Artemida pocieszycielka - Paula Meehan - ebook
NOWOŚĆ

Artemida pocieszycielka ebook

Paula Meehan

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Książka, która wyrasta z irlandzkiej historii i osobistej biografii, a zarazem sięga w stronę czasu geologicznego i gwiezdnego. W świecie Magdalenek, klasztornych pralni, wyburzanych osiedli i ludzi dorastających w rytmie przemysłowych przemian pocieszenie oznacza nie ucieczkę, lecz rozpoznanie współuczestnictwa w losie świata. Paula Meehan szuka języka dla doświadczeń, których nie da się łatwo opowiedzieć: przemocy instytucji, choroby i żałoby, uzależnień, lęku klimatycznego, dziedziczonych traum. Sięga do mitologii i tarota, łączy naukę i duchowość, legendy miejskie oraz protest songi, tworząc poezję jednocześnie cielesną i polityczną, czułą i bezlitosną wobec iluzji, że świat da się uratować bez zasadniczej zmiany spojrzenia. W przekładzie Tadeusza Sławka Artemida pocieszycielka staje się także książką o naszej części Europy: o tym, jak poezja, sondowana słowo po słowie, może jeszcze podtrzymywać wrażliwość i odpowiedzialność w świecie późnej nowoczesności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 125

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TU I TERAZ 7

PAULA MEEHAN: Artemida pocieszycielka tytuł oryginału The Solace of Artemis przekład z języka angielskiego TADEUSZ SŁAWEK

REDAKCJA I KOREKTA • Magdalena Gembara, Joanna Mueller

PROJEKT OKŁADKI • Ula Pągowska

PROJEKT TYPOGRAFICZNY KSIĄŻKI • Artur Burszta

SKŁAD • Mateusz Martyn

Copyright © by Paula Meehan, 2023 Copyright © by Tadeusz Sławek, 2026 Copyright © by Ula Pągowska, 2026 Copyright © by Biuro Literackie, 2026

BIURO LITERACKIE

[email protected]

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-68759-98-3

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autorki i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

dla Theo Dorgana

Siostra Trauma

Przynosi mi lebiodę, zioła, kwiatów nie pominie –

Usiądzie tuż obok w smutnej, błękitnej godzinie

Przeklęty szlak mej gwiazdy dla niewydarzonych –

Jej humory, opowieści, czasem proste, czasem niestworzone

Pokazuje, że ta góra to apteka leków na wszelkie choroby –

Mówi, że kto chodzi po ziemi, podwójnie jest błogosławiony

Raz dlatego, że Żyje; dwa, ma Dar Języka i to wystarcza –

Jako przeciw upodleniom historii miłosierdzia tarcza

MacCoitir, Mrs. Grieves, inne stare zielniki tak dobrze nam znane –

Pełne balsamów, traw, ziół, na śmierć zaczytane

Ona za rękę mnie prowadzi na skraj, na granicę –

Gdzie jej skał, rzek, wybrzeży, płotów tajemnice

Siostra Trauma nie daje mi wyboru:

Albo jej głos lub długa cisza grobu.

OBRZĘDY

.

Artemida pocieszycielka

Przeczytałam, że każdy żyjący dzisiaj niedźwiedź polarny ma mitochondrialne DNA

jednej wspólnej matki, irlandzkiej brunatnej niedźwiedzicy, która dawno temu

przewędrowała przez pustynie ostatniej epoki lodowcowej, i znalazłam w tym pocieszenie.

Trwał długi upalny poranek spędzany z dziećmi maszyny,

z ich gadką o pamięci, o tym, jak by ją kupić, i po dobrej cenie, ale ja,

strażniczka pamięci z zawodu, skanuję myślą czas zakodowany w złocistym ulu

umysłu wieczności. Palę książki, palę swe archiwum:

płomień osmala skórę, synapsy strzelają między komórkami, w których

pamięć śpi w woskowych sześciobokach mojego skazanego na stopienie plastra.

Widzę go, jak sadzi susami w moją stronę przez wielkie pole lodu,

a ja siedzę u wejścia do jaskini, śni mi się, że moje małe baraszkują w gawrze,

moje słodziaki, pachnące śniegiem i słodką niepamięcią.

dla Catriony Crowe

.

Alma Mater

Kiedy dawno temu chodziłam tu do szkoły,

ścinali te wiązy – przechodziłam przez Front Gate

i siadałam gdzieś na końcu auli, by posłuchać wykładu Eiléan Ní Chuilleanáin,

taka była ze mnie dziewczyna, co to zawsze w ostatnim rzędzie, z tyłu autobusu,

nieopierzona siedemnastolatka stawiająca czoła

nauczycielom, którzy wiedli mnie w stronę światła

wbrew mnie samej, która wolałam schodzić na manowce.

Ścinali te wiązy – koncentryczne słoje,

kręgi mego życia niczym winylowa płyta

z nagraną muzyką. Świat dla mnie układał się w rymy,

a ja miałam sukienkę zieloną, z aksamitu, którą uszyła

mi matka – asymetryczne liście wiązów świetnie

pasowały do tego materiału w tureckie wzory. Pieśń

była straceńczo odważna, wiernie powtarzała uderzenia serca.

W słowach, powiedział poeta Pasternak, zamieszkują duchy.

Widzę je codziennie w miejskiej gadaninie,

w zgarbionych starych kobietach niosących w plastikowych torbach

cały swój dobytek, w językach, o których śniłam w dzieciństwie,

patrząc, jak satyrowie ścigają nereidy na śnieżnobiałym

pustkowiu sufitu naszego mieszkania,

a sufit był obrzeżony fletniami, liśćmi akantu, lirami orfików.

Dopóki o tym nie powiedzieli nam w szkole,

nie pomyślałabym wtedy, że byliśmy jakoś pokrzywdzeni,

ale dosłownie wbili nam to do głowy. Według nich

byliśmy głupi; ja wiedziałam, że tylko biedni.

Ale ja byłam królową wszystkich rozkwitających rzeczy,

które potrafiłam nazwać lub zgadnąć ich znaczenie.

Drogie mi duchy zlatywały stadami jak szpaki na gałęzie wiązu!

Nie ma już wiązów, nie ma ich zielonego cienia,

nie ma szorstkiej kory, na której niegdysiejsi uczniowie wycinali

serca, a w nich swe nazwiska, nie ma księżyców, chmur i gwiazd nie ma,

co się zaplątywały w olinowaniu gałęzi, a ja odkrywałam swe stopy

i stałam na nich mocno, na swych własnych nogach, obutych w martensy

albo w sandały, i byłam gotowa na wędrówkę ścieżką pieśni

wiedzy, gotowa, by stworzyć trwałą pieśń domu.

I tak kiedyś, na lekcji, blisko Wszystkich Świętych, siedziałam w ostatnim rzędzie

i doszło do mnie, że „galaktyka” mieści w sobie greckie słowo

„gala” – czyli „mleko”! Mogłam poczuć na własnym języku

niczym sakrament smak Mlecznej Drogi, naszej kosmicznej matki.

I lekkim tanecznym krokiem wprowadziłam do wiersza

to niezwykłe światło – mleko ludzkiej dobroci i pokrewieństwa,

życiodajne mleko. Co mnie znów sprowadza

do Alma Mater, matki żywicielki, matki opiekunki, bliskiej

krewnej Ceres oraz Marii Panny, Królowej Niebios dla uczonego

mediewisty, do tego złotego łańcucha pamięci, którego każde

lśniące ogniwo wiąże mnie z tym miejscem,

daje mi poczuć się jak w domu, osesek u cycka

ludzkiej i nie-ludzkiej wiedzy,

to moje życiodajne metrum, litościwe, nieprzebrane złoże.

dla Eiléan Ní Chuilleanáin

.

Kobieta przy pracy

Myślę, że teraz przy świetle gwiazd i księżyca

lapis lazuli w jakimś skryptorium uciera,

sama promienna, swój gniew i smutek mieszając

w zachwycający pigment błękitu. Sygnały

rozbrzmiewają na alarm, słychać syren wycie,

pośród tego wszystkiego, choć groza napiera,

ona zważa na język, każdy dźwięk badając,

sonduje każdą głoskę i każdą literę,

śpiewa pieśń wody, płynnego lustra wszechświata.

Jak porwany przez kosa niegdysiejszy skryba,

co na marginesach kreślił dom lekki jak piórko,

przez wieki tropiliśmy tę gwałtowną miłość,

silniejszą od boskich surowych przykazań:

nasze gniazdo tam, na krawędzi, którą zwiemy wiersz.

dla Ailbhe Smyth

.

#idźcieiokupujciejęzyk

Idźcie i okupujcie język:

słowo „prawda”

lśni jak nowo narodzone

kocię lub zajączek

Idźcie i okupujcie język:

słowo „sprawiedliwość”

łuski rzadko spotykanego zwierzęcia

o którym mówią: wymarło

Idźcie i okupujcie lato:

obfitość huczącą jak ul

Idźcie i okupujcie zimę:

jeśli nas nie zabije

to nas wzmocni

Nie pomińcie jesiennych liści

spływających falami

na nadrzeczne łąki

Idźcie i okupujcie!

Okupujcie wiosnę:

jeśli dość macie odwagi

soki roślinne kpią sobie z nas

i wciąż ich przybywa

Wiosnę refuseników która nas okupuje

Idźcie i okupujcie teraz:

oddech mijającej chwili

niesie

natchnienie

I teraz w tej właśnie chwili

Wszechświat nas okupuje

nas zajmuje

O idźcie i okupujcie miłość:

opiewajcie ją kwiatami

pod księżycem idącym do pełni

Lub szeptem ją głoście wśród drzew

pod księżycem którego ubywa

i jest jak kość błyszcząca na porannym niebie

Idźcie i okupujcie miłość:

miękkie wargi i ich miękkie głoski

Tam rozbijcie namiot

pośród kwitnących miast

Niech was zagarnie

te krótkie źródłowe sylaby w umyśle

Który to umysł „sam się zmieniając wszystko odmienia”

Stary dobry druh nauczyciel serca

miłość

Idźcie i okupujcie pokój:

który nadejdzie

„zacząć trzeba od siebie”

pierwszy krok długiej wędrówki

Idźcie i okupujcie kosmos:

dach jego nieba

Jowisza i Wenus

zmiennego Plutona

Idźcie i okupujcie Saturna:

dopiero co skończył powolny obrót

wokół własnej osi

byśmy się nauczyli bardziej cenić

ten krótko nam dany rzut oka

na planetę co jest naszym domem

Okupujcie język:

odzyskajcie słowa

ich sypiące iskrami demony

elektryczne ładunki

Odzyskajcie noc

i jej tajemnice

I dzień odzyskajcie

naszą piękną gwiazdę

która ogrzewa nasze twarze zwrócone ku niebu

Idźcie i okupujcie siebie samych:

niech się dobrze wiedzie

waszym rozlicznym „ja”

Idźcie i okupujcie ciszę:

wsłuchujcie się w jej moc

Idźcie i okupujcie nadzieję:

Idźcie i okupujcie wolność:

Idźcie i okupujcie język:

.

Pieśń na okoliczność najdłuższej nocy w roku (drążąc ciszę)

mój kumpel z dawnych lat

ledwie zipie

trzyma go świat

na ostrzu igły

lub muszce rewolweru

dragów cały wór

albo też posucha

cień zawisł na ścianie

huśtawki dyndający sznur

chodźmy tą starą drogą

co idzie za miasto

aż do lasu tam staniemy

przecinka ogniowa biegnie w górę

do kręgów kamieni na sztorc ustawionych

pamiętasz jeszcze?

chodziliśmy tam gdy byliśmy mali

kładliśmy się na ziemi

z gwiazdami nad głową

igiełki naszych oczu

nakłuwały ciemność nocy

śledziliśmy nasz los śmiertelników

na tej mapie gwiezdnych zdarzeń

zdarzało się nam zasnąć

tam w samym sercu świata

a księżyc miał się do pełni

snem najgłębszym w którym żadnych marzeń

i budziliśmy się o świcie

do roku co nowym światłem rozbłysnął

spoglądali za siebie

na szlak którym szliśmy

na ślady stóp

w śniegu

a śnieg ma tu głos ostateczny.

.

Łaski pełne godziny

Ponieważ wiemy, że Śmierć może być chwilą wielkiej trwogi –

nagłe pukanie do drzwi w środku nocy,

co wszystkich, jak wybłysk dnia, ze snu zrywa na równe nogi –

ten czas bezcenny, gdy czuwamy z tymi,

co w bramy spokoju wkraczają – to dar.

To kojące światło dla nas, którzy wciąż

jeszcze czekamy na niebo lub nicość,

my: kochankowie, matki i ojcowie,

dzieci. My śmiertelni, którzy marzymy,

by jeszcze choć chwilę iść razem tą drogą

do domu, w słońcu lub gdy pada, ręka w rękę,

mimo zakrętów i zwrotów, co czekać nas mogą.

Bądź wdzięczny: na pogrzeb weź kwiaty i świece,

za te wszystkie łaski pełne godziny w podzięce.

.

W dniu przesilenia wiosennego

Chcę powiedzieć, że to była prawdziwa zmiana biegów, podmuchy wiatru

prosto w twarz nowo narodzonego światła, skrzypienie roku, który nabierał rozpędu.

Mozolne wygrzebywanie się z zimy, wałęsaliśmy się wzdłuż Wad i Santry –

przez królestwo dwóch rzek, całą bandą, i bliska już była zapowiedź lata,

przez Finglas Ballymun Glasnevin, dzielnice gdzieś na końcu świata,

porywy namiętności gnały nas ścieżkami do Parku Tolka,

zawsze daleko od domu. Czasem dawaliśmy sobie do myślenia,

a czasem dawaliśmy czadu, ci dawni kolesie, ci zmarli kumple,

z którymi my, dzieci nowych osiedli, wałęsaliśmy się po okolicy jak lumpy,

badając, jaka czeka nas przyszłość, szukając żyły złota,

i w drodze nigdy nie zabrakło nam pieśni, ale nie była to ich droga,

kimkolwiek nie byliby ci oni, gdy błądziliśmy na polach Finglas uparcie,

a potem na skróty koło Dubber Cross. Gitary były dla nas niczym tarcze,

gdy bocznymi drogami dobijaliśmy do miejsca, gdzie budowali bloki Ballymun,

i tam, a słońce już zachodziło, złaziliśmy do wykopów, do fundamentów,

i czekaliśmy, aż noc nadejdzie, rozświetlając gwiazdy na pochmurnym niebie.

Chcę jeszcze raz spojrzeć w ich oczy jasne, a może zmącone cierpieniem,

tym przyjaciołom młodości, usłyszeć, jak ich tak drogie mi głosy znów

śpiewają tę pieśń, zapewnić ich cienie, że tak, że byliśmy razem,

że uczyliśmy się, jak czynić czasowniki z rzeczowników brat i siostra,

a każdy oddech obecność ich tylko wyostrzał.

Chcę na kolanach całować ziemię, po której stąpali,

chcę, byśmy razem wciąż znów do upadłego wirowali i wirowali,

aż wieże nad nami zawirują się na amen, wpadną w stan bezruchu –

i wtedy spływa na nas ten uroczysty stan ducha,

i nagle poczujemy się swobodnie w naszym ciele małolata,

marząc o przyszłej karierze, sławie, metropoliach świata.

Chcę poczuć ich dłonie, moją dłoń w ich dłoni uchwycie,

skórę na ciepłej skórze, linię serca blisko linii życia.

Czasem to ja wyciągam ich z pamięci, wywlekam na powierzchnię,

czasem to oni wyciągają i wywlekają na powierzchnię mnie,

co zdarza się, gdy przede mną ciemność i chandra mnie bierze,

i okazuje się, że wszystkie moje anioły stróże to są apokalipsy rycerze.

Wtedy ci zmarli kumple wyciągają mnie na światło z tej mrocznej krainy

i znów będziemy się wałęsać wśród bloków z betonu i żywopłotów z tarniny

przez teren Kolegium Alberta i cały nasz świat

wtedy uciszony, uspokojony, w zachwycie –

kos śpiewający na jasnych polach poranka.

Chris Green in memoriam

.

Gadka starej baby

Nie macie gdzie się podziać...

Młodzi widzą się głównie na ekranach –

ale tych dwoje zauroczonych sobą po uszy

pod graniczną ścianą: genetyczny imperatyw,

co przez bezwład pandemii

pcha ich życiowe soki – to mój deszcz wiosenny,

przywraca mnie do życia, wyciąga z przepastnych studni

na uzdrawiające światło tego świata

czystą wodę o smaku szlachetnych kamieni i żelaza,

kwarcytu i złota:

w wiadrze odbijają się planety i światło gwiazd,

słońce i komety, Luna – dama księżyca, służka świętej Brygidy.

Mój oddech, stary duch, drży w szarych, niewyraźnych

odbiciach geologicznych epok ziemi, prastarych mórz,

lasów, gdzie kiedyś – był taki czas – na huśtawce lian

przelatywaliśmy z drzew na pnie spławiane rzeką,

pnie powalone, co potem stały się łupkiem,

co potem stał się węglem, co potem stał się diamentem.

Tych dwoje to ogień:

dziewiczy i płomienny. Są nieśmiertelni.

.

Prastara skamielina