Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 281 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Armenia. Karawany śmierci - Andrzej Brzeziecki

Armenia. Niegdyś potężne imperium rozciągające się od Morza Kaspijskiego po Morze Śródziemne, dziś maleńkie i najbiedniejsze państwo na Kaukazie Południowym. Pierwszy chrześcijański kraj na świecie, którego mieszkańcy uznali się za naród wybrany przez Boga. To tutaj, na szczycie Araratu, osiadła po biblijnym potopie Arka Noego, to tutaj na nowo miał się zacząć świat. Ale jeśli Bóg naprawdę wybrał Ormian, to potraktował ich niczym biblijnego Hioba. Wielki mały naród wędruje przez stulecia niczym karawana po pustyni. Wędruje w strachu i we krwi, ostatnie dekady historii Armenii pełne są bowiem przemocy i bólu. Żyje wspomnienie czystek, wojny, prześladowań, żyje pamięć o karawanach śmierci, a zagłada czai się na każdym zakręcie historii.

Opinie o ebooku Armenia. Karawany śmierci - Andrzej Brzeziecki

Fragment ebooka Armenia. Karawany śmierci - Andrzej Brzeziecki

W serii ukazały się ostatnio:

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach wPRL-u

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń

Armenia

Karawany śmierci

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Abbie Trayler-Smith / Panos / Czarny Kot

Copyright © for the maps by d2d.pl

Copyright © by Andrzej Brzeziecki i Małgorzata Nocuń, 2016

Redakcja Dominika Cieśla-Szymańska

Korekty Anna Strożek / d2d.pl, Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład pismami Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-268-4

W państwie „naj”

– W Armenii to nawet niebo jest wyżej. – Sarik patrzy w górę. Zaraz odpali kolejnego papierosa i pociągnie spory łyk kawy po ormiańsku, czyli według nas po turecku, ale tu, w Armenii, nikt by tak nie powiedział.

Tu wszystko jest najlepsze i wyjątkowe. Ormianie nigdy nie omieszkają przypomnieć, że Andre Agassi i Charles Aznavour mają ormiańskich przodków. Młodsi wymienią jeszcze muzyków grupy System of a Down, której lider Serż Tankjan urodził się w Libanie, albo celebrytkę Kim Kardaszjan. Nie ma przebacz. Nawet coca-cola jest tu lepsza: wyjątkowy smak nadaje jej krystalicznie czysta górska woda.

W słynnej południowokaukaskiej powieści Ali i Nino[1] pewien Ormianin przekonuje głównego bohatera, że cerkiew w Szuszi liczy co najmniej pięć tysięcy lat. Na uwagę, że samo chrześcijań­stwo ma dopiero dwa tysiące, odpowiada bez mrugnięcia okiem, że owszem, w innych krajach chrześcijaństwo ma dwa tysiące lat, ale w Górskim Karabachu Chrystus pojawił się trzy tysiące lat wcześniej.

Tylko w wyjątkowych przypadkach Ormianie są gotowi ustąpić komuś pierwszeństwa. W kultowym radzieckim filmie komediowym Mimino niezapomniany Frunzik Mkrtczjan, grający pociesznego Ormianina Rubika, zachwalając Armenię, mówi głównemu bohaterowi, że w Dilidżanie jest woda „druga na świecie pod względem jakości”. Na ironiczną ripostę, że najlepsza woda zapewne jest w Erywaniu, Ormianin odpowiada skromnie: „Nie, w San Francisco”.

Ale generalnie w Armenii wszystko jest „naj”. Bóg wyżej rozpiął niebiosa nad Armenią, bo upodobał sobie tę ziemię. Podczas biblijnego potopu, kiedy według Księgi Rodzaju „powiał wiatr nad całą ziemią i wody zaczęły opadać”, arka Noego osiadła na szczycie Araratu – świętej góry Ormian. Tu na nowo miał zacząć się świat. Wszak Armenia zwana jest kolebką cywilizacji.

Ten sam Sarik, przy kolejnym papierosie, będzie narzekał na swój kraj: wszyscy kradną (najbardziej oligarchowie), ludzie są podli, nic tu nie działa prawidłowo, politycy są skorumpowani, wszystko jest w rękach Rosjan, a Putin traktuje Armenię niczym półkolonię. Jej prezydenta zaś jak tanią dziwkę, która spełni każde żądanie. Mógł bowiem Erywań podpisać z Brukselą umowę o stowarzyszeniu, ale na jedno słowo Kremla odstąpił od tego.

Dziś w Armenii tak samo blisko jest do nieba i świętości jak do piekła i nikczemności. Szanuje się tutaj rodzinę i ceni wielo­dzietność. Ale drogi na przedmieściach Erywania prowadzą obok dziesiątek kasyn i burdeli, gdzie faceci robią z kobietami to, na co nie pozwoli żona w domu. Tysiące Ormianek po kilka razy w życiu mają skrobankę – najczęściej usuwają ciążę, gdy badanie USG wykazuje, że płód jest płci żeńskiej.

Armenia to pierwszy chrześcijański kraj na świecie (chrzest przyjęła w 301 roku, przed edyktem mediolańskim rzymskiego cesarza Konstantyna), którego mieszkańcy do dziś składają koguty i inne zwierzęta w ofierze – pozostaje to w zgodzie z nauką ormiańskiego Kościoła. Obcinają im głowy i „modlą się”, patrząc, jak zwierzę kona w konwulsjach. Po dziesiątkach lat przymusowego ateizmu ludzie są skłonni uwierzyć w cokolwiek. A Kościół ormiański stał się niemalże świecką instytucją. Jego zwierzchnik, katolikos, jest bardziej biznesmenem niż duchownym i (jak twierdzą opozycyjni politycy i dziennikarze) zarabia na handlu prezerwatywami. Mówi się, że jest potentatem „od gumek”.

Bardzo ważną dla tej kultury postacią jest święty Mesrop Masztoc – duchowny i twórca alfabetu ormiańskiego. Przez stulecia Ormianie słynęli z bogatego piśmiennictwa. Kochali księgi ponad wszystko. Dziś w języku ormiańskim nie tworzy się dobrej literatury, a ludzie mówią z błędami, co kilka słów wtrącając rusycyzmy.

Święte są też chaczkary – wotywne płyty kamienne, które zdobią świątynie, stoją u wejść do grobowców, na rozstajach dróg. Drogi, które kiedyś łączyły wsie i miasta, dziś często prowadzą donikąd: prowincja wyludniła się na skutek emigracji. Wędrując po Armenii, można zobaczyć opustoszałe domy i fabryki, w których już nikt nie pracuje.

To samo z drogami wiodącymi w świat. Z Armenii można wyjechać tylko w dwie strony: do Gruzji i Iranu. Tory kolejowe prowadzące do Turcji zarosły – górska droga wiodąca do Karsu jest od 1993 roku zamknięta. Zamknięta jest także granica armeńsko-azerska, gdzie wciąż padają strzały i gdzie co roku ginie kilkunastu żołnierzy (Ormian i Azerów).

Wielu Ormian mówi, że ich naród jest jak biblijny Hiob. Wspominają tych, którzy wyjechali, i tak jak oni chcą uciec. Ale wielu Armenię kocha i nigdy tej ziemi nie opuści. Przecież Hiob cierpiał z pokorą.

Jeżdżąc z Sarikiem po Armenii i oglądając stare zabytki, słuchamy o tym, jak wspaniałą kulturę stworzyli Ormianie – we wszystkim byli pierwsi. Potem w domu oglądamy mapy, na których Wielka Armenia rozciąga się od Morza Kaspijskiego po Morze Śródziemne. Ale w końcu rodzi się pytanie: jakim cudem można było to wszystko tak przepieprzyć? Dziś Armenia jest wielkości jednego–dwóch polskich województw. Jest najbiedniejszym krajem na Kaukazie Południowym i jednym z biedniejszych państw, jakie powstały po upadku Związku Radzieckiego. Czyżby Bóg już nie kochał Ormian? Ziemie bogate w surowce naturalne, żyzne doliny i lasy są poza granicami państwa, Ormianom zostały skały i piach.

Ormianie uważają się za naród wybrany przez Boga, ale świat o tym nie wie i chyba już się nie dowie. A jeśli Bóg naprawdę wybrał Ormian, to rzeczywiście potraktował ich niczym biblijnego Hioba. Ich ziemie zagarniali Rzym, Bizancjum, Persowie, Arabowie, znowu Persowie, Turcy i Rosjanie. Dziś też Armenia nie jest liczącym się krajem – choćby dla Amerykanów, którzy ze względu na stosunki z Turcją (druga co do wielkości armia w NATO) nie chcą uznać mordów popełnionych na Ormianach w 1915 roku za Ludobójstwo – czysta polityka. Prawda o losie narodu z trudem przebija się do świadomości opinii międzynarodowej. Przez całe dziesięciolecia o Ludobójstwie – największej tragedii w dziejach ormiańskiego narodu – milczano. Także Moskwa, jeszcze od XIX wieku uważana za protektorkę Ormian, grała kwestią ormiańską. Związek Radziecki nie pamiętał o zbrodni. Rok 1915 – to moment zagłady wielkiego narodu ormiańskiego. Ci, którzy ocaleli, musieli zmieścić się w niewielkiej republice (oficjalnie około trzech milionów Ormian mieszka w ojczyźnie) albo rozjechali się po różnych zakątkach świata (od siedmiu do dziesięciu milionów żyje w Rosji, USA, Francji, Argentynie, Libanie, Syrii, Iranie, Kanadzie, Grecji, na Ukrainie i w Australii). Mówimy tu o szczęśliwcach, którzy przeżyli Rzeź Ormian. Jak podają Ormianie, nawet półtora miliona ludzi takiego szczęścia nie miało.

Po wojnach, masowych mordach, najazdach, różnych traktatach i po rozpadzie Związku Radzieckiego Ormianom pozostało oglądać stare mapy i rozprawiać o dawnej wielkości. Patrzą więc na Zachodnią Armenię, zwaną przez nich Ergir, obecnie na terenie Turcji, i wzdychają. Tak jak wzdychają do góry Ararat (5137 metrów n.p.m.), która jest w Armenii symbolem wszechobecnym – od godła państwowego po etykietki koniaków. Kłopot w tym, że Ararat także leży już po stronie tureckiej. Na tyle blisko, że widać jego magnetyzującą, pokrytą białą czapą sylwetkę z Erywania, i na tyle daleko, by być dla współczesnych Ormian nieosiągalnym. Ale Rosjanie, protektorzy Ormian, gdy mieli przewagę nad Turcją, nie chcieli odzyskać dla nich Araratu, tak samo jak zabytkowego miasta Ani, które leży dosłownie na granicy. Większość Ormian zdaje sobie sprawę, że ich państwo jest zupełnie zależne od woli Rosji. Cóż im pozostaje? Sarik, nasz przyjaciel, który mówi, że lubi Rosjan, ale nie lubi rosyjskie­go chamstwa, odreagowuje, nazywając swoje świnie rosyjskimi imionami. Najmłodszą nazwał Natasza.

Inni opowiadają sobie kawały. Ormianin i Rosjanin napadli na bank. W bandyckiej kryjówce mają dokonać podziału łupów. „To co, liczymy się jak bracia?” – proponuje Rosjanin. „Nie, nie… Po równo” – odpowiada Ormianin.

Albo: na Kaukaz przyjechał nowy ruski i pewnym krokiem wchodzi do restauracji. Mówi, że chce coś lokalnego i koniecznie ostrego. Kelner uprzejmie pyta: „Charczo?”. „Nie” – odpowiada przybysz. „Może szaszłyk?” – próbuje kelner, ale Rosjanin znudzonym głosem mówi: „Nie…”. Na co wściekły kelner: „No to może kindżał w dupę?”.

Rosjanie nie pozostają dłużni. Ormian, jak zresztą pozostałe narody Kaukazu, uważają za ludzi gorszych od siebie. Mały, chciwy naród – mówią. Mają takie powiedzenie: Gdy Ormianin mówi do ciebie „bracie”, uważaj, bo to znaczy, że chce cię oszukać, ale gdy mówi „braciszku”, to znaczy, że już cię oszukał…

Więc jak to jest – państwo „naj” czy nieistotny skrawek wyschniętej ziemi, który co rusz przechodził pod panowanie regionalnych potęg? Wspaniały naród z wielką tradycją i kulturą czy skorumpowany naród kupczący wszystkim, co się da? I jedno, i drugie.

Dziś Armenia nie jest nawet w stanie dobrze traktować tych, którzy przelewali i przelewają za nią krew. Weterani wojny o Górski Karabach, którzy z potrzeby serca poszli walczyć za swój kraj, zostali zapomniani przez państwo. Nikt nie troszczy się o inwalidów wojennych, zasiłki są głodowe.

Żołnierzy w Armenii zabijają nie tylko azerbejdżańskie pociski, zabija ich także mafia, która rządzi w armii. W każdy czwartek na placu Republiki w Erywaniu demonstrują matki zabitych żołnierzy. Poległych w obronie ojczyzny? Nie. Zabili ich inni żołnierze. Tak twierdzą matki, które płaczą, lamentują i mają nadzieję, że przechodzień choć popatrzy na fotografię ich zamordowanego syna. Żyją już tylko po to, by wyjaśnić okoliczności śmierci swoich dzieci. W armii handluje się narkotykami. Kto nie podporządkuje się mafii, ginie. Potem w protokole pisze się, że żołnierz popełnił samobójstwo. Armenia jest de facto w stanie wojny z Azerbejdżanem, ale nie hołubi tych, których wysyła na linię frontu. Posyła się zresztą dzieci z biednych rodzin – bogatsi wykupują się z wojska. Tak Armenia traktuje swych obrońców. A przecież trwający od ponad stu lat konflikt o Górski Karabach jest zjawiskiem organizującym życie kraju – nie ma dnia, by rządzący nie nawoływali, że potrzebna jest jedność narodowa, bo muzułmański wróg nie śpi.

Duma i wstyd – to dwa uczucia, które walczą o lepsze w duszach Ormian. Na każdy argument o wielkości tego narodu można znaleźć kontrargument o jego miałkości.

Na pozór wszystko jest wręcz bajkowe. Słońce mocno grzeje, wiatr z syryjskiej pustyni przynosi podmuchy gorąca i ziarenka piasku, w kawiarniach siedzą staruszkowie, pijąc kawę i grając w szachy albo nardy, czyli tryktraka, dzieci biegają wokół gmachu opery, a zakochani spacerują ulicą Abowjana. Ale jednocześnie w kraju trwa bezwzględna walka o władzę i pieniądze. Lista najważniejszych deputowanych do armeńskiego parlamentu pokrywa się z listą najbogatszych Ormian. Od dwudziestu lat krajem rządzą politycy wywodzący się z Górskiego Karabachu, z Serżem Sargsjanem i Robertem Koczarjanem na czele. Rząd niby strzeże bezpieczeństwa Ormian, ale gdy trzeba, gotów jest strzelać do ludzi – tak jak 1 marca 2008 roku, gdy podczas demonstracji otworzono ogień do protestujących i zabito co najmniej dziesięć osób.

Reżim tuszuje niewygodne sprawy. Ochroniarze oligarchów są bezkarni – biją nielicznych dziennikarzy, którzy jeszcze próbują pisać o życiu politycznym uczciwie, ale biją też zwykłych ludzi, którzy stają im na drodze. Niektórych zabijają. Oczywiście dowodów nigdy nie ma, bo na przykład znikają nagrania monitoringu w restauracji, gdzie doszło do bójki.

Ale Armenia to mały kraj, niemal wszyscy się znają i informacje rozchodzą się szybko. Więc przeciętny Ormianin woli milczeć i zanurzyć się w grze w szachy niż wychodzić na ulice. Zresztą ostatni sponsorujący również opozycję, ale będący jednocześnie częścią establishmentu oligarcha Gagik Carukjan wycofał się z polityki i organizowania demonstracji. Wystarczyło pogrozić, że weźmie się za niego armeński fiskus.

Bezpieczniej jest więc pić kawę albo któryś z wyśmienitych ormiańskich koniaków (jeden z nich produkuje właśnie Carukjan) i nie wychylać się zbytnio.

Albo można wyjechać. Gdziekolwiek. Najlepiej na Zachód, ale najczęściej do Rosji. Bo w kraju „naj” młodzi ludzie nie mają perspektyw – jadą więc pracować na budowach Moskwy, Petersburga czy Jekaterynburga. Nie chronią ich tam żadne prawa i nie dostają świadczeń socjalnych, ale to i tak lepiej, niż siedzieć bezczynnie na ławce przed domem na jakiejś głuchej armeńskiej prowincji. Ilu Ormian żyje więc dziś w Armenii? Podobno około trzech milionów, ale rzeczywista liczba to jedna z najbardziej skrywanych tajemnic władz. Co miesiąc z kraju emigrują tysiące obywateli. Prowincja Armenii to dziś ziemia wyludniona. W upalne popołudnie stojące powietrze tworzy miraże. Rozmazany krajobraz i pustka sprawiają, że wygląda tu jak po katastrofie: puste domy, zaniedbana roślinność, bezpańskie zwierzęta. Są miejsca, skąd życie uciekło zupełnie. Ale problem emigracji dotyczy nie tylko prowincji. Także w miastach wiele mieszkań jest zamkniętych na klucz, na przedmieściach Erywania pełno jest domów z szyldem „na sprzedaż”, a ziemię kupi się za grosze. Zostają zwykle ludzie starzy, którzy stoją przy drodze z koszykiem grzybów, owoców, świeżo złowioną rybą. Bywa, że to jedyna forma zarobku; potem zimę pozwalają im przeżyć zapasy.

W takiej sytuacji rodzą się teorie spiskowe. Według jednej z nich jakaś wszechpotężna światowa organizacja, najpewniej powiązana z żydomasonerią, której służą miejscowi oligarchowie, chce zupełnie wyludnić Armenię, bo sama chce tu zamieszkać. Dlaczego akurat tutaj? Odpowiedź jest oczywiście banalnie prosta: bo Armenia to najlepsze na świecie miejsce do życia. I rosną tu najlepsze morele. Takich moreli nie ma nigdzie. I dywany, prawdziwe orientalne kobierce, pochodzą właśnie stąd. Persowie, Kurdowie i Turcy tylko naśladują sztukę wiązania wełny w kolorowe wzory. W każdym razie takich teorii można się nasłuchać, gdy siada się do kolacji z Ormianami.

Pewien poważny ormiański naukowiec opublikował nawet książkę o tym, że Ormianie są przybyszami z innej planety, że stali za najważniejszymi osiągnięciami cywilizacji – od budowy piramid egipskich poczynając. W kraju, w którym wierzy się w siły nadprzyrodzone, takie teorie mają posłuch. W końcu fakt, że Ormianie są narodem wybranym, jakoś tłumaczy to, że inne narody tylko czyhają na ich zgubę: Arabowie, Turcy, Azerowie, Persowie, Rosjanie…

A jednak Ormianie trwają. Wielki mały naród wędruje przez stulecia niczym karawana po pustyni. Wędrówce towarzyszy przelana krew, ostatnie dekady w historii Armenii są pełne przemocy i bólu. Żywe jest wspomnienie czystek, wojny, prześladowań, żywa jest pamięć o karawanach śmierci. Zagłada czai się na każdym zakręcie historii.

I

Dzieje hiobowe

To było ludzkie mięso

15 marca 1921 roku na berlińskiej Hardenbergstrasse dwudziesto­pięcioletni Ormianin Salomon Teilirjan strzałem w głowę zabił mężczyznę. Trafiony „zachwiał się, jakby od ciosu – wspominał potem zabójca – i w mgnieniu oka jego wielkie ciało wyprostowało się jak struna, zatrzęsło i niczym podpiłowany dąb z hukiem upadło na twarz… Nieopodal jakaś kobieta krzyknęła i upadła, ktoś podbiegł ku niej… Absolutnie nie sądziłem, że zwierz z taką lekkością rozpłaszczy się na ziemi. Na sekundę pojawiła się pokusa, by władować mu pozostałe kule w plecy, ale zamiast tego odrzuciłem pistolet. Czarna gęsta krew natychmiast pociekła wokół głowy Talaata, jakby z pękniętego naczynia polał się mazut”[2].

Było po godzinie dziesiątej, wokół trupa zebrał się tłumek, morderca stał spokojnie z pistoletem w dłoni i patrzył na leżące ciało. Nie miał planu ucieczki. Potem zaczął biec, ale powstrzymali go jacyś ludzie. Wkrótce pojawiła się policja i aresztowała Teilirjana, który złożył zeznania i przyznał się do winy. Po skończonym przesłuchaniu położył się na więziennej pryczy i zasnął.

Szaleniec – stwierdzili policjanci, spoglądając na niego przez kraty. Pierwszy raz obserwowali mordercę, który tak spokojnie zasypia.

Tym, którego dosięgnął strzał, był Mehmet Talaat – były minister spraw wewnętrznych Turcji, prominentny polityk ugrupowania młodotureckiego, jeden z architektów Ludobójstwa Ormian.

Suren Manukjan, zastępca dyrektora Muzeum Ludobójstwa w Erywaniu, studiuje dokumenty mówiące o Rzezi Ormian: depesze, wspomnienia, relacje korespondentów wojennych akredytowanych w Imperium Osmańskim. Dla tego człowieka o spokojnej twarzy, naukowca, który waży słowa i unika emocji – nie są to tylko suche fakty. Ta historia pisana jest krwią. To opowieść o zaplanowanej i precyzyjnie przeprowadzonej zagładzie setek tysięcy ludzi: jak zabić? Jak podzielić majątek zamordowanych? Jak pozbyć się ciał?

Ludobójstwo Ormian, które zaczęło się w kwietniu 1915 roku i trwało do 1917 roku, porównywane jest z Holokaustem. Sam Adolf Hitler na tydzień przed agresją na Polskę, przemawiając 22 sierpnia 1939 roku przed dowództwem Wehrmachtu, miał powiedzieć (nie zostało to ostatecznie potwierdzone): „Zabijajcie bez litości kobiety, starców i dzieci, liczy się szybkość i okrucieństwo. […] Kto dziś pamięta o rzezi Ormian?”.

Zdaniem Manukjana Hitler miał ułatwione zadanie: dla potrzeb Holokaustu opracowano całą infrastrukturę zbrodni. Wybudowano obozy koncentracyjne, a w nich komory gazowe i krematoria. Przykładowo: w obozie Auschwitz-Birkenau jedno­razowo uśmiercano w dużej komorze gazowej tysiąc czterysta ludzi (w 1943 roku w obozie działały cztery duże komory gazowe, oprócz nich były mniejsze), krematoria pracowały całą dobę. Wcześniej na obozowych rampach więźniom konfiskowano majątek. Turkom i Kurdom biorącym udział w Ludobójstwie Ormian przyświecał ten sam cel – zamordować i ograbić setki tysięcy ludzi. Ale Ormian często trzeba było zabić twarzą w twarz.

– Zabijano nożami, toporami, mieczami, szablami; zabijali zwykli ludzie, którzy przed wojną być może nie skrzywdziliby nawet muchy – opowiada Manukjan. – Mordowały dzieci. Ludzi opętała chęć zabijania. W Ludobójstwo zaangażowane były dziesiątki tysięcy ludzi, na co dzień zwykłych, spokojnych obywateli.

Zdaniem Manukjana Turcy planowali Ludobójstwo Ormian przez wiele lat. W Imperium Osmańskim zmieniały się rządy, ale Ormianie zawsze byli uważani za „obcych”.

W 1878 roku Turcja przegrała wojnę z Rosją. Po wojnie od Imperium Osmańskiego oderwały się Bułgaria, Rumunia, Serbia i Czarnogóra. Konstantynopol bał się, że o niepodległość upomną się również dyskryminowani przez Turków Ormianie – turecka propaganda mówiła o ich sympatiach prorosyjskich, oskarżała o terroryzm. W latach 1894–1896 za rządów krwawego cesarza Abdülhamida II doszło do pogromów Ormian w Imperium Osmańskim. W 1909 roku dokonano zbrodni w Adanie – miasto obróciło się w ruinę.

Kilka lat później, w 1913 roku, do władzy doszło ugrupowanie młodotureckie. W rządach młodoturków Ormianie widzieli szansę na poprawę swojego losu i po części sami wynieśli ich do władzy, skandując na wiecach młodotureckie hasła. Nadzieja szybko się rozwiała. Młodoturcy zamarzyli o budowie wielkiej Turcji – państwa islamskiego, które obejmie tureckojęzyczne ziemie: Kaukaz, Azję Centralną, Krym, Powołże, Syberię, granicami oprze się o Chiny. Ten ruch zostanie nazwany pantur­kizmem i jak wszystkie ruchy z przedrostkiem „pan” będzie miał zabarwienie rasistowskie. Ormianie, jako chrześcijanie, stali mu na przeszkodzie.

Z dokumentów, które analizuje Manukjan, wynika, że bezpośrednia decyzja o Ludobójstwie zapadła po zebraniu partii Dasznakcutiun (Armeńskiej Federacji Rewolucyjnej) – największego i najbardziej wpływowego ormiańskiego ugrupowania politycznego działającego w Imperium Osmańskim i w Rosji. Zebranie odbyło się u progu I wojny światowej, zaproszono na nie także przedstawicieli władz tureckich i postanowiono, że w obliczu wojny Ormianie zostaną wierni państwu, w którym mieszkają (Imperium Osmańskiemu albo Imperium Rosyjskiemu). Dla Ormian to postanowienie oznaczało walkę bratobójczą; dla Turków, którzy liczyli na ich poparcie, stanowiło to niebezpieczeństwo prorosyjskiej dywersji z ich strony.

Symbolicznym początkiem największej rzezi Ormian jest 24 kwietnia 1915 roku. Tego dnia aresztowano ormiańską inteligencję i przywódców religijnych w Konstantynopolu. Większość wkrótce zamordowano – na ulicach miasta pojawiły się szubienice, a wokół wisielców tłum tureckich gapiów, do niedawna sąsiadów zamordowanych Ormian.

Dla mieszkańców Armenii oraz Ormian z diaspory 24 kwietnia jest dniem pamięci o Ludobójstwie. To dzień święty. W każdą rocznicę pod pomnikiem Muzeum Ludobójstwa w Erywaniu zbierają się tysiące ludzi, którzy chcą powiedzieć światu: „Przeżyliśmy”.

W styczniu 1915 roku Ormianie służący w armii sułtańskiej zostali rozbrojeni i wkrótce rozstrzelani. 27 maja opublikowano w tureckiej prasie Tymczasowe Prawo o Deportacjach. Na jego mocy od maja do sierpnia Ormianie mieli pokonać drogę z Anatolii (terytorium wschodniej Turcji) do znajdującej się pod panowaniem tureckim Syrii, gdzie czekały na nich wybudowane wcześniej obozy koncentracyjne. Obiecywano, że po wojnie wrócą do swoich domów.

Ta wędrówka Ormian przejdzie do historii jako „marsze śmierci” albo „karawany śmierci”, bo ludzi wygnano na syryjską pustynię. Niektórzy zdołali zaprząc osła czy konia do wozu i zabrać trochę ubrań, coś do jedzenia, inni ruszyli na pustynię, jak stali. Podczas marszu umierali z głodu i zmęczenia; kobiety i dziewczynki porywano i gwałcono, padających ze znużenia ludzi dobijano. Drogę znaczyły zwłoki ludzi wygłodzonych i spalonych żarem pustyni. Marsze atakowały bojówki Kurdów oraz Organizacja Specjalna – żandarmeria konna powołana przez młodoturecki Komitet Jedności i Postępu. W sierpniu 1915 roku amerykański dziennik „New York Times” pisał, że brzegi Eufratu usłane są trupami Ormian.

Dokumenty tureckie: rozkazy Mehmeta Talaata, Dżemala Paszy i Enwera Paszy (triumwirat rządzący Imperium Osmańskim) to w istocie wytyczne zbrodni. Każdy Turek miał obowiązek uczynić wszystko, co możliwe, w celu oczyszczenia Imperium Osmańskiego z Ormian – „elementu, który przez stulecia stał na drodze do cywilizacji”. Podczas pogromów należało „zabezpieczyć majątek” Ormian. Mehmet Talaat pisał: „Ich istnieniu należy położyć kres, nieważne, jak drastycznymi środkami. Nie należy zwracać uwagi na wiek, płeć ani na wyrzuty sumienia”[3].

Majątek Ormian podzielono wcześniej: domy, meble, dzieła sztuki, kosztowności przeszły w ręce Turków. Zdaniem Manukjana Ormian niechętnie zabijano w ich domach – stąd pomysł karawan śmierci. W domu człowiek czuje się pewnie i może się bronić, walka zostawia ślady – krew na ścianach, dywanach, rozbite meble, potłuczone szkło. Dom wypełnia się krzykiem, przenika go cierpienie – to zostaje w umyśle oprawcy. Śmierć na pustyni była powolna, anonimowa i często bezkrwawa: wygłodzeni i wycieńczeni ludzie upadali i konali w piasku. Dziś trudno określić, kto został zamordowany „twarzą w twarz”, a kto zginął w marszu śmierci. Nieliczni, którzy przeżyli te marsze, trafili do obozów koncentracyjnych nad Eufratem i pod Damaszkiem.

Jak wyglądały karawany śmierci? Można je odtworzyć z przekazywanych z pokolenia na pokolenie nielicznych wspomnień uczestników i z dokumentów dyplomatycznych. Na trasie karawan przedstawicielstwa dyplomatyczne miały między innymi USA, Wielka Brytania, Francja.

Leslie Davis, konsul USA w Harpunie (południowo-wschodnia Anatolia), raportował: „Wszędzie leżą zwłoki kobiet i dzieci. Kobiety pogrążyły się w chorobie psychicznej: rozczochrane włosy, wypalony wzrok – siedzą i patrzą przed siebie”[4]. Davis wysłał telegram do ambasadora USA w Konstantynopolu Henry’ego Morgenthaua: „Realizowany jest specjalny program eliminacji Ormian jako narodowości […]. Wykorzystywane metody są barbarzyńskie, ludzi morduje się z zimną krwią. […] Dotarły do nas informacje, że praktycznie wszyscy Ormianie, których wyprowadzono z miasta, zostali zamordowani. […] Nie ma innego określenia na to, co ma miejsce: to masowa rzeź”[5].

Notatka sporządzona przez Henry’ego Morgenthaua po spotkaniu z Talaatem Paszą: „W dyskusji z nim używałem wszelkich możliwych argumentów. On wyznał jednak, że nie ma to sensu, stwierdził, że uwolnili się już od trzech czwartych Ormian: nikogo nie pozostawiono w Bitlisie, Wanie i Erzurum, nienawiść jest tak wielka, że muszą dokończyć sprawę. Używałem także argumentów mówiących o stratach ekonomicznych, ale Talaat stwierdził, że ich to nie interesuje, wiedzą bowiem, że straty nie będą większe niż pięć milionów funtów zdeponowanych w bankach”[6].

Graf Trauttmansdorff pisze do barona Istvana Buriana, ministra spraw zagranicznych Austro-Węgier: „Świadkowie mówią o strasznych wydarzeniach, które mają miejsce podczas ewakuacji wsi zasiedlonych przez Ormian. Podobne informacje otrzymujemy z naszych konsulatów w Damaszku i Trapezuncie. Większość mężczyzn wymordowano, kobiety i dzieci są sprzedawane Turkom. Z Ormian, których wysłano w głąb kraju, do punktu przeznaczenia dotarła mniej niż jedna dziesiąta – większość zmarła po drodze od chorób i z wycieńczenia”[7].

Tymczasem Talaat Pasza irytował się na wieść, że dzieci ormiańskie idące w karawanach śmierci znajdują schronienie w przytułkach. Minister spraw wewnętrznych Turcji oświadczył, że karmienie dzieci ormiańskich będzie odbierane jako „działanie sprzeczne z naszym celem”[8].

Talaat Pasza pisał, że tylko bardzo małym dzieciom można pozwolić przeżyć marsz, ponieważ nie zapamiętają śmierci rodziców i drogi przez pustynię. Stało się jednak inaczej.

W Armenii prawdopodobnie nie żyje już nikt ocalony z Ludo­bójstwa. Żyją ich potomkowie – kilka rodzin.

Ojciec Andżeli Alboladżjan Harutjun przeżył marsz śmierci z Cylicji (kraina położona w południowo-wschodniej Azji Mniejszej) do Syrii. W starożytności przez Cylicję przechodził perski szlak królewski, który łączył Anatolię z Syrią. Setki lat później drogą tą podążą Ormianie pod eskortą bagnetów.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Wydana w latach 30. XX wieku powieść Lwa Nussimbauma, piszącego pod pseudonimem Kurban Said, której akcja rozgrywa się w Baku w latach 1914–1920, wydanie polskie: Alii Nino, przeł. Jan S. Zaus, Warszawa 2004.

[2] Salomon Teilirjan, Pokuszenije na Talaata, Moskwa 2011, s. 183.

[3] Simon Sebag Montefiore, Potwory. Historia zbrodni i okrucieństwa, tłum. J. Korpanty, Warszawa 2010, s. 208.

[4] United States Official Records on the Armenian Genocide 1915–1917, s. 644, doc. NA/RG59/867.4016/392, dostęp: http://www.genocide-museum.am/rus/american.php#sthash.yrppcJK6.dpuf.

[5] Tamże.

[6] United States Diplomacy on the Bosphorus: The Diaries of Ambassador Morgenthau 1913–1916, s. 298, dostęp: http://www.genocide-museum.am/rus/american.php#sthash.EWcRHrwn.dpuf.

[7] Faksimilesammlung Diplomatischer Aktenstucke, Herausgegeben und Eingeleitet von mag. Dr. A. Ohandjanian, Band vi, 1914-1915, Wien 1995, s. 4754–4755, dostęp: http://www.genocide-museum.am/rus/austrian.php#sthash.UvTkyaYR.dpuf.

[8] Nersisjan Mkrticz Gegamowicz, Gienocid Armian w Osmanskoj Imperii, Erewan 1982.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl,tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl,dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl,marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl,urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52,

info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I