Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Bestialska historia świata” to zbiór makabrycznych i wstrząsających opowieści o prawdziwych zbrodniach. W trakcie czytania zachwiana zostanie wasza wiara w dobro.
W tym zawierającym 19 historii studium zła odwiedzicie mroczne piwnice, obskurne zaułki oraz wypełnione wyciem katowanych pustostany, gdzie dochodziło do niewysłowionych aktów przemocy.
Przeczytacie o najobrzydliwszych, najbardziej wynaturzonych i odzierających z godności torturach, jakie jest w stanie zgotować człowiek.
Udacie się do położonego w kanadyjskich górach domku, gdzie szalony lider kultu Ant Hill Kids dokonywał makabrycznych zabiegów chirurgicznych na swoich wyznawcach.
Wsłuchacie się w krzyk chińskiego tiktokera, który w opuszczonym budynku odkrył basen wypełniony spuchniętymi, deformowanymi przez rozkład noworodkami.
Spojrzycie w oczy kobiety, która przez wiele lat powoli umierała w swoim domu, a jej pełne bólu i rozpaczy jęki wysłuchiwane były jedynie przez tłuste larwy, które zalęgły się w jej ciele.
Zajrzycie także do zatęchłego szpitalnego prosektorium, gdzie odziany w lateksową maskę nekrosadysta, znany jako Dr. Gloves, ćwiartował noworodki, czyniąc z nich modele do swoich przerażających sesji zdjęciowych.
Usłyszycie, w jaki sposób sicarios z meksykańskich karteli narkotykowych zdejmują skórę z twarzy swoich wrogów.
Poznacie kuchnie kanibali, łoża nekrofilów oraz niechlujne laboratoria, w których potwory w kitlach dokonywały eksperymentów na ludziach.
A to tylko niektóre z przystanków w tej podróży do samego jądra ciemności.
Michał Waleszczyński-Lis – zawodowy lektor i aktor, twórca dwóch podcastów true crime: „Dark Net” i „Radio Kostnica”, które w krótkim czasie zdobyły ogromną popularność na polskim rynku. Jego charakterystyczny głos i bardzo brutalny styl narracji sprawiają, że opowiadane historie angażują, ciekawią, ale też wywołują dreszcz na plecach. Poza pracą w mediach jest ring announcerem i tłumaczem wydarzeń sportowych na żywo. Prywatnie pasjonat gier komputerowych i ciężkiej muzyki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 369
Copyright © Michał Waleszczyński-Lis, 2026
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz
Redaktor inicjujący
Michał Nalewski
Redaktor prowadzący
Anna Kubalska
Redakcja
Jacek Kowalski
Korekta
Katarzyna Kusojć
Renata Bubrowiecka
ISBN 978-83-8444-511-2
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Zło od zawsze nas fascynuje. Setki lat temu przedstawiciele naszego gatunku z lubością obserwowali publiczne egzekucje, brutalne walki gladiatorów lub jawne procesy w sprawie rzekomego czarostwa. Dziś niewiele się zmieniło. Bezpiecznie zza ekranów naszych komputerów, często przez palce, obserwujemy potworne egzekucje przeprowadzane przez meksykańskie kartele, oglądamy zdjęcia z miejsc zbrodni i słuchamy podcastów o seryjnych mordercach. Mógłbym stwierdzić, że ta książka powstała w wyniku owej fascynacji złem, ale nie byłbym uczciwy względem Was, a także względem samego siebie, gdybym nie napisał czegoś więcej. Wszakże co to znaczy, że zło fascynuje? I czy usprawiedliwia mnie to, żeby opowiadać Wam, Czytelnicy, na łamach tej książki historie tak okropne, że wydają się nierealne? Przy okazji ostrzegam: to książka dla dorosłych, w pełni dojrzałych czytelników.
Bestialska historia świata to zbiór wstrząsających, ale prawdziwych opowieści o zdarzeniach z różnych zakątków naszego globu. Jestem przekonany, że poziom makabry oraz dewiacji, jaki tu opisuję, sprawi, że w trakcie czytania być może nawet porzucicie wiarę w ludzkość. Dlaczego więc najpierw opowiadam Wam na kanale Sekielski Brothers Studio o najrozmaitszych zwyrodnialcach, a teraz postanowiłem spisać część tych historii i podać Wam do przełknięcia tę gorzką, zatruwającą umysł pigułkę?
Fascynacja złem, jaka siedzi w każdym z nas, także we mnie, nie tłumaczy wszystkiego. Może więc chodzi o katharsis, oczyszczenie, jakiego doznajemy, czytając i słuchając najstraszniejszych historii? To na pewno. Ale myślę, że relacjonując te najbardziej chore z wydarzeń rozgrywających się na ziemskim globie, chcę pokazać także co innego. Zwróćcie uwagę w trakcie tej lektury, ile razy pojawi się stwierdzenie, że byli to naprawdę zwykli, mili ludzie, że zbrodni niemieszczącej się w głowie dokonał przeciętny człowiek. Bo zło, które obezwładnia i rozdziera nasze umysły, siedzi głęboko ukryte w ludziach podobnych do nas.
Poznacie tutaj historie nauczycieli, pozornie zwyczajnych nastolatków, wykształconych lekarzy oraz ludzi, którzy wydawali się tacy jak my: uśmiechnięci, serdeczni, normalni. Chcę przez to powiedzieć, że nasza fascynacja złem bierze się też stąd, że bardzo często znajduje się ono blisko nas. Siedzi w naszych sąsiadach, członkach rodziny, przyjaciołach – być może w nas samych.
Zło czai się w pobliżu, trzymane pod kloszem konwenansów, dobrego wychowania, na łańcuchu przepisów prawa, nakazów religijnych i Bóg jeden wie (jeśli istnieje, a czytając te historie, naprawdę możecie w to zwątpić) czego jeszcze. W trakcie lektury zrozumiecie zatem, że czasem wystarczy naprawdę niewiele, aby wzniecić jego iskrę i sprawić, że być może wyrwie się z Was, ze mnie?
Zło jest ukryte i uśpione, często powoli człapie wokół nas, a my nawet o tym nie wiemy. Dlatego trzeba o nim mówić, odzierając je z romantyzmu i pokazując, jakie jest naprawdę. I dlatego będę wciąż to robił – w podcastach Dark Net i Radio Kostnica na kanale Sekielski Brothers Studio, w książce, a może w wielu książkach – kto wie? Przy okazji chciałbym serdecznie podziękować Markowi oraz Tomaszowi Sekielskim za danie mi klucza, za pomocą którego mogę otwierać dla Was bramy do miejsc, w jakich nigdy nie chcielibyście się znaleźć. Chciałbym także podziękować mojej żonie Adzie za nieograniczone wsparcie podczas podróży przez ciemność oraz moim zwierzętom – kotom Marcelince i Maurycemu, a także psom Hadesowi oraz Piorunowi, któremu nie było dane dożyć premiery tej książki.
W tym studium zła zwiedzicie najmroczniejsze piwnice, najbrudniejsze alejki oraz wypełnione rykiem katowanych ludzi pustostany, w których dochodziło do niewysłowionych aktów odhumanizowanej przemocy. Przeczytacie o najobrzydliwszych, zdeprawowanych, wynaturzonych i odzierających z godności torturach, które – jak się okazuje – był zdolny wymyślić, wymierzyć oraz znieść człowiek. Dostaniecie rozłożoną na czynniki pierwsze gaszącą każdy uśmiech sprawę Junko Furuty. Udamy się do domku w kanadyjskich górach, gdzie szalony lider sekty Ant Hill Kids odcinał swoim wyznawcom tępym nożem genitalia i kroił ich żywcem w ramach makabrycznych zabiegów chirurgicznych. Wsłuchacie się w krzyk chińskiego tiktokera, który w jednym z opuszczonych budynków odkrył basen wypełniony martwymi, spuchniętymi od wielu tygodni przebywania w wodzie noworodkami. Spojrzymy też w oczy kobiety, która przez wiele lat powoli umierała w swoim domu dosłownie wtopiona w kanapę, a jej wrzaski słyszały jedynie tłuste larwy, które znalazły schronienie w jej zniszczonym ciele. Zapewniam: wielu makabrycznie krzywdzonych bohaterów tej książki też chciałoby schować się gdziekolwiek. Podły los nie dał im jednak takiej szansy.
Niczego nie będę tutaj upiększał. Zamierzam obnażyć przed Wami prawdę o świecie pełnym brudu, brutalnych morderstw, zapełnionym przez zwyrodnialców torturujących niewinne ofiary dniami i tygodniami bardzo często po prostu dla przyjemności. Jeżeli jesteście gotowi, to zapraszam Was w podróż do piekła.
Pewnie wiele osób będzie innego zdania, ale uważam, że co najmniej od kilku lat jedną z ciekawszych, a jednocześnie przyjemniejszych form spędzania wolnego czasu są fora internetowe. Skupiają pasjonatów rozmaitych tematów, którzy w otoczeniu takich samych jak oni freaków dzielą się swoimi niejednokrotnie niecodziennymi pasjami. Są tworzone przez ludzi, których wciągają różne zagadnienia. Mamy więc internetowe zgrupowania muzyczne, gamingowe i religijne, fora zbieraczy, miłośników kulinariów, a nawet osób skupionych na fetyszach seksualnych.
Punktem wyjścia tego rozdziału jest opowieść o innej społeczności, zgromadzonej wokół forum mrocznego i nieprzeniknionego niczym najczarniejsza z otchłani. Chodzi o forum znane pod nazwą Cannibal Café. Logowali się tam – nazwijmy ich tak – aspirujący kanibale, sympatycy tej szczególnej dewiacji, ale często także zwyczajni użytkownicy sieci goniący za jakimś wyjątkowym internetowym ekstremum. Najczęściej za taką pogonią nie szło nic poza możliwością pochwalenia się przed znajomymi. Lecz to będzie zaledwie punkt wyjścia: sedno stanowić ma jedna z najbardziej wstrząsających spraw z początku tego stulecia, czyli historia Armina Meiwesa, znanego jako „kanibal z Rotenburga”. Dodajmy od razu: znanego z tego, że zjadł swoją ofiarę, lecz ta wcześniej wyraziła zgodę na akt kanibalizmu. Zapinamy więc pasy i ruszamy w jedną z dziwniejszych podróży, jaką funduję wam w tej książce.
Na wspomnianym forum Cannibal Café ludzie pisali o rzeczach, które w żadnym (nawet równoległym) świecie nie powinny się wydarzyć. Opisywali swoje fantazje, fascynacje i marzenia, a marzyli o smakowaniu ludzkiego ciała. Gdyby jakimś cudem ktoś ze śledczych zapytał ich o to, zgodnie by odpowiedzieli, że słowa, jakie tam padały, miały pozostać wyłącznie w sferze wyobrażeń. Może chorobliwych – zdecydowanie chorobliwych – ale tylko wyobrażeń. I tak właśnie było przez lata: były to jedynie opowiastki, zbyt dziwne i groteskowe, by ktokolwiek potraktował je poważnie. Aż do chwili, gdy na forum zalogowało się dwóch mężczyzn: Armin Meiwes i Bernd Jürgen Armando Brandes. Marzeniem Armina było zjeść człowieka, a marzeniem Bernda – jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi – było zostać przez kogoś pożartym.
Gdy już ujrzała światło dzienne, ta sprawa była niewyobrażalnym szokiem dla społeczeństwa niemieckiego, ale i szerzej, dla całego cywilizowanego świata. Odbiła się szerokim echem w popkulturze: Rammstein nagrał o tym piosenkę, powstało też kilka filmów poświęconych historii kanibala z Rotenburga. Spójrzmy mu zatem w oczy także i my.
Armin Meiwes dorasta w domu, który na pozór wygląda jak spełnienie niemieckiego snu o porządku i dostatku: stary rozległy budynek z ogrodem, sadem, piwnicami i trzydziestoma sześcioma sypialniami. Za grubymi murami panuje cisza, która daleka jest jednak spokoju, jeśli przyjrzeć się sprawie z bliska. To cisza domu, w którym od dawna coś gnije. Matka była kobietą silną, ale rozchwianą emocjonalnie. Wcześniej dwukrotnie wyszła za mąż, ale obaj mężczyźni ją opuścili. Kiedy związała się z Detlefem Meiwesem, miała mimo wszystko (przynajmniej przez jakiś czas) nadzieję na zbudowanie trwałego związku. Ale i ten skończy się źle: Detlef, ojciec Armina, pewnego dnia po prostu wsiada do samochodu razem ze starszymi synami i odjeżdża w siną dal. Sześcioletni Armin biegnie za autem, krzyczy, prosi, żeby się zatrzymali. Samochód znika za zakrętem, a ojciec nigdy się już do niego nie odezwie. Chłopak boleśnie to odczuje.
Matka Meiwesa na dobre zamyka się w swoim świecie. Dom staje się jej królestwem, w którym Arminowi przypadnie rola kogoś, kogo najtrafniej można nazwać sługą. Mówi więc do chłopaka nie po imieniu, ale per Mädchen. To słowo w jej ustach brzmi w zależności od okoliczności raz jak „paziu”, raz jak „dziewczynko”. Każe sobie usługiwać na rozmaite sposoby, jakie tylko przyjdą jej do głowy. Więc syn musi przynosić jej herbatę, masować stopy, słuchać poleceń jak na królewskim dworze. W tej nowej, narzuconej przemocą roli nie ma miejsca ani na dzieciństwo, ani na zdrowe dorastanie. Kiedy Armin idzie do szkoły, matka przebiera go w tradycyjny bawarski strój: krótkie skórzane spodenki na szelkach, białą koszulę, długie wełniane skarpety. W latach siedemdziesiątych pośród chłopaków w dżinsach wygląda jak dziwoląg. Wyśmiewany, bity, non stop trzyma się na uboczu. W tej sytuacji oczywiście nie ma mowy, by ktoś się z nim zaprzyjaźnił, więc szybko wymyśla sobie przyjaciela. Nazywa go Frank, rozmawia z nim, spaceruje po lesie, a nawet czyta bajki przed zaśnięciem. W jednej z publikacji, gdy będzie już o nim głośno, powie, że dzięki Frankowi „po prostu czuł się mniej samotny”.
Pewnego dnia trafia na starą wersję Jasia i Małgosi, w której znana nam czarownica jest wyjątkowo przerażającą wiedźmą, szczególnie kiedy czuje głód. Zaspokaja go, najpierw tucząc, następnie piekąc na wolnym ogniu (lub też w piecu chlebowym, w zależności od wersji baśni), a potem jedząc schwytane podstępem dzieci. Po przeczytaniu tego tekstu w Arminie rodzi się pewna myśl. Z początku go przeraża, ale jednocześnie fascynuje. Zaczyna bowiem fantazjować o schwytaniu (ale nie podstępem, jak się później okaże) i zjedzeniu człowieka.
Z takimi myślami dorasta, kończy szkołę i wstępuje do wojska. Od zawsze imponują mu dyscyplina, rygor i codzienne rytuały; wszystko to docenia, bo pomaga mu trzymać się w kupie. Najbardziej lubi patrzeć na półnagie lub wręcz nagie umięśnione ciała kolegów. To właśnie w koszarach uświadamia sobie, że fizycznie pociągają go mężczyźni. Stara się to w sobie zdusić sposobami znanymi całym pokoleniom gejów niemogących poradzić sobie z własną orientacją. Płaci więc prostytutkom, licząc, że kontakt z kobietami go „naprawi”. Ale to nie działa. Próbuje więc innego sposobu. Pisze anons matrymonialny, na który odpowiada jedna z kobiet o imieniu Petra.
Przez chwilę wydaje mu się, że to może być początek „normalnego życia”. Młodzi spotykają się, spędzają wspólnie czas i planują przyszłość. Przychodzi jednak moment, kiedy Armin przedstawia ją matce i wszystko rozsypuje się jak piasek na wietrze. Kobieta, która przez lata kontrolowała każdy aspekt życia syna, nie zamierza oddać go innej. Na każdym kroku krytykuje Petrę, drwi z niej, ośmiesza przy każdej możliwej okazji. Dla Armina oznacza to błyskawiczny powrót do starego trybu życia i do roli, w której znów jest sługą uwięzionym w coraz bardziej odrealnionym królestwie swojej pogrążającej się w szaleństwie matki.
Po czterech miesiącach Petra stwierdza, że nie będzie trzecią w związku i Armin musi decydować: albo ona, albo matka. Mężczyzna wybiera matkę. Petra odchodzi, a Armin przypłaca to solidnym załamaniem psychicznym. Szybko jednak dochodzi do wniosku, że trzeba żyć dalej. Skupia się na karierze wojskowej, nie zapominając o gorliwym spełnianiu zachcianek swojej „królowej”.
Przychodzi 1996 rok, w którym matka ma wypadek samochodowy. W jego konsekwencji, jak to później opisywał, „stała się totalnie nieznośna”. Armin okres powypadkowy, gdy musiał zajmować się rekonwalescentką, wspominał będzie jako absolutny koszmar. Matka potrafi wówczas zażyczyć sobie zupy, a kiedy dostaje talerz pod nos, zaczyna nieprawdopodobnie wręcz grymasić. Na koniec stwierdza, że w ogóle nie miała ochoty na zupę, a gdy ta trafia do kubła z pomyjami, mnoży pretensje, że zamiast ją karmić, bezrefleksyjnie wylewa jedzenie. Rano jest jej zbyt zimno, po jakimś czasie robi się znów zbyt gorąco. W jej pokrętnym świecie posiłki są zbyt małe, aby po chwili być zbyt dużymi. Obiady niedosolone, obiady przesolone. Masaż pleców, masaż stóp, prośba o kawę – no, ale dlaczego bez cukru? Słodzona? Kto by to wypił. I tak dalej, i tak dalej – godzina po godzinie, dzień po dniu. Jednym słowem: nastały koszmarne dni. Maiwes znosił je w milczeniu. Dorastał w domu, w którym ktoś stale rozdawał role i rozkazy, a matka wymyślała kolejne zadania. Całe życie wymyślała mu zajęcia: a to każe kopać doły, a to je zasypywać. Zmusza do bezsensownych prac, które wyglądają jak pomysł na rozładowanie własnych frustracji. Kontroluje każdy szczegół jego dnia. I kiedy ten nieludzki wręcz reżim kończy się w 1999 roku wraz z jej śmiercią, mężczyzna najpierw czuje przypływ niewyobrażalnej ulgi, ale po pewnym czasie zostaje ona wyparta przez dojmującą, niedającą się wypełnić pustkę.
Chwilowa euforia szybko ustępuje miejsca depresji, a ta popycha go w alkohol. Skutek jest fatalny: pewnego dnia Armin prowadzi auto „pod wpływem”, rozbija je, a w konsekwencji traci posadę w wojsku. Jako że przełożeni lubią go i nie chcą robić mu kłopotów, proszą go o odejście z wojska, dlatego wraca do trybu życia przeciętnego cywila. Będzie mu więc teraz brakowało zapachu spoconych ciał kolegów broni, rygoru i tego wszystkiego, co trzymało go w pionie. Nadal marzy o mężczyznach.
Nie rozpacza ani nie rozpamiętuje długo zaprzepaszczonej kariery wojskowej. Ma głowę do liczb i do maszyn, więc niemal natychmiast chce to wykorzystać i rzuca się w wir nauki. Uczy się informatyki, żeby móc zarobkować, naprawiając komputery. To nowe zajęcie daje mu pieniądze, ale i pozorny porządek, którego z dnia na dzień zabrakło. Równocześnie jednak jego zainteresowania obierają inny kierunek: nowo odkrywany internet staje się teraz miejscem, w którym szuka treści pociągających go od dawna. To fantazje o kanibalizmie. Szybko trafia na Cannibal Café i zakłada tam profil pod nickiem Frank. To ten sam Frank, który był jego wymyślonym przyjacielem w dzieciństwie. Diabelski młyn właśnie powoli zaczyna się obracać, akcja nabiera tempa.
Na forum zaczyna opisywać swoje myśli. Pisze o apetycie na zjedzenie człowieka, ale nie poprzestaje na suchych opisach. Wstawia zdjęcia – żadne krwawe dowody zbrodni, lecz marcepanowe formy, wypieki uformowane na kształt jakiejś części ludzkiego ciała. Są więc dłonie, stopy z ciasta, głowy, a nawet penisy. Zabawa w makabryczną cukiernię to drugi, wciąż jeszcze akceptowany przez prawo most pomiędzy jego coraz mocniej powyginaną fantazją a realnym działaniem. Pusta przestrzeń między snuciem fantazji a przygotowaniami do prawdziwej zbrodni jest przez Armina metodycznie wypełniana. Idzie coraz dalej i teraz obtaczanie kawałków surowego mięsa w cieście, formowanym w kształt ludzkiej kończyny, picie zwierzęcej krwi w trakcie masturbacji oraz kolejne przeczytane wpisy na Cannibal Café utwierdzają go w przekonaniu, że to naturalna kolej rzeczy, że nie ma innego wyjścia i teraz już musi zjeść człowieka. Gdy już jasnym dla Armina się staje, że prędzej czy później spełni swoje niebezpieczne fantazje rodem z horrorów, zaczyna przebudowywać dom.
Jeden z pokoi zostaje teraz mocno zmodyfikowany. Pojawiają się w nim metalowy stół podobny do rzeźnickiej lady i narzędzia. To ma być jego domowy makabryczny warsztat, który pomoże spełnić fantazje. Będzie tu realizował to, co wcześniej miał jedynie w głowie. Meiwes nie tylko przebudowuje dom, ale i ze skrupulatnością byłego wojskowego dokumentuje wszystkie przemiany. Robi liczne zdjęcia, a potem publikuje je na forum Cannibal Café. Pokazuje ludziom równie zdeprawowanym jak on swoje nowe zabawki, ale z początku nie wchodzi w brutalne szczegóły. Nikogo nie instruuje ani też nie szuka, pokazuje tylko panujący we wnętrzach porządek i przeraźliwie chłodny profesjonalizm. Prawdopodobnie tym samym chce przekazać użytkownikom, że jest gotowy na kolejny krok. Zapewne też liczy na to, że ktoś się do niego odezwie. Jednak ku jego rozczarowaniu skrzynka na wiadomości wciąż świeci pustką.
W obliczu braku zainteresowania wrzucanymi fotkami w końcu postanawia pójść krok dalej. Uznaje, że oto nadszedł czas, by zdecydowanie wziąć sprawy w swoje ręce, i wystawia ogłoszenie na forum. Jego treść jest porażająco bezkompromisowa. Szuka kogoś, kto wyrazi zgodę na to, by zostać zabitym i zjedzonym. Obiecuje przy tym „bezbolesne zakończenie” i potwierdza, że potrafi przygotować mięso tak, by smakowało. Ludzkie mięso. Zaproszenie ma charakter oficjalny i rzeczowy, brzmi jak oferta usługowa, nie jak anonimowa prowokacja; w ten sposób fantazja z forum przeradza się w propozycję realnego spotkania z kimś równie zdeterminowanym.
Na ogłoszenie Armina Meiwesa wkrótce odpowiada ponad dwieście osób. Większość z nich tylko sprawdza siebie i jego; ludzie jedynie flirtują z ideą. Wielu fascynuje się słowami Armina, tylko tak naprawdę nikt nie chce przekroczyć granicy i zostać zjedzonym (słyszycie, jak absurdalnie to brzmi?). Pewnego dnia odpisuje mu jednak trzydziestosześcioletni kucharz, Jörg Bose. Twierdzi, że marzy o tym od dawna, by „ktoś go skonsumował”, by pożarł go ktoś równie zdeterminowany i pochłonięty ideą kanibalizmu. Myśl o byciu zjedzonym przez innego przedstawiciela gatunku ludzkiego towarzyszy mu, odkąd zainteresował się kanibalizmem – pisze. Armin nie może uwierzyć, że w końcu znalazł kogoś, kto czuje to samo. Tryska szczęściem. Niebawem umawiają się na spotkanie.
Gdy do niego dochodzi, już w taksówce, w drodze do mieszczącego się w domu „laboratorium” Meiwesa, obaj są podekscytowani. Armin czuje, że zbliża się moment, na który czekał całe życie: wreszcie pozna smak ludzkiego mięsa i być może nasyci się nim. Jörg zaś będzie zjedzony; to też spełnienie marzeń, choć – przyznajmy – nietypowych. Gdy docierają na miejsce, zaczynają się rozbierać i najpierw uprawiają seks, a następnie schodzą do przygotowanej w dawnej sypialni rzeźni. Tam ma dojść do ostatecznego aktu zabicia i poćwiartowania przybysza. Wydaje się, że obaj są gotowi.
Ale tak się tylko wydaje, bo gdy Jörg już ma zawisnąć na rzeźnickim haku, coś w nim pęka. Mówi, że jednak nie chce, że przemyślał całą sprawę i wycofuje się, rezygnuje. Armin patrzy na niego spokojnie i odpowiada: „Nie ma problemu”. Proponuje, że odwiezie go na dworzec. Bo to oczywiste: nie chce zabijać ludzi wbrew ich woli, a tym bardziej ich zjadać. Kwestia zasad, ale być może też smaku mięsa przestraszonego człowieka, który może być nie do zniesienia. Nie wie tego, jeszcze nie próbował. Poza tym zamordowanie i pożarcie człowieka bez jego zgody odebrałoby mu całą przyjemność. Pragnie pełnej akceptacji. Uważa, że tylko wtedy całość ma sens, gdy w grę wchodzi obustronna decyzja i wspólne spełnienie, bo nie widzi w tym przemocy, tylko rodzaj intymnego porozumienia dwóch ludzi.
Jörg odjeżdża, a niespełniony Armin zostaje sam w pustym domu i czuje, że jego głód, zamiast się zmniejszać – narasta. Wie jednak, że w końcu, jeśli tylko będzie wystarczająco cierpliwy, znajdzie kogoś, kto się nie zawaha i podda jego woli. Kogoś, kto pójdzie za nim do końca, wprost w otchłań Niewyobrażalnego. To jest język Armina. Mówiąc mniej górnolotnie – lepiej mieć czyjąś zgodę na wypadek, gdyby sprawy poszły źle i do gry miała wkroczyć policja.
Mijają kolejne miesiące, a idealizujący kanibalizm mężczyzna traci nadzieję na spełnienie. Wciąż fantazjuje, dalej piecze ciasta przypominające ludzkie części ciała, bawiąc się w koszmarną cukiernię, ale stopniowo utwierdza się w przekonaniu, że jego pomysł z anonsami raczej nie przyniesie efektu. Godzi się z taką myślą. Całymi tygodniami nikt nie zgłasza się „na poważnie”, nikt nie chce zostać ofiarą w całej rozciągłości tego słowa. Wszystko zmienia się jednak w chwili, gdy na forum pojawia się osobny post, zatytułowany „Kolacja”.
Jego treść brzmi jednoznacznie: „Chcę być zjedzony żywcem. Kto potrzebuje prawdziwej ofiary?”. Autor: Bernd Brandes, inżynier z Berlina, zatrudniony w firmie Siemens. Od tej chwili Bernd staje się ważną częścią tej historii i jeśli nawet ani przez chwilę nie był podmiotem dla planującego zbrodnię Armina, to postaram się, by został podmiotem tej opowieści. Obaj mężczyźni rozmawiają online, Bernd opowiada Arminowi o swoim niełatwym dzieciństwie, o ojcu uzależnionym od narkotyków i alkoholu, matce, która się powiesiła, i wczesnym odkryciu własnej biseksualności. Ma za sobą nieudane małżeństwo, które skończyło się rozwodem po czterdziestce, a od tamtej pory jego życie powoli, ale konsekwentnie chyli się ku upadkowi. Armin słucha pełen głębokiego zrozumienia, jak się wydaje.
Nowy znajomy kontynuuje opowieść. Pod wpływem traumy związanej z biseksualnością wykształcił w sobie chorobliwą nienawiść do własnych genitaliów. Poddaje się samookaleczającym praktykom, proponuje też prostytutkom spore sumy za odcięcie mu penisa. Nikt nie ulega jego przeraźliwie chorym prośbom, więc autoagresja i nienawiść do siebie postępują, tocząc go jak rak. Kiedy Meiwes odpowiada na anons Brandesa, obaj zaczynają wierzyć, że tym razem może się udać. Bernd podejmuje metodyczne przygotowania przed ostatecznym krokiem. Spisuje testament, układa list pożegnalny do rodziny, sprzedaje swoje dwa mercedesy i informuje znajomych, że wyjeżdża na kilka dni. Nie mówi im jednak, że kilka dni zmieni się w na zawsze.
Do domu swojego przyszłego oprawcy nie dojeżdża autem, aby nie zostawiać śladów. Jedzie tam pociągiem, a bilet kupuje za gotówkę. Wszystko wygląda więc jak starannie zaplanowany akt zakończenia życia, ale pozostaje otwarte pytanie: czy zgoda okaże się trwała, czy też któryś z mężczyzn w ostatniej chwili się zawaha? Gdy Bernd wysiada z pociągu, na peronie czeka już na niego Armin. Witają się z lekkim skrępowaniem, a następnie obaj wsiadają do auta gospodarza tej upiornej imprezy – jadą do jego posiadłości. Po wejściu do domu Brandes zdejmuje ubranie, mówi do Armina: „Przypatrz się dobrze swojej kolacji”. To działa jak iskra. Szybko przenoszą się na górę i zaczynają uprawiać seks. W pewnym momencie (prawdopodobnie już po akcie seksualnym) gość stwierdza, że „jednak nic z tego nie będzie”, bo nie widzi w Arminie gotowości do zabicia człowieka. Uważa, że ten jest na to zbyt delikatny.
„Jak to?” – protestuje Armin. „Ano tak”, odpowiada Brandes. „Wyraźnie widzę, że jesteś zbyt porządny, zbyt ułożony, by to zrobić. Plan się nie uda”. Obaj czują rozczarowanie, wracają do samochodu i ruszają w kierunku dworca. Meiwes nie zabije przecież nikogo, kto nie zgadza się na wszystko, do samego końca, a to mu wygląda na cofnięcie zgody. Podczas jazdy uznają jednak, że mimo wszystko spróbują jeszcze raz. Zawracają auto, po drodze kupią leki przeciwbólowe i alkohol. Dokończą to, co zbyt pochopnie przerwali.
Gdy są już w domu, gospodarz włącza kamerę, bo chce nagrywać wszystko, co będzie się teraz działo. A przede wszystkim musi utrwalić zgodę Brandesa na to. Policjanci, którzy później będą oglądali zapis wideo, określą go jako jeden z najcięższych materiałów dochodzeniowych, z jakim mieli do czynienia. Taśma nigdy nie wyciekła do mediów, nie ma żadnego kadru, który można obejrzeć. Poczyniłem ogrom starań, aby ją odnaleźć, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Prawdopodobnie mogę napisać: „na szczęście”.
Wypili i znów uprawiali seks, a w jego trakcie Brandes prosi Meiwesa, by ten odgryzł mu penisa. Armin próbuje spełnić tę prośbę, lecz bez rezultatu. Sięga więc po nóż kuchenny, ale nawet za jego pomocą nadal nie udaje mu się odciąć przyrodzenia nowo poznanego partnera. Poharatany Bernd wyrywa się spod noża, łyka kolejne środki przeciwbólowe i popija wódką. Spanikowany Meiwes zbiega po inny, większy nóż do swojej rzeźni. Wraca i wtedy jednym cięciem odcina penisa. Okaleczony mężczyzna pada na podłogę i krzyczy z niewyobrażalnego bólu. Krew tryska wszędzie dookoła, krzyki maltretowanego na własną prośbę mężczyzny trwają już blisko pół godziny. Później ból będzie coraz słabszy, a okaleczony – coraz bardziej senny. Mówi: „Myślałem, że będzie bolało bardziej, co za zawód”. Najwyraźniej nie jest zadowolony, że boli poniżej jego oczekiwań i wyobrażeń.
Na tym etapie zgodnie uznają, że skoro penis jest już odcięty, mogą przejść do zjedzenia go. Jednak próba spożycia surowego mięsa się nie udaje, więc kładą je na patelnię i obsmażają sumiennie ze wszystkich stron bez żadnych przypraw, bo w końcu chodzi o czysty smak ludzkiego mięsa. Po obróbce na patelni porcja staje się niespodziewanie mała; Armin powie później, że „nie starczyłoby tego nawet dla psa”. Mimo to wykładają skrawek człowieka na talerz i próbują go zjeść. Bez powodzenia. Mięso jest zbyt gumowe, nawet żylaste i nie można go ani przeżuć, ani przełknąć.
Dochodzi godzina 21:30, gdy okaleczony mężczyzna dostaje drgawek, zapewne z upływu krwi. Z tego samego powodu robi mu się teraz zimno, więc prosi gospodarza o przygotowanie gorącej kąpieli. Kiedy leży już w wannie, Armin schodzi na dół, by dla zabicia czasu pooglądać Star Treka; w końcu coś trzeba robić, gdy kolega się w tym czasie wykrwawia na górze w wannie. Przed godziną piątą rano Brandes wychodzi jednak z wanny, schodzi po schodach i mówi gospodarzowi, że bardzo źle się czuje. Meiwes zanosi go więc do łóżka. Widzi, że ciało Bernda staje się trupio blade. Chce dzwonić po karetkę; decyduje, że to koniec zadawania cierpień. Brandes jednak zabrania i prosi: „Teraz mnie zabij, potem zjedz”. Taki był przecież plan od samego początku.
Gdy później będzie to relacjonował policjantom, Armin zezna, że w tym momencie pocałował swojego partnera i poczuł z nim prawdziwą, potężną więź. Bez wyrzutów sumienia, bez wahania bierze więc ogromny, dobrze naostrzony rzeźnicki nóż i wbija go w gardło Bernda. Rozcina je, patrzy na chlustającą z tętnic krew. Zanosi teraz zmaltretowane ciało do rzeźni, zaczyna przygotowania do ćwiartowania.
Myśli o sobie jako o dobrze przygotowanym żołnierzu, więc Armin Meiwes działać będzie metodycznie. Wiesza ciało kochanka głową w dół i rozcina mu nadgarstki. Znacznie głębiej nacina gardło, żeby wytoczyć z niego jak największą ilość krwi, której pozwala spływać do wiadra. Kładzie ofiarę na stole i zaczyna ją powolutku ciąć. Pozbawia wszystkich organów wewnętrznych (później je zutylizuje) i zaczyna wykrawać z martwego już ciała spore porcje mięsa. Na pierwszy posiłek wybiera stek, który przyrządza z płata mięśniowego wyciętego z pleców denata. Smaży go, otwiera najlepszą butelkę wina i powoli zjada; poświęci na to ponad dwie godziny.
To musi potrwać, bo rozkoszuje się każdym kęsem, każdym najulotniejszym momentem tej kolacji. Będzie później opowiadał, że jedzenie ciała Brandesa wyzwoliło w nim niezwykłe uczucie: czuł, że ma niemal boską władzę i moc. Uczucie nieporównywalne z niczym: ani z alkoholem, ani z seksem, ani narkotykami. Miało to dla niego także aspekt duchowy: podobno poczuł, że dusza Brandesa łączy się z nim w absolutnej jedności. Niezjedzoną resztę ciała kanibal ćwiartuje i zamraża na kolejne miesiące. Ze znawstwem będzie w ich trakcie przyrządzał sobie kotlety, sznycle, gulasze i steki z dobrowolnej ofiary. Później przyzna: okres, w którym jadł Brandesa, był czasem największej możliwej bliskości z nim. Nigdy potem, jak twierdził, nie czuł się samotny.
A jednak to nie mogła być do końca prawda, bo po kilku miesiącach mężczyzna czuje dojmującą samotność. Wraca na forum i publikuje kolejny post, podobny do tego sprzed „czasu jedzenia Brandesa”. Pisze w nim, że chętnie pożarłby jakiegoś nowego mężczyznę. Na ten niecodzienny anons odpowiada mu student informatyki. Rozpoczynają wymianę wiadomości i zdjęć. Student prosi Meiwesa o potwierdzenie jego doświadczeń z kanibalizmem. Więc ten bez wahania wysyła zdjęcie z rzeźni z kawałkami mięsa i z wiadrami krwi swojej – w jego mniemaniu szczęśliwej i częściowo już strawionej przez niego – ofiary. Odbiorca wiadomości nie jest w stanie odróżnić, czy na zdjęciach jest mięso ludzkie, czy zwierzęce. Mimo to fotki go przerażają i zgłasza sprawę policji.
Zaalarmowani funkcjonariusze skrupulatnie sprawdzają dom Meiwesa. W lodówce znajdują blisko 30 kilogramów mięsa; to wszystko, co zostało z 60 kilogramów Brandesa. Armin trafia natychmiast na komisariat i na przesłuchanie. Sprawa ostatecznie ląduje w sądzie, a ten w pierwszej instancji skazuje go na osiem lat więzienia. Wyrok jest skandalicznie niski, ponieważ wymiar sprawiedliwości w Niemczech nie ma doświadczenia w podobnych sprawach. Bierze też pod uwagę nagranie, na którym Brandes wyraża zgodę na zabicie i pożarcie. Wyrok oburza poruszoną do głębi opinię publiczną. Proces trafia do apelacji i w 2006 roku sąd drugiej instancji zmienia wyrok: za zabicie i zjedzenie kompana – dożywocie. Nie może być tutaj innej kary, to było oczywiste. Meiwes próbuje się bronić. Tłumaczy, że pożarty mężczyzna chciał tego, wyraził utrwaloną na taśmie zgodę. Sąd jednak nie przyjmuje tych argumentów. Zasądza możliwość warunkowego zwolnienia dopiero po piętnastu latach.
Armin trafia do więzienia, a media ogłaszają sprawę wielodniową sensacją. Dziennikarze na wyścigi chcą przeprowadzać wywiady z kanibalem z Rotenburga. Oczekują spotkania z kimś, kto będzie sprawiał wrażenie potwora. Zamiast tego widzą człowieka spokojnego, oczytanego, z zamiłowaniem do komputerów. Meiwes zdaje sobie sprawę, że czeka go dożywotni wyrok z możliwością warunkowego zwolnienia dopiero po piętnastu latach, więc w zamknięciu staje się wzorowym więźniem. Zajmuje się sztuką (maluje), pracuje w radiowęźle, a nawet idzie dalej i rezygnuje z jedzenia mięsa. Jego zachowanie pozwala mu na całodzienne przepustki, realizowane od 2018 roku. Może wtedy wychodzić z zakładu karnego (w przebraniu, aby nie być rozpoznanym) i poruszać się po terytorium Nadrenii Północnej-Westfalii. Od chwili uwięzienia wielokrotnie apeluje o całkowite zwolnienie, ale sąd jest niewzruszony w tym względzie i konsekwentnie odmawia.
Sprawa „kanibala z Rotenburga” stała się przedmiotem dyskusji o moralności i prawie. Pojawiły się głosy, że jednak powinien zostać wypuszczony, biorąc pod uwagę to, że jego ofiara wyraziła zgodę na zabicie i zjedzenie. Sam osadzony twierdzi, że nie było to morderstwo, lecz samobójstwo z jego udziałem i pomocą. Debata obejmuje zarówno media, jak i opinię publiczną. Pomimo wszystkiego, co się wokół niej dzieje, historia Armina Meiwesa to jedno wielkie pytanie o granice dobrowolnej zgody, prawa i człowieczeństwa. Nie ma na nie łatwej odpowiedzi.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
WSTĘP
PONURA KOLACJA ARMINA MEIWESA
Okładka
