Bajki i baśnie. Tom I-III - Bracia Grimm - ebook

Bajki i baśnie. Tom I-III ebook

Bracia Grimm

5,0

Opis

W tym zbiorze znajdują się takie ponadczasowe bajki i baśnie jak Jaś i Małgosia, Biedny młynarczyk i Kotek, Kopciuszek, Śnieżka, Zaklęta królewna, Czerwony Kapturek, Wilk i lis oraz wiele, wiele innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




BRACIA GRIMM

Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-078-6
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

TOM I

BIAŁOŚNIEŻKA I RÓŻANKA

Pewna uboga wdowa mieszkała w samotnej chatce, a przed tą chatką był ogródek, w którym rosły dwa krzaki róż: jedne róże białe, drugie czerwone.  Wdowa miała dwie córeczki, podobne do obu krzaków róż. Jedna zwała się Białośnieżką, a druga Różanką.  Dziewczątka były tak pobożne i dobre, tak pracowite i roztropne, że chyba drugich takich dzieci nie było na świecie, ale Białośnieżka była łagodniejszą niż Różanka.  Różanka wolała skakać po łąkach i polach, rwała kwiatki i goniła ptaszyny leśne; a Białośnieżka siadywała w domu przy matce, pomagała jej w gospodarstwie, albo czytywała jej książki, gdy nic innego nie było do roboty.  Obie dziewczynki tak bardzo się kochały, że zawsze, idąc razem, trzymały się za rączki, a gdy Białośnieżka mówiła:  — „My się nigdy nie rozstaniemy“, Różanka odpowiadała: „Tem, co ma jedna, musi się i druga podzielić“!  Nieraz biegały same po lesie i zbierały czerwone jagody; żadne zwierzę nie robiło im nic złego, ale przychodziły do nich z całem zaufaniem: zajączek jadł z ich rąk kapustę, sarna skubała trawkę tuż przy nich, jeleń wysoko wyskakiwał obok, ptaki zostawały na gałęziach i wyśpiewywały wszystkie swoje trele. Dziewczęta nie miewały żadnych przygód; jeżeli się zapóźniły w lesie, a noc je zaskoczyła, to kładły się jedna przy drugiej na murawie i zasypiały aż do ranka, a matka wiedziała o tem i nie trwożyła się o nie.  Pewnego razu, gdy nocowały w lesie, a świt różany je zbudził, spostrzegły śliczne dziecko w białej, błyszczącej sukieneczce, siedzące przy ich posłaniu, i spoglądające na nie bardzo życzliwie. Nic nie mówiąc, odeszło potem w głąb lasu, a gdy się obejrzały, zauważyły, że leżą tuż nad głęboką przepaścią, że gdyby były w ciemnościach i stąpiły jeszcze parę kroków, to byłyby w tę przepaść wpadły. A matka im powiedziała, że musiał to być Anioł Stróż, który czuwa nad dobremi dziećmi.  Białośnieżka i Różanka utrzymywały chatkę matki, tak czysto, że było prawdziwą przyjemnością wejść do nich. W lecie, Różanka pilnowała domu i co rano stawiała przy łóżku matki bukiet kwiatków, a w bukiecie było zawsze po jednej róży z każdego krzaka.  W zimie, Białośnieżka rozniecała ogień i stawiała kociołek na blasze, kociołek mosiężny, ale błyszczący jak złoto, tak był ślicznie wyczyszczony.  Wieczorem, gdy mrok zapadł, mówiła matka:  — Idźno, Białośnieżko i zasuń rygle, — a potem siadały przy ogniu, matka wkładała okulary i czytała z wielkiej księgi, a obie dziewczynki, przędząc, słuchały. Obok nich leżało jagniątko na podłodze, a poza niemi, na drążku, siedział biały gołąbek z łebkiem, ukrytym w skrzydełkach.  Pewnego wieczoru, gdy tak spokojnie siedziały sobie, ktoś zastukał do drzwi. Matka rzekła:  — Prędko, Różanko, otwórz, to pewno jakiś wędrowiec, szukający przytułku.  Różanka poszła, odsunęła zasuwę i myślała, że to będzie jakiś ubogi człowiek; ale to nie był człowiek, lecz niedźwiedź, który wsadził we drzwi swą grubą czarną paszczę. Różanka krzyknęła głośno, odskoczyła, jagniątko zabeczało, gołąbek zatrząsł się, a Białośnieżka schowała się za łóżko matki.  Ale niedźwiedź spokojnie rzekł:  — Nie bójcie się, nic wam złego nie zrobię; jestem zmarznięty i chciałbym się trochę ogrzać u was.  — Biedny niedźwiedziu, — rzekła matka, — połóż się przy ogniu, tylko uważaj, żeby ci się futro nie zapaliło. Poczem zawołała:  — Białośnieżko, Różanko, pójdźcie do mnie, niedźwiedź nic wam złego nie zrobi, dziecinki, on mówi uczciwie.  Obie więc podeszły, a stopniowo przybliżyło się i jagniątko i gołąbek, i nikt się nie bał niedźwiedzia.  On zaś rzecze:  — Dzieci, otrząśnijcie mi trochę śniegu z futra.  Dziewczątka przyniosły miotłę i oczyściły niedźwiedzia futro ze śniegu, on zaś rozłożył się przed ogniem i mruczał bardzo zadowolony. Niebawem, znajomość z niemiłym gościem stała się zażyłą, dzieci głaskały go po futrze rękoma, opierały nogi na jego plecach, obracały nim tam i napowrót, albo brały pręt, biły go, a gdy mruczał, śmiały się. Niedźwiedziowi wszystko to się podobało, tylko, gdy mu dokuczały za bardzo, wołał:  — Darujcie mi życie, dzieciaki!  „Niechaj każda z was pamięta,  Że zabija konkurenta.“  Gdy przyszedł czas na spoczynek, matka rzekła do niedźwiedzia:  — Zostań sobie w imię Boże przy piecu, to cię ochroni od zimna i zamieci śnieżnej.  Ledwie dzień zaczął świtać, dzieci wypuściły go na dwór, on zaś powlókł się po śniegu do lasu.  Odtąd niedźwiedź przychodził do nich co wieczór o tej samej porze, kładł się przed piecem i pozwalał dzieciom bawić się ze sobą, ile tylko zachciały, a one tak się z nim oswoiły, że nawet nie zamykały drzwi na zasuwę, dopóki się nie zjawił.  Gdy nadeszła wiosna i wszystko się zazieleniło, rzekł niedźwiedź pewnego ranka do Białośnieżki:  — No, teraz muszę odejść i nie pokażę się u was przez całe lato.  — Dokąd że pójdziesz, kochany niedźwiedziu? — spytała Białośnieżka.  — Pójdę do lasu, bo muszę strzedz swoich skarbów przed złym karłem; w zimie, gdy ziemia jest zmarzniętą, karły siedzą pod ziemią i nie mogą wydobyć się na wierzch, ale teraz, gdy słońce ziemię rozgrzało, krasnoludki wychodzą na wierzch, szukają i kradną; a co wpadnie im w ręce i do ich kryjówek, to nie wraca już łatwo na światło dzienne.  Białośnieżce bardzo było żal niedźwiedzia, ale odryglowała drzwi, a gdy niedźwiedź wchodził, zaczepił się futrem o hak, rozdarł sobie kawałek skóry, a Białośnieżce wydało się, że z poza niej błysnęło coś złotego; pewna jednak tego nie była. Niedźwiedź szybko wybiegł i wkrótce znikł za drzwiami.  Po niejakimś czasie matka posłała dzieci do lasu po chróst. Natknęły się one tam na wielkie drzewo, które leżało na ziemi, a przy jego pniu coś skakało po trawie tam i napowrót.  Ale nie mogły odróżnić, co to było takiego. Gdy podeszły bliżej, zobaczyły karła o starej pomarszczonej twarzy, z białą parołokciowej długości brodą. Koniec brody dostał się pod drzewo, a karzeł skakał jak piesek na linie i nie umiał sobie poradzić. Zmierzył dziewczynki swemi czerwonemi, płonącemi oczyma i krzyknął:  — No i czego stoicie? Nie możecie się zbliżyć i pomódz mi?  — A cóż ci się stało, mały człowieczku? spytała Różanka.  — Głupia, ciekawa gęś! — odparł karzeł.  — Chciałem sobie urąbać drzewo na ogień do kuchni. Rozszczepiłem już szczęśliwie kawał pnia, ale gdy wbiłem klin, ażeby go rozłupić do reszty, ten okazał się za gładki i bestja wyskoczył tak nagle, że drzewo się przekręciło i przygniotło mi koniec mojej pięknej brody; teraz i wyciągnąć jej nie mogę. Broda siedzi pod drzewem, a ja jestem jak przykuty. A głupie blade gęby śmieją się z tego, pfuj, wstrętne dziewuchy!  Dzieci przypadły do drzewa i chciały je poruszyć dla wydobycia brody, ale nie dały rady.  — Pójdę i ludzi sprowadzę na pomoc! rzekła Różanka.  — Warjatka, barania głowa! — burknął karzeł.  — Ona mi chce jeszcze ludzi sprowadzić; was dwie i to dla mnie za wiele! Nic wam mądrzejszego do głowy nie przyjdzie?  — Nie bądźże tylko taki niecierpliwy, rzekła Białośnieżka: — ja już coś poradzę.  Wyjęła maleńkie nożyczki z kieszeni i odcięła koniec brody.  Jak tylko karzeł uczuł, że jest wolny, schwycił za worek, leżący pomiędzy korzeniami drzewa, a napełniony złotem i pomruknął do siebie:  — Paskudny dzieciak! Obciąć dziś taką wspaniałą brodę! Niech wam kukułka zapłaci!  Z temi słowy, zarzucił worek na plecy i odszedł, ani się obejrzawszy nawet na dzieci.  Zdarzyło się tak, że wkrótce potem matka posłała obie dziewczynki do miasta po nici, igły, sznury i tasiemki. Droga prowadziła przez pustkowie, na którem tu i owdzie wznosiły się potężne głazy skalne. Dziewczynki spostrzegły w powietrzu wielkiego ptaka, który wolno krążył nad niemi, opuszczając się coraz niżej, aż nareszcie spadł nieopodal przy jednym z głazów. Bezpośrednio potem usłyszały przenikliwy i przejmujący krzyk. Biegną w tę stronę i widzą ze zgrozą, że orzeł wpadł na znanego im karła i chce go porwać.  Poczciwe dzieci uchwyciły się karła i dopóty broniły go od napaści ptaka, aż ten w końcu puścił swoją ofiarę.  Gdy karzeł ochłonął z przestrachu, krzyknął swoim cienkim głosikiem:  — Nie mogłyście się delikatniej obejść ze mną? Takeście mi podarły mój cienki kaftan, że jest teraz pełen dziur i strzępów! Paskudne, niezdarne dziewczyny!  Co rzekłszy, podniósł worek z klejnotami, leżący opodal, i poszedł pomiędzy skałami do swojej jaskini.  Dziewczątka były już przyzwyczajone do jego niewdzięczności, więc poszły w dalszą drogę i załatwiły swoje sprawunki w mieście.  Gdy za powrotem znowu znalazły się na pustkowiu, zaskoczyły znienacka karła, który na pewnym placyku wypróżniał swój worek klejnotów i nie przypuszczał, że ktoś będzie jeszcze tędy przechodził o tak spóźnionej porze. Zachodzące słońce oświetlało kamienie, które połyskiwały świetnie różnemi kolorami i dzieci olśnione, stanęły i wpatrywały się w nie z zachwytem.  — Czegóż tak sterczycie jak mumje? — zawołał karzeł, a jego zmarszczona twarz aż pożółkła z gniewu.  Chciał jeszcze dłużej wymyślać, gdy nagle z lasu wyszedł czarny niedźwiedź. Karzeł zerwał się z przestrachu, ale nie mógł już uciec, bo niedźwiedź, zagrodził mu drogę. Wtedy zawołał z trwogą:  — Najdroższy panie niedźwiedziu, miej litość nademną! Oddam ci wszystkie swoje skarby, najpiękniejsze klejnoty, które tu oto leżą. Daruj mi życie! I co ci zależy na mnie, chudym, nędznym człowieku? Ani na jeden ząb ci nie starczę; ale oto spojrzyj na te dwie tłuściochy; tych zakosztuj, to są smaczne kęski, lepsze od młodych sarenek; spożyj je sobie w imię Boże!  Ale niedźwiedź nie dbał o jego słowa, zamachnął się tęgo łapą, raz tylko uderzył nią po głowie karła i krasnoludek runął bez życia.  Dziewczynki odskoczyły, ale niedźwiedź zawołał na nie po imieniu.  — Białośnieżko, Różanko! nie bójcie się, zaczekajcie, pójdę z wami!  Po tym głosie poznały go i stanęły, a gdy niedźwiedź znalazł się przy nich, opadła nagle skóra niedźwiedzia i stanął przed niemi w postaci pięknego mężczyzny, mającego na sobie wspaniały strój złocisty.  — Jestem synem królewskim, — rzekł do nich i zostałem zaczarowany w dzikiego niedźwiedzia przez tego krasnoludka, który mi ukradł moje skarby. Teraz z jego śmiercią nie mam potrzeby włóczyć się po lesie, gdyż zwolniłem się z zaklęcia, on zaś otrzymał zasłużoną karę.  Białośnieżka wyszła za mąż za królewicza, a z Różanką jego brat się ożenił. Wielkie skarby, nagromadzone przez karła w jego jaskini, zostały podzielone na dwie równe części pomiędzy obie pary nowożeńców. Stara matka żyła jeszcze długie lata spokojnie i szczęśliwie przy swoich dzieciach.  Ale dwa krzaki różane wzięła z sobą i posadziła je przed swojem oknem, gdzie potem corocznie rozkwitały śliczne róże białe i czerwone.

BIEDNY MŁYNARCZYK I KOTEK

Był raz młynarz, który nie miał ani żony, ani dzieci, ale za to trzech uczniów.

 Gdy ci ostatni przebyli u niego po lat kilka, rzekł do nich:  — Jestem stary i pójdę sobie za piec; wy idźcie w świat, a który z was przyprowadzi do domu najlepszego konia, temu oddam młyn, a on za to będzie mnie żywił do samej śmierci.  Trzeci z tych uczniów, był najmłodszy, a dwaj starsi mieli go za głupca i twierdzili, że się do młyna nie nadaje; on też go nie chciał później!  Wyszli tedy wszyscy trzej razem, a gdy się znaleźli już za wsią, dwaj starsi mówią do głupiego Bartka:  — Ty możesz tu zostać, bo póki życia żadnej szkapy nie zdobędziesz.  Jednakże Bartek poszedł z nimi, a gdy noc zapadła, wleźli do jakiejś groty i ułożyli się do snu.  Dwaj starsi wyczekiwali, dopóki Bartek nie zaśnie, poczem wstali i wyszli, zostawiając go samego, pewni że dobrze robią.  A jednak źle im się przytrafiło.  Gdy słońce zaszło i Bartek się obudził, rozejrzał się w koło i zawołał:  — Boże, gdzie jestem!  Poczem wstał na czworakach, wyszedł z groty do lasu i myśli sobie:  „Jestem teraz zupełnie sam, opuszczony i jakże mogę dojść do posiadania szkapy?“  I gdy idzie dalej zamyślony, spotyka małego pstrego kotka, który odezwał się doń łaskawie:  — A dokąd to idziesz Bartku?  — Ach, czy nie możesz mi pomódz?  — Wiem czego pragniesz, — odparł kotek, — chcesz mieć ładnego konia, pójdź ze mną, a jeżeli przez siedem lat będziesz mi służył wiernie, to dam ci konia, tak pięknego, jakiegoś jeszcze w życiu nie widział.  „A to jakiś osobliwy kot — pomyślał Bartek, — co mi to szkodzi spróbować czy on prawdę mówi?“  Kotek zaprowadził Bartka do swego pałacyku, gdzie mu posługiwały same koty, skacząc po schodach tam i z powrotem.  Koty te spełniały swą czynność bardzo zręcznie i wesoło. Wieczorem, gdy siadano do stołu, dwóch z nich musiało przygrywać; jeden grał na basie, a drugi na trąbce, a dmuchał tak, że o mało mu faworyty nie poodpadały.  Po zjedzeniu posiłku, stół uprzątnięto, a kot rzecze:  — No Bartku, pójdź tańczyć ze mną!  — A daj mi spokój! — odrzekł Bartek.  — Ja z takim kocurem nie tańczę, tegom jeszcze nigdy nie robił.  — No, to zaprowadźcie go do łóżka, rzekł kot do służby.  I oto jeden oświecił mu sypialnię, drugi kot ściągnął mu buty, inny skarpetki i w końcu jeden zgasił światło.  Na drugi dzień zrana zjawili się znowu i pomagali mu przy wstawaniu z łóżka; jeden wciągnął mu skarpetki, drugi wiązał trzewiki, inny przyniósł buty, jeszcze inny, umył go, a inny, obtarł mu twarz ogonkiem. —  — To dosyć przyjemnie... rzekł Bartek.  Ale i on musiał służyć kotom i rąbać im drzewo codziennie; dano mu do tego srebrną siekierę, a także srebrną piłę, a za to pień był miedziany. No i rąbał drzewo na drobniutkie kawałki, siedział sobie w domu, miał dobre jedzenie i picie, nie widział jednak nikogo jak tylko kota i jego służbę.  Pewnego razu kotek rzecze doń:  — Idź no na łąkę, skoś mi ją i wysusz trawę.  Co rzekłszy, dał mu srebrną kosę i złotą osełkę, ale kazał mu je odnieść z powrotem.  Poszedł Bartek i robi to, co mu polecono. Po skończeniu roboty, odniósł kosę, osełkę i siano, i pyta, czy kot nie dałby mu już jego wynagrodzenia.  — Nie odparł kotek, — musisz mi jeszcze zrobić coś nie coś. — Masz oto budulec srebrny, siekierę ciesielską, okierkę i wogóle co potrzeba, wszystko ze srebra. Musisz mi z tego wybudować mały domek.  Bartek postawił żądany domek i oświadczył, że wszystko już zrobił, a dotąd jeszcze nie ma konia.  Siedem lat zleciało mu prędzej, jak niecałe pół roku.  Kotek zapytał, czy chciałby zobaczyć konia? — Chciałbym — odrzekł Bartek!  Na to kotek otworzył domek, a gdy drzwi się roztwarły, Bartek patrzy, a tam stoi dwanaście koni. Ach co to były za pyszne ogiery! Jeden w drugiego! aż mu się serce rozradowało. Kotek dał mu jeść i pić i rzecze:  — Wracaj do domu, konia ci nie dam wziąć z sobą, ale za trzy dni sam się zjawię i przyprowadzę ci go.  Bartek zebrał się w drogę, a kotek wskazał kierunek, którym ma iść do młyna. Ale kotek nie dał mu nowego ubrania.  Bartek musiał wracać w starej, podartej kurtce, jaką miał przed siedmiu laty na sobie i z której, oczywiście wyrósł.  Za powrotem do domu, zastał dwóch starszych uczniów u młynarza; każdy z nich przyprowadził wprawdzie ze sobą konia, ale jeden był ślepy, a drugi kulawy.  Pytają go tedy:  — Bartku, gdzież twój koń?  — Przyprowadzą mi go za trzy dni:  — No, Bartku, jak tobie tu przyprowadzą konia, to będzie coś wspaniałego!  Wszedł Bartek do izby, ale stary mówi, ażeby się nie zbliżał do stołu, bo był tak obdarty, w takich łachmanach, że wstyd by mu było, gdyby kto wszedł niespodzianie.  Wyniesiono mu trochę posiłku na dwór, a wieczorem, idąc na spoczynek, żaden z dwóch starszych nie chciał go wpuścić do łóżka, więc musiał się umieścić przy gęsiach w obórce, gdzie się rzucił na garść twardej słomy.  Nazajutrz gdy wstał zrana, już trzy dni minęły i oto nadjeżdża kareta w sześć koni, ale jakich świetnych koni, aż lubo patrzeć było! A przytem służący z siódmym koniem, który był przeznaczony dla biednego Bartka.  Z karety wysiadła wspaniała córka królewska i udała się do młynarza. A tą córką królewską, był mały pstry kotek, któremu Bartek wysługiwał się przez lat siedm.  Królewna spytała młynarza, gdzie jest najmłodszy z jego uczniów?  Na to odrzekł młynarz.  — Nie możemy go trzymać we młynie, bo jest tak obdarty, że musiał nocować w obórce przy gęsiach.  Królewna rozkazała, ażeby go zaraz przyprowadzono.  Przyprowadzono go tedy, a biedak musiał się bardzo kurczyć, ażeby się osłonić jako tako.  Służący podał mu nową odzież, a tak piękną i wspaniałą, że gdy się umył i ubrał, żaden królewicz nie mógł ładniej wyglądać.  Teraz królewna chciała się przyjrzeć koniom, które przyprowadziło dwóch starszych młynarczyków, a jak wiadomo, jeden z tych koni, był ślepy, a drugi kulawy.  Obejrzawszy je, kazała służącemu przyprowadzić siódmego konia. Gdy go młynarz ujrzał, oświadczył, że nigdy jeszcze tak piękny rumak nie stawał przed jego domem.  — A jest to właśnie koń dla trzeciego ucznia pańskiego, rzekła królewna.  — No, to on w takim razie młyn obejmie! — zawołał młynarz.  Ale królewna odparła, że może sobie i konia i młyn zatrzymać, wzięła biednego Bartka z sobą, posadziła go do karety i odjechała z nim razem.  Udali się naprzód do małego domku, postawionego przezeń za pomocą srebrnych narzędzi. Patrzy Bartek, aż tu stoi wielki pałac, a wszystko w nim ze złota i srebra. Wkrótce potem królewna wyszła za niego za mąż i uczyniła go bogatym, tak bogatym, że mu starczyło na całe życie.  Z tego wynika, że nie zawsze da się powiedzieć, iż głupi nie może się zdobyć na nic mądrego.

DUCH WE FLASZCE

Żył raz sobie pewien drwal, który pracował od świtu do późnej nocy. Gdy w końcu zebrał trochę grosza, mówi do swego syna:  — Jesteś moim jedynakiem, chcę przeto pieniądz, zaoszczędzony w ciężkiej pracy, wyłożyć na twoją naukę. Jeżeli wyuczysz się czegoś gruntownie, to będziesz mnie żywił na starość, gdy mi członki zdrętwieją i będę musiał siedzieć w domu.  Syn drwala wstąpił tedy do wyższej szkoły i pilnie się uczył, zdobywając pochwałę od nauczycieli.  W szkole tej, przebył czas pewien, ale gdy przeszedł parę kursów, i jeszcze się nie wydoskonalił we wszystkiem, ojciec zubożał i musiał doń powrócić.  — Ach! — rzekł ojciec zmartwiony: — nie mogę łożyć dalej na ciebie, bo w tych ciężkich czasach trudno mi więcej zarobić, niż na chleb powszedni.  — Kochany ojcze, — odrzekł jedynak, — nie kłopocz się o to; jeżeli taka wola Boża, to wszystko pójdzie dla mojego dobra. Już ja się zastosuję do tego.  Gdy ojciec wybierał się do lasu na obróbkę drzewa, syn mówi:  — Pójdę z ojcem i będę ojcu pomagał.  — Ależ mój synu, — odparł ojciec, — to będzie dla ciebie za trudne, ty nie jesteś przyzwyczajony do ciężkiej roboty, nie wytrzymasz długo, wreszcie mam tylko jedną siekierę i brak mi pieniędzy na kupno drugiej.  — Niech ojciec uda się do sąsiada, — odparł syn, — on ojcu pożyczy siekiery, dopóki nie zarobię na inną.  I ojciec pożyczył siekiery od sąsiada a nazajutrz o świcie, wyszli obaj razem do lasu. Syn pomagał ojcu i wcale nie okazywał zmęczenia.  Gdy już słońce stanęło nad nimi, rzecze ojciec:  — Trzeba wypocząć i zjeść obiad, zaraz robota pójdzie nam raźniej.  Ale syn wszedł w głąb lasu, spożył swój chleb, był bardzo wesół i rozglądał się po gęstwinie, czy mu się jakie gniazdo ptasie nie trafi. Chodził tu i owdzie, aż wreszcze doszedł do olbrzymiego dębu, którego pięciu ludzi nie mogło by objąć. Stanął i pomyślał sobie, że na takim dębie pewnie nie jeden ptak zakłada swoje gniazdo.  Nagle, wydało mu się, że słyszy jakiś głos.  Zaczął nasłuchiwać i wyraźnie usłyszał następujące słowa, wymówione bardzo głuchym tonem:  — Wypuść mnie, wypuść mnie!  Rozejrzał się dookoła, ale nic nie mógł odkryć; zdawało mu się, że głos wychodzi z ziemi, więc zawołał:  — Gdzie jesteś?  Głos odpowiedział:  — Jestem tu, na dole, pomiędzy korzeniami dębu. Wypuść mnie, wypuść mnie!  Uczeń jął grzebać w korzeniach, aż nareszcze w jednej małej dziurze spostrzegł flaszkę. Podniósł ją do góry i obejrzał pod światło. We flaszce było coś żywego, jakgdyby żaba, coś, co skakało do góry i na dół.  — Wypuść mnie, wypuść mnie! — znowu głos zawołał: — Uczeń, nie podejrzewając nic złego, wyciągnął korek z flaszki i w tejże chwili ze środka wyskoczył duch i zaczął rosnąć, i rósł tak prędko, że w kilka chwil zamienił się w olbrzymiego chłopa, sięgającego głową, aż do połowy dębu.  — A wiesz ty, — zawołał doń olbrzym strasznym głosem, — jaka cię czeka nagroda za to, żeś mnie wypuścił?  — Nie wiem, — odparł uczeń bez trwogi, — skądże mógł bym wiedzieć?  — To ja ci powiem, — odpowiedział duch, — muszę ci za to kark skręcić!  — Powinieneś mnie był o tem wcześniej powiedzieć, — odparł uczeń, — to byłbym cię zostawił we flaszce; ale tymczasem głowy ci nie oddam, dopóki się nie naradzę z innymi ludźmi.  — Czy będzie mniej, czy będzie więcej ludzi, — odrzekł duch, — nagroda cię nie minie. Czy myślisz, że mnie z łaski tak długo trzymano w zamknięciu? Nie, to było za karę; jam jest potężny Merkury. Kto mnie uwolnił, temu kark muszę skręcić!  — Czekaj! — zawołał uczeń, to tak prędko nie idzie, muszę najprzód wiedzieć, czyś to ty rzeczywiście siedział w tej małej flaszce i jesteś prawdziwym duchem. Jeżeli wejdziesz do flaszki z powrotem, to uwierzę, i wtedy możesz sobie robić ze mną, co zechcesz.  Duch rzekł wyniośle:  — To fraszki!  Skurczył się i zrobił się tak cienkim i tak małym, jakim był z początku, tak, że przez ten sam otwór, przez szyjkę flaszki mógł wcisnąć się do środka. Zaledwie jednak chlupnął na dno, uczeń natychmiast flaszkę znowu zakorkował i rzucił ją pomiędzy korzenie dębu.  W ten sposób duch został zwiedziony. Uczeń chciał teraz wracać do ojca, ale duch krzyknął wielce żałosnym głosem:  — Ach, puść mnie, puść, puść, kochanie!  — Nie! — odparł uczeń. — Drugi raz się nie dam złapać. Kto mi raz zalał sadła za skórę, tego nie wypuszczę.  — Jeżeli mnie uwolnisz, — zawołał duch, — to ci dam tyle, że ci wystarczy do końca życia.  — Nie, — odparł uczeń, — chcesz mnie oszukać.  — Lekceważysz własne szczęście... — Wszak ja ci nie chcę zrobić nic złego, lecz wynagrodzić cię hojnie.  Uczeń pomyślał: „spróbuję, a nuż słowa dotrzyma? W każdym razie, krzywdy żadnej mi nie zrobi!“  Co pomyślawszy, wyjął korek, a duch wyrósł znowu jak poprzednio i stał się potwornym olbrzymem.  — No, teraz otrzymasz nagrodę.  Co mówiąc, wręczył mu maleńki kawałeczek płótna, istny plasterek i rzekł:  — Jeżeli jednym końcem tej szmatki potrzesz jaką ranę, to rana zagoi się natychmiast, a jeżeli drugim końcem potrzesz stal lub żelazo, to zamienią się w srebro.  — Muszę to naprzód wypróbować, rzekł uczeń i podszedł do jednego drzewa, nadrąbał je siekierą natarł je plasterkiem i rana zasklepiła się sama przez się i znikła bez śladu. — No dobrze, — ozwał się do olbrzyma, — to ma swoją wartość, więc teraz możemy się rozstać.  Duch podziękował mu za uwolnienie a uczeń podziękował za podarunek i poszedł z powrotem do ojca.  — Gdzieżeś się podział? — zawołał ojciec: — czy już zapomniałeś o swojej robocie? Zaraz mówiłem, że nie będziesz w stanie pracować po mojemu.  — Niech ojciec będzie spokojny, ja nadrobię jeszcze!  — Tak, nadrobię! — pomruknął ojciec z gniewem: — to nie ma sensu.  — Spójrz no tylko, ojcze, jak kropnę w to oto drzewo, to się rozleci na kawałki.  Wziął swój plaster, posmarował nim siekierę i uderzył w drzewo z całej siły, ale ponieważ żelazo zamieniło się w srebro, siekiera przeto zgięła się.  — Ach, ojcze, zobacz tylko, jaką mi nędzną dali siekierę. Skrzywiła się zupełnie!  Ojciec przestraszył się i rzekł:  — Ach cóżeś mi narobił! Muszę teraz zapłacić za siekierę, a czem zapłacę, chyba nie z tego zarobku, któregoś ty mi przysporzył!  — Nie gniewaj się, ojcze, — odparł jedynak, — już ja zapłacę za siekierę.  — Ach ty głupcze! — zawołał ojciec. — Z czego zapłacisz? Wszak nie masz nic oprócz tego co ja ci daję. Żarty uczniowskie przychodzą ci do głowy, ale o rąbaniu drzewa nie masz wyobrażenia.  Po niejakiej chwili, odrzekł uczeń:  — Ojcze, nie mam wcale ochoty robić dalej, odpocznijmy sobie trochę.  — Ach, co ty tam wiesz! — rzekł ojciec. — czy myślisz, że potrafiłbym siedzieć z założonemi rękoma jak ty? Ja muszę jeszcze robić, a ty możesz sobie wędrować, dokąd ci się spodoba.  — Ojcze, jestem po raz pierwszy w tym lesie i nie znam drogi. Pójdź ze mną.  Ponieważ stary ochłonął już z gniewu, dał się przeto w końcu namówić i poszedł z nim do domu. Tu mówi do syna:  — Idź i sprzedaj uszkodzoną siekierę, a staraj się dostać jak najwięcej; — resztę będę musiał zarobić, ażeby zapłacić za siekierę sąsiadowi.  Syn wziął siekierę, a zaniósł ją do miasta. Tam wszedł do pewnego złotnika, który wypróbował materjał, zważył go i rzekł:  — To srebro warte jest czterysta talarów, ale ja tyle gotówki nie mam.  A uczeń na to:  — To daj mi pan tyle, ile pan ma; na resztę poczekam.  Złotnik dał mu trzysta talarów, a sto został dłużny.  Wraca teraz uczeń do domu i mówi:  — Ojcze, mam pieniądze, idź i zapytaj się, ile sąsiad chce za siekierę.  — Siekiera kosztuje półtora talara, to wiem.  — No to daj mu trzy talary, będzie miał dosyć. Wszak to wartość podwójna. Patrz, ojcze, mam ja aż nadto pieniędzy.  I dał ojcu sto talarów, mówiąc:  — Nigdy ci, ojcze, nie zbraknie, nawet na zbytki!  — Wielki Boże! — zawołał stary — Skądżeś ty przyszedł do takiego bogactwa?  Syn opowiedział mu wszystko co zaszło i jak ufając we własne szczęście, dokonał tak pięknej zdobyczy.  Za pozostałe pieniądze zaczął znowu uczęszczać do szkoły wyższej, uczył się pilnie, a że swoim plastrem mógł goić wielkie rany, zasłynął przeto, jako jeden z najsławniejszych lekarzy na świecie.

KRASNOLUDKI

Była raz biedna służąca, bardzo pracowita i czysta, codzień wymiatała dom, a śmiecie zsypywała na wielki stos za drzwiami.  Pewnego ranka, gdy znowu chciała się zabrać do pracy, znalazła list na swoim stole, a że nie umiała czytać, postawiła więc miotłę w kącie i poszła z listem do swoich państwa.  W liście było zaproszenie od małych ludzi, którzy zwracali się do dziewczyny z prośbą, ażeby im chciała potrzymać dziecko do chrztu.  Dziewczyna nie wiedziała, co ma zrobić; w końcu, ulegając długim namowom, przy uwadze państwa, że takich zaprosin się nigdy nie odrzuca, zgodziła się.  Przyszło więc trzech małych ludzi i zaprowadziło ją do pustej góry, gdzie żyją karły. Wszystko tam było małe ale tak wdzięczne, tak ładne, że nie można było niczego zarzucić.  Matka dziecka, jeszcze chora, leżała w łóżku z czarnego hebanu, nabijanego złotem i perłami, kołdra była w haftach, kołyska ze słoniowej kości, a wanna ze szczerego srebra.  I służąca została teraz matką chrzestną, poczem zapragnęła wrócić do domu, ale mali ludzie zaczęli ją prosić usilnie, ażeby jeszcze trzy dni pozostała u nich.  Została tedy i żyła rozkosznie i wesoło, a malcy robili wszystko, ażeby ją zadowolić. W końcu chciała puścić się w drogę powrotną, wtedy wypchali jej kieszenie złotem i wyprowadzili z góry.  Gdy przyszła do domu, chciała wziąć się do roboty; bierze tedy szczotkę, stojącą w kącie i zaczyna zamiatać. Na to przychodzą obcy ludzie i pytają, co ona za jedna i co tu ma do czynienia?  Bo to nie trzy dni, jak myślała, lecz całe siedm lat przebyła u karzełków w górze, a jej dawni państwo przez ten czas pomarli.

KRÓL ŻAB

Za dawnych czasów, kiedy to jeszcze życzenia mogły się spełnić przez czary, żył król, który miał bardzo ładne córki, ale najmłodsza była tak ładna, że nawet słońce, które tyle piękności widziało, dziwiło się, ilekroć ona zwróciła doń buzię. Nieopodal królewskiego zamku leżał wielki, ciemny las, a w lesie, pod starą lipą, była studnia. Gdy wielki upał dokuczał ludziom, królewska córa wychodziła do lasu i siadała nad brzegiem chłodnej studni, a gdy jej było nudno, to brała złotą kulę, podrzucała ją w górę i chwytała znowu. Była to jej najmilsza rozrywka.

 Otóż zdarzyło się pewnego razu, że złota kula nie spadła do rąk królewny po podrzucaniu w górę, lecz uderzyła obok niej w ziemię, skąd dostała się do studni.  Królewna goniła ją oczyma, ale kula zniknęła, bo studnia była głęboka, że dna nie było widać. Królewna zaczęła płakać i płakała coraz głośniej, nie mogąc się uspokoić.  I gdy tak płacze, ktoś woła do niej:  — Co ci się stało, królewno? Płaczesz tak, że kamień by się wzruszył.  Obejrzała się dokoła, chcąc dociec, skąd by ten głos mógł pochodzić, aż w końcu spostrzegła żabę, która wystawiała z wody swoją paskudną, szeroką mordkę.  — Ach to ty, stara wodochlapko? — rzekła: — Płaczę, bo mi złota kula wpadła do studni.  — Uspokój się, — odparła żaba. — Mam na to radę; ale co mi dasz, jeżeli ci zwrócę twoją zabawkę?  — A co chcesz, kochana żabo? — spytała królewna. — Mam suknie, perły, kamienie, a wreszcie moją złotą koronę dać ci mogę.  Żaba zaś na to:  — Ani sukien, ani kamieni, ani twojej korony nie żądam; ale jeśli mi przyrzekniesz, że będziesz dla mnie dobrą, jeżeli zrobisz mnie towarzyszką swoich zabaw, przyjaciółką, jeżeli będę mogła razem z tobą siadywać przy twoim stoliczku, jadać z twego złotego talerzyka i pijać z twego kubeczka, i sypiać w twojem łóżeczku, to zejdę do wody i przyniosę ci twoją kulę.  — I owszem! — odparła królewna, — Przyrzekam ci wszystko co sobie życzysz, byleś tylko odniosła mi kulę.  Mówiąc to, myślała jednak: „Co tam baje taka głupia żaba! Wszak ona siedzi w wodze przy takich jak sama, kwacze tylko i nie może być towarzyszką człowieka.“  Żaba, po uzyskaniu zgody królewny, zanurzyła się w wodzie i po niejakiej chwili ukazała się z powrotem, niosąc w pyszczku kulę, którą rzuciła na trawę.  Królewna była wielce uradowana, odzyskawszy zgubę, podniosła kulę i pobiegła do zamku.  — Czekaj no, czekaj, — zawołała żaba, — ja nie mogę latać tak prędko, jak ty! Weź mnie ze sobą.  Ale nic nie pomogło, że zaczęła na cały głos kwakać, królewna nie zwracając na to uwagi, śpieszyła do domu i wkrótce potem, żaba wyszła jej z pamięci.  Nazajutrz, gdy królewna z królem i ze świtą zasiadła do stołu i jadła ze złotego talerzyka, coś klap — klap, klap — klap, ślizga się po marmurowych schodach zamku.  Była to żaba, która, dowlókłszy się do drzwi, zastukała i woła:  — Najmłodsza królewno, otwórz mi!  Królewna pobiegła, ażeby się przekonać, kto to być może, a gdy drzwi otworzyła, spostrzegła żabę.  Trzasnęła tędy drzwiami, zasiadła znowu do stołu i trwoga ją zdjęła.  Król zauważył, że serce mocno jej bije i pyta:  — Moje dziecko, czego ty się tak boisz? Czy jaki olbrzym stoi pode drzwiami i chce cię porwać?  — Ach nie! — odparła: — To wcale nie olbrzym, lecz obrzydliwa żaba.  — Czegóż ta żaba od ciebie chce?  — Ach, kochany ojcze, gdy wczoraj siedziałam w lesie przy studni, moja złota kula wpadła mi do wody, a że zaczęłam płakać, więc żaba wyciągnęła mi ją, domagając się nagrody. Wtedy przyrzekłam jej, że stanie się moją towarzyszką, bo nigdy nie przypuszczałam, że żaba może z wody ją wydobyć. Otóż ona teraz stoi za drzwiami i chce wejść do mnie.  Żaba stuknęła we drzwi po raz drugi i rzecze:

„Najmłodsza królewno, otwórz drzwi, Nie wiesz, coś wczoraj przyrzekła mi Przy studni w lesie, piękna królewno? Ejże, królewno, pamiętasz pewno — Więc otwórz mi!“

 A na to rzecze król:  — Coś przyrzekła, tego dotrzymać musisz, idź i otwórz żabie. Poszła i otworzyła drzwi, a żaba klap — klap, tuż przy jej nogach, dotknęła się do jej krzesła, stanęła tam i woła:  — Podnieś mnie do siebie!  Królewna wahała się, ale król kazał jej to zrobić.  Żaba wskoczyła z krzesła na stół i rzekła:  — Teraz przynieś mi swój złoty talerzyk; będziemy razem jedli!  Królewna zrobiła to wprawdzie, ale wszyscy widzieli, że zrobiła niechętnie. Żaba jadła z apetytem, ale królewna nic prawie przełknąć nie mogła. Po chwili żaba rzekła:  No, najadłam się, odnieś że mnie do swojej komnatki i pościel mi swoje łóżeczko jedwabne, to się prześpimy.  Na to królewna zaczęła płakać, bała się zimnej żaby, której dotykała się ze wstrętem, a cóż dopiero, żeby miała z nią spać w swojem pięknem, czystem łóżeczku.  Ale król rozgniewał się i rzekł:  — Kto ci dopomógł w biedzie, tego nie można teraz lekceważyć sobie!  Wzięła więc żabę w dwa palce, zaniosła ją do siebie i umieściła w kąciku.  Gdy się jednak położyła do łóżka, żaba klap — klap, klap — klap, przywlokła się do niej i rzekła:  — Jestem zmęczona i chcę spać tak dobrze, jak ty. Podnieś że mnie do łóżeczka, bo jeżeli nie podniesiesz, to się poskarżę twemu ojcu.  Królewna rozzłościła się okrutnie, podniosła żabę i z całych sił uderzyła nią o ścianę.  — Teraz się uspokoisz, wstrętna żabo!  Ale odpadłszy ze ściany, żaba zamieniła się nagle w pięknego królewicza o cudnych oczach, pełnych słodyczy. I od tej chwili, za wolą ojca, został jej towarzyszem i małżonkiem.  I opowiedział jej, że został zaklęty przez czarownicę i nikt nie mógł go uwolnić od czarów, jak tylko ona, i że jutro odjadą do jego pałacu.  Potem zasnęli i nazajutrz, gdy słońce ich obudziło, zajechała kareta zaprzężona w ośm białych koni, które miały białe, strusie pióra na głowach i złoty zaprząg. Ztyłu karety stał służący młodego króla, wierny Henryk.  Wierny Henryk tak się zmartwił, gdy jego pan został zmieniony w żabę, że kazał sobie zakuć serce w trzy sztaby żelazne, ażeby mu nie pękło z bólu i rozpaczy. Ale kareta miała odwieźć młodego króla do jego państwa. Wierny Henryk stanął znowu ztyłu i cieszył się ogromnie. A gdy ujechali kawałek drogi, usłyszał syn królewski, że coś pozanim trzasło, jakgdyby się coś złamało. Odwrócił się tedy i zawołał:

„Henryku, powóz łamie się! — Panie, to nie powóz, nie! To żelazna obręcz, królu! W którą skułem serce z bólu, Gdy przez ową wstrętną babę, W studni żyłeś zmienion w żabę!“

 Jeszcze raz i jeszcze raz trzaskało po drodze, a syn królewski ciągle myślał, że to powóz pęka, a to były żelazne obręcze,  Gdy dojechali do pałacu, zatrąbiono z radości i wydawano huczne okrzyki.  Po weselu, które trwało cały tydzień, małżonkowie żyli długo i szczęśliwie, a wierny Henryk został powiernikiem młodego króla i przyjacielem do zgonu.

MYSI-KRÓLIK I NIEDŹWIEDŹ

Pewnego razu latem, wyszedł niedźwiedź z wilkiem na przechadzkę po lesie. Wtem niedźwiedź usłyszał ładny śpiew jakiegoś ptaka i rzekł:  — Bracie wilku, co to za ptak tak ładnie śpiewa?  — To król ptaków, — odparł wilk, — przed nim musimy się korzyć.  A był to mysi-królik, czyli strzyżyk.  — Jeżeli to król, — rzecze niedźwiedź, — to chciałbym obejrzeć jego pałac. Zaprowadź mnie tam.  — To tak nie można, jak ci się zdaje, — odparł wilk, — trzeba zaczekać, aż przyjdzie królowa.  Wkrótce potem przyleciała królowa z królem. Oboje mieli posiłek w dziobach i chcieli nakarmić dzieci. Niedźwiedź byłby chętnie zaraz ich odwiedził, ale wilk schwycił go za ramię i rzekł:  — Nie, musisz poczekać dopóki pan król i pani królowa nie odlecą.  Przyjrzeli się z uwagą miejscu, na którem tkwiło gniazdo i odeszli. Ale niedźwiedź nie miał spokoju, chciał koniecznie obejrzeć pałac królewski i udał się tam znowu po niejakiej chwili.  Właśnie król i królowa odeszli; zajrzał do gniazda i zobaczył w nim pięcioro czy sześcioro piskląt.  — Czy to pałac królewski? — zawołał niedźwiedź. — Ale to marny pałac, — a wy także nie jesteście królewskiemi dziećmi, lecz hołotą, tałałajstwem.  Gdy mysi-króliki usłyszały te słowa, oburzyło to je okrutnie i krzyknęły.  — Nie, to fałsz; Nasi rodzice są uczciwymi ludźmi; hola, niedźwiedziu, to ci nie ujdzie na sucho.  Niedźwiedź i wilk zlękli się, zawrócili i poszli do swoich nor. A młode mysi-króliki darły się i hałasowały dalej, a gdy rodzice znowu przynieśli im jadło, rzekły:  — Nie dotkniemy mysich łapek, choćbyśmy się mieli zagłodzić, zanim nie przekonacie całego świata, że nie jesteśmy żadną hołotą ani tałałajstwem, jak nas niedźwiedź przezywał.  A na to stary król rzecze:  — Uspokójcie się, dzieci, to się odrobi.  Co rzekłszy, poleciał z królową przed norę niedźwiedzia i zawołał:  — Ach ty stary murłyko, dla czego naubliżałeś moim dzieciom? To ci płazem nie ujdzie, to musimy w krwawej wojnie odrobić;  Tak więc wojna została wypowiedzianą niedźwiedziowi i wszystkie czworonogi zostały zwołane: wół, osieł, jeleń, baran, sarna i wogóle wszystkie, jakie święta ziemia nosi na sobie.  Mysi-królik wezwał ze swojej strony wszystko, co lata po powietrzu, nietylko ptaki duże i małe, ale i komary, osy, pszczoły i muchy.  Gdy nadeszła chwila rozpoczęcia wojny, mysi-królik wysłał gońca na zwiady, gdzie też znajduje się głównodowodzący wrogów. Komar był najsprytniejszym ze wszystkich, jął latać po lesie w miejscach, gdzie się nieprzyjaciel gromadził i usiadł w końcu pod jednym z liści na drzewie, pod którem się umawiano.  Wtem, powstał niedźwiedź, zawołał lisa do siebie i rzecze:  — Lisie, tyś najprzebieglejszy ze wszystkich zwierząt, bądź że naszym generałem i wodzem.  — Dobrze, — odparł lis, — ale jaki znak obierzemy sobie?  Zwierzęta nie wiedziały jaki, wtedy lis rzecze:  — Ja mam piękny, długi i puszysty ogon, który nieledwie wygląda jak czerwony pióropusz. Jeżeli będę go trzymał do góry, to znaczyć będzie, że wszystko idzie dobrze i musicie maszerować naprzód; jeżeli zaś mój ogon będzie spuszczony, to uciekajcie wszyscy do domu i z mysim królikiem dajcie sobie spokój.  Gdy nadszedł dzień rozpoczęcia bojów, zbiegły się wszystkie czworonogi z takim tupotem, że aż ziemia drżała.  Mysi-królik ze swoją armią, zjawił się także. Ptaki i owady wrzeszczały, syczały, brzęczały, że aż nie jednego przechodziło mrowie i z obu stron rzucono się wzajem na siebie.  Ale mysi-królik wysłał osę z poleceniem, ażeby się wkradła lisowi pod ogon i ukłóła go co siły.  Gdy lis otrzymał pierwsze ukłócie żądła, drgnął tak, że aż musiał podnieść jedną łapę, ale wytrzymał i ogon podniósł do góry; przy drugiem ukłóciu, musiał go na chwilę opuścić; ale przy trzeciem, było to już po nad jego siły, krzyknął z bólu i schował ogon pomiędzy nogi.  Gdy to spostrzegły zwierzęta, pomyślały sobie że wszystko stracone i każde zaczęło zmykać do swojej nory.  W ten sposób ptaki wygrały wojnę.  Teraz pan król i pani królowa pofrunęły do domu i już zdaleka zawołały do dzieci:  — Dzieci, cieszcie się; Jedzcie i pijcie do woli, wojna wygrana.  A młode mysi-króliki rzekły:  — Jeszcze nie będziemy jadły, dopóki się niedźwiedź nie ukorzy przed naszem gniazdem i nie powie, żeśmy uczciwemi dziećmi, nie hołotą i nie tałałajstwem.  Mysi-królik stary poleciał przed norę niedźwiedzia i zawołał:  — Murłyko, masz się ukorzyć przed naszem gniazdem i oświadczyć moim dzieciom, że są uczciwemi dziećmi, nie hołotą ani tałałajstwem.  I niedźwiedź w wielkim strachu poleciał przed gniazdo i wykonał to, czego odeń żądano.  Teraz dopiero zadowolone młode mysi-króliki zasiadły do uczty, jadły i piły, i zabawiały się wesoło aż do późnej nocy.

PASTUSZEK

Był raz pastuszek, który wsławił się na całą okolicę przez mądre odpowiedzi, jakie dawał na czynione sobie zapytania.  Król tamtejszy, dowiedziawszy się o tem, nie chciał wierzyć i kazał zawezwać malca do siebie.  I rzecze doń:  — Jeżeli mi trafnie odpowiesz na trzy pytania, jakie ci zadam, to będę cię traktował jak rodzonego syna i będziesz mieszkał w moim pałacu.  — Jakież to są te pytania? — rzekł chłopiec.  A król na to.  Pierwsze jest takie: Ile kropli wody jest w morzach całego świata?  — Miłościwy panie, — odrzekł pastuszek: — każ pozatykać wszystkie rzeki na ziemi, ażeby ani jedna kropla wody nie wpadła z nich do morza, zanim ich tu nie zliczę, a wtedy powiem ci, ile jest kropel w morzu.  Król rzecze znowu:  — Drugie pytanie brzmi: — Ile jest gwiazd na niebie?  Na to odparł chłopiec:  — Niech mi dadzą duży arkusz papieru.  Gdy mu go dano, nastawiał piórem na nim tyle kropek, że ledwie je można było dostrzedz, a tem bardziej zliczyć, bo aż oczy bolały, gdy się patrzyło na nie. Potem rzekł:  — Tyle jest gwiazd na niebie, ile kropel na tym papierze. Policz je sobie:  Ale nikt zliczyć ich nie zdołał.  Król znowu się ozwał:  Trzecie pytanie brzmi: — Ile sekund ma wieczność?  Na to pastuszek odparł:  — Jest na świecie pewna góra, która ma godzinę wzwyż, godzinę wszerz i godzinę w głąb i oto co sto lat zjawia się przy tej górze ptaszek i ostrzy sobie na niej dzióbek, a gdy już wyostrzy dzióbek, wtedy upływa pierwsza sekunda wieczności.  I rzekł król:  — Rozwiązałeś wszystkie trzy pytania, jak mędrzec, będziesz więc odtąd mieszkał w moim pałacu, a ja opiekować się tobą będę, jak rodzonem dzieckiem.

RUPIEC KOPEĆ

Był raz pewien biedak, który miał ładną córkę.

 Zdarzyło mu się mówić z królem, więc chcąc się pokazać, jaki to on wielki, rzecze do króla:  — Ja mam córkę, która umie prząść złoto ze słomy.  — A król mu na to:  — O, to sztuka, która mi się bardzo podoba. Jeżeli twoja córka jest tak zręczną, jak mówisz, to przyprowadź ją jutro do mego pałacu, a wystawię ją na próbę.  Gdy dziewczyna przyszła, król zaprowadził ją do izby pełnej słomy, dał jej kądziel, motowidło i rzekł:  — Weź się do roboty, a jeżeli przez całą noc do jutrzejszego rana nie uprzędziesz złota z tej słomy, to musisz umrzeć!  Co powiedziawszy, zamknął komórkę własnoręcznie, ona zaś pozostała sama.  Siedzi biedna córka ambitnego ojca i nie wie, jak ma życie ocalić. Bo nie miała przecie najmniejszego pojęcia, jak się robi złoto ze słomy. Jej niepokój stawał się co raz większy, aż nakoniec zaczęła płakać. Na to drzwi się otworzyły znienacka i wszedł mały człeczynka ze słowami:  — Dobry wieczór panieneczce, o cóż to panienka tak płacze?  — Ach! — odparło dziewczę, — mam uprząść złoto ze słomy, a ja tego nie umiem.  Na to rzekł człowieczek:  — Co mi dasz, jeżeli cię wyręczę w robocie?  — Dam ci swoją wstążeczkę ze szyi, — odrzekła.  Karzeł wziął wstążeczkę, zasiadł przy kądzieli, trzy razy pociągnął — szur, szur, szur, i motowidło było pełne. Założył je powtórnie — szur, szur, szur, i znów je napełnił. Trwało to aż do rana, dopóki nie uprządł całej słomy i nie narobił stosu nici złotych.  Już o wschodzie słońca wszedł król, a gdy spostrzegł złoto, dziwił się i ucieszył, ale jego pożądliwość stała się tem większa. Kazał dziewczęciu przenieść się do innego pokoju, pełnego słomy, której było jeszcze więcej, i kazał jej tę słomę uprząść przez jedną noc pod groźbą utraty życia.  Dziewczyna nie mogła sobie zaradzić i płakała. I znowu drzwi się otworzyły, a do pokoju wszedł mały człowieczek i rzecze:  — Co mi dasz, jeżeli ci tę słomę w złoto zamienię?  — Dam ci pierścionek z palca, — odparło dziewczę.  Człowieczek wziął pierścień, zaczął znowu prząść i do rana uprządł cały zapas słomy na błyszczące złoto. Król ucieszył się bardzo na widok takiego stosu nici złotych; ale wciąż jeszcze nienasycony, kazał córce, ambitnego ojca, przenieść się do innej komnaty, o wiele większej, a pełnej słomy, którą polecił jej uprząść w ciągu jednej nocy.  — Jeżeli ci się to uda, — rzecze odchodząc, — to się z tobą ożenię!  Bo chociaż to córka pospolitego trutnia, — pomyślał sobie — to jednak bogatszej panny nie znajdę na całym świecie.  Gdy dziewczę zostało same, przyszedł karzeł po raz trzeci i rzecze:  — Co mi dasz, jeżeli ci jeszcze i tym razem uprzędę złoto ze słomy?  — Nie mam nic więcej do dania, — odparło dziewczę.  Przyrzeknij że mi, iż gdy zostaniesz królową, to oddasz mi pierwsze swoje dziecko!  „Kto wie, kiedy to tam będzie!“ — pomyślała sobie dziewczyna, bo zresztą jakże mogła sobie pomódz inaczej w takiej niedoli! Więc obiecała karlikowi to, czego żądał, on zaś jeszcze raz uprządł złoto ze słomy.  A gdy nazajutrz król przyszedł i zastał wszystko według życzenia, wyprawił wesele i córka ubogiego człowieka stała się królową.  Ale po upływie roku, powiła śliczne dziecko, gdy wtem, mały człowieczek znienacka zjawił się przed nią i mówi:  — No, daj że mi to, coś mi obiecała.  Królowa przestraszyła się i ofiarowywała karłowi wszystkie skarby państwa, byle jej dziecko zostawił, ale on rzekł:  — Nie!, istota żyjąca jest mi o wiele droższą od wszystkich skarbów świata.  Na to królowa zaczęła tak strasznie wyrzekać i jęczeć, że karzeł zlitował się nad nią.  — Zostawiam ci trzy dni czasu, — rzekł do niej. — Jeżeli po upływie tego terminu powiesz mi, jak mam na imię, to zostawię ci dziecko.  I otóż zaczęła królowa namyślać się przez całą noc i przypominała sobie wszystkie imiona, jakie tylko słyszała kiedykolwiek. Rozesłała przytem ludzi po całym kraju, ażeby się przepytywali, gdzie i jakie imiona jeszcze być mogą.  Gdy na drugi dzień przyszedł karzeł, zaczęła wymawiać: Kacper, Melchjer, Baltazar i tak wszystkie znane sobie imiona po kolei. Ale przy każdem mały człowieczek kręcił głową i mówił:  — Nie, to nie moje imię!  Na drugi dzień królowa kazała rozpytywać się w sąsiedztwie, jakie imiona miewają mężczyźni i wyrecytowała karłowi cały szereg dziwnych, cudacznych przezwisk:  — Może się nazywasz Zebronóg? A może Baranimózg? A może Zimnożab?  Ale na wszystko karzeł wzruszał tylko ramionami.  Trzeciego dnia wrócił posłaniec i opowiedział co następuje:  — Nowych imion nie mogłem wyszukać, ale gdy wszedłem na jedną wysoką górę pod lasem, gdzie lis i zając mówią sobie „Dobranoc“, spostrzegłem tam mały domek, a przed tym domkiem palił się ogień, a dokoła ognia skakał okrutnie śmieszny człeczyna, podnosił jedną nogę i zawołał:

„Dzisiaj piekę, jutro ważę, A pojutrze sobie każę Oddać dziecko od królowej. Niechaj się aby nikt nie dowie, Że się Rupiec-Kopeć zowię!“

 Można sobie wyobrazić, jak się królowa ucieszyła, poznawszy przezwiska karła, a gdy ten przyszedł i rzekł:  — No, królowo, jakież mam imię? — odrzekła:  — Czy zwiesz się pies?  — Nie!  — Czy zwiesz się bies?  — Nie!  — To się „Rupiec-Kopeć“ zwiesz!  — Ach, to ci chyba sam djabeł powiedział! — ryknął karzeł i uderzył prawą nogą w ziemię tak mocno, że aż się zapadła.  Wtedy ze złości porwał lewą nogę obiema rękoma i sam ją sobie strzaskał na dwoje.

ŚMIERĆ KURKIERĆ KURKI

Pewnego razu kogucik z kurką poszły do lasu na orzechy i umówiły się z sobą, że które z nich znajdzie ziarnko orzecha, to się z drugiem podzieli. I oto kurka znalazła duży, duży orzech, ale nic o tem nie powiedziała i chciała zjeść go sama. Ale orzech był tak twardy, że go przełknąć nie mogła; orzech utkwił jej w gardle i zlękła się, że się dusi.  Woła tedy kurka:  — Kogutku! proszę ci, biegnij co sił i przynieś mi wody, bo się zaduszę.  Kogucik pobiegł co sił do studni i rzecze:  — Studzienko, masz mi dać wody, kurka leży w orzechowym lesie, a że połknęła za duże orzecha jądro, grozi jej przeto uduszenie.  Studnia odparła:  — Leć naprzód do panny młodej i każ sobie dać czerwonego jedwabiu.  Kogucik leci do panny młodej:  — Panno młoda, masz mi dać czerwonego jedwabiu; czerwony jedwab oddam studni, studnia ma mi dać wody, a wodę chcę zanieść kurce, która leży w orzechowym lesie i dusi się, bo połknęła za duży orzech, który jej utkwił w gardle.  Panna młoda na to:  — Leć do wierzby, wykręć z pręta fujarkę i przynieś mi ją.  Leci kogucik do wierzby, wykręca fujarkę z wici i niesie ją pannie młodej; zato panna młoda dała mu czerwonego jedwabiu, jedwab odniósł do studni, a studnia dała mu wody.  Niesie teraz wodę do kurki, lecz zaledwie przybył na miejsce, patrzy, a kurka już się zadusiła i leży martwa!  Kogucik strasznie się tem zgryzł i zaczął głośno płakać. Na ten lament zbiegły się wszystkie zwierzęta i bardzo żałowały kurki.  Sześć myszek zbudowało wózek, ażeby na nim odwieźć nieboszczkę do grobu; a gdy wózek był gotów, wprzęgły się doń i kogucik przyjechał.  Ale idzie drogą lis:  — Dokąd jedziesz, kogutku?  — Jadę pochować swoją kurkę.  — Czy mogę zabrać się z tobą?  „Owszem, lecz tylko z tyłu uczep się mój miły, bo z przodu byłby ciężar dla myszy nad siły!“  I lis uczepił się z tyłu, toż samo zrobił wilk, niedźwiedź, jeleń, lew i wszystkie zwierzęta leśne.  Orszak jechał w ten sposób dalej, aż oto przyjeżdża nad strumień.  — Jakże się teraz przeprawimy? — rzekł kogucik.  Ale nad strumykiem leżała słomka i rzecze:  — Ja się położę w poprzek wody, to możecie po mnie przejechać.  Gdy jednak sześć myszy weszło na ten most, słomka nie wytrzymała ciężaru, wpadła do wody, a za nią wpadły myszy i potopiły się.  Więc teraz znowu ambaras, ale w tem zjawia się węgiel i mówi:  Jestem dość duży, położę się tam przeto, a wy przejdziecie po mnie.  Węgiel ułożył się w wodzie, ale na nieszczęście zmącił ją nieco, woda go obryzgała, zagasiła i już po węglu.  Gdy ujrzał to kamień, zlitował się i chciał pomódz kogucikowi, więc położył się w wodzie.  Wtedy kogucik sam pociągnął wózek, ale gdy już wydostał się na drugą stronę i był już z kurką swoją na lądzie, chciał także wciągnąć i siedzących z tyłu, ale nie dał rady, wózek się cofnął i wszystko, co było na wozie, wpadło do wody i potopiło się.  Teraz kogucik został sam z kurką, wykopał jej grób, ułożył ją w nim, potem usypał mogiłkę, siadł na niej i martwił się tak długo, aż i sam umarł.  I tak wszystko powymierało.

UBOGI I BOGATY

Dawnemi czasy, gdy Pan Jezus sam jeszcze przechadzał się między ludźmi, zdarzyło się, że pewnego razu uczuł nadzwyczajne znużenie i noc go zaskoczyła, zanim zdążył dojść do gospody.  Ale oto spostrzega po drodze dwa domy, jeden nawprost drugiego, jeden duży i piękny, drugi mały i wyglądający bardzo ubogo.  Pierwszy był własnością bogacza, a drugi biedaka. I Pan Jezus pomyślał sobie:  „Bogatemu nie będę ciężarem, więc zanocuję u niego.“  Bogacz, gdy usłyszał stuknięcie do drzwi, otworzył okno i zapytał wędrowca, czego chce.  Pan Jezus odpowiedział:  — Proszę tylko o nocleg.  Bogacz zmierzył przybysza od stóp do głowy, a że Pan Jezus był ubrany skromnie i nie wyglądał na człowieka, któryby miał dużo pieniędzy, skrzywił się i rzecze:  — Nie mogę was przyjąć; moje izby pełne są ziół i nasion. Gdybym każdego miał przyjmować, ktokolwiek do mych drzwi zastuka, to musiałbym sam pójść z torbami.  Poszukajcie sobie innego przytułku. Co rzekłszy, zatrzasnął okno i zostawił Pana Jezusa bez noclegu. —  Pan Jezus odwrócił się i poszedł do małego domu.  Zaledwie stuknął, biedak w tej chwili otworzył swoje drzwiczki i poprosił wędrowca do środka.  — Przenocujcie u mnie, — rzekł, — już ciemno i dziś nie możecie iść dalej.  Podobało się to Panu Jezusowi i wszedł do niego. Żona biedaka podała mu rękę, powitała życzliwie i poprosiła, ażeby się rozgościł i przyjął posiłek.  — Nie mamy wprawdzie wiele, ale — „czem chata bogata tem rada“ z całego serca.  Co rzekłszy, postawiła ziemniaki na ogniu, a podczas gdy się gotowały, wydoiła kozę, ażeby mieć do nich trochę mleka. A gdy stół został nakryty, Pan Jezus siadł przy nim i jadł razem z gospodarzami, a uboga strawa smakowała mu bardzo, gdyż widział przy niej uśmiechnięte, życzliwe twarze.  Po wieczerzy, gdy przyszedł czas spoczynku, kobieta nieznacznie skinęła na męża i rzekła:  — Słuchaj, mój drogi, oddam mu swą poduszkę a wezmę siana pod głowę, ty zrób ze swoją tożsamo, będzie mu spać wygodniej jak na słomie, ja odstąpię mu swego łóżka, bom zdrowsza od ciebie i młodsza i położę się na sienniku... Nachodził się przez cały dzień, to musi być bardzo zmęczony.  — Z całego serca — odparł mąż, — zaraz mu to powiem. Poszedł do gościa i poprosił go, ażeby położył się na wygodnem posłaniu i wyprostował swe członki.  Pan Jezus nie chciał się na to godzić, ale dobrzy staruszkowie nie ustąpili.  Nazajutrz wstali równo z świtem i zgotowali gościowi skromne śniadanie. Gdy słońce zajrzało przez okienko i Pan Jezus wstał, znów spożył posiłek, poczem zwrócił się do nich i rzecze:  — Ponieważ okazaliście mi tyle współczucia i życzliwości, żądajcie przeto trzech rzeczy, a ja wam je spełnię.  A na to rzekł biedak:  — I cóż jabym sobie mógł życzyć, jak nie wiecznego szczęścia i ażebyśmy oboje do końca życia cieszyli się zdrowiem i mieli dość powszedniego chleba, a po trzecie nie wiem sam, czego żądać. —  A Pan Jezus pyta:  — Czy nie chciałbyś mieć nowego domu zamiast tej starej lepianki?  — Ba! — odparł zagadnięty, — gdybym i to jeszcze otrzymał, to byłoby mi bardzo przyjemnie.  I Pan Jezus spełnił ich życzenia, przemienił ich lepiankę na dom nowy, a gdy się to stało, opuścił ich i powędrował dalej.  Był już dzień jasny, gdy bogacz wstał i zasiadł przy oknie.  Patrzy, a tu naprzeciwko stoi piękny, nowy dom z czerwonych cegieł, o wysokich oknach, tam, gdzie dotąd stała nędzna lepianka.  Zrobił duże oczy, zawołał żonę i rzekł: — Zobacz no, co się stało.  Wczoraj jeszcze wieczorem stała tam licha, nędzna, stara chata, a dziś jest nowy, piękny dom.  Leć no tam co żywo i dowiedz się, jak się to stało?  Żona pobiegła naprzeciwko i wypytuje biedaka; ten zaś opowiada:  — Wczoraj wieczorem wędrowiec przyszedł i zażądał noclegu, a dziś na pożegnanie, oświadczył, że wykona trzy nasze życzenia, wieczne szczęście, zdrowie w tem życiu i niezbędny chleb powszedni, i przytem, zamiast naszej starej lepianki, nowy piękny dom.  Gdy żona bogacza usłyszała o tem, biegnie do domu i mówi mężowi, jak się to stało.  A na to bogacz:  — Ach, gotów bym się rozszarpać i pobić. Gdybym ja był wiedział!  — Wędrowiec był i u mnie, alem go nie przyjął.  — Śpiesz więc, — mówi żona, — siadaj na konia, może go dogonisz i może on ci także spełni trzy twoje życzenia.  Bogacz wybrał się w drogę, dogonił Pana Jezusa, zagadał doń bardzo grzecznie i życzliwie, i poprosił, ażeby mu nie miał za złe, iż go odrazu nie wpuścił, ale musiał pierwej poszukać klucza ode drzwi i dlatego odszedł.  „Jeżeli jednak będziecie jeszcze raz przechodzili tamtędy to proszę, nie zapomnieć o mnie“.  — Dobrze! — odrzekł Pan Jezus, — jeżeli będę tamtędy przechodził, to wstąpię do was.  Na to zapytał bogacz, czyby także nie mógł wyrazić trzech życzeń, jak jego sąsiad?  — Tak, — rzekł Pan Jezus, — objawić życzenia możecie, ale nie było by to dla was z korzyścią.  Ale bogacz odparł, że wybierze już sobie coś takiego, co mu szczęście przyniesie, jeżeli tylko będzie miał pewność, że to spełnione zostanie.  Pan Jezus odparł:  Wracaj do domu, a trzy życzenia, które objawisz spełnią się.  Miał więc teraz bogacz to, czego chciał, zawrócił do domu i zaczął się namyślać, czego by też żądać.  Gdy się tak namyślał, popuścił cugle, a koń zaczął tak skakać, że ciągle przerywał mu myśli i nie mógł ich zebrać żadną miarą.  Poklepał tedy konia po szyi i rzecze:  — Uspokój że się, koniku! —  Ale koń zaczął znowu skakać do góry.  Bogacz zniecierpliwił się, a gdy koń stanął dęba, zawołał:  — Bodajeś kark skręcił!  Zaledwie wymówił te słowa, bęc! spada na ziemię, koń się przewraca martwy i ani drgnie!  Tak zostało spełnione pierwsze jego życzenie. Że jednak skąpym był z natury, nie chciał przeto zostawić siodła na drodze; odciął popręgi, przewiązał siodło przez plecy i pieszo poszedł do domu.  „Zostały się jeszcze dwa życzenia“ — myślał sobie i tem się pocieszał.  Gdy tak wolno brnie po piasku, a słońce pali, bo już było południe, zrobiło mu się strasznie gorąco; siodło uwierało go w plecy, a przytem dotąd jeszcze nie zdecydował się na wybranie sobie życzeń.  „Gdybym nawet zażądał wszystkich bogactw i skarbów tego świata, — mówił sam do siebie, — to i tak brakowało by tego i owego, to wiem napewno; ale muszę wyspekulować, ażeby mi już nic nigdy nie brakło!“  Wtedy westchnął i rzecze:  „Ba, gdybym był chłopem bawarskim, któryby także mógł wyrazić trojakie życzenia, to umiałbym sobie poradzić, bo naprzód zażądałbym dużo piwa, a powtóre tyle, ile zdołałbym wypić, a po trzecie jeszcze jedną beczkę piwa w dodatku“!  Niekiedy przychodziło mu na myśl, że już wie, czego żądać, ale potem wydało mu się to jednak za małem i za nikłem.  Ale oto pomyślał sobie, jak to teraz jest dobrze jego żonie. Siedzi sobie w domu w chłodnej izbie i rozkoszuje się chłodem.  To go rozgniewało i sam nie wiedząc, jak i kiedy, zawołał:  — Chciałbym, ażeby ona siedziała w domu na siodle i zejść z niego nie mogła, nie żebym ja miał je dźwigać na plecach.  Zaledwie wymówił ostatnie słowa, siodło znikło mu z pleców i spostrzegł, że jego drugie życzenie spełnione zostało.  Zrobiło mu się dopiero teraz strasznie gorąco, zaczął biedz i chciał w domu zasiąść samotnie w swojej izdebce i gruntownie obmyśleć trzecie życzenie.  Gdy jednak drzwi otworzył, patrzy, a żona jego siedzi na środku, na siodle, a że zejść nie może, krzyczy więc i wyrzeka.  Rzekł więc do niej:  — Uspokój się, dostarczę ci wszelkich bogactw tego świata, ale siedź tylko.  — Co mi po wszystkich bogactwach, — odparła żona, — kiedy siedzę na siodle. Chciałeś, żebym na niem siedziała, no to teraz zechciej, ażebym z niego zsiadła.  I rad nie rad, musiał wygłosić trzecie życzenie, ażeby żona została uwolnioną z siodła, co się też niezwłocznie stało.  I tak chciwy bogacz nic nie skorzystał, a stracił konia, zirytował się i zmęczył.  A ubodzy żyli sobie szczęśliwie i spokojnie w miernym bycie, aż do końca dni swoich.

WŁÓCZĘGI

Kogutek rzecze raz do kurki:  — W tym czasie orzechy bywają dojrzałe, pójdźmyż razem na górę i najedzmy się raz do syta, zanim ich wiewiórka nie sprzątnie.