78 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Arcydzieło literatury, niepowtarzalna i zapierająca dech w piersiach opowieść o dalekiej Północy i jej cudach – od skarłowaciałych lasów, zorzy polarnej i skutych lodem mórz, po woły piżmowe, niedźwiedzie polarne i narwale. Lopez przybliża historię rdzennych Inuitów i – często zakończone tragicznie – wyprawy śmiałków marzących o eksploracji lodowych wybrzeży. Pochyla się również nad niespodziewanymi zmianami, jakie może wywoływać w człowieku, jego marzeniach i pragnieniach ten surowy krajobraz, jak działa na jego wyobraźnię i całkowicie wywraca sposób postrzegania świata. Z niezwykłą sprawnością rozpościera obraz krainy, gdzie wschody i zachody słońca stanowią raczej wydarzenie sezonowe, a nie codzienne zjawisko. To wszystko sprawia, że Arktyczne marzenia są czymś więcej, niż tylko znakomitym studium na temat biologii, antropologii i historii Arktyki, więcej niż tylko suchym, naukowym opracowaniem. Książka nabiera jeszcze więcej wartości teraz, kiedy gwałtowne ocieplenie klimatu zagarnia rekordowe ilości lodu, stawiając pod znakiem zapytania przyszłość nie tylko regionu, ale i całej planety, a dzieło Lopeza powoli zmienia się w historyczną kronikę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 757

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału Arctic Dreams
Przekład JAROSŁAW MIKOS
Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KRYSTIAN GAIK
Korekta ANNA SALWA, JAN JAROSZUK
Spolszczenie map ANNA HEGMAN
Adaptacja projektu okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Zdjęcie na okładce © cunfek / E+ / Getty Images
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © 1986 by Barry Holstun Lopez Copyright © for the translation by Jarosław Mikos Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66335-64-6
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Sandry

Krajobraz niesie ze sobą wrażenie absolutnego trwania. Nie jest wrogi. Po prostu tam jest – nietknięty, milczący i zamknięty w sobie. Jest bardzo samotny, ale ponieważ nie widać w nim żadnych śladów obecności człowieka, budzi się w nas poczucie, że rozumiemy tę krainę i możemy w niej znaleźć swoje miejsce.

Edmund Carpenter

Człowiek powinien raz w życiu skupić umysł na jakiejś zapamiętanej krainie. Powinien w swoim doświadczeniu zanurzyć się w jakiś konkretny krajobraz; obejrzeć go z możliwie wielu punktów widzenia, zagłębić się w niego myślą, poddać go refleksji.

Powinien sobie wyobrazić, że dotyka go własnymi dłońmi, o każdej porze roku, i wsłuchać się w powstające w nim dźwięki.

Powinien sobie wyobrazić żyjące w nim stworzenia i wszystkie najdrobniejsze poruszenia wiatru. Powinien przywołać z pamięci blask księżyca oraz barwy świtu i zmierzchu.

N. Scott Momaday

Od autora

Naukowe nazwy żyjących na Północy roślin i zwierząt oraz współrzędne miejsc opatrzonych nazwą geograficzną zostały podane w dodatkach. Informacje bibliograficzne znajdują się w tekście książki albo w przypisach, rozpoczynających się na stronie 497, oraz w odrębnej bibliografii na stronie 519, w zależności od tego, gdzie umieszczenie tych informacji wydawało się najodpowiedniejsze. Mapy zamieszczone w sekcji map są dokładne pod względem kartograficznym. Mapki znajdujące się w tekście są najczęściej uproszczonymi szkicami i nie zostały narysowane zgodnie ze skalą. Terminy eskimoskie, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą z dialektów języka inuktitut, używanych we wschodnim rejonie kanadyjskiej Arktyki. Słowa eskimoskie, które weszły do powszechnego użytku, jak „igloo” czy „kajak”, nie są wyróżniane kursywą.

Przedmowa

U źródeł tej książki, oprócz szacunku dla samego krajobrazu, kryją się dwie chwile.

Pewnego letniego wieczoru rozłożyliśmy z przyjacielem obozowisko w zachodniej części Gór Brooksa na Alasce. Ze stoku wzgórza, gdzie rozbiliśmy namiot, rozciągał się widok na dziesiątki kilometrów kwadratowych pagórkowatej tundry wzdłuż południowego skraju terenów cielenia się stad karibu z zachodniej Arktyki. Oprócz karibu i wilków, będących przedmiotem naszych zainteresowań, obserwowaliśmy także rosomaki, lisy rude, wiewiórki ziemne oraz ptaki, takie jak kulik mniejszy czy agresywny wydrzyk, podglądając je w różnych momentach ich życia, na ogół nieuchwytnego dla obserwatorów. Pewnej nocy z podziwem patrzyliśmy, jak młody niedźwiedź grizzly kilkakrotnie usiłował przejść obok rocznej wilczycy stojącej na straży gniazda ze szczeniętami. Niedźwiedź w końcu dał za wygraną i poszedł swoją drogą. Przyglądaliśmy się polowaniom puchacza śnieżnego i myszołowa włochatego oraz jak urzeczeni wlepialiśmy wzrok w stada karibu przesuwające się przez dolinę niczym dym.

Tamtego wieczoru właśnie – na wzgórzach Ilingnorak wiał lekki wiatr i było zimno, jednak późnowieczorne słońce, wielkością podobne do latawca na północnym niebie, emanowało energią, która sprawiała, że paliły mnie policzki – po raz pierwszy wybrałem się na samotną przechadzkę wśród ptaków zamieszkujących tundrę. Ponieważ budują gniazda na ziemi, są skrajnie narażone na niebezpieczeństwo. Spoglądałem z góry na samotnego górniczka zwyczajnego, nie większego od mojej dłoni. Ptak z żelazną siłą woli odwzajemniał moje spojrzenie. Chwilę później ujrzałem siewki złote. Niewielkie ptaszki wzbijały się w powietrze i za pomocą histerycznych sztuczek – udawały, że mają złamane skrzydło – próbowały odwrócić moją uwagę od utkanych z trawy delikatnych miseczek, kryjących ich blade, ciemno nakrapiane jajka. Jajka jaśniały miękkim, czystym światłem, jak okno z obrazu Vermeera. Zdumiewałem się tym intensywnym, skupionym pięknem na rozległej powierzchni równiny. Idąc dalej, spotkałem poświerki zwyczajne, siedzące na gnieździe nieruchomo jak kamień. Ich czarne oczy rzucały połyskliwe promienie. Zatrzymałem się w pobliżu gniazda pary puchaczy. To znacznie potężniejsze ptaki niż siewki. Stanąłem bez ruchu. Dziki błysk w ich oczach przygasł. Jeden puchacz powoli usiadł z powrotem na trzech jajkach, roztaczając wokół siebie aurę jakiejś pierwotnej czujności. Drugi obserwował mnie uważnie i natychmiast starał się złowić moje spojrzenie, ilekroć próbowałem się poruszyć.

Podczas tych wieczornych spacerów poczułem, że na znak szacunku powinienem złożyć im pokłon. Skłoniłem się więc lekko z rękami w kieszeniach w stronę samych ptaków oraz świadectwa życia w ich gniazdach – z powodu ich płodności, niespodziewanej pośród tych pustkowi, oraz z powodu łagodnego arktycznego światła, które spływało na ziemię jak oddech.

Pamiętam dzikie, pełne poświęcenia życie ptaków spotkanych tego wieczoru, a także determinację, z jaką niewielkie stado karibu przekraczało rzekę Kokolik, zmierzając na północny zachód – incydent trwający zaledwie chwilę. Przeskakiwały przez wodę jak dzikie klacze, wzbijając w górę, w stronę wieczornego słońca, bryzgi wody, którą potem strząsały z siebie na drugim brzegu, niczym ogromne psy otoczone chmurami kropelek połyskujących wokół nich jak ziarna miki.

Pamiętam dotyk światła na twarzy. Pełne energii brykanie cieląt wśród spokojnie pasących się karibu. A także ciepłą intensywność jajek wysiadywanych przez niestrudzone ptaki. Do tego momentu, może dlatego że słońce świeciło tu w środku nocy, co tak głęboko nie zgadzało się z moim nawykowym sposobem postrzegania świata, nigdy nie przyszło mi do głowy, jak łagodne potrafi być światło słońca. Jak wspaniałomyślne. Jak wiele może kryć się w nim współczucia dla krainy, która w tak namacalny sposób manifestowała świadectwa stuleci panującej tu zimy.

Podczas tych letnich dni wśród wzgórz Ilingnorak żadnej nocy nie zapadała ciemność. Ciemności nie pojawiły się ani na moment. Na świat przychodziły ptaki. Dorastały, a potem odlatywały na południe w ślad za stadami karibu.

Druga chwila, którą mam na myśli, jest bardziej ulotna. Zdarzyła się pewnej nocy, gdy przejeżdżałem samochodem obok cmentarza w Kalamazoo w stanie Michigan. Wśród tamtejszych nagrobków znajduje się kamień oznaczający miejsce pochówku Edwarda Israela, nieśmiałego młodego człowieka, który w 1881 roku popłynął na północ z porucznikiem Adolphusem Greelym. Wraz ze swoimi ludźmi Greely założył wtedy obóz na Wyspie Ellesmere’a, siedemset dwadzieścia pięć kilometrów od bieguna północnego, i wiosną 1882 roku eksplorował okoliczne tereny. Ekspedycja ratunkowa, która miała dotrzeć do nich latem, zakończyła się niepowodzeniem, podobnie jak następna, podjęta rok później. Dwudziestopięcioosobowa grupa Greely’ego wyruszyła więc w końcu na południe, z nadzieją, że po drodze spotkają wyprawę ratunkową zorganizowaną w 1884 roku. Przezimowali na przylądku Sabine na Wyspie Ellesmere’a, gdzie szesnastu z nich zmarło z powodu szkorbutu i wycieńczenia, jeden popełnił samobójstwo, a jednego stracono za kradzież żywności. Israel, astronom wyprawy, zmarł 27 maja 1884 roku, trzy tygodnie przed spotkaniem z kolejną wyprawą ratunkową, która wreszcie ich znalazła. Rozbitkowie wspominali go jako najsympatyczniejszego członka grupy.

Pamiętam, jak spoglądając tego wieczoru przez ciemne tylne okno samochodu, w gasnącym świetle patrzyłem na grób Israela. Jakie nadzieje nim kierowały? Co pragnął znaleźć? Jak sobie wyobrażał miejsce, które leżało przed nim tego jasnego ranka w czerwcu 1881 roku, gdy statek „Proteus” odbijał od nabrzeża portu Saint John’s na Nowej Fundlandii?

Oczywiście nikt nie potrafi odpowiedzieć na te pytania. Israel poszedł za głosem wyobraźni i nawracających uporczywie obrazów Arktyki, podobnie jak przed nim John Davis i William Baffin, a po nim Robert Peary i Vilhjalmur Stefansson. Być może pragnął zapisać swoje imię w dziejach nauki, na moment wgryźć się w krajobraz dalekiej Północy, po czym wrócić do domu jak Darwin, by wieść osiadłe, kontemplacyjne życie wśród pól południowego Michigan. A może chciał jedynie zmierzyć się z tym, co niezwykłe. Możemy tylko wyobrażać sobie, że czegoś pragnął, spełnienia jakiegoś osobistego, prywatnego marzenia, dla którego był gotów poświęcić życie.

Israel został pochowany bardzo uroczyście i na jego pogrzebie rozbrzmiewały patriotyczne słowa. Na nagrobku czytamy:

ZA ŻYCIA PRAWDZIWE DZIECKO BOŻEW CHWILI ŚMIERCI BOHATER

Te dwa zdarzenia często wracały do mnie w ciągu czterech albo pięciu lat podróży po Arktyce. Pierwsze, obraz promieni światła i chwil zawieszonych w czasie, przypominało mi o wzniosłej niewinności, o wewnętrznym pięknie niczym niezakłóconych relacji. Drugie, marzenie, które się nie ziściło, przypominało o długich, umysłowych i fizycznych zmaganiach człowieka starającego się dojść do ładu z daleką Północą. Podczas podróży doszedłem do przekonania, że ludzkie pragnienia i aspiracje są w takiej samej mierze częścią tej krainy jak wiatr, samotne zwierzęta, jasne pola kamieni czy płaszczyzna tundry. A także, że sama kraina istnieje całkiem niezależnie od tych stanów ludzkiego umysłu.

Krajobraz potrafi w zdumiewający sposób przekraczać wszelkie wyobrażenia, jakie snujemy na jego temat: bywa równie subtelny jak nasze domysły i nieustannie wymyka się naszym próbom zrozumienia; a mimo to jest poznawalny. Umysł ludzki, kierujący się ciekawością i poddający wszystko analizie, rozkłada krajobraz na elementy, po czym na powrót je skleja – ruch kwiatu na wietrze, barwę nocnego nieba, pomruki zwierzęcia – gdy staramy się zgłębić sekrety jego geografii. A jednocześnie umysł próbuje znaleźć w tym krajobrazie miejsce dla siebie, odkryć, w jaki sposób mógłby pozbyć się poczucia wyobcowania.

Konkretny rejon Arktyki, którym się zainteresowałem, rozciąga się od Cieśniny Beringa na zachodzie po Cieśninę Davisa na wschodzie. Obejmuje ogromne, jednolite połacie śniegu i lodu, które latem zamieniają się w równiny otwartych wód, a także osobliwy ocean, jakim jest tundra, płowa wyspa na tle nieba. Ale i tam można napotkać zaskakujące, przykuwające uwagę widoki. Wodospad Wilberforce’a na rzece Hood, opadający nagle prawie pięćdziesiąt metrów w głąb dzikiego kanionu w samym środku kanadyjskiej tundry; jego ryk słychać z odległości wielu kilometrów. Lodowiec Humboldta, potężna krawędź grenlandzkiej czapy lodowej, o długości osiemdziesięciu kilometrów, rozciągająca się na skraju morza, gdzie z gargantuiczną, nieubłaganą siłą odrywają się góry lodowe, dryfujące następnie w głąb Basenu Kane’a. Pustkowia środkowo-wschodnich rejonów Wyspy Melville’a, krajobraz pustynnych barw: stłumionych żółci, czerwieni, pomarańczy, przypominający podróżnikowi kaniony i parowy południowego Utah. Są także miejsca bardziej egzotyczne, jak rzeka Ruggles, która zimą wypływa z jeziora Hazen na Wyspie Ellesmere’a i przez sześćset metrów płynie w kompletnych ciemnościach wśród lodowej mgły, po czym znika pod skuwającym ją lodem. Albo niegasnący pożar łupków bitumicznych, od setek lat płonących pod ziemią, na południe od Przylądka Bathursta i na zachód od rzeki Horton na Terytoriach Północno-Zachodnich, co sprawia, że nadbrzeżne wzgórza wyglądają jak rozległa dymiąca hałda przemysłowego żużlu. Na południe od środkowego odcinka rzeki Kobuk, ponad setkami kilometrów kwadratowych ruchomych piasków wyrastają nagle wydmy o wysokości trzydziestu metrów. We wschodniej Grenlandii znajduje się arktyczna oaza zwana Ziemią Królowej Luizy, dolina porośnięta dzikimi trawami i wielobarwnymi kwiatami rosnącymi wśród ścian grenlandzkiej pokrywy lodowej.

Ogólnie rzecz biorąc, rejon Arktyki ma w sobie klasyczne cechy krajobrazu pustyni: jest oszczędny, zrównoważony, rozległy i spokojny. Na Wyspach Królowej Elżbiety równiny dobrze osuszonej tundry i nisko położonych bagien, znane z obszarów leżących na południu, ustępują na rzecz rozległych połaci pokrytych żwirem i skałami poddanymi erozji, dzięki czemu wrażenie pustyni staje się jeszcze bardziej dominujące. Na Ziemi Baffina, na Wyspie Ellesmere’a oraz na północy Alaski to wszechobecne wrażenie surowości pogłębiają jeszcze pasma arktycznych gór o ostrych szczytach, które wydają się odległe, nawet kiedy człowiek się wśród nich znajduje. Tę narzucającą się monotonię krajobrazu łagodzi jednak zmienność pogody oraz aktywność zwierząt, zwłaszcza ptaków i karibu. A ponieważ tak znaczna część tej krainy jest odsłonięta, a światło słoneczne, przenikając powietrze pozbawione pyłu, niezwykle wyostrza jej krawędzie, wydaje się, jakby zwierzęta znajdowały się tuż przed tobą. Ich obecność jest bardzo żywo odczuwalna.

Podobnie jak inne rodzaje krajobrazu, który początkowo wydaje się jałowy, arktyczna tundra potrafi się nagle otworzyć niczym korona kwiatu, jeśli tylko zaczniemy się do niej zbliżać. Człowiek dostrzega wtedy wśród monotonnych brązów traw porastających tundrę na przykład kropki jasnej czerwieni, pomarańczu albo zieleni. Pająk z rodziny pogońcowatych chwyta połyskliwego żuka. Wśród lawendowych kwiatów skalnicy leży nieporuszone pasmo wełny piżmowołu arktycznego. Gdy Alwin Pedersen, duński przyrodnik, po raz pierwszy przybył na północno-wschodnie wybrzeże Grenlandii, napisał: „Muszę przyznać, że ogarniają mnie dziwne uczucia na widok tej zapomnianej przez Boga kamiennej pustyni”. Zanim jednak stamtąd odpłynął, pisał o stadach piżmowołów pasących się na Ziemi Jamesona wśród bujnej zieleni, rosnącej wyżej niż głowy zwierząt, oraz o niezwykłym pięknie nunataków, wolnych od lodu skalnych wież przebijających plejstoceński bezruch grenlandzkiej powłoki lodowej. Kiedy się pochylam, aby podnieść kość żebrową zająca polarnego, moim oczom, podobnie jak Pedersenowi, ukazuje się nieoczekiwany widok jedwabnego kokonu arktycznej gąsienicy.

Bogactwo biologicznych szczegółów życia rozprasza w tundrze wszelkie przypuszczenia, że ta kraina jest pusta, a jej podobieństwo do sceny kryje w sobie zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Podczas letniej przechadzki przewiane wiatrem powietrze nabiera niebywałej przejrzystości. Co chwila dostrzegamy odizolowane, namacalne świadectwa życia: tropy zwierząt, niestrawione resztki pardwy w wypluwce puchacza, kępę wierzby rosnącej wśród jałowych terenów, niemal oskubanej z liści przez zające polarne. Można liczyć na towarzystwo ptaków, które zawsze za tobą podążają. (Wiedzą, że jesteś zwierzęciem, więc prędzej czy później, dzięki tobie, znajdzie się coś do jedzenia). Przed tobą rozpierzchają się biegusy tundrowe, ptaszki z rodziny bekasowatych, wrzeszcząc tuituek, i tak właśnie nazywają je Eskimosi. Gdy nieporadnie schodzisz w dół kamiennego rumowiska na stoku wapiennego wzgórza pociętego przez erozję mrozową, twoje kroki wydają odgłos przypominający drżenie szkła – w oddali żyjący w tundrze grizzly podnosi się na tylne łapy, aby ci się przyjrzeć. Zamiera w postawie tak bardzo przypominającej człowieka, tak bardzo niepokojącej, gdy mocno zaokrąglone pazury jego przednich łap zastygają w śmiertelnym bezruchu.

Wzdłuż brzegów rzek, podmytych przez szybko płynące wody, zwłaszcza w zachodnim rejonie Arktyki, można się natknąć na kieł mamuta. Albo – we wschodnim rejonie Arktyki – znaleźć nienaruszony krąg, ułożony z kamieni używanych jakieś tysiąc pięćset lat temu przez myśliwego do przytrzymania skraju namiotu ze skór. Te dawne obozowiska kultury Dorset, rozmieszczone wzdłuż wybrzeży, którymi mieszkańcy Arktyki wędrowali przez cztery tysiąclecia, w poruszający sposób zwracają uwagę na odwieczną determinację rodzaju ludzkiego. Czasami podróżnik może natknąć się na bardziej imponujące, kamienne fundamenty dużych domów porzuconych w XII wieku przez ludzi należących do kultury Thule (zimne i suche arktyczne powietrze czasami zachowało, wliczając w to zapach, szczątki nerpy obrączkowanej, zabitej i zjedzonej przez nich osiemset lat temu). Częściej natykamy się na pozostałości obozowisk z XX stulecia, artefakty znacznie mniej interesujące niż fragment obrobionej kości karibu albo rzeźbionego drewna lub ponacinanej skóry zwierzęcej w obozowiskach z czasów kultury Dorset albo Thule. Jednak te współczesne wyroby – czerwone puszki po tytoniu Prince Albert, puszki po mleku Pet albo syropie klonowym Log Cabin – rozpadają się równie powoli. W obozowiskach najświeższej daty można znaleźć zużyte baterie do latarek, porzucone obok siebie jak odchody zwierzęcia, a także zdumiewające ilości łusek od amunicji do strzelb i sztucerów.

Podnosząc oczy znad tych znalezisk, niezależnie od epoki, z której pochodzą, rozglądamy się wokół siebie. W rozciągającej się jak okiem sięgnąć krainie nieomylnie wyczuwamy jakiś harmonijny autorytet, niezniszczalną siłę historii naturalnej, w obliczu których te obozowiska są jedynie drobnym elementem. Jednak te najnowsze świadectwa obecności człowieka są jakoś mgliście niepokojące. W żaden jasny sposób nie pochodzą stąd, z tej krainy.Ich roszczenie do bycia elementem historii naturalnej tego regionu wydaje się więc w jakimś sensie fałszywe.

Trudno dziś, podróżując przez Arktykę, nie odnotować wyraźnych świadectw niedawnych przemian. Przedmioty znajdowane we współczesnych obozowiskach rozsianych wzdłuż wybrzeży świadczą o nagłym pojawieniu się w tym regionie jakiejś cudzoziemskiej technologii – nowych narzędzi i nowego sposobu życia, jaki przyswajają sobie jej mieszkańcy. Początkowo podejmowane przez nich próby przystosowania się do nowych okoliczności były dość proste, jednak tempo przemian stale rośnie. Współcześnie oczekuje się od nich adaptacji, których skala budzi zdumienie. A wraz z nowymi narzędziami pojawiają się jeszcze bardziej skomplikowane zbiory przekonań. Rdzenna kultura tych terenów, od Wyspy Świętego Wawrzyńca po Grenlandię, podlega dziś procesom gwałtownej reorganizacji ekonomicznej, czemu towarzyszą przemiany społeczne niszczące jej wewnętrzną spoistość. W niedawno opublikowanym artykule poświęconym mieszkańcom wyspy Nunivak jeden z badaczy pisał na przykład, że zmiany w diecie, związane z przejściem od dziczyzny do jedzenia kupowanego w sklepach (czemu towarzyszą liczne komplikacje w zakresie żywienia oraz problemy społeczne), zachodzą tak szybko, że nie sposób ich precyzyjnie opisać. „W chwili, gdy ten artykuł ukaże się w druku – pisał – większość zawartych w nim informacji będzie miała jedynie wartość historyczną”.

Wraz z odkryciem w 1968 roku złóż ropy naftowej w Prudhoe Bay na Alasce w rejonie Arktyki pojawiły się także zmiany o charakterze przemysłowym: przecinający całą Alaskę rurociąg, którego długość, wraz z powstałym niedawno odgałęzieniem Kuparuk, wynosi tysiąc trzysta kilometrów; ośrodki wydobycia ropy naftowej na kanadyjskiej Wyspie Melville’a oraz na półwyspie Tuktoyaktuk; ogromne kopalnie cynku i ołowiu na północy Ziemi Baffina i na wyspie Little Cornwallis; setki kilometrów nowych dróg i coraz liczniejsze połączenia transportowe, lądowe, morskie i powietrzne. Ze względu na gwałtowną i zwykle nieprzewidywalną pogodę w tym regionie, skrajnie niskie temperatury oraz długie okresy ciemności, ogromną odległość od źródeł zaopatrzenia i problemy związane ze wznoszeniem stałych struktur na obszarze wiecznej zmarzliny (która topnieje i przesuwa się w niemożliwy do przewidzenia sposób) koszty tej działalności gospodarczej są astronomiczne – prawdę mówiąc, w Kanadzie nie sposób było nawet myśleć o ich rozpoczęciu bez ogromnego wsparcia ze strony rządu federalnego.

Kiedy się je ogląda jako porozrzucane daleko od siebie punkty i linie na mapie, te wszystkie niedawne, radykalne przemiany wydają się nie mieć większego znaczenia. Jednak ich długofalowe oddziaływanie na osiedla i miasteczka na Północy – wpływ, jaki wywierają na życie gospodarcze i społeczne oraz psychikę mieszkańców – jest bardzo silne. W dodatku ich powodzenie, choć często skromne i w niektórych przypadkach sztucznie wspomagane, zachęca do tworzenia kolejnych programów rozwoju gospodarczego w tym regionie[1]. Szczególne obawy miejscowej ludności budzi rosnąca koncentracja władzy w rękach ludzi, którzy dysponują wprawdzie ogromnymi zasobami gospodarczymi, ale słabo orientują się w geografii regionu. Pewien człowiek z Tuktoyaktuk, osady położonej u ujścia rzeki Mackenzie, opowiedział mi poruszającą historię. W latach pięćdziesiątych XX wieku regularnie podróżował wzdłuż wybrzeża na saniach ciągniętych przez psy. Kiedy obok jego zwyczajowej trasy wyrosła stacja radarowa wczesnego ostrzegania (DEW), postanowił się zatrzymać i zobaczyć, co to takiego. Wojskowi powitali go nie jako jednego z mieszkańców okolicy, ale jakąś postać rodem z bajkowych opowieści o Arktyce. Z niezwykłym zapałem karmili jego psy surowymi stekami. Za każdym razem, kiedy do nich zajeżdżał, klepali go po plecach i karmili jego psy stertami mięsa. Hojność żołnierzy wydawała się tak dziwaczna, a relacje, jakie z nimi nawiązał, tak nierealistyczne, że w końcu przestał do nich zaglądać. Niemniej jeszcze przez wiele miesięcy za każdym razem, gdy przemierzał tę trasę, miał ogromne kłopoty z zapanowaniem nad psami.

Kiedy się przejeżdża przez tamtejsze osiedla, a nawet przez tereny niezamieszkałe, nie sposób nie zauważyć świadectw gwałtownych przemian, a jednocześnie uniknąć dręczących myśli, jakie nieuchronnie nasuwają się na ich widok. Wywoływane przez nie przygnębienie – ponieważ tak wiele z tych posunięć wydaje się niczym nieuzasadnioną uzurpacją narzuconą tej krainie i jej mieszkańcom, brutalną inwazją – może doprowadzić człowieka do rozpaczy. Podobnie jak każdy podróżnik przemierzający te tereny pogrążałem się w smętnych rozmyślaniach; jednak obecność samej krainy, siła, z jaką oddziałuje ona na nasze zmysły, najczęściej odrywała mnie od myśli o bieżących sprawach. Zastanawiałem się, co właściwie sprawiło, że poczułem potrzebę złożenia ukłonu przed górniczkiem zwyczajnym? W jaki sposób ludzie wyobrażają sobie krajobrazy, w których się znaleźli? W jaki sposób sama kraina kształtuje wyobraźnię ludzi, którzy ją zamieszkują? W jaki sposób samo pragnienie, pragnienie, aby zrozumieć, kształtuje naszą wiedzę? Te pytania wydawały mi się znacznie poważniejsze niż bieżące problemy, ponieważ leżały u podstaw wszelkich rozmyślań na inne tematy.

Poszukując odpowiedzi, podróżowałem w towarzystwie ludzi różnego pokroju. Wraz z Eskimosami polowałem na narwale u północnych wybrzeży Ziemi Baffina i na morsy na Morzu Beringa. W gronie ekologów badających życie morza przemierzałem setki kilometrów wybrzeży i akwenów przybrzeżnych. Wraz z malarzami pejzażystami podróżowałem od wyspy do wyspy Archipelagu Arktycznego. Przebywałem w towarzystwie twardych pracowników platform wiertniczych, szukających ropy naftowej wśród lodów Północy, porywistych wiatrów, w temperaturze minus trzydziestu stopni Celsjusza; oraz kosmopolitycznej załogi frachtowca płynącego wzdłuż zachodniego wybrzeża Grenlandii w stronę Przejścia Północno-Zachodniego. Każdy z nich postrzegał tę krainę inaczej – pozorną pustkę tundry rozciągającą się jak drżący miraż nad Oceanem Arktycznym; niebieskoczarną kopułę zimowego nieba, chłodne piękno ożywione migającymi gwiazdami; stada piżmowołów arktycznych skupiających się na szczycie wzgórza, aby bronić się przed napastnikiem, z długim włosiem zewnętrznej pokrywy futra wirującym wokół nich niczym pojedyncza ogromna fala ciemnej wody; żyłę rudy cynku i ołowiu, połyskującą jak mikroskopijne lusterka w wilgotnej mezozoicznej ścianie pod powierzchnią wyspy Little Cornwallis; zawodzenie i jęki zimowego lodu skuwającego ocean, gdy jego powłoka napinała się i przesuwała w kryształowo przejrzystym powietrzu. Wszystko, czym jest ta kraina i jakie budzi skojarzenia, zarówno jej dosłowny sens, jak i metaforyczne odniesienia, wszystko to zawsze było i jest pojmowane rozmaicie.

W obliczu tak różnych poglądów przyszłość człowieka w tym północnym krajobrazie może należeć jedynie do sfery domysłów i właśnie tutaj natykamy się na marzenia, projekcje nadziei. To może być marzenie jednostki, choćby tak prywatne jak pragnienie, aby radosna determinacja ptaków gniazdujących w Arktyce natchnęła jakoś mieszkającego w oddali przyjaciela, znużonego życiem, albo wspaniałomyślne pragnienie, by jakaś konkretna informacja wydarta tej ziemi mogła posłużyć naszej społeczności – jednostkowe marzenia dające nadzieję, że nasze życie nie zostało strawione na marne. A także znacznie szersze marzenia całych ludów; to opowieść, która towarzyszy nam od tysiącleci. Opowieść o determinacji i nadziei płynących z pytania: „Co uda nam się osiągnąć, jeśli pozwolimy, aby mądrość naszej przeszłości wywarła wpływ na naszą przyszłość?”. To opowieść o odwiecznej rozmowie; nie tylko o tej, jaką prowadzimy sami ze sobą, o tym, co zamierzamy i pragniemy zrobić, ale też o rozmowie z samą krainą – o naszej zadumie i zdumieniu na widok burzy nad prerią albo postrzępionych grani łańcucha górskiego, albo stada kaczek, które nagle poderwały się do lotu z wód jeziora. Od czterdziestu tysięcy lat snujemy opowieść o tym, co my sami reprezentujemy w tej krainie. W sercu tej opowieści, jak sądzę, kryje się proste, zniewalające przekonanie: można żyć mądrze w tej krainie, a zarazem żyć dobrze. A kiedy postępujemy z szacunkiem wobec wszystkiego, co dana kraina sobą obejmuje, możemy sobie wyobrazić, że dławiąca ignorancja opuści nas na dobre.

Kiedy na dalekiej Północy przekraczamy linię drzew, zostawiamy za sobą włochatkę zwyczajną, która przyciska do piór na piersi zamarznięty łup, aby go rozmrozić. Rozciąga się przed nami otwarty, dziki krajobraz, czasem oznaczony na mapach za pomocą przykuwających uwagę, dziwacznych nazw: Lodowiec Brata Jana albo Przylądek Białej Chusteczki. Cieśnina Zarządu Marynarki Królewskiej, Wyspa Pluszowego Misia, Klify Zebry, Fiord Zręczności, Kanion Świętego Patryka, Zatoka Zagłodzenia. Eskimosi polują na nerpę obrączkowaną w rozległych zatokach przy brzegach Wysp Synów Duchowieństwa oraz Wysp Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego.

To kraina, w której samoloty przelatują nad górami lodowymi wielkości Cleveland, a niedźwiedzie polarne spadają z nieba. To region, podobnie jak pustynia, bogaty w metaforyczne skojarzenia i zapowiedzi. Składając głęboki ukłon przed gniazdem górniczka zwyczajnego, możemy, jeszcze raz, postawić na szali życie, aby spełniło się nasze marzenie.

Prolog

Zatoka Ponda,Ziemia Baffina

Pewnego ciepłego letniego dnia w 1823 roku „Cumbrian”, 360-tonowy brytyjski statek wielorybniczy, wpłynął na wody Zatoki Ponda (obecnie Pond Inlet) położonej w północnej części Ziemi Baffina, po krótkim wypadzie na północ. Wody Cieśniny Lancastera, gdzie uprzednio kapitan statku szukał szczęścia, uważano za obiecujący nowy akwen, ale „Cumbrian” w ciągu dwóch tygodni żeglugi nie napotkał ani jednego wieloryba. Co gorsza, w przekonaniu kapitana żaglowca około czterdziestu jednostek, które postanowiły pozostać u ujścia Zatoki Ponda, mogło pochwalić się imponującym sukcesem. „Kilka statków – lamentował kapitan Johnson w swoim dzienniku pokładowym – schwytało do dwunastu sztuk, jeden albo dwa [statki] piętnaście, a jeden miał pełne ładownie...”.

Jednak „Cumbrian” nie musiał czekać długo. W niedawno odkrytych wodach u zachodnich wybrzeży Morza Baffina, zwanych West Water, roiło się od szczególnie pożądanych przez ludzi wali grenlandzkich. Już nazajutrz, 28 lipca, wielorybnicy zabili trzy sztuki, w następnych dniach schwytali dwanaście kolejnych; w sumie w ciągu tego sezonu złowili dwadzieścia trzy osobniki. 20 sierpnia „Cumbrian” skierował się w stronę wolnych od lodu wód u wybrzeży Grenlandii, a następnie opłynął przylądek Farewell i pożeglował do Anglii. Z wielorybiego tłuszczu, jaki zgromadzono w ładowniach, będzie można wyprodukować dwieście trzydzieści sześć ton oleju służącego do oświetlania ulic w Wielkiej Brytanii i przetwarzania surowej wełny w zakładach włókienniczych. Ładownie statku kryły także ponad cztery i pół tony fiszbinu, z którego wytwarzano szkielety parasoli, weneckie zasłony, przenośne klatki na owce, kraty okienne i sprężyny mebli.

26 września, wśród wiwatów ludności zebranej na nabrzeżu, „Cumbrian” wpłynął do portu w Hull. Mali chłopcy z miasteczka tłumnie oblegli olinowanie statku w poszukiwaniu tradycyjnej nagrody, girlandy ze spłowiałych wstążek, umieszczonej w połowie wysokości głównego masztu. Właściciele statku promienieli z radości. Rok wcześniej załoga „Cumbriana” zabiła zaledwie połowę tegorocznej liczby wielorybów, ponieważ w tamtym sezonie żaden statek nie był w stanie przebić się przez lody w Cieśninie Davisa. W 1821 roku „Cumbrian” przywiózł do rodzinnego portu ponurą wiadomość – trzy statki z Hull oraz przynajmniej cztery inne brytyjskie jednostki zostały zgniecione przez lody.

Sezon wielorybniczy 1823 roku zatarł pamięć tych strasznych wydarzeń. Wydawało się, że akwen West Water u ujścia Zatoki Ponda spełnia oczekiwania. „Cumbrian” przywiózł także skóry i kły morsów, uzyskane dzięki wymianie handlowej z Eskimosami z zachodniej Grenlandii i północnych rejonów Ziemi Baffina, oraz kilka kłów narwala. Jeśli tylko ceny oleju i fiszbinu się utrzymają, jeśli przez kilka lat wody będą wolne od lodu, jeśli Londyn nie uchyli cenowego wsparcia dla przemysłu albo nie zniesie ochronnych taryf celnych...

Jednak ludzie z pokładu „Cumbriana” nie myśleli o takich sprawach. Podczas żeglugi po wodach West Water pracowali niemal na okrągło, często nie mając czasu na sen i rzucając się w stronę żurawików opuszczających na wodę łodzie wielorybnicze, ilekroć dostrzeżono „rybę”. Spali rozciągnięci na pokładach, jedli nieregularnie. Dni spędzone wśród lodów mogły przyprawić o zawrót głowy, pogoda była wspaniała. Przed nimi, w nieubłaganie jasnym świetle i powietrzu czystym jak gin, z niezwykłą wyrazistością rysowały się odległe krajobrazy Wyspy Bylota i Ziemi Baffina, widoczne z Zatoki Ponda – nieziemski widok, który budził w nich zarazem przyjemność i poczucie niedowierzania. Byli podekscytowani nieustanną obecnością światła, a także poczuciem zadowolenia z pracy oraz cennych dóbr, jakie po części powstawały dzięki ich ciężkiemu wysiłkowi.

Lato 1823 stanowiło apogeum wspaniałych dni brytyjskiego wielorybnictwa w Arktyce, w okresie zapoczątkowanym wraz z końcem wojen napoleońskich. Odkrycie akwenu West Water przyszło w chwili, gdy popyt na różne wyroby z wieloryba stale wzrastał, przynosząc kupcom oraz inwestorom z Hull i Peterhead, z Dundee, Aberdeen oraz Whitby w latach 1818–1824 obfite zyski. Jednak w 1825 roku ta tendencja zaczęła się załamywać – nowe wynalazki oraz zmiany w brytyjskiej polityce gospodarczej osłabiły popyt na olej i fiszbin, zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych, a jednocześnie nazbyt częsta i kosztowna utrata nieubezpieczonych statków wyczerpała kapitałowe zasoby inwestorów. W samym roku 1823 zabito około dwóch tysięcy wielorybów, co oznaczało pojawienie się problemu nadmiernej eksploatacji łowisk.

Przedmiotem tego zainteresowania było stworzenie, na które Brytyjczycy polowali w celach handlowych przez poprzednie dwieście dwanaście lat, najpierw w zatokach u wybrzeży Spitsbergenu oraz w luźnym paku lodowym na Morzu Grenlandzkim, a następnie w południowym regionie Cieśniny Davisa i wreszcie w akwenach North Water i West Water wokół Ziemi Baffina. Długie pasma ciemnoniebieskiego fiszbinu służącego do odsiewania planktonu, zwisające z podniebienia zwierzęcia, układały się w kurtynę o kształcie litery U, przy czym niektóre z nich miały prawie cztery i pół metra długości. Masywne ciało tego stworzenia, z potężną głową stanowiącą jedną trzecią jego długości, kryło w sobie warstwę tłuszczu grubości prawie pół metra – co dawało wyższy współczynnik ilości tłuszczu do wagi zwierzęcia niż u jakiegokolwiek innego wieloryba. Z tłuszczu dorosłego osobnika pokaźnej wielkości można było wytopić dwadzieścia pięć ton oleju; a trzysta – lub nawet więcej – płytek fiszbinu składało się na ponad tonę tego surowca. Sam korpus, o długości prawie czternastu metrów – po odjęciu fiszbinu oraz płetw, wykorzystywanych do wyrobu kleju, i wycięciu tłuszczu – wyrzucano do morza jako rzecz niepotrzebną, ku uciesze i na żer chmar wszechobecnych morskich ptaków.

Wal grenlandzki okazał się najlepszym celem nie tylko dlatego, że pływał powoli i unosił się na powierzchni, kiedy już go zabito, ale także dlatego, że dawał tak wiele surowca, oleju i kości. Wieloryb grenlandzki. Wieloryb polarny. Ten właściwy wieloryb, o którego wszystkim chodziło. Później w zachodnich rejonach Arktyki nazywano go także bowhead, ze względu na kształt jego szczęki.

Skóra tego zwierzęcia w dotyku jest delikatnie rowkowana, przypomina szorstki papier czerpany o barwie aksamitnoczarnej, z odcieniem szarości, pod dolną szczęką zaś i na brzuchu jest biała. Jego ciemnobrązowe oczy, wielkości oczu wołu, niemal nikną w ogromnej głowie. Wyraźnie wystające nozdrza mają kształt wulkanu, dzięki czemu wieloryb może wypływać na powierzchnię w wąskich szczelinach pokrywy lodowej, aby zaczerpnąć tchu. Jest tak wrażliwy na dotyk, że jeśli ptak przysiądzie na nim, gdy śpi na powierzchni morza, wzdraga się gwałtownie. Trudno sobie wyobrazić, jak straszliwy ból czuł wieloryb ugodzony harpunem. (W 1856 roku pewien harpunnik z pokładu statku „Truelove” opowiadał, że trafił w wieloryba, który tak gwałtownie zanurkował, że w ciągu trzech i pół minuty wciągnął tysiąc dwieście metrów liny, zanim zderzył się z dnem oceanu, wskutek czego skręcił kark i wbił się głową w warstwę niebieskoczarnego mułu na głębokość dwóch i pół metra).

Wal grenlandzki jest niezwykle silny. Pewien osobnik trafiony harpunem na Morzu Grenlandzkim wciągnął 915 metrów liny (ważącej 3175 kilogramów), zerwał dwie liny konopne grubości sześciu centymetrów (jedną o długości 1426 metrów, drugą 3072 metrów) i pociągnął za sobą zaplątaną w liny łódź wielorybniczą o długości ośmiu i pół metra, zanim ostatecznie udało się go zabić. 27 maja 1817 roku, trzydzieści godzin po ugodzeniu harpunem, inny wal grenlandzki nadal ciągnął statek z pełnym ożaglowaniem w tempie dwóch węzłów na godzinę, mimo „umiarkowanie rześkiej bryzy”.

Polowano na te zwierzęta bezlitośnie. Miesiąc przed tym, jak w 1823 roku „Cumbrian” wpłynął na wody Cieśniny Lancastera, jego załoga zabiła w Cieśninie Davisa ogromną samicę wala grenlandzkiego, długości siedemnastu metrów. Trafili na nią, kiedy spała wśród lekkiej powłoki lodowej. Obudzona pojawieniem się statku, powoli opłynęła go wokół, po czym spokojnie przyłożyła głowę do jego dzioba i zaczęła pchać. Przez jakieś dwie minuty popychała w ten sposób statek do tyłu, zanim oszołomiona załoga zdołała zareagować, rzucając się do harpunów. Incydent pozostawił wśród wielorybników uczucie niepokoju. Wzdragali się na myśl o takich niesamowitych momentach podczas pracy.

Dokładnie w miejscu, gdzie się wtedy znajdowali, w Cieśninie Davisa u północno-zachodnich wybrzeży Grenlandii, wielorybnicy podczas spokojnej pogody, takiej jak ta, słyszeli niekiedy dziwny odgłos przypominający gwizdanie – wysokie dźwięki, które z czasem, słabnąc, zmieniały się w bardzo niski pomruk. Zapowiedź wichury nadchodzącej z kierunku, którego w tym rejonie najbardziej się obawiano: z południowego zachodu. Im głośniejszy był gwizd, tym silniejszy wiał potem wiatr. Tego roku nie słyszeli takich odgłosów, kiedy pracowicie przebijali się przez kry – ale nie podobała im się myśl, że wieloryb mógłby ich odpychać, jak gdyby namawiał ich, żeby odpłynęli do domu.

Z powodu zagrożenia dla życia, jakie stwarzała żegluga wśród nieprzewidywalnych morskich lodów, wielorybnicy podczas połowów w Arktyce często odczuwali niepokój; zarazem jednak w regionach swoich arktycznych polowań stykali się z pięknem bardziej wzniosłym i poruszającym niż wszystko, co mogli zobaczyć w innych miejscach świata – w każdym razie tak to opisywali w dziennikach. Na ich oczach rozpadały się lodowce, zanurzając się w ciemnozielone wody niemal jak marmurowe urwiska, równie wysokie jak klify w Dover. Wiatry, unosząc wodę ze stawów powstałych w następstwie topnienia lodu na szczycie gór lodowych, rozciągały w ślad za nimi kurtyny mgły przypominającej deszcz. Pod kilami statków bezgłośnie jak duchy przesuwały się płetwy białych wielorybów. Tysiące alek wrzeszczało w olinowaniu statków w kakofonii dźwięków. W cichych zatoczkach spokojnie pływały morsy z lśniącymi kłami i jaśniejącymi bokobrodami, wśród wody połyskliwej niczym magnez spalający się w wieczornym słońcu. Marynarze pisali w skromnej i poważnej prozie, że byli pod ogromnym wrażeniem „piękna i wspaniałości”.

To, co widzieli, sprawiało, że zabijanie zaczynało wydawać się czymś niestosownym, ale jednocześnie była to ich praca, zapewniająca bezpieczeństwo ich rodzinom, mogli więc szybko odłożyć na bok współczucie. „Celu tej przygody – pisał pewien kapitan – ani wartości, jaką stanowi zdobycz, czy radości, jaką daje jej schwytanie, nie można poświęcić na rzecz ogarniającego nas współczucia”.

27 lipca załoga „Cumbriana”, lamentując wciąż na myśl o dniach straconych na bezpłodne żeglowanie po Cieśninie Lancastera, skierowała się na południe, wzdłuż lodów na wschód od Wyspy Bylota. Po drodze mijali ponure świadectwa sukcesów innych statków. „To tu, to tam – czytamy w dzienniku kapitana – wzdłuż skraju kry leżą martwe ciała setek oprawionych wielorybów. [...] Powietrze na wiele mil wokół jest zatrute fetorem powstającym z takiej masy gnijącego mięsa. Pod wieczór natknęliśmy się na jeszcze większe ich ilości i wyziewy, które uderzyły w nasze nozdrza, stały się niemal nie do wytrzymania”.

Fulmary zwyczajne i mewy blade skrzeczały i wrzeszczały nad porzuconymi zwłokami. Świadectwem rzezi i bogactwa.

Tego samego roku na południowo-wschodnim krańcu Wyspy Bylota miejscowi Eskimosi z plemienia Tununirmiut założyli myśliwskie obozowisko. Zamierzali polować na narwale. Niezobowiązująco handlowali z brytyjskimi wielorybnikami, których nazywali upirnaagiit, „ludzie wiosny”; oferowali im skóry niedźwiedzia polarnego, kły i skóry morsów oraz rękawice ze skór foczych w zamian za cynowe naczynia, igły, stalowe noże oraz inne przedmioty – użyteczne albo pełniące funkcje dekoracyjne. W późniejszych latach wymiana handlowa z Eskimosami stanie się rezerwowym źródłem zarobku dla właścicieli statków, pewną biznesową koniecznością w sytuacji, gdy samo wielorybnictwo przestanie popłacać. Aby związać koniec z końcem, kapitanowie zaczęli przywozić z Arktyki futra, skóry i kły morskich zwierząt, a także żywe egzemplarze dla ogrodów zoologicznych. Jednak w tamtych latach czasy eksploatacji i przemian społecznych Eskimosi mieli jeszcze przed sobą. Wówczas Tununirmiut wciąż byli pierwotnymi łowcami, a ich zwyczaje zasadniczo nie uległy zmianie pod wpływem dostępności dóbr handlowych. Wiedli nomadyczne życie, przemieszczali się po powierzchni zamarzniętego morza albo po lądzie, zgodnie ze szlakami, jakimi podążały zwierzęta – cel ich polowań ze względu na mięso oraz wytwarzane z nich ubiory, narzędzia i utensylia.

Gdybyśmy mieli pokusić się o jakąś generalizację na temat tych wczesnych kontaktów handlowych, można by powiedzieć, że Eskimosi próbowali się dostosować – ostrożnie, w ograniczonym zakresie – do nieznanej sobie kultury, która potrafiła z niezwykłą łatwością zdobywać mięso wielorybów, bardzo szybko i w zdumiewających ilościach, a także dostarczać wiele niezwykle przydatnych wyrobów, takich jak płótno czy piły. Dla Europejczyków, skupiających się głównie na własnych celach, interesujące wydawały się przede wszystkim pierwotne, egzotyczne aspekty tych spotkań. Chętnie szukali pamiątek i seksualnych przygód z kobietami, a poza tym mieli nadzieję, że handel przyniesie im zyski. W tamtych czasach, podczas spokojnych letnich popołudni w Zatoce Ponda, młode kobiety z miejscowych plemion wracały ze statków wielorybniczych do mężów z opowieścią, że biali mężczyźni śpią w rzędach hamaków, całkiem jak appaliarsuit (alczyki) na skraju morskiego klifu. Mężowie, ocierając foczy tłuszcz z palców za pomocą skrzydła pardwy, z ciekawością czekali na to, co przyniosą żony – być może trochę tytoniu. Eskimosi niezwykle cenili sobie umiejętność skutecznego przetrwania, od wieków, na Północy. Wcale nie byli aż tak bardzo zachwyceni wielorybnikami oraz ich statkami, jak Europejczycy lubili to sobie wyobrażać.

Poczucie, że są ludźmi wyrafinowanymi, jakie wielorybnicy żywili w stosunku do Eskimosów, było fałszywe i stanowiło przejaw ich arogancji. Europejczycy nie poważali sposobu pojmowania świata przez Eskimosów i nawet jeśli któryś z nich przejawiał pewną zręczność w wytwarzaniu wodoodpornych strojów i narzędzi z kości morsów, w odczuciu Europejczyka stosowane przezeń metody wydawały się staroświeckie albo po prostu nie mogły rywalizować z jego własnymi osiągnięciami. Pewien oficer służący na żaglowcu z tej epoki napisał, podsumowując tubylców, że Eskimosa cechuje „skromna postura i takiż intelekt oraz namiętności”. Byli to ludzie, których można było co najwyżej łagodnie wykorzystać, choć nie czyniąc im szkody, albo skarcić jak dzieci, jednak nie należało traktować ich poważnie. Europejczycy nazywali ich jakami.

Eskimosi natomiast uważali, że wielorybnicy są dziwni, skoro usiłują poradzić sobie bez towarzystwa kobiet oraz ich umiejętności. Przyznawali, że przybysze potrafią wprawdzie wytwarzać „cenne i użyteczne przedmioty oraz urządzenia”, ale śmiali się z braku umiejętności właściwego ubierania się, odżywiania i zapewniania sobie bezpieczeństwa. Odnosili się do wielorybników z mieszaniną ilira orazkappia, takich samych emocji, z jakimi styka się gość we współczesnym miasteczku Pond Inlet. Ilira to lęk towarzyszący zjawiskom, które wzbudzają głęboki podziw, kappia zaś to lęk odczuwany w obliczu nieprzewidywalnej przemocy. Kiedy patrzysz na niedźwiedzia polarnego – ilira, kiedy musisz przejść po cienkim morskim lodzie – kappia.

Z końcem wiosny 1832 roku, zaledwie po kilku latach wymiany handlowej w tym regionie, wielorybnicy zaczęli natykać się na „milczące osady” – miejsca, w których zimą wszyscy zmarli na przywleczone z Europy choroby: dyfteryt i ospę. Okazało się, że Arktyka, z pozoru odwieczna, także podlega zmianom. Jednocześnie zaczęła zanikać rozległa i bardzo szczegółowa wiedza Eskimosów, zgromadzona przez setki lat cierpliwej obserwacji krajobrazu.

Daleko na północny wschód od Zatoki Ponda, na zachód od przylądka York, na wybrzeżu Grenlandii występowało zdumiewające zjawisko, które wielorybnicy tamtej epoki nazwali „karmazynowymi klifami” (Crimson Cliffs) – śnieg zabarwiony na czerwono – co wyjaśniali rozmaicie: jako następstwo rozwoju grzybów albo czerwone odchody nurzyka zwyczajnego, który żywi się krewetkami[2]. Na wschód od tych klifów, w pewnym nieznanym miejscu, przez miejscowych Eskimosów nazywanym Savissivik, znajdował się zbiór meteorytów, o których Brytyjczycy po raz pierwszy usłyszeli w 1818 roku. (Eskimosi Polarni odłamywali z nich kawałki żelazo-niklu, z których robili czubki harpunów i ostrza noży; wykorzystywali je też w handlu z innymi grupami Eskimosów. Słowo savik oznaczało w ich języku zarówno „nóż”, jak i „żelazo”). W 1823 roku nawet oficerowie brytyjskiej floty wielorybniczej nie mieli pojęcia, skąd mogły się wziąć te meteoryty. Nie potrafili także stwierdzić, czy Grenlandia w rzeczywistości jest wyspą. W tamtych czasach nikt jeszcze nie dotarł na północ dalej niż na osiemset kilometrów od bieguna północnego. Wielorybnicy uważali, podobnie jak Henry Hudson, kiedy w 1607 roku po raz pierwszy płynął w te strony, że to masywny blok czarnego bazaltu spoczywający pośrodku ciepłego, spokojnego morza. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że wal grenlandzki naprawdę „śpiewa”, podobnie jak długopłetwiec oceaniczny, którego słyszeli na północnym Atlantyku w drodze na arktyczne łowiska. Nie wiedzieli nic o życiu rekina polarnego, tego „odstręczającego, letargicznego brutala”, który stał się pierwszym celem komercyjnego rybołówstwa u wybrzeży Grenlandii (ze względu na olej z jego wątroby), zapoczątkowanego przez Duńczyków. Nie podejrzewano, że w tym regionie istniała kultura wcześniejsza od kultury Eskimosów, choć nie zdając sobie z tego sprawy, Europejczycy kupowali od miejscowych jej wytwory.

W 1823 roku północnoamerykańska Arktyka wciąż była odległą krainą rodem z bajki, zamieszkałą przez niezwykłe zwierzęta i nieznane wcześniej ludy, ostatnim nieodkrytym jeszcze, złożonym ekosystemem na naszej planecie. Krainą pełną tajemniczych zjawisk, przez całe lato łaskawie oświetlaną dobrotliwym światłem, zimą zaś zatopioną w ciemnościach tak ponurych, że przyprawiały o szaleństwo; krainą mrozu tak przenikliwego, że nawet ocet zamarzał, zimna kruszącego wszystko, nawet kamienie. Było to terytorium nienaniesione jeszcze na żadne mapy, niezbadane i nienależące do nikogo, na którym Europejczycy ginęli bez wieści od czasów Normanów – w wyniku gangreny będącej następstwem odmrożeń, zatruci po spożyciu wątroby niedźwiedzia polarnego, gnijący od szkorbutu, umierający z zimna na powierzchni lodu, obok wraku statku spalonego aż do linii wody w poszukiwaniu ostatnich iskier ciepła.

W obliczu tej makabrycznej wiedzy słabły energia i pewność siebie wielorybników żeglujących w Zatoce Ponda. Przeczuwali, że sami w niewielkim stopniu znają ten region, przypuszczalnie równie słabo jak ci spośród nich, którzy sporządzali nader uczone zapiski poświęcone biologii wielorybów albo barw planktonu niesionego przez prądy morskie. Nie poddawali się jednak ani lękowi, ani ignorancji. Ich statki, na razie, były „bezpieczne jak łódź ratunkowa i szczelne jak butelka”. Za dwa miesiące wrócą do domu, do rodzin, przywożąc zapłatę, na jaką na lądzie musieliby pracować przez rok, a może jeszcze parę spodni ze skóry niedźwiedzia polarnego, którymi będą się mogli popisywać, albo nóż z krzemiennym ostrzem – prezent dla syna. A jednocześnie przywiozą zdumiewające opowieści, zapierające dech w piersi sąsiadom: o ucieczce przed pewnym utopieniem albo o tym, że jednego ranka udało się zebrać na nadbrzeżnej równinie sześć tysięcy jajek edredona zwyczajnego, albo że się przespało z eskimoską kobietą.

Łatwo sobie wyobrazić zew dzikiej przygody, jaki ich ogarniał jednego z tych lipcowych popołudni u wybrzeży Zatoki Ponda, w niedzielę, kiedy kapitan, surowo przestrzegający zasad wiary chrześcijańskiej, nie pozwalał na polowanie i załoga mogła, wylegując się na zalanym słońcem pokładzie, porównywać egzotyczne arktyczne pamiątki, takie jak niepokojąca czaszka piżmowołu z potężnymi kościanymi guzami u nasady rogu i wystającymi oczodołami, należąca do „rodzaju polarnego bydła”, jak rozumieli słowa Eskimosów, które żyło daleko na zachodzie i północy. Albo fragment kolczugi, będącej, jak ktoś zapewniał, niezaprzeczalnym dowodem na to, że wikingowie przed setkami lat docierali daleko na północ ze swoich osad na Grenlandii. Albo wyrzeźbioną w kości niewielką maskę ludzkiej twarzy, powykrzywianą w psychotycznej udręce, wytwór zaginionej kultury Dorset. Niewykluczone, że odczuwali napięcie między niezwykłymi cechami tych przedmiotów a banalnością ich własnego codziennego życia – zdartych desek pokładu, na których siedzieli, albo zawiłego, ale dobrze znanego olinowania żagli i rei ponad głowami.

Być może któryś z nich wspominał, że pewnego razu widział niedźwiedzia polarnego daleko od brzegu, jak podczas burzy płynął równym rytmem przez ogromne ciemne morze – wraz z tą opowieścią pojawiało się jeszcze inne napięcie, znamienne dla tej krainy, między pięknem a przemocą. A może opowiadali o Eskimosach, o ich zdumiewającej umiejętności przetrwania w takich warunkach, o tym, jacy są przyjaźni i pełni energii; a także jak potrafią być irytujący w swoich prymitywnych zwyczajach: matka wycierająca własnymi włosami dziecięce fekalia, mężczyzna ściskający serce skrępowanego ptaka, żeby go zabić, nie niszcząc przy tym piór.

W ciasnych kabinach oficerowie statku być może czytali Account of the Arctic Regions [Opis obszarów arktycznych] Williama Scoresby’ego albo niedawno opublikowaną opowieść o odkryciach Williama Parry’ego, który w 1818 roku wraz z Johnem Rossem przetarł szlak wiodący do akwenu West Water. Podziwiali Parry’ego, ale w sumie postrzegali brytyjskie ekspedycje badawcze – statki wzmocnione na spotkanie z lodem, z niedoświadczoną załogą, dowodzone przez oficerów szukających jedynie „wieczystej chwały” – jako pompatyczne przejawy polityki państwa, niemal pozbawione jakiejkolwiek praktycznej wartości.

Załogi i oficerowie żaglowców wielorybniczych, na równi, rozmyślali raczej o zapasach tłuszczu i fiszbinu spoczywających w ładowni, ponieważ to było namacalne bogactwo. Tylko te dwie części ciała wieloryba można będzie sprzedać w dokach na nabrzeżu Hull, za dziesięć do piętnastu razy więcej, niż można się było spodziewać, że człowiek zarobi, pracując na lądzie przez rok.

Drzemiący na skąpanym w słońcu pokładzie ludzie, korzystając z wolnego dnia, prawdopodobnie w ogóle nie myśleli o tym, jak skrajnie niszczący okaże się ich sposób życia dla Eskimosów oraz dla wali grenlandzkich. Czuli tylko, że czeka ich bogactwo oraz że tęsknią za domem.

Kanadyjski historyk W. Gillies Ross ostrożnie ocenia, że podczas połowów w Cieśninie Davisa przypuszczalnie zginęło co najmniej trzydzieści osiem tysięcy wali grenlandzkich, zabitych głównie przez załogi brytyjskich statków. Dziś szacuje się, że populacja tego gatunku liczy około dwustu osobników. Nie znamy podobnych szacunków dotyczących liczby rdzennych mieszkańców Arktyki, którzy zmarli na dyfteryt, ospę, gruźlicę, polio oraz inne choroby – według niektórych badaczy można przypuszczać, że dotyczy to dziewięćdziesięciu procent rdzennej populacji Ameryki Północnej. W pewnym sensie Eskimosi nadal próbują dojść do siebie[3].

Zdarzenia rozgrywające się w okolicy Zatoki Ponda w szczytowym okresie rozwoju arktycznego wielorybnictwa reprezentują w mikroskali szersze następstwa pojawienia się kultury Zachodu w rejonie Arktyki. To także niepokojące przypomnienie, że współczesne gałęzie przemysłu – wydobycie ropy naftowej, gazu i surowców mineralnych – mogą podążać równie katastrofalnym szlakiem krótkotrwałej eksploatacji, jak działo się to w przypadku wielorybnictwa. A jednocześnie równie naiwnym – nasze ujęcia historii naturalnej tego regionu, sto pięćdziesiąt lat później, są wciąż bardzo pobieżne i niespójne. Tym razem jednak najbardziej zagrożonym elementem ekosystemu nie jest jeden gatunek – wal grenlandzki – lecz spójna wizja losu miejscowej ludności. Nie dysponujemy alternatywną opowieścią obejmującą dłuższy okres, która mogłaby zastąpić ich własną, nie mamy żadnej innej opowieści o stosunkach człowieka z krajobrazem, niezależnej od zachodniej nauki oraz naszego dążenia do sprawowania kontroli albo panowania. Nasza własna zażyłość z tą krainą nadal cechuje się brakiem historycznej głębi i wciąż w znacznej mierze pomijamy to, co w niej niejasne i ulotne.

Mamy także bardzo zróżnicowane podejście do jej ostatecznej wartości. Przyszłe losy Arktyki inaczej postrzega prawnik z Montrealu starający się rozstrzygnąć kwestię roszczeń do ziemi wysuwanych przez Inuitów, a inaczej szwedzki inżynier pracujący nad projektem tankowca-lodołamacza, który mógłby kursować polarnym szlakiem z Rotterdamu do Jokohamy. W dodatku historia życia w Arktyce – zapylanie tamtejszych kwiatów przez trzmiele, pochodzenie i myśli ludzi z kultury Dorset, obyczaje rosomaka – znaczy co innego dla inuk wyciągającego sieci z wody u ujścia rzeki Hayes, co innego dla biologa obserwującego spotkanie stada karibu z rurociągiem przecinającym Alaskę, a jeszcze co innego dla nowoczesnego turysty, który chciałby zjeść lunch z kawiorem i szampanem na biegunie północnym.

Takie zróżnicowanie ludzkich poglądów i zainteresowań w przypadku świeżo odkrytej krainy nie jest czymś nowym; nowa – i kłopotliwa – jest dla nas pewna odmienność tej krainy, która wpływa jednak w istotnym sensie na charakter wszelkich rozważań. W strefie umiarkowanej jesteśmy przyzwyczajeni do zajmowania się krajobrazami, które potrafią sobie łatwo poradzić z następstwami konfliktu poglądów. Ze względu na długi sezon wegetacji, łagodne temperatury, ogromną różnorodność żyjących w nich organizmów oraz umiarkowaną ilość opadów większość zniszczeń dokonywanych przez człowieka da się tam naprawić. Ekosystemy arktyczne są odmienne pod względem charakteru biologicznego – są ekologicznie dużo bardziej podatne na zagrożenia związane z próbami „uwzględnienia potrzeb obu stron”. Na Północy źródłem niepokoju jest zatem sama niecierpliwość towarzysząca poszukiwaniu kompromisu i pogodzenia stanowisk.

Nasze problemy pojęciowe dotyczące tych zjawisk, czyli komercjalnego i przemysłowego rozwoju Północy oraz właściwości narzucanych w tym regionie rozwiązań gospodarczych, można sprowadzić do pewnej fundamentalnej osobliwości samego krajobrazu, do czegoś tak subtelnego i ulotnego jak nasze własne upodobanie, jako mieszkańców strefy umiarkowanej, do pewnej trwałości i pewnego rodzaju światła. Albo do konkretnego kształtu, jaki przyjmuje czas w krainach strefy umiarkowanej, gdzie słońce naprawdę zachodzi letnim wieczorem, gdzie cykady o zmierzchu ustępują miejsca świerszczom, a ludzie zasiadają na gankach – takie rzeczy nie zdarzają się jednak w Arktyce.

Trudności z oceną czy nawet dostrzeganiem cech konkretnego krajobrazu wiążą się z odległością, jaką dana kultura przebyła od krajobrazu, w jakim żyli jej przodkowie. Jako mieszkańcy strefy umiarkowanej jesteśmy od dawna niechętnie nastawieni do pustyni oraz rozległych przestrzeni tundry i lodu. Dla nas są to jałowe pustkowia; historycznie rzecz biorąc, nie przejmowaliśmy się w ogóle tym, co się na nich ani z nimi dzieje. Pokusiłbym się jednak o przypuszczenie, że pewnego dnia ich wartość okaże się dla nas nieoceniona. Właśnie dlatego, że rytmy czasu i światła w Arktyce są tak odmienne, ten krajobraz może w zaskakujący sposób odsłonić gnuśność obecną w naszym myśleniu o Ziemi w ogóle. Obce dla nas rytmy Arktyki już choćby poprzez zmianę podstawowego pojmowania długości dnia pokazują, jak wąsko zakrojone i aroganckie są nasze zachodnie nawyki myślenia. Okresowo zamarznięty Ocean Arktyczny stanowi dziś nieprzezwyciężoną przeszkodę na szlaku punktualnej żeglugi. Ta kraina okazuje się – dla niektórych – irytująco i wyjątkowo niechętna do współpracy.

Jeśli mamy opracować jakiś oświecony plan ludzkiej aktywności w Arktyce, potrzebujemy bardziej szczegółowego zrozumienia samej krainy – nie chodzi jedynie o zgromadzenie bardziej wyrafinowanej wiedzy matematycznej, ale o głębsze zrozumienie jej natury, jak gdyby sama w sobie była innego rodzaju cywilizacją, z którą musimy zawrzeć jakieś porozumienie. Zamierzam zatem wciągnąć was z powrotem w obręb konkretnych wymiarów tej krainy, a pociągając zarazem ku temu, czemu one sprzyjają, zaprosić na zwykłą przechadzkę po tundrze, zachęcić do przyjrzenia się, jak wiatr porywa drobne liście karłowatej brzozy albo wierzby; możecie także posłuchać klekotu racic migrujących stad karibu. Możecie sobie wyobrazić, jak na tle rytmicznego szumu pociągnięć wiosła kajaka na Morzu Beauforta usłyszycie długie, drżące tremolo foki wąsatej. Albo poczuć pod opuszkiem palca chirurgiczną ostrość eskimoskich narzędzi z obsydianu.

Pewnego razu znalazłem się zimą wraz z ekipą platformy wiertniczej na skutym lodem morzu na północ od Wyspy Melville’a, daleko za kręgiem polarnym. W okrągłym otworze wśród lodów zobaczyłem nagle fokę, która wypłynęła na powierzchnię w jakiejś chwili zawieszonej w bezczasie, w kręgu otwartej wody bezpośrednio pod platformą wiertniczą, dzięki któremu przewód wiertniczy może przejść przez warstwę lodu, zmierzając w stronę dna oceanu. Popatrzyliśmy na siebie w absolutnej ciszy. Ja w swojej parce, zatrzymany w środku jakiejś czynności, foka na powierzchni nieruchomej wody; jej ciemnobrązowe oczy połyskiwały na tle szarej, nieco kociej głowy. Ogarnęła mnie ciekawość. Tym, co przykuło moją uwagę, było pytanie: jak bardzo na krańcu świata się znalazłem? Poruszyłem lekko głową, kaptur parki drgnął i foka zniknęła wśród rozprysku wody. Miała ogromne oczy. Podszedłem na skraj okrągłego przerębla i wpatrywałem się w ciemny ocean. Byłbym pewnie nie mniej zaskoczony pojawieniem się foki w tym miejscu, niż gdyby nagle spadła z zimowego nieba nad moją głową, prosto w sferę światła otaczającą platformę wiertniczą i nasz odizolowany obóz.

Pomyślałem, że jeśli będziemy się zastanawiać nad naszą obecnością w Arktyce, jednocześnie ignorując wszechświat foki, jeśli będziemy się zastanawiać nad naturą ludzkich dążeń i nie spróbujemy poznać tej krainy, nie wsłuchamy się w nią, przypuszczalnie czeka nas zguba. Może nie jutro czy za rok, ale w końcu zginiemy – wystarczy spojrzeć wstecz na długą drogę naszej ewolucji oraz na towarzyszącą nam determinację i zastanowić się nad czynnikami, które zaprowadziły nas tak daleko.

W sercu tej opowieści splatają się zatem trzy motywy. Wpływ arktycznego krajobrazu na ludzką wyobraźnię – jak pragnienie wykorzystania jakiejś krainy kształtuje sposób, w jaki ją oceniamy. A także co się dzieje z naszym pojmowaniem bogactwa w zderzeniu z nieznanym krajobrazem. Co to znaczy się wzbogacić? Czy to pragnienie krwawych przygód i chęć zbicia majątku ściągnęły na Północ wielorybników oraz innych przedsiębiorczych ludzi? Czy raczej pragnienie dobrego życia rodzinnego i czerpania korzyści z rozległej i głębokiej wiedzy o własnej krainie, jak odpowiedział na pytanie o bogactwo pewien człowiek z plemienia Tununirmiut wielorybnikom w Zatoce Ponda. Czy polega to na zachowaniu w naszym życiu zdolności do zdumienia i podziwu, na pragnieniu podążania za tym, co autentyczne i godne szacunku? Na życiu w moralnej zgodzie ze wszechświatem?

Nie sposób poznać dokładnej odpowiedzi na to pytanie, ale jeśli człowiek zaczyna poznawać jakieś miejsce, w którym podstawowe elementy życia rozumiane są odmiennie, może wykorzystać przewagę, jaką daje zmiana perspektywy. Wraz z tym przesunięciem można sobie na nowo wyobrazić drogę, która doprowadzi nas do niegasnącego poczucia bezpieczeństwa duszy i serca oraz do odnalezienia dla siebie miejsca w przepływie czasu, które nazywamy historią – naszą własną i świata.

To marzenie, jak zobaczymy w opowieści odsłaniającej się w następnych rozdziałach, ożywia jednakowo ludzi wielkich, jak i całkiem zwyczajnych.

1

Arktikós

Zimowym popołudniem – w dniu bez wschodu słońca, przy świetle księżyca, który nie zaszedł od sześciu dni – stoję na zamarzniętej powierzchni oceanu, jakieś trzydzieści kilometrów od przylądka Mamen na Wyspie Mackenziego Kinga. Lodowa pokrywa morza w cieśninie Hazen nie jest całkiem pozbawiona cech charakterystycznych, ale na jej powierzchni nie widać także żadnych śladów gwałtownych wydarzeń, jakie moglibyśmy ujrzeć na przykład na Morzu Lincolna. Prądy są tu względnie spokojne. W ciągu dziewięciu albo dziesięciu miesięcy, gdy mróz skuwa ocean, ta rozległa lodowa platforma spoczywa niemal bez ruchu.

Spoglądając na południe, dostrzegam wąski pasek nieba fioletowokobaltowej barwy, rozciągający się na jakieś osiemdziesiąt stopni kątowych nad horyzontem. Jednak śnieg i lód prawie nie odbijają tych kolorów. Dominuje odbite światło księżyca w tonacji zamglonego błękitu. W jego blasku wzrok biegnie na odległość trzech do pięciu kilometrów, ale w tej bladej poświacie wszystkie kontury są rozmazane. Nie licząc paska horyzontu na południu, w odcieniu siniaka, świat wokół mnie to tylko lód, oświetlony przez księżyc, i czarne niebo.

Ponieważ księżyc jest w pełni, niebo nie ma głębi, ale gwiazdy świecą jasno. I to właśnie one przykuły moją uwagę w połowie spaceru. Tuż nad moją głową znajduje się Polaris, Gwiazda Polarna. Wcześniej, ilekroć zlokalizowałem na niebie Wielką Niedźwiedzicę i przesuwałem wzrokiem wzdłuż wyobrażonej linii wyznaczonej przez gwiazdy tej konstelacji, szukając Polaris, kierowałem wzrok ku północy. Tego popołudnia patrzę prosto do góry.

To astronomiczny przypadek, że Gwiazda Polarna leży tuż nad geograficznym biegunem północnym Ziemi (nie ma analogicznej gwiazdy nad biegunem południowym). Wydaje się, jakby znajdowała się dokładnie na przedłużeniu osi Ziemi, i odkąd człowiek wpatruje się w niebo, zmieniła położenie tak nieznacznie, że uważamy je za niezmienne. I niemal tak jest; miejsce Gwiazdy Polarnej na firmamencie było zawsze na tyle stałe, że od niepamiętnych czasów stanowiła punkt odniesienia dla żeglarzy przemierzających morza półkuli północnej. Matematyczny punkt położony na niebie powyżej bieguna północnego astronomowie nazywają północnym biegunem niebieskim i Gwiazda Polarna znajduje się niecały stopień kątowy od tego punktu.

Widzę ją teraz bezpośrednio nad swoją głową, żółtawą gwiazdę, sto razy większą od naszego Słońca, alpha Ursae Minoris, jedyną gwiazdę, która, jak się wydaje, nigdy się nie porusza. Wokół niej krąży siedem gwiazd jasnych i siedem bledszych, które można połączyć w wyobraźni, tworząc dobrze znany obraz kubka z uchwytem, albo zobaczyć na niebie biodra i ogon Wielkiej Niedźwiedzicy, Ursa Maior. We wczesnych dziejach cywilizacji zachodniej uważano, że rejony świata położone daleko na północy znajdują się bezpośrednio pod tymi gwiazdami. Grecy nazwali cały ten region Arktikós, krainą wielkiego niedźwiedzia.

Mieszkańcy Starego Świata uważali Arktykę za miejsce niedostępne. Sądzili jednak, że poza tą posępną i wrogą krainą pograniczną wcale nie jest niezamieszkała. W mitologii greckiej tę najodleglejszą część Arktyki – region położony dalej na północ niż miejsce narodzin boreasza, północnego wiatru – opisywano wręcz jako krainę żyznych osadowych gleb, łagodnie błękitnego nieba, delikatnej bryzy uosabianej przez Zefira, płodnych zwierząt oraz drzew, które rodziły owoce nawet zimą. Mieszkańców Hiperborei, jak ją nazwano, uważano za najdawniejszą rasę ludzką i sądzono, że usposobieniem przypominają zamieszkiwaną przez nich krainę – są skłonni do współczucia, nie mają żadnych potrzeb i cechuje ich kontemplacyjny charakter. W niektórych legendach związanych z Hiperboreą występują zaskakujące wizje tej niezmąconej aury – na przykład obraz białych piór spadających z nieba. (Przypuszczalnie to aluzja do delikatnych blaszek dużych płatków śniegu, jednak skojarzenie to nie jest wyłącznie metaforyczne. Na wybrzeżu Alaski pewnego letniego dnia ujrzałem lecące nad moją głową ogromne stado kaczek, które zmieniały upierzenie; na ziemię opadały setki piór kołyszących się bezgłośnie jak płatki śniegu. Pewne podobieństwa można znaleźć także w dziewiętnastowiecznych opowieściach o eksploracji Arktyki, na przykład w opisach szronu, który pokrywał całe olinowanie statków, przypominając delikatne ptasie pióra).

Może Grecy zasłyszeli jakieś opowieści podróżników o łagodnym, spokojnym lecie na Północy i stworzyli na ich podstawie obraz niezmąconego przez troski życia Hiperborejczyków. Jednak dużo częściej przywoływano mroczną stronę tych krajobrazów. Członkowie kultur rodzących się na Południu uważali je za pustkowie zmarzniętych gór, gwałtownych wiatrów i czającego się wszędzie zła. Teologowie piszący w VII wieku naszej ery widzieli w Północy miejsce duchowego zamętu, siedzibę Antychrysta. W czasach, gdy kultury z południa Europy zmagały się z najazdami Gotów, Wandalów i innych plemion północnych (w tym także, później, wikingów), popularność zyskała wizja dwóch szczególnie złowrogich postaci ze Starego Testamentu, Goga i Magoga, jako symbolicznych przywódców mitycznej hordy pragnącej zniszczyć cywilizowane narody. Widziano w nich siły ciemności, które sprzysięgły się przeciw siłom światła. W angielskiej legendzie armie z północy zostają rozbite, a Gog i Magog wzięci do niewoli, zakuci w łańcuchy i sprowadzeni do Londynu. (Rzeźba przedstawiająca te dwie postaci przez pięćset lat stała przed budynkiem Guildhall w centrum Londynu, nim została zniszczona podczas bombardowań w czasie II wojny światowej).

Łagodniejszą wersję tej historii znajdziemy w opowieści o pewnym wzgórzu pod Cambridge, zwanym Gogmagog. Jeden z północnych gigantów, jak głosi legenda, walczących w szeregach armii barbarzyńców z północy, zakochał się w młodej kobiecie z południa. Wybranka odrzuciła go jednak z powodu jego brutalnej natury. Padł wtedy na ziemię powalony żalem i już nigdy się nie podniósł. Z jego ciała powstało wzgórze.

Starając się opowiedzieć w bardziej prozaiczny sposób, czym jest Arktyka, lokujemy ją wokół kilku północnych biegunów[4]. Dokładne położenie najlepiej określonego z tych północnych biegunów, czyli bieguna północnego, podlega zmianom (w niewielkim zakresie). Ziemia delikatnie się kołysze – pod wpływem aktywności tektonicznej, grawitacyjnego przyciągania Księżyca oraz nieustannego przemieszczania się osadów niesionych przez wody rzek – i przy okazji jej oś także się przesuwa. Gdyby wyobrazić sobie biegun północny jako zawieszony w przestrzeni rylec, co czterysta dwadzieścia osiem dni zakreślałby on linię o kształcie nieregularnego kręgu o średnicy zmieniającej się od siedmiu do dziewięciu metrów. Na przestrzeni wielu lat te wszystkie nieregularne okręgi zmieściłyby się w obszarze o średnicy około dwudziestu metrów, zwanym kręgiem Chandlera. Przeciętne położenie środka tego okręgu to geograficzny biegun północny.

Inne północne bieguny równie trudno precyzyjnie zlokalizować. W 1985 roku północny biegun magnetyczny, wyznaczający przebieg linii magnetycznego pola Ziemi i jej magnetosfery (wysoko ponad atmosferą Ziemi), znajdował się w punkcie o współrzędnych 77°N i 120°W, około pięćdziesięciu kilometrów na wschód od Wyspy Edmunda Walkera leżącej na południowym krańcu Archipelagu Findlaya. To jakieś sześćset pięćdziesiąt kilometrów dalej na północ i nieco na zachód od miejsca po zachodniej stronie półwyspu Boothia, gdzie – w 1831 roku – został po raz pierwszy zlokalizowany przez Jamesa Clarka Rossa.

Północny biegun geomagnetyczny, wokół którego teoretycznie (matematycznie) układa się magnetyczne pole Ziemi i jej magnetosfera, znajduje się jakieś osiemset kilometrów na wschód od północnego bieguna magnetycznego, w okolicy Ziemi Inglefielda w północnej Grenlandii.

Przemieszczanie się północnego bieguna magnetycznego od roku 1600 do dziś. Położenie przed rokiem 1831 jest przybliżone.

Piąty północny biegun, rzadko współcześnie opisywany, popadł w zapomnienie. W XIX wieku sądzono, że miejsce na Ziemi, do którego najtrudniej jest dotrzeć, znajduje się w pokrytym lodem obszarze morza na północ od Alaski, o współrzędnych mniej więcej 84°N i 160°W. Koncepcja ta zakłada, że pak lodowy Oceanu Arktycznego powoli obraca się wokół tego punktu, a tym samym nie sposób dotrzeć tam na pokładzie statku, a podróż pieszo albo na saniach ciągniętych przez psy jest zbyt niebezpieczna. Ten biegun niedostępności, równie nieoczywisty dla ludzkiego oka jak geograficzny biegun północny, w naszych czasach wielokrotnie „oglądano” z powietrza i niewykluczone, że „odwiedzały” go rosyjskie lodołamacze[5].

Wydaje się jednak, że dla zrozumienia, czym jest Arktyka, bardziej użyteczny niż jakikolwiek zestaw linii będzie obraz ruchu słońca po arktycznym niebie w ciągu roku. Dla oka przyzwyczajonego do strefy umiarkowanej ruch ten wydaje się nieregularny i nietypowy. Granice oddzielające okresy światła (dni) od okresów ciemności (nocy) wydają się zbyt nieostre, a trwanie tych okresów albo za krótkie, albo za długie.

Ruchy słońca na arktycznym niebie trudno nam sobie wyobrazić, ponieważ nasz sposób myślenia o tym zjawisku został ukształtowany przez dziesiątki tysięcy lat, jakie rodzaj ludzki przeżył w północnych rejonach strefy umiarkowanej. Źródłem dodatkowych kłopotów jest dla nas fakt, że jako istoty żyjące raczej na ziemi niż w powietrzu czy w wodzie nieczęsto myślimy w kategoriach trzech wymiarów. Pamiętam, kiedy pierwszy raz dotarła do mnie ta myśl – stało się to podczas zimowego lotu do Barrow na północnym wybrzeżu Alaski. Wystartowaliśmy około południa i lecieliśmy na północ. Wyciągając szyję i przyciskając twarz do okna kabiny samolotu, mogłem dostrzec słońce zawieszone nisko na południowym horyzoncie. Wydawało się, że podczas naszego dwugodzinnego lotu tkwiło nieruchomo w tym samym miejscu. Kiedy wylądowaliśmy w Barrow, miałem wrażenie, jakby zaszło w tym samym punkcie. Przechadzając się wtedy po miasteczku, uświadomiłem sobie coś, co nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy: zimą na dalekiej Północy słońce powoli wynurza się na południowym horyzoncie, a potem znika niemal w tym samym miejscu, podobnie jak wieloryb obracający się na grzbiecie. Zasada, że „słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie” po prostu tu nie działa. Przekonanie, że dzień składa się z ranka, przedpołudnia, popołudnia i wieczoru jest pewną konwencją, tak głęboko w nas zakorzenioną, że niemal o niej nie myślimy, konwencją zapisaną w naszej literaturze i w sztuce. Jednak na Północy ten schemat nie ma zastosowania[6].

Zrozumienie, na czym polegają ruchy słońca na niebie w Arktyce, nie jest wcale zadaniem łatwym. Wyobraźmy sobie, że 21 czerwca, w dniu letniego przesilenia, znajdujemy się dokładnie na biegunie północnym. Nasze stopy stoją mocno na powierzchni śniegu i lodu smaganych wiatrem. Gdybyśmy odgarnęli śnieg, ujrzelibyśmy lód morski, szarawobiały i nieprzejrzysty. Jakieś dwa metry pod nami rozpoczyna się mroczna, prawie czterokilometrowa głębia lodowatych – o temperaturze około −1,69°C – wód Oceanu Arktycznego. Od najbliższego lądu, niewielkiej wyspy Oodaaq, leżącej u wybrzeży północnej Grenlandii, dzieli nas siedemset kilometrów pustki. Stoimy jednocześnie w każdej z dwudziestu czterech stref czasowych na kuli ziemskiej i znajdujemy się na północ od każdego innego miejsca na Ziemi. Tego dnia słońce zatacza wokół nas pełen okrąg, trzysta sześćdziesiąt stopni, po orbicie położonej dokładnie 23,5 stopnia powyżej horyzontu.

Gdybyśmy mogli, pozostając w obrębie dwudziestoczterogodzinnego dnia, posuwać się na południe wzdłuż setnego południka, w stronę miasta Meksyk, początkowo zauważylibyśmy jedynie bardzo niewielkie zmiany w trajektorii słońca na niebie. Wkrótce jednak zaczęlibyśmy odczuwać, że orbita słońca jest nieco nachylona, a jej łuk nieco wyższy na południowym niebie i nieco niższy na północnym. W miarę przesuwania się na południe nachylenie tego łuku stawałoby się coraz bardziej widoczne. Po dotarciu do okolic jeziora Garry na Terytoriach Północno-Zachodnich, gdzie w punkcie o szerokości geograficznej 66,33°N setny południk przecina krąg polarny, słońce na północnym niebie po raz pierwszy opadłoby za nami tak nisko, że dotknęłoby horyzontu. Zaszlibyśmy na tyle daleko w głąb strefy czasowej, że zaczęlibyśmy odczuwać tę różnicę; i ten moment, w którym słońce dotknęło horyzontu, to byłaby „północ” miejscowego czasu. W tym samym miejscu dwanaście godzin później słońce znalazłoby się na niebie czterdzieści siedem stopni powyżej południowego horyzontu – to byłoby „południe”. Powiedzielibyśmy teraz, że słońce bardziej przesuwa się po niebie niż wokół niego. Zaczyna się zanurzać poniżej północnego horyzontu; gdybyśmy 21 czerwca nadal posuwali się od tego miejsca na południe, zaczęlibyśmy mieć do czynienia z „nocą”. Początkowo noce te byłyby krótkie, stanowiąc jedynie przedłużony okres zmierzchu. Jednak z wolna ten zmierzch zacząłby się pogłębiać w godzinach wieczornych i słabnąć w porannych. Gdzieś na równinach prowincji Manitoba po raz pierwszy poczulibyśmy, że znaleźliśmy się „w środku nocy” – wokół nas byłoby na tyle ciemno, że nie moglibyśmy już iść dalej, nie narażając się na potknięcie.

Gdybyśmy podążali dalej na południe, co byłoby możliwe, jeśliby się dało zatrzymać czas 21 czerwca w swego rodzaju zawieszeniu, zaczęlibyśmy dostrzegać trzy rzeczy: noce stałyby się wyraźnie dłuższe, w południe słońce znajdowałoby się na południowym niebie coraz wyżej i wyżej (i coraz wyraźniej zaczynałoby „wschodzić” na wschodzie i „zachodzić” na zachodzie), okresy zmierzchu o świcie i pod wieczór stawałyby się coraz krótsze, aż wreszcie zmrok stałby się bardzo przelotnym zjawiskiem. W mieście Meksyk słońce wschodzi i zachodzi nagle. Światło słoneczne jest codziennym, a nie sezonowym zjawiskiem, jak to ma miejsce na Północy.