Ziarno zła - Grzegorz Kapla - ebook + książka

Ziarno zła ebook

Grzegorz Kapla

0,0
46,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wszystko zaczyna się w noc przed Wigilią. Bartek Nowacki, syn wpływowego sędziego Sądu Najwyższego, bierze udział w wypadku samochodowym, wracając do domu z dziewczyną po zabiegu aborcji. Ojciec chłopaka, zdeterminowany, by chronić syna i rodzinne nazwisko, zwraca się o pomoc do swojego przyjaciela – Wojtka Hermana, policjanta umiejącego tuszować to, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Niemal równocześnie do Wojtka odzywają się dwaj dawni znajomi: Jurek Jaworowicz, ceniony profesor Uniwersytetu Warszawskiego, oraz Stefan Woźnicki, popularny prezenter telewizyjny zmagający się z uzależnieniem. Obaj wpadają w poważne kłopoty i powołują się na młodzieńczy pakt, mający ich chronić w sprawach życia i śmierci – pakt zawarty podczas szkolnej wycieczki w Tatry. Jaki sekret ich łączy? I dlaczego każdy z nich nosi przy sobie ćwiartkę stuzłotowego banknotu z Waryńskim? Każdy z nich będzie musiał zmierzyć się ze swoimi najgorszymi demonami. Zmuszeni do walki, w sytuacji bez wyjścia, nie wiedzą, który z ich grzechów zasiał ziarno zła…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 423

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ziarno zła

Copyright © 2026 by Grzegorz Kapla

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Magdalena Mierzejewska

Korekta: Joanna Habiera, Izabela Sieranc, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-68542-51-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

– A ty co myślisz? Będziemy jeszcze potrzebni, kiedy wejdzie ten cały chat numer pięć? – Filipowski, dziekan wydziału filozofii klasycznej, specjalista od Zenona z Elei, wygrzebał wreszcie zapalniczkę ze swojej starej skórzanej torby. Była piekielnie nieporęczna, nie miała paska, dzięki któremu mógłby przewiesić ją przez ramię, ale była prezentem od matki chrzestnej z czasów, kiedy skórzane torby po prostu nie miały pasków.

– Ty mi powiedz, jesteś filozofem. – Prorektor Jaworowicz wpatrywał się w ekran swojego smartfona, zaniepokojony, że aplikacja wciąż nie powiadomiła go, że ktoś podjął jego uberowe zamówienie.

– Prawda jest istnieniem o wyjątkowych atrybutach. – Filipowski ścisnął torbę pomiędzy kolanami, żeby uwolnić obie ręce od jej ciężaru, i wsunął papierosa do ust. – Te atrybuty to niezłożoność i niezmienność.

Pstryknął zapalniczką i od razu się zaciągnął.

– Co z tego wynika? – zapytał prorektor i postukał palcem w ekran telefonu w nadziei, że to przyspieszy działanie aplikacji.

– To proste: ChatGPT nie posiada żadnego z tych atrybutów, więc nie może być prawdziwy.

– Możesz jaśniej? – Jaworowicz westchnął z ulgą, kiedy zobaczył, że jakiś kierowca podjął jego zlecenie. Jednak chwilę później zrezygnował.

Było zimno. Żałował, że nie zostali w lobby Biblioteki Uniwersyteckiej, mógłby tam sobie spokojnie poczekać na taksówkę, ale filozof naciskał, żeby wyszli. Bardzo mu się już chciało zapalić.

– ChatGPT ze swoją złożonością i zdolnością do udawania człowieka, łącznie z umiejętnością mowy, iluzją poczucia humoru, zdolnością do autoironii, jest fałszywym pozorem rzeczywistości. Oczywiście pozorem tak doskonałym, że niewykształconemu człowiekowi o nikłym intelekcie będzie wydawał się całkowicie rzeczywisty. Przy tym chat jest o wiele bardziej inteligentny od przeciętnego człowieka, ma wpisane w swoje cyfrowe DNA zdolności uczenia się i niestety będzie z nich korzystał.

Filipowski wydmuchał kółko siwego dymu i patrzył, jak rozwiewało się na tle choinkowych lampek. Lubił, kiedy Warszawa naciągała na siebie cały ten bożonarodzeniowy kamuflaż.

– No ale co z tego dla nas wynika? Będziemy jeszcze potrzebni czy nie będziemy? – Jaworowicz nie słuchał uważnie, wbił ponownie swoje zlecenie do aplikacji, ekran na ułamek sekundy stał się czarny i profesor pomyślał, że rozładowała mu się bateria. Na szczęście po chwili wszystko wróciło do normy.

– Mówiąc „dla nas”, masz na myśli nas obu czy ogół ludzkości?

– Nie no, oczywiście, że ludzkość.

– Powiem ci, że ChatGPT jako fałszywy pozór nie jest niestety nicością – Filipowski zaciągnął się znowu z niekłamaną rozkoszą – ale stanowi realnie istniejące przeciwieństwo istnienia. Byt jest niezłożony i posiada atrybut jedności, a ChatGPT jest złożony i wieloraki.

– Józek, ty mi nie pieprz tych swoich farmazonów, tylko mi powiedz, co ty o tym sądzisz. Czy jak ta maszyna wejdzie do powszechnego użytku, to my będziemy jeszcze potrzebni czy aplikacje wszystkim się zajmą?

– Wiesz, co jest niezmienne i niezłożone? No pomyśl, jako naukowiec, co byś powiedział?

– Ty mi nie rób egzaminu, przecież wypiliśmy alkohol, jak wigilia, to wigilia. Mów mi, bo zaraz mam Ubera.

– Prawda! Prawda jest niezmienna i niezłożona. A skoro akurat dziś wypiliśmy szampana wigilijnego, to powiem ci, że prawda jest atrybutem Boga, w skrócie możemy przyjąć, że Bóg jest prawdą. A skoro on jest prawdą, a ChatGPT jest przeciwieństwem prawdy, to znaczy, że jest antybogiem. Szatanem.

Filipowski złożył usta w ciup i wypuścił spomiędzy warg kółko dymu. Kiedyś, na studiach, dzięki takim kółkom jego życie erotyczne nabrało zupełnie nowego kształtu.

– Czyli nie wiesz, czy będziemy potrzebni. – Jaworowicz się zniecierpliwił.

– Panie rektorze, powiem panu, że nie, nie będziemy potrzebni. Pewnego dnia sztuczna inteligencja przyswoi sobie te wszystkie bzdury związane z Zielonym Ładem, ratowaniem planety przed globalnym ociepleniem, te utopijne kretynizmy o prawach zwierząt i równości gatunków, a ponieważ nie posiada zdolności odróżniania dobra od zła, wydedukuje, że wystarczy unicestwić ludzkość, aby uratować planetę. Będziemy istnieć tylko tak długo, dopóki AI nie odkryje sposobu uniezależnienia się od energii produkowanej przez człowieka.

– Póki nie nauczy się sama ładować własnych baterii? – Profesor spojrzał na ikonkę w swoim telefonie. Miał pięć procent baterii. Oby tylko wystarczyło na ten uberowski przejazd. Odkąd kupili z żoną dom w Sękocinie, spędzał w taksówkach naprawdę dużo czasu. Teraz sam właściwie nie wiedział, dlaczego nie przyjechał po prostu samochodem, przecież na wigilii ze studentami pozwalał sobie co najwyżej na jedną lampkę szampana.

– No mniej więcej. Czyli co? Gardzisz zaproszeniem starego druha i odmawiasz strzemiennego w skromnych progach mieszkanka ostatniego warszawskiego intelektualisty?

– Nie no, Józek, co ty gadasz, po prostu sam wiesz, jak to jest z kobietami.

Filipowski cmoknął.

– Wiem tylko do momentu, kiedy mówią, że chcą wyjść za mąż. – Poklepał Jaworowicza po plecach. – Ale wiem, jak to jest z młooodymi kobietami – przeciągnął znacząco sylabę – są takie niecierpliwe… Jedź, jedź, wypiję za twoje zdrowie. Za wasze.

Jaworowicz zbliżył się do krawędzi chodnika i wyciągnął szyję, wypatrując taksówki. Sądził, że nadjedzie Dobrą gdzieś z południa, ale Uber zatrzymał się nagle tuż obok niego. Wyłonił się z Lipowej.

Profesor podszedł, zmrużył oczy i sprawdził numery.

– To zdaje się mój! – krzyknął do Filipowskiego. – Do zobaczenia jutro.

– A co jest jutro?

– Kolegium mamy o dziewiątej trzydzieści.

– A tak, tak… będę.

Filipowski nie patrzył na kolegę, bo zrobił się jakiś ruch przy drzwiach, a on miał oko na tę nową wizytującą profesorkę z Estonii. Nigdy nie miał do czynienia z żadną Estonką.

Jaworowicz otworzył drzwi.

– Pan Grigorij?

– Nu da – usłyszał, więc wsiadł. Samochód ruszył natychmiast, wjeżdżając w Dobrą i nabierając prędkości. Profesor szarpał się chwilę z pasem. Kto to wymyślił, że nie da się normalnie, intuicyjnie przeprowadzić tej procedury.

Kiedy skręcali w Tamkę do góry, kierowca wykonał manewr na tyle gwałtownie, że pasażerem aż szarpnęło. Profesor chrząknął.

– Co? Nie podoba się jazda?

– Rzeczywiście mógłby pan bardziej uważać, panie Grigoriju.

Profesor podniósł wzrok i dopiero teraz dostrzegł, że kierowca ma na głowie czapkę Świętego Mikołaja. Czerwona, z białą lamówką z materii przypominającej watę.

No tak, zaraz Wigilia, pomyślał. Pewnie Uber ma jakąś świąteczną akcję.

– Żora – powiedział tamten. – Możesz mi mówić Żora.

– Nie nawykłem do tego, żeby mówić po imieniu komuś, kogo nie znam.

Mikołaj dodał gazu. Teraz, nocą, Tamka była zupełnie pusta. Tesla rozpędziła się bezgłośnie do setki, żeby wyhamować gwałtownie przed samym rondem. Jaworowiczowi nie podobała się ta jazda i zdecydował, że po prostu wysiądzie na najbliższych światłach. Taksówkarz pewnie domyślił się tego, bo utrzymywał prędkość, która nie pozwalała na to, żeby pasażer opuścił jego pojazd.

– Czyli nie poznajesz, a my przecież poznakomilis’, wodki my wmiest’e papili.

– Pan mnie z pewnością z kimś pomylił.

Tesla wzięła dwa zakręty z piskiem opon i wyjechali na Świętokrzyską.

– Niet, niet. Ja nikagda nie aszybajus’, ale jeśli chcesz, ja mogę na polskim mówić, Jura. Ty przecież Jura, syn Aleksandra.

Na dźwięk imienia swojego ojca profesor chrząknął bezwiednie. Aplikacja nigdy nie żądała od niego imienia ojca. Jak to możliwe, że ten człowiek je znał?

– No słyszę, że ty przypomniał sobie, Jura, ja bardzo ucieszyłem się. Bo już bałem się, że po prostu wysiądziesz.

Zatrzymali się na czerwonym przed Krakowskim Przedmieściem. Ulica była rzęsiście oświetlona, ale cała ta choinkowo-anielska dekoracja wydała się profesorowi groteską. Zmarszczył brew.

– Jura, mąż Agaty. Agatki. – Kierowca odwrócił się i mrugnął do profesora. Jaworowicz obrzucił szybkim spojrzeniem tę twarz z dwudniowym, sztywnym, czarnym zarostem, pełnymi policzkami, krótkim, zadartym nosem i dziwnym uśmiechem odsłaniającym górne dziąsła. Nie potrafił rozpoznać koloru oczu, bo mężczyzna miał nasuniętą na czoło mikołajową czapkę.

– Co? Nic?

– Co „nic”?

– Nie przypominasz sobie, Jura?

– Nie przypominam sobie. – Profesor się zaperzył. – Ta sytuacja wcale nie jest śmieszna, proszę pana!

Zaświeciło się zielone, mężczyzna odwrócił głowę z powrotem i Tesla ruszyła.

– Krajowe Forum Edukacji Ekonomicznej – powiedział. – Jakoś pod koniec oktjabrja…

– Słucham?!

– Krajowe Forum Edukacji Ekonomicznej w tej twojej zaprzyjaźnionej Szkole Handlowej.

– Skąd pan zna imię mojej żony?!

– Przypominasz sobie powoli? My wysłuchali razem wystąpienie szefowej senatu, ty pamiętasz? My porozmawiali niemnożko przykafe. Ty powiedział, że do końca nie zostajesz, bo cię nie interesuje, co ma do powiedzenia taka jedna kobieta od mody na TikToku, pamiętasz? Ty mówił, że wstyd, żeby taki ktoś przemawiał do akademików.

Profesor przypomniał sobie nagle. Nie tego człowieka, ale tamto uczucie upokorzenia, że na forum akademickim będzie do naukowców i przedsiębiorców przemawiała influencerka modowa, której przykład on sam przywoływał w swoich wystąpieniach na temat uczciwości w biznesie: odzież produkowana pod marką tej pani zawierała na metkach nieprawdziwe informacje, co spowodowało interwencję UOKiK. Przedsiębiorstwo wyciągnęło wnioski i od tej pory publikuje już tylko prawdziwe dane, ale kiedy okazało się, że influencerka ma wystąpić w panelu, profesor poczuł niesmak.

– Nie podobało ci się, Jura, że ktoś taki ma przemawiać, pamiętasz?

– Pamiętam.

– No widzisz. Ty nie szanujesz ludzi pracy, Jura. Ty szanujesz tylko elitę. Ja to rozumiem. Ja też szanuję tylko ludzi godnych poszanowania. Dlatego dostałem zaproszenie od waszego senatu. Chciałem was poznać. Nie ma tak wielu w tej branży profesorów rektorów…

– Jestem prorektorem – przerwał profesor.

– A dla mnie nie ma różnicy, Jura, dla mnie tylko ważne, czy ty masz motywację.

Wcisnął gaz do dechy, żeby zdążyć przejechać na światłach na skrzyżowaniu z Marszałkowską.

– Nie rozumiem.

– Zobacz, ten wasz Pałac Kultury, jakby ludzie nie mieli motywacji, to by jego przecież nie zbudowali. Ja wiem, wsio znaju, tu Warszawa cała w gruzach, a ludzie zbudowali jeden z największych wieżowców w całej Europie. Jak to było możliwe? Wiesz, Jura? Na pewno wiesz, przecież ty mądry człowiek jesteś. Nie tylko uczony, ale także mądry, choć w jednej sprawie to ci powiem, że nie za bardzo.

Zamilkł.

Profesor też nic nie mówił, wpatrując się w oświetloną w kolorach ukraińskiej flagi bryłę Pałacu Kultury i Nauki. Skręcili łagodnie w Emilii Plater, szofer nie wciskał już gazu, dawał Jaworowiczowi czas, żeby przyzwyczaił się do sytuacji. Miał wprawę. Wiedział, jak rozmawiać z ludźmi.

– Wot widzisz, Kangresowa. Tu ja czytałem, śpiewał Mick Jagger. Ha! Co to musiał być za dzień!

– Czwartek – mruknął Jaworowicz. – To był czwartek.

– Skąd ty wiesz takie rzeczy, Jura?!

– Przeczytam coś raz i pamiętam. Taki mam… nazwijmy to: talent.

– A! Widzisz, ja mam drugi talent. Po waszemu „inny”. Ja, widzisz, znam się na ludziach. Dokładnie tak jak Stalin. Rozumiem, co to jest motywacja. On kazał biednym Polakom budować pałac swojego imienia i oni budowali. Pół Polski burzyli w innych częściach strany, żeby tu cegły przywozić do Warszawy, kradli żyrandole, kradli marmury. Dlaczego? Motywacja. Bali się, że ich Stalin zabije wszystkich. I ja mam tak samo. Potrafię dobrać motywację do człowieka, a człowieka do motywacji. Dzięki temu u mnie interes się kręci, widzisz!

Uderzył dłońmi w kierownicę Tesli z wyraźnym zadowoleniem.

Profesor milczał. Zastanawiał się, dokąd to wszystko prowadzi. Może powinien się bać, ale był naukowcem, ciekawość była w jego życiu jednym z najsilniejszych motywatorów, a teraz był zainteresowany, skąd ten typ spod ciemnej gwiazdy zna imię jego żony.

– Milczysz? No to co… ja sam do siebie gadał nie będę. Puszczę ci taki film motywacyjny, chcesz?

Sięgnął po telefon tkwiący w uchwycie na desce rozdzielczej i przesunął palcem kilka razy, aż znalazł odpowiednią aplikację.

– Ty wiesz, że w Tesli można sobie wyświetlać filmy na dużym ekranie? Wiesz? Pytam się!

– Nie, nie wiedziałem.

– No popatrz. A można.

Kliknął.

Profesor zobaczył nagranie z jakiegoś klubu, przyćmione światło, gdzieś w oddali stroboskopowe lampy nad parkietem, na stoliku dwie kreski, dziewczyna pochyla się nad nimi, a potem, kiedy podnosi twarz, ma nos ubabrany w tym gównie. To Agata Jaworowicz, jego niedawno poślubiona trzecia żona, była studentka. Młoda, pełna życia i piękna.

Tesla powoli toczy się Alejami i zjeżdża na pas w stronę Marszałkowskiej. Profesor myśli, że będą tak krążyć dookoła pałacu do usranej śmierci.

– Widzisz. Z młodymi kobietami to jest tak, że one lubią zabawić się. Lubią życie. Ja tego nie oceniam, każdy niech sobie żyje, jak chce, ja tobie tylko mówię, że szkoda takiej Agatki by było, jak by coś stało jej się, rozumiesz?

– Nie rozumiem. – Profesor poczuł, że robi mu się gorąco.

– Czego nie rozumiesz? Taka młoda kobieta łatwo wpada w złe towarzystwo. Mogą jej przytrafić się różne złe rzeczy. Ty nawet nie wiesz, jakie złe rzeczy mogą przydarzyć się młodej kobiecie. Ty jesteś przecież z innych czasów. W twoich czasach złe rzeczy to były, jak komuniści kogoś do więzienia zamknęli. Ty myślisz, że tamte czasy to były złe. Ale ja ci powiem, ty się mylisz.

Profesor patrzył na białą ścianę Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jeszcze dwie godziny temu rozmawiał z kolegami o tym, że ta bryła jest trochę jak pałuba z Misia. TakiMiś na miarę naszych możliwości. Trochę wstyd w dwudziestym pierwszym wieku budować coś tak nienowoczesnego. Teraz nic go to nie obchodziło. Przestał słuchać, co mówi ten zły człowiek siedzący za kierownicą Tesli. Czekał, aż zmieni ton głosu i powie o swoich żądaniach. To było oczywiste, że jakieś ma. Ale czego źli ludzie mogą chcieć od profesora prawa? Ma kogoś wyciągnąć z więzienia? Przecież nie jest sędzią ani praktykującym adwokatem.

– Słuchasz mnie tam?!

– Słucham. – Profesor skupił się na nowo.

– Sam rozumiesz, jak ktoś jej nie da kokainy, pudru, ale na przykład GBH z jakimś smakowym dodatkiem, co ty wtedy zrobisz?

– Nie wiem, co to jest GBH. – Jaworowicz złapał się na tym, że nie ma pojęcia o wszystkim, co jest na świecie.

– Sprawdź sobie w Wikipedii – zasugerował Żora. – Tyle chyba potrafisz.

– Wyładowała mi się bateria.

– A widzisz, to bardzo dobrze. Mógłbyś sobie wszystko nagrać, a tak musisz zapamiętać. Po naszemu zapomnieć, ty wiedział? Polaki zapamiętują, a my zapominamy…

Skręcili znowu w Świętokrzyską i zbliżali się do Pałacu Kultury.

– O czym mam zapomnieć?

– Oj, to tylko, jak wy mówicie, pigułka gwałtu. W sumie niegroźna, ze wszystko można wyspowiadać się, ty prawnik, ty wiesz, że jeśli nie było złych intencji, to nie można skazać na jakąś straszną karę.

Profesor poczuł, że się czerwieni, ciśnienie musiało mu nagle skoczyć, albo adrenalina. Milczał.

Z czasów, kiedy był adwokatem sądowym, zostało mu parę istotnych przyzwyczajeń.

– No mów, czego chcesz.

– Ja niczego nie chcę, ale moi klienci są w potrzebie. Płacą dobrze, podciągniecie sobie z Agatką kredyt. Teraz czasy trudne, wasz kraj zadłużony, nie wiadomo, co będzie, kredyt spłacić dobry interes, panimajesz… ocień charoszyj.

– No mówże wreszcie.

– Widzisz, u moich klientów kłopot narodził się przez to wasze rozpieprzone państwo. W moim kraju wojna już długo praischodzit, ludzie giną albo w szpitalach leżą, Ameryka nie pomaga, Niemiec nie pomaga, wszyscy czekają, aż się kraj wykrwawi, czy co… a u was bałagan. Konstytucja nie działa. Jednego dnia wizy dają, drugiego nie dają. A u nas…

Tesla skręciła znowu w lewo w kierunku Kongresowej.

– U nas wizy potrzebne dla ludzi, którzy są niezbędni dla kraju. Wojna skończy się może w tym roku, może za dwa lata, po co teraz iść w kamasze? Bogatym ludziom to się nie opłaca i oni muszą wyjechać. Rozumiesz?

– Ja nie znam nikogo, kto wydaje wizy.

– Oj, jak ty brzydko kłamiesz, Jura, jak brzydko. Ja tu miał kontrahenta, rozumiesz, takiego rektora, ale co się stało? No sam pomyśl…

– Zamknęli go, bo handlował dyplomami. – Jaworowicz już rozumiał, czego od niego oczekiwali. Nie mógł się na to zgodzić.

– No widzisz, jak chcesz, to umiesz myśleć. Mnie, widzisz, potrzeba sześćdziesiąt dyplomów tego tam licencyatu, żeby moi klienci mogli przyjechać do Schengen studiować dalej, rozumiesz? Kontynuować naukę. To bardzo ważne. I ja ci dobrze zapłacę, Jura, tak dobrze, żeby ty miał podzielić się z kim trzeba, będziesz się musiał podzielić, bo mnie bardzo spieszy się, rozumiesz?

Profesor milczał.

– Nie pytasz, jak bardzo?

– Pytam.

– No to za tydzień bym musiał to mieć. Kiedyś byś mi mówił, że to nie da się, że trzeba wypisywać tyle i tyle, a dzisiaj, widzisz, nowoczesność. Wszystko jest w internetach. Więc ty mi nie mów, że to niemożliwe jest.

– To niemożliwe. Ja się nie znam na komputerach.

– Ja to doskonale rozumiem przecież. Kto by tam znał się na wszystkim. Ja ci dam mojego człowieka. Usiądziecie sobie razem i ty jemu powiesz, co i jak, a on ci w komputerze ustawi, co trzeba. Teraz będą święta, wszystko zamknięte, siądziecie sobie w twoim biurze i załatwicie.

– To niemożliwe.

– Ty mi nie mów, Jura, takich złych rzeczy, przecież się przyjaźnimy. Ja ci nie mówię „niemożliwe”, jak ty martwisz się, czy źli ludzie nie zgwałcą twojej Agatki i nie wrzucą tego filmu do socyalnych sieti, do tej platformy X czy do TikTok. Ja ci nie mówię, ale ty możesz być pewien, że ja ją ochronię. Choćbym musiał z nimi bić się. Rozumiesz? Prawnik jesteś, rozumiesz. No co, odwieźć cię do domu czy wolisz tutaj wysiąść?

– Wolę tutaj.

– Ale, Jura, my teraz druzja, ty mi powiesz jedno słowo, a ja wiozę na ulicę Kubusia Puchatka, przecież tobie telefon rozładował się.

– Stań. Stań, kurwa.

Tesla zatrzymała się przy krawężniku.

– Telefon naładuj, Jura, jutro wieczorem zadzwonię i ty musisz odebrać, rozumiesz? I musisz mi powiedzieć, kiedy robimy.

Kiedy Jaworowicz został sam, sprawdził komórkę. Telefon był rozładowany, miasto puste, żadnej taksówki w zasięgu wzroku, a w dodatku zaczęła się parszywa warszawska mżawka, ani to deszcz, ani mgła, natychmiast oblepia ci okulary. Postawił kołnierz. Pamiętał, że do Sękocina dojeżdża autobus siedemset siedem, ale bez dostępu do internetu nie potrafił zlokalizować żadnego przystanku, pewnie konieczna byłaby przesiadka. Zdjął okulary. Przecieranie ich bez przerwy doprowadziłoby go do szaleństwa. Ruszył przez parking pod Pałacem Kultury w kierunku Dworca Centralnego. Tam zawsze można znaleźć jakąś taksówkę – drogą i powolną, z przemądrzałym kierowcą za kółkiem, ale przynajmniej Warszawiakiem, któremu można zapłacić gotówką, a nie przez aplikację.

To był stary Renault. Brudny od błota. Jechali na południe, w stronę lotniska, profesor zdał się całkowicie na kierowcę i zatopił w rozmyślaniach. Było mu przykro z powodu Agaty, nie miał żalu o to, że uwielbiała rozrywki, on też je przecież lubił, nie był hipokrytą. Martwił się o jej przyszłość. Kiedy kogoś kochasz, uczynisz wszystko, żeby ocalić go od zguby, ale plan wystawienia sześćdziesięciu dyplomów ludziom, którzy nigdy nie przekroczyli progów uniwersytetu, nie wchodził w grę, cokolwiek sobie umyślił ten jakiś Żora.

To nie był pierwszy raz, kiedy Jaworowicz miał do czynienia z szantażem. Zanim zaczął się wspinać po szczeblach akademickiej kariery i podjął pracę w prywatnym sektorze bankowym, zdarzało mu się spotykać ludzi naprawdę złych. Sądził, że poznał ich całkiem nieźle, że rozumiał ich mentalność. Uważał, że z takim Ukraińcem umie sobie poradzić. Postanowił, że nie będzie jutro odbierał telefonów z nieznanego numeru, a potem po prostu się zobaczy. Mógłby powiadomić policję, przeszło mu przez myśl, ale wiedział, że wówczas nie udałoby się już dłużej utrzymać w tajemnicy uzależnienia Agaty od środków psychotropowych, a wtedy jej kariera mogłaby ulec nagłym fluktuacjom. I wtedy co? Mogłaby wrócić do ministerstwa, ale czy wówczas daliby radę utrzymać dom? Za te jej dziesięć tysięcy brutto i jego niewiele więcej? Szczerze w to wątpił. Nie, na policję nie zadzwoni. Spróbuje przeciągnąć sprawę z tym Żorą, pewnie nie był jedynym akademikiem, do którego uderzają, może zgodzi się pod naciskiem jakiś inny kolega. Czasami takie sprawy rozwiązują się same. A jeśli nie?

Sięgnął do portfela. W najgłębszej przegródce tkwił owinięty w celofan kawałek papieru. Ile portfeli zmienił Jaworowicz w ciągu tych ostatnich dekad? Pewnie z dziesięć. Ale ile by ich nie było, ten wyschnięty na wiór kawałek papieru, jedną czwartą stówy z Waryńskim, miał przy sobie zawsze. W najtrudniejszych chwilach, w smutku, nerwach, w chwilach zwątpienia dotykał go i wtedy wszystko wracało do normy.

2

Jedną czwartą stówy z Waryńskim Stefan Woźnicki miał przy sobie zawsze. W najtrudniejszych chwilach, smutku, w nerwach, w chwilach zwątpienia sięgał po ten kawałek papieru i wszystko wracało do normy. Przynajmniej tak mu się wydawało. Sama obietnica zaklęta w tym skrawku dodawała mu otuchy, choć do tej pory nigdy nie próbował go użyć. Nigdy dotąd się nie odważył. A może jednak brakowało mu wiary? Może nie do końca ufał, że ten kawałek papieru mógłby cokolwiek zmienić, cokolwiek zdziałać, nie takie zobowiązania ani nie takie kontrakty widział w czasie swojej dziennikarskiej kariery. Nauczył się, że w polityce panowała prosta i niewzruszona zasada, że papier wszystko przyjmie i wszystko zniesie. Każdą głupotę, a także każdy fałsz. Porozumienia partyjne czy koalicyjne, to przecież nie są cyrografy z diabłem, za ich zerwanie nikt nie idzie żywcem do piekła.

A kontrakty i umowy w mediach też okazują się gówno warte, bo zawsze znajdują się po tamtej, silniejszej stronie prawnicy, którzy przekonają cię, że to jednak organizacja ma rację, to organizacja ma misję i nigdy się nie myli.

Organizacja lepiej wie, czego pragniesz i czego jeszcze potrafiłbyś się nauczyć. Wie, czy ty w ogóle jeszcze się nadajesz.

– Pomyśl sam, Stefku, ale bądź wobec siebie szczery: kim ty tak naprawdę jesteś? Milczysz… Wiesz, dlaczego milczysz? Bo jesteś gościem, który w głównym programie informacyjnym czyta to, co ci wyświetlimy z promptera, a w paśmie publicystycznym powtarzasz na głos pytania, które dostajesz na słuchawkę od wydawcy czy producenta. Naprawdę wydaje ci się, że nie dałoby się ciebie zastąpić kimś innym? Że nie ma młodych, inteligentnych kobiet lub mężczyzn potrafiących robić to samo co ty? Wnieśliby do programu powiew młodości, świeżości. A to niezwykły atut, sam przyznasz. Pamiętasz, że to właśnie twoja młodość i entuzjazm sprawiły, że dosięgnąłeś szczytu? Tak, wiele, wiele lat temu, ale musisz pamiętać.

Stefan milczał.

Pomyślał, że nie dałoby się łatwo go zastąpić, bo nie na darmo przecież przez te wszystkie lata pracował na swoją rozpoznawalność, na swoją pozycję, na te dwieście tysięcy obserwujących na TikToku.

– Poza tym, Stefku, ty chyba zapominasz, że żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy sztuczna inteligencja daje nam zupełnie nowe możliwości wykorzystania zapisów w kontraktach. Nie zwróciłeś na to uwagi, co? Przyznaj się. Przejrzyj swoje kontrakty i pomyśl, czy przypadkiem nie mamy praw do twojego wizerunku przez rok po tym, jak przestaniesz u nas pracować? Telewizja zawsze była sztuką iluzji, a teraz jest nią w stu procentach, myślisz, że nie wystarczyłby nam twój awatar? Śmiałby się jak ty, żartował jak ty, miałby twoją mimikę i twój wystudiowany jednodniowy zarost. Czasami, zimą, mógłby nawet nieco chrypieć… – Mecenas Czerwiński odchylił się w wielkim fotelu i rzucił spojrzenie w kierunku swojej towarzyszki.

– Myślisz, że bez nas cokolwiek znaczysz? – zapytała dyrektorka pionu informacji.

Stefan pochylił głowę. Nie chciał tego zrobić, nie chciał opuszczać ramion, dużo czytał na temat pozawerbalnej komunikacji i doskonale wiedział, jak trzeba wyglądać przed kamerą, jak układać dłonie, jak spoglądać spod oka, jak unosić nieznacznie brew, kiedy pytasz o deficyt budżetowy poprzedniej władzy. A teraz nie umiał opanować potrzeby zamknięcia się we własnej skorupie, a to byłby błąd, kardynalny błąd, oni przecież szanują jedynie silnych. A on, Stefan, był silny, potrafił przecież poradzić sobie na poligrafie. Wiedział, że to nie było prawdziwe przesłuchanie, ale jednak sobie poradził. W dodatku miał przecież swój amulet. Zamknął go w garści, wyprostował się i podniósł wzrok.

– No dobrze, nastraszyliście mnie, a teraz pora na wnioski. Czego ode mnie oczekujecie?

Uśmiechnął się do nich, pokazując perfekcyjnie białe zęby.

Przez chwilę milczeli. Może nie uzgodnili wcześniej wszystkich szczegółów spotkania.

– Nie możesz przychodzić na dyżur pod wpływem alkoholu, czy co tam jeszcze masz w żyłach – powiedziała dyrektorka działu. – Jesteś zawieszony na miesiąc, albo lepiej, na dwa, i w tym czasie musisz się ogarnąć. Możemy ci w tym pomóc, dostaniesz pomoc psychologiczną.

Stefan kiwnął głową.

Czyli nie jest tak źle. Nie wyleją go, w każdym razie nie dzisiaj.

Dwa tygodnie później był trzeźwy i wykreślał z kalendarza kolejny termin spotkania z psychologiem, to nie są tanie sprawy, ale narastało w nim przeświadczenie, że przecież on nie potrzebował terapii, irytował go ten paternalistyczny ton, z jakim zwracała się do niego specjalistka wynajęta przez organizację. Słyszał w nim echa głosu własnej matki z czasów, kiedy jeszcze był studentem praktykującym w lokalnej kablówce w małym miasteczku.

– Uważaj, bo to cię zepsuje, Stefek – powtarzała – tobie, dziecko, zaczyna brakować pokory.

– Pokora jest dobra w oborze – odpowiadał i śmiali się oboje z tych słów, matka była bardzo inteligentna, w lot złapała żart o pokornym cielęciu.

Kochała go i potrafiłaby mu uchylić nieba, gdyby tylko tego potrzebował. Ale on nie potrzebował nieba. Pragnął sławy. Kończył zajęcia, wsiadał w tramwaj, potem w autobus, z parkingu przed akademikiem wytaczał małego Fiata, w którym ledwo się mieścił, i cisnął w kierunku lotniska, potem na Sandomierz, wzdłuż Wisły, która na pewno tam była, choć jednak nie było widać jej z drogi, przez śliski po deszczu las, nawet zimą w samochodzie, w którym ogrzewanie było jedynie marzeniem.

Wszystko po to, żeby od czasu do czasu pokazać się w osiedlowej kablówce. To nie były czasy platform streamingowych. Ludzie lubili swoje lokalne telewizje.

– Twoja twarz w każdym domu – mówiła matka – ale uważaj, nie możesz popaść w pychę. Pycha rani wszystkich dookoła. Ciebie też, choć tego nie zauważasz.

Dzisiaj znowu jechał tą samą trasą. Granatową wstęgę Wisły widział teraz tylko na wyświetlaczu nawigacji. Samochody od tamtej pory bardzo się zmieniły.

Wszystko się zmieniło. Asfalt, światła, muzyka w radiu. Wtedy mógł tu wyciskać z Malucha, ile się dało, bez lęku, że zarejestruje to jakiś fotoradar albo dron. Teraz miał pod maską silnik, który z łatwością mógł rozbujać to wielkie auto do dwustu pięćdziesięciu na godzinę, ale musiał trzymać całą tę moc pod butem, aż do miejsca, gdzie skończą się ograniczenia.

A one nigdy się nie kończą.

W radiu dziennikarze, których znał jeszcze ze studiów, zaczynali już polityczno-gospodarcze podsumowania mijającego za kilka dni roku, a Stefan złapał się na tym, że w ogóle go nie obchodzi ani poziom deficytu w planowanym budżecie, ani perspektywy prezydencji w Unii Europejskiej, ani nawet, jak głębokie zmiany czekają naszą planetę po objęciu urzędu przez nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Powinno go to interesować, musiał przecież być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się teraz w polityce, to nie była prawda, że w czasie rozmów z politykami powtarza bezmyślnie tematy, które przekazuje mu na ucho producentka. Podejrzewał, że poszło właśnie o te kilka złośliwych uwag pod adresem rządzącej koalicji, na jakie pozwolił sobie w czasie rozmowy z ministrą zdrowia.

Temat zdrowia był dla niego w ogóle trudny. Może rzeczywiście powinien był poprosić, żeby ten wywiad wziął za niego ktoś inny?

Na rozjeździe z Potyczem przypomniało mu się, że nie ma żadnego jedzenia dla Burka ani saszetek dla kota.

Od pół roku, odkąd matka zachorowała na nowotwór, odwiedzał ją niemal co drugi, trzeci dzień, chociaż to prawie sto kilometrów w każdą stronę. Czy to był temat do rozmów z tą całą psychoterapeutką? Co miałby jej powiedzieć, że jedzie tam zmęczony jak koń, a wraca zdruzgotany, bo patrzenie na bolesną agonię najważniejszej kobiety w jego życiu sprawia mu niewyobrażalne cierpienie? Tak, to prawda, kiedy wraca do domu grubo po drugiej w nocy, wypija czasem pięćdziesiąt gram wódki, czasem, zdarzyło mu się to ze dwa, najwyżej trzy razy, setkę.

Nigdy nie przychodził do pracy pijany.

Nigdy.

Przed pierwszą wizytą przejrzał na platformie ostatnie wydania swojego programu. Były perfekcyjne. Żadnych pomyłek, żadnego zawahania, żadnego niepotrzebnego słowa. No w tym jednym może rzeczywiście za mocno pocisnął tę ministrę zdrowia, ale nikt mu nie powie, że pomysł likwidacji powiatowych szpitali jest dobry dla kraju. Może rzeczywiście to było za ostro… Ale żeby go oskarżać, że przychodzi pijany? To skandal. Stefan bardzo dbał o zachowanie wszelkich pozorów. Używał znakomitych perfum, zawsze miał w samochodzie swój pakiet bezpieczeństwa. Perfumy, odświeżacz do ust, jakieś drobne słodycze o silnym zapachu. Musiałby się z kimś całować, żeby wydało się, że wypił setkę wódki. Wietrzył w tym spisek. Ktoś chciał go po prostu wygryźć. Może szefowa działu miała nowego kochanka? Gdyby bywał na bankietach, na balu, albo przynajmniej na tym antybalu dziennikarskim, to orientowałby się, co w trawie piszczy. Chcesz się utrzymać na wizji, musisz wiedzieć, co się w branży dzieje, ale on nie bywał teraz, bo musiał, kurwa, siedzieć przy łóżku matki, musiał jej podawać morfinę i czytać Annę Kareninę. A matka nie umrze, dopóki nie dokończą tej książki. Co za porażka. Ruska książka w czasie, kiedy oni zabijają dzieci w Ukrainie.

Szlag.

Jeszcze cztery, może pięć kilometrów. Musi zatrzymać się przed sklepem i kupić coś zwierzętom. Pani Agnieszka, pielęgniarka środowiskowa, która zaglądała do matki na zmianę ze Stefanem, nie pamiętała nigdy o psie ani kocie. Chyba w ogóle nie lubiła zwierząt, skoro tak kategorycznie odmówiła wynoszenia kuwety. Że niby jest uczulona na sierść. Ale przecież w kuwecie nie ma sierści, tylko szczyny. Śmierdzą już na drugi dzień, a on przecież przyjeżdża teraz co trzeci, wszystko przez tę obowiązkową terapię.

W sklepie kompletnie pusto. Promocja na choinki sięga już osiemdziesięciu procent.

Ludzie pewnie lepią pierogi i gotują barszcz. Kupił psie żarcie, coś dla kota i dwie butelki Żubrówki. Kobieta za kasą ma na sobie czapkę Mikołaja, ale nie daje żadnych prezentów.

Kiedy zjeżdżał w nieckę, w której leżała jego rodzinna wioska, wszystko zdawało się usypiać w gęstej, zimnej mgle. Wokół latarń ciężkie i nabrzmiałe pomarańczowe kule jasności zbierały się w wielkie bąble, jednak niewystarczająco ciężkie, żeby przebić śliską błonę mroku. Ani jeden okruch światła nie docierał do ziemi.

Uliczka była pusta. Niskie domki, niektóre wciąż drewniane jak za czasów, kiedy Woźnicki chodził do szkoły. Inne murowane, ale wciąż nie wyższe niż dwa piętra. Ludzie nie musieli się tu nikomu niczym wykazać. Było jak za komuny. Posiadamy niewiele, ale wszyscy mniej więcej tyle samo.

Czasami ktoś miał już piec na pelet.

Dom matki był murowany. Od co najmniej dwunastu lat Stefan myślał o tym, żeby go ocieplić, może kupić matce jakieś panele słoneczne.

Teraz to już nie będzie potrzeby. Przełknął ślinę i zawrócił na trzy, co w tej wąskiej uliczce wcale nie było łatwe.

Furtka była otwarta. Obszedł dom i zanim jeszcze dotarł do ogródka, usłyszał ciche, radosne skamlenie. Burek był starym psem, który wcale nie wiedział o tym, jakie mu przysługują prawa i że dzisiaj nie ma już obowiązku mieszkania w budzie i chodzenia na łańcuchu.

Stefan rozmawiał o tym z matką kilka razy, ale ona uważała, że to jej pies i że jego pracą jest pilnowanie, żeby nikt nie łaził od strony ogródka. Że się boi sama w domu. A poza tym gdyby go teraz spuścić, to pewnie serce by mu pękło ze strachu.

– Wiesz, jak to jest z łańcuchem. Wszyscy myślą, że to twoje więzienie, a to przecież także twoje poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Niektórzy ludzie nie potrafiliby żyć, jeśli im się nie powie, w co wierzyć, a czemu nie ufać.

Nie miał na to dobrej odpowiedzi.

– Może zabiorę cię wreszcie do miasta? – powtarzał wtedy. – Możesz jechać z psem i kotem.

– A co? Ja tu, myślisz, mieszkam na wsi? Już ci się nie podoba twoje rodzinne miasto?

Milczał.

– Mnie nic nie potrzeba. W telewizji cię posłucham, zobaczę i zaraz wiem, czy szczęśliwy jesteś, czy coś tam się psuje. Powinieneś dziewczynę sobie znaleźć jakąś, taką na zawsze, a nie tylko te lafiryndy, studentki…

Żałował, że kupił matce laptopa. Myślał, że dzięki temu będą ze sobą rozmawiać na Skypie, ale okazało się, że matkę najbardziej interesują Pudelek i Jastrząb Post. Wszystko wiedziała o jego domniemanych przygodach miłosnych i nie przyjmowała do wiadomości, że to nawet nie były romanse. To tylko taka przyjaźń przecież. Dobrze posiedzieć przy drinku z młodymi dziewczynami, mają taką pozytywną energię.

Matka nie wierzyła, że nie chodzi o seks.

Uklęknął przy budzie. Burek wystawił na dwór swój kędzierzawy łeb. Od razu widać, że to nie młodzieniaszek, kundel miał na brodzie całkiem posiwiałą sierść. Nikt nie wiedział, ile ma lat. Matka wzięła go ze schroniska na Paluchu przed ośmioma laty. Wybrała go, bo wielkością pasował do budy po poprzednim psie. Nie miał u niej źle. Dopóki nie zachorowała, chodzili razem aż nad wodę dwa razy dziennie. Był jej towarzyszem życia.

– No co tam, młody, co tam?! – Stefan poczochrał go po łebku, a pies wywalił się grzbietem do góry i aż wił się z radości, merdając ogonem i liżąc mężczyznę po rękach.

– Czekaj, czekaj, masz, to twoje ulubione.

Sięgnął po jego miskę i otworzył jedną po drugiej trzy saszetki z suchą karmą.

Nie może zapomnieć, żeby przynieść mu wody.

Potem otworzył kuchenne drzwi swoim kluczem. Drugi komplet miała pani Agnieszka. Od razu uderzył go swąd ciała matki. Docierał aż tutaj, tak intensywny, że musiał się cofnąć. Pomyślał, że nie da rady tam wejść.

– Jesteś, synku. – Głos był ledwie słyszalny. Matka najpewniej odzyskała świadomość, kiedy wszedł. Chyba cały czas czekała na niego. Zdawało mu się, że ona coraz bardziej wyczekuje tych jego krótkich, bolesnych wizyt.

– Tak, jestem, jestem. – Starał się, by jego głos brzmiał beztrosko, ale nie potrafił przywyknąć do jej zapachu.

Wyjął z kieszeni kurtki butelkę Żubrówki i pociągnął spory łyk. Duszkiem, nawet nie poczuł, żeby go zapiekło.

– No chodź – wychrypiała – chodźże, niech cię jeszcze zobaczę.

Przeżegnał się. Nie był specjalnie wierzący, ale teraz przydałaby mu się boska pomoc.

Matka leżała wysoko na poduszkach w zimnym świetle lampy. Pomyślał, że kiedyś światło było inne. Prawdziwe żarówki przypominały trochę świece. Wszystko było dzięki nim żółte i drżące. Te nowe świetlówki sprawiają, że każde pomieszczenie wygląda jak prosektorium.

Na szafce w rogu stała mała sztuczna choinka. Błyskała lampkami na czerwono i biało, ale nie potrafiła wnieść do tego pokoju ani odrobiny nadziei. Gdyby się jej przyjrzał, może zwróciłby uwagę, że jedno z tych światełek jest zielone, ale się nie przyglądał. Musi coś zrobić z tym zapachem. Nieopodal choinki stało pięć czy sześć grubych świec w słoikach. Obok zapałki. Pani Agnieszka musiała je tu przynieść. Może dzięki temu zapach umierania staje się znośniejszy?

– Kurwa mać – mruczy. Nie zna się na świecach, nie wie, którą powinien wybrać. W końcu decyduje się na tę największą. Ledwie zaczyna dymić, a do nosa dociera silna woń kadziła i jakichś ziół.

Stawia świecę na stole nieopodal łóżka.

Matka dyszała ciężko. Pani Agnieszka musiała ustawić jej poduszki w taki sposób, że prawie siedziała.

Telewizor był wyłączony, to dobrze, może się nie zorientowała, że ostatnio Stefan nie prowadzi głównego wydania. Pewnie nie miała siły, żeby samej sięgnąć po pilota. Kiedyś będzie inaczej. Kiedyś on po prostu powie Siri, żeby włączyła telewizję, i sztuczna inteligencja wszystko za niego załatwi.

– Czołem, mamo. – Pochylił się, a ona błysnęła białkami oczu.

Złapał się na myśli, że woli, kiedy jest nieprzytomna. Wtedy siedzi po prostu przy niej i ogląda wieczorne pasmo wiadomości jakoś tak do północy. Nie musi z nią rozmawiać. Nie miał jej nic do powiedzenia, od kiedy przekroczyła niewidzialną linię, za którą sprawy tego świata przestają jej dotyczyć.

– Dobrze cię widzieć. – Kiedy mówiła, jej spierzchnięte wargi odsłaniały dziąsła.

Wzdrygnął się. Myślał, że boi się tylko samotności. Ale nie. Zrozumiał teraz, że boi się także umierania.

– Pić chcesz, mamo?

– Chcę.

Przyniósł jej wody z kranu w jej ulubionym kubku z napisem „Paris”. Odkąd wykupił jej wycieczkę do Paryża, matka piła tylko w tym kubku z Wieżą Eiffla, Katedrą Notre Dame i Giocondą. Wodę mieli dobrą. Nie taką syfiastą jak w Warszawie.

Musiał ją podtrzymać, kiedy piła. Woda płynęła po brodzie wymieszana ze śliną. Głowa prawie nic nie ważyła. Zapach matki sprawił, że znowu zrobiło mu się mdło. O mały włos nie puścił jej głowy.

– Ja już teraz rzadko widzę – powiedziała. – Rzadko kiedy rozumiem.

– Aha.

– To przez te proszki. Wiesz…

Nerka, na której leżały tabletki, gdyby pani Agnieszka nie zdążyła ich podać, była pusta.

– Tylko wtedy nie boli. Kiedyś chciałabym ci życzyć, żebyś miał żonę, dzieci, prawdziwą rodzinę. A teraz już tylko, żeby cię nigdy, ale to nigdy nie bolało aż tak.

Poczuł, że coś dotyka jego nogi.

Kot był duży, czarno-biały, miał spokojne złote oczy.

– Witaj, Maciusiu.

To była kotka, ale nosiła to męskie imię trochę dla draki. Stefan miał nadzieję, że kotom jest wszystko jedno.

– Co to?

– Maciuś, mamo. Muszę jej dać jeść.

– Później dasz, dziecko, później, najpierw praca.

– Jaka praca, mamo?

Wpatrywała się w niego rozpalonym wzrokiem.

– Ja wszystko już wymyśliłam – mówiła z trudem. Przerwy między słowami były tak samo długie jak same słowa. – Ja się już z Panem Bogiem umówiłam na to. Jeśli będę przytomna, kiedy przyjedziesz, to będzie znak. Jeśli nieprzytomna, to też będzie znak, innego rodzaju. Przyjechałeś, kiedy widzę i kiedy słyszę, choć niewiele czuję przez ten ból.

Przyszło mu do głowy, że schowała tabletki, żeby nie zasnąć. Że ich nie połknęła. Nie… to głupia myśl, nie potrafiłaby tego zrobić przecież.

– Ty pamiętasz, jaka jest moja ulubiona płyta? Nastaw, tylko głośno, bo ja teraz słabo ze słyszeniem.

Pamiętał. Odgarnął kurz z gramofonu, który kiedyś, lata temu, był jego osobistym powodem do dumy. Kupił go za pierwsze pieniądze, jakie zarobił w telewizji. Odszukał płytę. Dawniej matki lubiły pewnie Sośnicką albo Marylę, ale jego matka najbardziej ceniła Shine on You Crazy Diamond.

Nastawił. Jemu też się podobały te klawisze na samym początku. Kotka znowu otarła mu się o nogi.

– Zaraz, Maciusiu. Zaraz.

– No chodźże, chodź. – Głos matki był jakby silniejszy.

Przysiadł na łóżku.

– Przysięgnij.

– E tam, mamo, co ty. – Zrobił się nagle czujny. Kiedy zostali tylko we dwoje, kiedy ojciec zginął w tym wypadku w tartaku, matka wychowywała go, wykorzystując te przysięgi. Przysięgnij, że przeczytasz do końca Ogniem i mieczem. Przysięgnij, że się zgłosisz do odpowiedzi z matematyki. Że nie będziesz palił papierosów.

Nie palił do dzisiaj. Nigdy nie złamał żadnej przysięgi.

– Przysięgnij. – Podniosła rękę i chwyciła go za połę marynarki. Przyciągnęła do siebie z wielką, nieprawdopodobną siłą. Smród z jej ust był nie do zniesienia. – Przysięgnij. Na wszystko, co przeżyliśmy razem. Bo nie puszczę.

Przez chwilę to był znowu jej głos. Ten, który znał z dzieciństwa, dźwięczny, radosny, nawet po śmierci ojca nie pozwoliła im obojgu zatopić się w depresji ani w biedzie. Po prostu wzięła dwa razy więcej korepetycji. Nigdy mu na nic nie brakowało. Marzył o tym, żeby uczyć się w liceum w Warszawie, i się uczył. Tylko on z całego miasteczka.

– Przy…

– Przysięgam.

Puściła.

– Ja już próbowałam kiedyś, ale nie mam dość sił. Dlatego musisz ty.

Westchnęła.

– Co muszę?

– Weź poduszkę. Tę szarą, miękką, i połóż mi na usta. I na nos.

– Nie zrobię tego.

– Musisz, dziecko. Ja już nie mam siły. Nie mam siły budzić się po tej morfinie obsrana i mokra od moczu…

– Ta pani Agnieszka…

– Ona nie ma nic do tego. To dobra kobieta. Przewija mnie przecież codziennie. Zresztą niewiele już ze mnie płynów… To śmierć. Śmierć nie ma siły wziąć mnie za rękę. A ja nie mam siły sama iść. Ty musisz. Musisz.

Sięgnął do kieszeni po drugą Żubrówkę. Wypił tym razem małymi łyczkami.

– To zabójstwo, mamo – powiedział. – Pójdę za to siedzieć.

– Jesteś mądry. Znajdziesz jakiś sposób. Jesteś sławny. Jak ten dziennikarz, który przejechał kobietę na przejściu i go wypuścili.

Pokręcił głową w milczeniu. Bał się podnieść wzrok na matkę, bo nawet teraz, przez skórę, czuł, jak pali go jej spojrzenie. Żywy ogień.

– To był wypadek, mamo.

– To też niech będzie wypadek. Przysięgałeś. Musisz.

Kiedy przycisnął już poduszkę do jej twarzy, nie walczyła, przytrzymała po prostu jego dłoń obiema swoimi rękami, nie było w nich sił, ale był to dla niego znak. Otucha.

Nie walczyła. Nie drżała, nie ciskała się, jak to robią zawsze aktorzy w filmie. Po prostu opadły jej te woskowate żółte dłonie i już. Powieki się nie zamknęły. Oczy nie miały blasku. Usta pozostały otwarte. Z kącika płynęła jeszcze delikatna strużka śliny. Żółtej śliny.

Stefan wyciągnął rękę i zamknął mamie oczy.

Wytarł kciukiem tę kropelkę śliny. Usta nie chciały się zamknąć. Kłap, kłap… żuchwa opadała raz za razem. Maciuś miauczała wniebogłosy. Stefan wziął ją na ręce i usiadł w fotelu przed telewizorem. Sięgnął po pilota i tkwił tak do północy, kotka zasnęła mu na kolanach, a on po prostu oglądał telewizję. Bał się poruszyć. Może starał się nie obudzić Maciusia, a może sam czuł, jakby stał się trochę martwy? Kiedy przestał bać się śmierci, zaczyna do niego dochodzić, że to, co właśnie zrobił, pewnie zaprowadzi go za kraty. Nie ma pojęcia, czy polski kodeks karny operuje w ogóle pojęciem eutanazji, czy trzeba odpowiadać jak za zabójstwo. Będą pisać, będą gadać, że zabił matkę dla majątku, nikt się nie pofatyguje, żeby sprawdzić, co to za dom. Zaszczują go, dojadą. Wyobraźnia rozwija mu przed oczami coraz dramatyczniejsze scenariusze, a Stefan próbuje sobie przypomnieć, czy kiedyś już bał się aż tak bardzo jak teraz?

Nie. Nigdy.

To otrzeźwia go i sprawia, że przypomina sobie o talizmanie. Sięga do kieszeni. Tak! Ten jego skrawek papieru wciąż tam był. Wyjął go i rozprostował. Pomięty, powycierany, ale wciąż widać literki.

Kawałek czerwonego papieru z pochyłym P i napisem „międzynarodowej, socy”… dalej urwane. Ale na dole, pod kreską, dało się odczytać jeszcze „100, sto zł” i „bilety narodo”. Potem był już tylko poszarpany brzeg. Po drugiej stronie broda jakiegoś gościa w krawacie. Po prawej mieściły się jeszcze literki „aryński”. Kiedyś było tam jeszcze W, ale brzegi się mocno wytarły.

Lata temu dostał ten fragment na dowód przysięgi, że jeśli kiedyś stanie się coś naprawdę złego, coś na miarę życia i śmierci, to ten talizman zadziała. Wtedy i tylko wtedy.

Zrozumiał, że to jest ten moment.

Sięgnął po komórkę i odszukał numer. Dzwonił na niego kilka razy, ale nigdy w sprawie ich przysięgi. Już miał nacisnąć „połącz”, ale coś go tknęło, żeby jednak nie dzwonić ze swojego telefonu. Gdyby było jakieś śledztwo albo co, to przecież najpierw posprawdzają billingi. Komórka matki leżała na stole na jakby odświętnej białej koronkowej narzucie. Matka wyciągała ten obrusik tylko raz do roku, kiedy ksiądz miał przyjść po kolędzie.

Telefon był rozładowany, ale ładowarki czekały sobie w kuchennej szufladzie i te potrzebne, i te od telefonów, które dawno już nie istniały. Nazbierało się tego przez lata.

Odczekał kwadrans, aż bateria pokazała pięć procent, i wybrał numer. Łączyło go, kiedy usłyszał za oknem warkot silnika i turkot kół po asfalcie.

3

Warkot silnika i turkot kół po asfalcie omal jej nie uśpiły. Pomyślała, że to pewnie z powodu adrenaliny. Kiedy przeżywasz poważne wzburzenie, pobudzenie, lęk albo zwyczajnie, kiedy krzyczysz, twoje żyły wypełnia adrenalina. Ale potem wszystko mija i po jakichś dwóch, może trzech kwadransach czujesz, że ciało się odpręża, i zaczynasz zasypiać. Ona w każdym razie tak ma. Ona wtedy zasypia.

– Nie śpij, dojeżdżamy. – Głos Bartka jest miękki, kojący, słychać w nim współczucie. Lęk.

Justyna nie chce tego lęku, nie kieruje wzroku w jego stronę. Patrzy za okno. Wieczór nadciąga czerwoną łuną, zupełnie jakby gdzieś tam, nad horyzontem, było słońce. Przegapiła ten moment, przespała. Nie widziała słońca od miesiąca. Warszawa tej zimy jest straszna, listopadowa, choć już przecież trzecia dekada grudnia. I od miesiąca nie ma słońca. Może jeden dzień taki był, może dwa? I raz spadł śnieg. Poszli do Skaryszewskiego popatrzeć na łabędzie na białym brzegu. Niewiele śniegu, ale wystarczyło, żeby zniknął cały brud, cała ta nieznośna szarość. A wtedy znaleźli nawet jakiś różany krzew, który zapomniał przekwitnąć. Pierwszy raz widziała, jak czerwone kwiaty kulą się pod świeżym śniegiem. I jeszcze pachniało czekoladą, bo wiatr niósł ten zapach od fabryki Wedla. Łabędzie tylko dwa, ale prawdziwe, śnieżnobiałe, wolne. Bo normalnie to tam są przecież wyłącznie dzikie kaczki, wrony i wróble. Łabędzie były między nimi jak nie z tego świata. Jak z bajki, aż jej się chciało płakać, takie piękne.

Wtedy mu powiedziała.

– Zrobię tak, jak zechcesz – odparł i przyciągnął ją do siebie. – Ale jeśli pragniesz, żeby się urodziło, będę przy tobie.

– Nie chcę.

A teraz za oknem ten dziwny czerwony zachód, choć widzi go tylko na zakrętach, bo jadą na wschód, a tam czerń. Pochyla się więc do przodu i szuka resztek blasku w lusterku. Kto wymyślił taki niedobry świat, że o czwartej po południu robi się już ciemno?

Kto wymyślił taki świat, że nie wiadomo, którędy żyć?

Widzi gdzieś za sobą mocne światła obcego samochodu.

Chciałaby zobaczyć ptaki. Zawsze lubiła patrzeć na klucze gęsi albo żurawi, nie poznasz, kiedy są wysoko, ale widać, że o siebie dbają, każdy zna swoje miejsce w tym wielkim „fał” w kopule nieba.

To telefon od matki tak ją rozstroił. Dzwoniła już przecież wczoraj, więc nie musiała znowu się naprzykrzać, Justyna powiedziała jej, że przyjedzie dopiero pierwszego dnia świąt, że Wigilię chce spędzić z Bartkiem. Ale matka nigdy nie rozumie. Nigdy nie daje za wygraną. „Przyjedź, przyjedź, nie możesz mnie zostawić samej z całą tą robotą na karku, wszystko jak zwykle na mojej głowie, ja się dla was zaharowuję, a wy nie doceniacie… to po co ja tyle karpia narobiłam, po co tyle śledzi? Dla ojca i dla mnie wystarczyłyby słoiczek i sześć pierogów. A ty wiesz, ile ja narobiłam? Aż mnie w krzyżu boli. Więc mi nie mów, że nie przyjedziesz! Musisz przyjechać, i to przed Wigilią, bo posprzątać mi pomożesz. Na ojca nie można liczyć, nawet prostej choinki sam nie umie wybrać, tylko znowu przytargał jakąś krzywą i pewnie starą, bo ledwie wstawił w krzyżak, a już zaczęła się sypać. Ja nic tylko ze ścierką chodzę, wycieram, odkurzam, sprzątam, pierogi lepię, karpia pilnuję, ty chociaż byś ciasta zrobiła, cebulę byś obrała, przecież wiesz, że mnie to bardzo źle robi na oczy, chyba alergię mam na cebulę, a może na kiszone ogórki, jak pryśnie, to ja od razu mam katar, płaczę, przyjedź!”

Kiedy Justyna odmówiła, było jeszcze gorzej, bo matka zaczęła to swoje „córuś, córuś” i w płacz. Nie chciała wysłuchać, dlaczego Justyna się nie pojawi.

Nigdy nie chciała słuchać.

Justyna pamiętała to jeszcze z dzieciństwa. Zawsze się spieszyły. Matka miała obsesję bycia na czas w pracy, którą uważała za swoje najważniejsze życiowe zwycięstwo. Jej prestiż i dumę. Biegły wtedy do opiekunki. Matka na obcasach, Justyna w klapkach, wiosna była, ciepło, bzy, pszczoły, kolorowe baloniki nad budką z lodami.

Przewróciła się i rozbiła kolano.

– Mamo!

Matka pochyliła się, otarła łzy, obejrzała kolano tak przez rajtuzy, przecież nie zdejmie ich na ulicy.

– No sama zobacz! Co ja teraz z tobą zrobię?! Spóźnię się przez to do pracy i znowu nie dostanę premii, a ty przecież chcesz mieć nowe ubrania, prawda? Chcesz nowe buty? Nowe rajtuzy?

Justyna powiedziała, że wcale o tym nie marzy. Naprawdę nie potrzebowała wtedy żadnych nowych ubrań. Wolała na ręce i się wypłakać.

– Jak to nie chcesz? To ja sobie ręce po łokcie urabiam, wszystkiego sobie odmawiam, kiedy ja u fryzjera byłam?! A ty mi teraz mówisz, że ty nie chcesz. Miałam cię odprowadzić, ale wiesz co, jak jesteś taka, to sama sobie idź!

Kiedy masz cztery lata i trzy miesiące, zakrwawione kolano szczypie tak, jakby to miał być koniec świata. Ale prawdziwy koniec świata jest wtedy, gdy mama zostawia cię na ulicy z tym „sama sobie idź”. Co prawda do furtki domu babki Józi nie jest daleko, najwyżej z dwadzieścia pięć metrów, ale dziewczynka boi się, że nie będzie potrafiła jej otworzyć, a kolano bardzo szczypie, białe rajtuzy są teraz brudne.

I krew leci.

Justyna nie rusza się z miejsca, płacze głośno i patrzy za matką. Jej postać jest coraz mniejsza, zaraz kończy się płot i mama skręci, zniknie, i wtedy co? Co wtedy? Justyna płacze coraz głośniej, najgłośniej jak umie, mama musi usłyszeć przecież. Ale nie, nie słyszy.

– Halo, mówię do ciebie. – Głos Bartka dobiegł ją jakby z oddali.

– Przepraszam, zamyśliłam się.

Odwróciła się w jego stronę. Ledwo widziała jego twarz w nikłym blasku ekranu nawigacji. Patrzył przed siebie. Mrok rozlewał się przed nimi czarny, smolisty i lepki. Mżawka brudziła szyby parszywym liszajem wilgoci, którego wycieraczki nie potrafiły rozsmarować do sucha.

– Mówiłem, że jeszcze możemy zawrócić.

– Nie chcę, Bartusiu, nie chcę.

Pokiwał głową w milczeniu. Wyglądało na to, że skupił się całkowicie na prostych czynnościach, na zadaniu. Zakręt po zakręcie reflektory wycinały z ciemności kostropate cienie drzew.

– Czy ty wiesz, do którego tygodnia taki płód nie ma świadomości?

Wydawało jej się, że głos lekko mu drżał.

– Wiem – położyła mu rękę na kolanie i ścisnęła lekko – wiem i nie musisz się tym niepokoić.

– Nie niepokoję się, po prostu przyszło mi do głowy, że tego nie sprawdziłem.

– Ja wszystko sprawdziłam.

Poruszyła dłonią w górę i w dół. Wiedziała, że głaskanie zawsze go uspokaja.

Ale teraz najwyraźniej nie przynosiło ukojenia.

– To kiedy zaczyna czuć?

– W ósmym… czasami w dziewiątym tygodniu. Najpierw zaczyna odczuwać dotyk. Na początku tylko w okolicach ust, a potem czuje już wszędzie.

– Skąd ludzie to wiedzą?

– Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, ludzie wszystko już wiedzą.

– W ósmym tygodniu…

– W dziewiątym. Ale w całym ciele odczuwa dopiero w czternastym. W tym samym też czasie uaktywnia się węch.

– No ale co on czuje w brzuchu? Pierdnięcia?

Zabrzmiało to jak żart, ale Bartek wcale się nie roześmiał. Justyna też nie.

– Czuje zapach matki.

– Matka ma w środku zapach?

– No widać jakiś ma.

Wyjechali z lasu i mżawka zmieniła się w prawdziwy, marznący deszcz.

– Może włączysz jakąś muzę?

Bartek nie odrywał wzroku od jezdni.

– Ale nie ma świadomości? Nie rozumie, co się dzieje, prawda?

– Nie, nie rozumie, nie możesz myśleć o płodzie jak o małym człowieku. To są tylko obce komórki w moim ciele. Nie mają świadomości, taki płód nie ma świadomości tego, co się z nim dzieje, rozumie tylko, kiedy jest głodny, kiedy mu zimno i kiedy coś boli. Obce komórki, rozumiesz? Mówiliśmy o tym.

– To nie są obce komórki. – Bartek wcisnął gaz i samochód wyraźnie przyspieszył.

– Obce, wierz mi. Bardzo obce.

– Moje. Są bardzo moje.

– Co ty mówisz, Bartusiu, nie mów tak. I nie myśl tak nawet, bo to ci odbierze siłę. A ja będę teraz twojej siły potrzebowała naprawdę.

– Ale on na pewno niczego nie rozumie? Czy może ona… Nie chciałabyś wiedzieć?

– Płeć można poznać dopiero w piętnastym tygodniu.

– Myślałem, że ty może to czujesz jakoś.

– Czy ty czytałeś jakieś antyaborcyjne gówno? Powiedz mi, czytałeś?

– Nie czytałem. Po prostu chciałbym mieć pewność, że płód niczego nie rozumie ani nie czuje.

Bartek widzi we wstecznym lusterku maleńkie światła jakiegoś auta. Nie zbliżają się ani nie maleją. Zakręt za zakrętem, a one tam są.

Znowu las. Drzewa otoczyły ich jak koc. Jak ulubiona poduszka. Milczeli. Czuła, że teraz musi być dorosła za nich oboje.

– Płód niczego nie rozumie – powiedziała dobitnie, ale nie podnosząc głosu – jest kawałkiem mnie. Kiedy jestem zdenerwowana, płód też jest zdenerwowany, bo płynie przez niego moja adrenalina. Rozumiesz? A kiedy mnie przytulasz, płynie przez niego dopamina. To wszystko. Jeśli ja się nie boję, nie popłynie przez te żyłki ani kropla lęku. Rozumiesz? Tak?

– Tak. Kocham cię.

– Jak daleko jeszcze, zdążymy?

Bartek spojrzał na ekran wyświetlacza.

– Pokazuje dwanaście minut.

Odetchnęła.

– Nie sądziłam, że to aż tak daleko.

Pomyślała, że nienawidzi tych wszystkich działaczy pro-life