Amundsen. Ostatni Wiking - Stephen Bown - ebook + audiobook
Opis

Amundsen. Ostatni Wiking” ukazuje życie człowieka, który bił na głowę tych, którzy ścigali się, by nanieść na mapę świata ostatnie nieznane zakątki: Przejście Południowo-Zachodnie, Przejście Południowo-Wschodnie i biegun południowy. Prawdziwy północny wojownik, który już za życia stał się legendą. Ścigany przez wierzycieli. Uwielbiany przez kobiety. Należał do epoki wypraw badawczych, która niebawem miała dobiec końca za sprawą technologii, handlu i reklamy.

 

Jego nazwisko nosi część Oceanu Spokojnego, lodowiec i stacja badawcza Amundsen-Scott na Antarktydzie.

 

Amundsen. Ostatni Wiking” to zarówno ekscytująca biografia literacka, jak i wspaniała opowieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 491

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 28 min

Lektor: Leszek Filipowicz

Popularność


Tytuł ‌oryginału: The Last Viking: ‌The Life ‌of Roald ‌Amundsen

Copyright ‌© 2012 by Stephen ‌R. ‌Bown

Copyright © ‌Wydawnictwo Poznańskie sp. z ‌o.o., ‌2018

Copyright ‌© for ‌the ‌Polish translation by Wydawnictwo ‌Poznańskie sp. z o.o., ‌2018

Redaktorzy prowadzący: Monika Długa, ‌Szymon Langowski

Redakcja: ‌Grzegorz Krzymianowski

Korekta: ‌Anna Wawrzyniak-Kędziorek ‌|panbook.pl

Kamila Markowska ‌|panbook.pl

Skład i ‌łamanie: ‌Stanisław Tuchołka |panbook.pl

Projekt ‌okładki i ‌stron ‌tytułowych: Ula Pągowska

Zdjęcie ‌na ‌okładce: ‌Wikipedia (domena publiczna, user: ‌Ralf Roletschek)

Zdjęcia ‌wewnątrz książki dzięki uprzejmości: ‌Perseus Books,

a ‌division ‌of ‌Hachette Book Group.

Konwersja publikacji ‌do wersji elektronicznej: ‌Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie ‌okładki książki ‌w internecie.

Wydanie ‌elektroniczne 2018

ISBN ‌978-83-7976-882-0

Wydawnictwo Poznańskie ‌sp. z ‌o.o.

ul. ‌Fredry 8, ‌61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Oto ‌nowa biografia ‌jednego ‌z najsłynniejszych i najbardziej zasłużonych polarnych ‌odkrywców ‌w historii. Amundsen miał ‌na swoim koncie więcej ‌osiągnięć niż ktokolwiek ‌w jego czasach. I choć ‌sam ‌Amundsen uważał, że przygody ‌są przede wszystkim ‌efektem ‌niewystarczającego ‌planowania, a dokładne ‌plany i przygotowania stały ‌się wręcz jego ‌znakiem firmowym, historię ‌ostatniego ‌wikinga ‌czyta ‌się ‌właśnie jak wciągającą po ‌uszy książkę ‌przygodową. Polecam z całego ‌serca.

Mikołaj Golachowski, polarnik i ‌pisarz

Stephen Bown opowiadając ‌o Amundsenie ‌odkrywa przed ‌nami świat pionierskich wypraw, ‌odkryć geograficznych, ‌odwagi na ‌skraju szaleństwa i rozmachu ‌w realizowaniu wyznaczonych celów. Bardzo inspirująca lektura!

Diana Chmiel, „Bardziej lubię książki niż ludzi”

Niewiele osób wie, że Roald Amundsen, znany jako zdobywca obydwu biegunów, był także piratem, Napoleonem strefy podbiegunowej, rowerzystą i najbardziej rozsądnym z awanturników swoich czasów. Książka Bowna to kawał rzetelnej literackiej roboty. I wielka biografia wielkiego (dosłownie i w przenośni) człowieka, który z bieguna powstał i w biegun się obrócił.

Natalia Szumska, „Kronika kota nakręcacza”

Fascynująca biografia, która w porywający sposób odmalowuje życie podróżnika.

James McConnachie, „London Sunday Times”

Dogłębnie zbadany, od początku do końca przyjemny w lekturze żywot jednego z największych odkrywców w historii. Znakomita biografia wściekle ambitnego podróżnika, który pokonał ostatnie niedostępne zakątki świata, nim postęp techniczny sprawił, że podróżowanie stało się łatwe.

„Kirkus Reviews”

A jednak nawet dziś słyszymy pełne zdziwienia pytania: cóż za pożytek z podróży badawczych? Cóż dobrego nam dają? Zawsze sobie odpowiadam, że małym umysłom starcza miejsca jedynie na myśli o chlebie i maśle.

Roald Amundsen, Biegun południowy[1]

Choć w Arktyce spędziłem dużo czasu, zawsze pragnąłem tam wracać. Kipling mówi, że człowiek, który czuje zew Wschodu, nigdy nie usłyszy nic innego, ale dla niektórych zew Arktyki i lodu jest równie silny.

Helmer Hanssen, Voyages of a Modern Viking

Nikogo nie kusi bardziej niż odkrywcę, by przyswoić sobie doktrynę środków uświęcających cel. Badacz szybko odkrywa, że świat roi się od ciekawskich, gotowych w imię słusznej sprawy ocalić go, jak zapewne sądzą, przed nim samym. Poradzić sobie z takimi ludźmi można tylko na jeden sposób: przystając na ich warunki, a następnie robiąc, co się chce. Zbyt wiele jest na świecie rzeczy, które potrafią zasadnie zniechęcić, by poddawać się sztucznym problemom.

Lincoln Ellsworth, Beyond Horizons

[1] Polski przekład powstał na podstawie wydania niemieckiego, jest niekompletny i nosi tytuł Zdobycie bieguna południowego (przeł. Bronisław Wojciechowski, Warszawa 1957). Oryginał to Sydpole, czyli Biegun południowy (tym tytułem posługuję się także w niniejszym tłumaczeniu). Wykorzystuję przekład Wojciechowskiego tam, gdzie to możliwe, i uzupełniam go lub koryguję w miejscach, w których to konieczne (przyp. tłum.).

WSTĘP

OSTATNI Z WIKINGÓW

Próbowałem być trochę poetyczny… „Nigdy nie spoczywający duch ludzki”… „Tajemnicza, groźna pustynia lodowa!”… Nie, jakoś mi nie wychodziło, widocznie było jeszcze zbyt wcześnie rano!

„Flaga faszystowskich Włoch powiewa na wietrze nad lodami bieguna”, ogłosił przez radio generał Umberto Nobile, dowódca sterowca Italia. Było to 24 maja 1928 roku. Dzień wcześniej ogromny zeppelin wyleciał wraz z załogą z bazy na Spitsbergenie i teraz spokojnie krążył nad mroźnym bezmiarem wierzchołka świata. W maleńkiej gondoli, przymocowanej pod monstrualną komorą z gazem, gramofon wygrywał z trzaskiem włoską piosenkę ludową La Campana di San Giusto[2] (wł. Dzwony San Giusto), a członkowie załogi świętowali, popijając likier domowej roboty.

Miesiąc wcześniej papież Pius XI publicznie pobłogosławił we Włoszech załogę i dowódcę. Pragnął zachęcić ich do „poświęcenia wierzchołka świata” i w tym celu wręczył im ogromny dębowy krzyż. Zejście z gondoli na lód okazało się jednak niemożliwe z powodu wiatru, który utrzymywał sterowiec 150 metrów nad ziemią, a wyrzucenie wielkiego krzyża przez drzwi okazało się kłopotliwe. Członkowie załogi z powagą patrzyli, jak gwałtownie spada na lód wraz z przytwierdzoną do niego flagą włoskiej Narodowej Partii Faszystowskiej trzepoczącą na polarnym wietrze. Potem, w „nabożnym milczeniu”, wyrzucili także herb Mediolanu i medalik z Najświętszą Marią Panną od Ognia.

Po krótkiej ceremonii, na którą składało się odśpiewanie faszystowskiego hymnu bojowego Giovinezza oraz zamaszyste saluty, statek powietrzny powoli zawrócił, by w drodze powrotnej na Spitsbergen zmagać się z przeciwnymi wiatrami oraz mgłą. Z uwagi na kiepską widoczność Nobile nie był w stanie określić położenia Italii. Załoga straciła orientację i generał rozkazał zniżyć się bliżej lodu dryfującego, aby uzyskać lepszą widoczność. Znajdowali się nadal niemal 300 kilometrów na północny wschód od Spitsbergenu, gdy tył sterowca zrobił się „ciężki” i zaczął przechylać się w stronę lodu. Zaniepokojeni sytuacją oficerowie próbowali wraz z Nobilem odzyskać kontrolę nad Italią, zwiększając prędkość silników. Ale było za późno. Tył sterowca uderzył w poszarpaną powierzchnię lodu i zaczął po niej sunąć. „Wstrząs był straszny. Coś trafiło mnie w głowę, a potem utknąłem i zostałem zmiażdżony. Poczułem wyraźnie, bez żadnego bólu, jak pękają mi kości. Jakaś rzecz spadła z wysoka i poleciałem głową do przodu. Instynktownie zamknąłem oczy i z całkowitą jasnością i spokojem pomyślałem: »No to po wszystkim!«”, pisał potem Nobile.

W chwili uderzenia jeden z członków załogi wypadł z gondoli i zginął na miejscu. Dziewięciu innych wydostało się z wraku i zeskoczyło lub runęło na lód. Z uszkodzonego sterowca buchnęły płomienie i zeppelin zawirował w smudze dymu. Sześciu mężczyzn zostało uwięzionych w gondoli i ślad po nich zaginął. Dziewięciu ocalałych, w tym kilku ciężko rannych, zbiło się w grupkę pośród resztek sprzętu i pudeł, które wyrzucono ze sterowca. Suczka Nobilego, Titina, nie ucierpiała podczas zderzenia i badała posępną okolicę. Po kilku dniach bez łączności radiowej Włoch przyjął w końcu do wiadomości, że ekspedycja rzeczywiście jest w tarapatach i potrzebuje pomocy; zapasy żywności, które ocalały z katastrofy, wystarczyłyby jedynie na miesiąc.

Kiedy wieści o nieszczęściu dotarły do Oslo, Roald Amundsen był na uroczystym obiedzie. Usłyszawszy, co się stało, wstał i oświadczył: „Gotów jestem natychmiast ruszać. Zrobię, co w mojej mocy, by pomóc”. Ale gdy norweski rząd zaczął planować wyprawę ratunkową, z Włoch nadeszła zdumiewająca wiadomość. Benito Mussolini odrzucił wszelką pomoc ze strony Norwegów (mimo że sterowiec spadł w pobliżu północnej granicy Norwegii), zwłaszcza jeśli akcją ratunkową miałby kierować Amundsen. Przez ostatnie osiemnaście miesięcy Nobile i Amundsen prowadzili pełen wzajemnych złośliwości publiczny spór – pokłosie wcześniejszej wspólnej ekspedycji na biegun północny – i Mussolini nie chciał, aby to wróg uratował Nobila. Byłaby to zniewaga dla Włochów. Początkujący dyktator, który w tamtym czasie zaczął wcielać w życie plan umacniania wizerunku swego kraju jako ważnego gracza na arenie międzynarodowej, perspektywę ratunku ze strony innych narodów uważał za poniżającą. Kapitan Hjalmar Riiser-Larsen, organizator norweskiej akcji ratunkowej i przyjaciel Amundsena z dawnych czasów, pisał zdumiony: „Nie mogę pozbyć się myśli, że Włosi woleliby, aby wyprawa zakończyła się chwalebną śmiercią [niż] żałosnym powrotem do domu”.

Aby nie urazić Mussoliniego, organizatorzy norweskiej ekspedycji po cichu usunęli Amundsena z jej składu. Podstarzały, ale dumny podróżnik, który oficjalnie ponad rok temu zakończył karierę zdobywcy, nie zamierzał ze spokojem przyjąć takiego afrontu. Mierzący ponad metr osiemdziesiąt, zahartowany i nadal, mimo pięćdziesięciu sześciu lat na karku, potężnie zbudowany Norweg nie mógł oprzeć się pragnieniu, żeby raz jeszcze znaleźć się w centrum uwagi, może po to, by zakończyć kłótnię z Nobilem i odzyskać reputację, która przez ostatnie dwa lata została mocno zszargana.

W latach 20. XX wieku sterowce uważano za przyszłość transportu powietrznego. Spektakularna katastrofa lotnicza w bezmiarze pustkowia morza polarnego budziła publiczne zainteresowanie – zarówno państwa, jak i szukający rozgłosu ludzie chcieli być postrzegani jako uczestnicy tej ekscytującej eskapady. Amundsen zaczął więc przygotowywać własny plan ratunkowy. Głównym zmartwieniem, podobnie jak przez całą jego burzliwą karierę, były wówczas pieniądze. Dopiero niedawno spłacił większość długów, dlatego też przyjaciele i bliscy nie pałali entuzjazmem do finansowania jego udziału w czymś, co przerodziło się w międzypaństwową rozgrywkę o prestiż.

Wśród Norwegów panowało silne przekonanie, że pominięcie Amundsena, aby zadowolić Mussoliniego, jest nie tylko głupie, lecz również wstydliwe dla ich kraju. Dzięki wstawiennictwu Fredrika Petersa, norweskiego biznesmena mieszkającego w Paryżu, rząd francuski szybko zatwierdził wysłanie pod dowództwem Amundsena dwusilnikowego dwupłatowca Latham 47, wyposażonego w pontony i z załogą na pokładzie. Samolot miał pomóc w gorączkowych poszukiwaniach pozostawionych samym sobie włoskich rozbitków i zarazem sprawić, by Francja stała się jednym z uczestników wielkiej gry ratunkowej, aktorem w dramacie, który często zapełniał szpalty dzienników i magazynów w całej Europie i Ameryce Północnej. Choć więc narzeczona Amundsena zdążała mu na spotkanie przez Atlantyk, norweski poszukiwacz przygód zaczął się przygotowywać się do niebezpiecznej wyprawy na Spitsbergen.

Nie bez powodu Amundsen potrafił z miejsca wzbudzić tak wielkie zainteresowanie na arenie międzynarodowej: był najsłynniejszym norweskim odkrywcą, a prawdopodobnie w ogóle najsłynniejszym na świecie współczesnym badaczem. Jego porywające wyczyny przez niemal dwie i pół dekady poszerzały granice wiedzy geograficznej i przynosiły rozrywkę milionom ludzi. Żaden żyjący człowiek nie zasługiwał bardziej na zaszczyt odegrania głównej roli w wielkim międzynarodowym widowisku, w którym ostatecznie wzięło udział osiem państw, dziesiątki statków i samolotów oraz ponad półtora tysiąca osób.

Wielkich tajemnic geograficznych, które przez stulecia frapowały śmiałków, było na początku XX wieku całe mnóstwo. Na mapach świata, skądinąd coraz bardziej szczegółowych, nadal znajdowały się białe plamy. W czasach, gdy wielokrotnie odwiedzano Tybet, Afrykę i Amazonkę, pływano po wszystkich oceanach i przemierzano wszystkie pustynie, Przejście Północno-Zachodnie, biegun południowy i biegun północny, które kusiły pokolenia poszukiwaczy przygód, wciąż nie zostały podbite. A jednak w ciągu dwudziestu lat jeden człowiek miał zostać ich niekwestionowanym zdobywcą.

Choć Norweg Roald Amundsen znany jest jako pierwszy człowiek, który dotarł na biegun południowy – czego paradoksalnie nie uważał za swoje największe osiągnięcie – to należy go również zapamiętać jako jednego z największych odkrywców wszech czasów. Wyczyny Amundsena, podobnie jak dokonania szanowanego brytyjskiego marynarza Jamesa Cooka, nie mają sobie równych. W odróżnieniu od innych wypraw – zwłaszcza tych brytyjskich spod znaku „naszej cywilizowanej drogi”, imperium stawiającego czoła reszcie świata – Norweg traktował swoje cele jako wyzwania fizyczne i umysłowe. Planował je niczym operacje wojskowe. Jego styl – racjonalne, nie zaś romantyczne podejście do podróży i badań – zapewniał sukcesy tam, gdzie innym się nie udawało; w najsurowszych, najbardziej nieprzyjaznych miejscach na ziemi, gdzie jeden błąd mógł oznaczać porażkę, a może i śmierć. Realizacja celów w stylu wojskowym – z nieodłącznym zapałem i krzykliwą przebojowością – na zawsze zmieniła sposób postrzegania świata fizycznego i organizacji przyszłych ekspedycji.

Norweg umiał przyciągnąć uwagę. Aby sfinansować wyprawy, jeździł z wykładami, podczas których opowiadał mrożące krew w żyłach historie o swych grożących śmiercią przygodach i geograficznych podbojach. W prasie nazywano go „ostatnim z wikingów”, on zaś szybko nauczył się, żeby nigdy nie robić niczego, nie zapewniwszy sobie uprzednio zaliczki (i zapłaty za prawa do opowieści). Imponujący, arogancki, skłonny do rywalizacji Amundsen był skrupulatnym organizatorem. Uniknął skrajnych cierpień i wczesnej śmierci, które były powszechne wśród podróżników. Publicznie bywał małomówny i grubiański, zarzucano mu przebiegłość i bezduszność, a jego pogoń za sławą i uznaniem publiki postrzegano jako coś niestosownego czy też niedżentelmeńskiego; uznawano, że Norweg narusza niepisany kodeks, jakim powinien kierować się poważany poszukiwacz przygód. Amundsen traktował wyprawy odkrywcze jako podniecające przedsięwzięcie, które przynosiło ukojenie jego niespokojnej duszy, ale nie uświadamiał sobie lub nie brał pod uwagę politycznych i nacjonalistycznych motywacji, które inspirowały i pomagały finansować innych badaczy. Jednym z nich był Robert Falcon Scott z Brytyjskiej Ekspedycji Antarktycznej, który zginął, ścigając się z Amundsenem na biegun południowy.

Przez minione stulecie biografowie i historycy obszarów polarnych przeciwstawiali Amundsena Scottowi i porównywali obu odkrywców. Życie i osiągnięcia Norwega sprowadzono do tego pojedynczego wydarzenia, przedstawiając go często jako nieokrzesanego odtwórcę epizodycznej roli w tragedii Scotta. Ale Amundsena nie uważano powszechnie za człowieka oziębłego i prostego. Jego amerykański przyjaciel Lincoln Ellsworth twierdził, że „był on jak dziecko, które tak często zawodzili inni, że koniec końców nie ufał nikomu. Zamknął się więc w lodowej skorupie. (…) Nie było człowieka serdeczniejszego, chłopaka, który figlowałby weselej niż Amundsen po pięćdziesiątce, gdy go poznałem”. Norweski podróżnik intuicyjnie wyczuwał przy tym nastrój i myśli innych. Gdy uznał, że zebranym nieswojo jest ciągle podnosić na niego wzrok, sugerował, by wszyscy, łącznie z nim, usiedli.

Choć Amundsen walczył o powszechne poważanie, oblekając swoje wyczyny w płaszczyk dokonań naukowych, uważał, że tak naprawdę dokonuje podbojów, bije rekordy i dopisuje je do CV, zdobywa symboliczne trofea, które umieszcza się nad kominkiem – czyli postępował w dużej mierze tak, jak współcześni zawodowi podróżnicy. Kiedy usłyszał, że Amerykanin Richard Evelyn Byrd zamierza polecieć na biegun południowy, powiedział przyjacielowi: „Oczywiście, że Byrd może polecieć na biegun, jeśli chce, ale po co? Nie rozumiem czegoś takiego. Byłem tam, Scott tam był – nie ma tam nic więcej do odkrycia. Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć wybrać się w miejsce, gdzie był już ktoś inny? Albo udać się tam tylko po to, by dotrzeć na miejsce w inny sposób?”. Któregoś razu pisał z kolei, że cieszy się, iż nie urodził się później, bo nie pozostałoby mu nic innego niż podróż na księżyc. Był w najwyższym stopniu człowiekiem czynu, aktorem w wielkim dramacie własnego autorstwa. Nie reklamował sprzętu, by w ten sposób sfinansować swoje ekspedycje, tylko dlatego, że nie było go zbyt wiele, a turystyka nie stała się jeszcze rozrywką klasy średniej, ale za to przy każdej okazji zachwalał inne produkty (buty, pastę do zębów, konserwy).

W początkach XX wieku Amundsen był wielką postacią życia publicznego. W epoce sprzed internetu, telewizji, radia i łatwego podróżowania celował w sprzedawanie publiczności emocji i przygód. Wystarczy pobieżnie przejrzeć archiwum „New York Timesa” z lat 1903–1928, żeby znaleźć ponad 400 poświęconych mu artykułów. To entuzjastyczne wyrazy uznania dla jego osiągnięć, powiadomienia o zaszczytach, jakie nań spadły, wręczonych mu orderach i oficjalnych pochwałach, ogłoszenia o nadchodzących wykładach, jego komentarze odnośnie do wydarzeń na świecie oraz szczegółowe informacje na temat własnych planów. Część z tych tekstów przywodzi na myśl kronikę towarzyską – można się dowiedzieć, jaką prestiżową nagrodę Amundsen otrzyma w Paryżu, co prezydent Theodore Roosevelt napisał w liście odczytanym podczas obiadu na cześć Amundsena w Nowym Jorku albo jakiego niemieckiego medalu naukowego norweski odkrywca zrzekł się w trakcie wojny. Na łamach prasy omawiano nawet licytacje jego rękopisów, do których stawali wydawcy.

Amundsen pisał o swoich wyczynach z cierpkim, umniejszającym własną wartość poczuciem humoru, wolnym od nacjonalistycznego patosu i filozofii dla ubogich, fałszywego moralizowania i płytkich introspekcji, tak popularnych w wypowiedziach wielu innych podróżników tamtej epoki. Często używał żartobliwego i umyślnie sensacyjnego tonu; był urodzonym gawędziarzem zaśmiewającym się z własnych opowieści. „(…) próbowałem być trochę poetyczny… »Nigdy nie spoczywający duch ludzki«… »Tajemnicza, groźna pustynia lodowa!«… Nie, jakoś mi nie wychodziło, widocznie było jeszcze zbyt wcześnie” – pisał tuż przed wyruszeniem na nartach na biegun południowy. Przeżywszy niebezpieczną sytuację w Arktyce, zauważył, że „napięcie towarzyszące mi od trzech tygodni minęło jak ręką odjął i znów mam apetyt. Stałem się niemal dzikusem. Na olinowaniu wisiało wiele renów, na które rzuciłem się teraz z nożem w ręce. Z zajadłością raz po raz odcinałem surowe mięso i pożerałem je w plastrach i całych kawałach, dopóki – niczym wygłodzone zwierzę – kompletnie się nie przesyciłem”[3]. Innym razem, cytując powieściopisarza Reksa Beacha, rozmyślał nad tym, że „bogini sukcesu to kobieta, która obstaje przy tym, by ją zdobyć, a nie adorować. Trzeba ją schwytać i uprowadzić, nie zaś stać pod jej oknem z mandoliną”[4].

Amundsen był artystą estradowym najwyższej klasy, tyle że to geograficzne podboje, których dokonywał z prostotą i wdziękiem, stanowiły jego rzemiosło. Ludzie łaknęli jego opinii, rzucali się na jego książki i ustawiali w kolejce na wykłady. Mimo to przez większość kariery zawodowej balansował na krawędzi bankructwa, ścigany przez komorników nawet w miejscach publicznych i podczas ceremonii. Jeśli chodzi o biznesową stronę wypraw, Amundsen był obojętny, o ile nie nieudolny – wszystko, co zarobił i pożyczył, wkładał w kolejną wielką przygodę. W pewnym momencie uwikłał się nawet w proces o długi z bratem. Ellsworth, przyjaciel odkrywcy i współuczestnik jego ekspedycji, przypominał sobie: „W jego pokoju w hotelu Waldorf często słyszałem tajemniczy szelest papieru na podłodze – kolejny nakaz stawiennictwa przed sądem wsunięto pod drzwi”. Wiele o charakterze Norwega mówi jednak to, że gdy tylko dysponował pieniędzmi, które przyniosła mu ostatnia książka bądź trasa z wykładami, zawsze spłacał wierzycieli.

Podobnie jak wszystkie niezwykłe postaci, Amundsen dorobił się kilku przydomków: „Ostatni z wikingów” kojarzył się ze śmiałymi przedsięwzięciami, które podejmowali jego pobratymcy w przeszłości, „Napoleon strefy podbiegunowej” odnosił się do jego stylu działania i planowania podbojów, zaś „Biały orzeł” przywoływał na myśl jego imponującą powierzchowność. Podobnie jak jego przodkowie, wikingowie, robił wrażenie swoją posturą. Krok tego człowieka zdradzał pewność siebie, postawa przekorę, orli nos zdawał się gratką dla karykaturzystów, a nad łysiejącą głową dominowały białe kłęby wspaniałych wąsów. Twarz miał spaloną słońcem i przedwcześnie postarzałą od brnięcia przez zamiecie śnieżne na nartach lub w saniach z psim zaprzęgiem, a także przez ciągłe troski o nędzny stan finansów. Skóra wokół jego przenikliwych niebieskoszarych oczu była pomarszczona od bezustannego mrużenia powiek pośród skrzącego się lodu i na rozległych zamarzniętych morzach. Te oczy, jak zauważył jeden z jego przyjaciół, „przewiercały się przez człowieka, gdy zwracały się ku nieskończoności”.

Amundsen żył z werwą i pasją. Według Ellswortha, który znał go przez cztery lata i dwukrotnie brał udział w jego wyprawach polarnych, Norweg odziedziczył „niesamowity apetyt, dorównujący mocy jego niespokojnego ducha (…) po tych na poły dzikich przodkach, którzy żeglowali do Ameryki stulecia przed Kolumbem”. Pochłaniał niemal wszystko, od góry jajek na twardo po michę tłustych klopsików. Wydawało się, że służy mu monotonna dieta złożona z pemikanów i ciasteczek owsianych, ale jednocześnie nigdy nie miał nic przeciwko polowaniu na tak rzadko spożywane zwierzęta jak delfiny, foki i pingwiny, których mięso – jak sam głosił – było wprost stworzone do jedzenia, „zupełnie jak wołowina”. Kiedyś zjadł nawet swoje psy zaprzęgowe. „Wyglądało na to, że gardło ma wyłożone azbestem, a trawi niczym struś”, wspominał Ellsworth. Amundsen znany był także z tego, że duszkiem wypijał bardzo gorącą czekoladę, stawiał pusty kubek na ziemi i oświadczał: „Dobre!”, podczas gdy inni dopiero cierpliwie czekali, aż ich kubki nieco ostygną. Nigdy nie nadużywał napojów wyskokowych – każdego popołudnia nalewał sobie tylko szklaneczkę okowity albo innego alkoholu, rzucał okiem na zegarek i czekał, aż wybije dokładnie siedemnasta, a następnie ją wypijał.

Ostatni wiking był także uparty i nieustępliwy. Miał zdecydowane poglądy na wiele spraw, nie brakowało mu ani przyjaciół, ani wrogów. Niemal nie dało się go zmusić do zrobienia czegoś, czego zrobić nie chciał – nawet do wygłoszenia przemowy, jeśli nie był w odpowiednim nastroju – a jednak przepadł, gdy pognał na ratunek człowiekowi, którego nienawidził. Zawsze niespokojny i w ruchu, do samego końca pragnął dowieść, że nadal ma to, czego potrzeba, by przewodzić innym, że jego dni chwały to nieodległa przeszłość. Wzbraniał się przed rolą starszego męża stanu, nie chciał, by skupiało się na nim niezdrowe zainteresowanie, gdy będzie niknął w oczach w swojej odizolowanej posiadłości. W przeciwieństwie do swego mentora i rodaka Fridtjofa Nansena, znamienitego norweskiego patrioty, który zdobył sławę dzięki pierwszej odnotowanej przeprawie przez Grenlandię, Amundsen nie był naukowcem ani akademikiem – nie pragnął cieszyć się wygodą szacunku, ale za to nieustannie szukał uznania swych śmiałych wyczynów. Był zawodowcem, przez całe życie oddanym własnemu rzemiosłu. Nie mógł tak po prostu rozpocząć innej kariery.

Ludzie Amundsena go kochali; budził on oddanie, o którym inni mogli tylko pomarzyć. Za lojalność odpłacał lojalnością, nawet jeśli oznaczało to, że poważnie ucierpi jego reputacja, jak stało się w przypadku skompromitowanego amerykańskiego odkrywcy doktora Fredericka Cooka. Opowiadając o tym, w jaki sposób przewodzi ludziom, stwierdził krytycznie, co rzadko mu się zdarzało, że „Nansen jest zbyt królewski. Nie będzie przestawał z motłochem”. Niektórzy członkowie ekspedycji Amundsena mówili nawet, że oddaliby za niego życie. „Gdyby brakowało nam jedzenia i powiedziałby, że ktoś musi się poświęcić dla innych, z chęcią po cichu ruszyłbym ku zaspie śnieżnej, żeby umrzeć”, utrzymywał Oscar Wisting, który był z Amundsenem na biegunie południowym, w Przejściu Północno-Wschodnim i na biegunie północnym.

Amundsen oczekiwał, że jego ludzie będą podobni do niego – poza siłą fizyczną i nierzucającymi się w oczy kompetencjami mieli także cechować się „odwagą i nieustraszonością, brakiem samochwalstwa czy skłonności do wielkich słów, i gotowością, by wśród żartów i przekomarzanek iść prosto w zamieć śnieżną”. Był wiecznym optymistą, który często liczył na łut szczęścia i zawsze wychodził na swoje, a jedna z jego ulubionych maksym brzmiała: „Gdy jest najciemniej, zawsze z przodu majaczy światło”. Potrafił jednak w zupełnie przyziemny sposób dzielić bolączki z podwładnymi, nawet gdy pozostawał ich nieugiętym dowódcą – jakimś sposobem był zarazem szefem i druhem. „Człowiek jest tam szczęśliwy w dwóch przypadkach – mówił o biegunie północnym – kiedy ma w brzuchu gorący płyn i gdy leży w śpiworze”. Pewnego razu na statku miotanym przez sztorm jego towarzysz stwierdził, że nie lubi morza. Amundsen, blady od choroby morskiej, odparł: „Ja też nie. Po prostu musimy je znosić”.

Ale podobnie jak każda osoba publiczna, podróżnik ten był kimś więcej niż tylko postacią z łamów prasowych. Amundsen jako człowiek głęboko skryty i tajemniczy rzadko rozmawiał o sprawach, które nie wiązały się z jego publicznym wizerunkiem – nosił kunsztowną maskę niezłomności i determinacji, co przez dekady urzekało publiczność. Był równie oględny i rozważny w sprawach prywatnych, co ekstrawagancki na zewnątrz. W oficjalnych dokumentach i wykładach nigdy nie wspominał o swych trzech skomplikowanych romansach (wszystkich z mężatkami) ani o kłótniach z rodziną, dopóki ledwie półtora roku przed śmiercią nie opublikowano jego dziwnie nieścisłej i niekonsekwentnej biografii.

Możliwe, że to chęć rehabilitacji i znalezienia się w centrum uwagi popchnęły Amundsena do ostatniego – niebezpiecznego i zaplanowanego w pośpiechu – lotu francuskim dwupłatowcem. A może Norweg bał się przyjazdu swojej amerykańskiej narzeczonej? Niezależnie od powodu Ostatni wiking wyruszył 18 czerwca 1928 roku w swoją ostatnią wielką polarną przygodę. Dwusilnikowy dwupłat z Norwegiem jako drugim pilotem i czterema Francuzami na pokładzie wzbił się w błękitne północne niebo z Tromsø i odleciał w stronę Spitsbergenu.

O dziwo na kilka dni przed odlotem Amundsena wielu obserwatorów przeczuwało, jaki los go spotka. Jeden z nich zauważył nawet łzy na policzku polarnika w dniu, w którym z opóźnieniem wsiadł do jadącego na północ pociągu do Bergen, dokładnie dwadzieścia pięć lat od chwili, gdy wypłynął w morze, ku Przejściu Północno-Zachodniemu, by dokonać pierwszego wielkiego podboju. „Ach, gdyby pan tylko wiedział, jak wspaniale jest tam na północy”, powiedział do włoskiego reportera w swoim domu w Uranienborgu, na wybrzeżu niedaleko Oslo. „Chciałbym tam umrzeć i pragnę tylko, żeby śmierć przyszła do mnie po rycersku, szybko i bez cierpienia, by zastała mnie podczas jakiegoś wielkiego wyczynu”. Ostatnie godziny, które spędził z przyjacielem Fritzem Zapffem, były godne uwagi także ze względu na nietypową dla Amundsena zadumę. Podróżnik wręczył Zapffemu zepsutą zapalniczkę, a gdy ten powiedział, że odda ją do naprawy, Amundsen odparł, żeby nie robił sobie kłopotu: „Nie będę jej już potrzebował”.

Wydawało się, że przeżywał wewnętrzny konflikt; że ścierały się w nim nostalgiczna melancholia ostatnich dni w domu oraz poczucie obowiązku, które popychało go do spełnienia oczekiwań publiki. Nawet przyszła żona płynąca z Nowego Jorku nie powstrzymała go przed pogonią za jeszcze większym uznaniem w strefie podbiegunowej, która przez dwie i pół dekady służyła za scenografię dla jego imponujących dokonań. Nigdy nie dowiemy się, co myślał na temat nieuchronnego przybycia alaskańskiej kochanki, która zamierzała poślubić go w Norwegii, ponieważ zaginął po nim wszelki ślad. Kilka tygodni po tym, jak dwupłatowiec wystartował z Tromsø, na wzburzonych wodach Morza Barentsa wytropiono dwumetrowy niebieski ponton i szczątki. Ponton bez wątpienia wykorzystano w charakterze tratwy ratunkowej.

Ostatni ukłon Amundsena na międzynarodowej scenie okazał się dziwnie adekwatnym zwieńczeniem życia i kariery najbardziej zagadkowego i dynamicznego pioniera złotej ery wypraw polarnych. Jego tajemnicze zniknięcie stanowiło zgrabne zakończenie tego życia rodem z powieści przygodowej. Mimo to taki obrót sprawy przyniósł również pewne rozczarowanie. Śmierć Amundsena jest bowiem o wiele mniej intrygująca niż to, jak żył.

[2] W Polsce piosenka ta znana jest pod tytułem Dzwony mojej wioski (przyp. tłum.).

[3]R. Amundsen, Moje życie polarnika, przeł. H. Thylwe, Warszawa 1993. Wszystkie cytaty z Mojego życia pochodzą z przekładu Hanny Thylwe, chyba że różni się on od wydania angielskiego na tyle, iż konieczne są uzupełnienia. Przekład angielski, na którym bazował autor niniejszej książki, w wielu miejscach jest nieścisły względem oryginału. W przekładzie polskim również zdarzają się drobne nieścisłości (przyp. tłum.).

[4] R. Beach, Srebrna ławica, przeł. S. Heymanowa, Warszawa 1990. Tłumaczka polskiego wydania pominęła ten fragment, więc podaję go we własnym przekładzie (przyp. tłum.).

CZĘŚĆ PIERWSZA

ZACHÓD

1

CHŁOPAK Z KRÓLESTWA GÓR

Najważniejsze dla powodzenia ekspedycji są: jej wyposażenie, umiejętność przewidzenia wszelkich trudności i przyjęcie takich metod działania, aby móc stawić im czoła lub ich uniknąć.

Szesnastego czerwca 1903 roku jednomasztowy żaglowiec rybacki o nazwie Gjøa stał przycumowany do pomostu nad fiordem Kristiania. Pokład małej łodzi zalewały „potoki deszczu”, a straszny sztorm zbijał fale w niebezpieczne przeciwprądy. Kapitanem statku był wyczerpany, udręczony zgryzotami codzienności trzydziestojednoletni marzyciel i intrygant Roald Amundsen. Jak dotąd w życiu parał się trochę medycyną akademicką, pracował jako marynarz i oficer na statkach rybackich i handlowych, a także przeżył zimę w Antarktyce z kiepsko zorganizowaną wyprawą belgijską. Co najważniejsze, odziedziczył znaczny spadek, który wydał na łódź i załogę złożoną z sześciu młodych, choć doświadczonych marynarzy. Przygotowywał się do wielkiej przygody, o której marzył od chłopięcych lat: żeglugi niezdobytą arktyczną drogą wodną znaną jako Przejście Północno-Zachodnie.

Niestety, spadek nie wystarczył, by sfinansować ambitną podróż. Amundsen prosił o pieniądze w wielu „uczonych towarzystwach i u prywatnych mecenasów nauki”, ale bez większego skutku. Pozostałą część musiał wziąć na kredyt. Nie zapłacił jeszcze za lata zapasów i sprzęt, który przechowywał na pokładzie, a wierzyciele prześladowali go od miesięcy. Dzień przed rozpoczęciem wyprawy najważniejszy z nich zażądał spłaty w ciągu dwudziestu czterech godzin. Zagroził konfiskatą Gjøi i aresztowaniem Amundsena za oszustwo. W geście desperacji podróżnik zwołał zebranie załogi, ujawnił, w jak opłakanym stanie finansowym się znajdują, i namówił podwładnych do śmiałego przedsięwzięcia.

Tuż przed północą, gdy sztorm wstrząsał Gjøą, w strugach deszczu, pierwszy oficer wskoczył na pokład i wykrzyczał najświeższe wieści: wierzyciel jest na nabrzeżu razem z komornikiem i posterunkowymi; czeka, aż przejdzie burza, by móc skonfiskować statek. Amundsen „chwycił siekierę, pognał prosto w nawałnicę i odciął liny cumownicze”, a łódź rzuciła się w burzę, płynąc na południe przez fiord ku cieśninie Skagerrak i Morzu Północnemu – w stronę śmiercionośnego Przejścia Północno-Zachodniego położonego z dala od jurysdykcji sądów upadłościowych. Po latach Amundsen opowiadał z radością: „Kiedy nad naszym straszliwym wierzycielem zaświtał dzień, byliśmy już bezpieczni na otwartym morzu; siedmiu najszczęśliwszych piratów, jacy kiedykolwiek pływali pod czarną banderą, ruszało w trzyletni rejs, podczas którego – zgodnie z wolą losu – dokonać mieli czegoś, z czym od przeszło czterech wieków na próżno zmagali się inni badacze”.

Całkiem możliwe, że życie żeglarza i poszukiwacza przygód było przeznaczeniem tego młodego człowieka, który zdobył Przejście Północno-Zachodnie. Roald Engelbregt Gravning Amundsen urodził się 16 lipca 1872 roku jako czwarty i ostatni syn Jensa Engebretha Amundsena i Hanny Henrikke Gustavy Sahlquist. Jego matka była córką wysokiego urzędnika z klasy średniej, a o szesnaście lat starszy od niej mąż odnosił sukcesy jako właściciel firmy i kapitan statku. Gdy brali ślub, Jens był człowiekiem zamożnym i bywałym w świecie. W 1854 roku wraz ze wspólnikiem kupił na aukcji złomu starego hulka, naprawił go w małej stoczni i ochrzcił ponownie jako Feniksa, żywiąc przekonanie o symbolicznej sile słów i ich profetycznej mocy; później Roald będzie je podzielał.

Rok później, gdy w wojnie krymskiej Rosja stanęła do walki z Turcją, Francją i Anglią, Feniks pożeglował na Morze Czarne. Szczęśliwym trafem zacumowany pod Sewastopolem statek został gorąco przyjęty przez Brytyjczyków i zamieniony w kwatery zimowe dla oficerów. Później służył brytyjskiej kawalerii, transportując przez całą wojnę obrok i słomę. Jens wrócił do Norwegii w 1856 roku. Dzięki konfliktowi, który położył fundamenty pod jego fortunę, stworzył imperium handlowe. Jego przedsiębiorstwo rozkwitło dzięki swobodniejszemu handlowi morskiemu drugiej połowy XIX wieku, kiedy to Brytyjczycy uchylili Akty Nawigacyjne, otwierając świat kupiectwa morskiego przed ambitnymi, lecz biednymi ludźmi morza pochodzącymi z takiej pustyni handlowej, jaką była Norwegia. Jens okazał się bystrym, bezkompromisowym kapitanem nastawionym na zysk, jeśli nie – ze współczesnej perspektywy – wręcz pozbawionym skrupułów: pośród innych ładunków przewoził także po całym świecie chińskich robotników kontraktowych, co stanowiło wówczas praktykę niewiele lepszą od handlu niewolnikami. Gdy poznał Gustavę Sahlquist, był już szanowanym członkiem kupieckiej elity, właścicielem bądź współwłaścicielem trzydziestu statków, które pływały po całym globie. Wedle norweskiej tradycji właściciele byli zwykle kapitanami własnych statków, dlatego małżeństwo nie zmieniło zanadto jego życia. Pierwsze dziecko Jensa i Gustavy urodziło się w Chinach.

Po wielu latach życia na pokładzie statków handlowych krążących po całym świecie, kilku kolejnych latach w Hvidsten, ustronnym domu na wybrzeżu niedaleko portu w Sarpsborgu i narodzinach trzech następnych synów Gustava przekonała męża do przeprowadzki do Kristianii, jak nazywało się wówczas Oslo. Choć Kristiania była bardziej miejska niż Sarpsborg, nadal przeważały w niej ciągnące się kilometrami drewniane domy wybudowane wzdłuż fiordu, który otaczały zazielenione od sosen góry z ośnieżonymi szczytami. Nowy dom Amundsenów znajdował się niedaleko centrum miasta, miał dwie kondygnacje i pracowało w nim kilkoro służących, a jego tył wychodził na zalesioną głuszę. W ówczesnej Norwegii wyróżniał się miejskim charakterem, a mimo to posiadał pewien prowincjonalny urok i okazał się dobrym miejscem dla dzieci, które mogły dzięki temu poznać dwa światy – miejski i wiejski. Chłopcom – Jensowi, Gustavowi, Leonowi i Roaldowi – bez wątpienia przyszło dorastać w sielskich warunkach: bardzo wcześnie opanowali sztukę jazdy na nartach i łyżwach, którą praktykowali w lesie za domem, nauczyli się także robić węzły, rzeźbić w drewnie i radzić sobie na wodzie. Poznali las, a równocześnie mogli zgłębiać zakątki miasta.

Jens senior był dobrym, lecz surowym ojcem, szanowanym przez rodzinę i lokalną społeczność, a przy tym człowiekiem powszechnie lubianym. Raczył synów opowieściami o przygodach na morzu i w egzotycznych krainach. Gdy nie był w podróży, angażował się w życie chłopców, udzielając im praktycznych rad, jak choćby na temat bijatyk: „Nie chcę, żebyście wdawali się w bójki. Ale jeśli już musicie, zadajcie pierwszy cios, a zobaczycie, że to wystarczy”. Wydaje się, że Roald wziął sobie te słowa do serca i stały się one dla niego czymś w rodzaju życiowej filozofii: jeśli się coś zaczyna, trzeba w to wejść na poważnie i doprowadzić do końca. Odziedziczył wprawdzie po ojcu zew przygody, ale z pewnością nie jego wyjątkowy zmysł do interesów, co prześladowało go przez większość życia.

Za to Gustava była chyba nieszczęśliwa. W wakacje i święta Bożego Narodzenia sporadycznie jeździła z synami w odwiedziny do ich kuzynostwa w Hvidsten, zwykle zostawała jednak w domu w Kristianii lub odwiedzała krewnych. Kusi, by przypisać późniejszą żądzę podróżowania i ambicje Amundsena jego ojcu i rodzinnemu interesowi handlowemu o międzynarodowym zasięgu, ale to Gustava popierała formalną edukację chłopców, dzięki której zaczęli inaczej spoglądać na świat – mniej pragmatycznie i zarazem bardziej intelektualnie niż ojciec. To ona nakłoniła rodzinę do przeprowadzki do Kristianii, gdzie Roald bez wątpienia miał kontakt z ideami i poglądami, które nie były powszechne na słabo zaludnionych obszarach wiejskich. Żadnego z Amundsenów nie powściągały prowincjonalizm, kompleks niższości albo zaściankowość, które mogłyby okazać się skutkiem dorastania z dala od świata. Gustava dopilnowała, by jej synowie mieli styczność z ważnymi wówczas nurtami intelektualnymi i kulturalnymi.

W stolicy bracia Amundsenowie chodzili do prywatnej szkoły, ale tylko Gustav, drugi pod względem starszeństwa, skończył studia, nim w 1886 roku w wieku sześćdziesięciu sześciu lat zmarł ich ojciec. „Trudno jest stracić takiego ojca, ale taka była wola Boża, a wola Boża musi się spełnić”, pisał czternastoletni wówczas Roald. Sugerowano czasem, że ta i podobne wypowiedzi Amundsena na przestrzeni lat to dowód na jego religijność, ale równie prawdopodobne wydaje się, że owe frazesy miały pomóc uchronić się od rozpaczy, do jakiej prowadziła śmierć ukochanego ojca; to słowa kogoś, kto wie, że musi coś powiedzieć, ale nie jest w stanie wyrazić, jak potwornie się czuje. Wkrótce po śmierci ojca bracia Roalda opuścili dom rodzinny. Sam Amundsen, jak zuchwale zapisał w autobiografii, pokonał „zwyczajową ścieżkę norweskiej edukacji bez żadnych perypetii”.

Gdy trzej najstarsi synowie Gustavy wyruszyli w morze, jej nadzieje, że jedno z dzieci poświęci się karierze lekarskiej, skupiły się całkowicie na Roaldzie. „To pragnienie, które wywodziło się w całości od niej, bo sam nigdy nie podzielałem jej entuzjazmu, miało jednak pozostać niezrealizowane”. Najpewniej to właśnie z powodu szacunku matki dla wyższego wykształcenia Amundsen zaczął czytać anglojęzyczne książki opisujące dzieje świata poza granicami Norwegii. W trakcie nauki, którą kontynuował, by zadowolić Gustavę, zainteresował się brytyjską historią, a zwłaszcza tragicznym losem Johna Franklina i jego dążeniami do odnalezienia legendarnego Przejścia Północno-Zachodniego, a także wcześniejszymi ekspedycjami w arktyczne rejony Ameryki Północnej. „Czytałem je z żarliwą fascynacją, która ukształtowała bieg mego życia”, wspominał.

Jego opis powrotu z jednej z wypraw zachwycił mnie bardziej niż wszystko, co wcześniej czytałem. Opowiadał, jak wraz ze swoją skromną ekipą przez trzy tygodnie zmagał się z lodem i nawałnicami, bez żadnego jedzenia, nie licząc kilku kości znalezionych w opuszczonym indiańskim obozie, i jak – nim ostatecznie wrócili do bastionu cywilizacji – musieli zjeść własne skórzane buty, by utrzymać się przy życiu. Co dziwne, rozgorzała we mnie ambicja, by znosić te same cierpienia. W tajemnicy (…) postanowiłem nieodwołalnie zostać badaczem Arktyki.

Roald znaczy po norwesku „wspaniały”. Jako młody człowiek Amundsen marzył o wspaniałej przyszłości, w której udałoby mu się dowieść słuszności swojego imienia, a być może dorównać także spuściźnie ojca. Miał wizje, w których pokonywał – na przekór wielkim przeciwnościom – geograficzne chimery, znosząc przy tym niesamowite cierpienia. U końca zostawał bohaterem.

Amundsen brnął przez studia, kończąc każdy rok ze stopniami, które odzwierciedlały jego obojętność i umiarkowany entuzjazm, co ledwie wystarczało, by zadowolić matkę. Równocześnie nadal snuł marzenia i podczas każdej możliwej przerwy w nauce trenował na dworze. „Od października do kwietnia wychodziłem na świeże powietrze, poznając wzgórza i góry piętrzące się wszędzie wokół Oslo, nabierając wprawy w przeprawach przez lód i śnieg i wyrabiając mięśnie przed nadchodzącą wielką przygodą”, wspominał. Uwielbiał jeździć na nartach, ale piłka nożna – inny popularny wówczas w Norwegii sport – interesowała go w umiarkowanym stopniu. Mimo to grał w nią dla samego wysiłku fizycznego. Nawet zimą sypiał przy otwartym oknie, mówiąc matce, że uwielbia świeże powietrze, choć tak naprawdę „była to część procesu hartowania”. Organizował też krótkie wyprawy, na które zapraszał kilku przyjaciół: między innymi jednonocne wędrówki pod rozgwieżdżonym niebem urozmaicane niezrównanie pięknymi wirującymi zorzami polarnymi. Ruszał ku zimowym pustkowiom, by poprawić swoją wytrzymałość.

Jeśli u schyłku XIX wieku ktoś w Norwegii szukał wyzwania, zawsze miał do wyboru dwie możliwości: morze albo zajmujące dużą część kraju góry. W 1889 roku marzenia Amundsena o cierpieniach i walce o przetrwanie zostały poważnie rozbudzone. Fridtjofowi Nansenowi, który przemierzył na nartach mroźną Grenlandię, tamtego lata zgotowano po powrocie do Kristianii powitanie godne bohatera. Nansen płynął fiordem w stronę miasta w otoczeniu floty łódek, na których z dumą wymachiwano flagami, podczas gdy na pokładach większych statków przygrywały orkiestry. „Jego wysoka postać promieniowała podziwem całego świata dla dokonanego przezeń czynu”, wspominał Amundsen. Całe miasto przyłączyło się do świętowania. Ulice wypełniał wiwatujący tłum, a Nansen wraz z odważnymi towarzyszami kluczył po Kristianii w radosnej paradzie. Wraz z pięcioma rodakami zgarnął geograficzny laur, wymykający się wcześniej wielu międzynarodowym ekipom, w tym zespołowi brytyjskiego alpinisty Edwarda Whimpera, który wspiął się na Matterhorn, amerykańskiemu oficerowi marynarki Robertowi Peary’emu, który miał później poprowadzić ekspedycję na biegun północny, a także szwedzkiemu odkrywcy i arystokracie Adolfowi Erikowi Nordenskiöldowi, pierwszemu, który pokonał Przejście Północno-Wschodnie.

Norwegia nie była jeszcze niepodległym krajem, lecz znajdowała się pod panowaniem Szwecji i pragnęła uznania dla rodzącego się ruchu wyzwoleńczego. Nansen odniósł sukces tam, gdzie innym się nie powiodło, i nadał rozgłos sprawie norweskiej na arenie międzynarodowej, dzięki czemu stał się wielkim człowiekiem w małej ojczyźnie. Amundsen miał nadzieję, że dorówna nowemu bohaterowi narodowemu pod względem śmiałej wizji i techniki. Siedemnastolatek żywo wspomina przybycie podróżnika: „Z bijącym sercem szedłem tego dnia pośród flag i wiwatów i wszystkie marzenia mego chłopięctwa zbudziły się gwałtownie do życia. Po raz pierwszy usłyszałem w najskrytszych myślach jasny, natarczywy szept: »Gdybyś tak zdołał przebyć Przejście Północno-Zachodnie!«”. Amundsen wkraczał w dojrzałość u zarania złotej ery norweskich wypraw, gdy duma narodowa gnała ludzi do heroicznych wyczynów niespotykanych tam od niemal tysiąca lat. Norwegowie z czułością wspominali czasy, gdy wikińscy najeźdźcy łupili wybrzeża Europy aż po Morze Śródziemne i pływali swymi smoczogłowymi knarami na zachód przez niezbadany Atlantyk aż do brzegów Ameryki Północnej.

Dojrzewanie współczesnej Norwegii było dla tego narodu twardych indywidualistów czasem optymizmu, poszerzania horyzontów i ambicji. W słabo zaludnionym kraju położonym na rubieżach Europy (pod koniec XIX wieku miał niecałe dwa miliony mieszkańców, czyli żyło tam mniej więcej dziesięć razy mniej ludzi niż w Wielkiej Brytanii i około trzydzieści razy mniej niż w Stanach Zjednoczonych) mogłoby powstać zaściankowe społeczeństwo. Kupcy musieli jednak rozglądać się za zyskami gdzie indziej, a marzyciele postrzegali szeroki świat jako prawdziwą scenę dla swych ambicji – aby odnieść sukces na innym polu niż tradycyjny przemysł, trzeba było wyjechać. Norweg mógł zyskać uznanie w ojczyźnie, po prostu zdobywając je za granicą.

Nastoletni Amundsen ledwie zdał egzaminy. Ale w tamtych czasach to wystarczało i w 1890 roku posłusznie zapisał się na Królewski Uniwersytet Fryderyka w Kristianii. Zamierzał studiować medycynę, zgodnie z życzeniem matki. „Jak wszystkie dumne matki, moja także uważała mnie za wzór pilności. Gwoli prawdy muszę przyznać, że byłem gorszy od najbardziej nawet niezainteresowanego studenta”, wspominał. Nie dostrzegając niedostatków syna, Gustava opłacała mu mieszkanie w mieście. Ten jednak nadal poświęcał się treningom na świeżym powietrzu i marzeniom, udając przez cały czas, że robi postępy na studiach.

W tamtych latach Amundsen nieustannie jeździł na nartach po nierównych wzgórzach wokół miasta, pracując nad umiejętnościami i wytrzymałością. Opanował jazdę w czasach, gdy sprzęt sportowy i sama dyscyplina gwałtownie się rozwijały: od używania pojedynczego kijka po opracowanie bardziej skutecznych metod woskowania, w tym wykorzystanie żywicy sosnowej, łoju, a nawet – w zależności od warunków – miękkiego, tłustego sera. Ówczesne narty były ciężkimi drewnianymi deskami, a jako wiązania służyły uciążliwe rzemienie.

Na początku lutego 1893 roku Amundsen uczestniczył w wykładzie norweskiego podróżnika Eivinda Astrupa, który raczył żywo zainteresowaną publiczność opowieściami o przygodach w Arktyce z amerykańskim badaczem Pearym. Astrup mówił o wyższości nart nad rakietami śnieżnymi, korzyściach z wykorzystywania psów zaprzęgowych (standardowy sposób podróżowania w Arktyce) i bogactwie wiedzy miejscowych ludów. To, że „cywilizacja” nie zawsze oferuje lepsze metody i rozwiązania techniczne, było dla młodego Amundsena objawieniem. Przyszły polarnik zrozumiał, że ludy, które żyją w Arktyce od pokoleń, dysponują lepszą wiedzą na temat tego, jak tam przetrwać; że tubylcy nie są ciemnymi dzikusami, lecz należy ich wręcz naśladować.

Amundsen był poważnym, kierującym się zasadami moralnymi młodzieńcem, który miał niewielkie grono przyjaciół i prowadził spokojne życie towarzyskie. Rzadko jednak uczęszczał na zajęcia i znalazł się na dobrej drodze, by wydalono go z uniwersytetu. Co więcej, nie zdał kilku egzaminów, ale trzymał to w tajemnicy przed Gustavą – zapewne bał się jej o tym powiedzieć. Przed wstydem i kłótnią rodzinną uratował go zgon matki jesienią 1893 roku. Miał wówczas dwadzieścia jeden lat. Nieoczekiwana śmierć „zaoszczędziła jej odkrycia, do czego by nieuchronnie doszło, iż swoje ambicje i zamiłowania ulokowałem gdzie indziej, a wysiłki, aby je urzeczywistnić, nie przybliżały mnie niestety do zaplanowanego przez nią celu”. Jeszcze w tym samym roku Amundsen rzucił uczelnię z „dużym uczuciem ulgi”. Choć studiował tylko po to, by zadowolić matkę, przez te lata cieszył się znaczną swobodą w zakresie sposobu spędzania czasu. Matka zapewniła Roaldowi nie tylko mieszkanie, lecz także gosposię, a ponadto przyznała mu pensję, która pozwalała mu na życie bez zmartwień. Choć osiągał kiepskie wyniki, dzięki uniwersytetowi miał dostęp do bieżących prądów intelektualnych i kulturalnych Europy oraz mnóstwo wolnego czasu, który mógł poświęcić na to, co naprawdę go interesowało.

Młody Amundsen, wolny od konieczności podtrzymywania farsy aktywnych starań o ukończenie studiów medycznych, odziedziczył teraz pokaźną sumę po rodzicach. Przez całe lato 1893 roku – jakby w ramach przeciwwagi dla jego żałoby – w Kristianii prowadzono ożywione dyskusje na temat nadchodzącego wyjazdu kolejnej ekspedycji pod wodzą sławnego Nansena. Tym razem Nansen otrzymał spore wsparcie od norweskiego rządu, a jego ambicje naukowe ugruntowywał doktorat. Zaprojektował i skonstruował specjalny statek z bardziej wytrzymałym i zaokrąglonym kadłubem, który powinien lepiej znosić napór paku polarnego. Wyprawa miała cel naukowy: badacz zamierzał popłynąć ku Arktyce, rozmyślnie ugrzęznąć statkiem w lodzie i obserwować, dokąd zostanie zniesiony, aby prześledzić i lepiej zrozumieć prądy polarne. Niezwykła śmiałość tego przedsięwzięcia wywołała wśród mieszkańców Kristianii entuzjazm.

Ekspedycja wyruszyła z wielką pompą w czerwcu, jeszcze bardziej utwierdzając młodego Amundsena w zamiarach poświęcenia się karierze badacza. Widział i czuł podniecenie tłumów i pragnął przeżywać podobne emocje. Choć nie wiedział, jak wygląda życie z załogą na pokładzie w trakcie prawdziwej podróży, robił wiele, by się o tym przekonać. Szczęśliwie dla niego planowano i podejmowano wiele wypraw na obydwa bieguny, nie tylko w Norwegii, ale i w Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Bieguny północny i południowy były najsłabiej zbadanymi obszarami na ziemi i odkrycia polarne niejako wisiały w powietrzu.

Kilka miesięcy później, w październiku, Amundsen napisał list do Martina Eckrolla, kierownika norweskiej wyprawy na Spitsbergen, którą zaplanowano na następne lato. „Od dawna żywię wielkie pragnienie, by przyłączyć się do jednego z owych interesujących arktycznych przedsięwzięć, lecz powstrzymywały mnie różne okoliczności. Przede wszystkim rodzice chcieli, abym studiował”, pisał. W tamtym czasie Roald często przedstawiał zarys swojej historii rodzinnej, wspominając, że obecnie jest wolny od zobowiązań, ponieważ niedawno odeszła jego matka. Oznajmił Eckrollowi, że zamierza spędzić zimę „na studiowaniu meteorologii, kartografii, geodezji” oraz innych praktycznych dziedzin, które mogły być według niego przydatne w trakcie ekspedycji. Przyszły polarnik zaznaczył, że nie chce żadnego wynagrodzenia i jest „gotów podporządkować się absolutnie wszystkiemu”. Podobne zgłoszenia wysyłał także do kierowników wypraw w różne inne odległe miejsca, ale brak doświadczenia ograniczał jego szanse.

Nie czekając na odpowiedzi – które zresztą z powodu wspomnianego braku doświadczenia w ekspedycjach polarnych i na morzu nie były przychylne – Amundsen rozpoczął dalsze treningi narciarskie w górskiej dziczy. Zorganizował wyprawę przez rozległy, niezamieszkany płaskowyż Hardangervidda ku słabo zaludnionym górom na zachodzie kraju. Była to niebezpieczna i trudna wędrówka przez chłostany wiatrami obszar i nikt nigdy nie odbył jej zimą. Dwoma towarzyszami Amundsena byli Laurentius Urdahl, doświadczony narciarz wysokogórski i szwagier brata Roalda, Gustava, oraz przyjaciel Amundsena Villhelm Holst, student medycyny. Po długim planowaniu, które odbywało się jesienią 1893 roku, w Boże Narodzenie niecierpliwe trio ruszyło pociągiem do miejsca, gdzie miała zacząć się wędrówka. Młodzieńcy upamiętnili swój – jak najwyraźniej sądzili – pewny sukces zabawnym z perspektywy czasu zdjęciem: trzej dziarscy i wyglądający na zadbanych narciarze, objuczeni wielkimi tobołami i wyposażeni w imitację sprzętu narciarskiego, z determinacją prują naprzód na tle namalowanych sosen i śniegu.

Zdarza się jednak, że za młodu nie doceniamy skali trudności przedsięwzięcia lub przeceniamy własne możliwości. Po wielu miesiącach „palenia perfumowanych papierosów”, jak wspominał Urdahl, koledzy rozpoczęli wyprawę „ospale, kompletnie odzwyczajeni od ruchu”. Sprzęt Amundsena okazał się nieodpowiedni, przez co często się ślizgał i zapadał w głębokie zaspy. Okazało się to dla niego wyczerpujące, ale przy okazji bawiło też jego kompanów. Wiązania Roalda nie pasowały do butów, przez co przy zjazdach przechylał się do przodu. Niespotykana o tej porze roku odwilż i umiarkowana śnieżyca niemal uniemożliwiały jazdę na nartach, a po kilku dniach ocieplenia temperatura gwałtownie spadła, zbliżając się do –40°C. Nocami trzej śmiałkowie niemal zamarzali w specjalnie uszytych śpiworach z futra reniferów. Potem przyszła kolejna zamieć. Mimo długich przygotowań młodzieńcy nie dotarli nawet do gospodarstwa na wschodnim krańcu płaskowyżu, bo musieli zawrócić. Była to upokarzająca porażka. Przebyli ledwie 50 kilometrów. Podbój śnieżnego pustkowia okazał się jeszcze trudniejszy, niż im się wydawało.

Niepowodzenie nie powstrzymało jednak Amundsena. Kilka miesięcy później, latem 1894 roku, zaciągnął się na statek do połowu fok na północnych norweskich wodach. Chciał w ten sposób przywyknąć do klimatu podbiegunowego i zdobyć praktyczne umiejętności oraz doświadczenie marynarskie. Mogło mu to również pomóc pokryć wydatki, ponieważ jedyne pieniądze Amundsena pochodziły ze spadku. Zamierzał starać się o patent kapitański, co było konieczne, by zostać oficerem. Ścieżka kariery wymagała lat spędzonych na morzu, wykonywania wielu zadań w roli członka załogi i zdania szeregu pisemnych testów. Był to zawód, któremu mógł się oddać z przyjemnością, więc następnych kilka lat spędził na statkach, głównie na wodach wokół Islandii i Grenlandii. „Co do życia na Oceanie Arktycznym, bardzo je lubię. Jego zła sława jest, jak to zwykle bywa, przesadna”, pisał.

Następnym punktem w planach młodego podróżnika była służba wojskowa. Obowiązek ten obejmował wszystkich młodych mężczyzn w Norwegii. Zarazem było to jednak doświadczenie, które miało pomóc Amundsenowi – jak sam uważał – rozwinąć część praktycznych umiejętności, między innymi poruszania się po śnieżnych pustkowiach. Przez kilka lat Roald bał się, że może nie zostać dopuszczony do służby z powodu wady fizycznej – słabego wzroku. Choć czytelników autobiografii zapewniał, że ma „szczególnie świetny” wzrok, przyznawał, że nigdy nie nosił okularów, które mu zalecano, ukrywając swoją krótkowzroczność. Szczęśliwie, wedle późniejszej relacji samego zainteresowanego, jego budowa ciała odwróciła uwagę lekarza wojskowego od badania wzroku i wydania poniżającego orzeczenia. „Stary lekarz obejrzał mnie od stóp do głów i nagle zaczął zachwycać się moim wyglądem. Ośmioletni trening najwyraźniej zrobił swoje. »Młody człowieku – powiedział – skąd u pana, do licha, takie mięśnie?!«. Wyjaśniłem, że lubię ćwiczenia fizyczne i często je uprawiam. Starszy pan tak zachwycił się tym odkryciem, że uznawszy rzecz za niezwykłą, wezwał z przyległego pokoju kilku oficerów, by popatrzyli na ów cud natury. Nie muszę chyba dodawać, że publiczne oględziny bardzo mnie zawstydziły i najchętniej zapadłbym się pod ziemię”. Przyjęto go do wojska, co wymagało tylko siedmiu miesięcy służby i dawało mu wiele czasu na pracę nad umiejętnościami niezbędnymi do tego, by spełnić swoje marzenia.

Pomimo braku zainteresowania formalną edukacją Amundsen zaczął czytać „wszystkie dostępne książki na ten [podróży polarnych] temat”. Przestudiowawszy dzienniki kilku badaczy, zwrócił uwagę na „pewną słabość wspólną wcześniejszym wyprawom”: ich dowódcy nie zawsze byli kapitanami statków.

W sprawach nawigacji niemal wszyscy ufali zdolnym szyprom. Kiedy tylko znaleźli się na morzu, ekspedycja miała nie jednego, lecz dwóch szefów, co miało fatalne skutki. W efekcie dowódca i kapitan dzielili się odpowiedzialnością, co zawsze oznaczało niekończące się starcia, różnice zdań i gorszą dyscyplinę wśród podwładnych. Istniały dwie grupy: pierwsza, składająca się z szefa i naukowców, i druga – z szypra i załogi. Dlatego zdecydowałem, że nigdy nie poprowadzę wyprawy, jeśli nie zdołam takiej sytuacji uniknąć. Pozostało mi więc uzyskać niezbędne umiejętności i doświadczenia, by potem zdać egzamin na kapitana.

Tylko wówczas mógłby pokierować wyprawą zarówno jako nawigator, jak i badacz, a także „uniknąć podziału na dwie frakcje”. Ta lekcja dobrze służyła mu przez wiele lat i podczas wielu ekspedycji. Gdy jedyny raz odstąpił od wspomnianej zasady, doświadczył dokładnie takich kłopotów, jakie sobie wyobrażał – musiał radzić sobie z dwoma na wpół wrogimi obozami, które nie współpracowały ze sobą jak należy, co skończyło się wieloletnimi sporami i frustracją.

Choć Amundsen miał niewiele ponad dwadzieścia lat i nie posiadał żadnego doświadczenia w kierowaniu wyprawami, już wówczas wyobrażał sobie siebie raczej jako dowódcę niż zwykłego członka załogi. Napisał do wysokiego urzędnika norweskiego rządu w sprawie statusu państwowego Spitsbergenu, pytając, czy wyprawa na wyspę leżałaby w interesie narodowym. Ale potem zwrócił uwagę ku Antarktyce. Słał kolejne listy do urzędników, dopytując o śnieg i tamtejsze warunki do jazdy na nartach, a także o liczbę fok, które można by wykorzystać jako pożywienie dla psów.

Ostatecznie jednak musiał zdawać sobie sprawę, że jest zbyt niedoświadczony, by rozważać takie przedsięwzięcie. Zamiast dalej nagabywać rządowych urzędników, wrócił do pracy nad uzyskaniem patentu kapitańskiego. Pływał na statkach handlowych należących do jego dalszej rodziny, i to do miejsc położonych tak daleko na południe jak zachodnie wybrzeże Afryki. Głównie jednak żeglował po środkowym Atlantyku z Europy do obu Ameryk. Jego zainteresowanie podróżami szybko słabło, gdy celem nie była północ. Niemniej kontynuował naukę i 1 maja 1895 roku uzyskał patent mata, co stanowiło ważny krok ku zdobyciu koniecznych do kierowania ekspedycją zdolności przywódczych i umiejętności praktycznych.

Zimą 1896 roku Amundsen zaczął planować kolejną wyprawę narciarską przez płaskowyż Hardangervidda. Miała ona wyruszyć z „Mogen, malutkiego gospodarstwa w górach po stronie wschodniej, do Garen – po stronie zachodniej”. Przypominała zatem eskapadę, która nie powiodła mu się przed laty, nadal jednak „nie istniały dowody, by ktokolwiek przemierzył płaskowyż zimą. W górach nie pojawiali się wtedy turyści – ani latem, ani zimą”. Wiele lat później wspominał, że podczas owej przygody „doszło do zdarzenia, które niemal przypłaciłem życiem. Wysiłek i ryzyko, z jakimi się wiązało, równe były spotykanym przeze mnie potem na obszarach podbiegunowych”. Chłostana wiatrami, jałowa Hardangervidda ze swymi nieprzewidywalnymi zamieciami i nieobliczalnymi temperaturami rzeczywiście przypomina o tej porze roku okolice podbiegunowe.

Tym razem Amundsenowi towarzyszył jego brat Leon, który handlował w Europie winem. Pogoda raz jeszcze poważnie pokrzyżowała drobiazgowo opracowane plany Roalda. Ledwie zdążyli wyruszyć, a już zostali zmuszeni, by spędzić tydzień w maleńkiej zagrodzie z sześciorgiem wieśniaków, czekając, aż sroga zamieć dobiegnie końca. Nim gospodarze ze smutkiem pożegnali się z dwoma młodzieńcami, starali się ich przekonać, by zrezygnowali ze swych zamiarów, znali bowiem niebezpieczeństwa, jakie kryły się zimą na płaskowyżu. „Oczywiście byliśmy dobrej myśli, uznawszy przeprawę za dosyć prostą”, wspominał młodszy z Amundsenów. Płaskowyż liczył wszerz ledwie 115 kilometrów i pokonanie go – przy ich prędkości jazdy – powinno im zabrać tylko dwa dni. Wydawało się, że to niedługo, spakowali więc jedynie skromne zapasy.