Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu - Emilia Sułek - ebook + książka

Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu ebook

Emilia Sułek

4,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Baranie oko to wielowątkowa podróż do Kirgistanu, serca Azji Środkowej, gdzie mieszkańcy szukają tożsamości w cieniu pomników Lenina i bohatera narodowego eposu Manasa.

Emilia Sułek prowadzi nas przez kraj podzielony na zrusyfikowaną północ i biedniejsze południe. Zagląda do opustoszałych ośrodków wydobycia uranu i na wysokie przełęcze, gdzie czas mierzy się rytmem życia w jurcie. W Sülüktü prawosławny ksiądz chce odbudować starą cerkiew i rywalizuje o wiernych ze wspólnotą adwentystów. W Otradnoje młode dziewczyny trenują hokej na kartoflisku. A sposobem na przetrwanie w zapomnianych przez świat wioskach jest produkcja haszyszu.

Autorka przygląda się także temu, co sprawia, że Kirgistan był przez długie latanajbardziej demokratycznym krajem regionu. Mimo silnego patriarchatu i zwyczaju porywania młodych kobiet, to właśnie tu w 2010 roku prezydentką została Roza Otunbajewa, pierwsza kobieta na takim stanowisku w Azji Środkowej.

Z reportażu Emilii Sułek wyłania się obraz Kirgistanu jako kraju ludzi wolnych, gościnnych, wciąż wiernych swoim koczowniczym korzeniom.

Moi bohaterowie wierzą, że jako nomadzi wolność mają we krwi. Tyle że tak naprawdę nomadami już nie są, Związek Radziecki siłą przywiązał ich do ziemi. Czy przejście na osiadły tryb życia jest równoznaczne z kulturową amnezją? Czy osiadły nomada od razu staje się rolnikiem? Może gdzieś głęboko zachowały się ślady nomadyzmu? A jeśli tak, to gdzie? Ta książka szuka tych śladów.

Autorka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 403

Data ważności licencji: 6/17/2032

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
shakri

Dobrze spędzony czas

Bardzo ciekawa
00



W serii ukazały się ostatnio:

Paweł Smoleński Trędowate kobiety czyszczą ryż

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 3)

François-Henri Désérable Kruszenie świata. Podróż do Iranu

Martyna M. Wojtkowska W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci

Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia ipamięć wIrlandii Północnej (wyd. 3)

Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż zKrety

Karolina Bednarz Kwiaty wpudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)

Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet

Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach

Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo wRzymie

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)

Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy

Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo wsprawie duchów

Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie wspektrum autyzmu(wyd. 2 zmienione)

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)

Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry

Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)

Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści otransformacji

Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia znazistowską przeszłością

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach wPRL-u(wyd. 3)

Dariusz Rosiak Ziarno ikrew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)

Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach

Helen Garner Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia iproces ozabójstwo

Marek Szymaniak Młócka. Reportaże opracy przyszłości

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)

Marek Szymaniak Zapaść. Reportaże zmniejszych miast (wyd. 2)

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk (wyd. 3)

Jacob Kushner Biały terror. Neonaziści wNiemczech

Joseph Cox Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości

Jagoda Grondecka Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan

Paweł Smoleński Syrop zpiołunu. Wygnani wakcji „Wisła” (wyd. 3)

W serii ukaże się m. in.:

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca (wyd. 2)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Danil Usmanov

Copyright © by Emilia Sułek, 2026

W książce wykorzystano cytaty z książek:

Ryszard Kapuściński, Kirgiz schodzi zkonia, Warszawa 1968

Czingiz Ajtmatow, Golgota, przeł. Alicja Wołodźko-Butkiewicz, Warszawa 1991

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Filip Fierek

Konsultacja merytoryczna Wojciech Górecki

Konsultacja językowa Jolanta Piaseczna

Korekta Kinga Moskal / d2d.pl, Anna Hegman / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Mapa Wojciech Mańkowski

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-345-7

Róży i Antoniemu

Randka po kirgisku

1

– Każde małżeństwo zaczyna się od łez – mówi sprzedawczyni pomidorów. Mąż porwał ją trzydzieści lat temu. Przyzwyczaiła się, co miała zrobić? W Kirgistanie wiele małżeństw zaczyna się od łez. Takich na niby lub takich na serio.

W Biszkeku pracuję z dziennikarką pewnej szwajcarskiej gazety. Jestem jej fotografką i tłumaczką w jednym. Katharina dostała zlecenie na reportaż o porwaniach kobiet w celach matrymonialnych. Po kirgisku nazywa się to „kyz ała kaczuu”(w skrócie: „ała kaczuu”), dosłownie: „bierz dziewczynę i leć”. Termin ten jednych bawi, innych oburza, a jeszcze inni nie chcą wypowiadać go głośno. Bo to wstyd, żeby takie rzeczy działy się w XXI wieku.

W Kirgistanie kobiety porywa się tysiącami. Tak przynajmniej mówią statystyki organizacji walczących z przemocą wobec kobiet. Szacuje się, że co piąta panna młoda trafia na ślubny kobierzec z porwania. Porwania są nielegalne, ale do niedawna kara była niewielka.

Policja rzadko interweniuje. A jeśli, to nieudolnie, tak jak w sprawie Burułaj Turdalijewej. Dziewiętnastoletnia studentka medycyny (dziś na ścianie akademika Akademii Medycznej przy ulicy Łogwinienki w Biszkeku jest upamiętniający ją mural) została porwana w 2018 roku. Najpierw, w kwietniu, w Biszkeku odbił ją ojciec. Miesiąc później, kiedy była u dziadków w Sosnowce – wsi siedemdziesiąt kilometrów od Biszkeku – ten sam facet porwał ją po raz drugi. Udało jej się zawiadomić ojca. Policja znalazła dziewczynę i zatrzymała porywacza. Ten, na komisariacie, pozostawiony sam na sam z Burułaj, zadał jej kilka ciosów nożem, potem próbował targnąć się na własne życie. Burułaj nie przeżyła. Przez kraj przeszła fala protestów.

Ci, co bronią ała kaczuu, twierdzą, że to tradycja. Inni – że wręcz przeciwnie. To sytuacja ekonomiczna zmusza młodych ludzi do porwań. Małżeństwo z porwania mniej kosztuje. Wesele jest skromne, nie potrzeba posagu. Ale patriarchalne państwo lubi ten wątek. Telewizja chętnie pokazuje romantyczne komedie o tym, jak to on ją porwał i co było potem.

Kirgistan to kraj silnych kobiet. Takich jak te, które walczą z ała kaczuu i odnoszą pierwsze sukcesy. Razem z Kathariną spotykamy się z aktywistkami, które edukują młode kobiety, żeby w razie porwania nie stawiać oporu. Bo siły trzeba zachować na później. Spotykamy też kobiety, które porwano. Jedne z nich uciekły, inne tkwią w związku. Wszystkie są silne na swój własny sposób.

Ała kaczuu to samograj. Można o nim porozmawiać z każdym. W taksówce albo na zakupach. Na przykład na Bazarze Oszyńskim w Biszkeku. To główny plac targowy stolicy. Królestwo krwistych pomidorów, pasiastych arbuzów w rozmiarze dla wielodzietnej rodziny, płaskiego, przypominającego słońce chleba. Są tu dywany, zagraniczne kosmetyki, chińskie barachło, a przede wszystkim kobiety. Te, co ważą, kroją i sprzedają. I te, co – objuczone siatkami – zaopatrują dom.

Kobieta koło trzydziestki sprzedaje pikle o mocnym smaku winegretu. Farbowane na blond włosy, akrylowe paznokcie i gęste rzęsy.

– Tak, porwał mnie – potwierdza zadowolona. – Kochamy się, mamy dwóch synów. – Czemu nie poprosił o rękę? Kobiecie nie wypada oddać się tak po prostu. Chodziła z chłopakiem do kina, na randkę. – Dopiero potem mnie porwał, żeby łatwiej mi było się zdecydować. – Śmieje się. Pokazuje zdjęcie męża w telefonie.

Sprzedawczyni cebuli ma dwadzieścia lat więcej i jest bardziej nieśmiała. Ją też pytamy o ała kaczuu.

– Taka tradycja jest – mówi.

Czy zna kogoś, komu się to przytrafiło?

– Siebie znam. – Uśmiecha się smutno. – Dwa lata zajęło mi, żeby się przyzwyczaić. Dopiero jak syn się urodził, jakoś poszło. – Spogląda na złocistą cebulę, lekko gładzi ją swoją pięćdziesięcioletnią ręką. A mąż co przez ten czas robił? – Czekał. Ale nie było łatwo – mówi prawie bezgłośnie. Najkrótszy opis tragedii. Cisza skrywa szczegóły.

Sprzedawczyni ziemniaków tryska za to joie de vivre.

– Kirgizki mają charakter. Są energiczne. Twardo stąpają po ziemi – wylicza.

Ona sama studiowała literaturę rosyjską. Chciała pracować naukowo, ale ZSRR się rozpadł, Kirgistan ogłosił niepodległość i pogrążył się w kryzysie gospodarczym, nie wypłacali pensji, pracy na uniwerku nie było. Poszła więc na bazar. I tak już zostało. Ale dobrze jej się wiedzie. Wybudowała dom, wydała córkę za mąż. A mąż? Porwał ją?

– Skądże, to była miłość jak piorun. – Uśmiecha się rozmarzona. Była, ale minęła. Urodziła córkę i odeszła od męża. Miał dwie lewe ręce. Potem była solo. – Szukałam, ale nie mogłam znaleźć. Bo gdzie ja znajdę takiego, żeby był mądry, pracowity, bogaty, na białym koniu. – Śmieje się perliście. – Kobiety w Kirgistanie są super. – Unosi kciuk w górę. – Faceci mniej. Dlatego mamy ała kaczuu – dodaje.

Każda kobieta – bez względu na klasę czy pochodzenie społeczne – zna kogoś, kogo porwali, albo sama to przeżyła. O porwaniach można rozmawiać na targu, ale też w hipsterskiej kawiarni w centrum miasta – Biszkek to kawowa mekka, najlepsza kawa w Azji Środkowej. Pierwsze espresso tonic piłam właśnie tu, zanim trafiłam na nie w Europie. Kawiarnia przy ulicy Łogwinienki sprzedaje wlepki z feministycznymi hasłami „Don’t tell me to smile”. Kobieta ma być zadowolona. Nie tylko w Kirgistanie.

Często bywa tu Alina Turdumamatowa, młoda aktorka, która zagrała w szwajcarskim filmie porwaną dziewczynę. Krótki metraż Uciekaj, ile sił (Ala kachuu. Take and Run) Marii Brendle był nominowany w 2022 roku do Oscara. Alina ma dżinsy, skórzaną kurtkę, biały podkoszulek i lśniące długie włosy. Czy rola stwarzała jej trudności? – pytamy ją przy kawie.

– Jedna scena miała być łóżkowa, choć bez nagości. Mój chłopak się zmartwił – przyznaje zmieszana.

Zmartwił się, bo było pokazane, jak bohaterka leży w łóżku z aktorem, ubrana i z kołdrą nasuniętą pod brodę? – dopytujemy.

– Tak. Na szczęście reżyserka zmieniła tę scenę.

Obok kawiarni jest sklep zero waste. Sprzedaje ekologiczne mydło z rokitnika, który bujnie rośnie na brzegach jeziora Issyk-kul. Jeśli nie kawę, to w Biszkeku należy pić herbatę z rokitnika. W sklepie są też plecione torby, skarpetki w obrazki i inne dizajnerskie wyroby. To taki concept store. Sklep prowadzi Regina – metalowe ramki okularów, dżinsy z wysokim stanem. Na kolanach trzyma psa. To kundelek, bezpański, przysposobiony.

– W mieście ludzie są nowocześni – mówi, drapiąc za uchem kundelka. Ale i tu ała kaczuu się zdarza.

Jej siostrę porwali. Przyjaciółkę też. Jedna i druga zostały z mężem, każda ma trójkę dzieci. Czy siostra jest szczęśliwa?

– Teraz już chyba tak. – Nie pamięta rozmów z siostrą na ten temat. Dzieli je duża różnica wieku, mają ze sobą słaby kontakt.

Regina też jest mężatką, ale nikt jej nie porwał. Mąż jest Anglikiem, mieszka w Wielkiej Brytanii. Ona trochę tu, a trochę tam.

– Faceta z Kirgistanu to bym nie chciała – mówi. Kraj jest wprawdzie nowoczesny, umiarkowanie religijny i demokratyczny w porównaniu z sąsiadami, ale mężczyźni są zafiksowani na punkcie dziewictwa. – Miałam kiedyś chłopaka, Kirgiza – opowiada Regina. – Był w porządku, ale raz wymsknęło mu się: „Ja bym się z tobą ożenił, nawet gdybyś nie była dziewicą”. To pokazało, co ma w głowie. To są głębokie struktury patriarchatu. – Regina odgarnia grzywkę dłonią z pomalowanymi na zielono paznokciami. My tu mówimy o ała kaczuu, a można by zacząć od tego, że młode kobiety wstydzą się przyznać, że już z kimś spały. „I’m not avirgin”, taki podkoszulek w Kirgistanie to byłaby dopiero rewolucja.

Mąż Reginy jest inny. Nie ma obsesji na punkcie stereotypowych ról płciowych.

– Ja na przykład nie lubię gotować. – Regina wzrusza ramionami. – Ja lubię pisać. – Na stoliku obok laptopa leży Virginia Woolf, Własny pokój.

Po Biszkeku jeździmy taksówką. Tak jak większość ludzi. Są marszrutki i trolejbusy – w 2024 roku miasto zlikwiduje linie trolejbusowe – ale transport miejski jest niewydolny, miasto stoi w korkach. A taksówki są tanie jak barszcz, dowiozą cię wszędzie i w każdej chwili. Tam, gdzie komunikacja miejska kuleje, naród rozbija się taksówkami. A ile to miejsc pracy!

Taksówkarze lubią sobie pogadać. Pytają, skąd jesteśmy i jak się nam tu podoba. A ja zagajam temat porwań.

– Jestem tu z dziennikarką, która pisze o ała kaczuu – zaczynam.

Oj! Ale temat! Kierowca odwraca się do nas, jakby chciał się upewnić, czy to na pewno nie żart.

– A pan co myśli o ała kaczuu?

Niektórzy kierowcy śmieją się, być może z zakłopotania. Wielu, już w pierwszym zdaniu, mówi: no, jest u nas taka tradycja.

W ich ustach brzmi to jak banał. Coś się powiedziało, ale w sumie nic i bez zajmowania stanowiska. Jest tradycja, to jest. Została z zamierzchłych czasów i trwa siłą bezwładu. Ale w drugim czy trzecim zdaniu jeden i drugi kierowca jednak dodaje: Niby tradycja, ale nie taka stara. Rozkwitła w okresie transformacji.

Małżeństwa z porwania trwają i nawet miłość się pojawia, podkreśla kilku taksówkarzy jakby na usprawiedliwienie. Ale nie wszyscy. Szczupły mężczyzna z brodą przypomina, że w Koranie nie ma nic, co usprawiedliwiałoby tę praktykę.

– Te pary trwają ze sobą przez syndrom sztokholmski – stwierdza fachowo. Jego córki są bezpieczne, mówi, bo w religijnych środowiskach porwania zdarzają się rzadko.

Czy porwał swoją żonę? – pytam. Kierowca obrusza się.

– Bynajmniej. Rodzina nas wyswatała.

Inny, młodszy kierowca przyznaje, że porwał. Ale na niby. Chodzili ze sobą od dawna. Zainscenizował porwanie, tak dla romantyki. Prawdziwe porwanie, takie na serio, udało mu się raz udaremnić. Skoro do porwań dochodzi na ulicy, taksówkarze muszą je widzieć. Jechał wtedy na zakupy. Nagle słyszy pisk opon. Widzi, jak grupa mężczyzn wpycha kobietę do auta. Dogonił ich, prawie jak James Bond. Doszło nawet do stłuczki. Na szczęście mężczyzn w aucie było niewielu i dziewczynę udało się odbić. Jej rodzina z radością zapłaciła mu za wyklepanie karoserii i jeszcze zaprosiła na obiad.

Kuzynka innego taksówkarza porywana była trzy razy. Ile siły trzeba, żeby przeżyć taką czarną serię? Za trzecim razem się poddała. Próbujemy się z nią spotkać, ale odmawia.

Porwania są wprawdzie nielegalne, ale pozytywnie wartościowane, mówi nam kolejny taksówkarz. Jego zdaniem bierze się to z kultury bycia dżygitem, kozakiem, albo z ułańskiej fantazji, gdyby chcieć tłumaczyć to na polski. Młody kierowca kontynuuje swój wywód, przepychając się przez zakorkowaną ulicę:

– Te chłopaki nie zastanawiają się, co czuje ofiara. Muszą myśleć o sobie. Wielu młodych mężczyzn stoi pod presją. Lata płyną, matka i ojciec wiercą młodemu dziurę w brzuchu. Gdzie żona, gdzie żona? A on ani ładny, ani bogaty. Nie ma powodzenia ani drygu do kobiet. Czasem to rodzina doprowadza chłopaka do ostateczności.

– A pan co, socjologiem jest? – udaje mi się przerwać monolog młodego kierowcy.

– Nie, ekonomię skończyłem. – Taksówkarz uśmiecha się do lusterka. – W zawodzie bym nie zarobił, to taryfą jeżdżę. W Biszkeku wielu taksówkarzy ma wyższe wykształcenie – dodaje. Wreszcie staje się jasne, dlaczego rozmowy w taksówkach stoją na tak wysokim poziomie. – To też wina transformacji ustrojowej – mówi taksówkarz-ekonomista. – Tak samo jest z ała kaczuu. Różnice ekonomiczne w społeczeństwie tak urosły, że niektórych ludzi nie stać na ślub. Porwanie wychodzi taniej.

Każdego dnia wracamy do domu na ostatnich nogach. Mieszkamy w Majewce, na kwaterze prywatnej. To przedmieścia Biszkeku. Taka dzielnica, jak się tutaj mówi, nowostrojka, kwartał nowych domów, nie wszystkie są skończone. Nawet nie wylali jeszcze asfaltu. Naszym gospodarzem jest Bakytbek, w skrócie Bakyt. Olbrzymia brama prowadzi na podwórko, pośród sznurków z praniem kwitną róże – ogród to oczko w głowie Bakyta. Dom jest jak z amerykańskiego folderu. Podświetlane schody, na piętrze cztery pokoje dla gości. Na parterze mieszka Bakyt z żoną i córkami. Kuchnia i salon są wspólne.

Jeszcze przed progiem zrzucamy buty – w Kirgistanie trzeba – i za chwilę jesteśmy w środku. Bez względu na porę dnia w kuchni zawsze czeka na nas herbata, chleb, pokrojony arbuz i pucharki z konfiturą. Na dworze już ciemno. W salonie gra telewizor. Córki Bakyta siedzą przed ekranem jak zahipnotyzowane. Dzieci w Kirgistanie nie chodzą spać z kurami, przeciwnie. Córki Bakyta żyją tym samym rytmem co dorośli.

– Emilia, napijemy się? – pyta mnie gospodarz.

Bakyt właściwie jest niepijący, ale turyści z Polski zostawili mu butelkę czystej. Najmłodsza córka gramoli się tacie na kolana, a my wypijamy jeden–dwa kieliszki. Tematów jest mnóstwo. Bakyt to mój dyżurny mężczyzna, z którym sprawdzam informacje.

Przetrawienie materiału o ała kaczuu pochłania sporo energii. Po trzecim dniu wywiadów zaczynam mieć gęste sny, śni mi się przemoc, zamknięcie, niemożność ucieczki. W sąsiednim pokoju Katharina, dziennikarka, główkuje nad tekstem. Co rano widzę ją w kuchni przy komputerze.

– Nic z tego nie rozumiem – wzdycha zmęczona. A mnie się wydaje, że zrozumiałam.

Klucz do zagadki ukryty jest w słowach Bakyta. O północy, przy kieliszku czystej, opowiada mi o ulubionej siostrze. Nazira została porwana na ulicy. Mąż był babiarz i lubił wypić. Ona musiała utrzymać dom, finansowo i w ryzach, zadbać o dzieci, no i o męża też.

– Nasze kobiety są silne. – Bakyt mówi z podziwem o siostrze.

To dla niego bohaterstwo. Bohaterstwo, że została z mężem? Mimo że cierpiała? Tak, siostra jest dla niego wzorem kobiety. Silnej kobiety, która wszystko zniesie. Katharina, ze Szwajcarii, nie może tego pojąć. Ja, z Polski, rozumiem to lepiej. Facet to dżygit, powinien cię porwać. Ty się w nim zakochać. I wytrzymać wszystko. Bo kobieta wszystko zniesie. Chcąc osiągnąć ten ideał, kobieta cierpieć musi.

Katharina zmaga się z materiałem. Temat jest wielowątkowy. Wszystko w nim jest – czerń i biel, i inne barwy. Ale jak włożyć owo wszystko w reportaż? Artykuł będzie się nazywać Randka po kirgisku. Ukaże się w „Neue Zürcher Zeitung”. Na razie Katharina miota się jednak między własną wizją a naciskami szefa redakcji.

Problemów z ała kaczuu jest wiele. Są różne porwania, wszystkie wrzucone do jednego worka. Na przykład dziewczyna i chłopak chodzą ze sobą, ale rodzice nie zgadzają się na ślub, więc młodzi umawiają się na sfingowane porwanie. Albo: para może się „porwać” tak dla fantazji. Albo: chodzą ze sobą, ale dziewczynie nie spieszy się do ślubu. On ją porywa i sprawa jest załatwiona.

Są też porwania brutalne, prawdziwe. Niewiele osób zgłasza je na policję. Na Bazarze Oszyńskim zagadałam dziesięć przypadkowych kobiet. Osiem przyznało, że zostały porwane. Jak na nielegalny proceder, nie ma problemów z dotarciem do ofiar. A dalej, jak po nitce, można by trafić do sprawców.

2

– Złota zasada to nic rozmówcom nie płacić. To etyka zawodowa – podkreśla Katharina, dziennikarka.

Na rozmowę z Eliną przychodzimy jednak obładowane siatami z supersamu. W jednej huśta się blady kurczak. W innych kasza, makaron, cukier, olej, marmolada. Całe szczęście, że razem mamy cztery ręce, inaczej byśmy nie doniosły.

Spotykamy się w biurze Centrum Badania Procesów Demokratycznych. To fundacja, która bada problemy równości, a raczej nierówności płci i walczy z przemocą wobec kobiet.

Elina ma metr pięćdziesiąt, bluzkę w kratkę i zero makijażu. Ta skromność, powściągliwość, prostota kontrastują z historią, którą opowiada. Powtarzała ją już wiele razy: na policji i przed sądem.

Tak właściwie to chciała pojechać do Turcji, zarobić na studia. Na te darmowe, na państwowej uczelni, się nie dostała. A prywatne, niestety, kosztują. Matka nie mogła jej pomóc, opiekowała się niepełnosprawnym synem. Rodzina nie była bogata. Ojciec odszedł w siną dal. Zamiast na studia Elina poszła więc do pracy w sklepie. Mimo że Biszkek tętni życiem, jej życie było proste. Praca – dom – praca – dom. Kursowała między domem a sklepem. Na imprezy nie chodziła. Może raz na miesiąc poszła do kina.

Któregoś dnia nie dotarła do pracy.

Facet był u niej w sklepie, przypomni sobie po czasie. Zamieniła z nim kilka słów. O kilka za dużo. Akurat miała dyżur na mięsnym. Klient poprosił kilogram kiełbasy wieprzowej. Jako muzułmanin powinien pan wziąć wołową, zauważyła trzeźwo Elina. Facet uśmiechnął się. Wziął kiełbasę i poszedł.

Ten small talk o kiełbasie drogo ją kosztował. Wpadła klientowi w oko. A może przychodził do sklepu wcześniej? Może rozmowa o kiełbasie była testem? Nie wiadomo.

Dzień później ktoś dzwoni na jej komórkę. Nieznany numer, dziewczyna nie odbiera, jest w pracy. Telefon dzwoni jednak coraz częściej. Potem okaże się, że to ten klient od kiełbasy. Skąd miał jej numer? Od kierownika sklepu? Od koleżanek ze zmiany? Co by było, gdyby odebrała? Elina zadawała sobie to pytanie nieskończoną ilość razy.

Sprawy zaczynają toczyć się szybko.

Trzy dni później, na przejściu dla pieszych – jest przed siódmą, na ulicy sporo ludzi – samochód zajeżdża jej drogę, drugi blokuje z tyłu. Wypada z nich sześciu chłopa. Sześciu na taką kruszynę. Elina krzyczy.

– Wrzucili mnie do auta jak małego kotka – mówi. Do sklepu zabrakło jej dwustu metrów.

Porywacze wywożą ją do Tałasu, północno-zachodniej prowincji Kirgistanu. Ale Elina nie wie, dokąd jedzie, w Tałasie nigdy nie była. Szosa z Biszkeku wspina się między czarnymi ścianami gór w rejonie Karabałty. Serpentyny pną się w górę. Równie dobrze porywacze mogliby wywieźć Elinę na koniec świata. To zresztą jest koniec świata, dla Eliny na pewno.

Droga do Tałasu biegnie przez jedne z najbardziej malowniczych rejonów Kirgistanu. Piękna dolina Suusamyr. Był tu Ryszard Kapuściński, zrobił sobie nawet przerwę w podróży w jurcie nomadów przy drodze. I dziś podróżni zatrzymują się, by kupić na przydrożnym straganie kumys, napój ze sfermentowanego kobylego mleka, oraz kurut, suszony ser. Na przełęczach powietrze jest jasne i cienkie. Czasem jakiś czaban – pasterz – przegna poboczem stado baranów. Dookoła tylko góry, pasą się na nich tabuny szczęśliwych koni.

Faceci w aucie mają ubaw. Czuć od nich alkohol. Porwali ją o siódmej, ale dziabnęli sobie sto gram dla kurażu. A może pachną jeszcze wczorajszą wódką?

Telefon Elinie zabierają od razu. Pozostają jej tylko próby ucieczki. Raz próbuje zwiać pod apteką w Karabałcie. Mówi, że boli ją głowa. Wydostaje się z samochodu, łapią ją od razu. Potem chce siku. Kierowca zatrzymuje się gdzieś na bezludziu. Elina idzie na pobocze, zaczyna biec. Biegnie jak w filmie, tak po prostu, donikąd. Porywacze dopadają ja w trymiga.

Kiedy wjeżdżają na podwórko jej przyszłego domu w niewielkiej wsi w Tałasie, auto otacza wianuszek ludzi. Panuje poruszenie, gra muzyka. Porywacze wysiadają z auta, zadowoleni z dobrze wykonanej roboty. Gospodarze poklepują ich po plecach, chłopcy spisali się na medal. Jacyś ludzie otwierają drzwi, by popatrzeć na Elinę. Komentują, śmieją się. Pachnie od nich wsią i baraniną. Ona siedzi otępiała. Cały dzień szarpaniny, proszenia, błagania, łez. Od rana nie jadła, ledwie co piła. Porywacze wyciągają ją z auta. Przekazują w ręce kobiet. Elina nie ma siły się bronić.

W domu stół suto zastawiony jedzeniem. Za stołem starszyzna wsi, dziadkowie z siwymi brodami i w białych kałpakach, babki, ciotki, cała rodzina. Zaczyna się spektakl. Elina odgrywa w nim główną rolę. Stare babki (choć może nie aż tak stare) chcą założyć jej na głowę białą chustkę, symbol zamążpójścia. Jeśli im się to uda, Elina jest stracona. Będzie panną młodą. U porwanej włączają się ukryte rezerwy sił. Krewne pana młodego naciągają jej chustkę na głowę, ona ją zrywa. Płacze, szarpie się, błaga. „Ale ja jestem za młoda!” – woła. „Co tam młoda! – mówią babki. – U nas szesnastolatki są w ciąży”. „Ale ja nie chcę!” – płacze Elina. „Każda tak mówi”. „Ale ja mam pracę! – krzyczy. „Popracujesz u nas w polu”. „Mama nic nie wie!” „Nie bój się, powiemy mamie”. Kobiety trzymają ją mocno. Co ona zerwie chustkę, to one znów wciągną jej ją na głowę.

Wbrew pozorom to nie samo porwanie jest najtrudniejsze w ała kaczuu. Porywacze nic dziewczynie nie zrobią. To panna młoda, choć bez sukni ślubnej i welonu, przyszła żona kuzyna lub kolegi. Muszą dowieźć ją do celu. Po drodze włos jej z głowy nie spadnie. Dopiero w domu zacznie się walka. To walka z kobietami, a u nich nie ma zmiłuj. Opór nie robi na nich wrażenia. To normalne, że dziewczyna się broni. Dla nich jest kelinką, panną młodą, synową. A mąż? Elina dopiero w izbie zobaczy męża, klienta ze sklepu. Nie wie nawet, jak się facet nazywa.

Powoli zapada zmrok. Elina się poddaje. To typowe zagranie: porywać tak, by porwane kobiety dojechały do nowego domu pod wieczór. Małżeństwo musi być przecież skonsumowane. To zresztą nieważne, czy seks będzie od razu. Nawet gdyby do niczego nie doszło, cały świat i tak uzna, że ze sobą spali. Dziewczyna będzie zhańbiona. A potem nie ma już po co wracać do domu. Plotki rozchodzą się szybko. Rodzice boją się, że córka nie znajdzie innego kandydata na męża. Tak też rozumowała matka Eliny. Powie jej przez telefon: „Zostań, córciu, może to dobra rodzina. Męża w końcu jakiegoś trzeba mieć”.

To jednak nie jest dobra rodzina. Elina pracuje na gospodarce i w sortowni fasoli. Mąż bije ją, zabiera pieniądze. Zabrania kontaktu z krewnymi. Teściowa narzeka, że Elina za dużo je, nawet gdy jest już w ciąży i mogłaby całkiem legalnie jeść za dwoje. W szóstym miesiącu teściowa wyrzuca ją w nocy na ulicę. Elina chowa wstyd do kieszeni i idzie do sąsiadów po pomoc. Ci odwożą ją do Biszkeku. Tam urodzi syna – wcześniaka z wadą serca. Skruszony mąż przyjeżdża na porodówkę, wręcza kwiaty i obiecuje poprawę. Dobrych chęci starczy mu na krótko. Drugi raz Elinie uciec jest już łatwiej. Rozsądny policjant podwozi ją do miasta, kieruje na infolinię dla ofiar przemocy domowej. Elina otrzyma pomoc prawną, z czasem i rozwód. Dziś pracuje jako pomocnica kucharza. Samotnej matce wyżyć jest z tego trudno. Dlatego zakupy, które robimy z Kathariną, są dla niej tak ważne.

Elina otrzymała pomoc, ale na początku, w chwili porwania, na ulicy nie pomógł jej nikt. Dlaczego? Bo porwanie bywa ukartowane przez młodych. Ludzie nie chcą się wtrącać. Ale jest jeszcze inny problem. O tym mówi mi Bakyt, wieczorem w kuchni.

– Od kobiety oczekuje się, by płakała i stawiała opór, choćby na niby. Skoro panna młoda ma płakać, to skąd wiadomo, kiedy płacze na serio?

3

Z czterech sióstr Bakytbeka porwano wszystkie. Dziś wszystkie są po czterdziestce.

Nazira została porwana przez wykładowcę z uczelni. Druga przez chłopaka, którego nie znała. Trzecia uciekła z domu. Rodzice nie mieli zrozumienia dla jej nastoletniej miłości, ona i chłopak sfingowali więc porwanie. A czwarta – to najbardziej spektakularne – wyszła za mąż w zaaranżowany sposób. Rodzice młodej i młodego dogadali się, że dobra byłaby z nich para. Żeby oszczędzić dyskusji, uknuli spisek. Rodzice młodej, młodego i on sam. Nawet rodzeństwo dziewczyny było wtajemniczone. Tylko Roza nie wiedziała nic.

Lato, wakacje. Żar leje się z nieba. Któregoś dnia po południu Azamat zaprosił Rozę nad jezioro Issyk-kul. Tyle że po kąpieli nie wróciła do domu. Pojechali od razu do teściów. W ręczniku na głowie, z solą na skórze, dziewczyna trafiła na swoje własne wesele.

– Źle się z tym czułem, że tak ją wystawiliśmy – mówi Bakyt, który był częścią spisku. – W tajemnicy spakowali do bagażnika torbę z ubraniami, żeby miała coś na początek. Była wściekła.

Ze wszystkich sióstr to jednak Rozie ułożyło się najlepiej. Mąż okazał się ogarnięty, teść był dyrektorem szkoły, teściowa do rany przyłóż. Roza i Azamat do dziś są zgodną parą, pożenili już dzieci.

Gorzej wiodło się siostrze porwanej przez nieznajomego. Mąż był biedny, na dodatek praktykujący muzułmanin.

– Nie wiadomo, co gorsze. – Bakyt kręci głową.

Szwagier do tej pory trzyma się na uboczu, na imprezach nie pije. Żonie też nie pozwala. Jest kierowcą w kopalni Kumtor, największej kopalni złota w kraju. Do dziś jest oszczędny, wręcz skąpy. Rodzice młodej pomagali im przez lata w tajemnicy. Mąż zabraniał. Bo to wstyd brać od teściów, mówił.

Studentce, którą porwał profesor, wiodło się różnie. Porwanie było skandalem. Nazira była niepełnoletnia, Tynybek o dziesięć lat starszy. Przystojny facet, literat. Nazira do dziś mówi o tym z zachwytem. On pozwalał jej palić, ona mu pić. Był jednak kochliwy. Nazira rzuciła go i zażądała rozwodu, ale matka zmusiła ją do powrotu. „Jak już wyszłaś za niego, to siedź. Było wcześniej myśleć”. Dziś Nazira i Tynybek są idealną parą. Ona pije wódkę, on zwykle tylko piwo. Tłumaczy Koran, dostaje nagrody literackie. Uroda mu została.

– Mężczyźni z Tałasu są piękni – mówi Nazira, paląc papierosa na podwórku przedszkola, które nielegalnie prowadzi w domu. Mąż wprawdzie pozwala jej palić, ale ona chowa się przed sąsiadami. Kobietom palić nie wypada.

Małżeństwo z miłości trwało najkrócej. Już po roku para się rozstała. Siostra wyszła za mąż ponownie, ale drugi mąż nie chciał wychowywać dziecka z pierwszego związku, więc mały Nurgazy trafił do dziadków. Dziś jest dorosły, wkrótce sam zostanie ojcem. Nie narzeka, że wychowywali go dziadkowie. To w Kirgistanie często się zdarza.

– Moja matka miała żelazne nerwy. Ze wszystkim radziła sobie sama, bo ojciec malował albo pił. – Bakyt kręci głową. Były lata dziewięćdziesiąte, kryzys gospodarczy, apogeum alkoholizmu. Wielu mężczyzn sięgnęło wtedy do kieliszka. Ojciec uczył plastyki w szkole, w domu Bakyta wiszą jego pejzaże: górskie szczyty, jelenie na rykowisku. Dziś to spolegliwy staruszek, uczy rysować córki Bakyta. Bakyt ma ich cztery. – Nie pozwolę, by ktoś je porwał – mówi Bakyt zdecydowanie. Pamięta horror, jaki panował w domu, kiedy znikały kolejne siostry. Dlaczego nie próbowali ich odbić? Nie wie. – Kobiety bywają niezdecydowane. Lubią chłopaka, ale nie chcą się żenić. A jemu się spieszy. Facet powinien mieć inicjatywę. – Ała kaczuu to jej wyraz.

Swojej żony Bakyt jednak nie porwał. Zobaczył ją w rodzinnej wsi.

– Siostra wysłała mnie do sąsiadów po jabłka – wspomina. W lutym się poznali, w sierpniu był ślub. – Chciałem wiejską pannę, nie taką, co będzie dyskutować, kto gotuje, a kto zmywa. Podział ról jest dobry, każdy wie, co do niego należy. – Bakyt przyznaje jednak, że czasem chciałby pogadać z żoną o pracy. Ma wyższe wykształcenie, jeździ po świecie, zajmuje się ochroną środowiska. Twierdzi, że Zarema nic z tego nie rozumie.

Jaką pozycję Zarema ma w rodzinie, zobaczę, kiedy do Biszkeku zjadą siostry Bakyta. Jedna z nich dostała właśnie w pracy medal za wysługę lat. Z tej okazji Bakyt w ogromnym saganie w letniej kuchni na podwórku gotuje płow, ryż z mięsem i warzywami. Jest lepszym kucharzem niż żona. Są pomidory, chleb i arbuz. I wódka. Nie ma za to Kathariny, wyjechała już do domu, materiału na reportaż prasowy musi jej starczyć.

Kiedy cała rodzina rozsiądzie się już na dywanach wokół niskiego stołu, Bakyt otwiera butelkę. Pierwszy kieliszek wręcza matce. Prawdziwa matriarchini, w haftowanej kamizeli, chustce i złotych kolczykach, które ciężko zwisają z uszu, jako jedyna siedzi na zydelku. Bakyt, u stóp matki, sprawnie operuje butelką. Sobie nie nalewa.

– Przy mamie nie mogę – szepcze wyjaśniająco, dolewając mi wódki.

Matriarchini pyta, co robię.

Wyjaśniam, że robię wywiady o ała kaczuu, tym razem już do swojej książki.

– Ciekawe – mruczy matka.

Przy stole zapada chwila ciszy.

– Taką tradycję mamy – odzywa się jedna z sióstr Bakyta.

– Na ile jest ona powszechna? – pytam.

Kobiety patrzą po sobie. Każdą z nich porwali. Porywacze siedzą obok.

Jedyna, której nie porwano, to żona Bakyta, ale i ona ma pod górkę. Teściowa nie może przeżyć, że Zarema rodzi tylko córki. To podobno jej wina. Okazuje się jednak, że u matki Bakyta było podobnie: najpierw same córki, Bakyt urodził się jako dziecko piąte, ostatnie.

– Czong ene, babciu – mówię jej, kiedy się lepiej poznamy. W Kirgistanie ludzie zwracają się do siebie, nawet jeśli nie łączą ich więzy krwi, terminami pokrewieństwa odpowiednimi do wieku. – Może to nie wina Zaremy?

Stara matka nie chce o tym słyszeć. U Zaremy piątego dziec­ka nie będzie. Wszystkie rodziła przez cesarkę. Za bardzo jest pozszywana.

Prawo rodziny jest nieubłagane. Podczas gdy inni ucztują, Zarema biega między kuchnią a stołem. Cały wieczór usługuje, przynosi, odnosi. Nie dostanie też wódki. I nie odezwie się ani słowem. Być może prawo głosu otrzymuje się dopiero po urodzeniu syna.

4

Na własną rękę szukam dalszych wątków. Koniecznie chcę spotkać się z pewnym reżyserem, którego nazwisko regularnie pada w rozmowach o ała kaczuu. Ernis Abdydżaparow, bo o nim mowa, jeden z najważniejszych reżyserów Kirgistanu, nakręcił kinowy hit Boz sałkyn, który – jak mówi mi wiele kobiet – przyczynił się do popularności porwań.

Abdydżaparow nie mieszka w Biszkeku. Żeby się z nim spotkać, jadę nad jezioro Issyk-kul, do położonego na jego północnym brzegu kurortu Czołponata. Reżyser nie spędza tam jednak urlopu, jest w pracy. Zasiada w jury konkursu piękności na festiwalu Ak Möör, który odbywa się na hipodromie za miastem. Ak Möör to bohaterka kirgiskiej legendy, piękność o śnieżnobiałej skórze i łabędziej szyi. Musiała poślubić starego chana Dżantaja, choć kochała młodego i biednego pasterza Bołota.

Przed wejściem na trybuny hipodromu – miłość do koni objawia się w Kirgistanie tym, że każde większe miasto ma swój hipodrom – baba w kwiecistej chuście i zatłuszczonym fartuchu sprzedaje pierożki i kompot w butelkach po Coca-Coli. Postawny Kirgiz miesza płow w kotle. Z trybun widać taflę jeziora Issyk-kul. Połyskuje w wieczornym świetle. Brzeg jest spłowiały, spalony słońcem, siedzenia na trybunach pokrywa cienka warstwa kurzu. Ubrana na galowo publiczność nerwowo wyciera je chusteczkami.

Tam, gdzie zwykle ścigają się konie, stoi scena. Konkurs jest jednak nietypowy. Nie ma tu parad w bikini, organizatorzy zapowiadają wybory „najpiękniejszej i najmądrzejszej” kandydatki. Jest też pokaz etnodizajnu. Uczestniczki, w wieku raczej średnim, ubrane w tradycyjne stroje, przedstawiają na scenie swoje rękodzieło. Na telebimie powiewa ogromna flaga Kirgistanu. „Naprzód, Kirgistan” – piosenka Aziza Batyrowa niesie się z playbacku.

Z reżyserem spotykam się dzień po konkursie, w restauracji Baraszka. To knajpa dla turystów, głównie z Rosji. Na ulicy dominują bermudy, klapki i przyciasne mini. W Czołponacie mieszają się światy. Woda jest mętna, plaża brudna. Poparzone słońcem ciała wylegują się na piasku. Są tu nalane karki oraz tłuste brzuchy. Obok dwie Kirgizki z dziećmi, jedna w hidżabie, budują zamek z piasku. Żylasty Kirgiz gra z wnuczką w badmintona. Pośród ręczników, jak po labiryncie, krążą sprzedawcy wędzonych ryb i kukurydzy. Do brzegu przybija statek, już mocno wysłużony, zabierze turystów i zaraz ruszy dalej.

W Baraszce jest tłok. Wypoczęte towarzystwo pochłania kolejne porcje baranich szaszłyków – „baraszka” to pieszczotliwie określenie barana. My siedzimy przy pustym stole. Zajęta kelnerka nawet nas nie zauważy. Schowani w rogu prowadzimy dyskusję o losie kobiet w Kirgistanie.

– Wartość kobiety i mężczyzny różnie rozkłada się w życiu – zaczyna Abdydżaparow. – W dzieciństwie to dziewczynki są ważniejsze. Pomagają w domu, bo muszą nauczyć się gospodarzyć. Za ileś lat wyjdą za mąż, pójdą do innej rodziny. Chłopak zaś to siła robocza. Musi paść owce, hodować konie. Jak trzeba, to na wojnę pójść. Przynajmniej kiedyś tak było. – Abdydżaparow wykłada swoją teorię. – Najmniejszą wartość kobieta ma po ślubie – kontynuuje. Kelinkaalbo kelin, czyli młoda żona, rano wstaje pierwsza, spać kładzie się ostatnia. Musi okazywać szacunek teściom. Udowadniać, że jest dobrą gospodynią. Z czasem wychodzi na prostą. Rodzi się pierwsze dziecko, potem drugie. Kelinkapodnosi się z kolan.

Z każdym kolejnym dzieckiem wartość kobiety rośnie. Wychowanie dzieci spada zresztą na dziadków i resztę rodziny. Obowiązkiem matki jest bowiem rodzić, wychowanie jest już pracą zbiorową. A kiedy dzieci dorosną i zaczną się żenić, dawna kelinkaawansuje na głowę domu. To ona będzie zarządzać rodziną. Bo w rodzinie to kobieta decyduje.

– W Kirgistanie rządzą kobiety – oświadcza reżyser. – Oczywiście, mówię o tradycyjnej kirgiskiej kulturze, nie jakichś radykalnych islamskich wynaturzeniach – zastrzega. Kirgistan to kraj w przeważającej większości muzułmański, praktykuje jednak dość liberalną wersję islamu.

Ernis Abdydżaparow jest kozłem ofiarnym feministek. W każdym razie on sam tak uważa. Boz sałkyn chciał nakręcić w 1996 roku, ale był kryzys i na kinematografię brakowało pieniędzy.

– Nawet lepiej, że poczekałem, bo film byłby ponury, przesiąknięty wódką i agresją. Tak jak całe lata dziewięćdziesiąte – mówi. Zamiast tego w 2007 roku powstał film rodzinny, ciepły, nie bez elementów komizmu. Choć są w nim sceny straszne.

Oto inteligenckie mieszkanie w bloku. Ojciec stuka w maszynę do pisania, męczy się nad jakimś raportem. Matka krząta się w kuchni. Są wakacje. Córka, Asema, akurat przyprowadza do domu chłopaka. Wybiera się do niego na wieś. Matka ostrzega: uważaj, żeby cię nie porwali. Asema i Murat planują normalny ślub. Los jednak zdecyduje inaczej.

Tytułowe Boz sałkyn to dżajłoo, letnie pastwisko, dolina wysoko w górach, gdzie nomadzi spędzają lato ze swoimi stadami. Boz sałkyn leży na południowym brzegu jeziora Issyk-kul, niedaleko niewielkiego miasteczka Bökönbajew, w którym mieszka reżyser. Większość filmów kręci w tym regionie. Żywa jest tu tradycja polowań z orłami, wyrabia się też jurty. Abdydżaparow zabiega o to, by utworzyć tu rezerwat kultury i zapobiec urbanizacji okolicy. Południowy brzeg jeziora Issyk-kul nadal jest dość dziki, nieskażony, bliski naturze.

– Mój film pokazuje nie tylko ból dziewczyny, ale i presję, jakiej są poddawani młodzi mężczyźni – podkreśla reżyser.

Kolejny bohater filmu, Sagyn, to chłopak ze wsi, nie ma lekko w domu. Matka niedomaga na zdrowiu, potrzebuje pomocy na gospodarce. „Ożeń się, będzie mi lżej” – dręczy syna. Sagyn nie chce, ale musi. Matka, z pomocą krewnych, zastawia pułapkę na przyszłą synową. Ma nią być sąsiadka, dziewczyna ze wsi. Umówieni krewni czekają w samochodzie na wiejskiej drodze. Wieczorem, już po zmroku, mają capnąć dziewczynę, gdy ta będzie wracała z ogniska. Przypadek pokrzyżuje im plany. Zamiast wiejskiej panny do auta wsiądzie Asema, która pogniewana na swojego chłopaka chce szybko wrócić do miasta. To auto to jednak nie jest taksówka. Kierowca nie zauważy różnicy.

Asema walczy, ale w końcu się poddaje. Sagyn próbuje ją ratować, nie ma nic do gadania. Ma się żenić – z kim, to drugo­rzędne.

– Dlaczego zakłada się, że każdy z tych chłopców, którzy często dziewczyny nie porwali sami, tylko ktoś przywiózł im ją do domu, jest z natury gwałcicielem? – pyta mnie Abdydżaparow. W filmie, podczas nocy poślubnej, Sagyn wyciąga nóż i zacina się w rękę, własną krwią plami prześcieradło. – Te wszystkie ciotki, co warują pod drzwiami, czekają nie tylko na oznakę dziewictwa dziewczyny, ale i na dowód męskości chłopaka – podkreśla reżyser. – Ten system jest opresyjny dla obydwu płci. Chłopak nie wie, co to za dziewczyna. Pierwszy raz widzi ją na oczy. Czemu miałby z nią spać?

Reżyser wyciąga telefon. Przesuwa palcem po ekranie, aż znajdzie to, czego szuka: zdjęcie szyrdaka, patchworkowego dywanu z wycinanych z filcu wzorów.

– Szyrdak to jest filozofia Kirgizów – mówi. – Tu nie ma tła. Są dwa ornamenty, które idealnie się uzupełniają. Tak jak w szyrdaku, w kulturze kirgiskich koczowników kobieta i mężczyzna są równoprawni. W jurcie lewa połowa jest kobieca, prawa męska. Żadna z nich nie jest gorsza – tłumaczy reżyser. Mężczyzna reprezentuje dom na zewnątrz, kobieta zaś zajmuje się polityką w rodzinie. Co jest ważniejsze? – To zależy od optyki. Dziś zdaje nam się, że tylko państwowa polityka się liczy, a reszta jest nieważna. Ale takie myślenie to wpływ Zachodu – uważa Abdydżaparow.

Skoro kobieta i mężczyzna są równi, to czemu matki koniecznie chcą syna? – pytam reżysera. Czemu Zarema traktowana jest w rodzinie Bakyta jak służąca, bo nie wydała na świat męskiego potomka?

– To czysty pragmatyzm. Choć to od córki dostajesz więcej troski, na starość musisz mieszkać z synem i synową. Nawet gdybym chciał, nie mogę pójść do domu córki, bo musiałbym mieszkać z zięciem, a zięć opiekuje się swoim ojcem, nie mną. Owszem, jest to myślenie patriarchalne – przyznaje reżyser. – Sęk w tym, że matriarchat też u nas jest. Kirgistan to dziwny kraj. Kirgizi są pluralistami.

Abdydżaparow nie czuje się winny. To nie Boz sałkyn sprawił, że porwania zaczęły przybierać na sile. Podkreśla, że w czasach przedradzieckich porwania zdarzały się rzadko. Za porwaną pannę trzeba było zapłacić rekompensatę trzydziestu koni. Normalny kałym, opłata za żonę, był niższy. To się po prostu nie opłacało. W 1927 roku władze radzieckie ogłosiły pakiet reform. Zakazały poligamii, małżeństw nieletnich, porwań matrymonialnych i kałymu. Do porwań jednak nadal dochodziło, jakby na przekór władzy. Prawdziwy boom przyszedł pod koniec XX wieku.

Popularność ała kaczuu to dla reżysera objaw upadku cywilizacji. A ten zaczął się wraz z rosyjskim podbojem Azji Środkowej.

– U Kirgizów nie było niewolnictwa ani biedy. Wdowie znajdowano męża, a bezdzietna rodzina mogła przysposobić dzieci krewnych. Nasz upadek zaczął się wraz z rosyjską kolonizacją. – Ta zaczęła nabierać tempa od 1876 roku, gdy ziemie Kirgizów stały się częścią carskiej Rosji. Koloniści zabierali im najlepsze ziemie. Społeczeństwo zaczęło się rozwarstwiać. Ten proces trwa nadal, podkreśla reżyser.

– Koczownicza cywilizacja ginie na naszych oczach. A przecież cały świat wyszedł od nas – mówi ze smutkiem Abdydżaparow. – W Księdze Rodzaju Bóg przyjął ofiarę nie rolnika, ale koczownika. Kain był przecież rolnikiem, a Abel pasterzem. Kain złożył w ofierze płody rolne, a młodszy brat – zwierzęta ze swojego stada. Bóg przyjął ofiarę Abla, na ofiarę Kaina nie chciał patrzeć. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło – kwituje reżyser.

Dlatego Boz sałkyn to film filozoficzny, a Sagyn, chłopak ze wsi, to ostatni Mohikanin. Asema, choć nie chce być jego żoną, z czasem odkrywa piękno życia nomadów. Sagyn przekona ją do siebie i sam też się do niej przekona. O chłopaku z miasta dziewczyna zapomni bez żalu.

– Nikt tego filmu nie zrozumiał – narzeka reżyser, który jest regularnie zapraszany do dyskusji o ała kaczuu. – Zawsze mówię to samo: rzeczy niewygodne dla zagranicznych fundacji, które inwestują w walkę z przemocą wobec kobiet. Mówię, że masa naszych problemów przyszła z zagranicy. A teraz przysyłacie nam pieniądze, by nas leczyć? Ratunek jest na Wschodzie. W naszych wartościach, w naszej bliskości z naturą.

Abdydżaparow urodził się w Biszkeku, dzieciństwo spędził u dziadków, w wysokich górach prowincji Naryn. Do podstawówki chodził w Mingkuszu, do szkoły muzycznej w Oszu na południu kraju. Studiował literaturę w Biszkeku, praktyki robił w Tałasie, pracował w Sarydżazie na granicy z Chinami. Wraz z żoną osiadł w Bökönbajewie i tam zamierza spędzić resztę swojego koczowniczego życia.

– Chcą mnie pochować na cmentarzu dla zasłużonych – mówi urodzony w 1961 roku reżyser. – Ale ja chcę zostać nad Issyk-kulem, to będzie służyć sprawie.

Bo Abdydżaparow żyje dla sprawy. Jego misją jest zachowanie kultury. Poprzez film.

– W radzieckim Kirgistanie było dwa i pół tysiąca sal kinowych na wsi. Nomadzi oglądali klasyków, leciał Fellini i Tarkowski! – Abdydżaparow marzy o tym, by kino wróciło na wieś. I wraca, jak twierdzi. Bo Kirgizi lubią film.

W ZSRR mówiło się „kirgiski cud” na bujnie rozwijającą się kinematografię republiki. Ten cud ma wytłumaczenie.

– Proszę pojechać do Tałasu, zapoznać się z eposem o Manasie – radzi mi reżyser. – To najdłuższy epos na świecie. Jest jak serial. Śpiewak, czyli manasczy, wchodzi w trans i widzi kino. Jest tam pierwszy plan, drugi, zbliżenia, ujęcia z drona. Manasczy dokonuje projekcji w przestrzeń. Seans Manasa to minikinoteatr. Dlatego Kirgizi szybko przywykli do kinemato­grafii – opowiada Abdydżaparow. Po upadku ZSRR ten cud się skończył. Ludzie woleli oglądać filmy z Hollywood, ten lepszy świat. – W Polsce też tak było. Wiem, bo jeżdżę na festiwale – oświadcza reżyser. To się jednak zmienia. Sukces filmów Abdydżaparowa pokazuje: Kirgizi znów są gotowi spojrzeć w lustro.

5

Kawiarnia Bublik przy ulicy Togołoka Mołdo w Biszkeku pęka w szwach. Bublików w mieście jest zresztą kilka, we wszystkich zawsze jest tłok. Jedni jedzą tu firmowe bajgle (bublik to jego rosyjski kuzyn), drudzy piją matchę cappuccino. Przychodzą tu ekspaci, rodziny z dziećmi i pary na randkę: na New York cheesecake i lemoniadę z kirgiskiego arbuza. Ja jestem umówiona z Zere Asyłbek, jedną z najbardziej wyrazistych piosenkarek młodego pokolenia. Chciała się z nią spotkać Katharina, ale Zere odpoczywała wtedy nad jeziorem Issyk-kul. Spotykamy się więc same. Kiedy pojawia się w drzwiach, nie mam wątpliwości, że to ona. Czapka z daszkiem głęboko nasunięta na czoło, duże ciemne okulary. Tak powinna wyglądać gwiazda estrady.

Siadamy na boku, w sali dla palących, choć Zere nie pali. Pali za to jej koleżanka, która przychodzi razem z nią, dla towarzystwa. Mam wrażenie, że Zere woli siedzieć z boku. Woli też mówić po angielsku. Twierdzi, że tak lepiej, bo ludzie przy sąsiednich stolikach nie będą rozumieli, o czym rozmawiamy. A może chce pokazać, że perfekcyjnie zna angielski?

– Nasz prezydent ma obsesję na punkcie szpiegów. Turystom mamy opowiadać o naszej nieskażonej przyrodzie i wspaniałej historii – tłumaczy Zere.

Zere śpiewa o tym, co kryje się za pocztówkową rzeczywistością – o porwaniach matrymonialnych, korupcji, przemocy. Za bohaterkę się jednak nie uważa.

– Śpiewam z egoizmu, bo chcę żyć w kraju, gdzie obowiązują prawa człowieka, gdzie kobieta jest tyle samo warta co mężczyzna. Kraj się zmienia, ale za wolno. Chcę przyspieszyć ten proces.

Biszkek to liberalne miasto, liczące niemal półtora miliona mieszkańców. Mieszczą się tu największe uniwersytety kraju, kwitnie sztuka współczesna, a młodzież baluje do rana. To bananowa młodzież, bałkonskije, jak mówi się na nich w Kirgistanie. Większość ludności ponad siedmiomilionowego kraju mieszka jednak poza stolicą, a prowincje są bardziej konserwatywne. To one decydują, jak wygląda polityka, życie społeczne, pozycja kobiety. Tam dziewczynki wychowuje się do tego, by wyszły za mąż i zostały matkami. Mają być dobrze ułożone i pracowite.

– Gdyby wychowanie odbywało się przez pozytywną motywację, to okej. Ale odbywa się poprzez kontrolę społeczną – mówi Zere. – Po kirgisku mówimy: „Dziewczyna jest kontrolowana przez czterdzieści domów”. Ocenianie kobiet jest u nas sportem narodowym. Kobieta ma być taka, jak chce społeczeństwo. A społeczeństwo nie chce zbyt dużo swobody dla kobiet.

Film Boz sałkyn Zere pamięta doskonale.

– Dziewczynę kradną, ona się zakochuje. Takie piękne love story. Niby wszystkie o tym marzymy, co nie? – śmieje się. I podkreśla, że dziewczynki od dziecka wiedzą, że mogą zostać porwane. Wujkowie i ciocie mówią niby w żartach: „Ślicznie wyglądasz. Uważaj, żeby cię nie porwali!”. Brzmi słodko, ale to narzędzie dyscyplinowania kobiet. – Kuzynkę porwali, gdy byłam w piątej klasie. Mój tato pomagał odbić ją z domu porywacza. Przywieźli ją potem do nas. Była roztrzęsiona. To zdarzyło się w Biszkeku, a nie gdzieś w regionach. W mieście też nie jesteś bezpieczna.

Wiele kobiet rzeczywiście marzy jednak o byciu porwaną. W Kirgistanie w związek małżeński wstępuje się wcześnie (średni wiek to dwadzieścia trzy lata dla kobiet i dwadzieścia siedem dla mężczyzn).

– Dziewczęta wychowuje się w strachu, że nikt ich nie zechce. Kończysz liceum, zbliżasz się do dwudziestki i rodzina zaczyna cię swatać albo nękać pytaniami o zamążpójście. Masz dwadzieścia jeden lat i powoli mija twój termin przydatności. Masz dwadzieścia pięć i stajesz się starą panną – opowiada Zere. A tego młode kobiety boją się bardziej niż porwania. – Porwanie może nie jest przyjemne, ale przynajmniej wiesz, że jest na ciebie popyt – dodaje piosenkarka.

Kiedy spotykam ją w Biszkeku, Zere ma dwadzieścia lat. Wychowała się w stolicy. W rodzinnym domu nie słyszała klasycznych tekstów w stylu: musisz wyjść za mąż, założyć rodzinę. Raczej zachęty, by iść własną drogą. Poszła i uparcie podąża nią dalej.

Śpiewanie wzięło się u Zere z aktywizmu. Kiedy w AIESEC, międzynarodowej organizacji młodzieżowej zajmującej się szkoleniem liderów i liderek w połowie krajów świata, zaczęła realizować projekty o prawach kobiet i zrównoważonym rozwoju, oddźwięk zawsze wydawał jej się za mały.

– Za mały, by zmienić świat – mówi. A taki był jej cel. Zere szukała więc większych zasięgów. I nagle ją olśniło. – Dotarło do mnie, że przecież pop może być doskonałym narzędziem zmiany! Poszperałam w internecie, kupiłam ścieżkę dźwiękową, napisałam tekst, weszłam do studia i nagrałam piosenkę. Ludzie są wzrokowcami, a pop bez teledysków nie istnieje. Z paczką dziewczyn pojechałam nad Issyk-kul i w kilka dni nagrałyśmy teledysk – wspomina. Piosenka była gotowa.

Kyz (po polsku Dziewczyna) to jej muzyczny debiut. W tele­dysku Zere, w fioletowym staniku i za dużej marynarce, z czerwoną szminką na ustach, śpiewa niskim, niepokojącym głosem. To prawie melorecytacja.

Przestańcie mi mówić, jak żyć

Przestańcie mówić: „rób tak”, „tak nie rób”

[…]

Czemu mam być taka, jak chcesz ty, jak chcą inni

Należę do siebie, mogę mówić, co chcę

[…]

Hej, kochana, dołącz do mnie,

Razem stworzymy naszą wolność

Piosenka powstała w 2018 roku, po zabójstwie Burułaj Turdalijewej, tej, którą przedstawia mural na ścianie akademika Akademii Medycznej w Biszkeku. Sprawa Burułaj była dla Zere szokiem, nie dlatego, że dziewczynę porwali, ale dlatego, że szukała bezpieczeństwa na policji, a tam zamiast pomocy znalazła śmierć. To jednak nie jest piosenka tylko o Burułaj.

– To piosenka o doświadczeniach każdej dorastającej kobiety.

Wchodząc do studia, Zere zakładała dwa scenariusze. Jeden – że garstka osób posłucha utworu. Drugi – że dowie się cały kraj. Wrzuciła wideo na YouTube i poszła z siostrą do kina. Dwie godziny później jej telefon prawie eksplodował od wiadomości. Przychodziły gratulacje. Dzwoniły gazety. Były też hejt, szantaż i groźby, zwłaszcza te wysyłane prywatnie na Instagramie. Szybko dotarło do niej, że ten sukces trudno będzie unieść.

Teoretycznie wiedziała, że jakiś wariat może rzucić się na nią z nożem, bo nie podoba mu się, co śpiewa. Kiedy jednak okazało się, że tacy ludzie naprawdę istnieją, była przerażona. Ktoś pisał: „Jeśli w ciągu doby nie usuniesz nagrania z sieci, utniemy ci głowę”. Ktoś inny zapewniał, że nigdy go nie złapią, bo ma znajomości w rządzie.

– Mój teledysk był dla tych facetów nie do zniesienia – opowiada Zere.

Nie do zniesienia były nie tylko słowa, ale i obrazy. W tele­dysku występują różne kobiety, jedne mniej ubrane, inne w długich pelerynach z kapturem. I ona, w słynnym fioletowym staniku. Nie mizdrzą się do kamery, nie wyginają, po prostu są.

– Wiele artystek w show-biznesie występuje w skąpym out­ficie. Wychodzą na scenę prawie gołe. Ja w klipie do Kyz mam marynarkę, krótką spódnicę i stanik, ale nie po to, by uwodzić. To protest song – podkreśla. Śpiewa, że może być, kim chce. I robić, co chce. To musiało się nie spodobać. – Do tego nie jestem szczupła. Dla hejterów byłam grubą krową – mówi Zere.

Naprawdę zaczęła się bać.

– Logicznie rzecz biorąc, jeśli chcesz kogoś zabić, po co mu o tym piszesz i zostawiasz ślad w sieci? Ale od słów do czynów droga może być krótka.

W Biszkeku zawiązał się obywatelski ruch obrony Zere, grupa hakerów, którzy chcieli dobrać się do skóry autorom pogróżek.

– Nie chciałam, by wymierzali sprawiedliwość na własną rękę. Wolałam iść na policję.

Policja obiecała, że zajmie się sprawą. Potem zadzwonili, że Zere musi pójść na inną komendę jeszcze raz złożyć zeznania. Stamtąd wysłali ją dalej. Po trzech miesiącach postępowanie umorzono z powodu braku dowodów. Zrzuty z ekranu to za mało.

– Potrzebowali dowodów, najlepiej na moim ciele. Same groźby nie wystarczyły. Policjanci przyznali zresztą, że mają związane ręce, bo nasze prawo nie chroni przed agresją w internecie. Połowę życia spędzamy w sieci, a wciąż nie ma prawa regulującego interakcje w tej sferze? No to pora je wprowadzić – konkluduje piosenkarka.

Idąc na policję, chciała dać sygnał: hejterzy nie są bezkarni. Przeliczyła się. Tak samo jako przeliczyła się Burułaj.

Po miesiącu hejtu i gróźb sytuacja się uspokoiła. Dziś Zere już się nie boi, tak przynajmniej twierdzi. Niedługo po naszym spotkaniu wyjedzie do Rzymu studiować sztuki performatywne. Do Kirgistanu wracać będzie regularnie, nagrywać kolejne piosenki, które – jak ta pierwsza – odbijają się szerokim echem. W innej piosence o sytuacji kobiet, Apam ajtkan (Mówiła mi mama), wylicza rady, jakie dostawała od matki: „nie wychodź sama, bądź ostrożna, nie wracaj późno”.

– Kolejne pokolenia kobiet słyszą to samo. – Zere kręci głową. Ale Kirgistan to mimo wszystko jej inspiracja. – Kocham mój kraj za silne społeczeństwo obywatelskie. Za odwagę kobiet i wsparcie mężczyzn, którzy są po naszej stronie, bo nie chcą być porywaczami. A przede wszystkim za odwagę aktywistek, które żądają zmian. I które doprowadziły do zmiany prawa.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e­-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I