Bal z nieznajomą - Michelle Smart - ebook

Bal z nieznajomą ebook

Michelle Smart

4,5
11,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pracująca w straży granicznej Gabrielle Breton ma informację, że tego dnia para w luksusowym samochodzie będzie przemycać narkotyki. Poddaje więc dokładnej kontroli wszystkich pasujących do opisu. Gdy na granicy zjawia się Andrés Morato z siostrą, którzy spieszą się na bal, nie zostają potraktowani ulgowo. Andrés jest wściekły, lecz profesjonalna, a jednocześnie obdarzona poczuciem humoru Gabrielle wzbudza jego zainteresowanie. Gdy siostra nagle rezygnuje z balu, Andrés namawia Gabrielle, by to ona mu towarzyszyła. Czuje, że wieczór z nią będzie pełen niespodzianek. Największą niespodziankę zrobi mu jednak własne serce…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 150

Rok wydania: 2026

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Michelle Smart

Bal z nieznajomą

Tłumaczenie:

Anna Nowak

Tytuł oryginału: Cinderella’s One-Night Baby

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2024

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2024 by Michelle Smart

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2026

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

[email protected]

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-291-1326-7

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Rozdział pierwszy

Granice księstwa Monte Cleure nie należały do najlepiej strzeżonych na świecie. W państewku wciśniętym pomiędzy Francję i Hiszpanię machnięcie paszportem przed nosem znudzonego strażnika granicznego było szczytem ochrony. Księstwo uważano za Monako na sterydach, bo było rajem podatkowym dla miliarderów, ale właśnie z powodu luźnych granic oraz leniwej, skorumpowanej policji, przyciągało też przestępców, którzy dorobili się na handlu narkotykami, bronią lub ludźmi, i właśnie tutaj prali swoje brudne pieniądze.

Jednak to swobodne podejście do prawa i porządku skończyło się, gdy powszechnie nielubiany król Dominic zginął w wypadku podczas wyścigów samochodowych, a jego siostra, Catalina, objęła tron. Jednym z pierwszych działań, jakie podjęła królowa, było oczyszczenie państwa z kryminalistów i ich podejrzanych interesów. Oznaczało to również wzmocnienie ochrony granic. Jeśli jakikolwiek strażnik był podejrzewany o korupcję, zostawał natychmiast zwolniony, a na jego miejsce przyjmowano nowego rekruta.

Jednym z nowych rekrutów była Gabrielle Breton. Nigdy nie sądziła, że tak będzie wyglądało jej życie, ale postanowiła wyciskać je jak cytrynę. Szczególnie że trudno było tu popaść w rutynę.

Tego dnia dostali na przykład cynk, że w pewnym luksusowym aucie będzie ukryta kokaina warta milion dolarów, a ona wręcz skakała z podekscytowania.

Jedyny problem był taki, że ponad siedemdziesiąt procent pojazdów wjeżdżających do Monte Cleure stanowiły luksusowe samochody. Na szczęście otrzymali jeszcze jedną wskazówkę – auto miało być najnowszym modelem znanej marki, w którym będą siedzieli mężczyzna i kobieta.

Została zaledwie godzina do końca jej zmiany, a zespół Gabrielle zdążył już dokładnie przeszukać dziewięć samochodów. I nic.

Lecz gdy zza zakrętu wyjechał futurystyczny sportowy pojazd, który wyglądał, jakby właśnie wyjechał z salonu, a w środku zobaczyli mężczyznę obok eleganckiej kobiety, natychmiast zakasali rękawy.

Lizakiem dali znać kierowcy, by do nich zjechał. Ciemnowłosy, przystojny mężczyzna w markowych ubraniach i o zadbanej brodzie otworzył okno.

– Paszporty, proszę – poprosiła grzecznie Gabrielle po hiszpańsku.

– Jestem w waszej bazie – odparł mężczyzna z wyczuwalnym zniecierpliwieniem. – Jestem uprawniony do przejazdu na podstawie rozpoznawania twarzy.

Rzeczywiście, kojarzyła go, zapewne właśnie z systemu rozpoznawania twarzy. Nie zmieniało to jednak sytuacji.

– Poprosiłam o państwa paszporty.

Zacisnął szczękę, ale bez ceregieli podał jej dokumenty.

– Czy jest jakiś problem?

– Zaraz się dowiemy, panie… – otworzyła pierwszy paszport – Morato.

Andrés Javier Morato, narodowości hiszpańskiej. Niedawno skończył trzydzieści trzy lata. Gabrielle zerknęła na pasażerkę auta, a potem na zdjęcie w drugim paszporcie. Sophia Maribel Morato, narodowości hiszpańskiej. Trzydzieści pięć lat.

– Jaki jest cel państwa wizyty w Monte Cleure?

– Jaki jest cel zadawania takich pytań?

– To moja praca, proszę pana.

Skrzywił się.

– Mam tutaj nieruchomość i kilka powiązań biznesowych. Wkładam sporo pieniędzy w waszą gospodarkę.

Powstrzymała ziewnięcie.

– Gratulacje. Cel państwa wizyty.

– Cel tej konkretnej wizyty, panienko – powiedział z wyższością – to przyjęcie w pałacu. Jestem gościem i przyjacielem królowej.

– Zazdroszczę. – To była prawda. Chętnie sprzedałaby nerkę, żeby móc się znaleźć pod jednym dachem z kobietą, która była jej idolką, ale to raczej nie miało się nigdy wydarzyć, więc utrzymała obojętny, profesjonalny ton. – I proszę się do mnie zwracać „pani inspektor”. Czy ma pan przy sobie lub przewozi pan w samochodzie jakiekolwiek nielegalne substancje lub przedmioty?

Popatrzył na nią tak, jakby zapytała go, czy wyjada złote rybki żywcem z akwarium.

– Nie – odparł sucho. – Nie mam przy sobie nic nielegalnego ani nic do oclenia. Czy to wszystko? Już jesteśmy spóźnieni. Zespół ludzi czeka, by przygotować nas na królewskie przyjęcie.

– Niestety to nie wszystko, a wspominanie królowej nie przyspieszy tego procesu. Proszę wysiąść.

Oczy mu pociemniały, a policzki lekko się zaróżowiły.

– Czy wie pani, kim jestem?

Stara śpiewka, prawie tak stara jak „wkładam dużo pieniędzy w waszą gospodarkę.

– Z pewnością jest pan bardzo ważną postacią, niestety mam pracę do wykonania i będzie łatwiej, jeśli będzie pan współpracował.

Żona mężczyzny, która dotychczas przyglądała się w milczeniu, nacisnęła przycisk palcem przystrojonym ogromnym diamentem. Drzwi samochodu uniosły się jak wrota statku kosmicznego.

Z ciężkim westchnieniem Andrés poszedł za jej przykładem, ujawniając, że jest niesamowicie wysokim, muskularnym mężczyzną. Jego żona była sporo niższa, ledwie kilka centymetrów wyższa od Gabrielle, ale w wysokich szpilkach wyglądała jak statua.

– Proszę stanąć za linią. – Gabrielle wskazała miejsce położone zaledwie kilka kroków dalej. Sophia usłuchała natychmiast, ale Andrés skrzyżował ramiona na szerokim torsie, co podkreśliło jego bicepsy prężące się pod czarną koszulą.

– Dlaczego?

– Musimy przeszukać samochód, a zasady bezpieczeństwa nie pozwalają nam tego zrobić, dopóki nie staną państwo za linią.

Wskazała na swój dwuosobowy zespół i psa czekających cierpliwie za nią. Na jego twarzy pojawiały się i znikały przejawy gniewu i oburzenia.

– Ile czasu to zajmie?

– Tyle, ile trzeba.

– Musicie się pospieszyć.

– Niestety pańska przyjaciółka królowa nie lubi, kiedy robimy coś szybko i niedokładnie. Proszę stanąć za linią.

Przez chwilę miała wrażenie, że zaraz wybuchnie mu głowa. Jeszcze rok temu Gabrielle kuliłaby się pod jego spojrzeniem pełnym aroganckiej pogardy. Wyobrażała sobie, jak w duchu ją przeklina, bo przecież nikt nie będzie rozkazywał komuś tak ważnemu jak Andrés Morato, który nie powinien podlegać przeszukaniom jak zwykły śmiertelnik.

– Marnuje pan własny czas – przypomniała mu grzecznie.

Nozdrza jego idealnie prostego nosa zafalowały, a szczęki zacisnęły się niebezpiecznie, ale w końcu poszedł po rozum do głowy i wycofał się, nie spuszczając z niej gniewnego spojrzenia.

– Dziękuję za współpracę.

– Jeśli uszkodzicie go w jakikolwiek sposób, pani inspektor, zapłacicie za naprawę!

– Proszę się nie martwić, skoro wkłada pan tyle pieniędzy w naszą gospodarkę, to możemy sobie na to pozwolić.

Andrés wpatrywał się w tę drobną kobietę, która tak uprzejmie pokazywała mu, gdzie jest jego miejsce i używała jego własnych słów przeciwko niemu. Czuł, że wściekłość, którą hodował w sobie od tygodnia, teraz szuka ujścia.

– Co chcecie tam znaleźć?

W odpowiedzi tylko wcisnęła dłonie w lateksowe rękawiczki i udała, że go nie słyszy. Andrés nie był przyzwyczajony do bycia ignorowanym ani rozstawianym po kątach.

W ogóle nie miał ochoty spotykać się z setką ludzi i tylko z powodu siostry zwlókł się tego ranka z łóżka. Powinien był zostać w domu i odsypiać nieprzespane noce, których przysporzył mu list od prawnika, powodując, że jego świat zadrżał w posadach.

Jego przyjaciel i partner biznesowy, król małżonek, zrozumiałby, gdyby nie przyjechał. Tylko Sophia dąsałaby się aż do świąt. Bardzo czekała na to przyjęcie, więc Andrés postanowił zachować swój zły humor dla siebie. Wydawało mu się, że nieźle mu się to udaje, aż do momentu, gdy w Barcelonie przesiedli się z helikoptera do jego nowego cacuszka.

Sophia zapięła pas i spojrzała na niego.

– Jeśli nie chcesz, nie musimy tam jechać.

– Mogłaś to powiedzieć, zanim wyjechaliśmy z Sevilli.

– Miałam nadzieję, że się rozweselisz. Nie widziałam cię od miesiąca. Mógłbyś chociaż udawać, że cieszysz się, że spędzasz ze mną czas.

Ruszył bez słowa, a potem ignorował jej próby nawiązania konwersacji. Humoru nie poprawiał mu także fakt, że zamiast przyjemnie rozpędzić nowe auto, ciągle utykał w korkach. A myślał, że przejażdżka będzie odprężająca. Powinni byli polecieć helikopterem prosto do Monte Cleure. Byłby już w swoim mieszkaniu, niezadowolony z faktu, że musi je zaraz opuścić, ale przynajmniej nie użerałby się z tą służbistką w mundurze.

– Czego szukacie? Narkotyków? Podróbek Chanel? Zaniedbanych szczeniaczków?

– Jeśli znajdę zaniedbane szczeniaczki, osobiście tego na panu użyję. – Strażniczka poklepała wybrzuszenie na swoim biodrze, a on nie był pewny, czy żartuje.

– To broń? – zapytała Sophia, wreszcie dołączając do rozmowy.

– Paralizator.

– Mogę pożyczyć? Na niego. – Wskazała Andrésa kciukiem.

– Osobiście już bym go pani dała, ale niestety to wbrew zasadom posterunku i nie tylko ja straciłabym pracę. – Kobieta zgięła się i przebiegła dłońmi pod kierownicą. Była tak mała, że nie musiała się nawet bardzo pochylać.

– Szkoda – mruknęła Sophia.

– Jeśli poszuka pani wystarczająco głęboko w internecie, na pewno będzie pani mogła jeden zakupić. W razie czego wystarczy tylko wycelować i wcisnąć. – Pani inspektor, jak kazała się nazywać, wciąż skrupulatnie macała deskę rozdzielczą.

– Zapamiętam na wypadek, gdyby znowu robił mi wstyd – roześmiała się Sophia. Strażniczka nawet nie mrugnęła.

Andrés patrzył to na jedną, to na drugą kobietę i czuł, jak niepokój, którym był tak zaabsorbowany, schodzi na drugi plan. Zachowywał się strasznie nieuprzejmie, dopiero teraz to sobie uświadomił. Jego siostra cały dzień musiała znosić jego paskudny humor, a teraz pogardliwie potraktował bogu ducha winną kobietę, która wykonywała swoją pracę. Nawet jeśli była służbistką.

Wziął głęboki oddech i uniósł dłoń, usiłując przybrać trochę przyjemniejszą minę.

– Okej, rozumiem, zachowałem się jak dupek, któremu należy się runda paralizatorem.

Strażniczka, która wymacywała teraz coś nad przednim kołem, prawie się uśmiechnęła. Jej twarz była interesująca, ale bardziej zdziwił go fakt, że nie widniał na niej nawet ślad makijażu, nie mówiąc już o interwencji chirurga plastycznego. Większość kobiet, które znał, przeszły co najmniej powiększanie ust. Za to na policzku strażniczki czerniła się tylko plama smaru, a jej kręcone ciemne włosy zebrane zostały w kucyk z tyłu głowy. Takiej fryzury nie widział u otaczających go kobiet od lat. Nie był też w stanie stwierdzić, jakie ciało kryje się pod bezkształtnym, męskim granatowym mundurem, zwieńczonym wypolerowanymi na połysk butami o stalowym podkuciu.

Telefon zawibrował mu w kieszeni. Adwokat. Czekał na to, bo miał się dowiedzieć, czy otaczający go mrok wreszcie się uniesie, czy zaciśnie się wokół niego jeszcze ciaśniej. Odsunął się od Sophii, by odebrać.

Gabrielle nie czuła się onieśmielona przez tego mężczyznę, a jednak oddychała trochę swobodniej, gdy Andrés się odwrócił. Zrozumiała, że nie był onieśmielający, a denerwujący.

Za to jego żona była jego zupełnym przeciwieństwem i łatwo się z nią rozmawiało. Opowiadała o swoim butiku, dla którego projektowała ubrania, oraz o ekscytacji związanej z przyjęciem. Była to miła odmiana, bo zwykle właściciele luksusowych aut tupali nogami jak rozkapryszone dzieci, zupełnie jak jej mąż.

Gabrielle słuchała więc wesołej paplaniny kobiety, choć jej niesamowite piękno, elegancja i gracja sprawiały, że czuła się jak wypluta psu z gardła. Zazdrościła jej swobody i tego, że wyraźnie dobrze się czuje we własnej skórze. Zazdrościła jej właściwie wszystkiego, poza aroganckim mężem, z którym musiała się zapewne użerać każdego dnia. Nawet jego wygląd greckiego boga nie usprawiedliwiał takiego zachowania.

Naprawdę był bardzo przystojny, do tego stopnia, że gdy wrócił do żony, wsuwając telefon do kieszeni, Gabrielle zorientowała się, że się gapi, więc odwróciła wzrok i skoncentrowała się na masce samochodu. To było nieprofesjonalne, a w dodatku mężczyzna był żonaty.

– Jak tam idzie? – zapytał dużo milej niż wcześniej.

– Do przodu.

– Sądzi pani, że jeszcze długo to potrwa? – Ani śladu zniecierpliwienia. Najwyraźniej telefon poprawił mu nastrój. Może zgubił gdzieś miliard euro, ale sprzątaczka znalazła je wciśnięte za oparcie sofy?

– To zależy, czy coś znajdziemy. – Na tym etapie mogłaby już przysiąc, że w samochodzie nie ma żadnej kokainy, bo ich pies, Gizmo, ani razu nie zareagował. Otworzyła bagażnik i z westchnieniem wyciągnęła zapasowe koło.

– Każą najmniejszej osobie w zespole podnosić największe ciężary?

Rzuciła okiem na Hiszpana. Uśmiechał się półgębkiem i uniósł jedną brew.

– Jestem silniejsza, niż się wydaje.

– Widzę. – Choć tylko stwierdzał fakt, coś zatrzepotało w brzuchu Gabrielle. – Trenuje pani?

– Tylko jeśli liczyć wyciąganie zapasowych kół. Jak jest się samotną matką i się pracuje, to nie ma już czasu na sesje na siłowni.

Nie miała pojęcia, czemu wspomniała o byciu matką. Sophia teatralnie wytrzeszczyła oczy.

– Ma pani dziecko? Ile ma lat?

Gabrielle wiedziała, że nic się nie stanie, jeśli powie im o Lucasie, szczególnie że prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy tych ludzi, ale i tak żołądek zacisnął jej się nieprzyjemnie.

– Cztery – odparła z wyćwiczonym spokojem.

– Musiała być pani młoda.

– Miałam dziewiętnaście lat.

– I jest pani samotną matką?

– Jesteśmy tylko ja i Lucas. – I tak musiało pozostać. Jakakolwiek inna sytuacja byłaby zbyt niebezpieczna.

– To musi być trudne – powiedziała Sophia, która nie mogła mieć o tym nawet pojęcia. – Czy ktoś pani pomaga?

– Moja matka, kiedy tylko może. Lucas spędza ten weekend z nią i moim bratem. Bardzo to lubi. Zresztą oni też. – Zatrzasnęła bagażnik. – Skończone.

Gizmo nadal nie reagował, co oznaczało, że samochód był czysty.

– Możemy jechać? – zapytał Andrés.

– Kiedy tylko sprawdzą państwo, czy nie uszkodziliśmy pojazdu, i zaświadczą nam to na piśmie.

Natychmiast przekroczył żółtą linię i stanął przy niej, zerkając na zegarek. Nie mogła się powstrzymać i przybrała niewinny ton.

– Spieszy się pan gdzieś?

Andrés skupił się na strażniczce. Cień zadowolenia z dowcipu, który przebiegł przez jej dotąd obojętną twarz, sprawił, że parsknął śmiechem.

– Nie wiem, czy zdaje sobie pani sprawę, że wszyscy czekają na nas w pałacu na urodzinach królowej – oznajmił z udawaną powagą, unosząc brew. Jej ciemnobrązowe oczy rozwarły się i odegrała zdziwienie.

– Czemu pan nie wspominał?! – Wskazała na ceglany budynek, w którym mieściły się biura straży granicznej. – Postaram się załatwić dokumenty jak najszybciej, sama też kończę pracę, więc będzie to z korzyścią dla nas wszystkich. Państwa poproszę w tym czasie o przejrzenie samochodu. Jeśli będzie okej, wystarczy podpis na formularzu i… Dobrze się pani czuje?

Andrés zauważył, że strażniczka przygląda się Sophii. Odwrócił się więc i znalazł siostrę z dłonią przyciśniętą do ust.

– Niedobrze mi – wymamrotała przez palce. – Toaleta?

Strażniczka rzuciła się do pomocy i odeskortowała ją do budynku. Andrés patrzył, jak znikają za drzwiami, w szoku, że jego siostra, która dotychczas całą podróż była okazem zdrowia, nagle oznajmiła, że chce jej się wymiotować. Dokładnie sprawdził samochód, ale kiedy Sophia nadal nie wracała, skierował się do budynku.

Pani inspektor siedziała przy biurku, wystukując coś na klawiaturze komputera.

– Brak uszkodzeń – poinformował ją. – Co z Sophią?

Uniosła wzrok i skrzywiła się.

– Dałam jej wody, ale nie chciała, żebym została z nią w łazience… – zawiesiła głos, bo właśnie w drzwiach toalety pojawiła się jego siostra i oparła się ciężko o framugę.

– Czuję się okropnie. Chyba nie dam rady pójść na przyjęcie — oznajmiła, przyciskając wierzchnią część dłoni do czoła. Andrés przyglądał jej się podejrzliwie. Jego siostra była beznadziejną aktorką, a teraz właśnie widział przed sobą występ, który prezentowała ich matce, kiedy nie chciała iść do szkoły. – Zwymiotowałam dwa razy. Wyobrażasz sobie, co by było, gdybym zaraziła królową? – Jej głos był teraz nienaturalnie drżący i słaby, a on miał ochotę roześmiać się na tę ironię losu.

Przecież wcześniej to jemu pękała głowa i oddałby wszystko za to, by nie iść na tę głupią imprezę, ale teraz, kiedy dostał świetne wieści od swojego prawnika, nabrał ochoty, by świętować i niczym się nie przejmować. Tylko że jego partnerka właśnie go wystawiała.

Andrés przyglądał się Sophii i widział, że nie wygląda na chorą. Ale przecież, przypomniał sobie, kiedy poprosił ją, by z nim poszła, ona omal się nie rozpłakała ze szczęścia, a potem dwa miesiące przygotowywała suknię i dodatki. Dlaczego miałaby udawać chorą, skoro tak bardzo zależało jej na tym przyjęciu?

Poczucie winy ukłuło go pod żebrami.

– Zadzwonię po helikopter, wrócimy do Sevilli.

– O nie, ty koniecznie musisz iść! Już tyle przejechaliśmy. Poza tym to byłoby niegrzeczne, tak się wymawiać w ostatniej chwili. W końcu to królowa Monte Cleure, a jej mąż robi z tobą interesy.

– Jeśli nie pójdziesz, będę jedyną osobą bez partnerki – wytknął. – Nie mam kim cię zastąpić, nikt nie zdąży tu dojechać.

Cóż, było kilka kobiet, które zdążyłyby dojechać, ale one potraktowałyby takie zaproszenie prawie jak propozycję zaręczyn.

Wzrok Sophii powędrował ku strażniczce, która w milczeniu przygotowywała dla nich dokumenty do podpisu. Andrés podążył za jej spojrzeniem, a potem znów zwrócił się do siostry, unosząc brew, a w odpowiedzi otrzymał skinienie głową. Znów rzucił okiem na kobietę i spróbował wyobrazić ją sobie w sukni balowej, co mu się nie udało. Ale…

Gabrielle słuchała ich rozmowy jednym uchem. Dopiero kiedy drukowała dla nich formularze, uświadomiła sobie, że państwo Morato mierzą ją wzrokiem od stóp do głów. Cisza zrobiła się gęsta i Gabrielle pojęła, co się właśnie działo. Szczęka jej opadła.

– Chyba państwo żartują…

Okazało się, że państwo Morato są całkowicie poważni. Chcieli, by Gabrielle zastąpiła Sophię i towarzyszyła Andrésowi na przyjęciu urodzinowym u królowej! U kobiety, którą Gabrielle wręcz czciła, która naprawiła kraj i przywróciła jej poczucie bezpieczeństwa. Pomyślała o tych wszystkich księżniczkach w sukniach balowych i książętach we frakach, popijających szampana i zajadających się koreczkami…

– Nie mogę tam pójść – jęknęła, potrząsając głową, by otrząsnąć się z głupich marzeń. – Nie mam co na siebie włożyć, a poza tym pana nie znam.

– Założysz moją suknię – zareagowała Sophia natychmiast, ale Gabrielle sądziła w pierwszym momencie, że kobieta żartuje.

– Przecież jest pani wyższa i szczuplejsza ode mnie!

– Niewiele. W mieszkaniu czeka na nas cały zespół stylistów i krawców, którzy mieli zmienić mnie w bóstwo i wprowadzić ostatnie poprawki. – Zrobiła pauzę, by przyjrzeć się Gabrielle zmrużonymi oczami. – Skróci się trochę spódnicę, dopasuje w biuście i w biodrach, i powinno być dobrze. To wszystko wykonalne w czasie, który mamy.

Policzki Gabrielle zapłonęły na tę szybką ocenę.

– Nie mogę!

– Czy naprawdę – Sophia uniosła brew – ma pani ciekawsze plany na wieczór? Pani syn jest pod opieką babci, kończy pani pracę… Czy jest lepszy sposób na spędzenie sobotniej nocy niż zabawa na przyjęciu dekady?

Gabrielle toczyła wewnętrzną walkę, by nie dopuszczać do siebie zbyt wielkiej ekscytacji i nadziei. Już od ponad czterech lat nigdzie nie wychodziła. Od czasu, kiedy zamieszkała z Lucasem, każdy wieczór wyglądał tak samo. A w rzadkich przypadkach, takich jak dziś, gdy Lucasem zajmował się ktoś z jej rodziny, Gabrielle planowała jedynie wieczorny relaks w ciepłej kąpieli i maraton starych filmów akcji. Nie miała zresztą pieniędzy, by wydawać je na imprezy, nawet gdyby miała z kim na nie chodzić.

– Nie wiedzą państwo nawet, jak się nazywam – przypomniała sobie i im, bo przecież cały ten pomysł był szalony, podobnie zresztą jak ludzie, którzy na niego wpadli. Dlatego też nie powinna ulegać przyspieszonemu biciu serca, które drżało na myśl o tym wspaniałym wieczorze.

Andrés, który dotychczas przysłuchiwał się w milczeniu, oparłszy się o ścianę, wychylił się odrobinę w jej stronę.

– Więc jak się pani nazywa?

– Gabrielle Breton. Nie chcę nawet dodawać, że poznałam państwa tylko z tego powodu, że pasują państwo do profilu przemytników narkotyków.

– Gabrielle – cień uśmiechu zatańczył na jego ustach – jeśli zechce pani wybrać się ze mną na przyjęcie, oszczędzi mi pani publicznego ośmieszenia, a pracownikom pałacu bólu głowy. Z pewnością miejsca przy stołach bankietowych zostały już dokładnie rozplanowane, więc brak jednej osoby zaburzy cały układ…

– Ale ja pana nie znam – przerwała mu. – Nie mogę iść gdzieś z nieznajomym, nawet jeśli wybieramy się do pałacu! Jak dla mnie możecie być nawet hiszpańskimi Bonnie i Clydem, którzy planują wywieźć mnie w pole i zamordować… Bez obrazy – dodała, bo uświadomiła sobie, że porównuje ich do przestępców.

– Nic się nie stało. Ma pani rację, będąc ostrożną. – Uśmiechnął się szerzej i w dwóch krokach znalazł się przy jej biurku, pochylając się nad nią, by spojrzeć jej w oczy. – Gabrielle, zapewniam, że będzie pani bezpieczna. W mieszkaniu czeka ekipa, która zmieni panią w księżniczkę, na miejsce zawiezie nas kierowca, a potem odwiezie panią do domu. Nie spędzimy sam na sam nawet chwili, zawsze będą otaczali nas ludzie.

Gabrielle była rozdarta. Takie sytuacje zdarzały się tylko w filmach. Byłoby jej łatwiej myśleć logicznie, gdyby nie doleciał jej cudowny zapach, który najwyraźniej spowijał Andrésa. Ten mężczyzna nie tylko wyglądał jak grecki bóg, ale był nim chyba w każdym aspekcie.

Pomyślała, że niektórzy ludzie naprawdę mają wszystko i spojrzała w jego czarne oczy.

Gabrielle nie uczestniczyła nawet w balu maturalnym, ominął ją cały blichtr i blask, bo jej siostra była w stanie niepozwalającym na pozostawienie jej samej w domu. Eloise została złamana przez mężczyznę, którego życie było z pewnością tak samo wystawne i piękne jak Andrésa Morato.

– Andrés to dżentelmen. Jestem pewna, że dobrze się panią zajmie i że będzie pani wspominać przyjęcie u królowej do końca życia – powiedziała Sophia łagodnie, a Gabrielle z pewnym zawstydzeniem zauważyła, że na chwilę zupełnie zapomniała o jej obecności. Ta kobieta musiała bardzo ufać swojemu mężowi, zachęcając go, by zabrał ze sobą inną kobietę…

Nagle wszystko stało się jasne, zrozumiała, czemu tak nalegają, by z nim poszła. Sophia nie będzie musiała się martwić, że jej mąż będzie próbował podrywać nijaką, zwyczajną Gabrielle Breton, a Andrés będzie pewien, że nie ulegnie pokusie.

Eloise była pięknością z rodziny Bretonów. Gabrielle nie była na tyle atrakcyjna, by stanowić zagrożenie dla małżeństwa Moratów.

– Niech pani pomyśli, jaką historię będzie pani miała do opowiedzenia synowi – nakłaniał ją Andrés.

W jej piersi rosło podniecenie, ale starała się utrzymać niezmieniony wyraz twarzy.

– Jeśli się zgodzę…

Pokiwał zachęcająco głową, a zadowolenie już rozjaśniało jego przystojną twarz. Jednak zaraz miało się ulotnić.

– Jeśli się zgodzę, to z którym Andrésem Morato pojawię się na przyjęciu? Z bogatym dupkiem czy tym drugim? Bo jeśli to będzie bogaty dupek, to chyba będę musiała odmówić.

Rozdział drugi

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji