Elf i pierwsza gwiazdka - Marcin Pałasz - ebook + książka

Elf i pierwsza gwiazdka ebook

Marcin Pałasz

4,8

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Te święta Duży i Młody spędzają u cioci Ewy pod Wrocławiem. Gości tam również wujek Stefan – schorowany, starszy pan, któremu pomaga pielęgniarka Tarja. A może nie pielęgniarka, tylko narzeczona? Rodzina jest skołowana i nieufna wobec kobiety. Coś jest na rzeczy, skoro nawet zawsze łagodny Elf na nią warczy…

Czas na rozwiązanie kolejnej zagadki, przeżycie kilku małych katastrof

z uciekającym z miski ciastem i wybuchającą studzienką ściekową.

I już można siadać do wigilii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 123

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (94 oceny)
80
11
2
0
1
Sortuj według:
Dagmajka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, z resztą jak cała seria
00
monikaszafran

Nie oderwiesz się od lektury

fajna
00
Wsiczek

Dobrze spędzony czas

.
00
spioszek

Nie oderwiesz się od lektury

suuper. wciągająca i wmocjonująca książka nie tylko dla dzieci 😉
00

Popularność




Marcin Pałasz

Elf i pierwsza Gwiazdka

© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Kasia Kołodziej

Korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

ebook przygotowany na podstawie wydania I w Wydawnictwie Literatura

 

ISBN 978-83-8208-896-0

 

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink

Niecodzienne obawy i mała poranna demolka

Dziś będzie krótko, bo mój niezawodny psi nos wyraźnie mówi mi, że COŚ się zbliża. Nie wiem, co to jest i kiedy nadejdzie, ale że niebawem – tego jestem pewien. Od jakiegoś czasu Duży i Młody – czyli moi ludzie, których wychowuję, od kiedy zabrali mnie ze schroniska – zrobili się dziwnie nerwowi. Obaj pachną trochę tak, jakby się czegoś obawiali, a trochę tak, jakby miało spotkać ich coś miłego. Duży bardziej pachnie obawą, a Młody – tym czymś dobrym.

Nasi znajomi, mijani na ulicach, wołają do nas: „Wesołych świąt!”. Co to znaczy? Co to są te „święta”?! Słyszałem, że ktoś ma do nas przyjść, do domu. I do innych domów też. Ma na imię Mikołaj, tak na niego mówią ludzie. Tak sobie myślę, że ten cały Święty Mikołaj to ktoś bardzo wyjątkowy i niezwykły. Chodzi o jego imię – znam dwóch Azorów i trzech Juniorów (a każdy Junior to owczarek niemiecki, wyobrażacie sobie?!), zaś Elf* – czyli ja – jest tylko jeden! A doskonale przecież wiem, że jestem psem absolutnie wyjątkowym, a przynajmniej tak twierdzi mój Duży. No i o żadnym innym Mikołaju też nie słyszałem, czyli ten Mikołaj to musi być ktoś nadzwyczajny, skoro nosi tak unikalne imię.

W dodatku Duży zrobił dziś rano coś bardzo dziwnego. Pewnie nie uwierzycie, że ktoś aż tak może kochać swojego psa, ale on właśnie taki jest! Posłuchajcie tylko: parę godzin temu przyniósł do domu DRZEWO! Myślałem, że oszaleję z radości! Który człowiek robi coś takiego dla swojego psa?!

Nie wiem tylko, dlaczego nie pozwolił mi go obsikać, jak to się normalnie robi. Ludzie czasem są dziwni. Ale… fajnie jest mieć w domu własne drzewo, no nie?

Na razie tyle wiem o tych całych świętach i Mikołaju. Staram się być czujny i uważny, by te święta i Mikołaj nie zaskoczyli nas znienacka, więc i mnie się udzieliła ta nerwowość.

No właśnie. Pół godziny temu Duży wyszedł do sklepu, a ja – sam nie wiedząc kiedy – zorientowałem się, że z tych całych nerwów chyba zrobiłem coś złego z moim drzewem. Tak sobie teraz na to patrzę i myślę, że Duży raczej nie będzie zadowolony. Sporo gałązek wcześniej było przyczepionych do pnia, a teraz leżą osobno. Hmmm.

Skoro już jednak zacząłem, to chyba skończę… Niedobrze jest przerywać pracę w połowie, prawda?

– Elficzek już nie jest wilkiem, tak? – Leżałem na boku na tapczanie w pokoju Młodego i patrzyłem w wierne, psie oczy. – Elficzek potrzebuje swojego człowieka, żeby mu nasypał karmy do miseczki, żeby nalał wody do drugiej miseczki…

Błogie westchnienie było jedną odpowiedzią. Drugą był mokry jęzor, który znienacka przejechał mi po nosie i prawym oku.

– I dlatego Elficzek tak się cieszy, gdy wracamy do domku, tak? – spytałem, pieszczotliwie tarmosząc go za wielkie ucho.

Elf w rewanżu chwycił mnie delikatnie zębami za dłoń, łypiąc okiem to na mnie, to w kierunku przedpokoju. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi mu o jedną z zabawek, które się tam poniewierały na podłodze, ale odgłos gmerania klucza w zamku wyprowadził mnie z błędu.

Młody wraca do domu? Już…?!

Wpadłem w lekką panikę, gdyż z tego, co wiedziałem, przez dobre dwie godziny powinien być jeszcze na swoim treningu wschodnich sztuk walki. Było mi to bardzo na rękę, gdyż czekałem na kuriera, który przed południem miał przywieźć prezent gwiazdkowy dla mojego syna. W ciągu ostatnich dwóch lat Młody bowiem na serio zainteresował się grą na gitarze, uzbierał na przyzwoitą gitarę akustyczną i w zdumiewającym tempie zaczął na tyle dobrze grać, że ostatnio zaczął przebąkiwać o instrumencie elektrycznym. Okazyjnie udało mu się kupić dobrej klasy wzmacniacz, ale nad gitarą grymasił: przeczytał chyba wszystkie poradniki napisane przez profesjonalistów i entuzjastów, a w miarę lektury jego wymagania rosły.

Nie mogłem zostawić tego ot tak sobie, tym bardziej że zbliżało się Boże Narodzenie, a ja zazwyczaj miałem spore problemy w utrafieniu w gusta najbliższych przy wyborze prezentów. Tym razem wyglądało na to, że sprawa będzie prosta: trzeba kupić gitarę! Od wiosny więc, w głębokiej tajemnicy, składałem nadwyżki na koncie oszczędnościowym, a na początku grudnia okazało się, że uzbierało się tego całkiem sporo. Przeczytałem, również ukradkiem, wszystkie owe poradniki, skonsultowałem się z kumplem, który grał w kapeli na gitarze prowadzącej, po czym stało się jasne, że wybór może być tylko jeden: Fender Stratocaster!

Był jednak problem: marka Fender to klasa światowa, zaś model Stratocaster to gitara-legenda, na której grali i grają najlepsi gitarzyści na świecie. Coś takiego musi kosztować…

Pierwszy przegląd ofert w sklepach internetowych sprawił, że niemal zasłabłem. Ceny zbiły mnie z nóg. Kumpel gitarzysta, który przy okazji wizyty u nas posłuchał, jak Młody gra, dał mi jednak wyraźnie do zrozumienia, że talent mój syn ma niejako wrodzony i szkoda byłoby to zaprzepaścić.

– Szukaj, przeglądaj oferty, a zobaczysz, że znajdziesz egzemplarz, na który będzie cię stać! A jeśli nawet Młodemu się to w końcu znudzi, to fendera sprzedasz bez najmniejszego problemu! – dodał zachęcająco na koniec. I to mnie ostatecznie przekonało.

W dodatku trzy dni temu na internetowej aukcji ujrzałem Stratocastera sprowadzonego ze Stanów, prawdopodobnie przez kogoś, kto nie sprawdził jego rzeczywistej wartości. Gitara była wykonana z jesionu, co ponoć bardzo dobrze o niej świadczyło. W dodatku w komplecie był oryginalny dowód zakupu sprzed szesnastu lat, wszystkie certyfikaty oraz… autograf Davida Gilmoura. Nie wiedziałem, czy autograf był oryginalny, czy nie, niemniej cena wyznaczona przez sprzedającego była na tyle atrakcyjna, że bez wahania dokonałem zakupu. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że najpierw należało zadzwonić do kumpla gitarzysty i spytać go o opinię…

– Trafiło ci się jak ślepej kurze ziarno – odparł, gdy obejrzał aukcję, zdjęcia gitary i przeczytał informacje. – Rany boskie, za takie śmieszne pieniądze…!

– A to na pewno nie jest chińska podróbka? – spytałem niespokojnie, pamiętając innego znajomego, który okazyjnie kupił kiedyś „stuprocentowo oryginalne” felgi do audi. Felgi rozleciały się po przejechaniu pięciuset kilometrów, jedna z nich zniszczyła nawet płot przy mijanym akurat domu.

– W żadnym wypadku – odparł kategorycznie kumpel. – Gram na takim samym, zdjęcia są w doskonałej rozdzielczości, a fachowiec zwraca uwagę na takie szczegóły, o których laik nie ma zielonego pojęcia. Tu wszystko jest, jak trzeba. Tyle że… hmm…

Groźba zawału serca powróciła.

– Tyle że co? – spytałem nerwowo. – Mów, zanim schowam się w szafie i zmienię nazwisko!

– Po co? – zdziwił się. – Nie, tak myślę, że ten autograf to trzeba jednak sprawdzić. Na tym się nie znam, choć Gilmoura raz w życiu na żywo widziałem. Ale to było podczas koncertu. I na niczym mi się nie podpisał…

– Grałeś z Pink Floyd?!

– Nie, byłem na ich koncercie w Londynie! – roześmiał się. – Autograf musisz sprawdzić u kogoś innego. Są tacy ludzie. Znasz jakiegoś grafo… no, grafomana?

Znałem nawet kilku grafomanów, ale rozumiałem doskonale, że chodzi mu raczej o grafologa. Autograf, co sprawdziłem dzień później, wyglądał na autentyczny.

Taki oto prezent wiózł mi właśnie kurier i zrozumiałe chyba było, że niespodziewanie wczesny powrót syna do domu stanowił pewien problem. Nie chciałem, by zobaczył gitarę przed Wigilią, miał ją znaleźć pod choinką!

Już podnosiłem się z tapczanu, ale Elf, widząc mój ruch, niespodziewanie wlazł mi na brzuch i zapalczywie zaczął lizać mi uszy. Zostałem unieruchomiony.

– Elfie – wykrztusiłem, lekko przyduszony i zdumiony. – Co ty wyrabiasz najlepszego?!

– Dlaczego leżycie u mnie? – spytał w tej samej chwili Młody, stając w drzwiach pokoju.

– Byłem w sklepie, przed chwilą wróciłem, a wtedy on od razu mnie tu zaciągnął – wyjaśniłem, starając się wężowym ruchem wyślizgnąć spod dwudziestu pięciu kilogramów psiej miłości. – Też tego nie rozumiem.

– Prawie rozdeptałem zakupy – rzekł z urazą. – Rozrzuciłeś je po przedpokoju.

– Same się rozrzuciły, gdy Elf mnie ciągnął na tapczan…

– I czuję, że choinka jest? – Młody pociągnął nosem. – Pachnie pięknie! Tak jakoś… lasem, żywicą. Świeża?

– Świeża i piękna – zapewniłem go solennie, powoli wypełzając spod Elfa, co mu się najwyraźniej bardzo nie spodobało.

Zeskoczył ze mnie, popędził do przedpokoju i wrócił z gumowym kółkiem, najwyraźniej zachęcając mnie do zabawy. Co to miało znaczyć?! Zawsze wolał bawić się w dużym pokoju, gdzie mieliśmy do dyspozycji zdecydowanie więcej miejsca…

Młody zniknął mi z oczu, coś tam zaszurało i raptem usłyszałem jego stłumiony okrzyk.

– Co się stało? – spytałem, wstając z kanapy i robiąc krok w stronę drzwi.

Elf, widząc to, złapał znienacka zębami za nogawkę moich spodni i pociągnął mnie z powrotem. To już zdumiało mnie zupełnie: znałem jego chęć do zabawy, ale takie zachowanie było dla niego nietypowe. Szedłem więc dalej, ciągnąc za sobą Elfa uczepionego moich spodni. Nie było to zbyt trudne, jako że jego łapy wspaniale ślizgały się po panelach.

Nie doczekawszy się odpowiedzi Młodego, zatrzymałem się w końcu obok niego w progu dużego pokoju, spojrzałem przed siebie i straciłem mowę, wytrzeszczając oczy.

– Chyba nie skończyłeś składać tej choinki – rzekł w końcu mój syn, kiwając głową z zadumą i chichocząc pod nosem. – W dodatku wygląda na naturalną, ale wnioskuję, że jest sztuczna, bo sporo kawałków leży luzem…

Jęknąłem i ze zgrozą spojrzałem na tego upiornego psa, który w międzyczasie zdążył puścić moją nogawkę i pospiesznie umknął pod biurko. Ułożył się tam wygodnie i patrzył gdzieś w przestrzeń, starannie unikając mojego wzroku.

Choinka była kompletnie ogołocona z gałęzi do wysokości mniej więcej pół metra. Wyżej wyglądała normalnie, ale i tak całość sprawiała teraz dość dziwne wrażenie.

– Za to naprawdę ładnie pachnie! – pocieszył mnie Młody, schylając się i zaczynając zbierać odgryzione gałęzie. – Żywicą chyba, no nie?

– Elfie – rzekłem gorzko, wciąż osłupiały. – Potworze żarłoczny…! Jak ty to zrobiłeś?! Nie było mnie w domu góra dwadzieścia minut!

– Dwadzieścia? – prychnął Młody. – Dziwię się więc, że nie załatwił całej. A w ogóle ciesz się, że jej nie obsikał. Nie co dzień trafia mu się w domu prawdziwe drzewo, ha!

W tym momencie rozległ się sygnał domofonu i nerwowo drgnąłem.

– Kurier… – usłyszałem w słuchawce.

Jęknąłem w panice.

– Kto to? – zainteresował się mój syn z głębi mieszkania.

– Kartofle sprzedają – odparłem bez namysłu, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co mówię.

– O tej porze roku…?!

– Jakieś specjalne – bąknąłem, biorąc do ręki portfel i pospiesznie wkładając buty. – Chyba… chyba z Afryki Południowej. Tam teraz rosną młode. Może akurat będą smaczne?

– Zwariowałeś? – spytał Młody z niebotycznym zdumieniem, wychylając się przez drzwi i patrząc na mnie dziwnym wzrokiem. – Idziesz kupić południowoafrykańskie kartofle?

– Dodają bombki gratis…! – wypaliłem z rozpaczą i pognałem po schodach, nie oglądając się za siebie.

Wróciłem do domu kwadrans później, mając za sobą wizytę u zaskoczonego sąsiada i złożenie u niego ogromnej paki z fenderem. Potem zaliczyłem galop do warzywniaka i zakup dwóch kilogramów pozornie niepotrzebnych ziemniaków. Po drodze zahaczyłem jeszcze o świąteczny stragan przed marketem i nabyłem pierwsze z brzegu bombki, po czym, okropnie zdyszany, wpadłem do domu.

– Co tak długo? – spytał Młody podejrzliwie, upychając ostatnie gałęzie w gigantycznym foliowym worze na śmieci.

– Za duży wybór mieli – odparłem, zdejmując buty. – Nie mogłem się zdecydować, które wziąć.

– Ziemniaki…?

– Bombki – mruknąłem, wyciągając z torby przeklęte bombki oraz okropnego, plastikowego aniołka dzierżącego w dłoniach gwiazdę. – A aniołek pójdzie na czubek choinki.

– Po moim trupie! – Młodego aż zatchnęło na widok białego koszmarka. Odebrał mi go stanowczo, zaniósł do kuchni i wyrzucił do kosza. – Na czubek pójdzie gwiazdka od babci Halinki, ta, którą zakładamy co roku… Po co wziąłeś tego aniołka?!

– Dodali gratisowo do bombek. – Akurat to było prawdą.

Spojrzał na mnie dziwnie, popukał się wymownie w czoło, po czym – burcząc coś o moim braku gustu i staczaniu się na dno drabiny społecznej – stanął w drzwiach pokoju i machnął ręką.

– Naprawiłem choinkę – sapnął, najwyraźniej niezwykle z siebie zadowolony. – No, popatrz w końcu…!

Jak się okazało, ostatni kwadrans dla niego też był pracowity. Choinka została skrócona o obgryziony kawałek pnia i teraz – o pół metra niższa – całkiem ładnie wyglądała, włożona z powrotem do specjalnego stojaka z wodą. Pokiwałem głową z uznaniem.

– Choinka bonzai – zawyrokowałem, zacierając dłonie. – To co, ubierzemy ją?

– Ja to zrobię – rzekł pospiesznie, patrząc na mnie podejrzliwie. – Ty jesteś dziś jakiś dziwny i boję się, że ubierzesz ją… sam nie wiem jak. W dres, szlafrok albo w ogóle założysz jej bieliznę. Idź piec chleb, obiecałeś, że upieczesz, tak?

Ogłuszony nieco wizją choinki w biustonoszu lub bokserkach, posłusznie poszedłem do kuchni. Za mną podreptał Elf, z lubością wyciągając nochal w kierunku stołu. Na ten widok złapałem się za głowę.

– Śledzie! – jęknąłem boleśnie. – Zapomniałem o nich, chyba wymoczyły się na śmierć…!

– Jeśli moczyłeś w occie żywe śledzie, to ja już nie mam słów – dobiegło z pokoju. – Postaw nad nimi swojego pięknego aniołka, będzie jak znalazł…

Przypisy

* ELF (ang. Extraordinary Life Form) – Bardzo niezwykła forma życia.