Opis

Mój nieprawdopodobny rok w Polsce

Ben Aitken

W 2016 roku Ben Aitken przeprowadził się do Polski. Nie pojechał za miłością, a z ciekawości: pragnął dowiedzieć się, co zostawiają za sobą Polacy emigrujący do Wielkiej Brytanii. Poleciał do miasta, o którym nigdy wcześniej nie słyszał i zatrudnił się w barze za najniższą krajową.

Kiedy akurat nie był zajęty obieraniem ziemniaków, podróżował i „po łebkach” badał kraj: doił krowy z farmerem eurosceptykiem, spóźnił się na autobus do Auschwitz, spędził święta Bożego Narodzenia z kompletnie obcymi ludźmi i pojechał do Gdańska dowiedzieć się, jak wykopano z kraju komunizm. Gdy minął rok, miał już zdecydowanie większe pojęcie, od czego Polacy odwracają się plecami – góry na południu, plaże na północy, pierogi! – i nabył niesamowitej wprawy w filetowaniu dorsza.

To szczera, zabawna i niekonwencjonalna opowieść o roku spędzonym w Polsce.

OSTRZEŻENIE: W ŚRODKU ZNAJDZIESZ OPOWIEŚĆ O NIETYPOWYM IMIGRANCIE, NIEDOCENIANY KRAJ, BURZLIWY ROMANS, KILKA OBALONYCH STEREOTYPÓW, ŚLADOWĄ ILOŚĆ BŁYSTKOTLIWYCH PRZEMYŚLEŃ, TUZIN ZAKONNIC I REFERENDUM.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 410

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału A CHIP SHOP IN POZNAN: MY UNLIKELY YEAR IN POLAND

WydawcaMagdalena Hildebrand

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaMagdalena Wagner

KorektaMarzenna Kłos Ewa Grabowska

Text copyright © 2019 Ben Aitken Copyright © for the Polish translation by Szymon Kołodziejski, 2020

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9615-8

1   Jesteśmy tutaj, żeby pojechać gdzie indziej

8 marca 2016. Decyzję o przeprowadzce do Polski podjąłem w saunie. Wydawało mi się to całkiem sensowne. Spotykałem Polaków w Peterborough, Portsmouth i Cotswolds i odbyłem wiele rozmów, czy jest ich u nas za dużo, czy za mało, czy wykonują swoją pracę, czy może jednak się obijają. Chciałem dowiedzieć się, dlaczego Polacy – naród znany z patriotyzmu – milionami opuszczają swój kraj. Jestem też przekorny z natury, więc kusiła mnie podróż w odwrotnym kierunku i zostanie brytyjskim imigrantem w Polsce. Albo po prostu kusiło mnie, żeby gdzieś wyjechać. Byłem już zmęczony Wielką Brytanią. Miałem dość ciągłych udogodnień. Nie rozwijałem się, żyjąc w wygodnej rutynie. Pragnąłem być sam, za granicą, niczego nieświadomy i przepełniony ciekawością. Chciałem zresetować swoje życie, zapomnieć o błędach i odnaleźć historie w budynkach, w ludziach, na nowo stać się dzieckiem i zacząć wszystko od początku. Przeprowadzka do Polski nie była, co prawda, jedynym sposobem, żeby poradzić sobie z zespołem niespokojnych nóg. Równie dobrze mogłem przenieść się na Falklandy. Ale jeśli za trzy miesiące Brytyjczycy zdecydują się wyjść z Unii Europejskiej (referendum jest już zaplanowane), możliwość swobodnego podróżowania do dwudziestu kilku państw zostanie mi bezpowrotnie odebrana. Trzeba kuć żelazo póki gorące.

Poleciałem do Poznania cztery dni po przemyśleniach w saunie. Wybrałem Poznań, ponieważ nigdy o nim nie słyszałem i był to najtańszy lot. Nie chciałem przenosić się do Warszawy albo Krakowa, bo w tych miastach znalazłoby się mnóstwo ludzi mówiących po angielsku. Tych miałem już dość. Mój kolega był na wieczorze kawalerskim w Krakowie. Jadł tam rzeczy, których nazwy dało się wymówić, jeździł tramwajami i taksówkami w dobrym kierunku i przekonał parę policjantów, że nie wiedział, że rzucanie mięsem z kebabu w pomnik narodowy nie jest już w modzie (mimo starań, Brytyjczycy wciąż nie nauczyli się podróżować). Oczywiście dokonał tego wszystkiego, porozumiewając się po angielsku. Polski nie był mu potrzebny do przeżycia, ale ja nie chciałem sobie niczego ułatwiać. Jeśli ktoś mnie złapie na rzucaniu fast foodem w pomnik narodowy, będę musiał bronić się w lokalnym języku. To oznaka szacunku. W skrócie, pragnąłem wyjechać w całkowicie nieznane mi miejsce. Chciałem być kosmitą. „Jesteśmy tu, żeby pojechać gdzie indziej” – napisał kiedyś Geoff Dyer.

*

„Wschodnia energia, zachodni styl” – głosi napis w strefie odbioru bagażu. Co to w ogóle znaczy? Polska nie może się zdecydować? Bije się z myślami? Polska była komunistycznym państwem przez pięćdziesiąt lat aż do początku lat dziewięćdziesiątych pod wpływem radzieckiego reżimu. Zmuszano ją do patrzenia na Wschód. Ale co teraz? Nie mam nic do odebrania, więc spędzam czas przy informacyjnym ekranie dotykowym, czytając ostrzeżenia i zaproszenia. Miasto jest pełne atrakcji, zapewnia ekran, po czym pokazuje listę popularnych markowych sklepów. Zachodnich, owszem.

Jadąc autobusem numer pięćdziesiąt dziewięć, patrzę na logo międzynarodowych marek niczym na starych znajomych, przed którymi nie da się uciec. Potem widzę World Trade Centre, tylko że jakiś skurczony i w beżowych kolorach, zdumiewająco nijaki, niższy o milę od swojego bardziej znanego imiennika, który się zawalił. Później nieskończony pas bloków mieszkalnych pomalowanych na kolory limonkowy, kremowy, miętowy lub różowy, mające chyba za zadanie przepraszać za styl budynków rozciągających się na całej długości ulicy Bukowskiej, którym zupełnie zabrakło charakteru. Gdy patrzę na wnętrze i reklamy w autobusie, w głowie natychmiast pojawia mi się mnóstwo pytań. Normalne rzeczy, a jednak tak dziwne. Nie ma nic niezwykłego w podróżowaniu autobusem, a mimo to jestem oczarowany. Arcydzieła Delacroix i Hockneya, przedstawiające chłopów i baseny, nie przyciągnęłyby bardziej mojej uwagi. No i zaczyna się, wzmaga się we mnie ciekawość kogoś nie stąd i patrzę na wszystko przenikliwym wzrokiem. Jestem zachwycony, że w mojej głowie pojawiają się pytania, po długich miesiącach pełnych przemyśleń w domu, w tym ukochanym miejscu, do którego często tęsknię, ale jeszcze częściej pragnę je opuścić. Ojkofobia to chroniczna potrzeba opuszczenia domu. Jestem idealnym przykładem. Dom to Clive Road, Portsmouth, Anglia, Wielka Brytania. Portsmouth powstało, żeby budować w nim statki, których nikt już nie potrzebuje. W tym mieście urodził się Charles Dickens, ale przeprowadził się do Londynu, mając pięć lat, bo już zdążył zmęczyć się tym miejscem. Rozrywki dostarcza ludziom klub piłkarski i morze. To wszystko, co musicie wiedzieć o moim domu.

Jeśli niewiedza jest błogosławieństwem, to jestem w domu. Nie wiem absolutnie nic o Polsce i o polskim języku. Polacy używają alfabetu łacińskiego? Jest tam w ogóle jakiś alfabet? Może został zniszczony podczas wojny, podobnie jak reszta kraju. W każdym razie przeprowadzka do Polski będzie odświeżająca. Jeśli ciężko przepracuję najbliższy rok, to będę w stanie mówić po polsku równie dobrze, jak trzyletnie dziecko. Podoba mi się ten pomysł. Trzylatki to jedne z najszczęśliwszych ludzi, jakich znam. Moja bratanica ma trzy latka i jest wiecznie szczęśliwa. Cieszy się z najmniejszych rzeczy, takich jak pobudka czy wiązanie sznurówek. Może bycie mentalnie trzylatkiem wcale nie będzie takie złe. Może nauczę się paru rzeczy. Dużo się mówi i pisze, że podróże sprawiają, że stajesz się lepszy i bardziej świadomy.

– Ależ urosła! – mówią zawsze, jak ją widzą.

Mniej mówi się o tym, że podróże ogłupiają i infantylizują, oraz o paru innych wątpliwych korzyściach.

Nawet nieśmiały musi przełamać lody. Kupiłem rozmówki na lotnisku w Londynie i oddałem się przyswajaniu przydatnych zwrotów, lecąc nad Niemcami. Gdy wylądowałem, potrafiłem już powiedzieć „kocham cię”, że jestem „szczęśliwy” albo „smutny” i że coś jest „piękne” albo „brzydkie”. Będę prowadził zero-jedynkową egzystencję, styl życia na tak lub nie (całkiem popularne w dzisiejszych czasach), nie mogąc w zasadzie o niczym zdecydować, ale zapewniając, że wszystko jest w porządku. To wyzwalające, zostawić ten ligwistyczny grunt, tę dyplomatyczną ziemię niczyją. Nie mogę się doczekać, kiedy poklepię nieznajomego po ramieniu, wskażę na dziecko uczące się jeździć na rowerze i powiem: „To nie jest brzydkie, kocham cię”.

*

Autobus kończy trasę przy Planecie Alkoholi i Mr Kebabie. Rozglądając się, zdaję sobie sprawę, że polskie słowa nie są dłuższe niż w innych językach. Większość wygląda jak hasła do Wi-Fi, anagramy do rozszyfrowania czy szyfry do złamania. Nic dziwnego, że kod Enigmy został po części złamany przez Polaków. Mają to w genach. Lubię myśleć, że jednym z powodów, dla których Polska gospodarka rozwija się niemrawo, jest fakt, że wszyscy gapią się na zawiadomienia, instrukcje, agendy czy mejle i zastanawiają, co, na miłość boską, one oznaczają[1]. Nie ma wątpliwości, ciężko będzie nauczyć się tego języka. Nie dość, że muszę nauczyć się nowych liter – e, a, o, s oraz c mają alternatywne formy z ogonkami i grzywkami – to jeszcze muszę poradzić sobie z nowym użyciem znanych mi już liter. W rezultacie, stojąc przed drzwiami wejściowymi, jesteś proszony, żeby „pchać” i nie wiesz, czy masz pociągnąć, czy pchnąć. Co więcej, stojąc przed tymi drzwiami nie do przejścia z powodu ogromnej bariery językowej, nie możesz poprosić przechodzącej osoby, żeby wyjaśniła ci, o co chodzi, bo odpowiedź w stylu: „Pchnij, to się dowiesz, imigrancie!” byłaby równie bez sensu. Zatem niezawodnie spotkacie w Polsce cudzoziemca stojącego przed drzwiami czy innym wejściem, życzącego sobie w myślach (po angielsku), żeby drzwi były zautomatyzowane.

Melduję się w hotelu na placu Wolności, a potem idę do znajdującego się niedaleko punktu informacji turystycznej. Pracująca w nim kobieta nie jest w stanie odpowiedzieć mi na pytania dotyczące rejestracji, ubezpieczenia zdrowotnego czy innych dodatkowych świadczeń. Chyba nie przywykli do ludzi zostających tu na dłużej. Zadaje mi pytania w stylu: „Ale kiedy wracasz do domu?”, „Kiedy kończysz wakacje?”. Uzyskałem jedynie informację, gdzie jest bank. Idę tam na krótki wywiad, podczas którego proponują mi kawę i tłumacza. Jeśli tak wygląda biurokracja w Polsce, to mogę do niej przywyknąć. Ale nie zawsze tak było. Michaelowi Moranowi nie zaproponowano kawy. W swojej książce Kraj z Księżyca, w której opisuje, jak pomagał Polsce przejść na kapitalizm na początku lat dziewięćdziesiątych, opowiada, że wysłanie listu zajęło mu siedem miesięcy. Tytuł nawiązuje do spostrzeżeń Edmunda Burke’a poczynionych w osiemnastym wieku, kiedy Polska zniknęła z mapy za sprawą Austrii, Rosji oraz Prus i nie powróciła na nią aż do 1919 roku. Były to nadzwyczajne historyczne okoliczności, wyjątkowy akt zniknięcia i znaczące usytuowanie. Założę się, że Polacy gorąco wspominają ten czas.

*

9 marca. Jem pierogi w parku niedaleko hotelu. Nie mogę zdecydować, czy są brzydkie, czy piękne. Park nosi imię Chopina. Na kamiennym postumencie stoi popiersie kompozytora. Brakuje mu ucha. Drużyna gołębi intelektualistów zjadła je na lunch. Przypomniałem sobie wiersz Shelleya albo Barona o Ozymandiasie, o spuściźnie i śmiertelności i zastanawiam się, czy Chopin rzeczywiście komponował muzykę, żeby zostać zapamiętany i żeby jego wykuta w kamieniu podobizna stała w parku, gdzie studenci przychodzą coś przekąsić i się zdrzemnąć. Potrafię być płytki, jeśli chodzi o motywy. Nie mam problemu, by powiedzieć, że przyjechałem do Polski, ponieważ lot był tani i miałem ochotę na zmianę. Jednak moje zasadnicze motywy nie są tak płytkie. Napisać książkę, napisać cokolwiek, żeby choć odrobinę odżyć. Podróżuję i piszę, ponieważ jest to dla mnie jak powietrze. Mógłbym poradzić sobie bez wielu rzeczy w życiu – tostów, seksu czy Kanady – ale nie sądzę, żebym poradził sobie bez podróży i przelewania słów na papier.

Ponieważ jestem teraz częścią klasy robotniczej, moją uwagę przykuwa bar o nazwie Proletaryat. Nie podam wam nazwy ulicy, bo oskarżylibyście mnie o używanie trudnych słów bez powodu. Barman musiał zauważyć moją wewnętrzną walkę przed drzwiami, ponieważ położył przede mną angielskie menu, zanim zdążyłem się odezwać. Bar jest udekorowany podobiznami Lenina, przewodniczącego Mao, portretami Marxa i Engelsa oraz Russella Branda, którego ostatnie dzieło Revolution skutecznie odstraszyło miliony ludzi od czytania książek. Chciałbym myśleć, że rozmowy gości przy sąsiednich stolikach dotyczą powstań chłopskich i znaczących zmian społecznych, ale pewnie tak nie jest. To młodzi, zamożni ludzie. Nie wyglądają na buntowników. Za to chętnie ubierają się w markowe ciuchy – buty New Balance są częścią ich młodzieńczego uniformu. Kosztują tyle samo, ile w Wielkiej Brytanii, trzysta pięćdziesiąt złotych za parę, czyli około siedemdziesięciu funtów. Żeby zarobić tu takie pieniądze, trzeba pracować w słabo opłacanej pracy przez tydzień. Minimalna stawka na godzinę wynosi mniej więcej osiem złotych. Zaczynam rozumieć sens stwierdzenia „Zachodni styl, wschodnia energia”. Polacy muszą pracować trzy razy dłużej, żeby pozwolić sobie na takie buty. Żelazna kurtyna się rozsunęła i na scenę wkroczyły znane marki, gotowe odcisnąć swój ślad.

Odnajduję Stary Rynek, wiernie odbudowany po zniszczeniach drugiej wojny światowej. Nie staram się analizować budynków – żeby ich nie szufladkować albo nie odgadywać ich stylów. Mogą być otynkowane, w stylu rokoko czy secesyjnym, ale co z tego? Piękno tego rynku jest zbyt oczywiste, żeby je analizować. Detale nie mają znaczenia. „W jaki sposób to jest piękne?” – to pytanie, na które nie odpowiadamy i nie zadajemy go zbyt często. W każdym razie zostaję zaproszony przez dziewczynę z czerwoną parasolką do Euphorii w celu obejrzenia dwudziestu dwóch pięknych dziewczyn. Ale jest dopiero popołudnie, zauważam. Nie ma problemu, odpowiada. Dziewczyny nie mają nic przeciwko. Pożądanie nie odpoczywa. Jak chcę, mogę się napić kawy albo herbaty. Dwadzieścia dwie, powtarza, jakby jedna w tę albo we w tę robiła jakąś różnicę.

Opieram się Euphorii i wchodzę do pubu o nazwie The Londoner już zachęcony możliwością powrotu do domu. Siadam z importowanym ale pod zdjęciami Big Bena i Tower Bridge oraz napisami zachęcającymi, żeby spróbować kilkenny i dać szansę dumie Londynu. Nigdy nie byłem w takim miejscu. Pytam młodego mężczyznę, czy mówi po angielsku. Odpowiada, że oczywiście. Pytam starszego mężczyznę, czy mówi po angielsku. Ten jedynie wskazuje na okno. Przed barem, pod bogato zdobioną wieżą zegarową ratusza miejskiego, rozmawiam z Alfiem z Norwegii i Emrem z Turcji. Nalegają, żebym przeniósł się z hotelu do ich hostelu, gdzie mógłbym mieszkać z międzynarodowym towarzystwem i gadać po angielsku. Wyjaśniam, że nie o to mi chodzi. Nie chcę być rozumiany, chcę się oczyścić i porozumiewać najprostszymi zwrotami. Chcę widzieć rzeczy po swojemu. Nie chcę z niczego zdawać sobie sprawy.

Wybieram się do parku Cytadela, gdzie stoczono bitwę w ostatnich dniach wojny. Cytadela była jedną z fortec Hitlera, która miała być broniona za wszelką cenę. W walce zginęły tysiące ludzi. Przez dłuższy czas szukam parku i docieram tam o zmierzchu. Wchodzę po stu schodach, u których szczytu stoi przytłaczający pomnik, świadectwo tragedii i konfliktu Europy. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach bez głów – bezsensowne rzeźby upamiętniające ofiary wojny – ale znajduję jedynie czołgi, zapewne odpowiedzialne za urwanie tych głów. Wspinam się na jeden z nich i siadam okrakiem na śmiercionośnej lufie. Przechadzam się przez park w samotności. Od czasu do czasu mijam siedzące na ławkach pary, które wtedy przerywają rozmowy. Podejrzewam, że rozmawiają o bardzo poważnych sprawach, bo po co mieliby przychodzić właśnie tutaj w ten zimowy wieczór?

Pod koniec dnia muszę przyznać, że nie zrobiłem dostatecznie dużo. Nie wiem, co napisać o architekturze, ludzkich zwyczajach i kolorze ich oczu, historii miasta czy sytuacji politycznej. Mam jakieś ogólne pojęcie i nic poza tym. Zbyt duża część Polski przeszła mi koło ucha, chociaż mogłem sięgnąć po nią, przejąć ją i sprowadzić do mojego poziomu. Muszę być bardziej ciekawski. Czytałem dzieła Morana oraz Normana Daviesa i ich poważna wiedza zrobiła ze mnie głupka[2]. Ci dwaj faceci byli autentycznymi gringos, gośćmi spoza środowiska. Żaden z nich nie ominąłby śniadania w hotelu o siódmej rano i porannej mszy w kościele franciszkańskim, aby popatrzeć na oddanych katolików, zanim uda się na spacer po mieście, gdy zaczynają się otwierać sklepy. Ja nie zobaczyłem żadnego zamku. Nie wszedłem do żadnego muzeum czy galerii. Nie zrobiłem zdjęcia. Nie widziałem koziołków, które podobno pojawiają się na wieży zegarowej każdego dnia w południe. Zadałem ludziom kilka pytań, ale były nudne i tendencyjne. „Mieszkasz tutaj? Co to? O której pojawiają się koziołki?”. Zamiast obserwować, wyrabiać sobie własne opinie i zadawać mnóstwo pytań, piję i palę bez umiaru. Takie mam przemyślenia drugiej nocy w Polsce, tuż przed zaśnięciem.

*

10 marca. Budzą mnie krzyki tłumu demonstrującego na placu, na który wychodzi okno mojego hotelowego pokoju. Otwieram je, gotowy zaprotestować; krzyknąć, żeby pozamykali mordy. Wkurzony Polak krzyczy przez megafon coś o cenach cytryn albo o ostatniej wizycie Davida Camerona[3]. Ominęło mnie śniadanie. Mam wyczulony węch i kaca. Jest popołudnie. Och, czy nie mogliby być ciszej!? Potem przypominam sobie, że interesuje mnie dobro społeczne wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości, przynależności klasowej czy koloru skóry, a także od pory dnia czy nasilenia mojego bólu głowy. Wskakuję pod prysznic, testuję zestaw hotelowych kosmetyków i ubieram się jak szary człowiek, żeby dowiedzieć się, co niepokoi szarych ludzi, i może im jakoś pomóc.

Tysięczny tłum zgromadził się na placu Wolności przed neoklasycystyczną biblioteką. Podchodzę do młodej pary i pytam, o co ta afera. Tessa odpowiada perfekcyjnym angielskim, że protestują przeciwko nowo wybranemu, prawicowemu, ultrakatolickiemu rządowi, który łamie konstytucję, żeby ograniczyć wolność obywateli i zrazić do siebie Unię Europejską, sprowokować inwazję Rosjan, przywrócić niewolnictwo, deportować wszystkich niekatolików i sprawić, by każdy był oznaczony polskim orłem. E tam. Nie mogę się doczekać, żeby posłuchać drugiej strony tej historii. Nie ma takiej, zapewnia Tessa.

Tessa przedstawia mnie swojemu ojcu, który mówi jak dyrektor angielskiej szkoły z internatem, a potem matce, która w ogóle tak nie mówi. Wybierają się na pizzę, żeby przedyskutować głupotę nowego rządu. Proponują, bym poszedł z nimi. Zgadzam się i cieszę z tej decyzji, bo już w połowie pizzy – mimo że praktycznie nie odezwałem się słowem i ewidentnie widać było, że mam kaca – rodzice Tessy oferują mi posadę nauczyciela w szkole, którą prowadzą. Okazuje się, że potrzebują kogoś, kto postoi w sali pełnej polskich ośmiolatków cztery razy w tygodniu i będzie mówił do nich po angielsku. Czy sobie poradzę? Czy mogę zacząć od poniedziałku?

– Ale nie mam żadnego doświadczenia.

– Nieistotne.

– Raczej średnio radzę sobie z dziećmi.

– Nieistotne.

– I nie świecę przykładem.

– Nieistotne.

– Nie mam mieszkania.

– Nieistotne.

– Nie powiedziałem nikomu, że wyjeżdżam.

– Nieistotne.

– Zatrudnilibyście koziołka mówiącego po angielsku?

– Prawie na pewno.

Biorę tę robotę.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Polska gospodarka nie rozwija się wcale słabo. Jest wręcz przeciwnie. Polska była jedynym europejskim krajem, który uniknął recesji po kryzysie finansowym w 2008 roku. Mała rada: jeśli preferujesz wiarygodne wiadomości, to czytaj tylko przypisy. Tekst główny to naiwna, pisana w czasie rzeczywistym wizja, którą wziąłem z pamiętników prowadzonych na bieżąco podczas roku spędzonego w Polsce. Oczywiście redagowałem pamiętniki, ale chciałem zachować ich pierwotny ton, atmosferę, błędne obserwacje i niesprawiedliwe oceny.

2 Norman Davies jest wybitnym historykiem specjalizującym się w dziejach Polski.

3 Cameron, premier Wielkiej Brytanii w tamtym czasie, przybył do Warszawy, żeby zapytać polską panią premier, czy miałaby coś przeciwko, żeby utrudnić trochę życie Polakom mieszkającym w Wielkiej Brytanii poprzez ograniczenie ich przywilejów. Było to częścią szerszego planu, aby otrzymać „nowe porozumienie” między Wielką Brytanią a Europą przed zbliżającym się referendum. Pomysł miał utrudnić głosowanie za wyjściem z Unii Europejskiej. Okazało się, że „nowe porozumienie” nie było wystarczająco dobre. „Cameron obiecał bochen chleba, błagał o skórkę, a ostatecznie wrócił z okruszkami”, napisał jeden felietonista.

Podziękowania

Giulii Spinnici za udostępnienie mieszkania babci. Mike’owi Lamontowi za fabrykę serów. Erin Trummer-Lamont za opinie o okładce. Mojemu ojcu za niski czynsz i ciepłe obiady. Charlotte Horton i Alexandrowi Greene’owi za wolne popołudnia. Sylvii Whitman oraz ekipie Shakespeare & Company za nieustające wsparcie. Kim i Stephanowi Menziesom za dwa epizody na Majorce. Tony’emu Moultowi i Marietcie Milewskiej za zatrudnienie mnie mimo braku kwalifikacji i motywacji. Julii Klorek za to samo. Przyjaciołom i rodzinie za szczere zainteresowanie tym, co robiłem przez ostatnie kilka lat. Megan Menzies za udostępnienie obu uszu i sporej części serca. Jenny’emu Susce za przeczytanie trzeciej wersji roboczej, żeby książka była polsko-odporna (Benny, jak to wydasz, to cię aresztują). Annie J. za zabranie mnie na wesele, poprawienie twarzy i bycie wspaniałą. Patrickowi Neyowi za odebranie telefonu. Matce Stefanii, że mnie nie wyrzuciła. Jerzemu za rozpalenie ognia w górach. Hubertowi za udzielenie mi audiencji u setki krów. Christianowi Daviesowi za obejrzenie ze mną meczu Anglia–Belgia w Warszawie. Ellenie Conlon i każdemu w Icon za sprawienie, że książka jest lepsza. Edowi Wilsonowi za umowę. Unii Europejskiej przede wszystkim za umożliwienie takiej migracji. Wszystkim Polakom w Wielkiej Brytanii za poddanie mi pomysłu. Anicie Anioł za to, że była miła dla obcego. Richardowi Morganowi za wiele rzeczy. Ciotce Jo za przylot na poznański półmaraton wbrew zdrowemu rozsądkowi. Oliverowi i Kevowi za targanie jej do domu. Moim przyjaciołom, którzy również przylecieli na ten bieg: Cheesy’emu, Mezzie, Chazowi, Tommy’emu, Jimbo, Dinitcie. Timowi Hague za pomoc z grillem. Chrisowi Chappellowi za bycie pierwszym, który wyszedł. Michaelowi Moranowi, najbardziej dystyngowanemu Australijczykowi, którego poznałem, za podzielenie się kilkoma przemyśleniami w tamtym czasie. Johnowi Borrellowi, najbardziej dystyngowanemu Nowozelandczykowi, którego poznałem, za podzielenie się kilkoma przemyśleniami innym razem. Przyjaciołom z Poznania – Tessie, Dominicowi, Marcinowi, Magdzie, Maxowi, Malwinie, Maciejowi Kautzowi, Helenie, Gosi, Mateuszowi, Natalii, Piotrowi, Mirkowi, Alinie, Paulinie, Waltowi – za to, że zdałem sobie sprawę, że Polacy są bardziej obyci i czarujący niż ja. Gabrielli Cederström za zmianę słów. Małgorzacie Hordyk za to samo. Ani i Czesiowi za wielkie serca i mądre słowa. Joannie Suskiej za przyjrzenie się designowi. Andrzejowi za podwózkę vanem. Agnieszce i Przemkowi za wpuszczenie mnie do ich domu. Jackowi, Irenie, Dominicowi, Oli, Wojciechowi, Grace, Dance, Szymonowi, Przemkowi, Markowi za urządzenie mi świąt. Olkowi za narysowanie obrazka. Departamentowi Pracy i Emerytur za wsparcie pod koniec 2018 roku, kiedy zrezygnowałem z pracy jako opiekun, żeby skończyć książkę. Polsce za powrót z Księżyca i Polakom za danie mi mnóstwa powodów do przemyśleń. Philipowi Larkinowi za wspaniały przystanek końcowy.