Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi - Dorota Danielewicz - ebook + książka

Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi ebook

Danielewicz Dorota

0,0
63,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Berlin: miasto zagadek i tajemnic

Niektórzy wierzą, że lepiej było mieszkać w Berlinie sto lat temu, kiedy noce upływały w rytmie charlestona, kobiety nosiły rękawiczki, a mężczyźni nie wychodzili z domu bez kapelusza. Przekonacie się jednak, że warto zwiedzać go właśnie dziś, kiedy miasto po raz kolejny zmienia swoje oblicze – wszystko trzeszczy w szwach i nikt nie wie, jakie będzie jutro berlińskiego Babilonu.

Dorota Danielewicz – pisarka i publicystka – zabiera nas na spacer po Berlinie. Można go odbyć niespiesznie, odkrywając w mieście własne ścieżki, albo skrócić, wsiadając do metra, autobusu czy na rower. Niejedno miejsce potrafi zaskoczyć: zza rogu może wyłonić się jezioro, różany ogród, architektoniczna perełka albo targ warzywny. Nieustannie zaciekawia, zawsze zaskakuje. Bo tylko jedno jest pewne: „Berlin nigdy nie jest gotowy, zawsze się staje”.

Dorota Danielewicz– publicystka, pisarka, tłumaczka, animatorka kultury. Od 1981 roku mieszka w Berlinie – dawniej Zachodnim, dziś zjednoczonym. Ukończyła slawistykę i etnologię na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Publikuje w niemieckich i polskich mediach. Współpracuje z wieloma instytucjami kulturalnymi, m.in. Instytutem Adama Mickiewicza, Domem Polsko-Niemieckim, Berliner Literarische Aktion. Kuratorka Polsko-Niemieckiego Forum Literackiego UNRAST Berlin. Autorka audioprzewodnika o historii Polaków w Berlinie: Berlinski Tour. Brała udział jako świadek historii Berlina w produkcjach filmowych: Spirit Berlin, Nieudacznicy, Berlin. Schicksalsjahre einer Stadt rok 1981.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



.

Du bist verrückt mein Kind, du musst nach Berlin.

Wo die Verrückten sind, da gehörst du hin.

(Jesteś szalone, moje dziecko, musisz jechać do Berlina,

gdzie wszyscy są szaleni, tam jest twoje miejsce).

Cytat z operetki Fatinitza Franza von Suppé

.
Barka mieszkalna na Sprewie w Treptower Park
.
Siegessäule, czyli Kolumna Zwycięstwa, w Tiergarten, nazywana Złotą Elzą

Uwertura

Jest rok 2025. Są tacy, którzy mówią, że lepiej było tu dziesięć lat temu. W 2015 roku Berlin zmienił się w ogromny obóz dla uchodźców. Kanclerz Angela Merkel otworzyła granice dla miliona poszukujących schronienia po wojennych przejściach i długiej wędrówce. Berlińczycy wydawali zupę, a przed urzędami stały ogromne kolejki nowo przybyłych.

Berlin w 2015 roku czarował przybyszów swobodą i jeziorami. Było tu spokojnie i pusto. Wtedy pociągi jeszcze nie spóźniały się tak bardzo, a na wakacje latało się z lotniska Tegel. Reprezentacja Niemiec została mistrzem świata w piłce nożnej i wszyscy byli szczęśliwi, oprócz zagrożonej grupy cudzoziemców protestujących na Oranienplatz przeciw deportacjom, o których pisała Ewa Wanat, modląc się za nich w Deutsche nasz.

Niektórzy twierdzą jednak, że trzeba było być tutaj dwadzieścia lat temu, kiedy burmistrz stwierdził, że jest to miasto biedne, ale sexy, kiedy stało się w kolejce na wystawę MoMa, mieszkania były tanie jak barszcz i zbudowano nowy dworzec, na który nie przyjeżdżały jeszcze matki z dziećmi uciekające przed wojną w Ukrainie. I nikt wtedy nie przyklejał dłoni do autostrady w proteście przeciw katastrofie klimatycznej.

Ach, ale tak naprawdę trzeba było tutaj być trzydzieści lat temu, odwiedzać nocą kluby w piwnicach, na podwórkach, smakować wolność. Pod Bramą Brandenburską przejeżdżało się samochodem i było tam więcej nierządu niż rządu. Wschód i zachód Berlina zrastały się w jedno, w rytmie techno, w niekończącym się rave. Na Prenzlauer Berg paliło się w piecach i nikt nie mówił o gentryfikacji. W Tresorze zamiast klejnotów migotały stroboskopy i cały świat spotykał się na Love Parade.

Nie, trzeba było być tutaj czterdzieści lat temu, koniecznie za murem i przed murem, zobaczyć Berlin z obu stron, z wieży telewizyjnej i z Funkturm, tańczyć w Dschungel (Dżungli) i pić szampana na Kurfürstendamm, okupować pustostany albo dawać punkom markę na piwo. W niedziele na Potsdamer Platz brodzić w błocie na pchlim targu, a w bibliotece miejskiej wypatrywać aniołów z filmu Wima Wendersa Niebo nad Berlinem.

Pięćdziesiąt lat temu, tak, pięćdziesiąt lat temu to dopiero były czasy! Kabriolety paradujące po Ku’dammie, futra, łapówki i strzały w bankach, a na dancingach stołowe telefony. Po zachodniej stronie miasta policja poszukiwała terrorystów z Frakcji Czerwonej Armii. Na choinkach migotała lameta, a po wschodniej stronie toczyło się życie na podsłuchu i jedna partia wyznaczała jedynie słuszny kierunek. Na pasie śmierci przy murze ładowano ostrą broń.

Właściwie to trzeba było przyjechać do Berlina sześćdziesiąt lat temu, pójść na spacer z Gombrowiczem do parku Tiergarten, tańczyć na dancingach z Amerykanami i zaciągać się Marlboro, a potem drążyć pod dopiero co zbudowanym murem tunele dla uchodźców z socjalistycznego raju.

Warto też było tutaj być siedemdziesiąt lat temu, kiedy miasto było podzielone na sektory, ale nikt nie wiedział, że niedługo podział zacementuje mur. Jeździło się wtedy z zachodnią walutą na tanie zakupy do sowieckiej strefy, gdzie rosła pod okiem partii Aleja Stalina. Ulice odpoczywały od ruchu drogowego, panowała cisza, wszędzie widać było ruiny kamienic, a na stołach królowało piwo i Coca-Cola.

Osiemdziesiąt lat temu... nikt nie wybierał się do Berlina, oprócz Armii Czerwonej, aliantów i samolotów zrzucających bomby na stolicę Trzeciej Rzeszy, a Hitler i jego sztab ukrywali się w bunkrze. Berlin zmienił się w jedno wielkie gruzowisko, a Trzecia Rzesza przeszła do historii.

Dziewięćdziesiąt lat temu to dopiero się działo! Do Berlina przyjechała Pola Negri, a swoje rodzinne miasto opuściła Marlena Dietrich. Potem uciekali ci, którym zabroniono wykonywania zawodu, którym palono książki, a z czasem nawet ich samych. Berlin zrobił się brunatny i poważny. Nie, wtedy nie należało przyjeżdżać do Berlina, nie wtedy.

Niektórzy wierzą, że trzeba było tutaj być sto lat temu, kiedy babiloński Berlin tańczył całe noce w rytmie charlestona, kobiety nosiły rękawiczki, a mężczyźni nie wychodzili z domu bez kapelusza. Co prawda brakowało mieszkań i pracy, za to kokainy było jak kiedyś śniegu zimą. Na ulicy Otto Dix rysował szybką kreską portrety morfinistek i inwalidów wojennych bez kończyn. Wtedy trzeba było tutaj być, szukać szczęścia w kawiarniach i kabaretach.

Ale najlepiej jest być tutaj teraz, właśnie teraz, kiedy Berlin po raz kolejny zmienia swoje oblicze, kiedy tysiące ludzi z dalekich krajów suną w tłumie przez Sonnenallee, a dyplomaci zaklinają w zamkniętych pomieszczeniach konflikty tego świata. Teraz, kiedy wszystko trzeszczy w szwach i nikt nie wie, jakie będzie jutro nowego berlińskiego Babilonu. Teraz, kiedy ulicami przemykają lisy w poszukiwaniu wyrzuconego hamburgera, a w budynkach zamkniętych fabryk planuje się technologie przyszłości albo tańczy.

Opowiem wam więc, jak jest tu teraz.

Steinmetzstrasse, czyli ulica Kamieniarzy, w dzielnicy Schöneberg – tutaj znajdowało się moje pierwsze mieszkanie w Berlinie Zachodnim. Na pierwszym planie typowy berliński hydrant.

Wstęp

– Kiedyś wszystko było takie prawdziwe – stwierdza mój prawie stuletni przyjaciel, opisując swoje dzieciństwo w międzywojniu w małym miasteczku w Galicji. Anatol mieszka dziś w Berlinie. Gdy to mówi, siedząc na ławeczce w swoim ogrodzie przed pięknym domem zaprojektowanym przez architekta Hermanna Muthesiusa, są lata dwudzieste XXI wieku.

– Jak to? – pytam. – A teraz nie jest prawdziwe?

– Wiesz, świat zrobił się taki nierzeczywisty. Nie wiadomo, co jest prawdą, a co nie. Co dzieje się naprawdę, a co jest jedynie czyjąś fantazją, w którą mamy uwierzyć. Kiedyś świat wydawał się dotykalny, konkretny – dodaje Anatol.

Wokół nas kwitną róże. Pijemy herbatę w kolorze jasnopomarańczowym. Trawa jest wciąż zielona, jak dawniej, niebo błękitne, jak zawsze. Ogromne rododendrony kuszą oczy różnymi odcieniami fioletu. Czy to sędziwy wiek Anatola, czy raczej sam XXI wiek rozmył rzeczywistość jak akwarelę?

Dawne zdjęcia – robione na kliszy ciężkim aparatem u fotografa – przedstawiały rodziny stojące nieruchomo w atelier, wpatrzone w obiektyw. Na odwrocie zdjęcia widniał adres i nazwisko zakładu. Istnieje słynna fotografia z powojennej Warszawy, gdzie przed ruinami miasta ustawiono tło z jakimś romantycznym krajobrazem, przed którym kobieta pozuje do zdjęcia. Dziś zawieszone na stelażu fałszywe tła już nie są potrzebne. Uwieczniamy niezliczone momenty telefonem komórkowym, używamy filtrów przekształcających otoczenie, wygładzających twarze, wyszczuplających sylwetki, wtapiających postać w fantazyjne krajobrazy. Życie wirtualne coraz bardziej oddala się od realnego – aż trudno zachować między nimi równowagę.

Anatol zawsze żył w realu. Nigdy nie doświadczył rozdwojenia pomiędzy czasem materii a czasem odcieleśnionym.

Jego refleksja pomaga mi znaleźć drogę do zbadania życia w dzisiejszym Berlinie i odnieść je do tego sprzed 100 lat. Przecież mamy rok 2025, więc kusi mnie bardzo, aby skonfrontować „złote lata dwudzieste” XX stulecia i ulotne lata dwudzieste ery wirtualnej, w której miasto przeistacza się w tło tworzone indywidualnie na potrzeby niemal każdego z jego uczestników, czy może użytkowników. W księgarniach pojawiają się książki polecające najlepsze miejsca do fotografii na Instagram. Nie trzeba znać ich historii – wystarczy selfie z tłem dobrze prezentującym się w necie.

Chcę sprawdzić, ile Berlina można jeszcze naprawdę doświadczyć, a ile z niego stało się już fantasmagorią, płynnym obrazem w tle opowieści mieszkańców wirtualnego świata. W Ostgut, poprzedniku nocnego klubu Berghain, zorganizowano kiedyś imprezę nazwaną Restrealität, czyli „szczątki realności”. To było 20 lat temu... Choć wtedy jeszcze nie używaliśmy masowo smartfonów.

A 100 lat temu doświadczenie realności było konkretne i namacalne: miasto tętniło życiem, ludzie ocierali się o siebie w kolejkach miejskich, na ulicach, w kawiarniach. Po prostu ze sobą rozmawiali – twarzą w twarz.

Interesuje mnie pytanie: gdzie w Berlinie można dziś przeżyć coś naprawdę? Na ile to miasto zanika, rozmazuje się i powoli przestaje istnieć, zamieniając się w zbiór QR-kodów w „centrach przyszłości”, gdzie pracuje się nad technologiami nowego stulecia?

Lata dwudzieste ubiegłego wieku stanowią dla mnie ważny punkt odniesienia. Wtedy Anatol przeżył swoje dzieciństwo – a ono, jak mówi, było „prawdziwsze” niż dzisiejsze życie. Tamte lata dwudzieste nastąpiły po pierwszej wojnie światowej – ogromnej katastrofie, która przetasowała świat na nowo. Berlin tamtych czasów był wyjątkowy. Nigdzie indziej nie skupiło się tylu intelektualistów i artystów, ludzi zamożnych i skrajnie biednych. Po Londynie i Nowym Jorku Berlin był trzecią największą stolicą świata. Niemcy cieszyły się wówczas bezprecedensową wolnością intelektualną, choć sytuacja polityczna i gospodarcza Republiki Weimarskiej była niestabilna. Kryzysy gospodarcze oznaczały dla jednych ruinę, dla innych – wielkie zyski i wyrafinowany styl życia. I tak jak dziś Berlin przyciągał i odpychał. Jednym udało się tu urządzić, innym zarobić, jeszcze inni wracali do domu, w zachwycie lub niesmaku.

Należy pamiętać, że w Republice Weimarskiej pozycja kobiet uległa radykalnej zmianie: to one podczas wojny musiały przejąć pracę mężczyzn. Także po niej nie mogły po prostu wrócić do gotowania i wychowywania dzieci, bo mężczyźni często przyjeżdżali z frontu jako niezdolni do pracy inwalidzi. Kobiety międzywojnia były bardziej pewne siebie, a wraz z tym zmienił się również ich wygląd. Skróciły spódnice, pozbyły się gorsetów, a włosy strzygły na boba.

Książkę, którą trzymacie w rękach, oparłam na zwyczaju panującym w latach dwudziestych ubiegłego wieku – modzie na „niespiesznego przechodnia”. Proponuję w niej miejsca na spacery, które oczywiście można skrócić, wsiadając na chwilę do metra, autobusu, kolejki naziemnej S-Bahn albo na rower. W Berlinie powstaje obecnie coraz więcej znakomitych dróg rowerowych, dzięki czemu poruszanie po mieście staje się wreszcie bezpieczne. Rower to także mój ulubiony środek lokomocji.

Berlin doskonale nadaje się także do chodzenia pieszo – to jego wielki atut i dar dla odwiedzających oraz mieszkańców. Zachęcam, by z tej możliwości korzystać i nie ograniczać się tylko do tras, które proponuję. Warto odkrywać w tym mieście własne ścieżki, bo niejedno miejsce, którego nie znajdziemy w przewodnikach, potrafi zaskoczyć. Każda poddzielnica, czyli jak się mówi w Berlinie, Kiez, ma swój niepowtarzalny charakter. Być może zaraz za rogiem znajdziecie jezioro, w którym latem można się ochłodzić lub popływać po nim łódką. Może traficie na czarujący targ z warzywami, ukryty różany ogród albo architektoniczną perełkę. A może zobaczycie, jak przez jezdnię przebiega lis lub dzik, albo w parku zaskoczy was czapla. Warto zwracać uwagę na tablice stojące przy ulicach lub białe szyldy umieszczone na fasadach domów – z nich dowiecie się o dawnych mieszkańcach lub poznacie historię miejsc.

Berlin stał się wielkim miastem dopiero w 1920 roku, po przyłączeniu do centrum okolicznych wiosek. W jego administracyjnych granicach zamknięto wówczas Charlottenburg, Schöneberg, Steglitz, Neukölln, Wedding i inne dzielnice, teraz bardzo centralne i berlińskie. I tak po przyłączeniu siedmiu miasteczek, 59 gmin wiejskich i 27 osiedli Berlin osiągnął powierzchnię 891,68 km². Całość podzielono na 20 dzielnic. Po włączeniu do niego okolicznych wiosek, lasów i jezior Berlin stał się drugim po Nowym Jorku najludniejszym miastem na świecie i drugim po Los Angeles pod względem zajmowanej powierzchni.

Zanim Berlin stał się Babilonem XX wieku, nazywano go Atenami nad Sprewą. Po założeniu uniwersytetu w 1809 roku i budowie takich klasycystycznych obiektów, jak Brama Brandenburska, Neue Wache, Altes Museum (Stare Muzeum), teatr Schauspielhaus – opartych na antycznych wzorach projektów architekta Schinkla – mając rozliczne instytucje naukowe, jak Akademie der Künste (Akademia Sztuki) czy Preußische Akademie der Wissenschaften (Pruska Akademia Nauk), Berlin stał się stolicą nauki o światowej renomie. Sto lat później, na początku XX wieku miasto zachwyciło się mitem wieży Babel i architekturę tego okresu zdobiły motywy babilońskie oraz pismo klinowe. Mezopotamia i jej estetyka opanowały wzornictwo, literaturę, sztukę i kino. Także wtedy na dzisiejszym Placu Róży Luksemburg otwarto kino Babylon.

Späti, czyli sklep nocny w pobliżu dawnej elektrowni Kraftwerk w dzielnicy MitteAlte Bibliothek, czyli dawna Biblioteka Królewska przy Bebelplatz, potocznie nazywana „komodą”, podczas Festiwalu Świateł

Dzisiejszy berliński Babilon to ulica i jej wielojęzyczność, wielokulturowość, przeróżne religie i tak zwane światy równoległe, często nieprzenikalne, hermetyczne, mimo że wszyscy jedzą turecki kebab, włoską pizzę i chodzą na tajlandzkie masaże czy na manicure do Wietnamek. Dzisiejszy Berlin to także kluby: Berghain, Tresor, Sisyphos, Kit Kat, i inne miejsca, w których zostawia się smartfony przy wejściu albo zakleja kamery i doświadcza wyłącznie w realu. Współczesny Berlin to również miasto czwartej rewolucji przemysłowej w powstających na miejscu dawnych fabryk tak zwanych centrach przyszłości.

W 1871 roku, po ustanowieniu Rzeszy Niemieckiej, liczba ludności Berlina zwiększyła się z 800 tysięcy mieszkańców do ponad dwóch milionów. W latach 1920–1933 miasto stało się 4,2-milionową metropolią. Większość nowo przybyłych pochodziła z Wielkopolski i ze Śląska. Potrzebne były ręce do pracy w fabrykach, domach towarowych, na budowach. Od połowy XIX wieku w Berlinie rozwijał się przemysł i na początku wieku XX miasto było największym ośrodkiem przemysłowym w Niemczech. Na artystów, tak jak i dzisiaj, nikt nie czekał, choć Berlin potrzebował sporej liczby muzyków – w kawiarniach i hotelach tańczono do muzyki granej na żywo, więc łatwo można było znaleźć pracę w kapeli. Pisarze klepali biedę i dorabiali w dziennikach wychodzących kilka razy na dobę.

Dzisiejszy niedostatek mieszkań dla nowo przyjezdnych nie może się w najmniejszym stopniu równać z ich brakiem przed wojną. Noclegi na strychach, na siennikach w brudnej pościeli, która gościła niejedno umęczone ciało, były wtedy na porządku dziennym, tak samo jak wynajmowanie łóżek na zmiany. Wielodzietne rodziny gnieżdżące się w jednopokojowych izbach, gdzieś na podwórkach dzielnic Kreuzberg czy Wedding, były zjawiskiem powszechnym. Mieszkano nawet w zawilgoconych suterenach, a rocznie półtora miliona osób korzystało z noclegowni dla bezdomnych. Dopiero na początku lat dwudziestych zabroniono wynajmowania suteren na mieszkania. Brakowało dostępu do wody i toalet. Panowały choroby, brud, smród i ubóstwo. Słynny berliński rysownik Heinrich Zille wsławił się powiedzeniem, że mieszkanie może zabić tak samo jak broń. To także znamiona „złotych lat dwudziestych” w Berlinie.

Ten okres często kojarzy się z radosnym szaleństwem – epoką jazzu, emancypacji kobiet, ekstrawagancji i artystycznego fermentu. Ale jego obraz nie jest pełny bez świadomości, że był to również czas życia na krawędzi – pomiędzy dwiema wojnami, w cieniu politycznej niestabilności i rodzących się ekstremizmów.

Angelika Schrobsdorff, pisarka, której matka dała się porwać zawrotnemu rytmowi „złotych lat dwudziestych” w Berlinie, opisuje ten okres jako „kometę, która podczas krótkiej, bezgwiezdnej nocy pomiędzy dwiema wojnami zostawia na niebie szeroki, świetlisty ślad”. To trafna metafora – ten błysk swobody był jednocześnie zapowiedzią jej końca.

Jeśli chodzi o taniec, to rzeczywiście tak było: po uchylonym w 1919 roku jego zakazie, obowiązującym podczas pierwszej wojny światowej, lokale taneczne powstawały niemalże na każdym rogu, od popołudnia do nocy tańczono w kawiarniach, hotelach i tak zwanych Dielen, czyli niewielkich tancbudach. Ale to roztańczone szaleństwo nie oddaje w pełni obrazu tamtych lat. Pierwsza połowa lat dwudziestych XX wieku była dla Niemiec brutalnym okresem. Po przegranej wojnie kraj obciążono ogromnymi reparacjami na rzecz Francji. Panował chaos polityczny, ekstremizmy ścierały się na ulicach, inflacja rosła w tempie galopującym, a wielu obywateli żyło w skrajnej nędzy. Na rogach ulic stali inwalidzi wojenni – bez nóg, rąk, bez środków do życia. Ich rodziny głodowały, a społeczeństwo pogrążało się w frustracji i poczuciu upokorzenia.

Stan ducha Niemiec tamtego czasu znakomicie oddają obrazy Otta Dixa – brutalnie realistyczne, często wręcz przerysowane, ukazujące zdeformowane ciała i zniszczone twarze. Na jego płótnach widzimy kalekich, żebrzących mężczyzn na berlińskich ulicach, a atmosfera miasta jest pełna niepokoju i cierpienia.

W Republice Weimarskiej jeden kryzys polityczny gonił drugi, wprowadzając obywateli w niepewność i szokując mordami politycznymi oraz brutalnością policyjnych interwencji podczas demonstracji. Jednocześnie Berlin stał się kulturalnym centrum Europy. Po odrzuceniu skostniałych kanonów ery wilhelmińskiej sztuka w stolicy Niemiec zaczęła rozwijać się w zawrotnym tempie. Architektura, teatr, film, malarstwo, muzyka i literatura – wszystko pulsowało energią innowacji. Dzięki geniuszowi reżysera Maxa Reinhardta Berlin zyskał miano najważniejszej sceny teatralnej kontynentu. Krytycy tamtych czasów pisali, że w Berlinie każdego dnia odbywa się jakaś premiera.

W 1929 roku działało tu aż 79 wytwórni filmowych (z legendarną UFA na czele), które produkowały filmy dla 363 kin. To oszałamiająca liczba, pokazująca, jak wielki był głód obrazu, dźwięku i narracji.

Pisząc o Berlinie XXI wieku, staram się odnajdywać ślady tej właśnie przeszłości – nie tylko opowiadać o mieście podzielonym i ponownie scalonym, nie odnosić się wyłącznie do znanej historii Trzeciej Rzeszy czy pruskich królów.

Chcę, by w mojej opowieści był wyczuwalny złoty pył lat dwudziestych XX wieku – ten szalony czas tańca, artystycznych ekscesów i krótkiego oddechu wolności między hiperinflacją a krachem na giełdzie i dyktaturą. To właśnie wtedy Berlin stał się miastem legendarnym – i wiele z jego legend wciąż żyje, ukrytych na ulicach, fasadach budynków i w kawiarnianych anegdotach.

Ale etapów historii nie można od siebie izolować: „złote lata dwudzieste” były następstwem pierwszej wojny światowej, okres Trzeciej Rzeszy nastąpił po kryzysach Republiki Weimarskiej, a podział Niemiec i powstanie Niemieckiej Republiki Demokratycznej pod sowieckim nadzorem to oczywiste konsekwencje drugiej przegranej wojny. Berlin trwa, zmienia się, oddycha – jakby z każdym pokoleniem uczył się od nowa tego samego: że po katastrofie zawsze przychodzi czas na taniec.

Miasto ma mnóstwo zagadek i tajemnic, nie wyjawia wszystkiego nawet najzapalczywszym reporterom. Niedaleko mojego mieszkania, na eleganckiej ulicy zdobnej w piękne domy, prowadzącej do stacji Rathaus Steglitz, znajduje się otoczona starym, ale jeszcze solidnym metalowym płotem willa, a właściwie jej ruiny. Nie ma dachu, a z jej wnętrza wyrastają drzewa. Dowiaduję się, że przed wojną mieszkał tam August Hinderer, dyrektor Ewangelickiego Stowarzyszenia Prasowego i późniejszy więzień SS. Cudem udało mu się uwolnić z aresztu. Dom został na krótko przed końcem wojny zbombardowany przez aliantów. Przechodnie przystają przy płocie i zaglądają do dzikiego ogrodu, który opanował działkę. Wcześniej nim i ruinami zajmował się syn Augusta, Fritz, ale zmarł w 1991 roku, pielęgnując ogród rodzinnego domu. Na bramie ktoś narysował kiedyś niewielką gwiazdę Dawida. Kiedy w nocy przejeżdżam obok niej rowerem, wydaje mi się, że dawni mieszkańcy willi wyciągają przez wybite okna ręce... Nie, to przecież gałęzie drzew rosnących we wnętrzu ruin, to tylko gałęzie... I pedałuję szybko do domu, mając wrażenie, jakby za moimi plecami czaiły się duchy przeszłości.

Tajemnic w tym mieście jest więcej. W wielu miejscach, gdzie stoją dziś zwykłe domy, mieszkali kiedyś ludzie, których nazwisk historia nie chce wspominać. Dawne posiadłości nazistów nie figurują w przewodnikach. Zostały zrównane z ziemią lub przemilczane. Polityka pamięci w Niemczech koncentruje się na ofiarach, nie na oprawcach – i słusznie. Historię sprawców można poznać w muzeach, a tych Berlin ma wiele: od potężnych instytucji po małe, lokalne inicjatywy dokumentujące prawie każdy fragment przeszłości. Kto zechce poświęcić się zwiedzaniu muzeów, może spędzić tu tygodnie, wędrując od jednego do drugiego.

Ale Berlin to nie tylko miasto pamięci. To także miasto nocy. Wizerunek stolicy techno i wolności seksualnej przetrwał już kilka dekad. Kolejki przed klubami nadal są długie, a nocne życie intensywne i liberalne, nieporównywalne z żadnym innym miastem w Europie. Gdy Berlińczyk wyjedzie za granicę, niemal zawsze słyszy pytanie: Czy byłeś w Berghain? – najsłynniejszym klubie, przed którym ustawiają się ogromne kolejki. Dla niektórych to właśnie jest kwintesencja Berlina: nie śniadania hotelowe, lecz wschód słońca oglądany po nocy spędzonej na parkiecie.

Współczesny Berlin nie żyje jedynie przeszłością czy hedonizmem. Turyści co prawda chętnie poszukują śladów Muru Berlińskiego czy Trzeciej Rzeszy, ale to już było, tymczasem Berlin – jak pisał w 1910 roku w swoim eseju historyk sztuki Karl Scheffler: „nigdy nie jest gotowy, zawsze się staje”. Scheffler uważał, że miasto zostało założone w celach kolonialnych, aby mocniej związać z Niemcami wschód – wówczas zajęte przez Prusy zachodnie ziemie polskie – i zebrać jak najwięcej pionierów. Zarzucał mu brak tradycji, którego drugą stroną jest wolność, stwarzająca „absolutną swobodę przemieszczania się”. To dlatego według Schefflera „wybitny talent” zawsze ma w Berlinie szanse na rozwój.

W XXI wieku miasto stało się centrum pionierów innowacji technologicznych. Powstało tu 11 tak zwanych ośrodków przyszłości, które skupiają się na energii odnawialnej, nowych technologiach żywienia i możliwościach sztucznej inteligencji. To zupełnie inny Berlin – mniej sentymentalny, bardziej wizjonerski. Mnie osobiście ten Berlin fascynuje najbardziej, bo jest świeży, nieoswojony, dopiero się rodzi.

Wypożyczalnia Trabantów na tak zwane trabantowe safari po Berlinie, obok Checkpoint Charlie przy ZimmerstrasseKraftwerk, czyli dawna elektrownia przy Köpenicker Strasse 70 w dzielnicy Mitte, w dzień otwarty dla zwiedzających w 2025 roku

Nasze lata dwudzieste nadeszły po doświadczeniu pandemii COVID-19, która stała się specyficzną cezurą dla milionów ludzi. Nic nie jest takie, jakie było przed rokiem 2020. Jest nam lepiej, zdecydowanie, mimo recesji i inflacji, mimo nowych wojen żyjemy w Europie wygodniej. Ludność Berlina oscyluje wokół czterech milionów, czyli po raz pierwszy od dziesięcioleci mieszkańców miasta jest tylu, co 100 lat temu. To jak na metropolię wcale nie tak dużo – Londyn zamieszkuje przeszło dziewięć milionów ludzi. W Berlinie nie ma slumsów, ale w ustronnych miejscach pojawiają się namioty osób w kryzysie bezdomności. No i jest coraz więcej obozów dla uchodźców. Największy, istniejący od ataku Rosji na Ukrainę, mieścił się na byłym lotnisku Tegel, inny na dawnym lotnisku Tempelhof. Brakuje mieszkań dla rodzin z dotkniętych nieszczęściem krajów. Sto lat temu okolice Tegel nie należały do Berlina. Podobnie dzisiaj mieszkańcy kontenerów w centrach dla uchodźców nie znajdują swojego miejsca w mieście, pozostając na marginesie społeczeństwa, niewidzialni i wykluczeni wegetują w poczekalni na nowe życie.

Ja także należę do przyjezdnych Berlińczyków. Urodziłam się niedaleko, bo w Poznaniu, ale moi przodkowie pozostawili w Berlinie swoje ślady: mój pradziadek ze strony babci Reginy uczęszczał do szkoły kirasjerów na Gendarmenmarkt. Brat dziadka ze strony ojca, Stanisław Danielewicz, pracował w Bloku Bendlera dla polskiego wywiadu przy słynnej maszynie kodującej Enigma.

Przyjechałam tu w 1981 roku, przeżyłam Berlin podzielony, poznałam zachodnią stronę miasta, po której mieszkałam i mieszkam, a także stronę wschodnią, do której przechodziłam, gdzie przeżyłam romantyczną miłość i spotykałam się ze znajomymi. Byłam świadkiem otwarcia muru i zrastania się obu części Berlina. Oglądałam i oglądam upadki różnych dzielnic i ich odradzanie. Zrosłam się z tym miastem i akceptuję je na dobre i na złe. Mimo że początkowo nie chciałam tutaj mieszkać (o wyjeździe zadecydowali rodzice), doświadczyłam tu tak wiele dobrego, że mieszkanie w Berlinie uważam za przywilej. Podczas ostatniej wizyty w Warszawie w październiku 2025 była burmistrz Berlina Franziska Giffey powiedziała, nawiązując do osób, które wyjechały z Berlina i utyskują publicznie na życie w tym mieście: „Ci, którzy tak zapalczywie krytykują Berlin, jeszcze chętniej do nas przyjeżdżają”.

Chętnie oprowadzam po Berlinie przyjaciół z Polski i innych krajów. Moją specjalnością jest historia Polaków w Berlinie, ale nie tylko – z wieloma miejscami łączą mnie osobiste wspomnienia i anegdoty, którymi lubię się dzielić. I kiedy spacerując po mieście, opowiadam historie znane mi z lektury i filmów oraz własne, osobiste, wszystkie te opowieści zaczynają się ze sobą splatać. W mojej pamięci nakładają się na siebie różne warstwy czasu i obok nowo powstałych budynków zaczynają się materializować dawni bohaterowie berlińskich legend.

Widzę E.T.A. Hoffmanna, jak popija wino w swoim ulubionym lokalu na Gendarmenmarkt. Marlenę Dietrich wymachującą nogami w rewii w kinie Astor czy Josephine Baker tańczącą w słynnej bananowej przepasce w nocnych kabaretach. Kiedy staję przed Bramą Brandenburską, prawie słyszę, jak Ludwik Mierosławski wygłasza płomienną mowę do tłumu, a za rogiem, w lokalu Zum Schwarzen Ferkel (Pod Czarnym Prosiakiem) Stanisław Przybyszewski gra na fortepianie.

Gdzieś wysoko, w wieżowcu na Hansaplatz, przy oknie siedzi Witold Gombrowicz. Trzyma lornetkę przy oczach i wpatruje się w horyzont – na wschód, w stronę Polski.

Serce dzielnicy Mitte, czyli katedra – Berliner Dom – i wieża telewizyjna podczas Festiwalu Świateł

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ 1

Pierwsze spacery

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 2

Oranienburger Strasse.Od Kossaka po Tacheles

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 3

Frankfurter Allee i Hansaplatz.Dwa projekty dwóch systemów

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 4

Friedrichstrasse.Bunkier sztuki, Pałac Łezi słone kąpiele

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 5

Bowie, rewie, Karajani Reichstag w balowej sukience

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 6

Adlershof i mopsy

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 7

Serce Berlina Zachodniego.KaDeWe, kina i Romanisches Café

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 8

Kürfurstendamm.Pierwsza Love Parade

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 9

Zachodnioberlińskie zoo i Tierpark.Konkurencja dwóch systemów

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 10

Małe Hollywood na południu Berlina

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 11

Berliński Kreml.Rosjanie w Karlshorst

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 12

Berlińska fauna.Dzik w U-Bahn

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 13

Wannsee, Pawia Wyspa i okolice

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 14

Mury Hebronu.Więzienny teatr, polscy powstańcy i seks

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 15

Bergmannstrasse i okolice

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 16

Lotnisko Tempelhof

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 17

Neukölln.Osiedle Podkowy, dom zbrodniarzai ostatnia wideoteka

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 18

Ostatni ślad Germanii.Schöneberg i Czerwona Wyspa

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 19

(G)astronomia.Od currywurst do gwiazd

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 20

Notes of Berlin, czyli język stolicy

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Epilog

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Podziękowania

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Przypisy

Przypisy są dostępnetylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Projekt okładkiNastka Drabot

ZdjęciaDorota Danielewicz oprócz: s. 84 – Bundesarchiv dla www.berlinski-tour.de; s. 182 – Ewa Draze/Shutterstock; s. 193 – Guillermo Espinosa; s. 205 (góra) – Eva Rothkirch; s. 248 (góra i dół), 361 – Mo Photography Berlin/Shutterstock

RedakcjaElżbieta Walter

KorektaMirosława Kostrzyńska, Edyta Domańska-Bożek

Copyright © by Dorota Danielewicz, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-351-3

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.