Elf i skarb wuja Leona - Marcin Pałasz - ebook + książka

Elf i skarb wuja Leona ebook

Marcin Pałasz

4,7

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Elf to pies, którego pokochała cała Polska. W każdym tomie swoich przygód pies wraz ze Swoimi natykają się w kryminalno-detektywistyczną zagadkę i otwierają śledztwo.

W tej części przygód Elf ze swoimi poszukują testamentu wuja Leona. Co odkrywają jakąś skrytkę, to jest w niej liścik: „A kuku, szukajcie dalej, pacany”. Nikogo jednak nie śmieszą te żarty starszego pana – jeśli nie znajdą testamentu do piątku, pieniądze na schronisko dla zwierząt przepadną.

Przeczytajcie o emocjonujących poszukiwaniach Dużego, Młodego i Elfa, psa o gołębim sercu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Marcin Pałasz

Elf i skarb wuja Leona

Ilustracje: Kasia Kołodziej

Strona redakcyjna

Marcin Pałasz

Elf i skarb wuja Leona

© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Katarzyna Kołodziej

Korekta: Lidia Kowalczyk, Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie II w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-488-1

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected].pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Tego jeszcze nie było

Cześć!

Mam na imię Elf [1], jestem psem i od ponad roku wychowuję moich ludzi. To właśnie oni zabrali mnie z takiego miejsca, które nazywa się „schronisko”, i zamieszkałem razem z nimi w ich domu. Od tej pory ich wychowuję, chociaż – nie wiedzieć czemu – czasem twierdzą, że to oni wychowują mnie. Mnie! Ha, dobre sobie!

To ja ich nauczyłem, że na spacer wychodzi się co najmniej trzy razy dziennie. I to nie na piętnaście minut dookoła bloku, ale na chociaż godzinę za jednym razem! Myślę, że dzięki mnie moi ludzie – czyli Duży i Młody – nabrali trochę kondycji. Zwłaszcza Duży. Na samym początku sapał, gdy wchodziliśmy na nasze drugie piętro. Teraz już nie sapie, a nawet wbiega po dwa schodki naraz. Ja tak nie umiem, kurczę.

Nauczyłem ich też, że pies (czyli ja!) potrzebuje dobrego jedzenia. Chociaż wczoraj to Duży zrobił mi tak niemiłą niespodziankę, że ojoj. Czegoś takiego się po nim nie spodziewałem.

Bo wiecie, on czasem wyjeżdża na te swoje „spotkania”. Z jakimiś czytelnikami. Nie wiem, kim oni są, ale mam nadzieję, że kiedyś ich poznam. Należy mi się to jak psu kość! Chodzi o to, że ja okropnie tęsknię za tym moim Dużym, gdy go z nami nie ma. Tak to już jest, że pies wybiera sobie z rodziny jednego człowieka jako Tego Najważniejszego, rozumiecie? Inni też są ważni, ale ten jeden jest najważniejszy. I za nim najbardziej się tęskni. Jakoś tak się stało, że po przyjeździe ze schroniska najbardziej pokochałem Dużego. Wprost do niemożliwości! I sami powiedzcie: jakim cudem właśnie on zrobił mi tak okropną rzecz, w dodatku tuż po przyjeździe ze swojego kolejnego wyjazdu na „spotkania”?!

A było tak: Duży wrócił, postawił te wszystkie ogromniaste torby w przedpokoju, a do tego kilka reklamówek. Jedna z nich pachniała wyjątkowo apetycznie, no ale najpierw trzeba było się przywitać, prawda? Przyniosłem mu wszystkie ukochane zabawki, potem przewróciłem go na kanapę i solidnie poprawiłem mu fryzurę jęzorem. Młody tarzał się razem z nami, ale nie merdał. Zawsze mi go szkoda, wiecie? Bo nosem czuję, że Młody też się cieszy, gdy Duży wraca do domu z tych swoich wyjazdów, no ale nie ma jak tego okazać. Głupio tak żyć bez ogona, prawda? Niby mógłby Dużemu też wylizać fryzurę, ale ludzkie języki są dużo krótsze niż psie, więc może dlatego tego nie robi. Biedni są ci ludzie, ech...

No a potem, gdy już było po powitaniu, poszedłem sprawdzić te reklamówki. Wyszedłem z założenia, że jeśli po powrocie w jednej z nich jest coś tak oszałamiająco pięknie pachnącego, to na pewno jest to dla mnie. Bo przecież Duży mnie kocha, prawda? Więc zjadłem to dość szybko, tak na wszelki wypadek. Następnego dnia rano poszliśmy jak zwykle na spacer, a niedługo później na trawniku zaczęła mnie gonić MOJA WŁASNA KUPA...!!!

Zrobiłem kupę i chciałem sobie pójść, ale od razu poczułem, że coś jest nie w porządku. Kupa szła za mną, złowrogo przemykając w trawie. Zdenerwowałem się i zacząłem iść szybciej, ale kupa nadążała bez problemu. To było okropne! W końcu w panice zacząłem biec, ale kupa mnie goniła, podskakując!!! A ten potwór – Duży, zamiast mi pomóc i jakoś zamordować tę straszliwą kupę, po prostu się śmiał! Usiadł na trawie i śmiał się tak, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej!

Nigdy mu tego nie wybaczę.

Chyba.

Tego jeszcze nie było – część druga

– Sam sobie wziął i pojechał – burczał pod nosem Młody, ustawiając w lodówce słoiki z przetworami domowej roboty, które przywiozłem z podróży. – Od Międzyzdrojów po Gdańsk jeździł sobie bez nas, widzisz, Elfie? Ty się poważnie zastanów, czy on naprawdę nas kocha...

– Zdaje się, że gdy ostatni raz wspólnie byliśmy nad morzem, ukradziono pensjonat, w którym mieliśmy mieszkać – zauważyłem z lekką melancholią. – No a Elf prawie stracił wtedy życie. Nie mów tylko, że tęsknisz za takimi wrażeniami?

Pies leżący u naszych stóp zamerdał uprzejmie, gdy w rozmowie padło jego imię. Jednakże nie odrywał wzroku od wnętrza lodówki, stojącej teraz otworem.

– Skąd ty to wszystko wziąłeś? – zdziwił się Młody, wyciągając z torby podróżnej kolejne dwa słoiki. – I co to w ogóle jest, to coś?

Zerknąłem i uśmiechnąłem się błogo.

– Marynowana papryka – oświadczyłem z dumą. – W jednej z bibliotek pracuje przesympatyczna pani, której w tym roku wszystko wyjątkowo obrodziło w ogrodzie. No i dostaliśmy prezenty. I pozdrowienia dla ciebie. I dla Elfa też! Mamy jeszcze zielone pomidory, trzeba z nimi coś zrobić.

– Też marynowane?

– Nie, surowe. Możemy je przyrządzić tak jak w tytule tamtej książki, pamiętasz?

– Smażone zielone?

– Właśnie! – zatarłem ręce. – Ale to jutro. Słuchaj, widziałeś gdzieś kabanosy?

– Marynowane?!

– Zwariowałeś? – popukałem się w czoło. – Normalne, wędzone. Przepyszne, mówię ci! Kupiłem przed samym wyjazdem z Gdańska w takim małym sklepie z ekologiczną żywnością. Suche, chrupiące, przewiązane sznureczkiem... Niebo w gębie!

– Nie widziałem – Młodemu rozbłysły oczy, bo dobre kabanosy cenił chyba tak samo, jak ja. – Gdzie są?

– Przecież właśnie o to pytam... Były w którejś reklamówce.

– Nie były – oświadczył kategorycznie. – Może zostawiłeś w aucie?

– Niemożliwe, wziąłem wszystko!

Coś mnie tknęło. Chwilę przebierałem w stosie reklamówek na podłodze i w końcu znalazłem jedną pustą, z logo owego ekologicznego sklepu.

– Tu były – rzekłem, spoglądając na syna podejrzliwie. – Tylko nie mów, że sam wszystkie zeżarłeś!

Spojrzał na mnie z takim wyrzutem, że od razu pożałowałem swoich słów.

– Może jestem żarłoczny ponad miarę – zaczął ponuro – ale na pewno nigdy bym...

– Dobrze już, przepraszam – przerwałem mu ze skruchą. – W takim razie gdzie są te przeklęte kabanosy?

Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, a potem obaj jednocześnie spojrzeliśmy w dół. Psia fizjonomia wyrażała absolutną niewinność. Elf uniósł wzrok, przejmie zamerdał ogonem, po czym wstał i podejrzanie szybko oddalił się do pokoju, gdzie grzecznie położył się na swoim legowisku.

– No to już wiemy, gdzie podziały się nasze kabanosy – westchnąłem i zacząłem zbierać z podłogi puste reklamówki. – Mam tylko nadzieję, że mu nie zaszkodzą.

– Włóż te reklamówki do jednej – rzekł Młody ponuro, zerkając w stronę pokoju. – Wrzucę je do pojemnika na plastik, gdy wieczorem pójdę z nim na spacer... Ty, słuchaj! Ale ten nasz wspólny wyjazd jest aktualny, tak?

Zmęczony podróżą i wytrącony nieco z równowagi nagłą utratą kabanosów nie od razu skojarzyłem, o czym mówi mój syn.

– Dokąd...? – spytałem niepewnie. – Jaki znowu wyjazd?

– Odwołany? – przeraził się Młody, zamierając z ostatnim słoikiem marynowanej papryki w dłoni. – No jak to jaki? Tamten, na te twoje spotkania i odczytanie testamentu!

To mnie lekko otrzeźwiło.

– Ależ oczywiście, że aktualny! – uspokoiłem go pospiesznie. – Jedziemy za dwa dni, tak jak było w planie.

Młody zastygł w dziwnej pozycji, wpatrzony we wnętrze lodówki.

– Jeszcze nigdy nie byłem świadkiem publicznego, uroczystego odczytania czyjegoś testamentu – oznajmił rozmarzony. – To jak w filmach, no nie? Będzie ten, no... notariusz, tak?

– Notariusz – kiwnąłem głową. – A teraz zamknij wreszcie tę lodówkę, bo lada chwila wyzionie ducha, a że jest całkiem nowa, to byłoby trochę szkoda...

Kolejną podróż mieliśmy już odbyć wspólnie – Elf, Młody i ja. Kilka miesięcy temu dostałem zaproszenie na serię czterech sierpniowych spotkań z młodymi czytelnikami w okolicach Konina, co mnie bardzo ucieszyło: ekipę z tamtejszej biblioteki znałem doskonale, zaś nocować mieliśmy nie w kolejnym bezdusznym hotelu, tylko w dużym, pięknym domu w Krepinie, który dyrektorka tamtejszej biblioteki odziedziczyła niedawno po swoim wuju.

– Ale tego domu już jej nie zabiorą, tak? – upewnił się Młody, podnosząc się z kucek i zamykając drzwi lodówki. – Bo to głupio by trochę było, przyjechać na miejsce i nie mieć gdzie mieszkać...

– Nie zabiorą – roześmiałem się, włączając czajnik bezprzewodowy. – Ten testament w ogóle składał się z dwóch części: pierwsza z nich, taka ogólna, została odczytana tuż po śmierci tego wuja. Pani Małgosia była jego jedyną żyjącą krewną i dostała dom, w którym wuj mieszkał do końca życia. Duży, piękny dom, naprawdę okazały...

– A druga część testamentu?

Zamyśliłem się, bo i mnie ta sprawa intrygowała.

– Druga część testamentu ma zostać odczytana dokładnie dwudziestego trzeciego sierpnia w samo południe – oznajmiłem, unosząc brwi. – I nikt nie ma zielonego pojęcia, co zawiera. Z tego powodu będziemy tam nie tylko my i pani Małgosia z rodziną, ale także paru krewnych...

– Mówiłeś, że z rodziny wuja żyje tylko ona ?

– Członków rodziny jej męża – poprawiłem się. – Przyjadą tam albo już są. Może mają nadzieję coś dostać, a może są po prostu ciekawi? Nie wiem. Tak czy inaczej, ten cały dom... a w zasadzie pałac, kurczę – jest naprawdę przepiękny, słowo daję!

– Widziałeś go?

– Tylko na zdjęciach – uniosłem dłoń. – Na żywo zobaczymy go razem. Ale i na zdjęciach robi wrażenie. Wuj w ogóle podobno był dość ekscentryczną postacią i miał bardzo ciekawe życie. Służył w Legii Cudzoziemskiej, wyobrażasz to sobie?

– Kiedyś czytałem coś o Legii Cudzoziemskiej – rzekł Młody niepewnie. – To taka prywatna armia do wynajęcia, tak?

Zmarszczyłem brwi.

– Teraz nie całkiem tak to wygląda – odparłem w końcu, drapiąc się po głowie. – Ale kiedyś i owszem. W ogóle legia ma długą tradycję, piękny kodeks honorowy... co nie zmienia faktu, że dawniej znajdowały w niej schronienie różne podejrzane typy, którym palił się pod nogami grunt w ich ojczystych krajach. Jasne, że nie była to reguła, a wyjątki; teraz jednak podobno legia przykłada bardzo dużą wagę do pozytywnej weryfikacji jej nowych członków. Więc ten wuj Leon...

– Tak miał na imię? – przerwał mi Młody z niedowierzaniem, odwracając się od kubków z herbatą, które właśnie zalał wrzątkiem. – Leon? Naprawdę?

– A co w tym dziwnego? – zdumiałem się. – Piękne, stare imię. I wcale nie tak zapomniane, bo całkiem niedawno podpisywałem książkę dla jednego Leona. Który wcale nie miał dziewięćdziesięciu, a tylko dziewięć lat!

– Podpisywałeś też jednemu Dżejsonowi – mruknął Młody kąśliwie, chichocząc pod nosem. – Gdybyś dał mi na imię Dżejson, chyba wytoczyłbym ci proces po osiągnięciu pełnoletności.

– I dlatego masz na imię Tomasz, a nie Dżejson – odparłem z humorem. – Bo wiesz, tak naprawdę chciałem dać ci na imię Dżastin, ale przeraziła mnie wizja odszkodowania, które musiałbym ci kiedyś zapłacić...

Gdy skończyliśmy się śmiać, jeszcze chwilę pogadaliśmy o wszystkim i o niczym, potem Młody poszedł na wieczorny spacer z Elfem, a ja wreszcie się porządnie wyspałem.

Następnego dnia, podczas porannego spaceru, okazało się, że sznureczek po kabanosach sprawił Elfowi pewne problemy. Mianowicie psiak się załatwił na trawniku, ja już podchodziłem z woreczkiem na odchody, gdy wtem Elf zamarł. Podejrzliwie obejrzał się za siebie i zrobił dwa kroki do przodu. Wtedy dostrzegłem, że za nim, w trawie, też się coś porusza. Przyjrzałem się uważniej i ze zdumieniem ujrzałem... jego własną kupę, która posłusznie podążała w ślad za psem na czymś, co po chwili rozpoznałem jako ów nieszczęsny kabanosowy sznureczek. Jego jeden koniec tkwił w kupie, a drugi w Elfie. Co pies zrobił krok, kupa pełzła za nim...

Śmiałem się tak, że aż poczułem się w końcu winny, podczas gdy mój biedny pies uciekał przed goniącą go Straszliwą Kupą, skamląc i popiskując. W końcu opanowałem się i pomogłem biednemu Elfowi, choć – już po wszystkim – spojrzał na mnie dziwnie ponuro, prychnął i demonstracyjnie poszedł obwąchiwać pobliskie krzewy.

Ot, psia (nie)wdzięczność...!

[1] ELF (ang. Extraordinary Life Form) – Bardzo niezwykła forma życia.

Łukaszowi z Las Węglas