Auschwitz przed sądem - Langbein Hermann - ebook + książka

Auschwitz przed sądem ebook

Langbein Hermann

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna Galeria Książki w Oświęcimiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 1536

Rok wydania: 2011

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

AUSCHWITZ

PRZED SĄDEM

 

To, że udało mi się zgromadzić tę dokumentację, zawdzięczam bezinteresownej, bezustannej pomocy Pani Hedwig Urban z Frankfurtu, ale przede wszystkim mojej ukochanej Żonie Loisi.

H.L.

 

INSTYTUT PAMIĘCI NARODOWEJ - KOMISJA ŚCIGANIA ZBRODNI PRZECIWKO NARODOWI POLSKIEMUPAŃSTWOWE MUZEUM AUSCHWITZ-BIRKENAU

VIA NOVA

 

HERMANN LANGBEIN

 

AUSCHWITZ

PRZED SĄDEM

 

PROCES WE FRANKFURCIE NAD MENEM 1963-1965

DOKUMENTACJA

 

z niemieckiego przełożył Viktor Grotowiczprzedmową opatrzył Witold Kulesza

 

 

WROCŁAW-WARSZAWA-OŚWIĘCIM 2011

 

Tytuł oryginału

Der Auschwitz-Prozeß. Eine Dokumentation

 

Recenzjadr Maria Wardzyńskadr Andrzej Żbikowski

 

Redakcja językowaPaweł KlintJadwiga Pinderska-Lech

 

Redaktor prowadzący

Aneta Muszel

 

Korekta

Maria Aleksandrow

 

Projekt okładki

Krzysztof Findziński

 

Indeks osobowyJoanna PrzybyłaGabriela Nikliborc

 

Skład i łamanieKrzysztof SiwiecMarcin Koc (okładka)

 

Redakcja technicznaAndrzej Broniak

 

Druk i oprawa

LEGRA Sp. z o.o.

 

© 1995 Büchergilde Gutenberg, Frankfurt am MainAll rights reserved

© Copyright for the Polish edition and Polish translation by Via Nova,Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau and Instytut Pamięci Narodowej- Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu,Wrocław-Oświęcim-Warszawa 2011

 

Tłumaczenie książki zostało dofinansowane przez the Goethe-Institutze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec

Wszystkie fotografie i plany prezentowane w książce pochodzą ze zbiorówPaństwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau

 

Na czwartej stronie okładki zdjęcie obozowe Hermanna Langbeina z 1942 r.

 

ISBN 978-83-60544-76-1, www.vianova.pl

ISBN 978-83-7704-022-5, www.auschwitz.org

ISBN 978-83-7629-268-7, www.ipn.gov.pl

 

 

Spis treści

 

Przedmowa do polskiego wydania

Nota edytorska

Wspomnienie o Hermannie Langbeinie

 

Przedmowa do nowego wydania

Wprowadzenie

Początki procesu

Przebieg procesu

Obóz koncentracyjny Auschwitz

„Ostateczne rozwiązanie”

Obozy specjalne

Więźniowie w Auschwitz

SS w Auschwitz

Komendantura

Robert Mulka

Karl Höcker

Kierownictwo obozu

Franz Hofmann

Oswald Kaduk

Stefan Baretzki

Politische Abteilung

Bunkier

Wilhelm Boger

Hans Stark

Grupa Bandery

Klaus Dylewski

Pery Broad

Bruno Schlage

Johann Schobert

Biuro lekarza garnizonowego SS

Szpital dla więźniów

Doktor Franz Lucas

Doktor Viktor Capesius

Doktor Willi Frank

Doktor Willi Schatz

Josef Klehr

Herbert Scherpe

Emil Hantl

Arthur Breitwieser

Emil Bednarek

Stan wyższej konieczności wywołany rozkazem

Oględziny miejsca zdarzenia w Auschwitz

Czy wpływano na świadków?

Wyrok

Uwagi końcowe

Aneks

Plany obozu Auschwitz

Fotografie

Uczestnicy procesu

Kalendarium procesu oraz dane osobowe świadków

Inne postępowania w sprawie Auschwitz

Słownik nazw i instytucji niemieckich oraz terminów obozowych

Wykaz skrótów

Indeks osobowy

Przedmowa do polskiego wydania

 

I. Wiele powodów sprawia, że opublikowanie współcześnie w Polsce dokumentacji procesu 21 esesmanów i jednego więźnia funkcyjnego (kapo) z Auschwitz1, który toczył się od 20 grudnia 1963 do 20 sierpnia 1965 r. w sali plenarnej Ratusza we Frankfurcie nad Menem, należy uznać za wydarzenie o doniosłym znaczeniu historycznym i prawnym. Czytelnik zapoznający się z relacjami ocalałych, którzy jako świadkowie złożyli swe zeznania w tym procesie, zrozumie w pełni sens zasady nieprzedawnienia ludobójstwa dokonanego w imię realizacji ideologii narodowosocjalistycznej, albowiem w świetle tego, co powiedzieli oni przed sądem, nikt nie pozostanie obojętny. W XXI w. nie może ulec przedawnieniu prawda o tej najcięższej postaci zbrodni przeciwko ludzkości, jej ofiarach i sprawcach, ponieważ jest ona częścią historii cywilizacji i jej kultury prawnej. Tom ten zawiera najcenniejszą część postępowania dowodowego, a przy jego lekturze niejednokrotnie współczesny Czytelnik będzie wstrząśnięty relacjami naocznych świadków odtwarzających swe obozowe przeżycia z miejsca, w którym dziś znajduje się Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. W tym sensie dokumentacja ta może stanowić swego rodzaju przewodnik po obozie, niezwykły, wstrząsający i szczególnie wartościowy, bo złożony z relacji świadków zeznających pod przysięgą.

Publikacja obrazująca przebieg frankfurckiego procesu daje także asumpt do pamiętania o realiach historycznych i prawnych, w jakich podjęto w Niemczech próbę dokonania osądu zbrodni popełnionych przez niemieckich sprawców na terytorium Polski okupowanym przez III Rzeszę. Działaniu dziejowej Nemezis przypisać należy, że publikacja zawierająca relacje ocalałych zbiega się w czasie z - historycznie rzecz ujmując - ostatnią próbą, którą właśnie z końcem 2011 r. podejmują niemieckie organy ścigania z Centralnym Ośrodkiem Krajowych Zarządów Wymiaru Sprawiedliwości dla Wyjaśnienia Przestępstw Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu (w polskim piśmiennictwie nazwanego w skrócie Centralą w Ludwigsburgu) na czele, przeprowadzenia osądu sprawców winnych brania udziału w ludobójstwie. Za podstawę ich odpowiedzialności przyjmuje się założenie, iż zbrodnicze zachowanie, które powinno podlegać ukaraniu, polegało na samym tylko, dającym się udowodnić, pełnieniu przez sprawcę służby strażnika w obozie zagłady - gdzie podział zadań warunkował realizację celu działania całej struktury organizacyjnej nastawionej na eksterminację tzw. podludzi, jak określiła ich ideologia narodowosocjalistyczna - choćby nie zostało dowiedzione własnoręczne dokonywanie przezeń morderstw2.

Ukazanie niemieckiemu społeczeństwu, jak funkcjonowała struktura Auschwitz, było zamiarem prokuratorów, którzy opracowali pierwszy, kompleksowo oddający wszystkie aspekty działania mechanizmu ludobójstwa akt oskarżenia, stanowiący podstawę do procesu.

Poniższe uwagi wstępne do tej publikacji mają na celu dostarczenie Czytelnikowi syntetycznie ujętych informacji, które mogą być przydatne w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania nasuwające się przy lekturze zapisu przebiegu procesu, a co przewodniczący sądu Hans Hofmeyer określił w uzasadnieniu wyroku jako piekło, które jest nie do pomyślenia dla normalnego umysłu i do opisu którego brakuje słów”.

Hermann Langbein w przedmowie do nowego wydania dokumentacji procesu (1994 r.) nazywał go „wielkim procesem oświęcimskim” i traktował jako pierwszy. Określenia te mają swe uzasadnienie, pomimo że nie wynikają z chronologii postępowań sądowych, których przedmiotem było ludobójstwo dokonane w Auschwitz. Ukazanie, choćby tylko w zarysie, aspektu prawnego frankfurckiego procesu (o którym autor pisze, że „nie ma już dzisiaj prawie żadnego znaczenia”) wydaje się jednakże niezbędne dla zrozumienia właściwego sensu sformułowania, że w Niemczech był to właśnie „pierwszy wielki proces oświęcimski”3.

II. Pierwszym wielkim procesem, który ukazał światowej opinii publicznej zbrodnie popełnione w imię realizacji ideologii narodowosocjalistycznej, było postępowanie przeciwko 22 najwyższym funkcjonariuszom III Rzeszy przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. W 108. dniu tego procesu (15 kwietnia 1946 r.) złożył zeznania jako świadek Rudolf Höss - komendant obozu w Oświęcimiu, który przedstawił w następujący sposób okoliczności rozbudowy obozu koncentracyjnego dla polskich więźniów politycznych założonego na podstawie rozkazu Heinricha Himmlera z końca kwietnia 1940 r.4: „W lecie 1941 r. zostałem wezwany do Berlina do Reichsführera SS Himmlera, który miał mi osobiście dać pewne zlecenia. Powiedział mi mniej więcej - nie pamiętam dokładnie słów - że Führer wydał rozkaz definitywnego rozwiązania sprawy żydowskiej. My, SS, mamy ten rozkaz wykonać. Gdyby nie został wykonany teraz, Żydzi zniszczyliby później naród niemiecki. Wybraliśmy Oświęcim, ponieważ miał on dobre połączenia kolejowe oraz ponieważ można tam było łatwo zbudować duży, dobrze izolowany obóz”5. Dalej potwierdził swą wcześniej złożoną relację o zastosowaniu cyklonu B, wrzucanego w postaci kryształków do komór gazowych, z których każda, zbudowana w Brzezince, „mieściła 2000 ludzi na raz (wystarczyło 3 do 15 minut, by zabić ludzi... Orientowaliśmy się co do tego, czy ludzie ci byli martwi, po tym, że ustawały krzyki; zwykle czekaliśmy pół godziny)”, i o zdejmowaniu pierścionków oraz wyrywaniu złotych zębów ze szczęk trupów przed ich spaleniem w krematoriach. Opisał również selekcję na rampie przeprowadzaną przez dwóch lekarzy SS „pod kątem widzenia zdolności do pracy” - zdolni do pracy odsyłani byli „do Oświęcimia lub obozu w Brzezince, a niezdolnych do pracy zabierano [...] do nowo zbudowanych krematoriów”, przy czym: „Małe dzieci były zgładzane z reguły, gdyż były za młode, by pracować”. Podkreślił, że „w Oświęcimiu stosowaliśmy lepszą politykę [niż w Treblince], dążąc do zwodzenia ofiar, że mają przejść odwszenie” lub „udać się do natrysku”. Każda seria transportów Żydów z Niemiec, Holandii, Francji, Belgii, Polski, Węgier, Czechosłowacji, Grecji i innych krajów, w których przeprowadzano „w nieregularnych odstępach czasu pewne akcje, tak że nie można mówić o stałym dopływie”, trwała cztery do sześciu tygodni i złożona była z dwóch do trzech pociągów dziennie, a „każdy z tych pociągów obejmował około dwóch tysięcy ludzi”. Potwierdził także, że ludzi kierowanych bezpośrednio do komór gazowych nie rejestrowano, a znaczna część więźniów zarejestrowanych zginęła z wycieńczenia i chorób i że zagazowano, a następnie spalono, także rosyjskich jeńców wojennych. Świadek Höss mówił również o „eksperymentach lekarskich” w kierowanym przez siebie obozie, natomiast - jak to określił - „tak zwane maltretowania i torturowania więźniów w obozach koncentracyjnych” przez esesmanów („oczywiście trafiali się między nimi ludzie, którzy maltretowali więźniów”) nie były przez niego tolerowane: „Gdy tylko dowiedziałem się o czymś podobnym, sprawcę oczywiście natychmiast zwalniano lub przenoszono na inne stanowisko”. Dodał, że znęcania nad współwięźniami dopuszczali się dozorcy (kapo): „Zdarzały się oczywiście częste wypadki znęcania się, których nie dało się uniknąć, ponieważ w nocy wewnątrz obozu nie było niemal wcale esesmanów”6. Słuchając zeznań Hössa, obecni na sali sądowej mieli jednakże w pamięci relacje naocznych świadków o tym, że maltretowanie więźniów rozpoczynało się w obozie od świtu, w czasie apelu, a w ciągu dnia miały miejsce sceny, których opis powodował, że na długie minuty zapadała cisza, jakby słuchacze potrzebowali czasu, by upewnić się, czy zrozumieli to, co zostało przez zeznających powiedziane. Tak było m.in. wtedy, gdy polska świadek Seweryna Szmaglewska mówiła o tym, co spotykało dzieci przywożone do Auschwitz lub w nim urodzone7, a francuska więźniarka Marie-Claude Vaillant-Couturier opisywała losy kobiet w obozie8.

Celem postępowania dowodowego przed Trybunałem Norymberskim było ukazanie Auschwitz jako elementu w całym zbrodniczym systemie, którego najwyżsi funkcjonariusze zasiedli na ławie oskarżonych, ponieważ: „kierowali przemyślanym i systematycznym ludobójstwem (genocide), tj. eksterminacją grup rasowych i narodowych, dokonanym na ludności cywilnej, na czasowo okupowanych terytoriach w celu wyniszczenia określonych ras i klas ludzkich oraz grup narodowych, rasowych i religijnych, w szczególności Żydów, Polaków, Cyganów i innych”9. Dlatego też nie koncentrowano się w tym procesie na ustalaniu odpowiedzialności wykonawców zbrodni, nieobjętych aktem oskarżenia, co do których zakładano, że toczą się lub zostaną przeciwko nim przeprowadzone odrębne postępowania karne. Chodziło bowiem o ukazanie postaci i rozmiarów zbrodni podlegających jurysdykcji Trybunału Norymberskiego. Zakres władzy sądowniczej Międzynarodowego Trybunału Wojskowego został określony w art. VI jego statutu stanowiącego załącznik do porozumienia rządów Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Republiki Francuskiej i Związku Sowieckiego zawartego w Londynie 8 sierpnia 1945 r. To, czego dokonano w Auschwitz, stanowiło w rozumieniu art. VI c statutu „zbrodnie przeciwko ludzkości, a mianowicie morderstwa, wytępienie, obracanie ludzi w niewolników, deportacja i inne czyny nieludzkie, których dopuszczono się przeciwko jakiejkolwiek ludności cywilnej, przed wojną lub podczas niej, albo prześladowania ze względów politycznych, rasowych lub religijnych przy popełnianiu jakiejkolwiek zbrodni wchodzącej w zakres kompetencji Trybunału lub w związku z nią, niezależnie od tego, czy było to zgodne, czy też stało w sprzeczności z prawem kraju, w którym zbrodni dokonano”. Odrębnymi kategoriami zbrodni, do których osądzenia został powołany Trybunał, były zbrodnie przeciw pokojowi (art. VI a) oraz zbrodnie wojenne (art. VI b). Postępowanie dowodowe w procesie norymberskim opierało się głównie na tysiącach dokumentów, wśród których w odniesieniu do Auschwitz przedstawiono m.in. rachunki za dostarczanie do tego obozu setkami kilogramów cyklonu B, a także pisma w sprawie zbrodniczych „eksperymentów medycznych”. Rozmiary zbrodni ujawniane w ten sposób były tak wielkie, że przesłuchania świadków czyniłyby proces tak rozciągniętym w czasie, że nie byłoby możliwe określenie jego zakończenia. Dlatego też na sali sądowej zostało przesłuchanych tylko 94 świadków (33 oskarżenia i 61 obrony).

Jako chronologicznie drugi i wielki proces, w którym szczegółowo ukazano całokształt funkcjonowania Auschwitz, wskazać należy proces przeprowadzony przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie, w dniach od 11 marca do 2 kwietnia 1947 r., w którym oskarżonym był sam komendant obozu Rudolf Höss. Trzecim procesem, także w pełni zasługującym na określenie wielki, był proces 40 członków załogi tego obozu Auschwitz. Odbył się on przed tym samym Trybunałem orzekającym w Krakowie w dniach od 25 listopada do 22 grudnia 1947 r.10 Oba te procesy opierały się na tym samym, olbrzymim materiale dowodowym, który na polecenie Głównej Komisji gromadziła od kwietnia 1945 r. jej Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Krakowie, działająca pod przewodnictwem Jana Sehna. To on określił generalne założenie, według którego podstawą do aktu oskarżenia i osądzenia organizatorów i wykonawców ludobójstwa dokonanego w Auschwitz miały być zgromadzone i utrwalone dowody, setki zeznań ocalonych i innych świadków, szczegółowe oględziny całego terenu obozu, baraków, komór gazowych, krematoriów, dołów spaleniskowych i wszystkich innych urządzeń, a także obszerne opinie biegłych, dokładnie i szczegółowo opisujących etapy rozbudowy i funkcjonowanie maszynerii zagłady, jak również wszystkie zachowane dokumenty. Przed trybunałem złożyło zeznania 219 świadków, a 9 biegłych przedstawiło swoje opinie, pozwalające na zrozumienie tego wszystkiego, co zawierały akta liczące około 15 tys. kart, ukazujące wzajemne związki między udokumentowanymi rezultatami działania obozu i czynami oskarżonych.

Osądzenie Hössa w odrębnym procesie w Warszawie ukazywało dobitnie, że za zamordowanie setek tysięcy ofiar ponosi prawnokarną odpowiedzialność ten, kto nikogo własnoręcznie nie zabił, lecz będąc narzędziem zbrodniczego systemu, kierował całą strukturą organizacyjną Auschwitz. Jak przedstawiło oskarżenie Trybunałowi, chodziło o to, żeby postępowanie sądowe, w którym oskarżonym był Höss, nie stało się typowym procesem kryminalnym w tym sensie, że masowemu mordercy udowadniano by każde przypisane mu odrębnie uśmiercenie człowieka i ustalano by jego indywidualną winę w odniesieniu do każdego z zabójstw dokonanych w kierowanym przez niego obozie.

Krakowski proces 40 esesmanów z Auschwitz, w tym następcy Hössa na stanowisku komendanta obozu, Artura Liebehenschela, ukazał szczegółowo dzień powszedni obozu zagłady, w którym systematycznie zabijano ludzi, głodząc ich, męcząc fizycznie i psychicznie, przemysłowo cyklonem B, a także wysyłając na śmierć lub strzelając z broni palnej, torturując, bijąc, wstrzykując zastrzyki fenolu, dokonując pseudomedycznych eksperymentów, co sprawiało, że „po raz drugi w ciągu kilku miesięcy przesunęło się przez salę Trybunału straszliwe widmo obozu oświęcimskiego”11.

Höss - zarówno jako świadek w procesie norymberskim, jak też jako oskarżony w procesie warszawskim - potwierdzał wszystko to, co ukazywało funkcjonowanie kierowanego przezeń obozu. Często zwracał się do sądu, by prostować szczegóły przedstawiane w toku postępowania dowodowego, jego zdaniem, w sposób odbiegający od rzeczywistości, także takie, które nie rzutowały na jego odpowiedzialność. Natomiast podwładni Hössa w procesie krakowskim starali się wykazywać, że to on jako komendant ponosił odpowiedzialność za wszystkie najcięższe zbrodnie, oni sami zaś tylko za wypadki pobicia więźniów oraz ich znieważania i prosili, by za czyny te wymierzono im łagodną karę.

Podstawę prawną oskarżenia i wyroków zapadłych w tych procesach stanowił Dekret PKWN z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego12, którego art. 1 pkt 1 głosił, że podlega karze śmierci ten, kto idąc na rękę władzy państwa niemieckiego lub z nim sprzymierzonego, brał udział w dokonywaniu zabójstw osób spośród ludności cywilnej albo osób wojskowych lub jeńców wojennych. Przez pojęcie „brania udziału w dokonywaniu zabójstw” sądy orzekające rozumiały zarówno pełnienie funkcji kierowniczych w obozach koncentracyjnych, zagłady, jak i wydawanie poleceń uśmiercania ofiar, udział w selekcji na rampie obozu, transportowanie ofiar do miejsc zagłady, pilnowanie, by nie mogły zbiec, zabijanie w różny sposób (za pomocą gazu, broni palnej, przez powieszenie, bicie i zagłodzenie) oraz zacieranie śladów dokonanych zbrodni. Taką ocenę prawną zachowań stanowiących „branie udziału” w ludobójstwie Sąd Najwyższy ujął następująco: „Ustawodawca celowo w ten sposób ujął w art. 1 pkt. 1 dekretu istotę owej zbrodni (w przeciwieństwie do prostego sformułowania art. 255 k.k.: Kto zabija człowieka...), aby tym podkreślić, że pod przepis ten podpada nie tylko sprawstwo polegające na fizycznym uśmiercaniu, lecz wszelkie możliwe podżegania i pomocnictwa do zabójstw. Ustawodawca miał tu na względzie charakter zbrodni hitlerowskich, gdzie masowe uśmiercanie ludzi nie było z reguły następstwem jednego aktu fizycznej przemocy nad człowiekiem, lecz wynikiem działania całego systemu uśmiercającego, w którym brało udział wiele elementów owego mechanizmu, stworzonego przez hitleryzm do zabijania ludzi”13. Podkreślić trzeba, że skazania za „branie udziału” w zbrodni ludobójstwa polskie sądy opierały na szczegółowych ustaleniach dotyczących czynów oskarżonych i ich winy, co spotkało się także z uznaniem historyków niemieckich, oceniających te procesy z perspektywy czasu: „Tam, gdzie (tak jak w Polsce) od początku sądzono [sprawców] z rozważeniem ich indywidualnego wkładu i proporcjonalnie do ich winy, starając się przy tym wykorzystać we własnej praktyce orzeczniczej doświadczenia procesu norymberskiego, tam zapadały wyroki budzące szacunek”14.

III. Proces norymberski, z którego przebiegu każdego dnia prasa światowa zamieszczała relacje, spotkał się w samych Niemczech najpierw z obojętnością, a następnie z krytyką, która przyjęła ostatecznie postać potępienia. Podnoszono, w formie zarzutu, że proces toczył się przed sądem powołanym przez zwycięzców, bez udziału w składzie orzekającym przedstawiciela Niemców i przedstawicieli państw neutralnych w czasie wojny. Kwestionowano podstawę wyrokowania Międzynarodowego Trybunału Wojskowego - statut, który określano jako specjalnie stworzone przez aliantów prawo karne z jego „niesłychanym” pojęciem zbrodni przeciwko ludzkości, zastosowanym wobec oskarżonych w sposób łamiący zasadę lex retro non agit. Zarzucano, że nie dokonywano ustalenia odpowiedzialności karnej za przypisane oskarżonym czyny na podstawie niemieckiego Kodeksu karnego, co miało uzasadniać określenie wyroku skazującego jako przejawu sprawiedliwości zwycięzców (Siegerjustiz), która w swej istocie miała być pozornie legalną zemstą nad zwyciężonymi. Negowano prawo do sądzenia Niemców przez sąd powołany przez aliantów, ponieważ sami „nie robili żadnych wysiłków pociągnięcia do odpowiedzialności członków swych sił zbrojnych, którzy bezsprzecznie przy okupacji Niemiec popełnili nie mniejszą ilość przestępstw wojennych w stosunku do Niemców”15. Kwestionowano to, czego dowodzili alianccy prokuratorzy w czasie procesu, i podawano w wątpliwość prawdziwość stawianych Niemcom zarzutów. To, czemu nie można było zaprzeczyć, jak choćby istnieniu Auschwitz, o którym wszak mówił przed Trybunałem Norymberskim sam komendant Höss i co w całej rozciągłości potwierdził jako oskarżony w swym własnym procesie przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie, opatrywano komentarzem, że społeczeństwo niemieckie o tym nie wiedziało i że niemieckie sądy gotowe byłyby osądzić winnych, gdyby zwycięzcy to umożliwili. Przy czym zaznaczano, że w osądzie tym powinien zostać uwzględniony fakt, że rozkazy i polecenia pochodziły od Hitlera i Himmlera, a posłuszeństwo wykonawców nie wynikało z ich woli popełniania zbrodni, lecz z obawy o własne bezpieczeństwo, które byłoby zagrożone, gdyby okazali niesubordynację. Podkreślić jednocześnie trzeba, że polskie procesy oświęcimskie, tłumaczone na te same cztery języki, w których prowadzono proces norymberski i z których przebiegu ukazywały się sprawozdania w światowej prasie, zostały nie tyle merytorycznie skrytykowane w Niemczech, ile zignorowane jako źródło prawdy o tym, czym było Auschwitz.

W kontekście podnoszonych wówczas nieracjonalnych historycznie i prawniczo zarzutów wobec procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze nie można jednak przemilczeć, jak wielką i niepowetowaną szkodę dla wiarygodności tego postępowania sądowego wyrządziło fałszywe oskarżenie Niemców przez sowieckich prokuratorów o zbrodnię katyńską. Prokurator Jurij Pokrowski mówił na rozprawie 14 lutego 1946 r.: „Stwierdziliśmy w akcie oskarżenia, że jednym z najważniejszych aktów przestępczych, za które odpowiedzialni są główni przestępcy wojenni, była masowa egzekucja polskich jeńców wojennych rozstrzelanych w lesie katyńskim w pobliżu Smoleńska przez niemieckich faszystowskich najeźdźców” i przedłożył Trybunałowi jako dowód raport sowieckiej komisji, głoszący, że „łączna liczba ciał wynosi ponad 11 tys.”16. Mimo że w świetle zeznań trzech świadków obrony w dniu 1 lipca 1946 r. fałszywość oskarżenia stała się oczywista, prokurator Smirnow, po relacjach trzech swoich świadków, deklarował, że na potwierdzenie niemieckiego sprawstwa zbrodni w Katyniu może powołać dalszych 120 osób, Jeżeli sędziowie będą sobie tego życzyli”17. Niemieckim obserwatorom procesu dało to asumpt do stwierdzenia, że przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym mogą być łatwo dowodzone także fakty nieprawdziwe dla przypisania zbrodni, których Niemcy nie popełnili.

IV. Aby zrozumieć określenie postępowania sądowego we Frankfurcie nad Menem jako „pierwszego procesu oświęcimskiego”, przypomnieć trzeba, że decyzją alianckiej władzy okupacyjnej sądy niemieckie mogły bezpośrednio po wojnie orzekać tylko w sprawach przestępstw popełnionych w czasie wojny przez Niemców na Niemcach lub bezpaństwowcach, co stawiało kompleks zbrodni dokonanych w Auschwitz poza ich jurysdykcją. Dopiero po utworzeniu Republiki Federalnej Niemiec jej sądy zostały uprawnione przez Sojuszniczą Radę Kontroli Niemiec (ustawa nr 13 z 1 stycznia 1950 r.) do orzekania w sprawach niemieckich zbrodni dokonanych w państwach podbitych przez III Rzeszę na obywatelach tych państw, przy czym podstawą ścigania i osądzenia sprawców miało być niemieckie prawo karne. Prawnym możliwościom nie towarzyszyła jednakże determinacja niemieckiej prokuratury postawienia przed sądami sprawców tej kategorii i nie został stworzony system ich ścigania18.

W tym samym roku 1950, w równolegle powstałej w sowieckiej strefie okupacyjnej Niemieckiej Republice Demokratycznej, przeprowadzone zostały - jak je później zbiorczo określono - „procesy w Waldheim” przeciwko 3324 jeńcom podejrzanym o zbrodnie wojenne i przeciwko ludzkości, których władze sowieckie przekazały do osądzenia ze wskazaniem, że oczekują ich szybkiego i surowego ukarania. Rozprawy zorganizowało centralne biuro Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (Sozialistische Einheitspartei Deutschlands, SED), tworząc 20 składów orzekających sądu specjalnego z odpowiednio dobranymi sędziami deklarującymi gotowość wykonania partyjnych wskazań. Za podstawę procesów przyjęto, jako prawo karne materialne, Ustawę Nr 10 Sojuszniczej Rady Kontroli Niemiec z 20 grudnia 1946 r., która określiła te same zasady odpowiedzialności karnej, jakie wcześniej sformułowano w statucie Trybunału Norymberskiego i jakie legły u podstaw jego wyroku. Za zbrodnie przeciwko ludzkości i wojenne ustawa ta uznawała w szczególności: morderstwa, eksterminacje, deportacje ludności, uwięzienia, tortury, maltretowanie, gwałty, pracę przymusową, bezcelowe niszczenie miast i wsi, a także grabieże. Bez wątpienia wśród oskarżonych o te czyny w procesach w Waldheim znajdowali się sprawcy, którzy dopuścili się tych zbrodni i zasłużyli przez to na ukaranie, jednakże sposób przeprowadzenia postępowań sądowych naruszał elementarne zasady procesu karnego. Rozprawy odbywały się bez udziału obrońcy i wysłuchania jakichkolwiek świadków, lecz jedynie na podstawie rosyjskich protokołów wcześniejszych przesłuchań, które uznano za niepodważalne dowody. Wystarczało 30-40 minut na wydanie wyroku skazującego, najczęściej na kary 10 albo 25 lat więzienia, z przyjęciem za podstawę decyzji o ukaraniu zasady odpowiedzialności zbiorowej oskarżonych. Na karę śmierci skazano 32 osoby (wykonano 24 wyroki)19. Wyższy Sąd Krajowy w Berlinie Zachodnim w swym orzeczeniu z 15 marca 1954 r. określił wszystkie wydane w tych procesach wyroki jako prawnie „absolutnie i nienaprawialnie nieważne”. W 1956 r. prawie wszyscy skazani zostali zwolnieni z więzień. Sprawa ta dodatkowo wzmocniła niechęć niemieckiej opinii publicznej do ścigania zbrodni popełnionych w okresie wojny i utwierdziła w przekonaniu, że sprawiedliwe osądzenie ich sprawców nie jest w ogóle możliwe.

Od chwili utworzenia dwóch państw niemieckich w atmosferze zimnej wojny mocarstwa zachodnie zaczęły „najpierw ociągając się, a następnie coraz szybciej i w coraz większym zakresie - ułaskawiać skazanych przez ich sądy Niemców i stopniowo wypuszczać ich na wolność”20.

Uznano równocześnie, że denazyfikacja prowadzona w szczegółowo określonym przez prawo trybie pozwoli na ustalenia stopnia odpowiedzialności (główny winowajca, obciążony, mniej obciążony, sympatyk, odciążony, niezamieszany) i stanie się wystarczającym sposobem pociągnięcia do odpowiedzialności narodowych socjalistów, potępienia ich i ukarania, także przez odsunięcie od pełnienia wszelkich funkcji urzędniczych. Jak się jednak ocenia z perspektywy czasu, konsekwencje wyciągnięto w stosunku do wielu tylko formalnie przynależnych do narodowego socjalizmu, natomiast znaczna część rzeczywiście winnych potrafiła się uchronić przed odpowiedzialnością. W piśmiennictwie przytacza się przykład świadczący o bucie nazistowskich zbrodniarzy, z jaką występowali przeciwko konsekwencjom denazyfikacji. Buta ta - choć wyjątkowo, to jednak - przynajmniej w jednym przypadku została ukarana. „Stary bojownik” (alter Kämpfer) NSDAP Bernhard Fischer-Schweder, który jako esesman brał udział w masowym rozstrzelaniu na Litwie ponad 5500 Żydów, po tym, jak przeszedł postępowanie denazyfikacyjne z wynikiem „niezamieszany”, wystąpił o przywrócenie go do służby publicznej. Informacja o jego pozwie znalazła się w gazecie. Jej czytelnik, znający przeszłość powoda, doprowadził do wszczęcia śledztwa przez prokuraturę w Ulm zakończonego w 1958 r. aktem oskarżenia przeciwko 10 członkom Einsatzgruppen, którzy także przeszli procedurę denazyfikacyjną. Sąd przysięgłych w Ulm skazał w tym samym roku Fischer-Schwedera za pomocnictwo do morderstwa na 12 lat więzienia, a współoskarżonym wymierzył kary od 3 do 15 lat pozbawienia wolności21.

V. Rozwiązaniem systemowym i przełomowym dla ścigania zbrodni nazistowskich było utworzenie w grudniu 1958 r. Centralnego Ośrodka Krajowych Zarządów Wymiaru Sprawiedliwości dla Wyjaśnienia Przestępstw Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu. W odróżnieniu od zwykłych prokuratur koncentrujących się na poszczególnych sprawcach i ich jednostkowych czynach, instytucja ta miała za zadanie systematyczne prowadzenie z urzędu śledztw w sposób kompleksowy, we wszystkich sprawach dotyczących zbrodni popełnionych przez funkcjonariuszy III Rzeszy na terenach okupowanych państw, z wykorzystaniem wszystkich dostępnych informacji i materiałów dowodowych. Głównym celem Centrali w Ludwigsburgu było całościowe objęcie zbrodni popełnionych w obozach koncentracyjnych, obozach pracy przymusowej, gettach, zbrodni grup operacyjnych SD i SS, nie zaś tylko poszczególnych epizodów tych zbrodni. Zadanie to wykonywane było z wielką determinacją przez doskonałych i odważnych prawników, a prowadzone przez nich szeroko zakrojone śledztwa ukazywały zarówno ideologiczne, jak i społeczne tło zbrodni popełnionych przez ludzi, którzy uniknęli po wojnie wszelkiej odpowiedzialności i korzystali ze statusu statecznych i cenionych obywateli. Centrala w Ludwigsburgu od początku swego istnienia włączyła się w postępowanie dochodzeniowe wszczęte przez prokuraturę w Stuttgarcie (przeciwko Wilhelmowi Bogerowi, Oberscharführerowi SS z Auschwitz), które doprowadziło do „pierwszego, wielkiego procesu oświęcimskiego”, z 23 oskarżonymi o zbrodnie popełnione w Auschwitz. Koncepcja, na której opierał się akt oskarżenia, zakładała przedstawienie całościowego obrazu obozu z jego hierarchiczną strukturą i wszystkimi aspektami jego funkcjonowania jako mechanizmu napędzanego ideologią narodowosocjalistyczną i motywacjami sprawców.

W tym kontekście proces we Frankfurcie nad Menem był „pierwszym” procesem członków załogi Auschwitz, ukazującym kompleksowo funkcjonowanie całej maszynerii zbrodni, albowiem po raz pierwszy takie postępowanie sądowe toczyło się w Niemczech, przed niemieckim sądem, na podstawie niemieckiego Kodeksu karnego, statuującego odpowiedzialność za morderstwo, choć nieznającego pojęcia zbrodni przeciwko ludzkości, z drobiazgowym przestrzeganiem reguł dowodzenia czynów zarzucanych oskarżonym. Określenie tego procesu jako wielki usprawiedliwione jest w szczególności liczbą świadków - 360, wśród których było 185 mężczyzn i 26 kobiet byłych więźniów Auschwitz (zeznania 39 dalszych ofiar zostały odczytane na rozprawie), 10 byłych więźniów innych obozów, 54 esesmanów z Auschwitz i 37 innych esesmanów i policjantów. Jak zaznacza Langbein, największa grupa świadków „przybyła z Polski: 60 Polaków przyczyniło się do tego, że sąd uzyskał informacje na temat ogólnego funkcjonowania największego obozu zagłady Hitlera”. Innymi słowy, był to „pierwszy wielki proces oświęcimski”, dlatego że ukazywał dowodnie niemieckiej opinii publicznej całą prawdę o ludobójstwie i jego sprawcach, a prawdy tej nie można było ani zdyskredytować, jak miało to miejsce w przypadku procesu norymberskiego, ani zignorować, jak stało się to z polskimi procesami. Żaden z zarzutów sformułowanych wobec Trybunału Norymberskiego nie mógł być powtórzony wobec Sądu Przysięgłych we Frankfurcie nad Menem. Odbywający się przed nim proces, siłą faktu i prasy, dawał wszystkim Niemcom możliwość zapoznania się z relacjami tych, którzy ocaleli pomimo realizowanego na skalę wcześniej nieznaną w historii „dzieła niemieckiej odbudowy na Wschodzie” - ludobójstwa, nazwanego „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej”. Miało ono być warunkiem trwania tysiącletniej Rzeszy. O tym, że prokuratorzy z Frankfurtu przygotowujący akt oskarżenia z determinacją dążyli do tego, żeby został on oparty na pełnym i niepodważalnym materiale dowodowym, świadczy także i to, iż - pomimo wszystkich utrudnień wynikających z zimnej wojny i braku stosunków dyplomatycznych między Republiką Federalną Niemiec i Polską - zdołali przyjechać w sierpniu 1960 r. do Oświęcimia i Warszawy, gdzie dzięki pomocy Jana Sehna otrzymali ważne dokumenty z archiwów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau i Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. W trakcie procesu szerokim echem w prasie światowej odbiła się pierwsza po wojnie wizja lokalna w Auschwitz-Birkenau (grudzień 1964 r.), w której uczestniczył delegowany sędzia, trzech prokuratorów, trzech oskarżycieli posiłkowych, jedenastu obrońców i jeden z oskarżonych.

Koncepcja szeroko zakrojonego śledztwa i jego wymiar dowodowy natrafiły jednakże na poważne opory, o których po latach powiedział sędzia śledczy otwierający 9 sierpnia 1961 r. w Sądzie Krajowym we Frankfurcie nad Menem procesowe badanie wstępne sprawy: „Istniały [...] stosunkowo wpływowe siły dążące do udaremnienia procesu, a przynajmniej do spowodowania, aby odbył się w formie uproszczonej, to znaczy, aby w każdym przypadku omawiać tylko konkretne kwestie i to przy jak najmniejszej liczbie oskarżonych. Gdyby się do tego zastosowano, nie doszłoby do rozjaśnienia właściwego podłoża całej sprawy”22. Człowiekiem, którego wielką zasługą było ukazanie w akcie oskarżenia pełnego obrazu Auschwitz, był prokurator generalny Hesji Fritz Bauer, który spowodował także, iż do postępowania włączono biegłych, a dzięki ich opiniom ukazano całościowy obraz zdarzeń okresu narodowego socjalizmu i ich podłoże historyczne. Jak powiedział z nieukrywaną i w pełni zrozumiałą satysfakcją o swym dziele, jakim było doprowadzenie do pierwszego wielkiego procesu, który utorował drogę dla pięciu następnych: „obwieściły prawdę historyczną [...] i przekazały wiedzę o ludobójstwie”23. Choć dopiero kilkanaście lat po procesach w Norymberdze, Warszawie i Krakowie, jak stwierdza patrzący z niemieckiej perspektywy Werner Renz: „Procesy oświęcimskie we Frankfurcie nad Menem unaoczniły niemieckiej opinii publicznej historyczną prawdę o obozie Auschwitz i o zbrodniach dokonanych w nim na masową skalę. W uzasadnieniach wyroków sądy [...] stwierdziły w sposób niepodważalny i niewątpliwy, że w obozie Auschwitz dokonywano morderstw na Żydach, Polakach, Sinti i Romach oraz sowieckich jeńcach wojennych”24.

VI. Wielki proces frankfurcki wywołał wśród Niemców, którzy ze względu na młody wiek nie przeżyli świadomie epoki urzeczywistniania idei narodowego socjalizmu, a także w pokoleniu urodzonym już po wojnie, pytania o to, co uczynili ich bliscy - dziadkowie, rodzice, starsze rodzeństwo, krewni dla trwania porządku ustanowionego w samej III Rzeszy i w okupowanej Europie. Znaczna część młodej generacji chciała wiedzieć, czy to, o czym mówili świadkowie w procesie oprawców z Auschwitz, było w czasie wojny wiadome ich bliskim oraz czy i w jakiej formie uczestniczyli w budowie rzeczywistości, w której obozy zagłady podludzi miały stać się fundamentem przyszłości dla niemieckich nadludzi. Wspólna dla pokolenia sprawców była odpowiedź, że to wszystko, co stało się w czasie wojny, a co stanowiło realizację założeń narodowego socjalizmu, dokonało się z woli jego twórcy Hitlera, a wykonane zostało przez Himmlera w sposób, który czynił każdego Niemca bezwolnym i nieświadomym całego planu narzędziem, z istoty swej funkcji niezdolnym do jakiegokolwiek innego zachowania aniżeli tylko wykonywania poleceń zgodnie z ich treścią, choćby obcą światopoglądowo, a nawet budzącą niekiedy wewnętrzny sprzeciw adresatów. Takiemu tłumaczeniu sprzeciwiał się dramatycznie autor koncepcji aktu oskarżenia przeciwko uczestniczącym w ludobójstwie sprawcom z Auschwitz, podnosząc: „Nie było tak, że w Niemczech był tylko nazista Hitler i tylko nazista Himmler. Były setki tysięcy, miliony innych, którzy jak pokazały to wydarzenia, przeprowadzili to nie tylko dlatego, że otrzymali rozkaz, lecz także ponieważ odpowiadało to ich własnemu światopoglądowi, który przyjęli dobrowolnie. A większość w SS była tam nie dlatego, ponieważ została zmuszona, lecz była w SS, była w załogach wartowniczych w obozach Auschwitz i Treblinka, i Majdanek, i w Gestapo, była w Einsatzgruppen, ponieważ ludzie ci z reguły urzeczywistniali swój własny narodowy socjalizm. To nie był obcy im czyn, lecz sprawcy byli w większości ludźmi, którzy wówczas w każdym przypadku byli przekonani, że czynią słusznie, a mianowicie pomagają zwyciężyć narodowosocjalistycznym poglądom”25. Poglądy Fritza Bauera na temat narodowosocjalistycznej przeszłości niemieckiego społeczeństwa poza wąskim gronem prokuratorów z Centrali w Ludwigsburgu i tych, których zaangażował w przygotowanie aktu oskarżenia przeciwko sprawcom z Auschwitz, niewielu podzielało, co sprawiło, że był osamotniony, a nawet spotykał się z przejawami nienawiści. Jak wyznał: „Kiedy opuszczam swoje biuro, znajduję się we wrogiej zagranicy”26.

VII. Czytelnikowi zapoznającemu się z dokumentacją procesu we Frankfurcie nad Menem wielokrotnie nasuwać się będzie pytanie, czy niemieckie społeczeństwo wiedziało o tym, czego dokonano w jego imieniu w okupowanej Polsce, a co w części ukazało postępowanie sądowe, w którego czasie naoczni świadkowie opisywali zbrodnie popełnione w Auschwitz. Odpowiedź zasadniczo twierdzącą należy opatrzyć zastrzeżeniem, że poszczególne elementy zbrodni, o których mówiono w toku procesu, mogły i zapewne były wcześniej nieznane. Jednakże ostateczny cel wojny - „dzieło odbudowy na Wschodzie” polegające na zdobyciu przestrzeni życiowej dla niemieckiego narodu i uczynienie go „wolnym” od Żydów i tych wszystkich Polaków, których uznano by za nieprzydatnych do pełnienia roli bezrozumnej siły roboczej - był jednoznacznie określony, powszechnie wiadomy i akceptowany. Jak pisał w swym pamiętniku w 1935 r. Hermann Voss, uważający się za światłego i dalekowzrocznie patrzącego Niemca: „Naród polski mnoży się dwa razy szybciej aniżeli niemiecki, i to jest decydujące! Ten o wiele bardziej prymitywny słowiański naród pożre niemiecki naród, który nie będzie się dalej wystarczająco powiększał”27. Jako profesor anatomii uniwersytetu Rzeszy w Poznaniu oferował muzeom europejskim do sprzedaży czaszki polskich i żydowskich podludzi. Sześć lat później, w 1941 r., wyznawał: „Myślę, że na kwestię polską trzeba patrzeć czysto biologicznie. Musimy ich zgładzić [vernichten], w przeciwnym razie oni zgładzą nas. Dlatego cieszy mnie każdy Polak, który już nie żyje”28.

Program fizycznego wytępienia polskiej inteligencji, w której widziano źródło przyszłego oporu, realizowany był przez masowe rozstrzeliwania od pierwszych dni wojny. Cel akcji zanotował szef sztabu generalnego Franz Halder w swych zapiskach: „Z narady o Polsce u Führera: nie dopuścić, aby inteligencja polska wybiła się na nową warstwę przywódczą. Standard życia musi pozostać na najniższym poziomie. Tani niewolnicy”29. Oprócz „inteligencji, duchowieństwa i arystokracji” Reinhard Heydrich wskazywał jako grupę, którą należy unicestwić, „Żydostwo”, dając wyraz niezadowoleniu, że cała akcja przebiega zbyt wolno, a oszczędzić należy tylko „osobniki bez znaczenia”30. Dla Wilma Hosenfelda, który opisywał przebieg akcji likwidacji polskiej warstwy przywódczej w Pabianicach i Łodzi, było oczywiste, że nie chodziło o zemstę za jakiekolwiek postępowanie wobec Niemców, lecz „chce się inteligencję wytępić”. W liście do żony z początku listopada 1939 r. określił to działanie jako zbrodnię na ludzkości (Verbrechen an der Menschheit)31. O niemieckich zbrodniach popełnionych w Polsce jesienią 1939 r. w ramach „akcji Tannenberg” pisała prasa zagraniczna, co miało pewien wpływ na czasowe jej ograniczenie na początku 1940 r. Jednakże pod kryptonimem „AB” w Generalnym Gubernatorstwie między 10 maja i 12 lipca 1940 r. została następnie przeprowadzona akcja, której celem było zniweczenie polskiej inteligencji. Udokumentował ją w swoim dzienniku urzędowym generalny gubernator Hans Frank: „Przyznaję zupełnie otwarcie, że to będzie kosztowało życie kilku tysięcy Polaków, przede wszystkim z warstwy przywódców duchowych”32. Tylko w okresie od września do grudnia 1939 r. zamordowano 60-80 tys. polskich urzędników państwowych i miejskich, nauczycieli, lekarzy, aptekarzy, prawników, duchownych oraz posiadaczy dóbr ziemskich, a o zbrodni tej wiedziano w Europie. Potwierdza to m.in. raport niemieckiego poselstwa w Szwajcarii z 10 maja 1943 r., informujący berlińskie MSZ, że jakkolwiek oficjalny komunikat o sowieckiej zbrodni popełnionej na polskich oficerach w Katyniu wywarł głębokie wrażenie na szwajcarskiej opinii publicznej, to jednak spowodował przypominanie „niemieckiej polityki wobec Żydów i zagłady polskiej inteligencji dokonanej przez Niemców”, a „ogólnie rzecz biorąc nieszczęśliwi Polacy przedstawiani są jako niewinne ofiary zarówno niemieckiego, jak i bolszewickiego terroru i przy tym po wielekroć omawia się martyrologię narodu polskiego”33.

O zbrodniach dokonywanych jesienią 1939 r. w Polsce mówił przed Trybunałem w Norymberdze zeznający jako pierwszy świadek oskarżenia gen. Erwin von Lahousen (30 listopada 1945 r.). Cytował określenie szefa dowództwa Wehrmachtu gen. Wilhelma Keitla, że chodziło o „polityczne porządki domowe”, co oznaczało rozstrzeliwanie ludzi zgodnie „z wcześniejszymi uzgodnieniami”. W odpowiedzi na pytanie: „A kim byli ci ludzie?”, powtórzył to, o czym obszernie relacjonował we wcześniejszym fragmencie swych zeznań: „Przede wszystkim polska inteligencja, arystokracja, kler oraz oczywiście Żydzi”34.

Dokonując oceny frankfurckiego procesu sprawców z Auschwitz i zamykającego go wyroku, trzeba pamiętać, że chociaż Centrala w Ludwigsburgu kompleksowo opracowała i udokumentowała „Intelligenzaktion”35, a organom ścigania Republiki Federalnej Niemiec znanych było z nazwiska 1701 jej sprawców, to skazano jedynie 10 osób na kilkuletnie kary więzienia, a tylko niektórzy z nich faktycznie i tylko w części je odbyli36.

W żadnym z tych procesów prowadzonych przeciwko pojedynczym oskarżonym nie przedstawiono całego obrazu tej postaci ludobójstwa, mimo dokonanych przez ludwigsburską centralę pełnych i dowodowo niepodważalnych ustaleń, które ocenia się jako jedno z jej najważniejszych dokonań. Żadna z prokuratur nie wykorzystała wyników śledztwa przeprowadzonego przez prokuratorów w Ludwigsburgu w celu przeprowadzenia takiego procesu, jakim był wielki proces sprawców z Auschwitz. Podążając za zeznaniami świadków, którzy wystąpili w tym procesie, trzeba pamiętać, że Auschwitz zostało utworzone w celu kontynuowania eksterminacji tych wszystkich, których okupant uznał za zdolnych do organizowania oporu i dlatego podlegających aresztowi ochronnemu (Schutzhaft).

We współczesnym piśmiennictwie obszernie uzasadniane jest twierdzenie, że „eksterminacja polskiego Żydostwa, które stanowiło dziesięć procent ludności kraju, była znana wszystkim”, albowiem mordercy działający w Polsce „nie mieli nic przeciwko temu, by o ich wyczynach dowiedziały się osoby postronne, w tym bliscy”37. O zbrodniach ludobójstwa wiedziały nawet przebywające w Polsce niemieckie kobiety - żony i narzeczone zbrodniarzy, sekretarki, pielęgniarki, pracownice przedsiębiorstw i dziewczyny reprezentujące przemysł rozrywkowy, a fakt, że Niemcy gazowali Żydów, jeden z funkcjonariuszy policji bezpieczeństwa nazwał „publiczną tajemnicą”38. O losie Żydów dyskutowano w niemieckich biurach, na poczcie i w pociągach, a o ich systematycznym mordowaniu, jak określił to inny funkcjonariusz, „wróble ćwierkały na dachu”39. W swym dzienniku pod datą 23 lipca 1942 r. Wilm Hosenfeld zapisał: „Z Łodzi przychodzą informacje, że Żydzi, mężczyźni, kobiety i dzieci, są mordowani w samochodach, komorach gazowych. [...] Ich odzież jest wysyłana do fabryk tekstylnych, a zwłoki wrzucane do masowych grobów. Rozgrywają się tam straszliwe sceny”40.

Istnieje zatem wiele przesłanek potwierdzających tezę, że społeczeństwo niemieckie, co najmniej w swej przeważającej części, wiedziało o tym, że „dzieło niemieckiej odbudowy na Wschodzie” oznacza fizyczne unicestwienie Polaków, uznanych za nieprzydatnych do jego realizacji, oraz całego „żydowskiego robactwa”. Wilm Hosenfeld w swoim dzienniku pod datą 26 września 1942 r. zacytował słowa dr. Stabenowa, który o Żydach mówił jak o „robactwie” (Ungeziefer), akcję „przesiedlania” (Umsiedlung) z warszawskiego getta określił zaś słowami „dezynsekcja domu” (Entwesung in einem Haus). Dalej autor dziennika zapisał: „Jedliśmy w tutejszym kasynie obiad. Rozmowa zeszła na wydarzenia polityczne, w szczególności na kwestię żydowską [Judenfrage] i tak zwaną akcję przesiedlenia. Porucznik Hassę ocenia wytępienie Żydów [Ausrottung der Juden] jako dobre i właściwe do przeprowadzenia w tym właśnie czasie”. Milczenie w tej kwestii pięciu pozostałych uczestników obiadu zostało skomentowane pytaniem, „czy nie chcemy ujawnić swych rzeczywistych poglądów, czy dlatego że jest nam tak wygodnie”41.

W czasie urlopów spędzanych w Rzeszy sprawcy rozmawiali z rodziną i ze znajomymi o swojej służbie, chwaląc się korzyściami, jakie im przynosiła. Alois Hafele, jak zeznali jego koledzy policjanci, kierujący mordowaniem ofiar w samochodach komorach gazowych w Kulmhof (Chełmno nad Nerem), podczas urlopu spędzanego w Karlsruhe mówił: „Można do tego przywyknąć, obojętnie, kobieta czy mężczyzna, jest to właściwie tak, jakby się rozdeptywało chrabąszcza”, przy tych słowach szurał stopą. Chwalił się jednocześnie wysokością dodatkowej gratyfikacji za wykonywanie tych zadań i dwoma złotymi zegarkami po żydowskich ofiarach, które sam określił jako „piękne sztuki”42.

Wiedza o tym, co „służbowo” czynili najbliżsi, i co powodowało polepszenie bytu rodziny, z reguły nie przeszkadzała w życiu rodzinnym. Jako prawnik karnista nie czuję się kompetentny, aby skomentować to, co wynika z wypowiedzi komendanta Hössa, ponieważ pomimo wielokrotnego przeczytania pozostają dla mnie tak samo trudne do pojęcia, jak i opisy ludobójstwa dokonanego w Auschwitz. Gdy podczas procesu przed Trybunałem w Norymberdze odczytano mu m.in. następujący fragment wcześniej złożonej relacji: „Żądano od nas, byśmy prowadzili to dzieło zagłady w tajemnicy, ale straszliwy, mdlący smród powstały przez ustawiczne palenie ciał przesycał oczywiście całą okolicę i wszyscy mieszkańcy okolicznych terenów wiedzieli, że w Oświęcimiu prowadzi się eksterminację ludzi” i zadano pytanie: „Czy to wszystko jest zgodne z prawdą?”, odpowiedział: „Tak jest”43. W swoich wspomnieniach zakończonych zdaniem: „Wszystko to spisałem z własnej woli i bez przymusu” zamieścił takie zwierzenie: „Zdarzało się, że kiedy byłem w domu, myśli moje zwracały się ku jakimś szczegółom akcji eksterminacyjnej. Musiałem wtedy wychodzić z domu. Nie mogłem wytrzymać w serdecznej atmosferze rodzinnej. Gdy widziałem, jak nasze dzieci wesoło się bawiły i jak bardzo szczęśliwa była moja żona, mając przy sobie najmłodszą córeczkę, przychodziło mi nieraz na myśl: jak długo jeszcze będzie trwało wasze szczęście? Żona moja nigdy nie mogła wytłumaczyć sobie moich posępnych nastrojów i przypisywała je kłopotom związanym ze służbą. [...] Prawda, że mojej rodzinie było dobrze w Oświęcimiu. Spełniano każde życzenie żony i dzieci. Dzieci mogły szaleć do woli, żona miała tyle ulubionych kwiatów, że czuła się wśród nich jak w raju”44. Położenie domu Hössa względem miejsc, w których rozgrywały się opisywane przez świadków procesu we Frankfurcie nad Menem zdarzenia, może Czytelnik ustalić, posługując się planem sytuacyjnym Auschwitz-Birkenau.

O tym, że wiedza o wymordowaniu Żydów była w samych Niemczech powszechna, świadczyć może m.in. szeroki udział społeczeństwa w tzw. aryzacji mienia pożydowskiego przekonanego o tym, że wywiezieni na Wschód nigdy nie powrócą do swych domostw. Po wojnie pewien niemiecki sędzia, który z oczywistym złamaniem także nazistowskiego prawa karnego skazał na karę śmierci Żyda mieszkającego na terenie III Rzeszy, powiedział otwarcie na swe usprawiedliwienie: „w 1942 r. jako Żyd był już i tak martwy”45.

Z polskiej perspektywy formuła „nic nie było mi wiadomo o zbrodniach popełnionych w Polsce przez III Rzeszę” jawi się jako typowa, mająca służyć uwolnieniu od wszelkiej odpowiedzialności za ich dokonanie i - co należy zaznaczyć - posługiwali się nią chętnie także ci, którzy stali na czele struktury władzy na okupowanych terenach. Przykładem takiej postawy jest m.in. argumentacja namiestnika Rzeszy i gauleitera Greisera, który pytany o masową egzekucję 100 Polaków w Zgierzu z 20 marca 1942 r., jak zapisano w stenogramie rozprawy przed Najwyższym Trybunałem Narodowym (22 czerwca 1946 r.), wywodził: „ O tej egzekucji w Zgierzu nic nie wiedziałem. (Na sali poruszenie). Panie Prezesie, kiedy dawniej jeździłem tramwajem do swego miejsca pracy, to wiedziałem o wiele więcej niż później, gdy do miejsca pracy jeździłem samochodem. Dopóki jeździłem trzecią klasą pociągu, więcej słyszałem niż w ostatnich czasach, gdy korzystałem z wagonu salonowego. Można powiedzieć, że byłem zamknięty w zamku. Zdawało mi się, że czuję się jak pasażer samolotu, który patrzy daleko pod względem politycznym, ale który traci związek bezpośredni z ziemią”46. Odnosząc się do ludobójstwa dokonanego na Żydach w rządzonym przezeń Kraju Warty, twierdził, wbrew dowodom, że nie wiedział o Kulmhof i mordowaniu tam w samochodach komorach gazowych ofiar z łódzkiego getta. Przy tej okazji przedstawił dłuższy wywód, którego fragment należy przytoczyć, gdyż wydaje się dobrze oddawać postawę, którą znaczna część niemieckiego społeczeństwa uparcie przyjmowała nadal, także w okresie procesu frankfurckiego: „Chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę na wywody Himmlera, które nie pozostawiają żadnej wątpliwości co do przyjęcia przez niego odpowiedzialności w sprawie żydowskiej. Powiedział zupełnie wyraźnie i prawie dosłownie tak: »Moi panowie, nie zastanawiajcie się nad tym, nie pytajcie się za dużo. To jest sprawa między Führerem a mną«. Czuję się wolny od jakiejkolwiek winy w tej dziedzinie. Także muszę odeprzeć zarzut, który padł we wczorajszej mowie prokuratora, jakobym poprzez partię ponosił odpowiedzialność za krematoria i komory gazowe. Twierdzeniu temu muszę jak najostrzej przeciwstawić się. Przyzwoici członkowie NSDAP równie mało są odpowiedzialni za zbrodnicze, chorobliwe rozwiązanie sprawy żydowskiej, jak i cały naród niemiecki. Trzeba przed całym światem raz jasno oświadczyć. Metody postępowania w sprawie żydowskiej, z którymi naród niemiecki i reszta świata dopiero teraz się zapoznały, nie miały nic wspólnego z partią i jej przyzwoitymi członkami”47. Wyjaśniając swe motywacje przystąpienia do NSDAP, powiedział, że nie troszczył się o jej koncepcje polityczne i uczynił „tak samo jak miliony Niemców”, albowiem „człowiek, któremu kiedykolwiek powodziło się źle, wie, że koncepcje polityczne są wtedy zupełnie obojętne” i „udaje się do tej partii i do tej organizacji, która mu daje pracę i chleb”48.

Wywodów oskarżonego Greisera słuchał, jako jeden z członków sądzącego go składu orzekającego Najwyższego Trybunału Narodowego, prof. Emil Stanisław Rappaport, który jeszcze w czasie trwania wojny opracował założenia odpowiedzialności karnej każdego dorosłego Niemca wywiedzione z tezy: „To nie Hitler zrodził Niemcy hitlerowskie, lecz Niemcy hitlerowskie zrodziły - in potentia - Hitlera”. Rappaport był przekonany, że całe niemieckie społeczeństwo wiedziało o zbrodniach popełnionych w jego imieniu i także przez swą bierność popierało je, co uzasadniało postulaty sformułowane w pracy opublikowanej w końcu 1945 r. pod znamiennym tytułem Naród zbrodniarz49. Choć autor zaznaczał, że społeczeństwo jako całość nie popełnia przestępstwa (societas delinquere non potest), a co za tym idzie, nie może ponieść odpowiedzialności zbiorowej, to jednakże uzasadniona jest osobista odpowiedzialność „każdego Niemca za własną winę bądź realizowaną umyślnie, bądź tolerowania nieumyślnie wszystkich zbrodni totalistycznych, z prowadzeniem tej wojny związanych”50. Sprawcy tych zbrodni, tj. przestępcy wojenni sensu stricto - „wodzowie hitleryzmu różnych stopni i zakresu działania muszą ulec i ulegną przykładnej karze” (autor ukończył swe opracowanie, gdy rozpoczynał się proces norymberski), natomiast pozostali mieli podlegać karze grzywny albo przepadku mienia w części lub w całości, z zapewnieniem jednakże nienaruszalnego minimum egzystencji (możliwe miałoby być także wymierzanie kar dodatkowych)51. Odpowiedzialność miała wynikać z wiedzy o tym, co czyniono w imieniu narodu niemieckiego i na jego oczach oraz bierność wobec zbrodni, których przykłady można by „mnożyć bez liku opisami ścinających krew w żyłach gwałtów i okrucieństw »nordyckich«”. Cały wywód Rappaport podsumował: „Takie gremialne (totalne) tolerowanie zbrodni zespołowej własnego Narodu, bez cienia choćby tajonego sprzeciwu, jest właśnie, w najłagodniejszym ujęciu, nieumyślnym jej popieraniem, a więc w dzisiejszym nowym, przeze mnie uzasadnionym rozumieniu - karalnym na terenie sprawiedliwości międzynarodowej, pomocnictwem do zbrodni agresji wojennej niemieckiej przeciwko ciągłości kultury współczesnej na obu półkulach świata”52. Wolni od odpowiedzialności byliby tylko ci Niemcy, którzy swój sprzeciw wobec zbrodni wyrazili w jakikolwiek sposób, a także ci, którzy byli im przeciwni „w głębi swego poczucia moralnego i prawnego”, lecz ze względu na stan przymusu, w jakim się znaleźli, zostali „istotnie pozbawieni możności stosowania choćby najbardziej biernej postaci oporu przeciwko bestialstwom hitleryzmu”53.

VIII. W czasie gdy rozpoczynał się wielki proces oświęcimski we Frankfurcie nad Menem, ściganiu - jako zbrodnia nieprzedawniona - podlegały już tylko zachowania oskarżonych z Auschwitz, uznane przez niemieckie prawo karne za sprawstwo morderstwa lub za pomocnictwo doń. Ściganie wszystkich innych postaci zbrodni uległo już przed tym przedawnieniu. Oskarżeni w procesie i ich obrońcy zwykle przenosili odpowiedzialność za to, co stało się w Auschwitz, na Hitlera i Himmlera, przy czym powoływano się na słowa Rudolfa Hössa, wypowiedziane, gdy jako świadek zeznawał w procesie norymberskim. W swoim słowie końcowym oskarżeni (z wyjątkiem jednego) nie okazali skruchy, wręcz przeciwnie, „uważali się za niewinnych i zaprzeczali jakiemukolwiek uczestnictwu w czynach przestępczych”54.

Nie wiemy, czy Hitler wziąłby odpowiedzialność za ludobójstwo dokonane w okresie II wojny światowej, możemy jednak wnioskować, że daleki byłby od tego Himmler, wskazany przez Hössa jako ten, który powołując się na wolę Führera, nakazał rozbudowę Auschwitz. Świadczyć może o tym przekaz Waltera Schellenberga z rozmowy, którą Himmler odbył 20 kwietnia 1945 r. w Wüstrow z Norbertem Masurem reprezentującym wówczas Światowy Kongres Żydów. Himmler przez 40 minut „pragnął dowieść, że starał się rozwiązać kwestię żydowską w drodze wydalenia Żydów z Rzeszy, ale nie można było tego dokonać - częściowo w wyniku sprzeciwu opinii światowej, a częściowo w wyniku opozycji w łonie partii nazistowskiej”55.

Poznanie treści zeznań świadków zawartych w tym tomie, pomimo że nie można ich czytać jednym ciągiem sine ira et studio, jest drogą, którą przejść trzeba, także współcześnie, w poszukiwaniu własnej odpowiedzi na pytanie, czym są zbrodnie ludzi na ludzkości i kto powinien ponieść odpowiedzialność za ich popełnienie.

IX. Na koniec pragnę podzielić się kilkoma uwagami, z którymi Czytelnik tego tomu może się zapoznać po przeczytaniu książki.

Obrońcy oskarżonych próbowali w trakcie rozprawy przed frankfurckim sądem przysięgłych podważać wiarygodność świadków, kwestionując prawdziwość przedstawianych przez nich opisów zdarzeń. Czynili to w sposób, który powinien wywołać interwencję przewodniczącego składu sądzącego. Jednak w wielu momentach zabrakło jej. Zdarzało się, że ocaleni z piekła Auschwitz świadkowie znajdowali się w upokarzającej sytuacji podejrzanych o to, iż świadomie mówią nieprawdę, a jeden z obrońców oskarżonych, w swym końcowym wystąpieniu, odważył się nawet zarzucić byłym więźniom „dopuszczanie się krzywoprzysięstwa”56. Powinnością sędziego było przerwanie dręczenia świadków przez obrońców oskarżonych, zwłaszcza że w wyłaniającym się z całego postępowania dowodowego obrazie ludobójstwa, w którym uczestniczyli oskarżeni, żadne przedstawione bestialstwo nie mogło jawić się jako wymyślone expost przez zeznających byłych więźniów Auschwitz.

Argumentację zawartą w końcowym wystąpieniu adwokata Hansa Laternsera (obrońca oskarżonych Williego Schatza, Williego Franka i Victora Capesiusa) przywołuję w wykładach z prawa karnego prowadzonych dla studentów Uniwersytetu Łódzkiego jako jedyny w swym rodzaju skrajny przykład perwersyjnego prawniczego rozumowania. Prawnik ten, występując w procesie norymberskim jako obrońca Wehrmachtu, przysłuchiwał się zeznaniom świadka Hössa i wykorzystał je następnie, aby zakwestionować argumenty oskarżenia przed frankfurckim sądem przysięgłych. Streszczenie jego mowy obrończej, wygłoszonej 10 czerwca 1965 r., opublikował następnego dnia „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pod alarmującym tytułem: Proces Auschwitz przekracza ludzką wyobraźnię. Wystąpienie obrońcy dr Laternsera. Dokonujący selekcji zmniejszali rozmiar zbrodni (Der Auschwitz-Prozess überschreitet die menschlichen Fähigkeiten. Das Plädoyer des Verteidigers Dr. Laternser. Die Selekteure verkleinen das Verbrechen). Adwokat ten posłużył się subiektywną teorią sprawstwa, według której sprawcą jest ten, kto w popełnionym przestępstwie realizuje własną wolę sprawczą, stając się jego autorem, choćby wola ta urzeczywistniła się w zachowaniu innej osoby. Laternser twierdził, że Hitler obejmował swą wolą sprawczą wyrażoną w decyzji o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” zamordowanie wszystkich Żydów dostarczanych transportami kolejowymi do KL Auschwitz. Degeneracja rozumowania Laternsera przejawiała się w wysuniętej przez niego tezie, że przeprowadzający selekcję na rampie w Birkenau działali wbrew woli Hitlera w tych wszystkich przypadkach, w których zdolnych do pracy nie kierowali bezpośrednio do komór gazowych, lecz do obozowych baraków. Takie zachowanie esesmanów w Auschwitz wyrażało - jego zdaniem - nieposłuszeństwo wobec rozkazu Hitlera i zmniejszało rozmiary zaprojektowanej przezeń zbrodni. Przeprowadzanie selekcji wśród przeznaczonych na zagładę oznaczało więc, według słów obrońcy oskarżonych, dokonywanie „wyboru ludzi do pracy i tym samym do życia, a więc chronienie ich przed śmiercią w komorach gazowych”. Czyny esesmanów z Auschwitz miały uzasadniać uchylenie ich odpowiedzialności za śmierć tych, których prosto z rampy prowadzono do komór gazowych. Adwokat Laternser w oczywisty sposób działał na szkodę oskarżonych, których bronił, ponieważ zgodnie z jego rozumowaniem w swym ostatnim słowie mieli się oni przyznać do osobistego dokonywania selekcji ofiar na rampie w Birkenau, co miało być zinterpretowane przez sędziów jako „aktywne ratowanie życia ofiar przeznaczonych na całkowitą zagładę”. Jednakże żaden z oskarżonych, ani w trakcie procesu, ani w swym ostatnim słowie, nie przyznał się do tego, co zarzucali im prokuratorzy, czyli do czynnego udziału w selekcji, twierdząc uparcie, że choć był przy niej obecny, to jednakże pozostawał całkowicie bierny wobec przebiegu zdarzeń, na które nie miał żadnego wpływu. W ten sposób cały wywód ich adwokata okazał się bezwartościowy, co nie powstrzymało Laternsera od wyrażenia ubolewania, że zaprezentowanej przez niego linii obrony nie udało się uzgodnić z innymi obrońcami jako wspólnego stanowiska uzasadniającego wniosek o wydanie przez sąd wyroku uniewinniającego57.

Inni obrońcy argumentowali, że w III Rzeszy „wola Führera” miała moc prawa, które uchylało zakaz dokonywania zabójstw ofiar określonej kategorii, co miało powodować, że oskarżeni nie mogli zostać skazani na podstawie § 211 niemieckiego Kodeksu karnego obowiązującego w czasie popełnienia zarzucanych im czynów (adwokat Hans Fertig). Ponadto - jak twierdziła większość z nich - wszyscy objęci aktem oskarżenia znajdowali się w sytuacji, w której zmuszeni byli wykonywać rozkazy służbowe, i mogli obawiać się konsekwencji ich niewykonania. Jednym słowem działali w stanie wyższej konieczności - rzeczywistym lub choćby wyobrażonym, tj. urojonym (adwokat Fritz Steinacker). Zdaniem obrońców sytuacja ta miała powodować pozbawienie ich świadomości czynienia jakiejkolwiek niesprawiedliwości.

Sąd we Frankfurcie uznał trzech oskarżonych spośród dwudziestu objętych wyrokiem - Franza Hofmanna, Oswalda Kaduka i Hansa Starka - za uczestniczących w masowej zagładzie i działających z własną wolą sprawczą i skazał dwóch pierwszych na podstawie § 211 Kodeksu karnego na karę dożywotniego więzienia, trzeciemu natomiast wymierzył karę 10 lat więzienia, ponieważ nie ukończył 21. roku życia w czasie popełnienia morderstw „w co najmniej 44 przypadkach” (na podstawie § 105 prawa sądowego dla nieletnich). Tylko ci oskarżeni, zdaniem sędziów, jako narodowi socjaliści akceptowali wewnętrznie nakazaną przez władzę politykę zagłady, identyfikowali się z nią i z własnej woli dokonywali czynów zbrodniczych w ramach realizacji „ostatecznego rozwiązania”. Na dożywotnie więzienie skazani zostali także za morderstwa popełnione przez siebie lub dokonane wspólnie z innymi esesmani: Stefan Baretzki, Wilhelm Boger, Josef Klehr oraz więzień funkcyjny Emil Bednarek. W stosunku do tych oskarżonych sąd jednakże przyjął, iż nie dokonywali zbrodni z własnej woli, lecz przez swe czyny pomagali w realizacji „woli im samym obcej”. Odnosząc to samo stwierdzenie do oskarżonych: Pery’ego Broada, Klausa Dylewskiego, Victora Capesiusa, Williego Franka, Emila Hantla, Karla Höckera, Franza Lucasa, Roberta Mulki, Herberta Scherpego i Brunona Schlagego, sąd uznał ich za winnych „wspólnego pomocnictwa do wspólnego mordu” i wymierzył im kary od 3,5 roku do 14 lat pozbawienia wolności58. Uniewinnieni zostali z powodu braku dowodów: Arthur Breitwieser, Willi Schatz, Johann Schobert59.

Ustalając winę oskarżonych, sąd stwierdził, że popełniając zbrodnię, wszyscy oni mieli świadomość czynionego bezprawia i żaden z nich nie znajdował się w obiektywnie istniejącym stanie wyższej konieczności, albowiem nie zostali zmuszeni ani przemocą niemożliwą do przeciwstawienia się jej w jakikolwiek sposób, ani bezpośrednią groźbą utraty życia, której nie można było uniknąć inaczej, jak tylko działając zgodnie z rozkazem. Oskarżeni wykonywali swe zadania na rampie i przy komorach gazowych nie dlatego, że błędnie przypuszczali, iż grozi im rzekome niebezpieczeństwo utraty własnego życia, dla którego ratowania poświęcali życie innych, ale dobrowolnie. W ten sposób sąd wykluczył zarówno stan wyższej konieczności, jak i jego urojenie, co otwierało drogę do przypisania oskarżonym winy za popełnione morderstwa. Tezy te należy uznać za mające szczególnie doniosłe znaczenie. Potwierdzały one ustalenia Centrali w Ludwigsburgu60. Wychodząc jednak poza ramy czasowe opracowania Langbeina stwierdzić trzeba, że tezy te nie utrzymały się w postępowaniu odwoławczym w odniesieniu do skazanego Franza Lucasa. Najwyższy Sąd Federalny (Bundesgerichtshof) wyrokiem z 20 lutego 1969 r. utrzymał w mocy wyrok wydany przez frankfurcki sąd przysięgłych, z wyjątkiem części dotyczącej dr. Lucasa uznanego za winnego pomocnictwa do morderstwa przez uczestniczenie w selekcji na rampie w KL Auschwitz II-Birkenau w 1944 r. Sprawę rozpatrzył ponownie, orzekając w innym składzie, sąd przysięgłych we Frankfurcie nad Menem i wydał 8 października 1970 r. wyrok uniewinniający, z tym uzasadnieniem, że „wiele faktów przemawia za tym”, iż oskarżony faktycznie mógł działać „w domniemanym [przez siebie] stanie wyższej konieczności, a więc pod naciskiem nieistniejącego obiektywnie, ale subiektywnie odczuwanego i niezawinionego przymusu”, co spowodowało, że jego zachowanie nie podlega ukaraniu.

Powołanie się przez oskarżonego na przymus wykonania rozkazu przełożonego wystarczyło także sądowi przysięgłych przy Sądzie Krajowym w Monachium do uniewinnienia, wyrokiem z 1 kwietnia 1966 r., Jakoba Lölgena, który jako dowódca trzydziestoosobowego Einsatzkommando 16, działającego jesienią 1939 r. w Bydgoszczy, kazał rozstrzelać 349 osób i zameldował pisemnie, że „akcja przeciwko polskiej inteligencji jest już prawie zakończona”61. Stwierdzając, że zachowanie Lölgena nie może być uznane za sprawstwo, ponieważ nie miał „woli sprawczej”, sąd uznał, iż dopuścił się on pomocnictwa do wspólnie popełnionego mordu, za które nie ponosi jednakże odpowiedzialności karnej, albowiem stanowisko dowódcy komanda objął z obawy znalezienia się w razie odmowy w obozie koncentracyjnym. Zdumiewające jest to, że sąd, wbrew faktom powszechnie znanym, uznał „pomocnictwo do mordu” jako czyn popełniony przez oskarżonego w rzeczywistym stanie wyższej konieczności, mimo że w procesie nie zostało to udowodnione.

Na zakończenie należy odnotować, że frankfurcki „pierwszy wielki proces”, przynosząc prawdę o dokonanych zbrodniach, jak również publikacje ukazujące przebieg przeprowadzonego w jego toku postępowania dowodowego62, a także opracowania naocznego świadka, którym był Langbein63, nie zapobiegł trudnemu do zrozumienia zjawisku zaprzeczania zbrodniom, za które prawomocnie zostali skazani ludobójcy z Auschwitz. Zaprzeczanie takie przyjęto określać terminem Auschwitz-Lüge (kłamstwo o Auschwitz)64, a jego, jak można określić, „klinicznym” przykładem jest książka napisana przez Wilhelma Stäglicha pt. Mit Auschwitz. Legenda czy rzeczywistość? Krytyczny remanent65. W publikacji tej autor stwierdził, że historycznie bezwartościowe są wszystkie relacje, które złożył komendant Rudolf Höss, a także ustalenia zawarte w wyroku zamykającym proces we Frankfurcie nad Menem. Główna teza całego wywodu zawarta została w zdaniu: „W Auschwitz nie został zagazowany ani jeden Żyd, a ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej jest w całości tylko wymysłem tych, którzy realizują cele antyniemieckiej zmowy”. Publiczne głoszenie takich twierdzeń jest współcześnie przestępstwem zarówno według niemieckiego (§ 130 Kodeksu karnego), jak również polskiego prawa. Jednym z powodów, dla których polski ustawodawca uczynił przestępstwem „kłamstwo o Auschwitz” (a także „kłamstwo o Katyniu” - art. 55 ustawy z 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu66), była potrzeba stworzenia podstawy prawnej do pociągnięcia do odpowiedzialności osób, które podobnie jak neonazista Ewald Althans głosiłyby, że Auschwitz jest „Disneylandem dla Wschodniej Europy”67.

Polskie wydanie dzieła Langbeina Auschwitz przed sądem uznać należy przeto także za formę ochrony pamięci o zamordowanych, dlatego że zaliczeni zostali przez zbrodniczą ideologię do kategorii untermenschów, oraz uzasadnienie, dlaczego to, co zostało tam dokonane, nie może ulec zapomnieniu.

 

dr hab. Witold Kulesza

Nota edytorska

 

Auschwitz przed sądem Hermanna Langbeina-znanego polskiemu czytelnikowi jako autora Ludzi w Auschwitz - jest książką, na którą czekali już od dawna znawcy tematu.

Pełna dynamizmu i nieukrywanych emocji relacja z jednego z największych procesów przeciwko zbrodniarzom z Auschwitz ukazała się już w 1965 r., tuż po ogłoszeniu wyroku przez sędziów obradujących we Frankfurcie nad Menem. Publikacja została przygotowana bardzo solidnie: uzupełnieniem tekstu głównego są wykazy osób biorących udział w procesie, objaśnienia terminów obozowych i skrótów oraz indeks osobowy.

Wydawcy polskiej edycji, zachowując pierwotny układ książki, postanowili ją wzbogacić o kilka elementów, dzięki którym czytelnik uzyska pełniejszy obraz przedstawianych faktów. Zeznania uczestników procesu zostały opatrzone przypisami zawierającymi ważne informacje na temat każdego z nich. I tak w przypadku byłych więźniów są to: data urodzenia, przyczyna aresztowania i deportacji, losy obozowe i często również powojenne, a oskarżonych: kariera w strukturach SS, funkcje pełnione w obozach koncentracyjnych, powojenne losy.

Wydawcy ponadto postanowili dodać wstęp prof. Witolda Kuleszy, w którym analizuje problem ścigania i karania zbrodniarzy nazistowskich po II wojnie światowej.

Pisząc o procesie frankfurckim, Langbein posługiwał się terminologią niemiecką, którą tłumacz pozostawił najczęściej w wersji oryginalnej, gdyż na stałe weszła ona do żargonu obozowego, a podczas samego procesu posługiwali się nią nawet ci więźniowie, którzy nie władali językiem niemieckim. W związku z tym w książce pojawiły się dziesiątki terminów obcych polskiemu czytelnikowi, które wydawcy wyjaśniają, poszerzając tym samym znacznie pierwotny słownik terminów obozowych.

Inicjatorem wydania publikacji w języku polskim jest wrocławskie wydawnictwo Via Nova, które zaprosiło do współpracy Instytut Pamięci Narodowej oraz Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

 

Jadwiga Pinderska-Lech

Wspomnienie o Hermannie Langbeinie

 

Miałem honor i zaszczyt poznać Hermanna Langbeina osobiście. Zdarzyło się to na krótko przed Jego śmiercią, podczas jednej z konferencji naukowych, których celem było uporządkowanie przekazu historycznego na wystawie w Muzeum Auschwitz. Był jednym z tych wielkich, o których mówiło się w naszym środowisku z ogromnym szacunkiem: odważny żołnierz, były więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych, bohater ruchu oporu, społecznik, polityk; człowiek, który mimo swoich lewicowych przekonań nie zawahał się dać wyraz swojemu sprzeciwowi wobec sowieckiej interwencji na Węgrzech. Pamiętam dobrze jego wysoką, wyprostowaną postać; wypowiadał się zawsze zwięźle i dobitnie, starannie dobierając argumenty.

Jego Der Auschwitz-Prozess. Eine Dokumentation w sfatygowanej nieco, czarnej okładce, był jedną z pierwszych książek, z którą polecono mi zapoznać się po rozpoczęciu pracy w Muzeum. Przyznaję, że od razu ujął mnie styl i sposób prowadzenia narracji, jakże różny od większości polskich opracowań, pochodzących głównie z lat sześćdziesiątych i powstałych, tak jak praca Langbeina, na podstawie materiałów z przewodów sądowych. Tamte albo zbytnio obfitowały w komentarze (często mocno zideologizowane), albo też były zbyt szczegółowe, nużące, z wieloma nieistotnymi dla sprawy i zaciemniającymi jej obraz opisami. Książka Langbeina natomiast zachowywała wszelkie zalety bezpośredniego kontaktu ze źródłem historycznym, nie mając zarazem, poprzez staranny dobór cytatów, jego wad.

Być może jakiś metodyk-skrupulant znalazłby powód, by zarzucić Autorowi, iż w swoich ocenach mógł nie być wolnym od osobistych uprzedzeń, jako świadek i pokrzywdzony zarazem. Przyznaję jednak, że tendencji tej w książce jakoś nie zauważyłem. Ponoć w którymś miejscu powinien okazać większą ostrożność, gdzie indziej jakoby bardziej ważyć słowa, nie nazywając wprost zabójstwa morderstwem, a okrutnika winnego śmierci setek ludzi - zbrodniarzem, bo przecież „nie wszystkie zarzuty zostały udowodnione”. Być może.

Uważam jednak, że w tym akurat konkretnym przypadku, opisując zagładę mas ludzi, setek tysięcy niewinnych, którym odebrano życie w okrutny sposób, Autor jest zwolniony z obowiązku posługiwania się językiem pozbawionym uczuć i ekspresji. Tu bowiem nie może być mowy o wątpliwościach natury moralnej, wahań wobec słuszności potępienia sprawców. Po tym, czego dopuścili się esesmani w Auschwitz, ich wina była bezdyskusyjna.

Hermann Langbein był człowiekiem szczerym, ideowym i uczciwym, bez względu na okoliczności i czasy, w jakich przyszło mu żyć. Był niewątpliwie austriackim patriotą, ale też przyjacielem Żydów, odznaczonym przez Instytut Yad Vashem medalem „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata”. Był również przyjacielem Polaków, zarówno w obozie, jak i po wyzwoleniu. Dzięki Niemu wielu polskich więźniów obozów koncentracyjnych w trudnych powojennych latach otrzymało niewielkie przynajmniej odszkodowania. Miał odwagę publicznie stawać w ich obronie, kiedy wspieranie „tych komunistycznych Polaków” zza żelaznej kurtyny wymagało determinacji i walki z często powtarzanymi w świecie Zachodu stereotypami.

 

dr Piotr Setkiewicz

Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau

w Oświęcimiu

 

Przedmowa do nowego wydania

 

Kiedy ponad trzydzieści lat temu rozpoczął się we Frankfurcie [nad Menem] wielki proces Auschwitz, po którym szybko nastąpiły dalsze kompleksowe procesy dotyczące masowych zbrodni narodowego socjalizmu, słusznie określono go jako wielkie dokonanie prawnicze. Tak obszerne postępowanie sądowe, z tak olbrzymią liczbą oskarżonych, z tak szczegółowymi dochodzeniami uwzględniającymi tak liczne dokumenty, ze świadkami z najróżniejszych krajów musiało wzbudzić wielkie zainteresowanie. Sędziowie powtarzali wprawdzie, iż zadaniem sądu nie jest rekonstruowanie historii obozu koncentracyjnego Auschwitz, który rozbudowany został do rozmiarów największego obozu zagłady reżimu narodowosocjalistycznego, lecz ogranicza się ono do zbadania zarzutów przeciwko dwudziestu oskarżonym. Jednakże najważniejsze znaczenie frankfurckiego procesu polegało na tym, iż opinia publiczna dowiedziała się - co zostało potwierdzone przez sąd niemiecki - czym była rzeczywistość w Auschwitz: masowym zabijaniem ludzi niczym robactwo, zorganizowanym z wielką precyzją przez aparat państwowy, który rządził Niemcami. Z tego też powodu echo wywołane procesem było odpowiednio silne i długotrwałe. Pokolenie, które samo nie przeżyło rządów narodowych socjalistów i dotychczas niewiele o nich wiedziało, poczuło się zobowiązane do konfrontacji z tą epoką. Rok 1968 był przesiąknięty zmaganiami z tą przeszłością.

Aspekt prawny frankfurckiego procesu nie ma już dzisiaj prawie żadnego znaczenia. Jego tematem pozostała - także dla obecnego młodego pokolenia - konfrontacja z historią. Jakie znaczenie mogą mieć w tym kontekście zeznania złożone w postępowaniu sądowym sprzed trzech dziesięcioleci?

Szczegóły z życiorysów oskarżonych, które ujawnione zostały podczas procesu, pokazują, jak ludzie, których w żadnym razie nie można by określić jako urodzonych sadystów, nakłonieni zostali do współudziału w codziennym masowym mordzie dokonywanym w Auschwitz - czy to w sposób bezpośredni, czy pośredni. Potwierdzają one również fakt, iż ci, którzy nie zostali złapani zaraz po zakończeniu wojny, potrafili niepostrzeżenie włączyć się do normalnego życia; do normalności, w której nie wydawano już żadnych rozkazów do mordowania, w której ślepe posłuszeństwo nie uchodziło już za największą z cnót, a elity, do których opłacało się przynależeć, nie nosiły mundurów SS i swastyk.

Równie interesująca - dzisiaj nie mniej niż wczoraj - jest konstatacja, iż niektóre osoby występujące jako honorowi świadkowie ponosiły prawdopodobnie wcale nie mniejszą - często wręcz większą - od oskarżonych odpowiedzialność za to, czego w sposób tak okrutny dokonano w Auschwitz: realizację morderczej ideologii rasowej, którą narodowosocjalistyczny system podniósł do rangi doktryny państwowej.

Pół wieku temu Auschwitz wyzwolono. Od tego czasu Auschwitz stał się historią.

Ale czy w naszej epoce rozdział pod tytułem „Auschwitz” został naprawdę już zamknięty? W sposób przekonujący wykazano, dlaczego w XX w. w Europie Środkowej mógł zdarzyć się Auschwitz. Dlaczego nikt - z nielicznymi niestety tylko wyjątkami - nie próbował temu przeciwdziałać, przynajmniej w postaci biernego oporu? Dlaczego tak wielu milczało, kiedy we wrześniu 1935 r. uchwalono ustawy rasowe stawiające Żydów i Cyganów na marginesie społeczeństwa? Dlaczego „noc kryształowa” z 1938 r. nie została odebrana jako ostrzeżenie przed tym, co nastąpi później? Nadal nie wszyscy ów zasadniczy rozdział w historii europejskiej uważają za charakterystyczny element tego okresu, za skutek rozwoju społecznego. Nadal jeszcze nie wyciągnięto wniosków z doświadczeń historycznych, które uniemożliwiłyby - w taki czy inny sposób - ponowny Auschwitz.

Jeżeli teraz dokumentacja frankfurckiego procesu Auschwitz wydawana jest ponownie i tym samym udostępniona nowemu pokoleniu zainteresowanych czytelników, to być może spowoduje ożywienie dyskusji na temat przyczyn, które doprowadziły do Auschwitz; a jeżeli poza tym pomoże jeszcze w wyciągnięciu wniosków na przyszłość, to wdzięczni za to byliby ci, którzy dochodzą tutaj do głosu jako byli więźniowie największego narodowosocjalistycznego obozu zagłady.

 

Hermann Langbein

Wiedeń, grudzień 1994 r

Wprowadzenie68

 

Procesy odbywające się w Niemczech z powodu dawnych masowych zbrodni odróżniają się od innych sądowych postępowań w sprawach kryminalnych. Zbrodnie te, co prawda popełniane, planowane i organizowane były na rozkaz przywódców narodowosocjalistycznego państwa, ale mimo to pozostały z formalnego punktu widzenia jednoznacznie czynami kryminalnymi. W Trzeciej Rzeszy nie istniało bowiem żadne prawo pozwalające zabijać bez powodu Żydów, Polaków, Cyganów albo rosyjskich jeńców wojennych, którzy całkowicie bezbronni znajdowali się we władzy narodowych socjalistów. Hitler nakazał osobiście popełnianie tych czynów przede wszystkim wiernej mu gwardii - SS. Nie jest z pewnością przesadne stwierdzenie, iż żaden z postawionych później przed sądem masowych morderców w uniformach SS nie stałby się przestępcą, gdyby Führer nie nakazał mu popełnienia tych zbrodni.

Procesy dotyczące tego typu zbrodni pod wieloma względami należą do wyjątkowych - nie tylko ze względu na rozmiar zbrodni. Jeżeli ktoś zostanie skazany za pomocnictwo w zamordowaniu kilkuset ludzi, to liczba ta wydaje się stosunkowo mała w porównaniu z tym, że bardzo często zapadały wyroki w sprawach o zamordowanie kilkuset tysięcy. Cechą charakterystyczną tych procesów karnych jest ich polityczne oddziaływanie - zmuszają one bowiem w konsekwencji do rozliczenia się z systemem narodowosocjalistycznym. Te postępowania sądowe nabierają często wyjątkowego, nierzadko trudnego do zrozumienia charakteru, także przez to, że sędziowie i ławnicy, prokuratorzy i obrońcy, dziennikarze i obserwatorzy sami z reguły dorastali w okresie rządów narodowosocjalistycznych i z tego powodu zwykle identyfikowali się raczej z sytuacją sprawcy niż ofiary, zwłaszcza gdy sprawcy nie mogą być udowodnione czyny ze szczególnym okrucieństwem popełnione przez niego osobiście, a ofiarami są ludzie, pod których adresem formułowano i starannie pielęgnowano liczne uprzedzenia: Słowianie, Cyganie albo Żydzi.

Procesy te i echo, jakie wywołały, będą mogły w przyszłych powojennych opisach dziejów stać się wyraźnymi wskaźnikami moralnej sytuacji epoki narodowosocjalistycznej. Duże znaczenie polityczne tej serii procesów, które odczuwalne było już podczas odbywających się rozpraw, polega na tym, iż opinia publiczna dowiaduje się o niepodważalnych faktach z okresu historii niemieckiej, który do tej pory dla wielu, zbyt wielu, był zaciemniony. Ten, kto był o tym poinformowany dokładniej, z reguły milczał. Ten, kto czytał obozowe relacje, uważał je za przesadzone, jako że to, co stało się w obozach zagłady - sposób, w jaki postępowały Einsatzgruppen - wydaje się przy pierwszym kontakcie z tymi wydarzeniami niewyobrażalne i niewiarygodne. Ale to, co zostało udowodnione przed sądem, przed którym oskarżeni nie byli w absolutnie żaden sposób ograniczani w możliwościach własnej obrony - jakże słuszna i konieczna zasada w obliczu historycznej wagi tych procesów! - nie może być podawane w wątpliwość, ponieważ to oskarżeni znają najlepiej zakres i okoliczności tych zbrodni. Nic nie może im przeszkodzić w odrzuceniu przesadzonych doniesień i zaprzeczaniu im.

Nawet jeżeli badania opinii publicznej wykazują, iż spory odsetek ludności w ogóle nie interesuje się tymi procesami, to jednak wielu przedstawicieli młodego pokolenia właśnie dzięki nim po raz pierwszy skonfrontowanych zostało z całą prawdą na temat tej epoki, z prawdziwym obliczem narodowego socjalizmu. Bezpośredni skutek tych postępowań sądowych można właściwie ocenić dopiero wówczas, kiedy na ten temat rozmawia się z młodymi ludźmi. Odnosi się to w ogólności do procesów o zbrodnie narodowosocjalistyczne - a zwłaszcza dotyczy największego i najważniejszego: procesu zbrodniarzy z Auschwitz.

Proces ten odróżnia się od innych postępowań sądowych o podobnym charakterze nie tylko poprzez swoje rozmiary - nie było jednak przypadkiem, że do przeprowadzenia tego postępowania, po okresie przygotowań wynoszącym pięć i pół roku, konieczna była rozprawa główna, która trwała dwadzieścia miesięcy, że przed sądem musiało odpowiadać wspólnie dwudziestu oskarżonych, których liczba powinna być właściwie jeszcze większa: została ona w pewnym sensie arbitralnie ograniczona na niekorzyść tego procesu. Kilku oskarżonych będzie musiało odpowiadać przed sądem w dotyczących Auschwitz następnych procesach we Frankfurcie, inni z kolei zostali skreśleni z listy obwinionych bez podania powodu. Redukcja liczby oskarżonych uzasadniona została tym, że proces nie mógł być zbyt obszerny, co w konsekwencji doprowadziło do sytuacji, w której kilka wydziałów w kierownictwie obozu SS nie było reprezentowanych na ławie oskarżonych. Sąd zatem nie widział potrzeby sprawdzenia odrębnej odpowiedzialności tej biurokratycznej części aparatu administracyjnego SS, co stało się okazją dla niektórych oskarżonych do zrzucenia pewnej części odpowiedzialności właśnie na te resorty. Brakowało wydziału administracji obozowej (Verwaltung) - jego kierownik, SS-Sturmbannführer Wilhelm Burger69, odpowie przed sądem dopiero w jednym z następnych procesów. Wśród oskarżonych nie było również przedstawicieli Wydziału Zatrudnienia Więźniów (Arbeitseinsatz) - postępowanie przeciwko SS-Oberscharführerowi Jakobowi Friesowi70, podobnie jak przeciwko lekarzowi garnizonowemu doktorowi Kurtowi Uhlenbrockowi71, zostały na wniosek prokuratury umorzone. Z pewnością było to bardzo korzystne dla oskarżonych lekarzy z SS.

Proces zbrodniarzy z Auschwitz wyróżnia się spośród bardzo wielu postępowań sądowych nie tylko z powodu liczb, które przewyższają podobne dane z innych procesów. Jego cecha szczególna polega na tym, że postępowanie to, mające na celu prawne zbadanie największego i najpotworniejszego kompleksu zbrodni, jaki kiedykolwiek został popełniony, wdrożone zostało przez sąd niemiecki. Ofiary Auschwitz liczone są w milionach.