Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Arabska córka - Tanya Valko

Kontynuacja bestsellerowej powieści „Arabska żona”.

Tanya Valko ponownie wprowadza czytelnika w świat wschodnich tradycji, przyjaźni i miłości. Główna bohaterka, pół Polka, pół Libijka, po przymusowej rozłące z matką, mając zaledwie kilka lat, rozpoczyna tułaczkę po odległych zakątkach świata. Najpierw udaje się z libijską rodziną do Ghany, następnie powraca z babcią do Trypolisu, by po paru latach, uciekając przed despotycznym ojcem, wylądować w Jemenie. Tam, już jako nastolatka, znajduje szczęście, przyjaźń i miłość... Niestety, styka się również z terrorem i zwolennikami ortodoksyjnego islamu. Jej mąż za wszelką cenę chce oczyścić imię swojej rodziny z piętna terroryzmu. Życie głównej bohaterki i jej rodziny jest zagrożone. Czy młoda kobieta zazna w końcu spokoju i szczęścia? Czy uda jej się odnaleźć matkę?

Opinie o ebooku Arabska córka - Tanya Valko

Fragment ebooka Arabska córka - Tanya Valko

Okładka

Karta tytułowa

TANYA VALKO

ARABSKA CÓRKA

Dedykacja

I Bóg uczynił dla was ziemię jak kobierzec, abyście chodzili po niej szerokimi drogami*.

* Koran, sura 71, wersy 19–20, przeł. Józef Bielawski, PIW 1986.

Wszelka zbieżność występujących w powieści nazw własnych z rzeczywistymi, w tym imion, nazwisk i nazw instytucji, jest zbiegiem okoliczności lub funkcjonują one jako powszechnie znane. Wszystkie wydarzenia opisane w książce są fikcją literacką.

1. PORZUCENIE

Wizyta strasznych zbójów

Zmartwiona Dorota siedzi przy oknie i stuka się w czoło milczącą czarną słuchawką telefonu. Do kogo może jeszcze zadzwonić, kto zechce pomóc zniszczonej kobiecie z dwójką małych dzieci, kto zechce z nią rozmawiać? Jest beznadziejnie samotna. Patrzy przez okno na opuszczony dom teściowej po drugiej stronie wąskiej ulicy i na zwiędnięte liście wirujące w szarym od pyłu powietrzu. Czuć zimę. Dorota mocno przytula niczego nieświadomą Darię, która słodko cmoka mleko z jej piersi, przymykając oczy z rozkoszy. Całuje jej maleńką, pokrytą delikatnym puszkiem główkę. Jej serce ściska się z bólu, a oczy wypełniają łzami. Starsza córeczka, Marysia, cicho wchodzi do pokoju i przytula się do pleców mamy. Jakaż ona stała się spokojna i smutna. Szóstym zmysłem wyczuwa, że jest źle. Nie wie, ale też nie pyta, dlaczego jej towarzysze, dzieci cioci Miriam, wyjechali tak nagle do ojca do Ameryki. Nie docieka, czemu kochająca babcia i ciocie rozmyły się we mgle. Parę razy tylko zagadnęła, czy może pójść je odwiedzić, a kiedy usłyszała „nie”, jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Nie zadała typowego dla dziecka pytania: Dlaczego? W tej sytuacji aż się o to prosi, lecz ona milczy i tylko patrzy spode łba na otaczający ją smutny świat. Ojca prawie w ogóle nie widuje, czasami jedynie słyszy jego krzyki i wymierzane matce razy. Zaczęła chodzić do arabskiej szkoły, bo najwyższy czas na edukację. Nie zaaklimatyzowała się jednak. Pewnego poranka stwierdziła, że więcej tam nie pójdzie i żeby jej nawet o to nie prosić. Tak też się stało, bo teraz matka woli mieć ją przy sobie.

– Basiu, tutaj Dot... – W końcu załamana Dorota decyduje się na jedyny telefon, który jeszcze jest w stanie wykonać.

– Mmm… – słyszy odpowiedź i rozpoznaje głos byłej przyjaciółki.

– Już nikt mi nie został, Basiuniu, w tobie jedyna nadzieja – mówi błagalnym tonem. – Przyjaciele powinni sobie wybaczać. Przepraszam, że tak długo nie dawałam znaku życia, ale wiesz, utknęłam na wsi, wśród problemów rodzinki i pieluszek wypełnionych kupką – usiłuje nadać swojej wypowiedzi żartobliwy ton, choć wcale nie jest jej do śmiechu.

– Jak trwoga, to do Boga – słyszy po dłuższej chwili.

– Wszystko oczywiście wiemy i tylko się dziwimy, co ty, u diabła, jeszcze tutaj robisz?! – wykrzykuje Baśka.

– Jak to wiecie?! Co wiecie?! Czyżby nasza historia była już na pierwszych stronach lokalnych gazet?

– Trypolis to wbrew pozorom mała wiocha, a kiedy pracuje się w branży, tak jak mój stary, to nie sposób nie usłyszeć plotek. Jeśli Malika, była pani ambasador, pupilka wodza, wyjeżdża z dnia na dzień tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, i to na drugorzędne stanowisko, to coś jest nie tak. A kiedy jeszcze zabiera ze sobą całą najbliższą rodzinę, a resztę rozsyła po świecie, to już poważnie daje do myślenia.

– No tak, prosta układanka – przyznaje Dorota.

– Tylko, pozwolisz, że się powtórzę, nie mogę zrozumieć, czemu ty tutaj jeszcze siedzisz!? – znów podnosi głos.

– Jesteś jakąś męczennicą?!

– Wiesz... – zaczyna cicho.

– Nie, nie wiem, nie rozumiem, nie ogarniam tego wszystkiego! Czemu nie wyjechałaś z matką, czemu nikt z tej pieprzonej, zakłamanej rodzinki ci nie pomógł, czemu tutaj siedzisz i czekasz na...

– Bo się nie dało – gwałtownie przerywa potok jej słów.

– Bo oczywiście najpierw Ahmed nie chciał mnie wypuścić, a potem zdecydował, że ja mogę wypierdalać, ale dzieci zostają z nim. Ty sobie to wyobrażasz? Maleńka Daria, przecież ona ma dopiero sześć miesięcy... – Kobieta traci dech i nic już nie może z siebie wydusić.

– Czy mam ci powiedzieć: „A nie mówiłam?! A nie ostrzegałam?!”.

– Tak – wyrzuca z siebie i wybucha niepohamowanym płaczem.

– My teraz już nie możemy ci pomóc, nie przyłożymy do tego ręki – mówi twardo. – To jest zbyt wielkie gówno, w które nie damy się wciągnąć, nie utoniemy z tobą, przykro mi.

Zapada cisza. W zasadzie Dorota powinna się rozłączyć, ale zamarła z przerażenia, jakby usłyszała wydany na siebie wyrok.

– Jednak mogę zadzwonić do Piotra, mam nadzieję, że jeszcze pamiętasz naszego miłego konsula? Masz szczęście, że nadal tutaj pracuje, bo to dobry chłop i z jajami.

– Tak? – jęczy cicho, wycierając nos trzęsącymi się palcami.

– Za pół godziny za rogiem waszej małej uliczki będzie stało auto, nie taksówka, tylko prywatny biały nissan. Nie pytaj kierowcy o nic, nie wymieniaj żadnego imienia czy nazwiska, nie mów nawet, gdzie ma cię zawieźć. On będzie wiedział. Teraz tylko ambasada może cię przygarnąć i tylko nasz MSZ może coś wymyślić, żeby cię stąd wyrwać. Jesteś w takiej sytuacji, że muszą ci pomóc. To już nie zwykłe problemy rodzinne.

– Ale ja nadal nie mam paszportów, ani nawet aktu urodzenia Darii.

– Gówno! – Baśka krzyczy wściekła. – Ty nic ze sobą nie bierzesz, rozumiesz, głupia kozo!? Żadnych toreb, żadnych walizek! Wychodzisz, tak jak stoisz, ewentualnie jednego pampersa w kieszeń i jalla1.

– Tak – odpowiada jak automat, spinając się w sobie.

– I nie dzwoń do mnie więcej. Jeśli ktoś zechce spojrzeć na billing, to i tak mam przesrane – tymi słowy bez pożegnania przyjaciółka kończy rozmowę.

Młoda matka zrywa się na równe nogi. Kładzie Darię na łóżku, Marysi wydaje krótkie polecenie zapakowania do szkolnego plecaczka najważniejszych rzeczy, a sama rzuca się do szafy w poszukiwaniu jak najmniejszej torby. Przecież musi wziąć ze sobą przynajmniej dwie pary majtek. Po piętnastu minutach jest gotowa. Stoi w drzwiach sypialni, po raz ostatni ogarniając ją wzrokiem.

Nagle słyszy trzaśnięcie drzwi wejściowych na dole i podniesione męskie głosy. Skóra jeży się jej na plecach. Przerażona rozgląda się dookoła, szukając innej drogi ucieczki. Zamiera jednak bezradnie, z Darią na ręku, Marysię przesuwa za siebie. Nie jest w stanie wykonać kroku.

– Nie wiem, po co tutaj w ogóle wszedłem – brzmi nieznajomy męski głos. – Co sobie wyobrażasz? Że funkcjonariusza możesz przekupić? – ktoś wrzeszczy i słychać uderzenie. – Mówię ci, do auta i po robocie. I tak się nie wykręcisz, bratku. – Znów cios i stłumiony jęk Ahmeda.

Dorota przykłada palec do ust i pokazuje Marysi: ani mru-mru. Przerażona poprawia Darii smoczek i na palcach wycofuje się z powrotem do sypialni. Nie wiadomo, co się stało, może ze strachu zbyt mocno ścisnęła maleńką córeczkę, a może jej walące serce obudziło niemowlaka – Daria nagle otwiera oczy, wykrzywia buzię i wydaje z siebie najpierw cichy pisk, a po chwili wyje już jak syrena. Dorota wbiega do pokoju, zamyka drzwi na klucz i barykaduje je ciężką komodą. Skąd ma tyle siły, żeby ją przesunąć, nie wiadomo. Na dodatek wykonuje to w zawrotnym tempie. Rzuca się pędem w najdalszy kąt sypialni, ciągnąc za sobą przerażoną Marysię. Siadają na podłodze i obejmują się kurczowo, lecz Daria nie przerywa swojego koncertu. Przerażona kobieta słyszy kroki na schodach i ze strachu zaciska szczękę. Ktoś szarpie klamkę, później wali w ciężkie drewniane drzwi, które powinny wytrzymać. Jednak po chwili mocne kopnięcie rozwala zamek i już wiadomo, że nic nie jest w stanie ich uratować. Wyrwane z zawiasów drzwi przewracają ciężką szafę. Kto może mieć tyle siły, a może tyle furii, żeby tak zrobić? Dorota nie chce się tego dowiedzieć i zamyka oczy. Dziewczynki zawodzą już razem.

– Aaa, taki kwiatuszek tutaj chowasz, skurwysynu. – Wielka męska kreatura obraca się w stronę Ahmeda stojącego niepewnie w wejściu i wymierza mu siarczysty policzek.

– No, pokaż się tutaj. – W dwóch susach jest już przy kobiecie i ciągnie ją za włosy. – Jaką blondynę sobie przygruchał! – śmieje się obrzydliwie, ukazując przy tym pożółkłe nierówne zęby.

Unosi Dorotę za włosy i spódnicę i rzuca ją na wielkie małżeńskie łoże. Marysię pacnięciem odtrąca w kierunku leżącej na podłodze Darii. Jeszcze raz taksuje kobietę wzrokiem, ściąga popękane wargi, a potem powoli zwraca się w kierunku pokornego Ahmeda, męża i ojca rodziny.

– No – mówi w końcu, jakby dawkując napięcie. – Może się jednak dogadamy, koleś.Puszcza blond włosy kobiety, a ona jak lwica broniąca małych rzuca się w kierunku zapłakanych i roztrzęsionych córeczek. Mężczyźni wychodzą z pokoju, zostawiając przerażoną gromadkę we łzach. Ahmed nie robi nawet jednego kroku w ich kierunku. Słychać szepty w korytarzu, a potem gardłowy obleśny śmiech opryszka. Jeszcze jeden głos, pełen rozbawienia, dołącza do pozostałych.

Po chwili akcja nabiera tempa, słychać głośny tupot nóg na schodach, jakieś rozmowy, czuć smród tanich papierosów. Kobieta z córkami siedzi na podłodze jak wmurowana, jakby była tylko obserwatorem toczących się zdarzeń. Ahmed wpada do sypialni. Nie patrząc na nią, wyrywa jej krzyczące dzieci, bierze je jak koty pod pachę i nie oglądając się za siebie, wychodzi. Do pokoju, z otwartą butelką whisky w dłoni, wchodzi główny oprawca i Dorota jest już pewna, na czym polega to dogadanie się. Jej kochany mąż bez namysłu i skrupułów sprzedał ją za swoją pieprzoną fundamentalistyczną skórę.

W miarę możliwości usiłuje stawiać opór, lecz siła obleśnego oprycha jest ogromna. Zapasy nie trwają nawet minuty i już czuje jego paluchy w swoim wnętrzu.

– Oj, cieplutka cipcia z ciebie – dyszy jej do ucha, a odór wydobywający się z jego ust zapiera dech w piersiach.

– Ech, jak ja bym miał taką w domu, tobym się nigdzie po nocach nie włóczył i gówno by mnie obchodzili ci, co się bombkami obwieszają.

– Skurwysyn, zasrany gnój. – Kobieta wyrzuca z siebie wyzwiska, ledwo mogąc złapać oddech pod ciężarem przygniatającego ją wielkiego cielska.

– A to i racja. – Gwałciciel śmieje się, zrywając z niej przy tym majtki. – Święta racja, idiota z tego twojego chłopa.

Z tymi słowami wchodzi w nią jednym silnym pchnięciem i od bólu w kroczu, promieniującego gwałtowną falą na dół brzucha, Dorota prawie traci przytomność. Mężczyzna nie przestaje i bez spoczynku zalicza ją wielokrotnie, a ona spływa spermą i krwią. Jej zapłakane oczy powoli zasnuwa mgła. Jakby z oddali, z innego wymiaru, dochodzi do jej uszu własny jęk. W końcu oprawca wyciąga fiuta z głośnym plaśnięciem i zadowolony z siebie, jednym tchem opróżnia pół butelki whisky.

– Hej, nie bądź taki chytrus, daj innym poużywać!

– słychać natarczywe męskie głosy dobiegające z korytarza. – Szefie...

– Niech mi no tu który teraz wejdzie, a zastrzelę jak psa – odgraża się dowódca grupy. – Jak skończę, to jeszcze się zabawicie – obiecuje, a jej jest już wszystko jedno. Ma tylko nadzieję, że tego nie przeżyje.

– No i co, laluniu, kontynuujemy? – pyta obmierźle. Ostatkiem sił i świadomości zgwałcona kobieta rzuca się z pazurami na paskudną, dziobatą twarz oprawcy. Jeszcze widzi strużkę krwi płynącą znad brwi gwałciciela, a potem brutalnie, za nogi, zostaje obrócona na brzuch i przed oczami ma tylko kolorowy pled, który dostali z Ahmedem od jego matki na siódmą rocznicę ślubu.

* * *

Ahmed trzęsącymi się rękami usiłuje otworzyć drzwi do swojego wielkiego domu rodzinnego. Marysia stoi obok niego ze zwieszoną głową i wielkimi, smutnymi, nieprzytomnymi ze strachu oczami. Jej twarz wyraża nie tyle przerażenie, co zdumienie i jakąś nieobecność. Daria wije się pod ojcowską pachą jak piskorz, lecz płacz zamienił się w słabe, ledwo słyszalne kwilenie.

– Co się tutaj dzieje? – Drzwi gwałtownie się otwierają i staje w nich zagniewana i piękna starsza Arabka.

– Babcia! – Marysia rzuca się w jej objęcia i wybucha niepohamowanym płaczem. – Babuniu kochana, jesteś, nie wyjechałaś, nie zostawiłaś mnie – szlocha dziewczynka i wykrzywia usteczka w podkówkę.

– Wchodźcie prędko i zamykajcie drzwi. – Kobieta zaniepokojona popycha całą gromadkę do środka. – Gdzie Dorota, czemu ona też nie schroni się u mnie? – pyta ostro, spoglądając podejrzliwie na syna. – Wysłałeś ją samą do Polski! – mówi z wyrzutem.

– Potem pogadamy. – Ahmed wciska matce rozdygotaną Darię i pędem udaje się do swojego pokoju.

– Synu, zadałam ci pytanie! – krzyczy starsza kobieta. – Nie zachowuj się jak cham i nie odwracaj do mnie plecami. – Chwyta go mocno za rękaw koszuli i osadza w miejscu.

– Babciu, babciu! – Marysia, opanowując szloch, włącza się do rozmowy. – Babciu, mama została w tym wielkim domu cioci Miriam! Przyszły straszne zbóje, napadły na nas...

– Co ty, dziewczynko moja, opowiadasz? – Matka z niedowierzaniem patrzy w stronę Ahmeda.

– Ja nigdy nie kłamię, tak mnie uczyła mamunia i ty, babuniu. Nie wolno, ani w islamie, ani u chrześcijan, prawda?

– Tak, kochana, nie wolno kłamać i nie wolno też robić złych rzeczy, ale niektórzy ludzie wychowani w wierze dopuszczają się ich notorycznie – odpowiadając, nie patrzy na wnuczkę, lecz wymownie spogląda w oczy swojego syna. – Czy to prawda, Ahmedzie? – pyta zimno.

– Porozmawiamy później, bez dzieci. – Mężczyzna obraca się na pięcie i zamyka im drzwi przed nosem.

– Marysiu, mamie na pewno nic nie jest, tylko musi zapakować parę rzeczy do walizek, żebyście miały w co się przebrać.

– A te paskudne chłopy, oni rozwalili drzwi do sypialni i bili mamę i tatę!– Naprawdę, nie mogę w to uwierzyć... – Arabka zawiesza głos, patrząc w próżnię.

– A tata nic nie zrobił, nie pomógł mamusi, tylko porwał nas i uciekł. Dlaczego, babciu? Dlaczego? Ja chcę do maaaamy. – Dziewczynka ponownie zaczyna płakać, dołącza do niej młodsza siostra, a kobieta nie wie, jak ma uspokoić roztrzęsione dzieci.

– Będziecie dzisiaj spać ze mną – wpada na jedyny dobry i możliwy do realizacji pomysł. – Chodź, Marysiu, wykąpiemy się, napijemy czekolady, a jak jutro rano wstaniesz, to mama już będzie w domu. Dobrze?

– Babuniu moja kochana… – Siedmiolatka przytula się do kwiecistej długiej spódnicy i obejmuje z drżeniem jedyną życzliwą jej osobę. Teraz już czuje się bezpieczna.

* * *

– Co tym razem zrobiłeś, ty diabelskie pomiotło?! – Arabska matka z rozwianym włosem wpada do pokoju, w którym jej syn pije ciepłą whisky prosto z butelki.

– Nie drzyj ryja, matko – odpowiada powoli Ahmed, obracając się w jej kierunku.

– Matka ma ryj?! Ale cóż, po tobie można się wszystkiego spodziewać. Nie masz szacunku dla nikogo i niczego na świecie, jesteś jeszcze podlejszy niż twój ojciec! – wykrzykuje na koniec.

– No to się do niego wyprowadź. A w ogóle to co ty tutaj robisz? Miałaś być w Akrze z Maliką i Chadidżą.

– Nie zmieniaj tematu. Myślałeś, że dom wolny, że nikt ci nie będzie przeszkadzał, ale się pomyliłeś. Mam prawo być tam, gdzie chcę. Co zrobiłeś tym razem tej biednej Dorocie?! Czy to prawda, co mówi Marysia?

– To cię nie powinno obchodzić. – Ahmed pociąga z butelki wielki łyk. – Ona dla ciebie ni brat, ni swat.– Jest matką moich wnuczek, jest kobietą i na dokładkę bardzo ją polubiłam. Tym bardziej że z tobą miała same problemy i z godnością to wszystko znosiła. Wszystko zapewne dlatego, że cię kochała, a nie było warto.

– Idź spać, ja swoje problemy rozwiązuję sam. – Mężczyzna, ledwo trzymając się na nogach, wstaje i wypycha matkę za drzwi.

– Jeśli mi nie powiesz, co tam się dzieje, to sama pójdę i sprawdzę. – Kobieta zapiera się, trzymając kurczowo futryny.

– No to idź, może też się załapiesz na małe bzykanko.

– Ahmed śmieje się lubieżnie.

– Co?! – wykrzykuje matka piskliwym z przerażenia głosem. – Ty to wszystko zainscenizowałeś?! – Chwyta się za gardło, gdyż oburzenie dławi ją i zapiera dech w piersiach. Jej twarz staje się ziemistopopielata, a wielkie czarne oczy patrzą z niedowierzaniem. – Wallahi2, niech mnie Bóg pokarze, że wydałam na świat takiego potwora.

* * *

Wczesnym rankiem Ahmed po cichu skrada się do wielkiego wymarłego domu. Wchodzi kuchennymi drzwiami, które są otwarte na oścież. W kuchni jest jak w chlewie – po ziemi walają się opróżnione butelki po whisky i wódce, na stole resztki jedzenia, które już zdążyły obleźć wszędobylskie muchy. Gdy orientuje się, że intruzi opuścili dom, wbiega na pierwsze piętro i z niepokojem wchodzi do sypialni. Widok jest straszny. Dorota leży z rozrzuconymi nogami, spomiędzy których wypływa krwawa maź. Nie daje znaku życia, jej twarz jest zapuchnięta i sina od razów. Mężczyzna pochyla się nad nią i nasłuchuje oddechu. Nie będąc pewien, z obrzydzeniem dotyka żyły na jej szyi, w której wyczuwa słaby puls.

– Kurwa! – mówi szeptem, z niezadowoleniem wykrzywiając usta i siadając ciężko na poplamionym małżeńskim łożu. – To mam niezły pasztet.

Wychodzi do sąsiedniego pokoju i zaczyna dzwonić w różne miejsca. Po kolejnej rozmowie z oddechem ulgi wraca do ledwo żywej żony, zawija jej pohańbione ciało w pled i znosi do garażu.

Dorotę budzi tępy ból promieniujący na cały brzuch, począwszy od pachwin, a skończywszy na przeponie. Nie ma pojęcia, gdzie się znajduje i co się dzieje. Coś szumi, coś kołysze ją do snu. Jest tak słaba, że nie może nawet podnieść powieki. Dotyka czegoś, w co jest zawinięta. To chyba pled z sypialni. Obolałymi rękami nasuwa go na głowę i znów zapada się w próżnię. Z odrętwienia budzi ją gwałtowne bujanie i podskoki, sprawiające obolałemu ciału niewypowiedzianą mękę. Gdzieś z oddali dochodzą głosy, ktoś pyta, drugi odpowiada. Z ogromnym trudem otwiera jedno oko i odkrywa twarz. Ciemność. Ciemność i zaduch. W panice zaczyna macać dookoła siebie. To chyba jest bagażnik. Chciałaby zacząć kopać i krzyczeć: „Ludzie, ratujcie mnie!”, lecz na nic nie ma siły. Brakuje jej powietrza, a ciało pokrywa zimny pot. Łzy napływają do oczu i przynoszą ukojenie. Niech już to się skończy, niech już będzie po wszystkim. Otacza ją coraz głębsza czerń, czuje, jak zapada się w sobie, oddala od otaczającej rzeczywistości, od własnego ciała i cierpienia.

– Rusz się! – Mocny uchwyt prawie łamie jej rękę i ktoś brutalnie wyciąga ją z ciemnej, śmierdzącej nory.

– Co za pieprzona baba, co za syf i dno. Że też człowiek musi na to patrzeć. – Stary sękaty Arab usiłuje postawić ją na nogi, które jednak się uginają i Dorota ląduje na ziemi. Maca rękami dookoła i czuje piasek przesypujący się między palcami. Rześkie, wręcz zimne powietrze owiewa jej ciało i doprowadza do przytomności. Z trudem podnosi głowę. Spod na wpół przymkniętych, zapuchniętych powiek widzi w odległości około dwudziestu metrów męża, gwałtownie dyskutującego z nieznanym mężczyzną. Co on szykuje? Co tym razem? Czy znów oddaje jej ciało za swoją wolność? Z całych sił wytęża wzrok i zauważa, że w rękach nieznajomego ląduje gruby plik banknotów. Potem jeszcze trochę.

– Baba3! Dawaj tę tam do komórki! – Chyba się dogadali. – Fisa, fisa4, nie wszyscy muszą widzieć, co się tutaj wyprawia.

Ojciec mężczyzny z siłą ponad wiek szarpie i pogania kopniakami ledwo żywą kobietę, chcąc zaprowadzić ją do szałasu znajdującego się w rogu wielkiego podwórza. Ona usiłuje spojrzeć za siebie, chcąc się przekonać, że może to jakaś pomyłka. Przecież jej mąż, nawet będąc największym łajdakiem, nie może zostawić jej tutaj na pewną zgubę.

– Hmeda – krzyczy słabym głosem. – Ahmed, co ty wyprawiasz? Zabierz mnie stąd, człowieku!

Nie słyszy jednak odpowiedzi, zamiast tego dostaje od dziadka potężnego kuksańca w głowę, po którym pada na piach. Odwraca się w kierunku miejsca, gdzie mężczyźni dobijali targu. Nikogo już tam nie ma. Z drugiej strony wysokiego muru z piaskowca słychać oddalający się ryk silnika.

1[← powrót do tekstu]Jalla (arab.) – tu: wychodź; chodź, w drogę.

2[← powrót do tekstu] Wallahi (arab.) – Na Boga!

3[← powrót do tekstu]Baba (arab. libijski) – tata.

4[← powrót do tekstu]Fisa (arab.) – szybko.

Ciemne sprawy

Babciu, sprawdziłam calusieńki dom i mamy nigdzie nie ma. – Marysia ciągnie śpiącą kobietę za brzeg długiej nocnej koszuli. – Gdzie ona jest? No gdzie? – coraz bardziej natarczywie próbuje obudzić babkę.

Starsza pani błyskawicznie siada na łóżku i z przyzwyczajenia przygładza włosy.

– Najpierw nakarmimy Darin, a potem wszystko sprawdzimy. Zapytamy twojego tatę, dobrze? – odwleka wyjaśnienie dziecku, co się stało, bo sama też niewiele wie.

– Zgoda, to ja ci pomogę, żebyśmy szybciej znalazły mamę. – Marysia bierze siostrę na ręce i uginając się pod jej ciężarem, prawie biegnie do kuchni.

Stara Arabka otwiera pokój syna, lecz prócz opróżnionej butelki na biurku nie ma po nim śladu.

Cóż on tym razem zgotował tej miłej, bezbronnej dziewczynie?, pyta samą siebie, ukrywając przed wnuczkami łzy w oczach. A może wszystko się jeszcze ułoży?, pociesza się.

– Wszystko w rękach Allaha. Po śniadaniu pomodlimy się do Wszechmocnego, to na pewno nas wysłucha – mówi już na głos.Tymczasem Ahmed nie pojawia się w domu przez cały długi dzień, i następny, i jeszcze jeden.

– Babciu, obiecałaś. – Dziewczynka z coraz większym zniecierpliwieniem domaga się spełnienia prośby.

– Marysiu, gdzie mamy szukać, co możemy zrobić? Jestem tylko ja, stara Arabka, i wy, dwie małe dziewczynki. Możemy się wpakować w jeszcze większe tarapaty – tłumaczy. – Musimy uzbroić się w cierpliwość, kochanie.

– Ja nie wiem, co to cierpliwość! – wykrzykuje rozgoryczone dziecko. – Chodźmy do domu cioci, tam gdzie została mama.

– Ale ja nie mam kluczy. – Kobieta oponuje, bojąc się zastać tam najgorsze. – Czekamy na waszego tatę i koniec, nie mamy innego wyjścia – decyduje. – A żeby zabić czas, możemy upiec ciasto – dodaje ze smutnym uśmiechem na twarzy.

– Ja chcę do mamy! – Marysia krzyczy tak głośno, że jej biała buzia robi się czerwona. – Czy ty nie rozumiesz?!

– Wstaje od stołu, zrzuca na podłogę kubek pełen herbaty i biegnie do pokoi na najwyższym piętrze, gdzie kiedyś mieszkała z rodzicami. Wtedy gdy była jeszcze taka szczęśliwa.

* * *

– Malika?! – Ahmed krzyczy do słuchawki telefonu. W odpowiedzi słyszy jedynie szumy i trzaski. – Malika, jesteś tam?

– Ajwa1 – odpowiada głos płynący jakby z zaświatów.

– Musisz mi pomóc, siostro. – Mężczyzna od razu przechodzi do konkretów.

– A gdzie pytanie jak się czuję, czy jestem zdrowa, jak sprawy, jak Chadidża…

– Mam dość pilną sprawę, która nie może czekać.

– Co znowu nawywijałeś? – przerywa mu przerażonym głosem. – Co jeszcze potrafisz zmajstrować?!

– Nie denerwuj mnie! Potrzebuję zwłok, najlepiej po wypadku.

Na linii zapada cisza, a po chwili Ahmed słyszy sygnał przerwania rozmowy. Błyskawicznie ponownie wybiera numer.

– Nie rób mi tego, siostro. Wiem, że masz układy z państwowymi szpitalami. W końcu masz prywatną klinikę, nie?

– Jakiej płci mają być te zwłoki? – chłodno pyta rozmówczyni.

– Kobieta.

– Wallahi, coś ty jej zrobił?! Musiałeś ją zabijać?! Nie mogłeś wypuścić jak człowiek, żeby pojechała spokojnie z matką? Przecież byś już jej więcej w życiu nie widział. Taki grzech, taka hańba! Haram, haram2! – Słychać cichy szloch i przerywany oddech. – Ona sobie na to nie zasłużyła!

– Zamknij się! Po pierwsze jej nie zabiłem, tylko wywiozłem w bezpieczne, odludne miejsce, a to jej się należało. Po drugie chciałem, żeby wyjechała, ale bez dzieci. Dziewczynek nigdy jej nie oddam i koniec, kropka! – podnosi głos. – A po trzecie nie będę ci się już więcej tłumaczył. To, co usłyszałaś, to wszystko, i nie próbuj więcej ode mnie wyciągać.

– Czy nie można powiedzieć, że jest w Polsce? Byłoby po sprawie. Tak jest łatwiej i czyściej. Poza tym za chwilę nie będą mieli kogo pytać, bo my, wszystkie kobiety z rodziny, będziemy w Akrze, a ty w końcu też gdzieś spieprzysz, mój głupi jak osioł braciszku.

– Ale przemowa – kpi z siostry. – Na razie to mamusia zwiała ci z Ghany, bo chyba tak dobrze ją tam traktowałaś. Samira też jeszcze włóczy się po Trypolisie, a ja mam wyjazd dopiero w planach, do których realizacji też cię potrzebuję.

– Ho, ho, ho! To ty beze mnie żyć po prostu nie możesz, a ściślej biorąc, palcem do dupy sobie nie możesz trafić!

– Już miałem jeden telefon, od konsula z polskiej ambasady – grobowym głosem informuje Ahmed. – Skąd ten urzędas miał mój komórkowy numer?!

– I co chciał?

– Rozmawiać z Blondi. Pytał, kiedy wróci. Powiedział, że jak nie pozwolę jej się z nim skontaktować, to przyjedzie do nas do domu, a następny etap to policja i dochodzenie. Oni już wiedzą, że jej nie ma w Polsce.

– Przylatuję najbliższym samolotem – zimnym tonem oznajmia Malika.

* * *

– Ciocia Malika! – Marysia rzuca się w objęcia eleganckiej, zgrabnej Arabki pod czterdziestkę. – Jak dobrze, że jesteś, ty na pewno znajdziesz moją mamę, ty wszystko umiesz, prawda? – pyta błagalnym tonem, wyczekująco patrząc jej w oczy.

– Oj, Miriam, jak ty urosłaś, i chyba trochę przytyłaś – żartuje przybyła, chcąc ominąć poruszony przez dziecko temat.

– Ciociu, pomożesz mi? – Dziewczynka nie daje się zbić z pantałyku.

– Ależ oczywiście, kochanie.Matka siedzi w kącie salonu, karmiąc z butelki małą Darię, i patrzy na swoją córkę z wyrzutem. Ostentacyjnie się nie odzywa. Samira przycupnęła na pufie na jednym półdupku, a z całej jej postaci emanuje choroba. Jej martwy wzrok nie wyraża żadnego zainteresowania otaczającym ją światem.

– Siostrzyco kochana, już jesteś! – Ahmed wybiega z gabinetu i rzuca się do drzwi wejściowych, jakby chciał wziąć ją w ramiona.

– Musiałam, to przyleciałam. – Malika zimno kwituje te fałszywe czułości. Obraca się na pięcie i chowa za ladą jadalni. – Mam cztery dni na załatwienie wszystkiego, więc myślę, że nie będziemy tracić czasu na udawanie cudownej rodzinki i przejdziemy od razu do konkretów.

Po tych słowach kieruje się do gabinetu brata, łukiem omijając zbaraniałego Ahmeda. Po drodze dotyka ramienia matki.

– Musimy później porozmawiać – szepcze jej do ucha.

– Przepraszam.

* * *

– Znów miałem telefon – oznajmia Ahmed po zamknięciu drzwi. – Tym razem od Baśki, tej ordynarnej blond szarmuty3, chyba ją pamiętasz?

– Mąż tej, jak ją nazwałeś, dziwki pracuje w MSZ-ecie na dość wysokim stołku i może ci tak koło pióra zrobić, że się nie pozbierasz. – Malika osadza go z pogardą. – Miało być szybko, to nagrałam parę spotkań już na dzisiaj, ale widzę, że pętla na twojej szyi zaciska się błyskawicznie. W zasadzie to bym ci życzyła więzienia albo nawet czegoś gorszego, ale moim obowiązkiem jako siostry jest ci pomóc. Ufam, że będzie to ostatnia przysługa, której ode mnie żądasz. I ostatnie nasze spotkanie. – Zdenerwowana bierze głęboki oddech. – Mam przede wszystkim nadzieję nigdy więcej nie widzieć cię na oczy.

– As you wish, siostro. – Mężczyzna pogardliwie wygina wargi, lecz widać, że to wyznanie go poruszyło, bo na pobladłym policzku zaczęła pulsować mu żyła, a szczęki się zacisnęły.

– Mówiłem ci przez telefon, że jeszcze będę cię potrzebować do zorganizowania mojego wyjazdu, pamiętasz?

– Najpierw ważniejsza sprawa, bo jeśli cię złapią, to pojedziesz tylko w jednym kierunku: do pierdla, a do zorganizowania tej wycieczki nie będę ci już potrzebna.

– Ależ ty masz cięty język, już prawie zapomniałem, jaka z ciebie franca. Biedne baby, że są skazane na ciebie, twoją łaskę i niełaskę, i twoje humorki. Dziewczynki również pojadą z tobą – oznajmia nagle, nie pytając o zdanie.

– To ich paszporty. – Rzuca na stół libijskie dokumenty w zielonej oprawie.

– Więc znalazły się! Jak miło!

– Nigdy nie zginęły. – Uśmiecha się ironicznie.

– A czy zastanawiałeś się, co powiesz Miriam? Czy ona coś widziała, czy się domyśla?

– Toż to tylko siedmiolatka, bez przesady! – Mężczyzna lekceważy problem.

– Ale mądre dziecko, nawet nie masz pojęcia, jak to może odbić się na jej psychice. Poza tym ona tak łatwo nie odpuści i wierzę, że na zawsze zapamięta ci wyrządzoną jej matce i jej samej krzywdę.

– Gówno prawda! Powie się jej to, co wszystkim. Pokłóciliśmy się, Dorota wsiadła do auta i rozpierniczyła się na śmierć. Proste. Pogrzeb szybki, bez żadnej stypy, rozbijania namiotów na pół ulicy i czterdziestodniowej żałoby. Żadnych gości, płaczek i góry żarcia. Za cztery dni wy znikacie, a po chwili ja wyfruwam. I po sprawie, gotowe. – Ucieszony świetnym planem Ahmed z zadowolenia klepie się dłońmi po nogach i radośnie uśmiecha.

– Ciekawa jestem, skąd weźmiesz rozbity samochód, należący oczywiście do niej lub do ciebie. Chyba że chcesz rozwalić swojego meśka. Proponuję: zrób to osobiście. – Siostra z satysfakcją osadza go w miejscu.

Jakiż obłudny drań z tego mojego brata, chyba podlejszy od ojca, a wydawało się, że nie ma już gorszych. Tacy są właśnie mężczyźni, takie gnoje i dranie – Malika zadumała się, patrząc przez okno na smutny zimowy krajobraz. Gorące porywy wiejącego od pustyni gibli4 niosą tumany pyłu i piachu wymieszane z uschniętymi liśćmi, plastikowymi reklamówkami, połamanymi gałęziami drzew i wyrwanymi, uschniętymi krzakami. Zanosi się na deszcz. Jak ta biedna Dot przeżyje na jakimś odludziu?

– Czas załatwić tę gównianą sprawę. – Malika gwałtownie odwraca się w kierunku drzwi, nie dając się ponieść uczuciom nostalgii i żalu.

* * *

Ahmed i Malika wkraczają do śmierdzących formaliną piwnic wydziału medycyny sądowej. Ściany z glazury o nieokreślonym, szaroburym kolorze wydają się lepkie od brudu i zacieków. Ahmed skurczył się w sobie, spuścił głowę i poszarzał na twarzy. Malika natomiast idzie pewnym krokiem, zasłaniając jedynie nos i usta wyperfumowaną chusteczką. W końcu studiowała medycynę i pamięta jeszcze te klimaty, które śniły się jej wprawdzie całymi latami, nawet już po ukończeniu uczelni.

– Jak się tutaj dostałaś? – pyta brat przez zaciśnięte gardło.

– Stare znajomości nie rdzewieją – słyszy enigmatyczną odpowiedź.

– Wchodźcie i załatwiamy sprawę. – Mężczyzna w rozpiętym, brudnym jak całe to miejsce kitlu zapędza ich do sali pełnej metalowych łóżek. Niektóre z nich są zajęte przez zwłoki. W tym pomieszczeniu śmierdzi jeszcze gorzej, gdyż do odoru formaliny dołącza jeszcze słodki smród gnijących ciał.

– Czy ja muszę? – Ahmed chwieje się na ugiętych nogach i wygląda, jakby zaraz miał zemdleć.

– Raczej tak. To pan powinien zidentyfikować zwłoki żony – z szyderczą miną odpowiada patolog.

– To poproszę szybciej.

– W pewnych sprawach nie można się spieszyć, zwłaszcza że ci nigdzie nam już nie uciekną, mamy mnóstwo czasu.

– Panie doktorze – Malika z kpiarskim uśmiechem na ustach przerywa tę farsę – przejdźmy do sprawy, bo mój brat za chwilę dołączy do grona pańskich zimnych pacjentów.

– Okej, okej, moja kochanieńka. A ciebie to świetnie wyszkoliłem, prawda? Pamiętasz nasze zajęcia z anatomii?

– Aż za dobrze. – Kobieta wzdycha. – Która to?

– Mamy młodą, w przybliżeniu dwudziestopięcioletnią denatkę o jasnym kolorze skóry. Buźka zmasakrowana na cacy. To prawdopodobnie jakaś beduinka czy wieśniaczka, która nie umiała przechodzić przez ulicę. Co za nonsensowna śmierć!

Mówiąc to, lekarz kieruje się do łóżka w kącie sali i zdejmuje prześcieradło przykrywające zwłoki. Ten widok nawet dla zaprawionej Maliki jest straszny. Twarz zmarłej dziewczyny przestała istnieć – zamiast niej jest jedna wielka krwawa maź, w której można zauważyć sterczące połamane kości policzkowe, a w miejscu, gdzie były usta, z galarety wyziera niewidzące mętne oko. Głowa jest sztucznie wygięta do boku, tak jakby kobieta zamiast szyi miała sprężynę. Cały korpus jest poturbowany, pokaleczony i naznaczony licznymi fioletowymi sińcami i bordowymi krwiakami. Z miednicy sterczy gruba biała kość, która przebiła jak nożem delikatną jasną skórę. Nogi są połamane w paru miejscach, lecz widać, że kiedyś były zgrabne i długie. Jedna zwichnięta kostka ze skręconą stopą bez palców zapuchła bardziej niż pozostałe części ciała.

– Biedactwo – szepcze Malika. – Pod co wpadła: ciężarówkę, traktor, czołg czy kombajn?

– Nieźle rozpędzony tir przewożący nowe autka – wyjaśnia patolog. – Nie mógł jej ominąć, bo towar wart paręnaście milionów wylądowałby w rowie i chłop nie wypłaciłby się do końca życia. Wiesz, te ubezpieczenia są gówno warte. Więc pociągnął ciało jeszcze parę metrów pod podwoziem. Uważam, że i tak dobrze wygląda.

W tej chwili Ahmed opiera się obiema rękami o metalowe lodowate łoże i zaczyna wydawać jednoznaczne dźwięki.

– Niech mi tutaj nie rzygnie, nie zapaskudzi! – wykrzykuje lekarz, odciągając zataczającego się mężczyznę.

– Twoja żona? Gadaj i spierdalaj! – to mówiąc, podnosi dłoń denatki wraz z zesztywniałą pośmiertnie ręką i częścią poturbowanego ciała.

– Taaaaaaaa! – Mężczyzna, słaniając się na nogach, biegnie w kierunku szklanych drzwi, lecz w ostatniej chwili wymiotuje panoramicznie na framugę i pobliską ścianę.

– Ty synu osła! I kto to będzie sprzątał!?

– Ja zrekompensuję panu straty. – Malika szybko wciska w otwartą dłoń banknot pięćsetdinarowy.

– Wszystko wedle umowy, tak? – Ułagodzony mężczyzna nie zwraca już uwagi na przetrawione resztki na ścianie swojego prosektorium.

– Oczywiście, kalima bil kalima5. Ja zawsze dotrzymuję słowa. Niech pan sobie zapisze imię i nazwisko: Dorota Salimi, lat dwadzieścia sześć, żona Ahmeda, narodowość polska. Zginęła w późnych godzinach wieczornych siódmego listopada.

– Tak jest, już się robi.

– Transport i wszystkie formalności na cmentarzu w Ainzarze rozumie się będą załatwione? – zimny głos Maliki stawia mężczyznę na baczność. – Policjant z drogówki już na mnie czeka?

– Tak, trzeba się spieszyć. On jest młody i głupi, ale ja dobrze znam jego partnera. Masz środki? Bo im należy gadać tylko do ręki.

– Oczywiście, ale nie wiem, czy wystarczy na dwóch.

– Niezadowolona ściąga usta w ciup.

– Tutaj nie oszczędzisz, kobieto. Wyciągnięcie brata z więzienia i zmycie hańby z rodziny kosztowałoby cię więcej.

* * *

– To jakiś cholerny przekręt, ja saida6. – Młody funkcjonariusz trzyma Malikę i Ahmeda w sali przesłuchań i patrzy na nich wściekłym wzrokiem. – Ja mam przecież zdjęcia! Denatka była ubrana w wiejską arabską szatę! Komu i w jaki sposób chcecie zamydlić oczy?

– Dorota uwielbiała nosić tradycyjne ciuchy. – Malika nie daje się zbić z pantałyku i błyskawicznie udziela riposty. Jej brat, blady jak trup, siedzi skulony na twardym drewnianym krześle i wbija wzrok w zakurzoną podłogę.

– W ten sposób chciała się zasymilować z naszą kulturą i libijską rodziną.

– Z tego, co widzę, pani raczej nosi się dość modnie. – Policjant patrzy spode łba i już nie wiadomo, czy to on jest tym, z którym mieli się dogadać, czy raczej człowiekiem, który wsadzi ich za kratki.

– Witam państwa. – Drzwi otwierają się i do pomieszczenia wchodzi mały grubasek w pomiętym mundurze.

– Jak tam zdrowie, jak samopoczucie? – zadaje zdawkowe grzecznościowe pytania.

– Trochę kiepsko. Niech pan spojrzy na mojego brata, jak przeżywa nagłą śmierć swojej żony. – Malika bez mrugnięcia powieką rozpoczyna kłamliwą grę. – Potrzebujemy zaświadczenia z policji, które ponoć panowie nam wystawią.

– A jak tam nasz ulubiony doktorek od nieboszczyków? Dobrze się ma?

– Dobrze. Ja teraz podam wszystkie dane do dokumentu, a panowie swoje… preferencje.

– Dziesięć tysięcy. – Starszy gliniarz od razu wie, o co chodzi.

– Za tę cenę dostajemy jeszcze zdjęcia i kasujecie je w komputerze. – Malika oddycha z ulgą, bo spodziewała się wyższej kwoty za tę niecodzienną, bądź co bądź, usługę.

– Rahman, a jak wpadniemy? – Młodszy funkcjonariusz zaczyna panikować. – Ja nie chcę nadstawiać dupy za jakichś morderców.

– A chcesz się ożenić przed pięćdziesiątką? Twoja dziewucha nie będzie tak długo na ciebie czekała, a na razie nie stać cię nie tylko na mieszkanie, ale nawet na klimatyzator do niego.

– Może damy radę bez tych brudnych pieniędzy?

– Ja wezmę tylko trzydzieści procent, tyle mi starczy, a reszta dla ciebie, boś młody i na dorobku. Za niecałe dwa miesiące, przed ramadanem, już będziesz miał ciepłą żonkę. Wierz mi, że o tamtą wieśniaczkę nikt się nie będzie upominał.

– Ale o cudzoziemkę, Polkę – młody spogląda na kartkę z danymi, którą dostał od Maliki – to nawet ambasada może. A jak zażądają ekshumacji?

– W naszym klimacie już za chwilę nie będzie co oglądać. A cała rodzinka wyjeżdża za granicę, więc szukaj wiatru w polu. Dobra, dawajcie szmal i nie chcę was więcej oglądać. – Funkcjonariusz wyciąga rękę w kierunku Maliki, bo widzi, że to ona tutaj decyduje. – Co to jest?

– Po otworzeniu koperty wybałusza oczy. – Żarty sobie stroisz, suko?

Pochyla się nad kobietą i mocno chwyta ją za elegancko upięte włosy.

– O co chodzi, może się pomyliłam, źle zrozumiałam...

– No raczej. – Starszy mężczyzna z pogardą patrzy na gruby plik pieniędzy. – Tym to sobie możesz dupę podetrzeć, paniusiu. Dziesięć tysięcy, ale dolarów, a nie tych naszych nic niewartych papierków.

– W takim razie muszę pojechać do banku, bo tyle nie mam przy sobie. – Malika wyswobadza się z uchwytu i z potarganymi włosami gwałtownie wstaje. – Jak was złapią z dolarami, to już nic wam nie pomoże. Pracowaliście kiedyś za granicą? Skąd macie zielone?

– Cóż, baba ma rację, sami byśmy się wkopali – przyznaje starszy policjant. – Przynieś równowartość, a my sobie z twoim braciszkiem spiszemy protokół.

– A ja wam do czego? – Ahmed po raz pierwszy zabiera głos.

– Zabezpieczenie transakcji, sadiki7.

* * *

– Czego jeszcze chcesz ode mnie? Mów szybko, bo już dłużej nie mam ochoty nurzać się w tym błocie. – Po przejściach ostatnich dni Malika z bladą twarzą wchodzi do gabinetu brata. – A raczej w gównie, w które wciągnąłeś całą rodzinę.

– Zaraz przyjdzie Samira, to pogadamy.

– A czego ty jeszcze od niej chcesz? – Kobieta teatralnym gestem chwyta się za głowę i w tej samej chwili do pokoju cichutko wchodzi ich młodsza siostra.

– Może nam teraz powie, o co chodzi, ale nie należy spodziewać się niczego dobrego, nie po tym człowieku. Prawdy też nie, chyba że się pomyli.

– Samira, zamknij się! – Ahmed ordynarnie zwraca się do siostry. – Siadajcie. Słyszałem, że nie wybierasz się na przyznane ci stypendium? – ni to pyta, ni stwierdza. – Więc jeśli nie ty, to mogłabyś je odstąpić komuś z rodziny, prawda? Czemu miałoby się zmarnować.

Kobiety wysłuchują w milczeniu kolejnego pomysłu brata. Kogo tym razem chce zranić, kogo wykorzystać?

– Ale to jest stypendium medyczne, na zrobienie specjalizacji i doktoratu. – Malika nie wytrzymuje. – Czyżbyś przekwalifikował się na lekarza? Po twojej ostatniej reakcji w prosektorium nie mogę jakoś w to uwierzyć.

– Pojadę jako mahram8.

– Opiekun? Czyj? – Samira po raz drugi od początku rozmowy zabiera głos.

– Więc to jednak prawda, co mi mówiono w szpitalu!

– Malika cmoka z niesmakiem. – Oczarowałeś tę biedną, naiwną kobietę.

– Kogo? – Młodsza siostra o niczym nie ma pojęcia.

– Panią pediatrę z mojej kliniki, trzydziestkę po przejściach – komentuje sarkastycznie Malika.

– A to biedulka, nie wie, w co się pakuje. – Samira wstaje i kieruje się ku wyjściu. – Róbcie, co chcecie. Ja mam to gdzieś.

Mówiąc to, opuszcza pokój.

– I ja ci mam to załatwić? – Malika zadaje retoryczne pytanie.

– A kto skombinował stypendium dla małej, hm?

– Trochę dużo ode mnie chcesz, ale to już ostatnia przysługa, jaką dla ciebie wykonam w moim życiu – syczy przez zęby. – Chalas, jekwi!9

– Insz Allah10. – Znów jak dawniej pewny siebie Ahmed ironicznie patrzy jej w oczy.

1[← powrót do tekstu] Ajwa (arab. libijski) – tak.

2[← powrót do tekstu]Haram (arab.) – dosł.: To, co zakazane.

3[← powrót do tekstu]Szarmuta (arab. libijski) – dziwka.

4[← powrót do tekstu]Gibli (arab. libijski) – wiatr od pustyni.

5[← powrót do tekstu]Kalima bil kalima (arab.) – Słowo za słowo (Słowo się rzekło).

6[← powrót do tekstu]Ja saida (arab.) – Pani (wołacz).

7[← powrót do tekstu]Sadiki (arab.) – mój przyjacielu.

8[← powrót do tekstu]Mahram (arab.) – opiekun.

9[← powrót do tekstu]Chalas, jekwi! (arab.) – Dość, wystarczy!

10[← powrót do tekstu]Insz Allah (arab.) – Jak Bóg zechce.

Choroba sieroca

Marysiu kochana. – Babcia próbuje zwrócić na siebie uwagę milczącego dziecka. – Nie chciałabyś pojechać do zoo albo nad morze na Regattę? Zamówię taksówkę, weźmiemy jedzenie do koszyka i zrobimy sobie piknik. Razem z siostrą potrzebujecie świeżego powietrza i ruchu. Nie możecie cały czas siedzieć zamknięte w czterech ścianach.

Marysia obraca się w jej kierunku, a puste oczy patrzą na nią z wyrzutem, jakby mówiły: „Czemu mnie okłamujesz, czemu ukrywasz przede mną prawdę?”.

– Nie mam ochoty, jedź z Darią.

– Nad morzem szczerze porozmawiamy, powiem ci coś, co musisz wiedzieć, pomimo że jesteś małą dziewczynką

– decyduje, bo nie ma serca dłużej trzymać w niepewności swojej wnuczki.

– Zgoda. – Marysia staje wyprostowana i gotowa do wyjścia.

Regatta to piękne miejsce. Jest to położony nad brzegiem morza strzeżony kompleks, zamieszkany przez cudzoziemców i coraz większą liczbę bogatych Libijczyków. Znajdują się tam markety z ekskluzywną zagraniczną żywnością, korty tenisowe, kluby fitness, poczta, pralnia oraz małe restauracyjki. Marysia szczególnie upodobała sobie jedną przy samej plaży, gdzie można zjeść przepyszne hamburgery, zapić je lodowatą colą i posiedzieć w klimatyzowanej eleganckiej sali. Jednak babcia, w której czasami odzywa się beduińska natura, preferuje pikniki i domowe jedzenie z koszyka. Usadawiają się zatem na jednej z betonowych płyt, pod parasolem z palmowych liści. Na plaży nie ma zbyt wielu ludzi, bowiem nie jest to odpowiednia pora na opalanie się i pływanie – od morza wieje wiatr niosący bryzę, która błyskawicznie pokrywa wilgocią twarze i ubrania biesiadniczek.

– Co masz mi do powiedzenia? – dorośle pyta Marysia, zanim babcia zdąży sięgnąć po cokolwiek z koszyka.

– Może najpierw coś zjemy, wypijemy? – Kobieta usiłuje odwlec chwilę tragicznego wyznania.

– Przecież ja wiem, że mama nie żyje, tylko chciałam to usłyszeć od kogoś dorosłego, nic poza tym.

Babcia zamiera w pół ruchu i smutno patrzy na Marysię.

– Co teraz z nami będzie? Ja nie chcę być z tatą, absolutnie nie! – trzęsąc się, wykrzykuje dziewczynka.

– Pojedziemy z ciocią Maliką za granicę, daleko, daleko. Tam, gdzie mieszkają czarni ludzie, gdzie są wioski z gliny i białe pałace.

– Do Murzynka Bambo? – pyta Marysia, pamiętając jeszcze książeczkę, którą czytała jej mama.

– Może i tak. Jest tam już ciocia Chadidża, a później dołączy do nas Samira. Dobrze nam będzie. Pójdziesz do zagranicznej szkoły, zdobędziesz dobre wykształcenie, to potem w życiu będzie ci łatwiej. A ja wszystko dla ciebie zniosę, bo bardzo cię kocham, moja wnuczusiu – wyznaje z załzawionymi od czułości oczami.– Same kobiety, ani jednego faceta… – zamyśla się dziewczynka. – To i lepiej, bardzo dobrze.

Starsza Arabka chce przytulić szczuplutkie ciałko wnuczki, lecz ta uchyla się, siada w pewnej odległości od niej i moczy nogi w morzu. Nie zmienia pozycji przez parę godzin i o tym, że jest żywym dzieckiem, świadczy jedynie rzadkie chlupanie wody. Patrzy przed siebie w jeden punkt tak intensywnie, że po pewnym czasie zaczynają jej łzawić oczy. A może nie tylko od tego?

* * *

Wielki paskudny mężczyzna pochyla się w stronę Marysi. Coś chce powiedzieć, lecz wydaje tylko nieartykułowane dźwięki i zaczadza ją swym zgniłym oddechem. Bardzo się denerwuje i robi na parę kroków, sapiąc groźnie. Dziewczynka spostrzega swoją matkę leżącą w sypialni w poprzek łóżka. Rzuca się ku niej z otwartymi ramionami, lecz potwór zagradza jej drogę i macha rękami, odganiając jak natrętną muchę. Na koniec od niechcenia uderza ją w głowę swoją wielką jak bochen chleba łapą i dziewczynka leci jak piłeczka. Zatrzymuje się dopiero na ścianie. Jej mała siostrzyczka leży na ziemi pomiędzy wielkimi stopami złoczyńcy obutymi w dziurawe, zabłocone buty. Mama podnosi głowę i Marysia widzi jej piękną, anielską twarz. Błękitne oczy, okolone długimi czarnymi rzęsami patrzą na dziewczynkę słodko i przyzywająco. Proste blond włosy spływają jak jedwab, dając złudzenie aureoli.

– Marysiu, Marysiu! – woła nieziemskim głosem.

– Córeczko, chodź do mnie, nie zostawiaj mamusi!

W tym momencie straszliwy mężczyzna przepoczwarza się w ogromnego człekokształtnego jaszczura o twarzy pokrytej łuską. Pochyla się nad matką, a jego długi wąski język wślizguje się do jej ust i ucha. Kobieta zaczyna cicho zawodzić, a z jej pięknych oczu zamiast łez płynie cienką strużką krew.

– Mamo, mamo, mamusiu! – Marysia zrywa się z łóżka i biegnie przed siebie. Zanim babcia zdąży ją chwycić, dziewczynka uderza całym swoim szczupłym ciałkiem o ścianę i półprzytomna pada z płaczem na puszysty dywan.

– Ja binti1, habibti2, to tylko sen, zły sen. – Kobieta tuli drżącą wnuczkę do siebie. – To się nie zdarzyło naprawdę.

– Jak to nie?! – Marysia szepcze przez łzy. – Mama przecież nie żyje.

Starsza kobieta zdaje sobie sprawę, że nie można bagatelizować złego samopoczucia wnuczki. Dziewczynka co noc śni koszmary, lunatykuje, parokrotnie już zmoczyła się do łóżka, całymi dniami siedzi w jednym miejscu i patrzy w przestrzeń niewidzącymi oczami.

– Nie wezmę Miriam ze sobą do Ghany, jeśli będzie w takim stanie. Kto jej tam pomoże, jakiś szaman, czarownik czy może amulet z piórek? – Decyduje się na rozmowę z Maliką.

– Zrozum, mamo, nie możesz zwlekać z wyjazdem. – Córka poważnie i bez gniewu patrzy jej głęboko w oczy. – Ahmed ponownie zrobił coś złego i znów wszyscy możemy z nim utonąć, tylko tym razem byłaby to odpowiedzialność za współudział i ukrywanie prawdy.

– Co ty wygadujesz za głupoty, dziewucho! – Starszą Libijkę ponoszą nerwy. – Tyle wiem, co zjem, to znaczy, ile mi powiecie. Najpierw było, że Dota żyje, to odetchnęłam z ulgą, a później, po twoim przyjeździe, stała się martwa. Może to i lepiej dla tej biednej dziewczyny. Sza’ Allah3.

– Ja nie mam pojęcia, gdzie ją Ahmed wywiózł i co z nią zrobił. I nie chcę wiedzieć! – Malika szepcze konspiracyjnie. – Ale zaczęli już dzwonić: z ambasady, również polskie koleżanki, i wcześniej czy później naślą na nas policję. Lepiej, żeby to było później, bo zwłoki niezidentyfikowanej kobiety, którą pochowaliśmy za Dorotę, zdążą już zjeść robaki. Czy teraz rozumiesz?

– Tak. – Pobladła matka patrzy przerażonymi oczami.

– Załatwię małej jakiś dziecięcy prozac i w drogę. Idźcie się spakować. Naprawdę nie ma czasu do stracenia.

* * *

– Ahmed, chciałam przyjść po rzeczy dziewczynek. Czy mógłbyś otworzyć mi ten przeklęty dom?

– Jestem w środku, wystarczy zadzwonić – odpowiada syn swoim zwykłym pogodnym głosem.

Stara Arabka w eleganckiej, długiej do pół łydki spódnicy i cieniutkiej jedwabnej bluzce, niosąc niemowlę na ręku i trzymając mocno dłoń swojej starszej wnuczki, zbliża się powoli do wielkiej rezydencji. Budynek wygląda na wymarły, tylko na wpół przymknięte okiennice poruszają się wraz z podmuchami wiatru i uderzają miarowo o framugi okien. Na podwórzu przed domem leży sterta uschniętych liści, niegdyś piękne bordowe bugenwille pnące się po fasadzie uschły niepielęgnowane, a centralnie umieszczona kamienna fontanna nie wylewa już z siebie ani kropli wody.

Cichutko, jakby na palcach, zbliżają się do frontowego wejścia.

– Wchodźcie, moje panie. – Uśmiechnięty mężczyzna otwiera drzwi na oścież. – Co tam słychać? – zwraca się do ponurej matki. – Marysiu, ty jakbyś urosła. – Pochyla się nad swoją starszą córką, próbując ją objąć, lecz ta wyślizguje mu się jak piskorz i biegiem rusza na piętro.

– Hmeda, kawa gotowa, habibi! – z kuchni dochodzi młody kobiecy głos.

– Ja raz-dwa wrzucę wszystko do walizek i już nas nie ma. – Matka patrzy na syna jak na obcego człowieka i mocno zaciska wargi, prawdopodobnie nie chcąc wygarnąć, co o nim myśli. – Nie będziemy ci przeszkadzać

– dorzuca na koniec, błyskawicznie odwraca się na pięcie i podąża za Marysią.

– Ależ mamo… – Ahmed mówi do pleców starej kobiety, która w porywie złości wbiega po schodach jak nastolatka.

Rzeczywiście, po niecałych piętnastu minutach trzy wielkie walizy ledwo dają się zamknąć. Starsza kobieta jest tak zajęta, że jedynie od czasu do czasu rzuca okiem na malutką Darię bawiącą się beztrosko w swoim łóżeczku i nawet nie zauważa nieobecności Marysi.

– Wnuczuniu moja białolica, gdzie jesteś? – Zagląda do łazienki i gabinetu na piętrze.

Na koniec z lękiem przekracza próg małżeńskiej sypialni, w której drzwi do tej pory wiszą na jednym zawiasie. Szczupła, mała dziewczynka tkwi na łożu z podkulonymi nogami, obejmując je kurczowo drobnymi rączkami. Zaplecione palce aż jej sinieją od zaciskania. Buzia dziewczynki jest przerażająco biała, oczy zamknięte, a ślicznie wycięte małe usteczka wygięte w grymasie żalu i rozpaczy.

– Marysziu – mówi babcia, kalecząc polską wymowę.

– Już wszystko gotowe, możemy iść. – Delikatnie dotyka ramienia wnuczki, która powoli otwiera swoje bursztynowomiodowe oczy.– Tak… masz rację… nie ma na kogo czekać – mówi dziewczynka, siadając. – A gdzie jest pled? Ten od ciebie.

Siedząc jeszcze przez moment na wielkim małżeńskim łożu rodziców, Marysia z pietyzmem dotyka małej plamki krwi, która widnieje na pięknej ozdobnej poduszce.

1[← powrót do tekstu]Ja binti (arab.) – moja córeczko (wołacz).

2[← powrót do tekstu]Habibti (arab.) – moja ukochana.

3[← powrót do tekstu]Sza’ Allah (arab.) – Allah tak chce.

2. ŻEGNAJ LIBIO – WITAJ GHANO

Życie dyplomacji i nowe zwyczaje

Po wielogodzinnym locie Malika z matką i dwiema bratanicami ląduje na zakurzonym lotnisku w Akrze. Trafiają na najgorszy okres w tym rejonie świata, bowiem właśnie wtedy wiatr z północy, harmattan, przyćmiewa słońce szarą zasłoną pyłu, wysuszając ziemię i nękając ludzi swym gorącym tchnieniem.

– Gibli wieje, ciociu. – Mała Marysia podnosi ciągle smutne oczy w stronę nieba i obserwuje tumany kurzu wirujące w powietrzu. Jednak nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko cichnie i oczom przyjezdnych ukazuje się błękit nieba.

– To znak, moje dziewczynki, że jeszcze wszystko ułoży się szczęśliwie. – Babcia stara się optymistycznie patrzeć w przyszłość.

Na parkingu, gdzie papierów i innych śmieci jest więcej niż samochodów, dziewczyny wsiadają do poobijanego ambasadzkiego busa i ruszają w kierunku miasta. Maluje się ono jako zielono-biało-czerwony konglomerat. Dzielnica ambasad i rezydencji znajduje się blisko lotniska i tonie w zieleni. Mijają eleganckie budynki zakryte przed okiem ciekawskich bujnymi koronami mangowców i smukłych akacji. Otaczające je ogrody i parki pełne są kolorowych kwiatów, hibiskusów, bugenwilli, drzew ozdobnych i owocowych, z królującymi wśród nich bananowcami i papają. Bus jedzie powoli, mija bogate domy i kieruje się w stronę coraz mniej imponującej zabudowy. Po chwili zatrzymuje się przed brudnym, niegdyś białym murem, z obłupaną z zielonej farby metalową furtką. W głębi majaczy przysadzisty parterowy bungalow w kształcie baraku. Marysia wpada na podwórko pokryte czerwoną laterytową ziemią, z której sterczą gdzieniegdzie wyschnięte badyle jakiegoś zielska, a na samym środku stoi mała, niedziałająca fontanna.

– Ale wspaniale! – Skacze w kółko, wzburzając tumany szkarłatnego pyłu. Daria z zadowoleniem kopie nóżkami w spacerowym wózeczku. – Kupimy złote rybki i wpuścimy je do wody? – pyta po raz pierwszy od dłuższego czasu szczęśliwa dziewczynka.

– Kochane moje, już jesteście, całe i zdrowe! – Chadidża wybiega z budynku z otwartymi ramionami i przytula bratanice do siebie. – Mamo, jak dobrze, że wróciłaś.

– Patrzy smutno na posiwiałą od strapień Libijkę.

– Też się cieszę, córko. – Ta uśmiecha się półgębkiem, poklepując rozradowaną Chadidżę po plecach.

– Przepraszam, maam1. – Czarny, chudy jak patyk mężczyzna zgina się wpół przed Maliką. – Bramy wjazdowej nadal nie naprawili, ale my zaraz wniesiemy bagaże.

Po tych słowach rzuca się biegiem z troszkę lepiej odżywioną Murzynką w kierunku busa i uginając się pod ciężarem, dźwigają walizy do domu. Malika zaciska tylko zęby i zdegustowana patrzy na otaczający ją świat.

– Obiad podano! – dobiega z wnętrza znajomy głos Matyldy.

Wszyscy bez słowa wchodzą do środka.

* * *

– Dobrze, że w końcu jesteś. Mam nadzieję, że tym razem na dłużej. – Niski, przysadzisty mężczyzna w wyświechtanym garniturze wprowadza Malikę do ciemnej nory, która ma jej służyć za biuro. – W końcu chciałbym stąd wyjechać, nie? – mówi niegrzecznie.

Ambasada nie jest może najpiękniejszym tego typu budynkiem w Akrze, ale to rozległy kompleks z ogromnym ogrodem, basenem i licznymi zabudowaniami. Gabinet Maliki jest nie w gmachu głównym, lecz w małym baraczku przy konsulacie, który ma wejście dla petentów od strony bocznej uliczki. Razem z działem wizowym mają wspólną poczekalnię z dwoma umięśnionymi ochroniarzami oraz długie jak tramwaj pomieszczenia z tyłu. Malika nie miała żadnego wyboru odnośnie tej placówki i tego stanowiska. Wzięła, co jej dawano. Wyjazdu dyplomatycznego nie załatwia się z dnia na dzień. Jeśli chce się dostać coś dobrego, wymaga to czasu i zachodu, lecz kiedy musi się wyjechać zaraz, to całuje się w rękę za byle co. Nawet jeśli praca jest wyczerpująca i najbardziej niewdzięczna w całej ambasadzie, gorsza nawet od roboty konsula. Malika jest attaché politycznym. Ma się zajmować rozwiązywaniem problemów libijsko-ghańskich, co jest w ogóle rzeczą niemożliwą. Ta komórka placówki przyjmuje petentów wnoszących skargi i występujących o odszkodowania do rządu libijskiego między innymi za kradzież pieniędzy z ambasady Ghany w Trypolisie oraz za przetrzymywanie w obozach internowania dla nielegalnych imigrantów, molestowania, gwałty, pobicia, a nawet morderstwa na ich terenie, a na koniec za bezpodstawną brutalną deportację.

– Mam nadzieję, że masz zdrowe nerwy. – Kolega dyplomata stoi na środku pomieszczenia będącego halą zastawioną metalowymi regałami, na których piętrzą się teczki lub pojedyncze papiery.

– Ależ tutaj kurzu. – Malika kicha i głośno, ostentacyjnie wyciera nos. – Czy ktoś kiedyś tu sprzątał?

– A jak sobie to wyobrażasz? – Mężczyzna, uśmiechając się złośliwie, pokazuje na dokumenty. – Jak jesteś taką higienistką, to sama weź szmatę i zrób sobie porządek.

– Słuchaj no… – Wściekła Malika robi krok w kierunku gbura.

– Dasz mi przekazać obowiązki czy mam sobie iść od razu, jaśnie pani hrabianko?! – wykrzykuje Libijczyk i odwraca się do kobiety plecami. – Lewa strona pod ścianą to sprawy załatwione, przeważnie dzięki rozwiązaniom naturalnym, jak na przykład zgon petenta lub jego niepojawienie się na wezwanie – pokazuje ręką. – Cała reszta to rzeczy wiszące, z którymi sukcesywnie będziesz się musiała zapoznać. – Uśmiecha się ironicznie. – Albo i nie, as you wish.

– Czy jest jakiś rejestr? – pyta przerażona kobieta. – Czy segregatory są ułożone alfabetycznie, a może datami?

– Tutaj coś kiedyś zapisywano – wręcza jej białą od kurzu teczkę. – Ale później nikt nie miał na to czasu.

– Dostanę kogoś do pomocy, jakiegoś referenta, sekretarkę?

– Dobre sobie! – Mężczyzna klepie się po tłustym tyłku z rozbawieniem. – Módl się, żeby ci jeszcze czegoś do roboty nie wrzepili, pani eksambasadorko. – Z tymi słowy obraca się na pięcie i wychodzi z ciemnej, zakurzonej nory, zostawiając Malikę z bezradnie opuszczonymi ramionami i ze łzami w oczach.

* * *