Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Gdzieś na pustyni Półwyspu Arabskiego, z dala od karawanowych szlaków, z piasku wyłaniają się ruiny starsze niż wszystko, co znamy. Żaden podróżnik o nim nie wspomina, żadna legenda nie wymienia jego nazwy – a jednak ono tam jest. Czeka.
Bohater Lovecrafta postanawia zrobić to, czego nie odważył się nikt przed nim: zejść pod ziemię i sprawdzić, kto naprawdę zbudował to miejsce. I dlaczego korytarze wykute w skale są tak dziwnie niskie.
Klasyczne, wczesne opowiadanie mistrza grozy, w którym czuć już wszystko, co później uczyniło go legendą – duszną atmosferę, narastający niepokój i poczucie, że są rzeczy, których ludzki umysł nie powinien oglądać. Krótka rzecz, ale taka, że po lekturze człowiek dwa razy się zastanowi, zanim zajrzy w ciemny kąt.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 25
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
H.P Lovecraft
Bezimienne Miasto
Przetłumaczył Marcin Gołda
Gdy zbliżyłem się do bezimiennego miasta, wiedziałem już, że jest przeklęte. Wędrowałem wksiężycowej poświacie przez wyschniętą istraszliwą dolinę, aw oddali ujrzałem je, wystające złowieszczo ponad piaski, niczym członki trupa wystające zbyle jak zasypanego grobu. Zpostarzałych kamieni tego sędziwego ocaleńca potopu, tej prababki najstarszej zpiramid, przemawiał lęk; niewidzialna aura odpychała mnie inakazywała cofnąć się przed pradawnymi iposępnymi tajemnicami, których żaden człowiek widzieć nie powinien – iktórych żaden inny człowiek nigdy nie ośmielił się zobaczyć.
Daleko, wpustyni Arabii, leży bezimienne miasto, rozpadające się inieme, oniskich murach niemal pogrzebanych pod piaskami niezliczonych wieków. Musiało wyglądać tak samo, zanim położono pierwsze kamienie Memfis igdy cegły Babilonu nie były jeszcze wypalane. Nie ma legendy tak starej, by nadać mu imię lub przypomnieć, że kiedykolwiek żyło; mówi się onim tylko szeptem przy ogniskach imamroczą onim staruchy wnamiotach szejków, tak iż wszystkie plemiona stronią od niego, choć same do końca nie wiedzą czemu. Właśnie otym miejscu śnił szalony poeta Abdul Alhazred wnoc poprzedzającą tę, wktórej zaśpiewał swój niewytłumaczalny dwuwiersz:
„Nie jest umarłe to, co wiecznie spać może,A weonach osobliwych iśmierć umrzeć może.”
Powinienem był wiedzieć, że Arabowie mają słuszne powody, by unikać bezimiennego miasta, miasta opisywanego wosobliwych opowieściach, lecz nie widzianego przez żadnego żywego człowieka – ajednak wzgardziłem ich przestrogami iwyruszyłem ze swoim wielbłądem wnietknięte pustkowia. Ja jeden je widziałem, idlatego żadne inne oblicze nie nosi tak ohydnych zmarszczek strachu jak moje; dlatego żaden inny człowiek nie drży tak okropnie, gdy nocny wiatr potrząsa szybami. Kiedy natknąłem się na nie wupiornej ciszy bezkresnej nocy, spojrzało na mnie, chłodne od promieni zimnego księżyca pośród pustynnego upału. Agdy odwzajemniłem to spojrzenie, zapomniałem otriumfie odkrycia izatrzymałem się wraz zwielbłądem, by zaczekać na świt.
Czekałem godzinami, aż wschód zsiwiał izgasły gwiazdy, aszarość przeszła wróż obrzeżony złotem. Usłyszałem jęk iujrzałem burzę piasku wzbijającą się pomiędzy starożytnymi kamieniami, choć niebo było czyste, arozległe połacie pustyni zastygły wbezruchu. Wtem nad odległym brzegiem pustyni wynurzyła się płonąca krawędź słońca, widziana przez maleńką, mijającą już burzę piaskową, iw gorączkowym uniesieniu zdało mi się, że zjakiejś odległej głębi dobiegł mnie melodyjny dźwięk metalu, witający ognisty dysk, jak Memnon wita go znad brzegów Nilu. Wuszach mi dzwoniło, awyobraźnia kipiała, gdy wiodłem powoli wielbłąda przez piaski ku temu niememu kamiennemu miejscu – miejscu zbyt staremu, by je pamiętał Egipt iMeroë; miejscu, które ja jeden zżyjących widziałem.
Wędrowałem wśród bezkształtnych fundamentów domów ipałaców, nie znajdując ani jednego rzeźbienia czy napisu, który mówiłby otych ludziach – jeśli to byli ludzie – co zbudowali to miasto imieszkali wnim tak dawno temu. Starożytność tego miejsca była niezdrowa, ipragnąłem natknąć się na jakikolwiek znak czy ornament, który dowiódłby, że miasto rzeczywiście wyszło spod ludzkich rąk. Wproporcjach iwymiarach ruin było coś, co mi się nie podobało. Miałem przy sobie wiele narzędzi iwiele kopałem wobrębie zatartych budowli; lecz postępy były powolne inic znaczącego się nie objawiało. Gdy znów wróciły noc iksiężyc, poczułem zimny wiatr, który niósł nowy lęk, tak że nie ośmieliłem się pozostać wmieście. A
