B@jki - Marcin Pałasz - ebook + audiobook + książka

Opis

Takich bajek jeszcze nie czytaliście!
Zabawne, przewrotne, nieco zwariowane i bardzo nowoczesne – bajki dla dzieciaków XXI wieku. Tutaj Smok Wawelski ma swój telefon komórkowy, a dziewczynka w zielonym kapturku pomaga sklerotycznemu i niedowidzącemu wilkowi. Złota rybka wspólnie ze stanowiącym przynętę robakiem wyprowadzają wędkarza w pole, a Baba Jaga, wspomagana przez Jaśka i Małgosię, robi karierę jako rapująca Baba Dżaga.
Dobra zabawa i dużo śmiechu gwarantowane!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 58 min

Lektor: Jacek Kawalec

Oceny
4,7 (48 ocen)
36
8
4
0
0
Sortuj według:
Biliba

Nie oderwiesz się od lektury

Dobrze znane wszystkim bajki w nowej, uwspółcześnionej wersji. Przyjemnie mi się czytało, mojemu 6latkowi.
00

Popularność




Copyright © Marcin Pałasz Copyright © Wydawnictwo BIS 2012

ISBN 978-83-7551-664-7

Wydawnictwo BISul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail:[email protected] www.wydawnictwobis.com.pl

Żaba, leniwie wygrzewająca się w ciepłym słońcu nad brzegiem rzeki, drgnęła nagle, gdy zza krzaków dobiegły ją jakieś gwałtowne szelesty i gniewne mamrotanie. Po chwili zerwała się na równe łapki, bowiem z zarośli wyszedł młody mężczyzna w wysokich, gumowych butach i kurtce z kapturem.

– Kto to? – spytała z zaciekawieniem druga, nieco mniejsza żaba, wylegująca się obok koleżanki.

– Wędkarz – odparła pierwsza z niesmakiem, patrząc, jak mężczyzna rozkłada małe krzesełko i kładzie na trawie dwie wędki, skrzynkę z haczykami oraz niedużą puszkę. – Biedne robaki.

– Jakie robaki? – zachłannie spytała druga żaba, odruchowo przełykając ślinkę. – Trochę za wcześnie na drugie śniadanie, ale jeśli gdzieś widzisz robaka, to ja…

– Ty obżartuchu! – rzekła większa z potępieniem. – Tylko jedzenie ci w głowie! A tam, w puszce, są biedne robaki, które niedługo zostaną nadziane na haczyk i…

– Nie kończ – poprosiła mniejsza słabym głosem, zasłaniając łapkami wyłupiaste oczy. – To straszne! Nie chcę mieć w nocy koszmarów.

Tymczasem wędkarz, nieświadomy tego, że jest przedmiotem dość nieżyczliwej dyskusji dwóch zielonych koleżanek, pogwizdywał radośnie, rozkładając swój sprzęt do wędkowania. Cieszyły go te chwile spokoju wypełnione jedynie szumem płynącej leniwie rzeki i szelestem sitowia, z rzadka poruszanego podmuchami porannego wiatru.

W końcu zasiadł z ulgą na swoim krzesełku, przeciągnął się, wziął do ręki jedną z wędek i zerknął na puszkę z robakami.

– Nooo, wreszcie spokój! – odetchnął głęboko. – Woda pluska, słoneczko świeci, teraz tylko trzeba rozłożyć wędkę, nadziać robaka na haczyk, i na pewno złowię piękną rybkę!

Po tych słowach wędkarza w puszce coś nagle zaczęło się szamotać.

– Hej, koledzy robacy! – pisnął jeden dość okazały robak, wijąc się gwałtownie i podrygując nerwowo. – Nie spać w tej puszce! Tu się dzieje coś złego!

Odpowiedziało mu jedynie zbiorowe chrapanie. Robak aż zasapał ze wzburzenia i trącił jednego z kolegów.

– Wstawać! – wrzasnął. – Trzeba się ratować!

– Daj mi spokój – wymamrotał drugi robak. – Jest ciemno, ciepło, przytulnie, a ja miałem taki piękny sen… Byłem w rewii, a piękna Madame de Robaque tańczyła i śpiewała specjalnie dla mnie!

– Zaraz ty będziesz śpiewał, i to cienko! – zagroził pierwszy robak. – Ejże, koledzy! Ten facet, który przed chwilą wykopał nas z ziemi, to jakiś wędkarz! Mojego wujka też kiedyś wykopał jeden wędkarz! Powiedział, że zabiera go na ryby, a potem wujka już nikt nigdy nie widział!!!

– Fantazjujesz – ziewnął ktoś w ciemnościach panujących w głębi puszki. – Znowu zjadłeś coś dziwnego i masz halucynacje… Idź sobie.

Gdzieś daleko.

Puszka nagle drgnęła, przechyliła się gwałtownie, a wszystkie przebudzone znienacka robaki stłoczyły się w jednym z jej końców, truchlejąc ze strachu. Zaraz potem oślepiło ich jasne światło, gdyż wieczko puszki zniknęło odkręcone przerażająco wielką dłonią wędkarza, którego równie ogromne oko zajrzało do środka.

Większość robaków zemdlała od razu, a pozostałe skuliły się, starając się udawać, że w ogóle ich tam nie ma. Tylko jeden, właśnie ten, który starał się ostrzec przyjaciół przed niebezpieczeństwem, popełzł gwałtownie w stronę brzegu puszki, mając nadzieję, że uda mu się uciec.

–A teraz… robaczek! – rzekł wędkarz z uciechą, potrząsając puszką. – Wybierzemy jakiegoś tłustego, żwawego… Robak jęknął tragicznie, wijąc się jak szalony pod uważnym spojrzeniem tego okropnego człowieka.

– Którego by tu wybrać? – mruknął wędkarz z zastanowieniem. – Wszystkie jakieś niemrawe, ociężałe… A nie, jeden się rusza! O, jak pełza, z jaką prędkością! Nooo, na takiego robaka to na pewno piękną rybę złowię. Chodź tu, malutki, nie wierć się, nie uciekaj!

– Ratunku! – wrzasnął Robak w panice. – Ja nie chcę!

– A cóż on tam piszczy?! – rzekł wędkarz z ogromnym zdumieniem, starając się zarazem złapać tego niezwykłego robaka. Ten zaś wymykał się jak tylko mógł, klucząc i robiąc nagłe zwody i uniki. W końcu jednak wygrał wędkarz, ostrożnie biorąc robaka w dwa palce i unosząc go wyżej.

– Proszę zabrać te ręce! – zażądał gniewnie Robak.

– Ała, to łaskocze!

W pierwszym odruchu wędkarz niemal spełnił jego żądanie, jednak zaraz potem puknął się w czoło i ścisnął robaka nieco mocniej.

– Pierwszy raz widzę robaka, który ma łaskotki! – bąknął ze zmieszaniem. – A w ogóle, to dlaczego on mówi?!

Robak aż zasapał ze wzburzenia.

– Gdyby to ciebie ktoś zamierzał nadziać na haczyk, to też byś mówił! – parsknął z wściekłością. – Albo i krzyczał! Nooo, gdzie ty mi tu… Precz z tymi łapami! Czy ty je przynajmniej umyłeś, brutalu jeden?!

Wędkarz na chwilę zamknął oczy i zaczął głęboko oddychać, starając się uspokoić.

– Najwyraźniej mam halucynacje – jęknął sam do siebie. – Widocznie słońce za mocno mi przygrzało, choć pora jeszcze wczesna… Chyba trzeba założyć kapelusz.

Jego ofiara nie dawała jednak za wygraną, miotając się i wrzeszcząc wniebogłosy.

– Aaaaa!!! – krzyczał rozpaczliwie Robak. – Ja protestuję! Ja nie zamierzam w tym uczestniczyć!

– Spokojnie, tylko spokojnie – powtarzał sobie w tym samym czasie wędkarz. – Przecież ten robak tak naprawdę nie mówi, tylko mi się tak zdaje, pewnie od upału. Trzeba go nadziać na haczyk i wszystko będzie dobrze.

– Dobrze?! – warknął wściekle Robak. – Jakie znowu „dobrze”?! Sam się nadziej na haczyk, ty… ty… CZŁOWIEKU!!! Zobaczymy, co się na ciebie złowi! Pewnie krokodyl! Och!!!

Ów ostatni okrzyk wydał z siebie na widok haczyka, który wędkarz trzymał w drugiej dłoni i przysuwał coraz bliżej.

Jeśli czegoś nie wymyśli, za chwilę zginie! Co by tu zrobić?...

…I nagle przyszło mu coś do głowy.

– Wiem! Wiem! – pisnął, po czym wyprężył się i skoczył w stronę haczyka. Zaraz potem owinął się wokół niego tak mocno i ciasno, że wyglądał niczym różowa sprężynka.

Wędkarz aż przetarł oczy ze zdumienia.

– A co ten robak znowu wyprawia?! – wykrzyknął.

– O rety, jak się przyczepił do tego haczyka!

– Spróbuj mnie teraz odczepić – mruknął Robak z satysfakcją. – Hehe.

– Dziwny jakiś ten robak – bąknął wędkarz, drapiąc się po głowie i nasłuchując. – Ale przynajmniej już nie gada. Ciekawe, co się na niego złapie?

– Mała Syrenka – warknął Robak z przekąsem. – Odłóż wreszcie ten haczyk, a ja grzecznie sobie pójdę! Wędkarz, widząc nagły spokój na haczyku, odetchnął z ulgą i zatarł dłonie.

– No, to zarzucamy wędkę! – wykrzyknął radośnie. Te słowa wywołały u Robaka niemalże palpitacje.

– Co takiego?! – kwiknął w absolutnej panice. – Do wody?! Przecież ja się myłem! Zaledwie tydzień temu! Aaa!!

Niestety! Coś świsnęło, coś błysnęło, wędkarz energicznie machnął wędką… Zaraz potem Robak, uczepiony haczyka, ledwie uniknął uderzenia przez spławik, a chwilę później – nieoczekiwanie dla samego siebie – plasnął o powierzchnię wody i dramatycznie zabulgotał.

W wodzie było zimno i coraz ciemniej, w miarę jak haczyk, doczepiony do obciążonej ciężarkami żyłki, pogrążał się w otchłani.

– No i proszę – rzekł Robak melancholijnie. – Zrobił ze mną, co chciał. Tak to jest, jak się jest mniejszym, słabszym i umie się tylko pełzać. Kto inny pewnie by uciekł… Trudno jednak ODPEŁZNĄĆ z jakąś sensowną prędkością.

Rozejrzał się z nadzieją, ale wokół było całkowicie pusto, nie licząc kilku kijanek, które przemknęły w popłochu, przestraszone nagłym uderzeniem spławika o powierzchnię wody. Na szczęście, kijanek Robak nie musiał się obawiać. Co innego, gdyby były już żabami.

– Zimno tu… i ciemno jakoś – chlipnął Robak, któremu znienacka zrobiło się bardzo smutno. – No i mokro. Dobrze, że my, robaki, umiemy długo wstrzymywać oddech. Ale od tej wilgoci na pewno dostanę reumatyzmu. Albo się przeziębię. O, proszę!

Podwodną ciszę przerwało donośne kichnięcie, a potem znowu zapadło milczenie.

Robak kichnął jeszcze dwa razy i znowu zaczął nasłuchiwać. Cóż to za rzeka, u licha, w której nie można znaleźć żadnej pomocy, nie mówiąc już o zwyczajnym towarzystwie?!

– Nie dość, że zimno i mokro, to do tego nudno! – warknął gniewnie, gdyż smutek zdążył mu już przejść. Wytężył się i wrzasnął, jak tylko mógł najgłośniej: – Halo, jest tu ktoś?! Nudzi mi się!!!

Przez chwilę czekał na jakąkolwiek odpowiedź, ale daremnie.

– Halo, tu się tonie! – krzyknął znowu, z rozpaczy waląc głową o metalowy haczyk. – Tu się marznie! Tu się nudzi! Nabiłem sobie guza! Czy naprawdę nikogo to nie obchodzi?! Mój Boże, co za świat!…

I oto nagle, zupełnie niespodziewanie, coś zabulgotało i zaszumiało, a otaczająca go woda nagle jakby się… poruszyła. Wiry były coraz bardziej gwałtowne, bulgot zbliżał się coraz szybciej, aż w końcu, tuż obok, w wodzie pojawiła się i znieruchomiała jakaś ciemna, obła sylwetka. Która, w dodatku, przypatrywała mu się jednym okiem z nieukrywanym zaciekawieniem.

– Dzień dobry! – rzekła postać dość uprzejmym głosem.

– Kto tu jest? – pisnął Robak podejrzliwie. – Zaraz, niech no się przyjrzę… Ojojoj, jaki śliczny, mały karpik! I jaki kolorek ma ładny, taki złociutki! Kici kici, chodź no tu! Tylko nie odpływaj, dobrze? Zostaniesz ze mną chwilkę, tak?

Domniemany karpik drgnął nagle, machnął ogonem, obrócił się w miejscu i przyjrzał się robakowi drugim okiem. Tym razem spojrzenie nie było jednak tak przyjazne jak poprzednio.

– Coś ty powiedział, glizdo mała?! – spytała ryba złowrogo. – Karpik?! Ja ci dam karpika, poczekaj no tylko! Po tych słowach otworzyła pysk i mlasnęła ze smakiem. Widząc to, Robak zrozumiał, że chyba obraził nową znajomą.

– O Boże! – jęknął z rozpaczą. – Zdenerwowałem rybę! Hej, słuchaj no, ja nie chciałem, dobrze? Bo wiesz, wszystkie ryby są do siebie takie podobne, więc jeśli jesteś na przykład karasiem albo szczupakiem, albo łososiem, to się nie denerwuj. Nie chciałem cię obrazić!

– Ale mnie obraziłeś – odparła ryba urażonym tonem. – Karpik, też mi coś! Nie jestem także karasiem ani łososiem. Hm, w rewanżu za tę obelgę chyba po prostu cię zjem.

– No i proszę, z deszczu pod rynnę! – zapłakał żałośnie Robak. – To znaczy z haczyka do brzucha ryby… I tak po prostu mnie zjesz? Taka jesteś nieczuła? Nooo, ryba, proszę cię. Możemy przecież negocjować, no nie? Poza tym, broń Boże, mnie nie zjadaj, bo to szkodzi.

Ryba chrząknęła ze zdumieniem.

– Niby komu ma zaszkodzić? – spytała z umiarkowanym zaciekawieniem. – Ja tam bardzo lubię robaki. Szczególnie takie, które wyzywają mnie od szczupaków. Choć, przyznam, rzadko się to zdarza.

Robak głęboko westchnął i przewrócił oczami.

– To ty nic nie wiesz!? – wykrzyknął ze zgrozą. – Rybo, słuchaj uważnie: ja jestem wyjątkowo szkodliwy! No, mówię ci! Kiedyś już ktoś próbował mnie zjeść i skończyło się tragicznie. Wizyta na pogotowiu, reanimacja…

– Reanimacja?! – sapnęła zaskoczona ryba. – To znaczy, że…

– To znaczy, reanimowali akurat mnie – rzekł zmieszany Robak. – Przeraziłem się i prawie dostałem zawału, ale po co o tym mówić? A jestem szkodliwy, bo na co dzień zjadam odpady przemysłowe. Różne takie, radioaktywne też. Zjesz mnie, i od razu zaczniesz świecić w ciemnościach, i będzie cię bolał brzuch, i głowa…

Ryba machnęła płetwami i zawirowała wokół własnej osi.

– Na razie głowa zaczyna mnie boleć od tego twojego gadulstwa – stwierdziła ponuro. – Chociaż muszę przyznać, że fantazję masz niezłą. Odpady radioaktywne, ho, ho!

– Oj, rybo, ja naprawdę jestem fajny, mówię ci! – rzekł Robak z nadzieją. – I znam dużo ciekawych historii. Więc… nie zjesz mnie, prawda?

Ryba na chwilę się zamyśliła, po czym potrząsnęła głową.

– Dobrze, na razie cię nie zjem – odparła z lekkim wahaniem. – Ale…

– No widzisz! – ucieszył się Robak, przerywając jej dość nieuprzejmie. – Od razu lepiej, prawda? Zresztą, jedzenie o takiej porze jest bardzo niezdrowe. Chcesz, to się pobawimy? Albo nie! Powiedz mi najpierw, jaką ty jesteś rybą?

– Jedyną w swoim rodzaju! – odparła zapytana z wyższością i oburzeniem. – Czy naprawdę nie widzisz, że jestem Złotą Rybką?!

Robak aż zachłysnął się z przejęcia.

– No nie! – wykrzyknął, wijąc się gwałtownie wokół haczyka. – Ty żartujesz, prawda?

Jedyną odpowiedzią było pełne niesmaku spojrzenie jego nowej znajomej. Przyjrzał się więc uważniej tej niezwykle połyskującej, złotej łusce i nagle naszły go wątpliwości.

– Czekaj – sapnął z ogromnym zdumieniem. – Rybo, ty NIE żartujesz? Ale jak to?! Przecież to bajka! To znaczy, ta o Złotej Rybce. Chociaż, w sumie, podobno w każdej bajce jest ziarno prawdy, więc może i nie powinienem się dziwić…

– Czy ty naprawdę musisz tyle gadać? – udało się wtrącić Złotej Rybce, która poczuła się lekko oszołomiona. Ten dziwny robak gadał z prędkością karabinu maszynowego!

– Chyba tak – mruknął Robak ze skruchą. – Bo wiesz, ja nie umiem inaczej. Moja mama ciągle mi powtarza, że u mnie to jest jakieś skrzywienie genetyczne. I nawet, kiedyś, jeden robak, taki robak-psycholog, wiesz, usiłował mi pomóc…

– Najwyraźniej mu się to nie udało – bąknęła Rybka zgryźliwie.

– Nie, nie udało się – westchnął Robak ciężko. – Odwieźli go w kaftanie bezpieczeństwa już po drugiej rozmowie ze mną. Jakiś taki mało odporny był, nie uważasz? Teraz podobno go leczą, ale jeszcze długa droga przed nim. Biedny robak. A taki był miły. I taki normalny…

Złota Rybka ciężko westchnęła i uniosła wzrok ku górze.

– Już sama nie wiem, czy znajomość z tobą to dobry pomysł – rzekła pełna wątpliwości. – Chyba jednak cię zjem.

Robak gwałtownie się ożywił.

– Ależ, rybo, no co ty wygadujesz! Od razu „zjem”, i ciągle „zjem”… Zjadanie kogoś wcale nie jest najlepszym pomysłem, a poza tym ja jestem sympatyczny. A w ogóle, skoro jesteś Złotą Rybką, to pewnie jesteś samotna, no nie? Dam głowę, że wolisz pogadać, zamiast od razu mnie zjadać. Masz jakąś rodzinę?

Rybkę ogłuszyła nagła zmiana tematu, jednak szybko doszła do siebie. I zaraz potem ze smutkiem zwiesiła głowę.

– Rodzinę? – westchnęła. – Już nie mam. Ale miałam siostrę. W dodatku bliźniaczkę.

– A co się z nią stało?

– Zginęła tragicznie, biedaczka – odparła Rybka posępnie. – Wybuchła w tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym na Pacyfiku.

– Jak to: wybuchła?! – wykrzyknął wstrząśnięty Robak. – Tak… sama z siebie?!

– Oszalałeś?! – Zdegustowana Rybka spojrzała na niego i popukała się płetwą w głowę. – Ryby nie wybuchają same z siebie!

Robak, nieco oszołomiony, poczuł się niepewnie.

– Złota Rybka to coś wyjątkowego – bąknął ze skruchą. – Więc myślałem, że może i zginęła jakoś wyjątkowo…

– Wyjątkowa to jest twoja głupota! – jęknęła Rybka rozpaczliwie. – Nie, moja siostra wyleciała w powietrze razem z całą wyspą. No, powiedzmy że wysepką.

To był taki malutki atol, nazywał się Bikini czy jakoś podobnie. Jacyś amerykańscy generałowie urządzili tam wybuch atomowy! Błysk, huk i koniec…

– Pewnie byłyście bardzo zżyte ze sobą? – spytał Robak ostrożnie. – W końcu bliźniaczki… To zobowiązuje.

– No pewnie! Przeżyłyśmy razem mnóstwo przygód! Nawet atak torpedowy niemieckiego U-Boota podczas drugiej wojny światowej! – odparła Rybka ze wzburzeniem. – No i proszę, tak dawno o tym nikomu nie opowiadałam! Ostatnio chyba wtedy, gdy mieszkałam w studni obok takiego wielkiego starego domu…

Bolesne wspomnienia sprawiły, że Złota Rybka niebezpiecznie się rozczuliła i zaczęła rozpaczliwie szlochać. Robakowi, który miał w gruncie rzeczy bardzo dobre i czułe serce, od razu zrobiło się jej żal.

– No, no, tylko proszę mi tu nie płakać, zrozumiano? – rzekł dość szorstko, gdyż poczuł, że jeszcze chwila, a sam się rozpłacze. – No, nie płacz! I tak jest mokro. Zamiast się rozczulać, możesz spełnić moje życzenie. To jak będzie? Chcesz?

Zmiana tematu wywołała zamierzony skutek. Złota Rybka powoli się uspokoiła, przestała płakać i pociągnęła nosem.

– Życzenie? – rzekła z namysłem. – Chcieć to ja mogę. Ale żebym spełniła czyjeś życzenie, takie magiczne, to najpierw trzeba by mnie złapać. Inaczej się nie da. A ty mnie przecież nie złapałeś.

Robak aż sapnął z irytacją.

– Strasznie jesteś drobiazgowa, wiesz? – warknął z wyrzutem. – Wszystko musi być tak, jak sobie postanowisz. Nie możesz choć raz zrobić wyjątku?

– Nie da się – bąknęła Złota Rybka ze skruchą. – Naprawdę! Tak jest w bajce, a ja muszę stosować się do zasad. Inaczej pewnie dostałabym naganę od Naczelnej Rady Bajkowej. A musisz wiedzieć, że w tej radzie zasiada nie byle kto! Calineczka, Kot w Butach, Smok Wawelski i parę innych osobistości…

– Jakieś podejrzane masz te swoje znajomości. – Robak skrzywił się z niesmakiem. – Kto to widział, żeby ryba przyjaźniła się z kotem! Niezależnie od tego, jakie on buty nosi. Pewnie kozaczki, hihi! Ale wiesz co, posłuchaj! Właśnie wpadłem na taki pomysł…

– Aż boję się słuchać – mruknęła Rybka pod nosem, ale jej obły znajomy nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

– Przecież ja mogę mieć takie zupełnie zwyczajne życzenie, no nie? – kontynuował z nadzieją. – Takie, które nie wymaga żadnej magii ani czarowania. A ty, gdy je spełnisz, od razu poczujesz się lepiej, że komuś pomogłaś.

Rybka przez chwilę myślała nad tymi słowami, aż w końcu z powątpiewaniem pokiwała głową.

– No dobra, mów – powiedziała ostrożnie. – O co ci chodzi? Czego chcesz?

Niespodziewanie dla samego siebie Robak potężnie kichnął, przez co omal nie spadł z haczyka. Na szczęście Złota Rybka podtrzymała go pyszczkiem. Roztrzęsiony nieco Robak podciągnął się w górę i ponownie okręcił wokół metalowego pręcika.

– No i sama widzisz: siedzę tu, na tym haczyku, w wilgoci i zimnie – jęknął z rozżaleniem. – Już się przeziębiłem, a wieczorem na pewno dostanę reumatyzmu. Rybko, złociutka, podrzuć mnie na brzeg rzeczki, dobra? Ja sobie pójdę i będzie po sprawie. I możesz zapomnieć, że mnie kiedykolwiek poznałaś.

Rybka poczuła się nieco oszołomiona.

– No, sama nie wiem – bąknęła niepewnie. – Chyba musiałabym to skonsultować z Naczelną Radą…

– Oj tam, rada i rada! – zdenerwował się Robak i z tego wszystkiego znowu prawie spadł z haczyka. – Co ma ta cała rada do zwykłej przyjacielskiej przysługi?! Ja po prostu odczepię się z tego haczyka, a ty weźmiesz mnie na płetwę i wypuścisz zaraz przy brzegu!

Po tych słowach rozpłakał się rzewnie.

– No tak, znowu trafiłem na kogoś bez serca – jęczał żałośnie. – Trafiłem na kogoś, kto pozwoli mi tu umrzeć na zapalenie płuc… i jelit… i nerek… I już nigdy nie zobaczy mnie moja kochana pełzająca mama!!!

Rybka, patrząc na ten gwałtowny przypływ rozpaczy, zakręciła się nerwowo wokół własnej osi.

– Ej, Robak! – rzekła błagalnie. – Nie desperuj! Kto to widział tak płakać! Jesteś facetem czy nie?!

– A co to ma do rzeczy?! – zawył Robak z rozpaczą. – Ooo, moja biedna mama! I mój biedny braciszek, którego już nigdy nie zobaczę! I mój biedny psychiatra, którego leczą tak długo i bezskutecznie! Już nigdy nie będzie miał okazji ze mną porozmawiać…!

– Twojemu psychiatrze na pewno wyjdzie to na dobre – rzekła Rybka z lekkim przekąsem. – Bo z tego, co już wiem, to rozmowy z tobą jakoś mu nie służą.

Ciężko westchnęła i przewróciła oczami, patrząc na Robaka, który ciągle płakał.

– No dobrze, niech ci już będzie – rzekła w końcu, gdyż podobnie jak on miała miękkie i wrażliwe serce. – Rzeczywiście, takie życzenie nie wymaga żadnej magii, więc chyba mogę je spełnić… No, Robak, wskakuj na płetwę! Chociaż nie, czekaj chwilę! –Zmarszczyła brwi i zamarła w miejscu. – Ty masz w ogóle jakieś imię?

Robak uspokoił się, pociągnął nosem, po czym spojrzał na nią z urazą.

– Ooo, proszę! – powiedział z wyrzutem. – W końcu przyszło ci do głowy, żeby spytać, jak mam na imię!

Złota Rybka zerknęła na niego złowrogo.

– Skoro mam z kimś podróżować, to muszę znać jego imię. A co, zamierzasz dać mi do zrozumienia, że wcześniej byłam niewychowana i niekulturalna?!

– No nie, coś ty! – rzekł pospiesznie. – Nie bądź taka przewrażliwiona!

– Więc jak masz na imię?!

– Zenon – wyznał Robak ponuro. – To na cześć mojego prawujka.

– Prawujka?! – zdumiała się Rybka. – A kim on był?! Robak spojrzał na nią ze zdumieniem.

– Mężem mojej praciotki, oczywiście! Skąd ty się urwałaś, że nie wiesz takich oczywistych rzeczy?

Złota Rybka wolała nie kontynuować tego wątku.

– No dobra, Zenon – westchnęła. – Odkręć się z tego haczyka i wsiadaj na płetwę.

– Dobra ryba, grzeczna ryba! – ucieszył się Zenon, pospiesznie odkręcając się od haczyka. Potem ocenił odległość i skoczył, bezbłędnie trafiając na jedną z przednich płetw Złotej Rybki. – Gotowe! No, a teraz jazda!

– Sprawnie ci to poszło! – rzekła Rybka z uznaniem, powoli kierując się w stronę powierzchni. – Trenowałeś wcześniej czy jak?

Robak jednak jej nie słuchał, uradowany, że już za chwilę znajdzie się na brzegu i spotka ze swoimi przyjaciółmi.

– Wio, ryba! – wrzeszczał ogłuszająco. – Do góry, jazda! No, żwawo!

– Nie przesadzaj – rzekła Rybka zimno. – Nie jestem koniem pociągowym! Robię to w drodze wyjątku, więc bądź miły, proszę…

Nie trwało długo, gdy z chlupotem wypłynęli na powierzchnię wody.

– No i pięknie! – wykrzyknął Zenon z uniesieniem.

– Tuż przy samym brzegu! Mistrzostwo świata!

– A widzisz? – Złota Rybka, mimo iż zdyszana, najwyraźniej była z siebie bardzo dumna. – Wcale nie jestem taka nieuczynna i bez serca, jak ci się zdawało…

– Nagle urwała i z przerażeniem spojrzała w górę. – Och, Zenon! Kto to?!

– O, kurczę! – rzekł wędkarz z uciechą, pochylając się nad