Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Stany Zjednoczone liczą jako państwo 250 lat, ale na arenie międzynarodowej zaistniały jako mocarstwo dopiero w XX wieku. Przeszły długą drogę od swoistej separacji i pilnowania swych interesów na półkuli zachodniej do światowej dominacji. Zgodnie z amerykańską Konstytucją formułowanie założeń i realizacja polityki zagranicznej stanowią prerogatywę prezydenta (któremu pomaga sekretarz stanu), pewne uprawnienia w tej dziedzinie ma też Kongres. Począwszy od Franklina D. Roosevelta, który był lokatorem Białego Domu w latach 1932–1945, kolejni prezydenci tworzyli własne modele działania wobec sojuszników i wrogów w różnych częściach świata. Rządy i opozycje w wielu krajach oczekiwały pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych. Mimo to po jej udzieleniu niejednokrotnie krytykowano Amerykę za ingerowanie w wewnętrzne kwestie innych państw.
Profesor Zbigniew Lewicki, znawca historii i polityki Stanów Zjednoczonych, w sposób syntetyczny i przystępny ukazuje amerykańską politykę zagraniczną oraz jej głównych kreatorów od chwili uzyskania niezależności w 1776 roku aż do czasów współczesnych, do początku drugiej prezydentury Donalda Trumpa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 399
Recenzent: prof. dr hab. Dariusz Góra Redaktor prowadzący: Bogusław Kubisz Korekta: Marzena Kłos Mapy: Dariusz Wieczorek Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka i Michał Warda
Copyright © by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © Zbigniew Lewicki, 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18908-9
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych jest brak polityki zagranicznej.
George Harvey, ambasador USA w Wielkiej Brytanii 1921–1923
Książka stanowi merytoryczną, choć nie formalną, kontynuację Historii Stanów Zjednoczonych Ameryki, wydanej przez wydawnictwo Bellona w 2024 r. Kwestie polityki zagranicznej były wprawdzie w niej uwzględnione, ale z konieczności bez szczegółowego ich omawiania, stąd potrzeba odrębnej publikacji.
Stany Zjednoczone liczą jako państwo 250 lat, ale na arenie międzynarodowej zaistniały w istocie dopiero w XX w. Do czasu II wojny światowej kolejni prezydenci, z niewielkimi tylko wyjątkami, nie widzieli potrzeby poświęcania uwagi kwestiom wykraczającym poza obszar państwa. To sprawia, że w niniejszym opracowaniu, podobnie jak w wielu innych, ich poglądy są przedstawiane zbiorczo. Dopiero od Franklina D. Roosevelta każdy z kolejnych lokatorów Białego Domu tworzył własny model postępowania w stosunku do sojuszników i oponentów w różnych częściach świata i ich polityka zagraniczna prezentowana jest w odrębnych rozdziałach.
Wszystkie niemal decyzje podejmowane w polityce zagranicznej są uwarunkowane kwestiami wewnętrznymi, niemniej dla jasności wywodu ten aspekt jest w niewielkim tylko stopniu uwzględniany w niniejszej publikacji. Istotną kwestią jest natomiast odbiór przez inne państwa angażowania się Waszyngtonu w wydarzenia spoza jego formalnej jurysdykcji. Rządy i opozycja w wielu krajach oczekiwały pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych, by po jej udzieleniu krytykować Amerykę za ingerowanie w wewnętrzne kwestie innych państw.
Opracowanie niniejsze stanowi możliwie bezstronną syntezę decyzji podejmowanych przez Waszyngton w zakresie polityki zagranicznej, nie zaś ich szczegółową analizę. Omawianie argumentów formułowanych przez poszczególnych polityków amerykańskich mogłoby być nieczytelne i nużące dla nieamerykańskiego odbiorcy. Stanowiska takie nie są jednak pomijane tam, gdzie przyczyniały się w istotnej mierze do wypracowania ostatecznych decyzji.
Zgodnie z Konstytucją Stanów Zjednoczonych formułowanie i realizacja amerykańskiej polityki zagranicznej stanowi prerogatywę prezydenta. Konstytucja daje jednak pewne uprawnienia w tym zakresie Kongresowi, co ten często interpretuje rozszerzająco. Spory tych gałęzi władzy pojawiły się już za kadencji George’a Washingtona w końcu XVIII w. i trwają ze zmiennym natężeniem po dziś dzień. Także i one ukazywane są w niniejszym opracowaniu w syntetycznej formie i zasadniczo tylko na tyle, na ile w istotny sposób wpłynęły na ostateczny kształt decyzji amerykańskich.
Ameryka przechodzi obecnie okres silnej polaryzacji politycznej, a jeden z zasadniczych sporów dotyczy kwestii językowych. Trudno z perspektywy innej kultury oceniać rzeczywistą konotację różnych terminów określających współczesnych potomków niegdysiejszych niewolników, odrębną kwestią jest jednak mechaniczne transponowanie tych określeń do własnego języka. Kalka, jaką stanowi określenie „Afroamerykanin”, nie tylko brzmi nienaturalnie w polszczyźnie, lecz także fałszywie sugeruje podział obywateli Stanów Zjednoczonych na Amerykanów i „Afroamerykanów”. Co więcej, rodzi pokusę tworzenia kolejnych neologizmów, takich jak chociażby „Polamerykanin” w odniesieniu do polskich imigrantów i ich potomków. W niniejszym opracowaniu pojawiają się terminy „czarny”, stosowany zarówno rzeczownikowo, jak i przymiotnikowo, oraz rzadko „Murzyn” i „murzyński”, które to określenia nie mają w opracowaniu zabarwienia pejoratywnego.
W niniejszym opracowaniu, podobnie jak w poprzednich, uwzględnia się potrzebę korekty błędnych terminów przyjętych w polskiej historiografii. Przyjęte w języku polskim słownictwo w wielu przypadkach nasuwa istotne wątpliwości. Najbardziej uderzającym tego przykładem jest słowo nation, niemal zawsze oddawane jako „naród”, a w istocie oznaczające przede wszystkim „państwo”. W rezultacie United Nations Organization to w języku polskim „Organizacja Narodów Zjednoczonych”, choć przecież w skład tej instytucji wchodzą nie narody, lecz państwa.
Kolejny błąd dotyczy tłumaczenia terminu amendment jako „poprawka” (konstytucyjna). Zgodnie z obowiązującymi w Polsce zasadami techniki prawodawczej poprawki wnosi się do projektu aktu prawnego, natomiast już istniejącego dokumentu nie poprawia się, lecz nowelizuje. Dlatego w niniejszym opracowaniu używa się konsekwentnie właściwego terminu „nowela”.
Kolejny problem merytoryczny dotyczy pojęć Declaration of Independence oraz War of Independence. Mieszkańcy brytyjskich kolonii w Ameryce byli poddanymi Korony, a nie skolonizowanymi tubylcami i walczyli nie o „niepodległość”, lecz o „niezależność”, z naciskiem na samodzielność gospodarczą. Błędne tłumaczenia obydwu terminów utrwaliły się w polskiej historiografii, niemniej w niniejszym opracowaniu przywraca się właściwe polskie słownictwo.
Dla uniknięcia nieporozumień nazwy instytucji i dokumentów federalnych podaje się wielką literą (Konstytucja, Sąd Najwyższy), natomiast ich stanowych odpowiedników małą (konstytucja, sąd najwyższy).
Pewną trudność nasuwa niemal zawsze interpretacja kwot podawanych w dokumentach z epoki. Nie ma jednolitego przelicznika dolara sprzed lat na jego dzisiejszą wartość. W niniejszym opracowaniu wykorzystuje się dane dotyczące siły nabywczej pieniądza wyliczone na stronie www.measuringworth.com. Podawane są one w nawiasach kwadratowych tam, gdzie ma to znaczenie dla wywodu.
W tekście pojawiać się mogą pojedyncze sformułowania użyte i we wcześniejszych książkach mojego autorstwa, co jest nie do uniknięcia przy publikacjach dotyczących pokrewnej tematyki. Ich łączna objętość nie przekracza 1% tekstu, co nie narusza przyjętych norm.
Wszystkie odwołania do źródeł internetowych zostały sprawdzone 10 stycznia 2026 r., co eliminuje potrzebę podawania w każdym przypadku daty odczytania strony WWW.
Jeżeli zaakceptować tradycyjny pogląd, że polityka zagraniczna odnosi się do decyzji państwa, które mają bezpośredni wpływ na inny kraj, to historia amerykańskiej polityki zagranicznej rozpoczyna się wraz z utworzeniem Stanów Zjednoczonych w lipcu 1776 r. W rzeczywistości jednak jej pierwsze elementy pojawiły się już wcześniej. Dwudziestego dziewiątego listopada 1775 r. Kongres Kontynentalny powołał do życia Komitet Tajnej Współpracy (Committee of Secret Communication) „w celu utrzymywania kontaktów z naszymi przyjaciółmi w Wielkiej Brytanii, Irlandii i innych częściach świata”1. W skład tego ciała wchodziło pięciu prominentnych polityków, z których jeden, Benjamin Franklin, miał szczególnie liczne kontakty w Europie. Jednym z pierwszych podjętych przez niego działań był udział w podjętej zimą na przełomie 1775/1776 r. próbie aneksji Kanady.
Przez pierwsze miesiące swego istnienia Komitet nie mógł jednak liczyć na poważne traktowanie za granicą, czego przyczynę najzwięźlej wyraził Richard Henry Lee: „Żadne państwo w Europie nie będzie ani paktować, ani handlować z nami tak długo, jak długo będziemy uważać się za poddanych Wielkiej Brytanii”2. Tym samym Lee jednoznacznie wskazywał na niezbędność zadeklarowania niezależności kolonii: „Zatem to nie wybór, ale konieczność wymaga Niezależności jako jedynego sposobu zawarcia sojuszów”3. Na konieczność podjęcia takiej decyzji wskazywał także Thomas Paine, autor broszury Common Sense, jednego z najskuteczniejszych tekstów propagandy politycznej w historii. Ostatecznie 2 lipca 1776 r. przedstawiciele kolonii zdecydowali o „rozwiązaniu więzów politycznych” łączących je z Wielką Brytanią.
Natomiast nawiązywanie i utrzymywanie kontaktów z francuskimi sympatykami było o tyle ułatwione, że Francja pragnęła rewanżu za klęskę, jaką poniosła na kontynencie amerykańskim podczas wojny siedmioletniej. 3 marca 1776 r. Komitet wysłał do Francji Silasa Deane’a (który okazał się później agentem brytyjskim), a 26 września ustanowił oficjalną delegację w Paryżu, w skład której poza Deanem weszli też Benjamin Franklin i Arthur Lee. Stanowisko Francji miało kluczowe znaczenie dla przebiegu i powodzenia Rewolucji Amerykańskiej, a w działaniach na rzecz zbuntowanych kolonistów ważną rolę odegrał ze strony francuskiej Pierre Beaumarchais. Niemniej John Adams dostrzegał niebezpieczeństwo związane z zawieraniem stałego porozumienia z Francją: „Nie powinniśmy zawierać z nią sojuszu, który mógłby nas uwikłać w przyszłe wojny w Europie; zachowanie całkowitej neutralności powinno stanowić pierwszą zasadę i maksymę, o której nie należy nigdy zapominać podczas wszystkich przyszłych wojen europejskich”4.
Delegacja amerykańska z powszechnie podziwianym Benjaminem Franklinem przybyła do Paryża w grudniu 1776 r., jednak przez ponad rok nie udawało się przekonać Ludwika XVI do zawarcia traktatu ze Stanami Zjednoczonymi. Wyraził on jedynie zgodę na udzielenie Unii pożyczki oraz przesyłanie za ocean broni i amunicji. Ani on sam, ani nikt prawie nie wierzył, że słabo zorganizowane i uzbrojone siły rebeliantów są warte angażowania się po ich stronie.
Natomiast Kongres działał i 18 lipca 1776 r. zatwierdził przedłożony przez Johna Adamsa tzw. Plan z 1776 r., który był modelowym tekstem traktatu międzynarodowego. Zawierał on między innymi zasadę, że poza kontrabandą, czyli bronią i amunicją, towary jednego z uczestników konfliktu zbrojnego przewożone na statkach neutralnych nie podlegają konfliskacie przez drugą z wojującch stron. Jednostki morskie strony walczącej miałyby jedynie prawo do konfiskaty kontrabandy przeznaczonej dla przeciwnika. Stany Zjednoczone korzystały z tego modelu, zawierając umowy z Holandią (w 1782 r.), Szwecją (w 1783 r.), Prusami (w 1785 r.) i Marokiem (w 1786 r.).
Natomiast stanowisko Francji uległo zmianie w wyniku klęski generała Johna Burgoyne’a pod Saratogą w październiku 1777 r. 6 lutego 1778 r. Francja podpisała ze Stanami Zjednoczonymi traktat handlowy, a przede wszystkim zawarła sojusz wojskowy, który miał obowiązywać po ewentualnym wypowiedzeniu przez Wielką Brytanię wojny Francji. Paryż zdecydował się na zawarcie traktatów głównie z tego powodu, że po bitwie pod Saratogą Londyn wyrażał zainteresowanie pogodzeniem się ze Stanami Zjednoczonymi. Nie doszło do tego tylko dlatego, że król francuski chciał podpisać umowy z każdą z byłych kolonii osobno, na co te nie wyrażały zgody.
Pomoc Francji nadal jednak ograniczała się do dostaw broni i prochu strzelniczego. Nie było to bez znaczenia, ale nie mogło prowadzić do pokonania Brytyjczyków. Jedyna próba współdziałania wojsk Armii Kontynentalnej z francuskimi oddziałami i marynarką wojenną w bitwie o Rhode Island 29 sierpnia 1778 r. zakończyła się niepowodzeniem, podobnie jak walka o odzyskanie utraconego wcześniej miasta i portu Savannah w Georgii, toczona między 16 września a 18 października 1779 r. W trakcie jednego ze starć śmierć poniósł wówczas Kazimierz Pułaski.
W lipcu 1780 r. do Ameryki przybyło 7 tys. żołnierzy francuskich pod dowództwem Jean-Baptiste’a Rochambeau. Jednak siły te przez rok biernie stacjonowały w Newport w stanie Rhode Island, zanim wspólnie z wojskiem George’a Washingtona przystąpiły do oblegania Yorktown w Wirginii. Przebywające tam oddziały brytyjskie oraz najemnicy hescy pod dowództwem generała Charlesa Cornwallisa zostały zmuszone 19 października 1781 r. do kapitulacji, co praktycznie zakończyło Wojnę o Niezależność.
Na terenie Ameryki Północnej nadal jednak pozostawały znaczne siły brytyjskie, które kontrolowały między innymi kluczowe porty w Nowym Jorku, Savannah i Charles Town. W Londynie nasilało się jednak przekonanie, że Korona straciła już za dużo żołnierzy oraz pieniędzy. 27 lutego 1782 r. Izba Gmin zdecydowała, że Wielka Brytania powinna skoncentrować się na konfliktach z Francją oraz Hiszpanią, co dało asumpt do rozpoczęcia negocjacji pokojowych w Paryżu. Stany Zjednoczone dążyły w nich przede wszystkim do formalnego uznania przez Londyn ich suwerenności, ale także do uzyskania praw połowowych u atlantyckich wybrzeży brytyjskiej Kanady oraz do przekazania im części, a nawet całości, Kanady. Wielka Brytania odrzucała te roszczenia, mając nadzieję nie dopuścić do bliskich związków nowej Unii z Francją.
Rewolucję Amerykańską zakończyło podpisanie 3 września 1783 r. Traktatu Paryskiego. Przewidywano w nim między innymi opuszczenie przez Brytyjczyków wszystkich siedmiu fortów na granicy Stanów Zjednoczonych z brytyjską Kanadą, a z drugiej strony wypłatę odszkodowań dla zwolenników Korony za majątki utracone przez nich wskutek wymuszonej emigracji oraz uregulowanie zadłużenia zaciągniętego wobec wierzycieli brytyjskich przed wybuchem Rewolucji. Negocjatorzy amerykańscy starali się zalecić Kongresowi, by ten nakazał stanom spełnienie żądań brytyjskich, choć nie miał on uprawnień do takich działań. Zakres kompetencji organów Unii określały bowiem przyjęte w 1781 r. Artykuły Konfederacji, nader nieudany dokument konstytucyjny, którego podstawowym mankamentem było uzależnianie każdej istotnej decyzji od zgody wszystkich stanów. Traktat Paryski zawierał też postanowienie, zgodnie z którym „Żegluga po rzece Missisipi, od jej źródeł do oceanu, pozostanie na zawsze wolna i otwarta dla poddanych Wielkiej Brytanii i obywateli Stanów Zjednoczonych”5. Z kolei edykt królewski z 1788 r. precyzował, że Amerykanie mają prawo spławiać towary po Missisipi pod warunkiem wpłacania 15% podatku. Mogli też składować je w porcie w oczekiwaniu na statki oceaniczne po uiszczeniu 6% podatku eksportowego.
Równolegle z tymi wydarzeniami ulegał zmianie status kongresowego Komitetu Tajnej Współpracy. 17 kwietnia 1777 r. jego nazwę zmieniono na Komitet Spraw Zagranicznych, 20 października 1781 r. przekształcając go w Departament Spraw Zagranicznych. Stojący na jego czele sekretarz mógł uczestniczyć w obradach Kongresu, gdzie nie miał jednak prawa głosu. Jako pierwszy funkcję tę pełnił Robert S. Livingston, a gdy w 1783 r. zrezygnował z niej, rok trwało poszukiwanie następcy. W grudniu 1784 r. został nim John Jay, wspomagany przez czterech urzędników, wspólnie z nim ulokowanych w dwóch izbach tawerny.
Prowadzenie skutecznej polityki zagranicznej uniemożliwiała jednak Kongresowi konstrukcja Artykułów Konfederacji, która, co więcej, stanowiła zagrożenie dla suwerenności państwa niemogącego się bronić przed atakiem ani z południa i południowego zachodu, ani z północy i północnego zachodu. Zdaniem wybitnego badacza historii Stanów Zjednoczonych „Nic nie przyczyniło się bardziej bezpośrednio do uchwalenia Konstytucji z 1787 r. niż narastające przekonanie, że zgodnie z Artykułami Konfederacji Kongres nie mógł skutecznie i bezpiecznie prowadzić polityki zagranicznej”6.
Pierwsze zagrożenie dotyczyło Hiszpanii, która w trakcie Wojny o Niezależność była sojusznikiem Francji. Nie była natomiast sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, głównie dlatego, że wspieranie kolonii mogło zostać źle odczytane przez mieszkańców jej własnych posiadłości. Gdy Kongres wysłał do Madrytu Johna Jaya jako oficjalnego przedstawiciela Stanów Zjednoczonych, przez dwuipółletni czas swego pobytu nie został on ani razu przyjęty na dworze. Co ważniejsze, podpisany 3 września 1783 r. traktat brytyjsko-hiszpański nie zawierał zobowiązania do utrzymania swobodnej żeglugi na Missisipi i w 1784 r. Hiszpania zamknęła dla Amerykanów port w Nowym Orleanie, co niemal sparaliżowało gospodarkę zachodnich obszarów ówczesnych Stanów Zjednoczonych.
Natomiast na granicy z Kanadą Stany Zjednoczone nie były w stanie wymusić na Wielkiej Brytanii opuszczenia fortów, w tym Detroit czy Mackinac, które uniemożliwiały statkom amerykańskim swobodną żeglugę na Wielkich Jeziorach. Co więcej, Brytyjczycy umiejscowili siedzibę rządu prowincji Upper Canada, czyli późniejszego Ontario, w znajdującym się na terytorium Stanów Zjednoczonych Forcie Niagara.
Sytuacja polityczna nowego państwa zaczęła ulegać zmianie dopiero po wejściu w życie Konstytucji, ratyfikowanej do czerwca 1788 r. przez wymaganą liczbę stanów. Rozpoczęło to proces określany obecnie terminem nation building, czyli tworzenia państwa. W jego ramach twórcy Konstytucji poświęcili wiele czasu i uwagi na stworzenie mechanizmów wzmacniających obszar polityki zagranicznej. Od samego początku swojej państwowości Amerykanie przejawiali przy tym przekonanie, że ich przeznaczeniem jest szerzenie na świecie takich wartości jak wolność i sprawiedliwość: „Stany Zjednoczone mają stanowić przykład wysoce moralnego wzorca postępowania w stosunkach międzynarodowych”7.
Na początku września 1789 r. Departament Spraw Zagranicznych przekształcono w Departament Stanu, wobec niedostatku obowiązków zagranicznych powierzając mu jednocześnie szereg kwestii wewnętrznych, jak nadzór nad Wielką Pieczęcią czy przeprowadzanie spisów ludności. Utworzenie Departamentu Stanu oznaczało zarazem podporządkowanie polityki zagranicznej władzy wykonawczej, a nie Kongresowi, niemniej pozostawiało bez rozstrzygnięcia kwestię zakresu kompetencji poszczególnych gałęzi władzy:
Konstytucja przyznaje jedynie prezydentowi, i nic więcej, pewne uprawnienia wpływające na nasze stosunki zagraniczne oraz pewne inne uprawnienia o tym samym ogólnym charakterze Senatowi, a także jeszcze inne takie uprawnienia Kongresowi; ale pozostawia do rozstrzygnięcia przez wydarzenia, który z tych organów będzie miał decydujący i ostateczny głos w ustalaniu postępowania państwa amerykańskiego8.
Przykładowo, Konstytucja określa w art. 1 sekcja 8, że to Kongres ma prawo wypowiadać wojnę, a także wystawiać i utrzymywać siły lądowe oraz marynarkę wojenną. W praktyce jednak prezydent rozpoczynał i prowadził działania zbrojne bez formalnego wypowiedzenia wojny. Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę jedenaście razy w swojej historii, ale po raz ostatni miało to miejsce 4 czerwca 1942 r. Późniejsze konflikty w Korei, Wietnamie, Afganistanie czy Iraku nie były wojnami wypowiedzianymi przez Kongres. Legislatura próbowała ograniczyć to uprawnienie prezydenta, ale kwestia konstytucyjności przyjętego w 1973 r. War Powers Act pozostaje nierozstrzygnięta.
Inny problem kompetencyjny dotyczył uprawnienia Senatu do udzielania „rady i zgody” na zawieranie traktatów przez Stany Zjednoczone. Gdy 22 sierpnia 1789 r. prezydent George Washington przybył do Senatu celem zasięgnięcia rady Izby przed podpisaniem jednego z traktatów z Indianami. dochodzący przez okna hałas był tak wielki, że prezydent musiał dwa razy odczytać tekst, po czym senatorowie zaproponowali przekazanie sprawy do komisji. Ostatecznie zaaprobowali brzmienie traktatu, ale zirytowany Washington nigdy już nie zwracał się z taką inicjatywą do Senatu i od tej pory Izba akceptuje już tylko, albo odrzuca, tekst parafowany uprzednio przez prezydenta. Przedstawiany Senatowi traktat musi uzyskać poparcie dwóch trzecich członków Senatu obecnych na posiedzeniu. Celem tego uregulowania było uzyskanie aprobaty możliwie szerokiego grona prawodawców, co od początku XIX w. oznaczało zarazem poparcie przez polityków obu partii, a nie tylko przez członków Izby z partii prezydenckiej.
Zdecydowana większość przedstawianych Senatowi traktatów była przezeń aprobowana, choć niektóre wraz z interpretacjami (wiążącymi tylko Stany Zjednoczone), a nawet z poprawkami, co wymagało zgody drugiej strony. Trudno natomiast ocenić, ile porozumień nie zostało w ogóle przedłożonych Izbie wobec braku szans na ich zatwierdzenie. W każdym razie od 1789 do 1815 r. Senat rozpatrzył tylko trzynaście traktatów, natomiast poczynając od umowy pocztowej z Kanadą z 1792 r., administracja podpisywała nie traktaty, lecz porozumienia władzy wykonawczej, niewymagające zgody Senatu. Obecnie ponad 90% porozumień międzynarodowych zawieranych jest przez Stany Zjednoczone w tym trybie.
Na ratyfikację traktatów kilkakrotnie starała się też wpłynąć Izba Reprezentantów, która decyduje o przyznaniu środków na działania władzy wykonawczej. Przejawiło się to po raz pierwszy w odniesieniu do Traktatu Jaya z 1796 r., gdy Izba zażądała udostępnienia jej pełnej dokumentacji procesu negocjacyjnego. Prezydent Washington odmówił spełnienia tego żądania, ustanawiając tym samym precedens przywileju władzy wykonawczej, czyli uprawnienia prezydenta do zachowania w tajemnicy określonych dokumentów w obawie przed narażeniem na szwank interesów państwa i jego bezpieczeństwa.
Prezydent George Washington musiał też rozstrzygnąć kwestię zagranicznej reprezentacji państwa. Inicjatywom takim jednoznacznie przeciwstawiał się Kongres, a i stolice europejskie nie wyglądały dyplomatów amerykańskich i do 1791 r. ustanowiono tylko czterech ministrów pełnomocnych w Europie. Gdy na przykład John Adams przybył do Londynu jako minister nadzwyczajny i pełnomocny, musiał przez całą kadencję znosić ostentacyjne lekceważenie go przez dwór.
Stany Zjednoczone były młodą, geopolitycznie wrażliwą republiką, której bezpieczeństwo mogło zostać poważnie zagrożone okolicznościami, na które praktycznie nie miała wpływu. Mimo to pod koniec XVIII w. wykształciła się pierwsza z czterech zasadniczych szkół myślenia o amerykańskiej koncepcji polityki zagranicznej, określonych przez Waltera Russella Meada mianem hamiltonizmu. Według Alexandra Hamiltona, ojca gospodarki amerykańskiej, polityka zagraniczna winna być podporządkowana interesom ekonomicznym państwa9. Jego oponentem pod każdym niemal względem był Thomas Jefferson, który w ślad za Georgem Washingtonem i Johnem Adamsem akcentował przede wszystkim wymóg niewiązania państwa jakimikolwiek stałymi zobowiązaniami zagranicznymi. Choć w jego czasach nie używano takiej terminologii, myśl i praktyka polityczna Jeffersona bywają określane mianem jednostronności, unilateralizmu. Jest to „doktrynalne przekonanie, że wykorzystanie amerykańskiej potęgi za granicą całkowicie się samousprawiedliwia, nie wymaga odwoływania się do poglądów lub interesów innych stron i nie dopuszcza żadnych zewnętrznych ograniczeń w stosunku do określanych przez siebie celów”10. Polityka taka zakładała, że Stany Zjednoczone pozostaną zasadniczo z dala od spraw politycznych i wojskowych reszty świata, ale będą angażować się w koniecznym zakresie tam, gdzie w grę wchodzi amerykański interes narodowy. Z pojęciem tym wiąże się też koncepcja amerykańskiej wyjątkowości, American exceptionalism. Było to przekonanie, że nowy kraj ma do odegrania specjalną rolę w świecie jako biblijne „miasto na wzgórzu”, co stanowiło uzasadnienie dla wielu decyzji podejmowanych w sferze polityki zagranicznej.
Kolejna koncepcja polityki zagranicznej narodziła się w połowie XIX w. i wywodziła się z poglądów prezydenta Andrew Jacksona, który promował ekspansjonizm i wojowniczość państwową. Przeciw takim wartościom wystąpił natomiast na początku XX w. Woodrow Wilson, twórca kompleksowej teorii amerykańskich stosunków międzynarodowych. Był przeświadczony o naturalnej wyższości Stanów Zjednoczonych, odrzucał unilateralizm i przekonywał, że Stany Zjednoczone mają moralny obowiązek wspomagać mniej szczęśliwe narody i propagować amerykański styl życia.
Pod koniec XVIII w. Stany Zjednoczone napotkały pierwszy poważny dylemat z zakresu polityki zagranicznej. 1 lutego 1793 r. Francja wypowiedziała wojnę Wielkiej Brytanii i politycy amerykańscy stanęli wobec konieczności opowiedzenia się po jednej ze stron. Jefferson i Madison uważali, że kraj ma zarówno moralny obowiązek poprzeć Francję, która wspomogła swego czasu Rewolucję Amerykańską, jak i prawne zobowiązanie do takiego postępowania, wynikające z zawartego w 1778 r. sojuszu. Pogląd Jeffersona o ciągłości przyjmowanych przez państwo zobowiązań stanowi obecnie jedną z zasad prawa międzynarodowego.
Natomiast Hamilton argumentował, że traktat został zawarty ze straconym właśnie królem Francji, a jego postanowień nie można przenieść na Republikę zarządzaną przez Dyrektoriat. Co więcej, zasadnicze interesy Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych uzupełniały się, gdyż trzy czwarte amerykańskiej działalności gospodarczej dotyczyło brytyjskiego partnera. Stany Zjednoczone mogły znacznie więcej zyskać na handlu z Wielką Brytanią niż z Francją, a zdobywane tą drogą fundusze były kluczowe dla powodzenia hamiltonowskich reform gospodarczych.
Spory polityków rozstrzygnął, jak zwykle w takich przypadkach, prezydent, który 22 kwietnia 1793 r. ogłosił proklamację neutralności, choć powstrzymał się od użycia w swojej deklaracji tego terminu. Takie rozwiązanie było szczególnie korzystne dla farmerów i armatorów amerykańskich, którzy czerpali wielkie zyski z handlu z obiema stronami konfliktu. Decyzja Washingtona ustanawiająca precedens pozostawania na uboczu konfliktów europejskich stanowiła pierwszą formalną deklarację takiego trybu postępowania. Zarazem było to postępowanie kontrowersyjne, gdyż Konstytucja nie dawała prezydentowi uprawnienia do podejmowania takich decyzji. Zdając sobie z tego sprawę, Washington zadał członkom swego gabinetu, czyli nieformalnego rządu, szereg pytań, z których podstawowe dotyczyło właśnie tej kwestii. Zdaniem Hamiltona prezydent posiadał niezbędne uprawnienia, według Jeffersona natomiast takie działanie pozostawało w zakresie kompetencji Kongresu. Natomiast w czerwcu 1794 r. Kongres uchwalił Neutrality Act, który zakazywał działalności skierowanej przeciw państwu utrzymującemu pokojowe relacje ze Stanami Zjednoczonymi.
Na rzecz niewspierania Francji przemawiał dodatkowo fakt, że traktat z 1778 r. stanowił o udzieleniu pomocy w przypadku ataku z zewnątrz, a w tym wypadku wojnę wypowiedziała sama Francja, natomiast brak poparcia dla Wielkiej Brytanii zaognił i tak napięte relacje Stanów Zjednoczonych z tym państwem. Składały się na to zarówno problemy wynikające z uporczywego pozostawania Brytyjczyków w fortach granicznych, skąd wspierali atakujących osadników Indian, jak i nowe kontrowersje, w tym przede wszystkim procedura impressment. Oznaczała ona zdejmowanie z pokładów statków amerykańskich marynarzy uznawanych za obywateli brytyjskich i siłowe wcielanie ich do królewskiej marynarki wojennej. Nie chcąc, by kontrowersje te doprowadziły do konfliktu zbrojnego, prezydent w maju 1784 r. wysłał do Londynu doświadczonego prawnika i dyplomatę Johna Jaya z zadaniem wynegocjowania kompromisowego rozwiązania.
Jay nie miał wiele do zaoferowania Londynowi poza uregulowaniem kwestii odszkodowania za majątki pozostawione w Ameryce przez lojalistów. Biorąc pod uwagę asymetryczność możliwości, jego misja zakończyła się sukcesem przede wszystkim dzięki temu, że w sytuacji konfliktu na kontynencie europejskim Wielka Brytania nie chciała otwierać nowego frontu. W podpisanym 19 listopada 1794 r. Traktacie Jaya Brytyjczycy zobowiązali się do opuszczenia fortów granicznych do końca maja 1796 r., a także potwierdzili prawo utrzymywania przez Amerykanów handlu z wyspami Indii Zachodnich. Strony zgodziły się zarazem oddać pozostałe sporne kwestie do arbitrażu międzynarodowego, co znacznie podniosło znaczenie tej instytucji. Jay przystał jednak na odstąpienie od najważniejszej dla armatorów amerykańskich zasady free ships make free goods, czyli „towary na pokładach wolnych statków są wolne”. Stanowiła ona, że towary znajdujące się na pokładzie statku należącego do kraju neutralnego nie podlegają zatrzymaniu bez względu na to, do kogo należą. Londyn zgodził się jedynie wnosić rekompensatę finansową za konfiskatę towarów amerykańskich przeznaczonych dla odbiorców francuskich.
Wynegocjowane przez Jaya porozumienie napotkało najszerszy bodaj sprzeciw w historii państwa i mało kto zdawał sobie sprawę z faktu, że stanowiło jedyny sposób uniknięcia konfliktu zbrojnego z Wielką Brytanią. Ostatecznie senatorowie ulegli naciskom Washingtona i stosunkiem głosów 20 do 10 wyrazili zgodę na ratyfikację umowy, co nastąpiło 25 czerwca 1795 r. Natomiast Izba Reprezentantów musiała zaaprobować wniosek prezydenta o przyznanie funduszy na postępowanie arbitrażowe, choć w zamian usiłowała uzyskać istotne ustępstwa proceduralne. Ostatecznie 30 kwietnia 1796 r. zgodziła się wyasygnować niezbędną kwotę.
W tym samym czasie inny wysłannik amerykański, Thomas Pinckney, negocjował w Madrycie odrębne porozumienie. W grę wchodziło uregulowanie granic Stanów Zjednoczonych z północnoamerykańskimi posiadłościami Hiszpanii, a przede wszystkim uzyskanie zgody Madrytu na korzystanie przez Amerykanów z rzeki Missisipi na całej jej długości oraz na składowanie towarów w Nowym Orleanie przed ich załadunkiem na statki oceaniczne. Także i w tym przypadku Amerykanie nie mieli silnej pozycji negocjacyjnej, ale Hiszpanie obawiali się, że Traktat Jaya zawiera tajną klauzulę współpracy wojskowej na wypadek konfliktu z Madrytem i przystali na żądania amerykańskie. 27 października 1795 r. podpisano korzystny dla Stanów Zjednoczonych Traktat z San Lorenzo, nazywany także Traktatem Pinckneya, który zobowiązywał Hiszpanię do opuszczenia instalacji wojskowych na wschodnim brzegu Missisipi. Senat nie wniósł uwag do umowy i 3 marca 1796 r. jednogłośnie ją zatwierdził.
W ten sposób nowej Unii udało się wyjść obronną ręką z konfrontacji z dwoma ówczesnymi mocarstwami. Nieco inaczej przedstawiała się natomiast kwestia relacji z Francją. Wprawdzie nie wnosiła ona pretensji o brak wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych w konflikcie z Wielką Brytanią, niemniej w miarę rozwoju we Francji sytuacji rewolucyjnej narastało napięcie w relacjach wzajemnych. W istotnej mierze przyczynił się do tego francuski minister pełnomocny Edmond-Charles Genet, skierowany w 1793 r. za ocean przez żyrondystów. Zszedł na ląd w Charleston 8 kwietnia 1793 r., po czym udał się do Filadelfii. Podróż ta powinna była zająć trzy dni, ale zajęła ich dwadzieścia osiem, gdyż Genet przez cały czas werbował ochotników na pływające w służbie Francji statki kaperskie oraz tworzył „Francuską armię Missisipi”.
Postępowanie Geneta bywa krytykowane przez historyków, choć odpowiedni zakaz został wprowadzony do prawa amerykańskiego dopiero w 1948 r., a francuski minister oparł się na swobodnej, ale dopuszczalnej interpretacji traktatu sojuszniczego zawartego między Francją a Stanami Zjednoczonymi. W artykułach 21. i 22. tego porozumienia zakazywano obywatelom amerykańskim podejmowania służby na brytyjskich statkach korsarskich, ale ograniczenie to nie obejmowało statków francuskich. Genet kierował się też koncepcją życzliwej neutralności, zgodnie z którą kraj neutralny może faworyzować jedną ze stron konfliktu. Kwestią nie do obrony było natomiast uporczywe obrażanie przez niego Washingtona oraz innych władz amerykańskich. Ostatecznie kryzys udało się zażegnać, a sam dyplomata, któremu po dojściu do władzy jakobinów zagrażała gilotyna, ożenił się z córką gubernatora Nowego Jorku, został uchodźcą politycznym i piewcą Stanów Zjednoczonych.
Niemniej napięcie w stosunkach dwustronnych trwało nadal, choć od 1797 r. funkcję prezydenta sprawował John Adams, który dążył do ich poprawy, a przede wszystkim do uniknięcia wojny. Gdy w marcu 1797 r. Dyrektoriat Rewolucji Francuskiej zdecydował o nieuznawaniu kluczowej dla Stanów Zjednoczonych zasady free ships make free goods, Adams wysłał do Paryża trzyosobową delegację z zadaniem przeprowadzenia rozmów łagodzących wzajemne relacje. Delegaci przybyli do Paryża w październiku 1797 r., nie zostali jednak przyjęci przez ministra spraw zagranicznych Charles’a-Maurice’a de Talleyranda. Odwiedzili ich natomiast trzej wysłannicy, działający jakoby z jego upoważnienia. Zażądali oni jako warunku rozpoczęcia negocjacji znacznej łapówki dla ministra oraz udzielenia Francji pożyczki w rozmiarach przekraczających możliwości rządu amerykańskiego. Opłacanie polityków mieściło się w ówczesnej praktyce dyplomatycznej Francji, ale wysuwanie takich roszczeń jako warunku przystąpienia do negocjacji praktykowano jedynie w odniesieniu do państw wasalskich. Wysłannicy Adamsa uznali, że osiągnięcie porozumienia nie jest możliwe i opuścili Paryż. Wcześniej jednak powiadomili prezydenta o postępowaniu Francuzów, a wymuszone przez opozycję ujawnienie afery wywołało w Stanach Zjednoczonych powszechne oburzenie. Została ona nazwana „aferą XYZ”, gdyż nazwiska wysłanników Talleyranda pozostały utajnione. Określenie to stało się symbolem europejskiego zepsucia przeciwstawianego czystości intencji amerykańskich.
Ostatecznie 7 lipca 1798 r. Kongres zadeklarował wygaśnięcie z winy Francji obydwu traktatów zawartych dwadzieścia lat wcześniej „po wsze czasy”, jednak ani Amerykanie, ani Francuzi nie chcieli wziąć odpowiedzialności na wypowiedzenie wojny. Szczególnie niechętny jej był Adams, słusznie przekonany o wielkiej przewadze militarnej Francji i do 1800 r. toczył się niewypowiedziany konflikt, znany jako „quasi-wojna”. Wszystkie związane z nią działania miały miejsce na Morzu Karaibskim i sprowadzały się do przechwytywania statków przeciwnika i przejmowania znajdujących się na nich towarów. Francja toczyła jednak w Europie trudne boje, a zdobywający coraz silniejszą pozycję Napoleon Bonaparte nie widział potrzeby trwonienia sił i środków na konflikt ze Stanami Zjednoczonymi. 30 września 1800 r. podpisano traktat (zwany w historiografii francuskiej Konwencją z Mortefontaine), w którym obydwie strony zgodziły się zakończyć działania wojenne i formalnie odstąpić od traktatów z 1778 r. Po wyrażeniu 18 grudnia 1801 r. przez Senat zgody na jego ratyfikację, pierwszy i jedyny do 1949 r. sojusz wojskowy Stanów Zjednoczonych przestał obowiązywać.
Warta wspomnienia jest zarazem inicjatywa pacyfistycznego kwakra George’a Logana, który w 1798 r. z własnej inicjatywy udał się z listem polecającym od wiceprezydenta Jeffersona do Paryża, by tam podjąć nieautoryzowane rozmowy pokojowe. Niczego nie osiągnął, mógł jednak niekorzystnie wpłynąć na tok negocjacji rządowych. W konsekwencji Kongres przyjął w styczniu 1799 r. Logan Act, zgodnie z którym nieautoryzowane inicjatywy międzynarodowe obywateli amerykańskich są uważane za przestępstwo, a ich realizatorzy podlegają karze więzienia oraz wysokiej grzywny. Do uregulowania tego odwoływano się na przykład podczas wojny wietnamskiej, szczególnie w odniesieniu do działań aktorki Jane Fondy, nikt jednak nie został nigdy skazany na jego podstawie.
Stany Zjednoczone wkroczyły w wiek XIX, mając uregulowane relacje ze wszystkimi wielkimi mocarstwami ówczesnej epoki. Co więcej, państwo nakreśliło zasadnicze ramy koncepcji, które odegrały pierwszoplanową rolę w amerykańskiej polityce zagranicznej: neutralności, internacjonalizmu i unilateralizmu.
Pojęcie neutralności miało początkowo dla Stanów Zjednoczonych wymiar niemal wyłącznie komercyjny. Państwo było zbyt słabe, by przyłączyć się do któregokolwiek z ówczesnych konfliktów europejskich, a status kraju neutralnego był mu potrzebny dla prowadzenia zyskownego handlu ze wszystkimi stronami konfliktu. Pojawiały się wprawdzie kontrowersje dotyczące zakresu ochrony towarów przewożonych na statkach Stanów Zjednoczonych jako państwa neutralnego, ogólnie jednak zgadzano się, że takie transakcje i ich realizacja są chronione, o ile nie dotyczą kontrabandy.
Neutralność stawała się coraz wyraźniej normą polityczną, choć jej zdefiniowanie nasuwało istotne problemy. Na ogół ograniczano się do przekonania, że państwo neutralne musi zarazem być bezstronne, a tautologię tę każdy kraj neutralny interpretował zgodnie z własnym interesem. W przypadku Stanów Zjednoczonych oznaczało to odnoszenie się do konkretnych sytuacji, jak na przykład miało to miejsce jeszcze w 1776 r., kiedy to John Adams stwierdził, że „powinniśmy ustanowić jako pierwszą zasadę i maksymę, o której nigdy nie należy zapominać, zachowanie całkowitej neutralności we wszystkich przyszłych wojnach europejskich”11.
Inaczej rzecz się miała z amerykańskim rozumieniem pojęcia unilateralizmu. Za jego praźródło uważa się kanoniczne „Wystąpienie pożegnalne” Washingtona, opublikowane 17 września 1796 r. i stanowiące jego testament polityczny. Ustępujący prezydent stwierdził w nim między innymi:
Naszą prawdziwą polityką jest unikanie trwałych sojuszy z jakąkolwiek częścią świata… czego nie należy rozumieć jako niewierność wobec istniejących zobowiązań… tych należy przestrzegać w ich oryginalnym sensie. Ale moim zdaniem przedłużanie ich byłoby niepotrzebne i nierozsądne12.
Dalej Washington dodaje jednak, że „możemy bezpiecznie ufać czasowym sojuszom zawieranym w nadzwyczajnych sytuacjach”, co wyraźnie wskazuje na akceptowanie przezeń elementu internacjonalistycznego. Stany Zjednoczone w żadnym niemal momencie swojej historii nie były natomiast państwem hołdującym izolacjonizmowi jako postawie politycznej. Wierność zasadzie nieingerowania w konflikty europejskie, błędnie interpretowanej jako izolacjonizm, stanowiła przynajmniej do końca XIX w. konsekwencję słabości militarnej Stanów Zjednoczonych w porównaniu z ówczesnymi potęgami. W tej sytuacji najbezpieczniejszym postępowaniem było wielokrotne wyrażanie désintéressement wobec konfliktów europejskich w nadziei na podobne stanowisko mocarstw w odniesieniu do półkuli zachodniej.
Za jedyny wyjątek od tej reguły można uznać tylko politykę Stanów Zjednocznych w okresie między I a II wojną światową. W tym czasie Waszyngnton świadomie pozostawał na uboczu procesu rodzenia się faszyzmu w Europie. Nie starał się też powstrzymać ekspancjonistycznej polityki Japonii, co jednak wynikało z jej wyrażnej przewagi militarnej nad Stanami Zjednoczonymi. W obu tych przypadkach polityka amerykańska uległa zmianie, gdy tylko wykorzystały swą siłę gospodarczą dla stworzenia niezbędnej potęgi wojskowej.
Z nastaniem XIX w. do rezydencji prezydenckiej13 wprowadził się Thomas Jefferson. W swoim przemówieniu inauguracyjnym nawiązał bezpośrednio do tezy z „Wystąpienia pożegnalnego” Washingtona, mówiąc, że kraj powinien utrzymywać „szczerą przyjaźń ze wszystkimi państwami, wiążące sojusze z żadnym”14. Podstawową kwestią było jednak, że w pierwszym ćwierćwieczu swego istnienia Stany Zjednoczone obroniły wprawdzie suwerenność, lecz dalekie były od zapewnienia jej trwałości. Musiały też pogodzić się ze wzgardliwym traktowaniem przez trzeciorzędne byty państwowe, takie chociażby, jak położone na afrykańskim wybrzeżu Morza Śródziemnego Maroko czy nominalnie stanowiące część Imperium Osmańskiego porty w Algierze, Trypolisie i Tunisie. Byty te, zwane „państwami berberyjskimi”, utrzymywały się z piractwa, okupów oraz haraczy. Ich siły morskie nie mogły się przeciwstawić potędze floty Wielkiej Brytanii, Francji czy Hiszpanii. Zamiast jednak niszczyć pirackie jednostki berberyjskie, mocarstwa te wolały płacić lokalnym władzom ustalony haracz i pozwalać piratom atakować swoją konkurencję z Niderlandów, Danii, Szwecji, a także Stanów Zjednoczonych. Próby włączenia do Traktatu Paryskiego klauzuli o zapewnieniu ochrony amerykańskim statkom handlowym na Morzu Śródziemnym nie powiodły się, co stanowiło część planu Londynu zdławienia nowego państwa środkami ekonomicznymi.
W rezultacie po zerwaniu z podległością wobec Wielkiej Brytanii amerykańscy armatorzy mogli wprawdzie zarabiać na handlu z dawną metropolią, a także z Indiami Zachodnimi, ale już nie z krajami położonymi w obszarze Morza Śródziemnego, dokąd przed Rewolucją kierowano jedną szóstą eksportowanej mąki i zboża oraz jedną czwartą suszonych i marynowanych ryb15. Rozwojowi floty handlowej nie towarzyszyło adekwatne zwiększanie liczby chroniących ją okrętów i do 1790 r. żadna jednostka amerykańska nie przekroczyła Cieśniny Gibraltarskiej bez wsparcia udzielonego przez marynarkę portugalską. Już w końcu lipca 1785 r. Algier zatrzymał pierwszych marynarzy amerykańskich i przed Stanami Zjednoczonymi stanęło pytanie o właściwy sposób postępowania. Czy powinny zapłacić okup? Porzucić swych porwanych obywateli i zaprzestać handlu na Morzu Śródziemnym? Starać się o zdobycie sojuszników? Przystąpić jak najszybciej do budowy floty wojennej? Znalezienie odpowiedzi utrudniał fakt, że Republika nie dysponowała istotnymi dochodami. Tymczasem Algier zatrzymywał kolejne statki amerykańskie.
Koszt żądanego okupu sięgał jednej piątej wszystkich przychodów federalnych, ale i tak był znacznie niższy od kwoty koniecznej do stworzenia wystarczająco silnej marynarki wojennej i prezydent Washington zdecydował się przejść do porządku nad kwestią dumy narodowej. Stany Zjednoczone wyraziły gotowość zawarcia odpowiednich umów z państwami berberyjskimi: w 1787 r. podpisano porozumienie z Marokiem, w 1795 r. z Algierem, w 1796 r. z Trypolisem i rok później z Tunisem. Mimo to już na początku prezydentury Jeffersona napięcie w stosunkach z państwami berberyjskimi przerodziło się w wywołaną przez paszę Trypolisu wojnę trypolitańską lat 1801–1805, czyli pierwszą wojnę berberyjską. Obfitowała ona w wydarzenia, które z czasem posłużyły za kanwę czytanek i opowieści znanych każdemu młodemu Amerykaninowi, ale niewiele brakowało, by stała się symbolem klęski Republiki. Jefferson nie docenił siły przeciwnika i o zwycięstwie Stanów Zjednoczonych zdecydował dopiero śmiały rajd wielonarodowego oddziału pod dowództwem Williama Eatona. Po zdobyciu w kwietniu 1805 r. warownego portu Derna wywieszono nad nim flagę amerykańską, która w ten sposób po raz pierwszy pojawiła się nad podbitym obiektem wojskowym. Wojnę zakończyło w 1805 r. porozumienie, w którym Stany Zjednoczone zgodziły się zapłacić 60 tys. dolarów [$1,7 mln] za uwolnienie jeńców amerykańskich, a pasza zobowiązał się do zaprzestania wrogich działań.
Druga i ostatnia faza wojen miała miejsce w latach 1815–1816 i zakończyła się kapitulacją państw berberyjskich, choć na wszelki wypadek Waszyngton zdecydował się wynająć port na Majorce, by móc szybko reagować na ewentualne ataki pirackie. Nie zmieniało to faktu, że kraj był nadal zagrożony powracającymi konfliktami z mocarstwami tego czasu: Wielką Brytanią, Francją i Hiszpanią. Szczególnie widoczne było zagrożenie Stanów Zjednoczonych od południa i zachodu przez trzy prowincje hiszpańskie: Florydę Wschodnią i Zachodnią oraz Luizjanę.
Problemy ogniskowały się wokół kwestii swobody żeglugi po Missisipi i uprawnień do nieodpłatnego składowania nieclonych towarów w Nowym Orleanie. Przywilej ten wynikał z Traktatu Pinckneya, ale został zawieszony w 1802 r., na krótko przed transferem Luizjany i portu przez Hiszpanię na rzecz Francji. Z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych przekazanie kontroli nad rzeką Missisipi i portem nowoorleańskim w ręce rosnącej w siłę Francji stanowiło kwestię kluczową. Jak pisał prezydent Jefferson, „Jeśli chodzi o Hiszpanię, nasze nastawienie jest szczerze przyjazne, a nawet tkliwe. Uważamy, że władanie przez nią sąsiednim krajem jest najkorzystniejsze dla naszych interesów i z bólem przyjęlibyśmy zastąpienie jej przez inne państwo”16. Natomiast przekazanie obszaru Luizjany Francji stworzyło największe zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych we wczesnej fazie istnienia państwa.
Rządzący od 1799 r. Napoleon Bonaparte snuł plany odbudowy francuskiego imperium w Ameryce Północnej. Pragnął je stworzyć na wschodniej części bogatej w trzcinę cukrową kolonii Saint-Domingue (dzisiejsze Haiti), a także na Martynice i Gwadelupie, natomiast Luizjana miała dostarczać na wyspy żywność i niezbędne towary. Plany Napoleona pokrzyżowało jednak powstanie Haitańczyków pod przywództwem Toussainta L’Ouverture. W starciu z nim wojsko francuskie poniosło porażkę przede wszystkim za sprawą dziesiątkujących jego szeregi żółtej febry i malarii. Wraz z ofiarami działań wojskowych na Haiti znalazło śmierć 50 tysięcy Francuzów, a pozostali opuścili wyspę. Po utracie kolonii cukrowych odtworzenie francuskiego imperium w Ameryce Północnej stało się zbędne.
Równolegle trwały zabiegi Waszyngtonu o uzyskanie pełnej kontroli nad żeglugą po Missisipi i w kwietniu 1803 r. delegacja amerykańska podjęła w Paryżu rokowania o zakup Nowego Orleanu. Senat wyasygnował odpowiednie fundusze, a Napoleon, chcąc wzmocnić Stany Zjednoczone w ich relacji z Wielką Brytanią, zaaprobował inicjatywę amerykańską, pod warunkiem zakupu przez Stany Zjednoczone całego terytorium Luizjany, które bez Nowego Orleanu nie przedstawiało większej wartości. Nie chciał, by terytorium dostało się Wielkiej Brytanii, potrzebował natomiast funduszy na wojnę z nią i odsprzedanie niekontrolowanego przez siebie terenu uważał za wyjątkowo korzystne. Nie zważał przy tym na złożone wcześniej wobec Hiszpanii zobowiązanie nieprzekazywania Luizjany w trzecie ręce.
Obszar ówczesnej Luizjany liczył ponad 2,1 mln km2, czyli mniej więcej tyle, ile obszar ówczesnych Stanów Zjednoczonych. Nie był zbadany, a w traktacie opisano go jedynie jako „teren uprzednio uzyskany przez Francję od Hiszpanii”. Amerykanie byli przekonani, że określenie to obejmuje także Florydę Wschodnią i Zachodnią, ale Hiszpanie nie potwierdzali tego przypuszczenia. Trzeba jednak pamiętać, że kupując Luizjanę, Stany Zjednoczone nabywały nie tyle ziemię, ile bezpieczeństwo, gdyż pozbyły się kontrolującego zachodni brzeg rzeki Missisipi nieprzyjaznego sąsiada.
Za cały obszar Amerykanie zapłacili 15 mln dolarów [$445 mln], czyli niecałe 3 centy za akr, podczas gdy w tym samym czasie rząd sprzedawał ziemię osadnikom po preferencyjnej cenie 1,25 dolara za akr. Na zakupionym wówczas terytorium mieści się obecnie w całości lub znacznej części 14 spośród 48 kontynentalnych stanów amerykańskich. Bez zakupu Luizjany inaczej przebiegałyby też takie kluczowe momenty późniejszej historii Stanów Zjednoczonych, jak kompromis Missouri czy wojna domowa w Kansas. Natomiast po sfinalizowaniu zakupu cały obszar podzielono na Terytorium Luizjany, przemianowane później na Terytorium Missouri, oraz znacznie mniejsze Terytorium Orleanu, które w 1811 r. stało się istniejącym obecnie stanem Luizjana17.
Prezydent Jefferson stanął jednak przed dylematem konstytucyjnym. Był zwolennikiem ścisłego odczytywania tekstu Konstytucji i przestrzegania jej postanowień, a wśród uprawnień władzy federalnej nie wymienia się w niej zakupu ziemi. Pojawił się pomysł uchwalenia noweli konstytucyjnej, jednak procedura taka byłaby czasochłonna i obawiano się zmiany stanowiska Napoleona. Ostatecznie zdecydowano się potraktować zakup jak standardową umowę międzypaństwową. Zwołany na nadzwyczajną sesję Senat wyraził na nią zgodę 17 października 1803 r. stosunkiem głosów 24 do 7, a pięć dni później Izba Reprezentantów zatwierdziła wydatek na zakup Luizjany. Francja formalnie przekazała ją Stanom Zjednoczonym 20 grudnia 1803 r.
Sukces negocjacyjny nie zmniejszał jednak zagrożenia wynikającego ze wznowionego konfliktu Francji z Wielką Brytanią, zadeklarowanego przez Napoleona 18 maja 1803 r. Początkowo sytuacja była wyjątkowo intratna dla Amerykanów, którzy wykorzystywali neutralny status swojego państwa i czerpali zyski z dostarczania towarów, w tym przede wszystkim żywności, obu stronom konfliktu. Co więcej, kupcy amerykańscy przejęli też od Brytyjczyków prawo do prowadzenia handlu z francuskimi i hiszpańskimi Indiami Zachodnimi.
Nie zmieniało to faktu narastania pretensji Waszyngtonu do Londynu wynikających z coraz bardziej intensywnego praktykowania procedury impressmentu przez marynarkę brytyjską, która miała poważne braki kadrowe, a której potrzeby sięgały 12 tys. marynarzy rocznie. Problemem dla Waszyngtonu stało się szczególnie postępowanie Londynu w stosunku do członków załóg statków amerykańskich, których podejrzewano o dezercję z jednostek brytyjskich. Często posiadali oni amerykańskie papiery naturalizacyjne, które jednak można było nabyć za niewielką opłatą. Zdarzało się też, że ze statków amerykańskich zdejmowano wszystkich marynarzy urodzonych przed Rewolucją, gdyż Brytyjczycy uważali, że naturalizacja nie powoduje utraty statusu poddanego brytyjskiego. Wszystko to godziło w honor nowego państwa.
Jefferson chciał rozwiązać problem przymusem ekonomicznym. W kwietniu 1806 r. doprowadził do uchwalenia Ustawy o zakazie importu obejmującej towary pochodzące z Wielkiej Brytanii, choć zarazem zawiesił na pół roku jej wejście w życie. W listopadzie 1806 r. prezydent zawiesił ustawę na kolejny rok i w rezultacie funkcjonowała ona przez krótki tylko okres.
Do kolejnego zaostrzenia sporu doszło w wyniku zatrzymania 22 czerwca 1807 r. w pobliżu wybrzeży amerykańskich fregaty USS „Chesapeake” przez okręt brytyjski i zdjęcia z jej pokładu czterech marynarzy, co stanowiło ewidentne naruszenie suwerenności Stanów Zjednoczonych. Mimo powszechnego oburzenia Jefferson ograniczył się do wydania nakazu opuszczenia amerykańskich wód terytorialnych przez okręty brytyjskie. Niemniej wybitny geostrateg amerykański Alfred Mahan pisał pod koniec XIX w.:
Jakkolwiek rząd brytyjski mógłby uzasadniać impressment marynarzy ze statków amerykańskich czy opóźnienie przeprosin za takie zniewagi jak „Chesapeake”, to państwo, które by się na to godziło, zadowalając się argumentami, zamiast wyprowadzenia ciosu za cios, nie jest nawet godne pogardy jako gorsza rasa, którą mogą zastraszać i bezwzględnie traktować ci, którzy uważają się za panów18.
Kongres był nastawiony bardziej wojowniczo niż prezydent i w grudniu 1807 r. uchwalił Ustawę o embargo, zakazując tym samym eksportu towarów amerykańskich. W praktyce oznaczało to zakaz opuszczania portów amerykańskich przez statki handlowe zmierzające do Europy. Członkowie Kongresu byli przekonani, że Europejczykom szybko zabraknie amerykańskich „artykułów koniecznych”. Nie dostrzegali, że nowe prawo uderzało przede wszystkim w interesy samych Amerykanów, a także, że Brytyjczycy znacznie dotkliwiej odczuliby zamknięcie rynków amerykańskich na ich towary. Natomiast embargo przyniosło Ameryce straty kilkakrotnie wyższe od kosztów ewentualnej wojny, a importerzy europejscy, w tym przede wszystkim Brytyjczycy, niemal nie odczuli jego skutków. Ostatecznie na kilka dni przed końcem kadencji, 1 marca 1809 r., Jefferson odwołał Ustawę o embargo i zastąpił ją Ustawą o nieutrzymywaniu stosunków (Non-Intercourse Act), która całkowicie zakazywała na okres jednego roku prowadzenia handlu z Wielką Brytanią i Francją.
Po upływie tego terminu Kongres przyjął 1 maja 1810 r. Ustawę Macona nr 2. Zniesiono w niej wszelkie ograniczenia w amerykańskim handlu zagranicznym, ale zarazem złożono specyficzną ofertę Francji i Wielkiej Brytanii. Zgodnie z nią państwo, które jako pierwsze uzna neutralny status handlowy Ameryki, zostanie nagrodzone wstrzymaniem handlu Stanów Zjednoczonych z jego oponentem. Napoleon już 2 listopada 1810 r. zadeklarował gotowość spełnienia oczekiwań amerykańskich. Choć zrealizował swoją deklarację jedynie cząstkowo, uzyskał nie tylko preferencyjny status w handlu ze Stanami Zjednoczonymi, ale przede wszystkim doprowadził do zaognienia stosunków amerykańsko-brytyjskich. Niebezpieczeństwo takiego rozwoju sytuacji dostrzegał John Quincy Adams, ale jego ostrzeżenia nie przekonały prezydenta Jamesa Madisona, który 2 marca 1811 r. zakazał handlu z Wielką Brytanią.
Na decyzję prezydenta znaczny wpływ miała grupa młodych członków Kongresu określanych mianem „jastrzębi”. W swoich wystąpieniach przypominali francuską pomoc udzieloną w trakcie Rewolucji Amerykańskiej i podkreślali upokarzającą naturę praktykowanego przez Wielką Brytanię impressmentu, a także wskazywali na wsparcie udzielane przez ten kraj Indianom prowadzącym walki z Amerykanami. Z kolei Madison przeceniał amerykański potencjał militarny i usiłował kontynuować zapoczątkowaną przez Thomasa Jeffersona politykę „pokojowego przymuszania”. Nie bez znaczenia był też fakt, że Stany Zjednoczone dążyły do opanowania brytyjskiej Kanady, której 300 tys. mieszkańców miało jakoby skłaniać się do dołączenia do 8 mln Amerykanów.
Ostatecznie 4 czerwca 1812 r. Izba Reprezentantów przyjęła 79 głosami do 49 rezolucję o wojnie z Wielką Brytanią, a 17 czerwca podobne stanowisko zajął Senat, choć tylko 19 głosami przeciw 13, gdyż wojnie sprzeciwiały się bazujące na handlu stany Nowej Anglii. Bez znaczenia okazał się natomiast fakt, że dzień wcześniej, bo 16 czerwca, Izba Gmin zniosła wszelkie uregulowania niekorzystne dla Stanów Zjednoczonych, w tym procedurę impressmentu, bowiem informacja ta dotarła przez Atlantyk dopiero dwa miesiące później.
Wojna z Wielką Brytanią, zwana też Wojną 1812 r., nie zasługuje na poświęcenie jej większej uwagi. Stany Zjednoczone nie były do niej przygotowane, miały zaledwie nieco ponad 3 tys. żołnierzy i korzystały z niezdyscyplinowanych milicji stanowych. Kongres autoryzował przyjęcie do wojska 35 tys. nowych żołnierzy, ale w ciągu roku chęć wstąpienia do armii zgłosiła tylko połowa tej liczby. Kraj miał wprawdzie aż nadto oficerów, ale niewielu z nich posiadało odpowiednie przygotowanie.
Celem wojsk amerykańskich było przede wszystkim zajęcie Kanady. Najzwięźlej wyraził to ówczesny sekretarz wojny James Monroe: „Najważniejszym celem, jaki należy osiągnąć, jest przeniesienie wojny do Kanady i złamanie tam brytyjskiej potęgi w możliwie największym stopniu”19. Wydawało się to łatwym zadaniem w sytuacji, gdy Londyn koncentrował się na walkach z Napoleonem. Siły brytyjskie w Ameryce ograniczały się do pięciu tysięcy oficerów i żołnierzy, niesprawnych lub zbyt starych, by walczyć na froncie europejskim.
Główny atak amerykański kierował się z Detroit i Fortu Niagara na Toronto, zwane wówczas Yorkiem. Ale generał William Hull, jedyny wyższy rangą wojskowy amerykański, który posiadał doświadczenie bitewne, przestraszył się sprzyjających Brytyjczykom Indian i 16 sierpnia 1812 r. poddał się bez walki, za co stanął później przed sądem wojskowym. Równie zawstydzający przebieg miała równoległa ofensywa skierowana na Montreal, gdyż członkowie milicji stanowych odmówili walki, powołując się na prawo zakazujące im prowadzenia działań poza terytorium Stanów Zjednoczonych. W kwietniu 1813 r. Amerykanie zdobyli ostatecznie York, który poddał się, ale mimo to został splądrowany i podpalony, co miało konsekwencje w następnej fazie wojny. Na początku 1814 r. Stany Zjednoczone były równie dalekie od podboju Kanady, jak u zarania konfliktu.
Z kolei 12 kwietnia 1814 r. Wielka Brytania zwycięsko zakończyła kampanię napoleońską i mogła skierować do Ameryki 10 tys. wyszkolonych i doświadczonych w boju żołnierzy, jednak i oni okazali się niezdolni do zwycięstwa. Główne uderzenie skierowano z Kanady przez jezioro Champlain, na którym jednak siły brytyjskie poniosły we wrześniu 1814 r. zaskakującą porażkę i dowódca ekspedycji generał George Prevost podjął decyzję o wycofaniu się.
Pozostałe oddziały brytyjskie skierowały się na Waszyngton, którego miało bronić 100 tys. członków milicji. W rzeczywistości przybyło ich niewiele ponad 7 tys., co i tak powinno pozwolić na obronę stolicy przed atakiem nie więcej niż 1,5 tys. Brytyjczyków. Ale po stracie kilkudziesięciu obrońców Amerykanie rozpierzchli się i 24 sierpnia 1814 r. Brytyjczycy bez przeszkód wkroczyli do Waszyngtonu. Spalono budynki urzędowe, częściowo w zemście za York, częściowo wskutek ucieczki władz, co uniemożliwiło zapłatę zwyczajowego okupu, a przede wszystkim dla upokorzenia przeciwnika. Brytyjczycy próbowali następnie zdobyć Baltimore, jednak nie udało im się przełamać obrony Fortu Henry u wejścia do portu.
Ostatnim akordem wojny była bitwa o Nowy Orlean. Obroną miasta dowodził generał milicji Andrew Jackson, wsławiony walkami z Indianami, ale pozbawiony wiedzy stricte wojskowej. Nie przygotował się na atak Brytyjczyków od strony Zatoki Meksykańskiej i tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zdołał wykonać prowizoryczne wały obronne z bel bawełny. Oddziałami brytyjskimi dowodził natomiast oficer demonstracyjnie gardzący Amerykanami. W krytycznym momencie bitwy nakazał pozostającym w odwodzie żołnierzom pułku górali szkockich przemaszerować wzdłuż frontu, co wystawiło ich na ostrzał Amerykanów. Ostatecznie spośród około 8 tys. oficerów i żołnierzy brytyjskich zginęło, zostało rannych lub dostało się do niewoli ponad 2 tys., podczas gdy straty amerykańskie wyniosły 13 zabitych i 58 rannych spośród 5 tys. obrońców.
Nie miało to jednak znaczenia, gdyż wiktoria amerykańska miała miejsce 8 stycznia 1815 r., natomiast już 24 grudnia 1814 r. w Gandawie podpisano kończący wojnę traktat, którego treść dotarła za ocean dopiero 11 lutego 1815 r. Stanowił on efekt intensywnych negocjacji, podczas których Brytyjczycy wysunęli między innymi postulat stworzenia buforowego państwa indiańskiego. Żądanie to zostało jednak jednoznacznie odrzucone przez negocjatorów amerykańskich.
Londyn wysunął też oczekiwanie zawarcia pokoju na zasadzie uti possidetis, czyli ustanowienia nowych granic na podstawie zajmowanego terytorium. Jednak nawet książę Wellington dostrzegał wady tego typu roszczeń. W liście z 9 listopada 1814 r. pisał do jednego z negocjatorów brytyjskich: „Wyznaję, że moim zdaniem nie macie prawa żądać od Ameryki jakiegokolwiek ustępstwa terytorialnego na podstawie stanu wojny… W istocie stan waszych działań wojskowych, choć godnych pochwały, nie upoważnia was do żądania czegokolwiek”20.
Z drugiej strony także Amerykanie nie uzyskali żadnych korzyści, gdyż warunki zawartego pokoju ani nie potwierdzały zniesienia impressmentu, stanowiącego bezpośredni powód wypowiedzenia wojny, ani nie odnosiły się do kwestii neutralności. „Brytyjczycy odstąpili w Gandawie od oczekiwań terytorialnych nie wskutek amerykańskiej presji ekonomicznej, lecz w wyniku braku sukcesów wojskowych w Ameryce, niekorzystnego rozwoju sytuacji w Europie oraz wewnętrznego niezadowolenia podatników”21. Konflikt zakończył się przywróceniem status quo ante.
Niemniej Amerykanie nie bez podstaw uznali wynik wojny za powód do chwały, gdyż niewielkie i słabe jeszcze państwo amerykańskie stawiło skuteczny opór największemu mocarstwu ówczesnego świata. Wynik wojny 1812 r., wraz z korzystnym finałem wojen berberyjskich w tym samym czasie, przyczynił się do powstania u Amerykanów przekonania, iż są w stanie uporać się z każdym przeciwnikiem, bez względu na to, kim jest. Najistotniejszą konkluzją wyciągniętą z konfliktu przez Amerykanów było zarazem, że poleganie na milicji, czyli pospolitym ruszeniu, jest niebezpieczną koncepcją i dla zapewnienia bezpieczeństwa państwa niezbędne jest posiadanie stałej armii.
Kolejnym znaczącym wydarzeniem było zawarcie w kwietniu 1817 r. porozumienia Rusha-Bagota (czyli p.o. sekretarza stanu Richarda Rusha i brytyjskiego ministra pełnomocnego Charlesa Bagota) o niemal całkowitej demilitaryzacji Wielkich Jezior, co stanowiło pierwsze porozumienie rozbrojeniowe w historii. Umowa ta była istotna także z innego względu. Otóż prezydent James Monroe wiedział, że nie uzyska koniecznej większości dwóch trzecich głosów w Senacie i zamiast występować o zgodę na ratyfikację, poinformował jedynie Izbę o zawarciu stosownej umowy, co ustanowiło ważny precedens.
20 października 1818 r. podpisano natomiast konwencję amerykańsko-brytyjską regulującą kwestię przebiegu granicy z Kanadą. Mała dokładność map z tego okresu mogła doprowadzić do kolejnych konfliktów, ale negocjatorzy szybko osiągnęli porozumienie, uznając bieg 49. równoleżnika za linię graniczną od Jeziora Leśnego na wschodzie po Góry Skaliste na zachodzie. Jak się później okazało, dało to Stanom Zjednoczonym kontrolę na całym biegiem rzeki Missisipi, a także nad bogatymi złożami rudy żelaza, choć żadna z tych informacji nie była dostępna w czasie podpisywania umowy. Spory budziła jedynie kwestia podziału rozległego terytorium Oregonu, położonego między Górami Skalistymi a Pacyfikiem oraz między rosyjską Alaską i hiszpańską, a później meksykańską, Kalifornią. Ustalono, że ma ono być dostępne zarówno dla Amerykanów, jak i dla Brytyjczyków, co rozszerzająco interpretowano jako ustanowienie wspólnego zarządu obydwu państw. W 1827 r. porozumienie przedłużono na czas nieokreślony z prawem każdej strony do wypowiedzenia go z zachowaniem okresu dwunastu miesięcy.
Równolegle rozwiązany też został konflikt z Hiszpanią o obie Florydy. W odniesieniu do Florydy Zachodniej prezydent Madison wydał proklamację, zgodnie z którą Stany Zjednoczone weszły w posiadanie tego obszaru na mocy zakupu Luizjany. Hiszpania nie podzielała tego poglądu, ale nie miała możliwości przeciwstawić się Ameryce, która słusznie uważała, że posiadanie Florydy Zachodniej przez obce państwo zagraża bezpieczeństwu Nowego Orleanu. Bardziej skomplikowane wydarzenia rozegrały się natomiast we Florydzie Wschodniej. Pozostawała ona w rękach hiszpańskich i stanowiła miejsce schronienia dla zbiegłych niewolników, a także dla walczących z Amerykanami Seminolów. W kwietniu 1818 r. generał Andrew Jackson wkroczył do Florydy pod pozorem pościgu za Indianami, usunął hiszpańskiego gubernatora i obsadził fort w Pensacoli amerykańskimi żołnierzami. Działanie to było pozbawione podstaw prawnych, ale słaba Hiszpania przystała na zawarcie 22 lutego 1819 r. Traktatu Adamsa–Onísa, zwanego także Traktatem Transkontynentalnym i stanowiącego w istocie finalny element zakupu Luizjany. Na jego mocy Hiszpania zgodziła się oddać bez odszkodowania Florydę, nad którą nie miała już żadnej kontroli i zrzec się słabych pretensji do Oregonu, a Stany Zjednoczone wyrzekły się równie słabych roszczeń do Teksasu.
Traktat ten zapisał się też w historii z powodu dwukrotnego wyrażenia przez Senat zgody na jego ratyfikację. Prezydent Monroe ratyfikował go 25 lutego 1820 r., ale wskutek perturbacji w Madrycie król hiszpański uczynił to dopiero 24 października, czyli po upływie ustalonego przez strony półrocznego okresu na dokonanie ratyfikacji. W tej sytuacji konieczna była powtórna zgoda Senatu i dwa lata po zawarciu umowy ostatecznie wymieniono instrumenty ratyfikacyjne, a w St. Augustine, stolicy Florydy Wschodniej, flagę hiszpańską zastąpiła flaga amerykańska. W ten sposób Stany Zjednoczone uzyskały szeroki dostęp do Zatoki Meksykańskiej, a Traktat stanowił sygnał, że Stany Zjednoczone są gotowe do podboju całej półkuli zachodniej, a później i świata. Jak pisał Henry Adams, „Po raz pierwszy w swej historii Amerykanie przestali wątpić w słuszność obranej drogi”22. Natomiast w 1824 r. Floryda Wschodnia i Zachodnia połączyły się we Florydę ze stolicą w Tallahassee.
Ukoronowaniem procesu dochodzenia do pełnej niezależności przez Stany Zjednoczone było ogłoszenie przez prezydenta Jamesa Monroe 2 grudnia 1823 r. podstawowych reguł amerykańskiej polityki zagranicznej, którym po trzech dekadach nadano nazwę doktryny Monroe. Wynikały one z mylnego odczytania przez polityków amerykańskich intencji państw europejskich w stosunku do półkuli zachodniej. Szczególnie widoczne było to w reakcji na ekspansjonistyczne, jak się wydawało, posunięcia realizowane poprzez Russian-American Company. Problem pojawił się, gdy wobec zmniejszania się populacji wydr morskich na terytorium dzisiejszej Alaski, car wydał we wrześniu 1821 r. ukaz, w którym sformułował roszczenia sięgające znacznie dalej na południe, bo aż do 51° szerokości geograficznej. Pretensje terytorialne Sankt Petersburga nie zagrażały bezpośrednio interesom amerykańskim, kończącym się na 49. równoleżniku, Waszyngton nie czuł się też zagrożony ustanowieniem przez Russian-American Company dość prymitywnej faktorii Fort Ross. Administracja nie mogła jednak przystać na zawarty w ukazie zakaz połowów przez nierosyjskie statki w pasie szerokości 100 mil włoskich (185 km) od wybrzeży terytorium, którego właścicielem mianował się car. Interpretowano to jako wyraz ekspansjonistycznych dążeń Rosji, która jednak nie dysponowała siłą zdolną wcielić w życie jednostronne decyzje cara i kontrowersje zmarły śmiercią naturalną. W traktatach ze Stanami Zjednoczonymi z 1824 r. i Wielką Brytanią z 1825 r. Rosja przystała na ograniczenie roszczeń do linii 54°40’’ oraz na korzystanie przez statki amerykańskie z portów rosyjskich na wybrzeżu Pacyfiku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. https://history.state.gov/departmenthistory/buildings/section1. [wróć]
2.The Letters of Richard Henry Lee, vol. I, The Macmillan Company, New York 1911, s. 178. [wróć]
3. https://leefamilyarchive.org/history-papers-letters-transcripts-gw-delegates-div0294/. [wróć]
4. https://www.masshist.org/publications/adams-papers/index.php/view/DJA03p328, s. 329. [wróć]
5. https://avalon.law.yale.edu/18th_century/paris.asp. [wróć]
6. Walter LaFeber, The Constitution and United States Foreign Policy, „The Journal of American History”, t. 74, nr 3, s. 697. [wróć]
7. John Spanier, Steven W. Hook, American Foreign Policy Since World War II, CQ Press, Washington 1998, s. 10. [wróć]
8. Edward S. Corwin, The President, Office and Powers, 1787–1957, New York University Press, New York 1957, s. 171. [wróć]
9. Zob. Walter Russell Mead, Special Providence, Routledge, New York 2009, s. 99–131. [wróć]
10. John Gerard Ruggie, „Doctrinal Unilateralism and Its Limits”, [w:] David P. Forsythe et al., eds., American Foreign Policy in a Globalized World, Routledge, New York 2006, s. 31. [wróć]
11. Za: Edwin Borchard, William Potter Lage, Neutrality for the United States, Yale University Press, New Haven 1940, s. 21. [wróć]
12. https://avalon.law.yale.edu/18th_century/washing.asp. [wróć]
13. Nazwa Biały Dom weszła do użytku dopiero na przełomie XIX i XX w. [wróć]
14. https://avalon.law.yale.edu/19th_century/jefinau1.asp. [wróć]
15. Zob. Richard W. van Alstyne, American Diplomacy in Action, Peter Smith, Gloucester 1968, s. 497. [wróć]
16. Za: W. Edwin Hemphill, The Jeffersonian Background of the Louisiana Purchase, „The Mississippi Valley Historical Review”, t. 22, nr 2, s. 189. [wróć]
17. Termin „terytorium” odnosił się do obszaru znajdującego się we władaniu Stanów Zjednoczonych, ale pozbawionego jeszcze struktury administracyjnej. [wróć]
18. Alfred Thayer Mahan, Sea Power and the War of 1812, Fireship Press, Tucson 2010, t. II, s. 249. [wróć]
19. Za: C. P. Stacey, An American Plan for a Canadian Campaign, „The American Historical Review”, t. 46, nr 2, s. 356. [wróć]
20. https://penelope.uchicago.edu/Thayer/E/Gazetteer/Places/America/United_States/_Topics/history/_Texts/BEI1812/28*.html. [wróć]
21. Donald R. Hickey, American Trade Restrictions during the War of 1812, „The Journal of American History”, t. 68, nr 3, s. 537. [wróć]
22. Henry Adams, History of the United States, C. Scribner’s Sons, New York 1891, t. 9, s. 220. [wróć]
