczona tego Kowalskiego. – Gość z ministerstwa wyraźnie położył nacisk na słowo „tego”.

– Którego? – Postanowiła być uprzejma. – Kowalskich jak psów.

– Ale tylko jeden jest kandydatem opozycji na prezydenta.

– Prezydenta czego? – Jeszcze do niej nie dotarło.

– Najjaśniejszej Rzeczpospolitej – powiedział ten z ministerstwa bez cienia uśmiechu. – Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.

Rozdział 3

– „Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej – przeczytała po raz nie wiadomo który – zginął w służbie ojczyźnie”. Stała w hallu przy głównym wejściu do sejmu po prawej stronie schodów prowadzących do Sali Posiedzeń. Tuż przy tablicy Lecha Kaczyńskiego. Nie było tam żadnego krzesła. W dodatku gość ze straży marszałkowskiej nie spuszczał z niej oka. Oboje w maseczkach. Jakby to był film, myślała Serbia, jakaś pieprzona farsa.

Minuty dłużyły się w nieskończoność. Było jej duszno i pociła się, ale miała nadzieję, że to z niewyspania. Minęły dwadzieścia cztery godziny od spotkania w gabinecie Leśmiana. Ile miała czasu na sen? Trzy godziny. Nie da się być zdrowym, śpiąc tylko tyle.

– Wyjdę zapalić – powiedział ten ze straży. – Niech pani nigdzie się stąd nie rusza, pan marszałek Kowalski powiadomiony, że pani tu czeka. Mogę iść?

– Idź pan, przecież tablicy wam nie ukradnę.

Ruszył, a ona ściągnęła maseczkę i sięgnęła po telefon.

Jeden sygnał, drugi, trzeci, nie wiadomo, czy może odebrać, teraz niewielu ich zostało na służbie, czwarty, piąty, szlag by go trafił, szósty.

– Jestem, melduję się.

– Masz kogoś?

– Mam, muszę ją zamknąć w szafie, zanim odbiohę.

– Taka zazdrosna?

– Nie, taka gadatliwa.

– A ładniejsza ode mnie?

– Nie powiedziałbym, że bahdzo, ale thochę ładniejsza.

– A pupę ma lepszą? Biega? Bo ja teraz nie biegam, ale jak tylko się skończy ta kwarantanna, to znowu zacznę. I będę miała taki brzuch twardy i taką pupę jak żadna…

– To pani jest tą policjantką?

Odwróciła się gwałtownie, chowając telefon za plecami.

– Tak, podkomisarz…

Kowalski patrzył na nią bez cienia uśmiechu.

– Coś się stało z moją żoną, z córką? – Kowalski poprawił okulary, wsuwając je na swoje miejsce środkowym palcem. Wyglądał źle. Podkrążone oczy, szara cera, przetłuszczone włosy, krawat przekrzywiony. I jeszcze ten zapach kiełbasy i potu. Gdyby teraz zrobić mu zdjęcie, nie miałby szans wygrać żadnych wyborów, nawet na wójta gminy.

– Nie, nie – zaprzeczyła. – Przepraszam za ten telefon. – Rozłączyła się i schowała komórkę do kieszeni. – Z nimi wszystko dobrze.

– To co mi pani zawraca głowę, ścigają mnie po całym budynku. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Jeśli rodzinie nic nie grozi, to nie ma powodu, żebym marnował czas.

– A co pan sobie myśli, że ja nie mam co robić, tylko wystawać pod tablicą, której treść przeczytałam dwieście razy, i czekać, aż pan łaskawie raczy mi poświęcić swój bezcenny czas? Gdyby to nie było konieczne, to z pewnością by mnie tu nie było.

– Wszystko w porządku, panie marszałku? – Ten ze straży właśnie wrócił i poprawiał mundur.

Wiedziała, że Kowalski nie był marszałkiem w tej kadencji, ale zdarzyło mu się kiedyś być wice. Jak widać, pomyślała, tytuły są w tym gmachu dożywotnie. Ciekawe, czy pensje też. Zdążyła przeczytać o Kowalskim, że pochodzi z wielodzietnej rodziny, że brał udział w Solidarności Walczącej, po przełomie był w Sejmie, ale nie od początku, bo po Okrągłym Stole ci z Walczącej uważani byli za radykałów. Wszedł do Sejmu, kiedy ktoś tuż przed odwołaniem rządu Olszewskiego umarł na serce, a on zajmował pierwsze miejsce w kolejce do mandatu. Od tej pory tam rezydował z jedną kadencją przerwy na Senat. Niegłupi, charyzmatyczny. Miał naturalny dar, ludzie słuchali, kiedy mówił głębokim, powolnym tonem. Nadawał się na prezydenta.

– Tak, tak, panie Andrzejku, wszystko gra. Panią też przepraszam, czas jest trudny, nie ma powodu, żebyśmy robili sobie nawzajem wyrzuty. Wiem, że policja ciężko teraz pracuje. Ale tutaj też nie jest łatwo.

Popatrzył jej w oczy.

– Powiem pani… tak naprawdę myślę, żeby się wycofać z wyborów. To nie jest dobry czas. Ludzie naprawdę się boją tego wirusa. Prezydent wykorzystuje swoją pozycję, paraduje to tu, to tam w mundurku z naszywką w barwach Polski, co dwa dni ma orędzie, codziennie odpowiada na pytania internautów. A reszta co? Mówienie o równych szansach to jest farsa. A teraz jeszcze to – podniósł na wysokość jej oczu kilkaset stron dokumentów – tarcza antykryzysowa. Nie wiem, co jest w tych papierach, mam kilka godzin, żeby je przejrzeć przed wieczornym posiedzeniem Sejmu, więc proszę mówić. Skoro mój sekretarz powiedział, że to ważne, to musi być ważne.

– Tak, to ważne. I proszę mi wierzyć, gdybym nie musiała, wolałabym być gdzie indziej. Gdziekolwiek indziej.

– Ale ja naprawdę muszę się przygotować do posiedzenia Sejmu. – Popatrzył na gruby plik papierów. – Nie wiadomo, jak to będzie, trzeba zmieniać regulaminy, nie wszyscy będą mogli wejść do sali obrad… Szanuję policję, ale jeśli chodzi o sprawę, która mogłaby poczekać…

Pokręciła głową.

– Chciałbym, żeby to był drobiazg. – Potarła oczy rękami.

Spojrzał na nią.

– Słabo pani sypia?

– Jestem w ciąży – powiedziała, zaskakując samą siebie. – Chciałabym przeżyć tę epidemię. To ważne. Znaczy to, co mam do przekazania, jest ważne. No może nie dla kraju, ale dla pana naprawdę ważne.

Westchnął.

– Chodźmy zatem.

Wjechali windą na piętro, wysiedli i ruszyli korytarzem na prawo.

– A czy ja pani gdzieś nie spotkałem? – zapytał.

– A miał pan do czynienia z policją? – Liczyła drzwi.

– Z policją nie miałem, ale z milicją miewałem często.

– Na milicję jestem jednak za młoda. – Stwierdziła, że minęli dwanaścioro drzwi. Otworzył kolejne. Trzynaste, pomyślała Serbia. Rzucił papiery na biurko.

– O co więc chodzi?

– Poznaje pan tę osobę? – Wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki zdjęcie ducha. Mumii. Wybrała najmniej drastyczne. Trochę popracowali nad nim w Photoshopie.

Kowalski wziął fotografię. Uniósł okulary.

– Nie. Co mi pani pokazuje, jakieś zdjęcie z filmu? – Oddał jej fotografię. – To żart? Pani naprawdę jest z policji?

– O, przepraszam. – Pokazała mu blachę. – Z terroru i zabójstw. Niech pan się jeszcze przyjrzy. Wiem, że to nie jest najlepsze zdjęcie, ale niczym innym nie dysponuję. Siedzieli nad tym w nocy, żeby wyglądało na ludzkie.

– To co to jest? Woskowa figura?

– Niech się pan przyjrzy, proszę.

Wziął zdjęcie. Uniósł okulary i zmrużył oczy. Pokręcił głową. Potem zamknął oczy i opuścił rękę ze zdjęciem na blat biurka. Drugą, tę z okularami, też opuścił przed siebie.

– To Asia? – powiedział cicho. – To Asia, tak? Asia Cicha?

– Rozpoznaje pan? To naprawdę ważne. Proszę się dobrze zastanowić.

– Nie mam pewności, tyle lat minęło. Może gdyby miała pani inne zdjęcie…

– Nie mam. Potrzebuję kogoś, kto zidentyfikuje zwłoki.

– Jezu… – Popatrzył jeszcze raz. Założył okulary i odsunął od siebie fotografię. – To mogłaby być ona, po latach, ale to wszystko dziwne, nienaturalne. Jak to: zwłoki?

– Taka jest procedura. Istnieje kilka skutecznych metod. Gdyby to był amerykański film, zadzwoniłabym do jej dentysty i poprosiła o kartę uzębienia. Ale to nie jest film, nie mam pojęcia, do którego chodziła dentysty. Można byłoby dokonać analizy odcisków palców, niestety, ze względu na stan zwłok pobranie odcisków jest dosyć utrudnione, zresztą nie mamy ich.

– Była zatrzymywana w czasie stanu wojennego, ktoś wtedy na pewno pobrał odciski.

– Wiem, że była, ale nie możemy odnaleźć jej dokumentów. Niech mnie pan nie pyta, nie tylko takie papiery się zgubiły przez te wszystkie lata. Może to kwestia czasu, wtedy nie było komputerów, digitalizacji danych, więc jestem pewna, że coś znajdziemy, ale na razie to się nie udało. Nie ma ludzi do przekopywania archiwów. Istnieje jeszcze metoda genetyczna. Ale wtedy potrzebny jest materiał genetyczny. Gdzieś w Gdyni znajduje się jej grób rodzinny. Ojciec, matka, nawet babka. Ale żeby pobrać próbki, musiałabym się postarać o zgodę na ekshumację.

– Asia ma brata. To znaczy miała. Wtedy miała.

– Tak, wiem. Wyjechał z kraju w stanie wojennym. Trzeba by go odnaleźć i sprowadzić do Polski, co teraz jest niemożliwe, bo samoloty nie latają, pewnie pan o tym słyszał. Chyba że ma pan pomysł, kto mógłby rozstrzygnąć, czy to Joanna Cicha, czy jednak nie.

– Jezu – potarł czoło dłonią – nie widzieliśmy się czterdzieści lat. Kiedy się znaliśmy, była młodą kobietą, skąd mam wiedzieć, czy to ona? Na podstawie zdjęcia na pewno tego nie potwierdzę.

– No to proszę pojechać ze mną.

– Co pani? Zaraz mamy posiedzenie Sejmu. Nie mogę teraz, wie pani, co by prasa zrobiła? Rozszarpaliby mnie, że uciekam, że tchórz. A właściwie dlaczego pani z tym do mnie przyszła? Byliśmy kiedyś blisko, to prawda, ale Joanna wyjechała w stanie wojennym. Zresztą skoro umarła w Ameryce, to niech Amerykanie znajdą tam jej brata i po kłopocie. Oni powinni ustalić tożsamość, nawet, jak pani twierdzi, przez to całe badanie genetyczne. Zaczynam podejrzewać, że pani obecność tutaj nie jest przypadkowa. Trwa kampania wyborcza, PiS próbuje wykorzystać sytuację epidemiczną, żeby przejąć sto procent władzy w Polsce. Jestem kandydatem na prezydenta, o czym pani zapewne wie, i zaczynam sądzić, że pani obecność nosi znamiona prowokacji.

Wstał. I najwyraźniej miał zamiar mówić dalej, ale wtedy Olga nie wytrzymała:

– Ona nie żyje od czterdziestu lat.

– Jak to od czterdziestu lat…? Pani musiało się coś pomylić. Ona wyjechała. Byliśmy parą, wie pani. Opuściła Polskę. Uciekła. Pisała do mnie, ale to nie docierało, do matki przychodziło. Matka wiedziała, że nie wolno się ze mną kontaktować. Wie pani, takie są zasady konspiracji. Mnie wtedy cała milicja szukała… Ale jak już siedziałem, to przecież przywiozła mi te kartki… zresztą przecież ich nie wyrzuciłem. Matka pewnie też nie, ona wszystko zachowuje, wszystko trzyma. Pewnie te listy gdzieś tam są.

– Rozumiem – powiedziała Olga. – Nie wiem, jak to się stało. Ale jeśli to są jej zwłoki, a wiele na to wskazuje, to może się okazać, że ona nigdy nie wyjechała.

– To niemożliwe. – Kowalski patrzył na Olgę, jakby to nie było prawdziwe życie.

– Przykro mi.

– To dokąd miałbym jechać?

– Na Oczki. Niedaleko.

Wahał się. Naprawdę się wahał.

– Może miała jakieś znaki szczególne? – zasugerowała. – To by mogło pomóc.

– A dlaczego właściwie pani do mnie przyjechała? Wszystkich jej znajomych sprawdzacie?

– Nie, tylko pana.

– Więc jednak prowokacja?

– Powiedziałabym, że ostatnia wola.

– Jak to?

– Wyryła na stole, przy którym ją znaleziono, żeby pana zawiadomić.

– Kurwa, co pani mówi?

– Wyciągnęła zębami gwóźdź i tym gwoździem wyryła.

– Jaki gwóźdź, Jezu?!

– Ten, którym jej rękę przybili do stołu.