Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Książka, która wyrasta z irlandzkiej historii i osobistej biografii, a zarazem sięga w stronę czasu geologicznego i gwiezdnego. W świecie Magdalenek, klasztornych pralni, wyburzanych osiedli i ludzi dorastających w rytmie przemysłowych przemian pocieszenie oznacza nie ucieczkę, lecz rozpoznanie współuczestnictwa w losie świata. Paula Meehan szuka języka dla doświadczeń, których nie da się łatwo opowiedzieć: przemocy instytucji, choroby i żałoby, uzależnień, lęku klimatycznego, dziedziczonych traum. Sięga do mitologii i tarota, łączy naukę i duchowość, legendy miejskie oraz protest songi, tworząc poezję jednocześnie cielesną i polityczną, czułą i bezlitosną wobec iluzji, że świat da się uratować bez zasadniczej zmiany spojrzenia. W przekładzie Tadeusza Sławka Artemida pocieszycielka staje się także książką o naszej części Europy: o tym, jak poezja, sondowana słowo po słowie, może jeszcze podtrzymywać wrażliwość i odpowiedzialność w świecie późnej nowoczesności.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 125
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TU I TERAZ 7
PAULA MEEHAN: Artemida pocieszycielka tytuł oryginału The Solace of Artemis przekład z języka angielskiego TADEUSZ SŁAWEK
REDAKCJA I KOREKTA • Magdalena Gembara, Joanna Mueller
PROJEKT OKŁADKI • Ula Pągowska
PROJEKT TYPOGRAFICZNY KSIĄŻKI • Artur Burszta
SKŁAD • Mateusz Martyn
Copyright © by Paula Meehan, 2023 Copyright © by Tadeusz Sławek, 2026 Copyright © by Ula Pągowska, 2026 Copyright © by Biuro Literackie, 2026
BIURO LITERACKIE
www.biuroliterackie.pl
ISBN 978-83-68759-98-3
Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autorki i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
dla Theo Dorgana
Siostra Trauma
Przynosi mi lebiodę, zioła, kwiatów nie pominie –
Usiądzie tuż obok w smutnej, błękitnej godzinie
Przeklęty szlak mej gwiazdy dla niewydarzonych –
Jej humory, opowieści, czasem proste, czasem niestworzone
Pokazuje, że ta góra to apteka leków na wszelkie choroby –
Mówi, że kto chodzi po ziemi, podwójnie jest błogosławiony
Raz dlatego, że Żyje; dwa, ma Dar Języka i to wystarcza –
Jako przeciw upodleniom historii miłosierdzia tarcza
MacCoitir, Mrs. Grieves, inne stare zielniki tak dobrze nam znane –
Pełne balsamów, traw, ziół, na śmierć zaczytane
Ona za rękę mnie prowadzi na skraj, na granicę –
Gdzie jej skał, rzek, wybrzeży, płotów tajemnice
Siostra Trauma nie daje mi wyboru:
Albo jej głos lub długa cisza grobu.
Artemida pocieszycielka
Przeczytałam, że każdy żyjący dzisiaj niedźwiedź polarny ma mitochondrialne DNA
jednej wspólnej matki, irlandzkiej brunatnej niedźwiedzicy, która dawno temu
przewędrowała przez pustynie ostatniej epoki lodowcowej, i znalazłam w tym pocieszenie.
Trwał długi upalny poranek spędzany z dziećmi maszyny,
z ich gadką o pamięci, o tym, jak by ją kupić, i po dobrej cenie, ale ja,
strażniczka pamięci z zawodu, skanuję myślą czas zakodowany w złocistym ulu
umysłu wieczności. Palę książki, palę swe archiwum:
płomień osmala skórę, synapsy strzelają między komórkami, w których
pamięć śpi w woskowych sześciobokach mojego skazanego na stopienie plastra.
Widzę go, jak sadzi susami w moją stronę przez wielkie pole lodu,
a ja siedzę u wejścia do jaskini, śni mi się, że moje małe baraszkują w gawrze,
moje słodziaki, pachnące śniegiem i słodką niepamięcią.
dla Catriony Crowe
Alma Mater
Kiedy dawno temu chodziłam tu do szkoły,
ścinali te wiązy – przechodziłam przez Front Gate
i siadałam gdzieś na końcu auli, by posłuchać wykładu Eiléan Ní Chuilleanáin,
taka była ze mnie dziewczyna, co to zawsze w ostatnim rzędzie, z tyłu autobusu,
nieopierzona siedemnastolatka stawiająca czoła
nauczycielom, którzy wiedli mnie w stronę światła
wbrew mnie samej, która wolałam schodzić na manowce.
Ścinali te wiązy – koncentryczne słoje,
kręgi mego życia niczym winylowa płyta
z nagraną muzyką. Świat dla mnie układał się w rymy,
a ja miałam sukienkę zieloną, z aksamitu, którą uszyła
mi matka – asymetryczne liście wiązów świetnie
pasowały do tego materiału w tureckie wzory. Pieśń
była straceńczo odważna, wiernie powtarzała uderzenia serca.
W słowach, powiedział poeta Pasternak, zamieszkują duchy.
Widzę je codziennie w miejskiej gadaninie,
w zgarbionych starych kobietach niosących w plastikowych torbach
cały swój dobytek, w językach, o których śniłam w dzieciństwie,
patrząc, jak satyrowie ścigają nereidy na śnieżnobiałym
pustkowiu sufitu naszego mieszkania,
a sufit był obrzeżony fletniami, liśćmi akantu, lirami orfików.
Dopóki o tym nie powiedzieli nam w szkole,
nie pomyślałabym wtedy, że byliśmy jakoś pokrzywdzeni,
ale dosłownie wbili nam to do głowy. Według nich
byliśmy głupi; ja wiedziałam, że tylko biedni.
Ale ja byłam królową wszystkich rozkwitających rzeczy,
które potrafiłam nazwać lub zgadnąć ich znaczenie.
Drogie mi duchy zlatywały stadami jak szpaki na gałęzie wiązu!
Nie ma już wiązów, nie ma ich zielonego cienia,
nie ma szorstkiej kory, na której niegdysiejsi uczniowie wycinali
serca, a w nich swe nazwiska, nie ma księżyców, chmur i gwiazd nie ma,
co się zaplątywały w olinowaniu gałęzi, a ja odkrywałam swe stopy
i stałam na nich mocno, na swych własnych nogach, obutych w martensy
albo w sandały, i byłam gotowa na wędrówkę ścieżką pieśni
wiedzy, gotowa, by stworzyć trwałą pieśń domu.
I tak kiedyś, na lekcji, blisko Wszystkich Świętych, siedziałam w ostatnim rzędzie
i doszło do mnie, że „galaktyka” mieści w sobie greckie słowo
„gala” – czyli „mleko”! Mogłam poczuć na własnym języku
niczym sakrament smak Mlecznej Drogi, naszej kosmicznej matki.
I lekkim tanecznym krokiem wprowadziłam do wiersza
to niezwykłe światło – mleko ludzkiej dobroci i pokrewieństwa,
życiodajne mleko. Co mnie znów sprowadza
do Alma Mater, matki żywicielki, matki opiekunki, bliskiej
krewnej Ceres oraz Marii Panny, Królowej Niebios dla uczonego
mediewisty, do tego złotego łańcucha pamięci, którego każde
lśniące ogniwo wiąże mnie z tym miejscem,
daje mi poczuć się jak w domu, osesek u cycka
ludzkiej i nie-ludzkiej wiedzy,
to moje życiodajne metrum, litościwe, nieprzebrane złoże.
dla Eiléan Ní Chuilleanáin
Kobieta przy pracy
Myślę, że teraz przy świetle gwiazd i księżyca
lapis lazuli w jakimś skryptorium uciera,
sama promienna, swój gniew i smutek mieszając
w zachwycający pigment błękitu. Sygnały
rozbrzmiewają na alarm, słychać syren wycie,
pośród tego wszystkiego, choć groza napiera,
ona zważa na język, każdy dźwięk badając,
sonduje każdą głoskę i każdą literę,
śpiewa pieśń wody, płynnego lustra wszechświata.
Jak porwany przez kosa niegdysiejszy skryba,
co na marginesach kreślił dom lekki jak piórko,
przez wieki tropiliśmy tę gwałtowną miłość,
silniejszą od boskich surowych przykazań:
nasze gniazdo tam, na krawędzi, którą zwiemy wiersz.
dla Ailbhe Smyth
#idźcieiokupujciejęzyk
Idźcie i okupujcie język:
słowo „prawda”
lśni jak nowo narodzone
kocię lub zajączek
Idźcie i okupujcie język:
słowo „sprawiedliwość”
łuski rzadko spotykanego zwierzęcia
o którym mówią: wymarło
Idźcie i okupujcie lato:
obfitość huczącą jak ul
Idźcie i okupujcie zimę:
jeśli nas nie zabije
to nas wzmocni
Nie pomińcie jesiennych liści
spływających falami
na nadrzeczne łąki
Idźcie i okupujcie!
Okupujcie wiosnę:
jeśli dość macie odwagi
soki roślinne kpią sobie z nas
i wciąż ich przybywa
Wiosnę refuseników która nas okupuje
Idźcie i okupujcie teraz:
oddech mijającej chwili
niesie
natchnienie
I teraz w tej właśnie chwili
Wszechświat nas okupuje
nas zajmuje
O idźcie i okupujcie miłość:
opiewajcie ją kwiatami
pod księżycem idącym do pełni
Lub szeptem ją głoście wśród drzew
pod księżycem którego ubywa
i jest jak kość błyszcząca na porannym niebie
Idźcie i okupujcie miłość:
miękkie wargi i ich miękkie głoski
Tam rozbijcie namiot
pośród kwitnących miast
Niech was zagarnie
te krótkie źródłowe sylaby w umyśle
Który to umysł „sam się zmieniając wszystko odmienia”
Stary dobry druh nauczyciel serca
miłość
Idźcie i okupujcie pokój:
który nadejdzie
„zacząć trzeba od siebie”
pierwszy krok długiej wędrówki
Idźcie i okupujcie kosmos:
dach jego nieba
Jowisza i Wenus
zmiennego Plutona
Idźcie i okupujcie Saturna:
dopiero co skończył powolny obrót
wokół własnej osi
byśmy się nauczyli bardziej cenić
ten krótko nam dany rzut oka
na planetę co jest naszym domem
Okupujcie język:
odzyskajcie słowa
ich sypiące iskrami demony
elektryczne ładunki
Odzyskajcie noc
i jej tajemnice
I dzień odzyskajcie
naszą piękną gwiazdę
która ogrzewa nasze twarze zwrócone ku niebu
Idźcie i okupujcie siebie samych:
niech się dobrze wiedzie
waszym rozlicznym „ja”
Idźcie i okupujcie ciszę:
wsłuchujcie się w jej moc
Idźcie i okupujcie nadzieję:
Idźcie i okupujcie wolność:
Idźcie i okupujcie język:
Pieśń na okoliczność najdłuższej nocy w roku (drążąc ciszę)
mój kumpel z dawnych lat
ledwie zipie
trzyma go świat
na ostrzu igły
lub muszce rewolweru
dragów cały wór
albo też posucha
cień zawisł na ścianie
huśtawki dyndający sznur
chodźmy tą starą drogą
co idzie za miasto
aż do lasu tam staniemy
przecinka ogniowa biegnie w górę
do kręgów kamieni na sztorc ustawionych
pamiętasz jeszcze?
chodziliśmy tam gdy byliśmy mali
kładliśmy się na ziemi
z gwiazdami nad głową
igiełki naszych oczu
nakłuwały ciemność nocy
śledziliśmy nasz los śmiertelników
na tej mapie gwiezdnych zdarzeń
zdarzało się nam zasnąć
tam w samym sercu świata
a księżyc miał się do pełni
snem najgłębszym w którym żadnych marzeń
i budziliśmy się o świcie
do roku co nowym światłem rozbłysnął
spoglądali za siebie
na szlak którym szliśmy
na ślady stóp
w śniegu
a śnieg ma tu głos ostateczny.
Łaski pełne godziny
Ponieważ wiemy, że Śmierć może być chwilą wielkiej trwogi –
nagłe pukanie do drzwi w środku nocy,
co wszystkich, jak wybłysk dnia, ze snu zrywa na równe nogi –
ten czas bezcenny, gdy czuwamy z tymi,
co w bramy spokoju wkraczają – to dar.
To kojące światło dla nas, którzy wciąż
jeszcze czekamy na niebo lub nicość,
my: kochankowie, matki i ojcowie,
dzieci. My śmiertelni, którzy marzymy,
by jeszcze choć chwilę iść razem tą drogą
do domu, w słońcu lub gdy pada, ręka w rękę,
mimo zakrętów i zwrotów, co czekać nas mogą.
Bądź wdzięczny: na pogrzeb weź kwiaty i świece,
za te wszystkie łaski pełne godziny w podzięce.
W dniu przesilenia wiosennego
Chcę powiedzieć, że to była prawdziwa zmiana biegów, podmuchy wiatru
prosto w twarz nowo narodzonego światła, skrzypienie roku, który nabierał rozpędu.
Mozolne wygrzebywanie się z zimy, wałęsaliśmy się wzdłuż Wad i Santry –
przez królestwo dwóch rzek, całą bandą, i bliska już była zapowiedź lata,
przez Finglas Ballymun Glasnevin, dzielnice gdzieś na końcu świata,
porywy namiętności gnały nas ścieżkami do Parku Tolka,
zawsze daleko od domu. Czasem dawaliśmy sobie do myślenia,
a czasem dawaliśmy czadu, ci dawni kolesie, ci zmarli kumple,
z którymi my, dzieci nowych osiedli, wałęsaliśmy się po okolicy jak lumpy,
badając, jaka czeka nas przyszłość, szukając żyły złota,
i w drodze nigdy nie zabrakło nam pieśni, ale nie była to ich droga,
kimkolwiek nie byliby ci oni, gdy błądziliśmy na polach Finglas uparcie,
a potem na skróty koło Dubber Cross. Gitary były dla nas niczym tarcze,
gdy bocznymi drogami dobijaliśmy do miejsca, gdzie budowali bloki Ballymun,
i tam, a słońce już zachodziło, złaziliśmy do wykopów, do fundamentów,
i czekaliśmy, aż noc nadejdzie, rozświetlając gwiazdy na pochmurnym niebie.
Chcę jeszcze raz spojrzeć w ich oczy jasne, a może zmącone cierpieniem,
tym przyjaciołom młodości, usłyszeć, jak ich tak drogie mi głosy znów
śpiewają tę pieśń, zapewnić ich cienie, że tak, że byliśmy razem,
że uczyliśmy się, jak czynić czasowniki z rzeczowników brat i siostra,
a każdy oddech obecność ich tylko wyostrzał.
Chcę na kolanach całować ziemię, po której stąpali,
chcę, byśmy razem wciąż znów do upadłego wirowali i wirowali,
aż wieże nad nami zawirują się na amen, wpadną w stan bezruchu –
i wtedy spływa na nas ten uroczysty stan ducha,
i nagle poczujemy się swobodnie w naszym ciele małolata,
marząc o przyszłej karierze, sławie, metropoliach świata.
Chcę poczuć ich dłonie, moją dłoń w ich dłoni uchwycie,
skórę na ciepłej skórze, linię serca blisko linii życia.
Czasem to ja wyciągam ich z pamięci, wywlekam na powierzchnię,
czasem to oni wyciągają i wywlekają na powierzchnię mnie,
co zdarza się, gdy przede mną ciemność i chandra mnie bierze,
i okazuje się, że wszystkie moje anioły stróże to są apokalipsy rycerze.
Wtedy ci zmarli kumple wyciągają mnie na światło z tej mrocznej krainy
i znów będziemy się wałęsać wśród bloków z betonu i żywopłotów z tarniny
przez teren Kolegium Alberta i cały nasz świat
wtedy uciszony, uspokojony, w zachwycie –
kos śpiewający na jasnych polach poranka.
Chris Green in memoriam
Gadka starej baby
Nie macie gdzie się podziać...
Młodzi widzą się głównie na ekranach –
ale tych dwoje zauroczonych sobą po uszy
pod graniczną ścianą: genetyczny imperatyw,
co przez bezwład pandemii
pcha ich życiowe soki – to mój deszcz wiosenny,
przywraca mnie do życia, wyciąga z przepastnych studni
na uzdrawiające światło tego świata
czystą wodę o smaku szlachetnych kamieni i żelaza,
kwarcytu i złota:
w wiadrze odbijają się planety i światło gwiazd,
słońce i komety, Luna – dama księżyca, służka świętej Brygidy.
Mój oddech, stary duch, drży w szarych, niewyraźnych
odbiciach geologicznych epok ziemi, prastarych mórz,
lasów, gdzie kiedyś – był taki czas – na huśtawce lian
przelatywaliśmy z drzew na pnie spławiane rzeką,
pnie powalone, co potem stały się łupkiem,
co potem stał się węglem, co potem stał się diamentem.
Tych dwoje to ogień:
dziewiczy i płomienny. Są nieśmiertelni.
Prastara skamielina
