Amerykańska polityka zagraniczna 1776–2025 - Lewicki Zbigniew - ebook

Amerykańska polityka zagraniczna 1776–2025 ebook

Lewicki Zbigniew

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Stany Zjednoczone liczą jako państwo 250 lat, ale na arenie międzynarodowej zaistniały jako mocarstwo dopiero w XX wieku. Przeszły długą drogę od swoistej separacji i pilnowania swych interesów na półkuli zachodniej do światowej dominacji. Zgodnie z amerykańską Konstytucją formułowanie założeń i realizacja polityki zagranicznej stanowią prerogatywę prezydenta (któremu pomaga sekretarz stanu), pewne uprawnienia w tej dziedzinie ma też Kongres. Począwszy od Franklina D. Roosevelta, który był lokatorem Białego Domu w latach 1932–1945, kolejni prezydenci tworzyli własne modele działania wobec sojuszników i wrogów w różnych częściach świata. Rządy i opozycje w wielu krajach oczekiwały pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych. Mimo to po jej udzieleniu niejednokrotnie krytykowano Amerykę za ingerowanie w wewnętrzne kwestie innych państw.

Profesor Zbigniew Lewicki, znawca historii i polityki Stanów Zjednoczonych, w sposób syntetyczny i przystępny ukazuje amerykańską politykę zagraniczną oraz jej głównych kreatorów od chwili uzyskania niezależności w 1776 roku aż do czasów współczesnych, do początku drugiej prezydentury Donalda Trumpa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 399

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Recen­zent: prof. dr hab. Dariusz Góra Redak­tor pro­wa­dzący: Bogu­sław Kubisz Korekta: Marzena Kłos Mapy: Dariusz Wie­czo­rek Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Agnieszka i Michał Warda

Copy­ri­ght © by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026 Copy­ri­ght © Zbi­gniew Lewicki, 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18908-9

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Cytat

Poli­tyką zagra­niczną Sta­nów Zjed­no­czo­nych jest brak poli­tyki zagra­nicz­nej.

Geo­rge Harvey, amba­sa­dor USA w Wiel­kiej Bry­ta­nii 1921–1923

Wstęp

Książka sta­nowi mery­to­ryczną, choć nie for­malną, kon­ty­nu­ację Histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki, wyda­nej przez wydaw­nic­two Bel­lona w 2024 r. Kwe­stie poli­tyki zagra­nicz­nej były wpraw­dzie w niej uwzględ­nione, ale z koniecz­no­ści bez szcze­gó­ło­wego ich oma­wia­nia, stąd potrzeba odręb­nej publi­ka­cji.

Stany Zjed­no­czone liczą jako pań­stwo 250 lat, ale na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej zaist­niały w isto­cie dopiero w XX w. Do czasu II wojny świa­to­wej kolejni pre­zy­denci, z nie­wiel­kimi tylko wyjąt­kami, nie widzieli potrzeby poświę­ca­nia uwagi kwe­stiom wykra­cza­ją­cym poza obszar pań­stwa. To spra­wia, że w niniej­szym opra­co­wa­niu, podob­nie jak w wielu innych, ich poglądy są przed­sta­wiane zbior­czo. Dopiero od Fran­klina D. Roose­velta każdy z kolej­nych loka­to­rów Bia­łego Domu two­rzył wła­sny model postę­po­wa­nia w sto­sunku do sojusz­ni­ków i opo­nen­tów w róż­nych czę­ściach świata i ich poli­tyka zagra­niczna pre­zen­to­wana jest w odręb­nych roz­dzia­łach.

Wszyst­kie nie­mal decy­zje podej­mo­wane w poli­tyce zagra­nicz­nej są uwa­run­ko­wane kwe­stiami wewnętrz­nymi, nie­mniej dla jasno­ści wywodu ten aspekt jest w nie­wiel­kim tylko stop­niu uwzględ­niany w niniej­szej publi­ka­cji. Istotną kwe­stią jest nato­miast odbiór przez inne pań­stwa anga­żo­wa­nia się Waszyng­tonu w wyda­rze­nia spoza jego for­mal­nej jurys­dyk­cji. Rządy i opo­zy­cja w wielu kra­jach ocze­ki­wały pomocy ze strony Sta­nów Zjed­no­czo­nych, by po jej udzie­le­niu kry­ty­ko­wać Ame­rykę za inge­ro­wa­nie w wewnętrzne kwe­stie innych państw.

Opra­co­wa­nie niniej­sze sta­nowi moż­li­wie bez­stronną syn­tezę decy­zji podej­mo­wa­nych przez Waszyng­ton w zakre­sie poli­tyki zagra­nicz­nej, nie zaś ich szcze­gó­łową ana­lizę. Oma­wia­nie argu­men­tów for­mu­ło­wa­nych przez poszcze­gól­nych poli­ty­ków ame­ry­kań­skich mogłoby być nie­czy­telne i nużące dla nie­ame­ry­kań­skiego odbiorcy. Sta­no­wi­ska takie nie są jed­nak pomi­jane tam, gdzie przy­czy­niały się w istot­nej mie­rze do wypra­co­wa­nia osta­tecz­nych decy­zji.

Zgod­nie z Kon­sty­tu­cją Sta­nów Zjed­no­czo­nych for­mu­ło­wa­nie i reali­za­cja ame­ry­kań­skiej poli­tyki zagra­nicz­nej sta­nowi pre­ro­ga­tywę pre­zy­denta. Kon­sty­tu­cja daje jed­nak pewne upraw­nie­nia w tym zakre­sie Kon­gre­sowi, co ten czę­sto inter­pre­tuje roz­sze­rza­jąco. Spory tych gałęzi wła­dzy poja­wiły się już za kaden­cji Geo­rge’a Washing­tona w końcu XVIII w. i trwają ze zmien­nym natę­że­niem po dziś dzień. Także i one uka­zy­wane są w niniej­szym opra­co­wa­niu w syn­te­tycz­nej for­mie i zasad­ni­czo tylko na tyle, na ile w istotny spo­sób wpły­nęły na osta­teczny kształt decy­zji ame­ry­kań­skich.

Ame­ryka prze­cho­dzi obec­nie okres sil­nej pola­ry­za­cji poli­tycz­nej, a jeden z zasad­ni­czych spo­rów doty­czy kwe­stii języ­ko­wych. Trudno z per­spek­tywy innej kul­tury oce­niać rze­czy­wi­stą kono­ta­cję róż­nych ter­mi­nów okre­śla­ją­cych współ­cze­snych potom­ków nie­gdy­siej­szych nie­wol­ni­ków, odrębną kwe­stią jest jed­nak mecha­niczne trans­po­no­wa­nie tych okre­śleń do wła­snego języka. Kalka, jaką sta­nowi okre­śle­nie „Afro­ame­ry­ka­nin”, nie tylko brzmi nie­na­tu­ral­nie w pol­sz­czyź­nie, lecz także fał­szy­wie suge­ruje podział oby­wa­teli Sta­nów Zjed­no­czo­nych na Ame­rykanów i „Afro­ame­ry­ka­nów”. Co wię­cej, rodzi pokusę two­rze­nia kolej­nych neo­lo­gi­zmów, takich jak cho­ciażby „Pola­me­ry­ka­nin” w odnie­sie­niu do pol­skich imi­gran­tów i ich potom­ków. W niniej­szym opra­co­wa­niu poja­wiają się ter­miny „czarny”, sto­so­wany zarówno rze­czow­ni­kowo, jak i przy­miot­ni­kowo, oraz rzadko „Murzyn” i „murzyń­ski”, które to okre­śle­nia nie mają w opra­co­wa­niu zabar­wie­nia pejo­ra­tyw­nego.

W niniej­szym opra­co­wa­niu, podob­nie jak w poprzed­nich, uwzględ­nia się potrzebę korekty błęd­nych ter­mi­nów przy­ję­tych w pol­skiej histo­rio­gra­fii. Przy­jęte w języku pol­skim słow­nic­two w wielu przy­pad­kach nasuwa istotne wąt­pli­wo­ści. Naj­bar­dziej ude­rza­ją­cym tego przy­kła­dem jest słowo nation, nie­mal zawsze odda­wane jako „naród”, a w isto­cie ozna­cza­jące przede wszyst­kim „pań­stwo”. W rezul­ta­cie Uni­ted Nations Orga­ni­za­tion to w języku pol­skim „Orga­ni­za­cja Naro­dów Zjed­no­czo­nych”, choć prze­cież w skład tej insty­tu­cji wcho­dzą nie narody, lecz pań­stwa.

Kolejny błąd doty­czy tłu­ma­cze­nia ter­minu amend­ment jako „poprawka” (kon­sty­tu­cyjna). Zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi w Pol­sce zasa­dami tech­niki pra­wo­daw­czej poprawki wnosi się do pro­jektu aktu praw­nego, nato­miast już ist­nie­ją­cego doku­mentu nie popra­wia się, lecz nowe­li­zuje. Dla­tego w niniej­szym opra­co­wa­niu używa się kon­se­kwent­nie wła­ści­wego ter­minu „nowela”.

Kolejny pro­blem mery­to­ryczny doty­czy pojęć Dec­la­ra­tion of Inde­pen­dence oraz War of Inde­pen­dence. Miesz­kańcy bry­tyj­skich kolo­nii w Ame­ryce byli pod­da­nymi Korony, a nie sko­lo­ni­zo­wa­nymi tubyl­cami i wal­czyli nie o „nie­pod­le­głość”, lecz o „nie­za­leż­ność”, z naci­skiem na samo­dziel­ność gospo­dar­czą. Błędne tłu­ma­cze­nia oby­dwu ter­mi­nów utrwa­liły się w pol­skiej histo­rio­gra­fii, nie­mniej w niniej­szym opra­co­wa­niu przy­wraca się wła­ściwe pol­skie słow­nic­two.

Dla unik­nię­cia nie­po­ro­zu­mień nazwy insty­tu­cji i doku­men­tów fede­ral­nych podaje się wielką literą (Kon­sty­tu­cja, Sąd Naj­wyż­szy), nato­miast ich sta­no­wych odpo­wied­ni­ków małą (kon­sty­tu­cja, sąd naj­wyż­szy).

Pewną trud­ność nasuwa nie­mal zawsze inter­pre­ta­cja kwot poda­wa­nych w doku­men­tach z epoki. Nie ma jed­no­li­tego prze­licz­nika dolara sprzed lat na jego dzi­siej­szą war­tość. W niniej­szym opra­co­wa­niu wyko­rzy­stuje się dane doty­czące siły nabyw­czej pie­nią­dza wyli­czone na stro­nie www.measu­rin­gworth.com. Poda­wane są one w nawia­sach kwa­dra­to­wych tam, gdzie ma to zna­cze­nie dla wywodu.

* * *

W tek­ście poja­wiać się mogą poje­dyn­cze sfor­mu­ło­wa­nia użyte i we wcze­śniej­szych książ­kach mojego autor­stwa, co jest nie do unik­nię­cia przy publi­ka­cjach doty­czą­cych pokrew­nej tema­tyki. Ich łączna obję­tość nie prze­kra­cza 1% tek­stu, co nie naru­sza przy­ję­tych norm.

Wszyst­kie odwo­ła­nia do źró­deł inter­ne­to­wych zostały spraw­dzone 10 stycz­nia 2026 r., co eli­mi­nuje potrzebę poda­wa­nia w każ­dym przy­padku daty odczy­ta­nia strony WWW.

I. Czas tworzenia

Jeżeli zaak­cep­to­wać tra­dy­cyjny pogląd, że poli­tyka zagra­niczna odnosi się do decy­zji pań­stwa, które mają bez­po­średni wpływ na inny kraj, to histo­ria ame­ry­kań­skiej poli­tyki zagra­nicz­nej roz­po­czyna się wraz z utwo­rze­niem Sta­nów Zjed­no­czo­nych w lipcu 1776 r. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak jej pierw­sze ele­menty poja­wiły się już wcze­śniej. Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego listo­pada 1775 r. Kon­gres Kon­ty­nen­talny powo­łał do życia Komi­tet Taj­nej Współ­pracy (Com­mit­tee of Secret Com­mu­ni­ca­tion) „w celu utrzy­my­wa­nia kon­tak­tów z naszymi przy­ja­ciółmi w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Irlan­dii i innych czę­ściach świata”1. W skład tego ciała wcho­dziło pię­ciu pro­mi­nent­nych poli­ty­ków, z któ­rych jeden, Ben­ja­min Fran­klin, miał szcze­gól­nie liczne kon­takty w Euro­pie. Jed­nym z pierw­szych pod­ję­tych przez niego dzia­łań był udział w pod­ję­tej zimą na prze­ło­mie 1775/1776 r. pró­bie anek­sji Kanady.

Przez pierw­sze mie­siące swego ist­nie­nia Komi­tet nie mógł jed­nak liczyć na poważne trak­to­wa­nie za gra­nicą, czego przy­czynę naj­zwięź­lej wyra­ził Richard Henry Lee: „Żadne pań­stwo w Euro­pie nie będzie ani pak­to­wać, ani han­dlo­wać z nami tak długo, jak długo będziemy uwa­żać się za pod­da­nych Wiel­kiej Bry­ta­nii”2. Tym samym Lee jed­no­znacz­nie wska­zy­wał na nie­zbęd­ność zade­kla­ro­wa­nia nie­za­leż­no­ści kolo­nii: „Zatem to nie wybór, ale koniecz­ność wymaga Nie­za­leż­no­ści jako jedy­nego spo­sobu zawar­cia soju­szów”3. Na koniecz­ność pod­ję­cia takiej decy­zji wska­zy­wał także Tho­mas Paine, autor bro­szury Com­mon Sense, jed­nego z naj­sku­tecz­niej­szych tek­stów pro­pa­gandy poli­tycz­nej w histo­rii. Osta­tecz­nie 2 lipca 1776 r. przed­sta­wi­ciele kolo­nii zde­cy­do­wali o „roz­wią­za­niu wię­zów poli­tycz­nych” łączą­cych je z Wielką Bry­ta­nią.

Nato­miast nawią­zy­wa­nie i utrzy­my­wa­nie kon­tak­tów z fran­cu­skimi sym­pa­ty­kami było o tyle uła­twione, że Fran­cja pra­gnęła rewanżu za klę­skę, jaką ponio­sła na kon­ty­nen­cie ame­ry­kań­skim pod­czas wojny sied­mio­let­niej. 3 marca 1776 r. Komi­tet wysłał do Fran­cji Silasa Deane’a (który oka­zał się póź­niej agen­tem bry­tyj­skim), a 26 wrze­śnia usta­no­wił ofi­cjalną dele­ga­cję w Paryżu, w skład któ­rej poza Deanem weszli też Ben­ja­min Fran­klin i Arthur Lee. Sta­no­wi­sko Fran­cji miało klu­czowe zna­cze­nie dla prze­biegu i powo­dze­nia Rewo­lu­cji Ame­ry­kań­skiej, a w dzia­ła­niach na rzecz zbun­to­wa­nych kolo­ni­stów ważną rolę ode­grał ze strony fran­cu­skiej Pierre Beau­mar­chais. Nie­mniej John Adams dostrze­gał nie­bez­pie­czeń­stwo zwią­zane z zawie­ra­niem sta­łego poro­zu­mie­nia z Fran­cją: „Nie powin­ni­śmy zawie­rać z nią soju­szu, który mógłby nas uwi­kłać w przy­szłe wojny w Euro­pie; zacho­wa­nie cał­ko­wi­tej neu­tral­no­ści powinno sta­no­wić pierw­szą zasadę i mak­symę, o któ­rej nie należy ni­gdy zapo­mi­nać pod­czas wszyst­kich przy­szłych wojen euro­pej­skich”4.

Dele­ga­cja ame­ry­kań­ska z powszech­nie podzi­wia­nym Ben­ja­mi­nem Fran­kli­nem przy­była do Paryża w grud­niu 1776 r., jed­nak przez ponad rok nie uda­wało się prze­ko­nać Ludwika XVI do zawar­cia trak­tatu ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Wyra­ził on jedy­nie zgodę na udzie­le­nie Unii pożyczki oraz prze­sy­ła­nie za ocean broni i amu­ni­cji. Ani on sam, ani nikt pra­wie nie wie­rzył, że słabo zor­ga­ni­zo­wane i uzbro­jone siły rebe­lian­tów są warte anga­żo­wa­nia się po ich stro­nie.

Nato­miast Kon­gres dzia­łał i 18 lipca 1776 r. zatwier­dził przed­ło­żony przez Johna Adamsa tzw. Plan z 1776 r., który był mode­lo­wym tek­stem trak­tatu mię­dzy­na­ro­do­wego. Zawie­rał on mię­dzy innymi zasadę, że poza kon­tra­bandą, czyli bro­nią i amu­ni­cją, towary jed­nego z uczest­ni­ków kon­fliktu zbroj­nego prze­wo­żone na stat­kach neu­tral­nych nie pod­le­gają kon­fli­ska­cie przez drugą z woju­jącch stron. Jed­nostki mor­skie strony wal­czą­cej mia­łyby jedy­nie prawo do kon­fi­skaty kon­tra­bandy prze­zna­czo­nej dla prze­ciw­nika. Stany Zjed­no­czone korzy­stały z tego modelu, zawie­ra­jąc umowy z Holan­dią (w 1782 r.), Szwe­cją (w 1783 r.), Pru­sami (w 1785 r.) i Maro­kiem (w 1786 r.).

Nato­miast sta­no­wi­sko Fran­cji ule­gło zmia­nie w wyniku klę­ski gene­rała Johna Bur­goyne’a pod Sara­togą w paź­dzier­niku 1777 r. 6 lutego 1778 r. Fran­cja pod­pi­sała ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi trak­tat han­dlowy, a przede wszyst­kim zawarła sojusz woj­skowy, który miał obo­wią­zy­wać po ewen­tu­al­nym wypo­wie­dze­niu przez Wielką Bry­ta­nię wojny Fran­cji. Paryż zde­cy­do­wał się na zawar­cie trak­tatów głów­nie z tego powodu, że po bitwie pod Sara­togą Lon­dyn wyra­żał zain­te­re­so­wa­nie pogo­dze­niem się ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Nie doszło do tego tylko dla­tego, że król fran­cu­ski chciał pod­pi­sać umowy z każdą z byłych kolo­nii osobno, na co te nie wyra­żały zgody.

Pomoc Fran­cji na­dal jed­nak ogra­ni­czała się do dostaw broni i pro­chu strzel­ni­czego. Nie było to bez zna­cze­nia, ale nie mogło pro­wa­dzić do poko­na­nia Bry­tyj­czy­ków. Jedyna próba współ­dzia­ła­nia wojsk Armii Kon­ty­nen­tal­nej z fran­cu­skimi oddzia­łami i mary­narką wojenną w bitwie o Rhode Island 29 sierp­nia 1778 r. zakoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem, podob­nie jak walka o odzy­ska­nie utra­co­nego wcze­śniej mia­sta i portu Savan­nah w Geo­r­gii, toczona mię­dzy 16 wrze­śnia a 18 paź­dzier­nika 1779 r. W trak­cie jed­nego ze starć śmierć poniósł wów­czas Kazi­mierz Puła­ski.

W lipcu 1780 r. do Ame­ryki przy­było 7 tys. żoł­nie­rzy fran­cu­skich pod dowódz­twem Jean-Bap­ti­ste’a Rocham­beau. Jed­nak siły te przez rok bier­nie sta­cjo­no­wały w New­port w sta­nie Rhode Island, zanim wspól­nie z woj­skiem Geo­rge’a Washing­tona przy­stą­piły do oble­ga­nia York­town w Wir­gi­nii. Prze­by­wa­jące tam oddziały bry­tyj­skie oraz najem­nicy hescy pod dowódz­twem gene­rała Char­lesa Corn­wal­lisa zostały zmu­szone 19 paź­dzier­nika 1781 r. do kapi­tu­la­cji, co prak­tycz­nie zakoń­czyło Wojnę o Nie­za­leż­ność.

Na tere­nie Ame­ryki Pół­noc­nej na­dal jed­nak pozo­sta­wały znaczne siły bry­tyj­skie, które kon­tro­lo­wały mię­dzy innymi klu­czowe porty w Nowym Jorku, Savan­nah i Char­les Town. W Lon­dy­nie nasi­lało się jed­nak prze­ko­na­nie, że Korona stra­ciła już za dużo żoł­nie­rzy oraz pie­nię­dzy. 27 lutego 1782 r. Izba Gmin zde­cy­do­wała, że Wielka Bry­ta­nia powinna skon­cen­tro­wać się na kon­flik­tach z Fran­cją oraz Hisz­pa­nią, co dało asumpt do roz­po­czę­cia nego­cja­cji poko­jo­wych w Paryżu. Stany Zjed­no­czone dążyły w nich przede wszyst­kim do for­mal­nego uzna­nia przez Lon­dyn ich suwe­ren­no­ści, ale także do uzy­ska­nia praw poło­wo­wych u atlan­tyc­kich wybrzeży bry­tyj­skiej Kanady oraz do prze­ka­za­nia im czę­ści, a nawet cało­ści, Kanady. Wielka Bry­ta­nia odrzu­cała te rosz­cze­nia, mając nadzieję nie dopu­ścić do bli­skich związ­ków nowej Unii z Fran­cją.

Rewo­lu­cję Ame­ry­kań­ską zakoń­czyło pod­pi­sa­nie 3 wrze­śnia 1783 r. Trak­tatu Pary­skiego. Prze­wi­dy­wano w nim mię­dzy innymi opusz­cze­nie przez Bry­tyj­czy­ków wszyst­kich sied­miu for­tów na gra­nicy Sta­nów Zjed­no­czo­nych z bry­tyj­ską Kanadą, a z dru­giej strony wypłatę odszko­do­wań dla zwo­len­ni­ków Korony za majątki utra­cone przez nich wsku­tek wymu­szo­nej emi­gra­cji oraz ure­gu­lo­wa­nie zadłu­że­nia zacią­gnię­tego wobec wie­rzy­cieli bry­tyj­skich przed wybu­chem Rewo­lu­cji. Nego­cja­to­rzy ame­ry­kań­scy sta­rali się zale­cić Kon­gre­sowi, by ten naka­zał sta­nom speł­nie­nie żądań bry­tyj­skich, choć nie miał on upraw­nień do takich dzia­łań. Zakres kom­pe­ten­cji orga­nów Unii okre­ślały bowiem przy­jęte w 1781 r. Arty­kuły Kon­fe­de­ra­cji, nader nie­udany doku­ment kon­sty­tu­cyjny, któ­rego pod­sta­wo­wym man­ka­men­tem było uza­leż­nia­nie każ­dej istot­nej decy­zji od zgody wszyst­kich sta­nów. Trak­tat Pary­ski zawie­rał też posta­no­wie­nie, zgod­nie z któ­rym „Żegluga po rzece Mis­si­sipi, od jej źró­deł do oce­anu, pozo­sta­nie na zawsze wolna i otwarta dla pod­da­nych Wiel­kiej Bry­ta­nii i oby­wa­teli Sta­nów Zjed­no­czo­nych”5. Z kolei edykt kró­lew­ski z 1788 r. pre­cy­zo­wał, że Ame­ry­ka­nie mają prawo spła­wiać towary po Mis­si­sipi pod warun­kiem wpła­ca­nia 15% podatku. Mogli też skła­do­wać je w por­cie w ocze­ki­wa­niu na statki oce­aniczne po uisz­cze­niu 6% podatku eks­por­to­wego.

Rów­no­le­gle z tymi wyda­rze­niami ule­gał zmia­nie sta­tus kon­gre­so­wego Komi­tetu Taj­nej Współ­pracy. 17 kwiet­nia 1777 r. jego nazwę zmie­niono na Komi­tet Spraw Zagra­nicz­nych, 20 paź­dzier­nika 1781 r. prze­kształ­ca­jąc go w Depar­ta­ment Spraw Zagra­nicz­nych. Sto­jący na jego czele sekre­tarz mógł uczest­ni­czyć w obra­dach Kon­gresu, gdzie nie miał jed­nak prawa głosu. Jako pierw­szy funk­cję tę peł­nił Robert S. Living­ston, a gdy w 1783 r. zre­zy­gno­wał z niej, rok trwało poszu­ki­wa­nie następcy. W grud­niu 1784 r. został nim John Jay, wspo­ma­gany przez czte­rech urzęd­ni­ków, wspól­nie z nim ulo­ko­wa­nych w dwóch izbach tawerny.

Pro­wa­dze­nie sku­tecz­nej poli­tyki zagra­nicz­nej unie­moż­li­wiała jed­nak Kon­gre­sowi kon­struk­cja Arty­ku­łów Kon­fe­de­ra­cji, która, co wię­cej, sta­no­wiła zagro­że­nie dla suwe­ren­no­ści pań­stwa nie­mo­gą­cego się bro­nić przed ata­kiem ani z połu­dnia i połu­dnio­wego zachodu, ani z pół­nocy i pół­noc­nego zachodu. Zda­niem wybit­nego bada­cza histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych „Nic nie przy­czy­niło się bar­dziej bez­po­śred­nio do uchwa­le­nia Kon­sty­tu­cji z 1787 r. niż nara­sta­jące prze­ko­na­nie, że zgod­nie z Arty­ku­łami Kon­fe­de­ra­cji Kon­gres nie mógł sku­tecz­nie i bez­piecz­nie pro­wa­dzić poli­tyki zagra­nicz­nej”6.

Pierw­sze zagro­że­nie doty­czyło Hisz­pa­nii, która w trak­cie Wojny o Nie­za­leż­ność była sojusz­ni­kiem Fran­cji. Nie była nato­miast sojusz­ni­kiem Sta­nów Zjed­no­czo­nych, głów­nie dla­tego, że wspie­ra­nie kolo­nii mogło zostać źle odczy­tane przez miesz­kań­ców jej wła­snych posia­dło­ści. Gdy Kon­gres wysłał do Madrytu Johna Jaya jako ofi­cjal­nego przed­sta­wi­ciela Sta­nów Zjed­no­czo­nych, przez dwu­ipół­letni czas swego pobytu nie został on ani razu przy­jęty na dwo­rze. Co waż­niej­sze, pod­pi­sany 3 wrze­śnia 1783 r. trak­tat bry­tyj­sko-hisz­pań­ski nie zawie­rał zobo­wią­za­nia do utrzy­ma­nia swo­bod­nej żeglugi na Mis­si­sipi i w 1784 r. Hisz­pa­nia zamknęła dla Ame­ry­ka­nów port w Nowym Orle­anie, co nie­mal spa­ra­li­żo­wało gospo­darkę zachod­nich obsza­rów ówcze­snych Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Nato­miast na gra­nicy z Kanadą Stany Zjed­no­czone nie były w sta­nie wymu­sić na Wiel­kiej Bry­ta­nii opusz­cze­nia for­tów, w tym Detroit czy Mac­ki­nac, które unie­moż­li­wiały stat­kom ame­ry­kań­skim swo­bodną żeglugę na Wiel­kich Jezio­rach. Co wię­cej, Bry­tyj­czycy umiej­sco­wili sie­dzibę rządu pro­win­cji Upper Canada, czyli póź­niej­szego Onta­rio, w znaj­du­ją­cym się na tery­to­rium Sta­nów Zjed­no­czo­nych For­cie Nia­gara.

Sytu­acja poli­tyczna nowego pań­stwa zaczęła ule­gać zmia­nie dopiero po wej­ściu w życie Kon­sty­tu­cji, raty­fi­ko­wa­nej do czerwca 1788 r. przez wyma­ganą liczbę sta­nów. Roz­po­częło to pro­ces okre­ślany obec­nie ter­mi­nem nation buil­ding, czyli two­rze­nia pań­stwa. W jego ramach twórcy Kon­sty­tu­cji poświę­cili wiele czasu i uwagi na stwo­rze­nie mecha­ni­zmów wzmac­nia­ją­cych obszar poli­tyki zagra­nicz­nej. Od samego początku swo­jej pań­stwo­wo­ści Ame­ry­ka­nie prze­ja­wiali przy tym prze­ko­na­nie, że ich prze­zna­cze­niem jest sze­rze­nie na świe­cie takich war­to­ści jak wol­ność i spra­wie­dli­wość: „Stany Zjed­no­czone mają sta­no­wić przy­kład wysoce moral­nego wzorca postę­po­wa­nia w sto­sun­kach mię­dzy­na­ro­do­wych”7.

Na początku wrze­śnia 1789 r. Depar­ta­ment Spraw Zagra­nicz­nych prze­kształ­cono w Depar­ta­ment Stanu, wobec nie­do­statku obo­wiąz­ków zagra­nicz­nych powie­rza­jąc mu jed­no­cze­śnie sze­reg kwe­stii wewnętrz­nych, jak nad­zór nad Wielką Pie­czę­cią czy prze­pro­wa­dza­nie spi­sów lud­no­ści. Utwo­rze­nie Depar­ta­mentu Stanu ozna­czało zara­zem pod­po­rząd­ko­wa­nie poli­tyki zagra­nicz­nej wła­dzy wyko­naw­czej, a nie Kon­gre­sowi, nie­mniej pozo­sta­wiało bez roz­strzy­gnię­cia kwe­stię zakresu kom­pe­ten­cji poszcze­gól­nych gałęzi wła­dzy:

Kon­sty­tu­cja przy­znaje jedy­nie pre­zy­den­towi, i nic wię­cej, pewne upraw­nie­nia wpły­wa­jące na nasze sto­sunki zagra­niczne oraz pewne inne upraw­nie­nia o tym samym ogól­nym cha­rak­te­rze Sena­towi, a także jesz­cze inne takie upraw­nie­nia Kon­gre­sowi; ale pozo­sta­wia do roz­strzy­gnię­cia przez wyda­rze­nia, który z tych orga­nów będzie miał decy­du­jący i osta­teczny głos w usta­la­niu postę­po­wa­nia pań­stwa ame­ry­kań­skiego8.

Przy­kła­dowo, Kon­sty­tu­cja okre­śla w art. 1 sek­cja 8, że to Kon­gres ma prawo wypo­wia­dać wojnę, a także wysta­wiać i utrzy­my­wać siły lądowe oraz mary­narkę wojenną. W prak­tyce jed­nak pre­zy­dent roz­po­czy­nał i pro­wa­dził dzia­ła­nia zbrojne bez for­mal­nego wypo­wie­dze­nia wojny. Stany Zjed­no­czone wypo­wie­działy wojnę jede­na­ście razy w swo­jej histo­rii, ale po raz ostatni miało to miej­sce 4 czerwca 1942 r. Póź­niej­sze kon­flikty w Korei, Wiet­na­mie, Afga­ni­sta­nie czy Iraku nie były woj­nami wypo­wie­dzia­nymi przez Kon­gres. Legi­sla­tura pró­bo­wała ogra­ni­czyć to upraw­nie­nie pre­zy­denta, ale kwe­stia kon­sty­tu­cyj­no­ści przy­ję­tego w 1973 r. War Powers Act pozo­staje nie­roz­strzy­gnięta.

Inny pro­blem kom­pe­ten­cyjny doty­czył upraw­nie­nia Senatu do udzie­la­nia „rady i zgody” na zawie­ra­nie trak­ta­tów przez Stany Zjed­no­czone. Gdy 22 sierp­nia 1789 r. pre­zy­dent Geo­rge Washing­ton przy­był do Senatu celem zasię­gnię­cia rady Izby przed pod­pi­sa­niem jed­nego z trak­ta­tów z India­nami. docho­dzący przez okna hałas był tak wielki, że pre­zy­dent musiał dwa razy odczy­tać tekst, po czym sena­to­ro­wie zapro­po­no­wali prze­ka­za­nie sprawy do komi­sji. Osta­tecz­nie zaapro­bo­wali brzmie­nie trak­tatu, ale ziry­to­wany Washing­ton ni­gdy już nie zwra­cał się z taką ini­cja­tywą do Senatu i od tej pory Izba akcep­tuje już tylko, albo odrzuca, tekst para­fo­wany uprzed­nio przez pre­zy­denta. Przed­sta­wiany Sena­towi trak­tat musi uzy­skać popar­cie dwóch trze­cich człon­ków Senatu obec­nych na posie­dze­niu. Celem tego ure­gu­lo­wa­nia było uzy­ska­nie apro­baty moż­li­wie sze­ro­kiego grona pra­wo­daw­ców, co od początku XIX w. ozna­czało zara­zem popar­cie przez poli­ty­ków obu par­tii, a nie tylko przez człon­ków Izby z par­tii pre­zy­denc­kiej.

Zde­cy­do­wana więk­szość przed­sta­wia­nych Sena­towi trak­ta­tów była prze­zeń apro­bo­wana, choć nie­które wraz z inter­pre­ta­cjami (wią­żą­cymi tylko Stany Zjed­no­czone), a nawet z popraw­kami, co wyma­gało zgody dru­giej strony. Trudno nato­miast oce­nić, ile poro­zu­mień nie zostało w ogóle przed­ło­żo­nych Izbie wobec braku szans na ich zatwier­dze­nie. W każ­dym razie od 1789 do 1815 r. Senat roz­pa­trzył tylko trzy­na­ście trak­ta­tów, nato­miast poczy­na­jąc od umowy pocz­to­wej z Kanadą z 1792 r., admi­ni­stra­cja pod­pi­sy­wała nie trak­taty, lecz poro­zu­mie­nia wła­dzy wyko­naw­czej, nie­wy­ma­ga­jące zgody Senatu. Obec­nie ponad 90% poro­zu­mień mię­dzy­na­ro­do­wych zawie­ra­nych jest przez Stany Zjed­no­czone w tym try­bie.

Na raty­fi­ka­cję trak­ta­tów kil­ka­krot­nie sta­rała się też wpły­nąć Izba Repre­zen­tan­tów, która decy­duje o przy­zna­niu środ­ków na dzia­ła­nia wła­dzy wyko­naw­czej. Prze­ja­wiło się to po raz pierw­szy w odnie­sie­niu do Trak­tatu Jaya z 1796 r., gdy Izba zażą­dała udo­stęp­nie­nia jej peł­nej doku­men­ta­cji pro­cesu nego­cja­cyj­nego. Pre­zy­dent Washing­ton odmó­wił speł­nie­nia tego żąda­nia, usta­na­wia­jąc tym samym pre­ce­dens przy­wi­leju wła­dzy wyko­naw­czej, czyli upraw­nie­nia pre­zy­denta do zacho­wa­nia w tajem­nicy okre­ślo­nych doku­men­tów w oba­wie przed nara­że­niem na szwank inte­re­sów pań­stwa i jego bez­pie­czeń­stwa.

Pre­zy­dent Geo­rge Washing­ton musiał też roz­strzy­gnąć kwe­stię zagra­nicz­nej repre­zen­ta­cji pań­stwa. Ini­cja­ty­wom takim jed­no­znacz­nie prze­ciw­sta­wiał się Kon­gres, a i sto­lice euro­pej­skie nie wyglą­dały dyplo­ma­tów ame­ry­kań­skich i do 1791 r. usta­no­wiono tylko czte­rech mini­strów peł­no­moc­nych w Euro­pie. Gdy na przy­kład John Adams przy­był do Lon­dynu jako mini­ster nad­zwy­czajny i peł­no­mocny, musiał przez całą kaden­cję zno­sić osten­ta­cyjne lek­ce­wa­że­nie go przez dwór.

Stany Zjed­no­czone były młodą, geo­po­li­tycz­nie wraż­liwą repu­bliką, któ­rej bez­pie­czeń­stwo mogło zostać poważ­nie zagro­żone oko­licz­no­ściami, na które prak­tycz­nie nie miała wpływu. Mimo to pod koniec XVIII w. wykształ­ciła się pierw­sza z czte­rech zasad­ni­czych szkół myśle­nia o ame­ry­kań­skiej kon­cep­cji poli­tyki zagra­nicz­nej, okre­ślo­nych przez Wal­tera Rus­sella Meada mia­nem hamil­to­ni­zmu. Według Ale­xan­dra Hamil­tona, ojca gospo­darki ame­ry­kań­skiej, poli­tyka zagra­niczna winna być pod­po­rząd­ko­wana inte­re­som eko­no­micz­nym pań­stwa9. Jego opo­nen­tem pod każ­dym nie­mal wzglę­dem był Tho­mas Jef­fer­son, który w ślad za Geo­r­gem Washing­to­nem i Joh­nem Adam­sem akcen­to­wał przede wszyst­kim wymóg nie­wią­za­nia pań­stwa jaki­mi­kol­wiek sta­łymi zobo­wią­za­niami zagra­nicz­nymi. Choć w jego cza­sach nie uży­wano takiej ter­mi­no­lo­gii, myśl i prak­tyka poli­tyczna Jef­fer­sona bywają okre­ślane mia­nem jed­no­stron­no­ści, uni­la­te­ra­li­zmu. Jest to „dok­try­nalne prze­ko­na­nie, że wyko­rzy­sta­nie ame­ry­kań­skiej potęgi za gra­nicą cał­ko­wi­cie się samo­uspra­wie­dli­wia, nie wymaga odwo­ły­wa­nia się do poglą­dów lub inte­re­sów innych stron i nie dopusz­cza żad­nych zewnętrz­nych ogra­ni­czeń w sto­sunku do okre­śla­nych przez sie­bie celów”10. Poli­tyka taka zakła­dała, że Stany Zjed­no­czone pozo­staną zasad­ni­czo z dala od spraw poli­tycz­nych i woj­sko­wych reszty świata, ale będą anga­żo­wać się w koniecz­nym zakre­sie tam, gdzie w grę wcho­dzi ame­ry­kań­ski inte­res naro­dowy. Z poję­ciem tym wiąże się też kon­cep­cja ame­ry­kań­skiej wyjąt­ko­wo­ści, Ame­ri­can excep­tio­na­lism. Było to prze­ko­na­nie, że nowy kraj ma do ode­gra­nia spe­cjalną rolę w świe­cie jako biblijne „mia­sto na wzgó­rzu”, co sta­no­wiło uza­sad­nie­nie dla wielu decy­zji podej­mo­wa­nych w sfe­rze poli­tyki zagra­nicz­nej.

Kolejna kon­cep­cja poli­tyki zagra­nicz­nej naro­dziła się w poło­wie XIX w. i wywo­dziła się z poglą­dów pre­zy­denta Andrew Jack­sona, który pro­mo­wał eks­pan­sjo­nizm i wojow­ni­czość pań­stwową. Prze­ciw takim war­to­ściom wystą­pił nato­miast na początku XX w. Woodrow Wil­son, twórca kom­plek­so­wej teo­rii ame­ry­kań­skich sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych. Był prze­świad­czony o natu­ral­nej wyż­szo­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych, odrzu­cał uni­la­te­ra­lizm i prze­ko­ny­wał, że Stany Zjed­no­czone mają moralny obo­wią­zek wspo­ma­gać mniej szczę­śliwe narody i pro­pa­go­wać ame­ry­kań­ski styl życia.

Pod koniec XVIII w. Stany Zjed­no­czone napo­tkały pierw­szy poważny dyle­mat z zakresu poli­tyki zagra­nicz­nej. 1 lutego 1793 r. Fran­cja wypo­wie­działa wojnę Wiel­kiej Bry­ta­nii i poli­tycy ame­ry­kań­scy sta­nęli wobec koniecz­no­ści opo­wie­dze­nia się po jed­nej ze stron. Jef­fer­son i Madi­son uwa­żali, że kraj ma zarówno moralny obo­wią­zek poprzeć Fran­cję, która wspo­mo­gła swego czasu Rewo­lu­cję Ame­ry­kań­ską, jak i prawne zobo­wią­za­nie do takiego postę­po­wa­nia, wyni­ka­jące z zawar­tego w 1778 r. soju­szu. Pogląd Jef­fer­sona o cią­gło­ści przyj­mo­wa­nych przez pań­stwo zobo­wią­zań sta­nowi obec­nie jedną z zasad prawa mię­dzy­na­ro­do­wego.

Nato­miast Hamil­ton argu­men­to­wał, że trak­tat został zawarty ze stra­co­nym wła­śnie kró­lem Fran­cji, a jego posta­no­wień nie można prze­nieść na Repu­blikę zarzą­dzaną przez Dyrek­to­riat. Co wię­cej, zasad­ni­cze inte­resy Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nów Zjed­no­czo­nych uzu­peł­niały się, gdyż trzy czwarte ame­ry­kań­skiej dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej doty­czyło bry­tyj­skiego part­nera. Stany Zjed­no­czone mogły znacz­nie wię­cej zyskać na han­dlu z Wielką Bry­ta­nią niż z Fran­cją, a zdo­by­wane tą drogą fun­du­sze były klu­czowe dla powo­dze­nia hamil­to­now­skich reform gospo­dar­czych.

Spory poli­ty­ków roz­strzy­gnął, jak zwy­kle w takich przy­pad­kach, pre­zy­dent, który 22 kwiet­nia 1793 r. ogło­sił pro­kla­ma­cję neu­tral­no­ści, choć powstrzy­mał się od uży­cia w swo­jej dekla­ra­cji tego ter­minu. Takie roz­wią­za­nie było szcze­gól­nie korzystne dla far­me­rów i arma­to­rów ame­ry­kań­skich, któ­rzy czer­pali wiel­kie zyski z han­dlu z obiema stro­nami kon­fliktu. Decy­zja Washing­tona usta­na­wia­jąca pre­ce­dens pozo­sta­wa­nia na ubo­czu kon­flik­tów euro­pej­skich sta­no­wiła pierw­szą for­malną dekla­ra­cję takiego trybu postę­po­wa­nia. Zara­zem było to postę­po­wa­nie kon­tro­wer­syjne, gdyż Kon­sty­tu­cja nie dawała pre­zy­dentowi upraw­nie­nia do podej­mo­wa­nia takich decy­zji. Zda­jąc sobie z tego sprawę, Washing­ton zadał człon­kom swego gabi­netu, czyli nie­for­mal­nego rządu, sze­reg pytań, z któ­rych pod­sta­wowe doty­czyło wła­śnie tej kwe­stii. Zda­niem Hamil­tona pre­zy­dent posia­dał nie­zbędne upraw­nie­nia, według Jef­fer­sona nato­miast takie dzia­ła­nie pozo­sta­wało w zakre­sie kom­pe­ten­cji Kon­gresu. Nato­miast w czerwcu 1794 r. Kon­gres uchwa­lił Neu­tra­lity Act, który zaka­zy­wał dzia­łal­no­ści skie­ro­wa­nej prze­ciw pań­stwu utrzy­mu­ją­cemu poko­jowe rela­cje ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi.

Na rzecz nie­wspie­ra­nia Fran­cji prze­ma­wiał dodat­kowo fakt, że trak­tat z 1778 r. sta­no­wił o udzie­le­niu pomocy w przy­padku ataku z zewnątrz, a w tym wypadku wojnę wypo­wie­działa sama Fran­cja, nato­miast brak popar­cia dla Wiel­kiej Bry­ta­nii zaognił i tak napięte rela­cje Sta­nów Zjed­no­czo­nych z tym pań­stwem. Skła­dały się na to zarówno pro­blemy wyni­ka­jące z upo­rczy­wego pozo­sta­wa­nia Bry­tyj­czy­ków w for­tach gra­nicz­nych, skąd wspie­rali ata­ku­ją­cych osad­ni­ków Indian, jak i nowe kon­tro­wer­sje, w tym przede wszyst­kim pro­ce­dura impres­sment. Ozna­czała ona zdej­mo­wa­nie z pokła­dów stat­ków ame­ry­kań­skich mary­na­rzy uzna­wa­nych za oby­wa­teli bry­tyj­skich i siłowe wcie­la­nie ich do kró­lew­skiej mary­narki wojen­nej. Nie chcąc, by kon­tro­wer­sje te dopro­wa­dziły do kon­fliktu zbroj­nego, pre­zy­dent w maju 1784 r. wysłał do Lon­dynu doświad­czo­nego praw­nika i dyplo­matę Johna Jaya z zada­niem wyne­go­cjo­wa­nia kom­pro­mi­so­wego roz­wią­za­nia.

Jay nie miał wiele do zaofe­ro­wa­nia Lon­dy­nowi poza ure­gu­lo­wa­niem kwe­stii odszko­do­wa­nia za majątki pozo­sta­wione w Ame­ryce przez loja­li­stów. Bio­rąc pod uwagę asy­me­trycz­ność moż­li­wo­ści, jego misja zakoń­czyła się suk­ce­sem przede wszyst­kim dzięki temu, że w sytu­acji kon­fliktu na kon­ty­nen­cie euro­pej­skim Wielka Bry­ta­nia nie chciała otwie­rać nowego frontu. W pod­pi­sa­nym 19 listo­pada 1794 r. Trak­ta­cie Jaya Bry­tyj­czycy zobo­wią­zali się do opusz­cze­nia for­tów gra­nicz­nych do końca maja 1796 r., a także potwier­dzili prawo utrzy­my­wa­nia przez Ame­ry­ka­nów han­dlu z wyspami Indii Zachod­nich. Strony zgo­dziły się zara­zem oddać pozo­stałe sporne kwe­stie do arbi­trażu mię­dzy­na­ro­do­wego, co znacz­nie pod­nio­sło zna­cze­nie tej insty­tu­cji. Jay przy­stał jed­nak na odstą­pie­nie od naj­waż­niej­szej dla arma­to­rów ame­ry­kań­skich zasady free ships make free goods, czyli „towary na pokła­dach wol­nych stat­ków są wolne”. Sta­no­wiła ona, że towary znaj­du­jące się na pokła­dzie statku nale­żą­cego do kraju neu­tral­nego nie pod­le­gają zatrzy­ma­niu bez względu na to, do kogo należą. Lon­dyn zgo­dził się jedy­nie wno­sić rekom­pen­satę finan­sową za kon­fi­skatę towa­rów ame­ry­kań­skich prze­zna­czo­nych dla odbior­ców fran­cu­skich.

Wyne­go­cjo­wane przez Jaya poro­zu­mie­nie napo­tkało naj­szer­szy bodaj sprze­ciw w histo­rii pań­stwa i mało kto zda­wał sobie sprawę z faktu, że sta­no­wiło jedyny spo­sób unik­nię­cia kon­fliktu zbroj­nego z Wielką Bry­ta­nią. Osta­tecz­nie sena­to­ro­wie ule­gli naci­skom Washing­tona i sto­sun­kiem gło­sów 20 do 10 wyra­zili zgodę na raty­fi­ka­cję umowy, co nastą­piło 25 czerwca 1795 r. Nato­miast Izba Repre­zen­tan­tów musiała zaapro­bo­wać wnio­sek pre­zy­denta o przy­zna­nie fun­du­szy na postę­po­wa­nie arbi­tra­żowe, choć w zamian usi­ło­wała uzy­skać istotne ustęp­stwa pro­ce­du­ralne. Osta­tecz­nie 30 kwiet­nia 1796 r. zgo­dziła się wyasy­gno­wać nie­zbędną kwotę.

W tym samym cza­sie inny wysłan­nik ame­ry­kań­ski, Tho­mas Pinck­ney, nego­cjo­wał w Madry­cie odrębne poro­zu­mie­nie. W grę wcho­dziło ure­gu­lo­wa­nie gra­nic Sta­nów Zjed­no­czo­nych z północnoame­ry­kań­skimi posia­dło­ściami Hisz­pa­nii, a przede wszyst­kim uzy­ska­nie zgody Madrytu na korzy­sta­nie przez Ame­ry­ka­nów z rzeki Mis­si­sipi na całej jej dłu­go­ści oraz na skła­do­wa­nie towa­rów w Nowym Orle­anie przed ich zała­dun­kiem na statki oce­aniczne. Także i w tym przy­padku Ame­ry­ka­nie nie mieli sil­nej pozy­cji nego­cja­cyj­nej, ale Hisz­pa­nie oba­wiali się, że Trak­tat Jaya zawiera tajną klau­zulę współ­pracy woj­sko­wej na wypa­dek kon­fliktu z Madry­tem i przy­stali na żąda­nia ame­ry­kań­skie. 27 paź­dzier­nika 1795 r. pod­pi­sano korzystny dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych Trak­tat z San Lorenzo, nazy­wany także Trak­tatem Pinck­neya, który zobo­wią­zy­wał Hisz­pa­nię do opusz­cze­nia insta­la­cji woj­sko­wych na wschod­nim brzegu Mis­si­sipi. Senat nie wniósł uwag do umowy i 3 marca 1796 r. jed­no­gło­śnie ją zatwier­dził.

W ten spo­sób nowej Unii udało się wyjść obronną ręką z kon­fron­ta­cji z dwoma ówcze­snymi mocar­stwami. Nieco ina­czej przed­sta­wiała się nato­miast kwe­stia rela­cji z Fran­cją. Wpraw­dzie nie wno­siła ona pre­ten­sji o brak wspar­cia ze strony Sta­nów Zjed­no­czo­nych w kon­flik­cie z Wielką Bry­ta­nią, nie­mniej w miarę roz­woju we Fran­cji sytu­acji rewo­lu­cyj­nej nara­stało napię­cie w rela­cjach wza­jem­nych. W istot­nej mie­rze przy­czy­nił się do tego fran­cu­ski mini­ster peł­no­mocny Edmond-Char­les Genet, skie­ro­wany w 1793 r. za ocean przez żyron­dy­stów. Zszedł na ląd w Char­leston 8 kwiet­nia 1793 r., po czym udał się do Fila­del­fii. Podróż ta powinna była zająć trzy dni, ale zajęła ich dwa­dzie­ścia osiem, gdyż Genet przez cały czas wer­bo­wał ochot­ni­ków na pły­wa­jące w służ­bie Fran­cji statki kaper­skie oraz two­rzył „Fran­cu­ską armię Mis­si­sipi”.

Postę­po­wa­nie Geneta bywa kry­ty­ko­wane przez histo­ry­ków, choć odpo­wiedni zakaz został wpro­wa­dzony do prawa ame­ry­kań­skiego dopiero w 1948 r., a fran­cu­ski mini­ster oparł się na swo­bod­nej, ale dopusz­czal­nej inter­pre­ta­cji trak­tatu sojusz­ni­czego zawar­tego mię­dzy Fran­cją a Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. W arty­ku­łach 21. i 22. tego poro­zu­mie­nia zaka­zy­wano oby­wa­te­lom ame­ry­kań­skim podej­mo­wa­nia służby na bry­tyj­skich stat­kach kor­sar­skich, ale ogra­ni­cze­nie to nie obej­mo­wało stat­ków fran­cu­skich. Genet kie­ro­wał się też kon­cep­cją życz­li­wej neu­tral­no­ści, zgod­nie z którą kraj neu­tralny może fawo­ry­zo­wać jedną ze stron kon­fliktu. Kwe­stią nie do obrony było nato­miast upo­rczywe obra­ża­nie przez niego Washing­tona oraz innych władz ame­ry­kań­skich. Osta­tecz­nie kry­zys udało się zaże­gnać, a sam dyplo­mata, któ­remu po doj­ściu do wła­dzy jako­bi­nów zagra­żała gilo­tyna, oże­nił się z córką guber­na­tora Nowego Jorku, został uchodźcą poli­tycz­nym i piewcą Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Nie­mniej napię­cie w sto­sun­kach dwu­stron­nych trwało na­dal, choć od 1797 r. funk­cję pre­zy­denta spra­wo­wał John Adams, który dążył do ich poprawy, a przede wszyst­kim do unik­nię­cia wojny. Gdy w marcu 1797 r. Dyrek­to­riat Rewo­lu­cji Fran­cu­skiej zde­cy­do­wał o nie­uzna­wa­niu klu­czo­wej dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych zasady free ships make free goods, Adams wysłał do Paryża trzy­oso­bową dele­ga­cję z zada­niem prze­pro­wa­dze­nia roz­mów łago­dzą­cych wza­jemne rela­cje. Dele­gaci przy­byli do Paryża w paź­dzier­niku 1797 r., nie zostali jed­nak przy­jęci przez mini­stra spraw zagra­nicz­nych Char­les’a-Mau­rice’a de Tal­ley­randa. Odwie­dzili ich nato­miast trzej wysłan­nicy, dzia­ła­jący jakoby z jego upo­waż­nie­nia. Zażą­dali oni jako warunku roz­po­czę­cia nego­cja­cji znacz­nej łapówki dla mini­stra oraz udzie­le­nia Fran­cji pożyczki w roz­mia­rach prze­kra­cza­ją­cych moż­li­wo­ści rządu ame­ry­kań­skiego. Opła­ca­nie poli­ty­ków mie­ściło się w ówcze­snej prak­tyce dyplo­ma­tycz­nej Fran­cji, ale wysu­wa­nie takich rosz­czeń jako warunku przy­stą­pie­nia do nego­cja­cji prak­ty­ko­wano jedy­nie w odnie­sie­niu do państw wasal­skich. Wysłan­nicy Adamsa uznali, że osią­gnię­cie poro­zu­mie­nia nie jest moż­liwe i opu­ścili Paryż. Wcze­śniej jed­nak powia­do­mili pre­zy­denta o postę­po­wa­niu Fran­cu­zów, a wymu­szone przez opo­zy­cję ujaw­nie­nie afery wywo­łało w Sta­nach Zjed­no­czo­nych powszechne obu­rze­nie. Została ona nazwana „aferą XYZ”, gdyż nazwi­ska wysłan­ni­ków Tal­ley­randa pozo­stały utaj­nione. Okre­śle­nie to stało się sym­bo­lem euro­pej­skiego zepsu­cia prze­ciw­sta­wia­nego czy­sto­ści inten­cji ame­ry­kań­skich.

Osta­tecz­nie 7 lipca 1798 r. Kon­gres zade­kla­ro­wał wyga­śnię­cie z winy Fran­cji oby­dwu trak­ta­tów zawar­tych dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej „po wsze czasy”, jed­nak ani Ame­ry­ka­nie, ani Fran­cuzi nie chcieli wziąć odpo­wie­dzial­no­ści na wypo­wie­dze­nie wojny. Szcze­gól­nie nie­chętny jej był Adams, słusz­nie prze­ko­nany o wiel­kiej prze­wa­dze mili­tar­nej Fran­cji i do 1800 r. toczył się nie­wy­po­wie­dziany kon­flikt, znany jako „quasi-wojna”. Wszyst­kie zwią­zane z nią dzia­ła­nia miały miej­sce na Morzu Kara­ib­skim i spro­wa­dzały się do prze­chwy­ty­wa­nia stat­ków prze­ciw­nika i przej­mo­wa­nia znaj­du­ją­cych się na nich towa­rów. Fran­cja toczyła jed­nak w Euro­pie trudne boje, a zdo­by­wa­jący coraz sil­niej­szą pozy­cję Napo­leon Bona­parte nie widział potrzeby trwo­nie­nia sił i środ­ków na kon­flikt ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. 30 wrze­śnia 1800 r. pod­pi­sano trak­tat (zwany w histo­rio­gra­fii fran­cu­skiej Kon­wen­cją z Mor­te­fon­ta­ine), w któ­rym oby­dwie strony zgo­dziły się zakoń­czyć dzia­ła­nia wojenne i for­mal­nie odstą­pić od trak­ta­tów z 1778 r. Po wyra­że­niu 18 grud­nia 1801 r. przez Senat zgody na jego raty­fi­ka­cję, pierw­szy i jedyny do 1949 r. sojusz woj­skowy Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­stał obo­wią­zy­wać.

Warta wspo­mnie­nia jest zara­zem ini­cja­tywa pacy­fi­stycz­nego kwa­kra Geo­rge’a Logana, który w 1798 r. z wła­snej ini­cja­tywy udał się z listem pole­ca­ją­cym od wice­pre­zy­denta Jef­fer­sona do Paryża, by tam pod­jąć nie­au­to­ry­zo­wane roz­mowy poko­jowe. Niczego nie osią­gnął, mógł jed­nak nie­ko­rzyst­nie wpły­nąć na tok nego­cja­cji rzą­do­wych. W kon­se­kwen­cji Kon­gres przy­jął w stycz­niu 1799 r. Logan Act, zgod­nie z któ­rym nie­au­to­ry­zo­wane ini­cja­tywy mię­dzy­na­ro­dowe oby­wa­teli ame­ry­kań­skich są uwa­żane za prze­stęp­stwo, a ich reali­za­to­rzy pod­le­gają karze wię­zie­nia oraz wyso­kiej grzywny. Do ure­gu­lo­wa­nia tego odwo­ły­wano się na przy­kład pod­czas wojny wiet­nam­skiej, szcze­gól­nie w odnie­sie­niu do dzia­łań aktorki Jane Fondy, nikt jed­nak nie został ni­gdy ska­zany na jego pod­sta­wie.

* * *

Stany Zjed­no­czone wkro­czyły w wiek XIX, mając ure­gu­lo­wane rela­cje ze wszyst­kimi wiel­kimi mocar­stwami ówcze­snej epoki. Co wię­cej, pań­stwo nakre­śliło zasad­ni­cze ramy kon­cep­cji, które ode­grały pierw­szo­pla­nową rolę w ame­ry­kań­skiej poli­tyce zagra­nicz­nej: neu­tral­no­ści, inter­na­cjo­na­li­zmu i uni­la­te­ra­li­zmu.

Poję­cie neu­tral­no­ści miało począt­kowo dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych wymiar nie­mal wyłącz­nie komer­cyjny. Pań­stwo było zbyt słabe, by przy­łą­czyć się do któ­re­go­kol­wiek z ówcze­snych kon­flik­tów euro­pej­skich, a sta­tus kraju neu­tral­nego był mu potrzebny dla pro­wa­dze­nia zyskow­nego han­dlu ze wszyst­kimi stro­nami kon­fliktu. Poja­wiały się wpraw­dzie kon­tro­wer­sje doty­czące zakresu ochrony towa­rów prze­wo­żo­nych na stat­kach Sta­nów Zjed­no­czo­nych jako pań­stwa neu­tral­nego, ogól­nie jed­nak zga­dzano się, że takie trans­ak­cje i ich reali­za­cja są chro­nione, o ile nie doty­czą kon­tra­bandy.

Neu­tral­ność sta­wała się coraz wyraź­niej normą poli­tyczną, choć jej zde­fi­nio­wa­nie nasu­wało istotne pro­blemy. Na ogół ogra­ni­czano się do prze­ko­na­nia, że pań­stwo neu­tralne musi zara­zem być bez­stronne, a tau­to­lo­gię tę każdy kraj neu­tralny inter­pre­to­wał zgod­nie z wła­snym inte­re­sem. W przy­padku Sta­nów Zjed­no­czo­nych ozna­czało to odno­sze­nie się do kon­kret­nych sytu­acji, jak na przy­kład miało to miej­sce jesz­cze w 1776 r., kiedy to John Adams stwier­dził, że „powin­ni­śmy usta­no­wić jako pierw­szą zasadę i mak­symę, o któ­rej ni­gdy nie należy zapo­mi­nać, zacho­wa­nie cał­ko­wi­tej neu­tral­no­ści we wszyst­kich przy­szłych woj­nach euro­pej­skich”11.

Ina­czej rzecz się miała z ame­ry­kań­skim rozu­mie­niem poję­cia uni­la­te­ra­li­zmu. Za jego pra­źró­dło uważa się kano­niczne „Wystą­pie­nie poże­gnalne” Washing­tona, opu­bli­ko­wane 17 wrze­śnia 1796 r. i sta­no­wiące jego testa­ment poli­tyczny. Ustę­pu­jący pre­zy­dent stwier­dził w nim mię­dzy innymi:

Naszą praw­dziwą poli­tyką jest uni­ka­nie trwa­łych soju­szy z jaką­kol­wiek czę­ścią świata… czego nie należy rozu­mieć jako nie­wier­ność wobec ist­nie­ją­cych zobo­wią­zań… tych należy prze­strze­gać w ich ory­gi­nal­nym sen­sie. Ale moim zda­niem prze­dłu­ża­nie ich byłoby nie­po­trzebne i nie­roz­sądne12.

Dalej Washing­ton dodaje jed­nak, że „możemy bez­piecz­nie ufać cza­so­wym soju­szom zawie­ra­nym w nad­zwy­czaj­nych sytu­acjach”, co wyraź­nie wska­zuje na akcep­to­wa­nie prze­zeń ele­mentu inter­na­cjo­na­li­stycz­nego. Stany Zjed­no­czone w żad­nym nie­mal momen­cie swo­jej histo­rii nie były nato­miast pań­stwem hoł­du­ją­cym izo­la­cjo­ni­zmowi jako posta­wie poli­tycz­nej. Wier­ność zasa­dzie nie­in­ge­ro­wa­nia w kon­flikty euro­pej­skie, błęd­nie inter­pre­to­wa­nej jako izo­la­cjo­nizm, sta­no­wiła przy­naj­mniej do końca XIX w. kon­se­kwen­cję sła­bo­ści mili­tar­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych w porów­na­niu z ówcze­snymi potę­gami. W tej sytu­acji najbez­piecz­niejszym postę­po­wa­niem było wie­lo­krotne wyra­ża­nie désintéressement wobec kon­flik­tów euro­pej­skich w nadziei na podobne sta­no­wi­sko mocarstw w odnie­sie­niu do pół­kuli zachod­niej.

Za jedyny wyją­tek od tej reguły można uznać tylko poli­tykę Sta­nów Zjed­nocz­nych w okre­sie mię­dzy I a II wojną świa­tową. W tym cza­sie Waszyn­gn­ton świa­do­mie pozo­sta­wał na ubo­czu pro­cesu rodze­nia się faszy­zmu w Euro­pie. Nie sta­rał się też powstrzy­mać eks­pan­cjo­ni­stycz­nej poli­tyki Japo­nii, co jed­nak wyni­kało z jej wyraż­nej prze­wagi mili­tar­nej nad Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. W obu tych przy­pad­kach poli­tyka ame­ry­kań­ska ule­gła zmia­nie, gdy tylko wyko­rzy­stały swą siłę gospo­dar­czą dla stwo­rze­nia nie­zbęd­nej potęgi woj­sko­wej.

II. Utrwalanie niezależności

Z nasta­niem XIX w. do rezy­den­cji pre­zy­denc­kiej13 wpro­wa­dził się Tho­mas Jef­fer­son. W swoim prze­mó­wie­niu inau­gu­ra­cyj­nym nawią­zał bez­po­śred­nio do tezy z „Wystą­pie­nia poże­gnal­nego” Washing­tona, mówiąc, że kraj powi­nien utrzy­my­wać „szczerą przy­jaźń ze wszyst­kimi pań­stwami, wią­żące soju­sze z żad­nym”14. Pod­sta­wową kwe­stią było jed­nak, że w pierw­szym ćwierć­wie­czu swego ist­nie­nia Stany Zjed­no­czone obro­niły wpraw­dzie suwe­ren­ność, lecz dale­kie były od zapew­nie­nia jej trwa­ło­ści. Musiały też pogo­dzić się ze wzgar­dli­wym trak­to­wa­niem przez trze­cio­rzędne byty pań­stwowe, takie cho­ciażby, jak poło­żone na afry­kań­skim wybrzeżu Morza Śród­ziem­nego Maroko czy nomi­nal­nie sta­no­wiące część Impe­rium Osmań­skiego porty w Algie­rze, Try­po­li­sie i Tuni­sie. Byty te, zwane „pań­stwami ber­be­ryj­skimi”, utrzy­my­wały się z pirac­twa, oku­pów oraz hara­czy. Ich siły mor­skie nie mogły się prze­ciw­sta­wić potę­dze floty Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji czy Hisz­pa­nii. Zamiast jed­nak nisz­czyć pirac­kie jed­nostki ber­be­ryj­skie, mocar­stwa te wolały pła­cić lokal­nym wła­dzom usta­lony haracz i pozwa­lać pira­tom ata­ko­wać swoją kon­ku­ren­cję z Nider­lan­dów, Danii, Szwe­cji, a także Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Próby włą­cze­nia do Trak­tatu Pary­skiego klau­zuli o zapew­nie­niu ochrony ame­ry­kań­skim stat­kom han­dlo­wym na Morzu Śród­ziem­nym nie powio­dły się, co sta­no­wiło część planu Lon­dynu zdła­wie­nia nowego pań­stwa środ­kami eko­no­micz­nymi.

W rezul­ta­cie po zerwa­niu z pod­le­gło­ścią wobec Wiel­kiej Bry­ta­nii ame­ry­kań­scy arma­to­rzy mogli wpraw­dzie zara­biać na han­dlu z dawną metro­po­lią, a także z Indiami Zachod­nimi, ale już nie z kra­jami poło­żo­nymi w obsza­rze Morza Śród­ziem­nego, dokąd przed Rewo­lu­cją kie­ro­wano jedną szó­stą eks­por­to­wa­nej mąki i zboża oraz jedną czwartą suszo­nych i mary­no­wa­nych ryb15. Roz­wo­jowi floty han­dlo­wej nie towa­rzy­szyło ade­kwatne zwięk­sza­nie liczby chro­nią­cych ją okrę­tów i do 1790 r. żadna jed­nostka ame­ry­kań­ska nie prze­kro­czyła Cie­śniny Gibral­tar­skiej bez wspar­cia udzie­lo­nego przez mary­narkę por­tu­gal­ską. Już w końcu lipca 1785 r. Algier zatrzy­mał pierw­szych mary­na­rzy ame­ry­kań­skich i przed Sta­nami Zjed­no­czo­nymi sta­nęło pyta­nie o wła­ściwy spo­sób postę­po­wa­nia. Czy powinny zapła­cić okup? Porzu­cić swych porwa­nych oby­wa­teli i zaprze­stać han­dlu na Morzu Śród­ziem­nym? Sta­rać się o zdo­by­cie sojusz­ni­ków? Przy­stą­pić jak naj­szyb­ciej do budowy floty wojen­nej? Zna­le­zie­nie odpo­wie­dzi utrud­niał fakt, że Repu­blika nie dys­po­no­wała istot­nymi docho­dami. Tym­cza­sem Algier zatrzy­my­wał kolejne statki ame­ry­kań­skie.

Koszt żąda­nego okupu się­gał jed­nej pią­tej wszyst­kich przy­cho­dów fede­ral­nych, ale i tak był znacz­nie niż­szy od kwoty koniecz­nej do stwo­rze­nia wystar­cza­jąco sil­nej mary­narki wojen­nej i pre­zy­dent Washing­ton zde­cy­do­wał się przejść do porządku nad kwe­stią dumy naro­do­wej. Stany Zjed­no­czone wyra­ziły goto­wość zawar­cia odpo­wied­nich umów z pań­stwami ber­be­ryj­skimi: w 1787 r. pod­pi­sano poro­zu­mie­nie z Maro­kiem, w 1795 r. z Algie­rem, w 1796 r. z Try­po­li­sem i rok póź­niej z Tuni­sem. Mimo to już na początku pre­zy­dentury Jef­fer­sona napię­cie w sto­sun­kach z pań­stwami ber­be­ryj­skimi prze­ro­dziło się w wywo­łaną przez paszę Try­po­lisu wojnę try­po­li­tań­ską lat 1801–1805, czyli pierw­szą wojnę ber­be­ryj­ską. Obfi­to­wała ona w wyda­rze­nia, które z cza­sem posłu­żyły za kanwę czy­ta­nek i opo­wie­ści zna­nych każ­demu mło­demu Ame­ry­ka­ni­nowi, ale nie­wiele bra­ko­wało, by stała się sym­bo­lem klę­ski Repu­bliki. Jef­fer­son nie doce­nił siły prze­ciw­nika i o zwy­cię­stwie Sta­nów Zjed­no­czo­nych zde­cy­do­wał dopiero śmiały rajd wie­lo­na­ro­do­wego oddziału pod dowódz­twem Wil­liama Eatona. Po zdo­by­ciu w kwiet­niu 1805 r. warow­nego portu Derna wywie­szono nad nim flagę ame­ry­kań­ską, która w ten spo­sób po raz pierw­szy poja­wiła się nad pod­bi­tym obiek­tem woj­sko­wym. Wojnę zakoń­czyło w 1805 r. poro­zu­mie­nie, w któ­rym Stany Zjed­no­czone zgo­dziły się zapła­cić 60 tys. dola­rów [$1,7 mln] za uwol­nie­nie jeń­ców ame­ry­kań­skich, a pasza zobo­wią­zał się do zaprze­sta­nia wro­gich dzia­łań.

Druga i ostat­nia faza wojen miała miej­sce w latach 1815–1816 i zakoń­czyła się kapi­tu­la­cją państw ber­be­ryj­skich, choć na wszelki wypa­dek Waszyng­ton zde­cy­do­wał się wyna­jąć port na Majorce, by móc szybko reago­wać na ewen­tu­alne ataki pirac­kie. Nie zmie­niało to faktu, że kraj był na­dal zagro­żony powra­ca­ją­cymi kon­flik­tami z mocar­stwami tego czasu: Wielką Bry­ta­nią, Fran­cją i Hisz­pa­nią. Szcze­gól­nie widoczne było zagro­że­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych od połu­dnia i zachodu przez trzy pro­win­cje hisz­pań­skie: Flo­rydę Wschod­nią i Zachod­nią oraz Luizjanę.

Pro­blemy ogni­sko­wały się wokół kwe­stii swo­body żeglugi po Mis­si­sipi i upraw­nień do nie­od­płat­nego skła­do­wa­nia nie­clo­nych towa­rów w Nowym Orle­anie. Przy­wi­lej ten wyni­kał z Trak­tatu Pinck­neya, ale został zawie­szony w 1802 r., na krótko przed trans­fe­rem Luizjany i portu przez Hisz­pa­nię na rzecz Fran­cji. Z punktu widze­nia Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­ka­za­nie kon­troli nad rzeką Mis­si­sipi i por­tem nowo­or­le­ań­skim w ręce rosną­cej w siłę Fran­cji sta­no­wiło kwe­stię klu­czową. Jak pisał pre­zy­dent Jef­fer­son, „Jeśli cho­dzi o Hisz­pa­nię, nasze nasta­wie­nie jest szcze­rze przy­ja­zne, a nawet tkliwe. Uwa­żamy, że wła­da­nie przez nią sąsied­nim kra­jem jest naj­ko­rzyst­niej­sze dla naszych inte­re­sów i z bólem przy­ję­li­by­śmy zastą­pie­nie jej przez inne pań­stwo”16. Nato­miast prze­ka­za­nie obszaru Luizjany Fran­cji stwo­rzyło naj­więk­sze zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa Sta­nów Zjed­no­czo­nych we wcze­snej fazie ist­nie­nia pań­stwa.

Rzą­dzący od 1799 r. Napo­leon Bona­parte snuł plany odbu­dowy fran­cu­skiego impe­rium w Ame­ryce Pół­noc­nej. Pra­gnął je stwo­rzyć na wschod­niej czę­ści boga­tej w trzcinę cukrową kolo­nii Saint-Domin­gue (dzi­siej­sze Haiti), a także na Mar­ty­nice i Gwa­de­lu­pie, nato­miast Luizjana miała dostar­czać na wyspy żyw­ność i nie­zbędne towary. Plany Napo­leona pokrzy­żo­wało jed­nak powsta­nie Haitań­czy­ków pod przy­wódz­twem Tous­sa­inta L’Ouver­ture. W star­ciu z nim woj­sko fran­cu­skie ponio­sło porażkę przede wszyst­kim za sprawą dzie­siąt­ku­ją­cych jego sze­regi żół­tej febry i mala­rii. Wraz z ofia­rami dzia­łań woj­skowych na Haiti zna­la­zło śmierć 50 tysięcy Fran­cu­zów, a pozo­stali opu­ścili wyspę. Po utra­cie kolo­nii cukro­wych odtwo­rze­nie fran­cu­skiego impe­rium w Ame­ryce Pół­noc­nej stało się zbędne.

Rów­no­le­gle trwały zabiegi Waszyng­tonu o uzy­ska­nie peł­nej kon­troli nad żeglugą po Mis­si­sipi i w kwiet­niu 1803 r. dele­ga­cja ame­ry­kań­ska pod­jęła w Paryżu roko­wa­nia o zakup Nowego Orle­anu. Senat wyasy­gno­wał odpo­wied­nie fun­du­sze, a Napo­leon, chcąc wzmoc­nić Stany Zjed­no­czone w ich rela­cji z Wielką Bry­ta­nią, zaapro­bo­wał ini­cja­tywę ame­ry­kań­ską, pod warun­kiem zakupu przez Stany Zjed­no­czone całego tery­to­rium Luizjany, które bez Nowego Orle­anu nie przed­sta­wiało więk­szej war­to­ści. Nie chciał, by tery­to­rium dostało się Wiel­kiej Bry­ta­nii, potrze­bo­wał nato­miast fun­du­szy na wojnę z nią i odsprze­da­nie nie­kon­tro­lo­wa­nego przez sie­bie terenu uwa­żał za wyjąt­kowo korzystne. Nie zwa­żał przy tym na zło­żone wcze­śniej wobec Hisz­pa­nii zobo­wią­za­nie nie­prze­ka­zy­wa­nia Luizjany w trze­cie ręce.

Obszar ówcze­snej Luizjany liczył ponad 2,1 mln km2, czyli mniej wię­cej tyle, ile obszar ówcze­snych Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie był zba­dany, a w trak­ta­cie opi­sano go jedy­nie jako „teren uprzed­nio uzy­skany przez Fran­cję od Hisz­pa­nii”. Ame­ry­ka­nie byli prze­ko­nani, że okre­śle­nie to obej­muje także Flo­rydę Wschod­nią i Zachod­nią, ale Hisz­pa­nie nie potwier­dzali tego przy­pusz­cze­nia. Trzeba jed­nak pamię­tać, że kupu­jąc Luizjanę, Stany Zjed­no­czone naby­wały nie tyle zie­mię, ile bez­pie­czeń­stwo, gdyż pozbyły się kon­tro­lu­ją­cego zachodni brzeg rzeki Mis­si­sipi nie­przy­ja­znego sąsiada.

Za cały obszar Ame­ry­ka­nie zapła­cili 15 mln dola­rów [$445 mln], czyli nie­całe 3 centy za akr, pod­czas gdy w tym samym cza­sie rząd sprze­da­wał zie­mię osad­ni­kom po pre­fe­ren­cyj­nej cenie 1,25 dolara za akr. Na zaku­pio­nym wów­czas tery­to­rium mie­ści się obec­nie w cało­ści lub znacz­nej czę­ści 14 spo­śród 48 kon­ty­nen­tal­nych sta­nów ame­ry­kań­skich. Bez zakupu Luizjany ina­czej prze­bie­ga­łyby też takie klu­czowe momenty póź­niej­szej histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jak kom­pro­mis Mis­so­uri czy wojna domowa w Kan­sas. Nato­miast po sfi­na­li­zo­wa­niu zakupu cały obszar podzie­lono na Tery­to­rium Luizjany, prze­mia­no­wane póź­niej na Tery­to­rium Mis­so­uri, oraz znacz­nie mniej­sze Tery­to­rium Orle­anu, które w 1811 r. stało się ist­nie­ją­cym obec­nie sta­nem Luizjana17.

Pre­zy­dent Jef­fer­son sta­nął jed­nak przed dyle­ma­tem kon­sty­tu­cyj­nym. Był zwo­len­ni­kiem ści­słego odczy­ty­wa­nia tek­stu Kon­sty­tu­cji i prze­strze­ga­nia jej posta­no­wień, a wśród upraw­nień wła­dzy fede­ral­nej nie wymie­nia się w niej zakupu ziemi. Poja­wił się pomysł uchwa­le­nia noweli kon­sty­tu­cyj­nej, jed­nak pro­ce­dura taka byłaby cza­so­chłonna i oba­wiano się zmiany sta­no­wi­ska Napo­le­ona. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wano się potrak­to­wać zakup jak stan­dar­dową umowę mię­dzy­pań­stwową. Zwo­łany na nad­zwy­czajną sesję Senat wyra­ził na nią zgodę 17 paź­dzier­nika 1803 r. sto­sun­kiem gło­sów 24 do 7, a pięć dni póź­niej Izba Repre­zen­tan­tów zatwier­dziła wyda­tek na zakup Luizjany. Fran­cja for­mal­nie prze­ka­zała ją Sta­nom Zjed­no­czo­nym 20 grud­nia 1803 r.

Suk­ces nego­cja­cyjny nie zmniej­szał jed­nak zagro­że­nia wyni­ka­ją­cego ze wzno­wio­nego kon­fliktu Fran­cji z Wielką Bry­ta­nią, zade­kla­ro­wa­nego przez Napo­le­ona 18 maja 1803 r. Począt­kowo sytu­acja była wyjąt­kowo intratna dla Ame­ry­ka­nów, któ­rzy wyko­rzy­sty­wali neu­tralny sta­tus swo­jego pań­stwa i czer­pali zyski z dostar­cza­nia towa­rów, w tym przede wszyst­kim żyw­no­ści, obu stro­nom kon­fliktu. Co wię­cej, kupcy ame­ry­kań­scy prze­jęli też od Bry­tyj­czy­ków prawo do pro­wa­dze­nia han­dlu z fran­cu­skimi i hisz­pań­skimi Indiami Zachod­nimi.

Nie zmie­niało to faktu nara­sta­nia pre­ten­sji Waszyng­tonu do Lon­dynu wyni­ka­ją­cych z coraz bar­dziej inten­syw­nego prak­ty­ko­wa­nia pro­ce­dury impres­smentu przez mary­narkę bry­tyj­ską, która miała poważne braki kadrowe, a któ­rej potrzeby się­gały 12 tys. mary­na­rzy rocz­nie. Pro­ble­mem dla Waszyng­tonu stało się szcze­gól­nie postę­po­wa­nie Lon­dynu w sto­sunku do człon­ków załóg stat­ków ame­ry­kań­skich, któ­rych podej­rze­wano o dezer­cję z jed­no­stek bry­tyj­skich. Czę­sto posia­dali oni ame­ry­kań­skie papiery natu­ra­li­za­cyjne, które jed­nak można było nabyć za nie­wielką opłatą. Zda­rzało się też, że ze stat­ków ame­ry­kań­skich zdej­mo­wano wszyst­kich mary­na­rzy uro­dzo­nych przed Rewo­lu­cją, gdyż Bry­tyj­czycy uwa­żali, że natu­ra­li­za­cja nie powo­duje utraty sta­tusu pod­da­nego bry­tyj­skiego. Wszystko to godziło w honor nowego pań­stwa.

Jef­fer­son chciał roz­wią­zać pro­blem przy­mu­sem eko­no­micz­nym. W kwiet­niu 1806 r. dopro­wa­dził do uchwa­le­nia Ustawy o zaka­zie importu obej­mu­ją­cej towary pocho­dzące z Wiel­kiej Bry­ta­nii, choć zara­zem zawie­sił na pół roku jej wej­ście w życie. W listo­pa­dzie 1806 r. pre­zy­dent zawie­sił ustawę na kolejny rok i w rezul­ta­cie funk­cjo­no­wała ona przez krótki tylko okres.

Do kolej­nego zaostrze­nia sporu doszło w wyniku zatrzy­ma­nia 22 czerwca 1807 r. w pobliżu wybrzeży ame­ry­kań­skich fre­gaty USS „Che­sa­pe­ake” przez okręt bry­tyj­ski i zdję­cia z jej pokładu czte­rech mary­na­rzy, co sta­no­wiło ewi­dentne naru­sze­nie suwe­ren­no­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Mimo powszech­nego obu­rze­nia Jef­fer­son ogra­ni­czył się do wyda­nia nakazu opusz­cze­nia ame­ry­kań­skich wód tery­to­rial­nych przez okręty bry­tyj­skie. Nie­mniej wybitny geo­stra­teg ame­ry­kań­ski Alfred Mahan pisał pod koniec XIX w.:

Jak­kol­wiek rząd bry­tyj­ski mógłby uza­sad­niać impres­sment mary­na­rzy ze stat­ków ame­ry­kań­skich czy opóź­nie­nie prze­pro­sin za takie znie­wagi jak „Che­sa­pe­ake”, to pań­stwo, które by się na to godziło, zado­wa­la­jąc się argu­men­tami, zamiast wypro­wa­dze­nia ciosu za cios, nie jest nawet godne pogardy jako gor­sza rasa, którą mogą zastra­szać i bez­względ­nie trak­to­wać ci, któ­rzy uwa­żają się za panów18.

Kon­gres był nasta­wiony bar­dziej wojow­ni­czo niż pre­zy­dent i w grud­niu 1807 r. uchwa­lił Ustawę o embargo, zaka­zu­jąc tym samym eks­portu towa­rów ame­ry­kań­skich. W prak­tyce ozna­czało to zakaz opusz­cza­nia por­tów ame­ry­kań­skich przez statki han­dlowe zmie­rza­jące do Europy. Człon­ko­wie Kon­gresu byli prze­ko­nani, że Euro­pej­czy­kom szybko zabrak­nie ame­ry­kań­skich „arty­ku­łów koniecz­nych”. Nie dostrze­gali, że nowe prawo ude­rzało przede wszyst­kim w inte­resy samych Ame­ry­ka­nów, a także, że Bry­tyj­czycy znacz­nie dotkli­wiej odczu­liby zamknię­cie ryn­ków ame­ry­kań­skich na ich towary. Nato­miast embargo przy­nio­sło Ame­ryce straty kil­ka­krot­nie wyż­sze od kosz­tów ewen­tu­al­nej wojny, a impor­te­rzy euro­pej­scy, w tym przede wszyst­kim Bry­tyj­czycy, nie­mal nie odczuli jego skut­ków. Osta­tecz­nie na kilka dni przed koń­cem kaden­cji, 1 marca 1809 r., Jef­fer­son odwo­łał Ustawę o embargo i zastą­pił ją Ustawą o nie­utrzy­my­wa­niu sto­sun­ków (Non-Inter­co­urse Act), która cał­ko­wi­cie zaka­zy­wała na okres jed­nego roku pro­wa­dze­nia han­dlu z Wielką Bry­ta­nią i Fran­cją.

Po upły­wie tego ter­minu Kon­gres przy­jął 1 maja 1810 r. Ustawę Macona nr 2. Znie­siono w niej wszel­kie ogra­ni­cze­nia w ame­ry­kań­skim han­dlu zagra­nicz­nym, ale zara­zem zło­żono spe­cy­ficzną ofertę Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Zgod­nie z nią pań­stwo, które jako pierw­sze uzna neu­tralny sta­tus han­dlowy Ame­ryki, zosta­nie nagro­dzone wstrzy­ma­niem han­dlu Sta­nów Zjed­no­czo­nych z jego opo­nen­tem. Napo­leon już 2 listo­pada 1810 r. zade­kla­ro­wał goto­wość speł­nie­nia ocze­ki­wań ame­ry­kań­skich. Choć zre­ali­zo­wał swoją dekla­ra­cję jedy­nie cząst­kowo, uzy­skał nie tylko pre­fe­ren­cyjny sta­tus w han­dlu ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi, ale przede wszyst­kim dopro­wa­dził do zaognie­nia sto­sun­ków ame­ry­kań­sko-bry­tyj­skich. Nie­bez­pie­czeń­stwo takiego roz­woju sytu­acji dostrze­gał John Quincy Adams, ale jego ostrze­że­nia nie prze­ko­nały pre­zy­denta Jamesa Madi­sona, który 2 marca 1811 r. zaka­zał han­dlu z Wielką Bry­ta­nią.

Na decy­zję pre­zy­denta znaczny wpływ miała grupa mło­dych człon­ków Kon­gresu okre­śla­nych mia­nem „jastrzębi”. W swo­ich wystą­pie­niach przy­po­mi­nali fran­cu­ską pomoc udzie­loną w trak­cie Rewo­lu­cji Ame­ry­kań­skiej i pod­kre­ślali upo­ka­rza­jącą naturę prak­ty­ko­wa­nego przez Wielką Bry­ta­nię impres­smentu, a także wska­zy­wali na wspar­cie udzie­lane przez ten kraj India­nom pro­wa­dzą­cym walki z Ame­ry­ka­nami. Z kolei Madi­son prze­ce­niał ame­ry­kań­ski poten­cjał mili­tarny i usi­ło­wał kon­ty­nu­ować zapo­cząt­ko­waną przez Tho­masa Jef­fer­sona poli­tykę „poko­jo­wego przy­mu­sza­nia”. Nie bez zna­cze­nia był też fakt, że Stany Zjed­no­czone dążyły do opa­no­wa­nia bry­tyj­skiej Kanady, któ­rej 300 tys. miesz­kań­ców miało jakoby skła­niać się do dołą­cze­nia do 8 mln Ame­ry­ka­nów.

Osta­tecz­nie 4 czerwca 1812 r. Izba Repre­zen­tan­tów przy­jęła 79 gło­sami do 49 rezo­lu­cję o woj­nie z Wielką Bry­ta­nią, a 17 czerwca podobne sta­no­wi­sko zajął Senat, choć tylko 19 gło­sami prze­ciw 13, gdyż woj­nie sprze­ciwiały się bazu­jące na han­dlu stany Nowej Anglii. Bez zna­cze­nia oka­zał się nato­miast fakt, że dzień wcze­śniej, bo 16 czerwca, Izba Gmin znio­sła wszel­kie ure­gu­lo­wa­nia nie­ko­rzystne dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych, w tym pro­ce­durę impres­smentu, bowiem infor­ma­cja ta dotarła przez Atlan­tyk dopiero dwa mie­siące póź­niej.

Wojna z Wielką Bry­ta­nią, zwana też Wojną 1812 r., nie zasłu­guje na poświę­ce­nie jej więk­szej uwagi. Stany Zjed­no­czone nie były do niej przy­go­to­wane, miały zale­d­wie nieco ponad 3 tys. żoł­nie­rzy i korzy­stały z nie­zdy­scy­pli­no­wa­nych mili­cji sta­no­wych. Kon­gres auto­ry­zo­wał przy­ję­cie do woj­ska 35 tys. nowych żoł­nie­rzy, ale w ciągu roku chęć wstą­pie­nia do armii zgło­siła tylko połowa tej liczby. Kraj miał wpraw­dzie aż nadto ofi­ce­rów, ale nie­wielu z nich posia­dało odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nie.

Celem wojsk ame­ry­kań­skich było przede wszyst­kim zaję­cie Kanady. Naj­zwięź­lej wyra­ził to ówcze­sny sekre­tarz wojny James Mon­roe: „Naj­waż­niej­szym celem, jaki należy osią­gnąć, jest prze­nie­sie­nie wojny do Kanady i zła­ma­nie tam bry­tyj­skiej potęgi w moż­li­wie naj­więk­szym stop­niu”19. Wyda­wało się to łatwym zada­niem w sytu­acji, gdy Lon­dyn kon­cen­tro­wał się na wal­kach z Napo­le­onem. Siły bry­tyj­skie w Ame­ryce ogra­ni­czały się do pię­ciu tysięcy ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, nie­spraw­nych lub zbyt sta­rych, by wal­czyć na fron­cie euro­pej­skim.

Główny atak ame­ry­kań­ski kie­ro­wał się z Detroit i Fortu Nia­gara na Toronto, zwane wów­czas Yor­kiem. Ale gene­rał Wil­liam Hull, jedyny wyż­szy rangą woj­skowy ame­ry­kań­ski, który posia­dał doświad­cze­nie bitewne, prze­stra­szył się sprzy­ja­ją­cych Bry­tyj­czy­kom Indian i 16 sierp­nia 1812 r. pod­dał się bez walki, za co sta­nął póź­niej przed sądem woj­skowym. Rów­nie zawsty­dza­jący prze­bieg miała rów­no­le­gła ofen­sywa skie­ro­wana na Mont­real, gdyż człon­ko­wie mili­cji sta­no­wych odmó­wili walki, powo­łu­jąc się na prawo zaka­zu­jące im pro­wa­dze­nia dzia­łań poza tery­to­rium Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W kwiet­niu 1813 r. Ame­ry­ka­nie zdo­byli osta­tecz­nie York, który pod­dał się, ale mimo to został splą­dro­wany i pod­pa­lony, co miało kon­se­kwen­cje w następ­nej fazie wojny. Na początku 1814 r. Stany Zjed­no­czone były rów­nie dale­kie od pod­boju Kanady, jak u zara­nia kon­fliktu.

Z kolei 12 kwiet­nia 1814 r. Wielka Bry­ta­nia zwy­cię­sko zakoń­czyła kam­pa­nię napo­le­oń­ską i mogła skie­ro­wać do Ame­ryki 10 tys. wyszko­lo­nych i doświad­czo­nych w boju żoł­nie­rzy, jed­nak i oni oka­zali się nie­zdolni do zwy­cię­stwa. Główne ude­rze­nie skie­ro­wano z Kanady przez jezioro Cham­plain, na któ­rym jed­nak siły bry­tyj­skie ponio­sły we wrze­śniu 1814 r. zaska­ku­jącą porażkę i dowódca eks­pe­dy­cji gene­rał Geo­rge Pre­vost pod­jął decy­zję o wyco­fa­niu się.

Pozo­stałe oddziały bry­tyj­skie skie­ro­wały się na Waszyng­ton, któ­rego miało bro­nić 100 tys. człon­ków mili­cji. W rze­czy­wi­sto­ści przy­było ich nie­wiele ponad 7 tys., co i tak powinno pozwo­lić na obronę sto­licy przed ata­kiem nie wię­cej niż 1,5 tys. Bry­tyj­czy­ków. Ale po stra­cie kil­ku­dzie­się­ciu obroń­ców Ame­ry­ka­nie roz­pierz­chli się i 24 sierp­nia 1814 r. Bry­tyj­czycy bez prze­szkód wkro­czyli do Waszyng­tonu. Spa­lono budynki urzę­dowe, czę­ściowo w zemście za York, czę­ściowo wsku­tek ucieczki władz, co unie­moż­li­wiło zapłatę zwy­cza­jo­wego okupu, a przede wszyst­kim dla upo­ko­rze­nia prze­ciw­nika. Bry­tyj­czycy pró­bo­wali następ­nie zdo­być Bal­ti­more, jed­nak nie udało im się prze­ła­mać obrony Fortu Henry u wej­ścia do portu.

Ostat­nim akor­dem wojny była bitwa o Nowy Orlean. Obroną mia­sta dowo­dził gene­rał mili­cji Andrew Jack­son, wsła­wiony wal­kami z India­nami, ale pozba­wiony wie­dzy stricte woj­sko­wej. Nie przy­go­to­wał się na atak Bry­tyj­czy­ków od strony Zatoki Mek­sy­kań­skiej i tylko dzięki szczę­śli­wemu zbie­gowi oko­licz­no­ści zdo­łał wyko­nać pro­wi­zo­ryczne wały obronne z bel bawełny. Oddzia­łami bry­tyj­skimi dowo­dził nato­miast ofi­cer demon­stra­cyj­nie gar­dzący Ame­ry­ka­nami. W kry­tycz­nym momen­cie bitwy naka­zał pozo­sta­ją­cym w odwo­dzie żoł­nie­rzom pułku górali szkoc­kich prze­ma­sze­ro­wać wzdłuż frontu, co wysta­wiło ich na ostrzał Ame­ry­ka­nów. Osta­tecz­nie spo­śród około 8 tys. ofi­cerów i żoł­nie­rzy bry­tyj­skich zgi­nęło, zostało ran­nych lub dostało się do nie­woli ponad 2 tys., pod­czas gdy straty ame­ry­kań­skie wynio­sły 13 zabi­tych i 58 ran­nych spo­śród 5 tys. obroń­ców.

Nie miało to jed­nak zna­cze­nia, gdyż wik­to­ria ame­ry­kań­ska miała miej­sce 8 stycz­nia 1815 r., nato­miast już 24 grud­nia 1814 r. w Gan­da­wie pod­pi­sano koń­czący wojnę trak­tat, któ­rego treść dotarła za ocean dopiero 11 lutego 1815 r. Sta­no­wił on efekt inten­syw­nych nego­cja­cji, pod­czas któ­rych Bry­tyj­czycy wysu­nęli mię­dzy innymi postu­lat stwo­rze­nia bufo­ro­wego pań­stwa indiań­skiego. Żąda­nie to zostało jed­nak jed­no­znacz­nie odrzu­cone przez nego­cja­to­rów ame­ry­kań­skich.

Lon­dyn wysu­nął też ocze­ki­wa­nie zawar­cia pokoju na zasa­dzie uti possi­de­tis, czyli usta­no­wie­nia nowych gra­nic na pod­sta­wie zaj­mo­wa­nego tery­to­rium. Jed­nak nawet książę Wel­ling­ton dostrze­gał wady tego typu rosz­czeń. W liście z 9 listo­pada 1814 r. pisał do jed­nego z nego­cja­to­rów bry­tyj­skich: „Wyznaję, że moim zda­niem nie macie prawa żądać od Ame­ryki jakie­go­kol­wiek ustęp­stwa tery­to­rial­nego na pod­sta­wie stanu wojny… W isto­cie stan waszych dzia­łań woj­sko­wych, choć god­nych pochwały, nie upo­waż­nia was do żąda­nia cze­go­kol­wiek”20.

Z dru­giej strony także Ame­ry­ka­nie nie uzy­skali żad­nych korzy­ści, gdyż warunki zawar­tego pokoju ani nie potwier­dzały znie­sie­nia impres­smentu, sta­no­wią­cego bez­po­średni powód wypo­wie­dze­nia wojny, ani nie odno­siły się do kwe­stii neu­tral­no­ści. „Bry­tyj­czycy odstą­pili w Gan­da­wie od ocze­ki­wań tery­to­rial­nych nie wsku­tek ame­ry­kań­skiej pre­sji eko­no­micz­nej, lecz w wyniku braku suk­ce­sów woj­sko­wych w Ame­ryce, nie­ko­rzyst­nego roz­woju sytu­acji w Euro­pie oraz wewnętrz­nego nie­za­do­wo­le­nia podat­ni­ków”21. Kon­flikt zakoń­czył się przy­wró­ce­niem sta­tus quo ante.

Nie­mniej Ame­ry­ka­nie nie bez pod­staw uznali wynik wojny za powód do chwały, gdyż nie­wiel­kie i słabe jesz­cze pań­stwo ame­ry­kań­skie sta­wiło sku­teczny opór naj­więk­szemu mocar­stwu ówcze­snego świata. Wynik wojny 1812 r., wraz z korzyst­nym fina­łem wojen ber­be­ryj­skich w tym samym cza­sie, przy­czy­nił się do powsta­nia u Ame­ry­ka­nów prze­ko­na­nia, iż są w sta­nie upo­rać się z każ­dym prze­ciw­ni­kiem, bez względu na to, kim jest. Naj­istot­niej­szą kon­klu­zją wycią­gniętą z kon­fliktu przez Ame­ry­ka­nów było zara­zem, że pole­ga­nie na mili­cji, czyli pospo­li­tym rusze­niu, jest nie­bez­pieczną kon­cep­cją i dla zapew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa pań­stwa nie­zbędne jest posia­da­nie sta­łej armii.

Kolej­nym zna­czą­cym wyda­rze­niem było zawar­cie w kwiet­niu 1817 r. poro­zu­mie­nia Rusha-Bagota (czyli p.o. sekre­ta­rza stanu Richarda Rusha i bry­tyj­skiego mini­stra peł­no­moc­nego Char­lesa Bagota) o nie­mal cał­ko­wi­tej demi­li­ta­ry­za­cji Wiel­kich Jezior, co sta­no­wiło pierw­sze poro­zu­mie­nie roz­bro­je­niowe w histo­rii. Umowa ta była istotna także z innego względu. Otóż pre­zy­dent James Mon­roe wie­dział, że nie uzy­ska koniecz­nej więk­szo­ści dwóch trze­cich gło­sów w Sena­cie i zamiast wystę­po­wać o zgodę na raty­fi­ka­cję, poin­for­mo­wał jedy­nie Izbę o zawar­ciu sto­sow­nej umowy, co usta­no­wiło ważny pre­ce­dens.

20 paź­dzier­nika 1818 r. pod­pi­sano nato­miast kon­wen­cję ame­ry­kań­sko-bry­tyj­ską regu­lu­jącą kwe­stię prze­biegu gra­nicy z Kanadą. Mała dokład­ność map z tego okresu mogła dopro­wa­dzić do kolej­nych kon­flik­tów, ale nego­cja­to­rzy szybko osią­gnęli poro­zu­mie­nie, uzna­jąc bieg 49. rów­no­leż­nika za linię gra­niczną od Jeziora Leśnego na wscho­dzie po Góry Ska­li­ste na zacho­dzie. Jak się póź­niej oka­zało, dało to Sta­nom Zjed­no­czo­nym kon­trolę na całym bie­giem rzeki Mis­si­sipi, a także nad boga­tymi zło­żami rudy żelaza, choć żadna z tych infor­ma­cji nie była dostępna w cza­sie pod­pi­sy­wa­nia umowy. Spory budziła jedy­nie kwe­stia podziału roz­le­głego tery­to­rium Ore­gonu, poło­żo­nego mię­dzy Górami Ska­li­stymi a Pacy­fi­kiem oraz mię­dzy rosyj­ską Ala­ską i hisz­pań­ską, a póź­niej mek­sy­kań­ską, Kali­for­nią. Usta­lono, że ma ono być dostępne zarówno dla Ame­ry­ka­nów, jak i dla Bry­tyj­czy­ków, co roz­sze­rza­jąco inter­pre­to­wano jako usta­no­wie­nie wspól­nego zarządu oby­dwu państw. W 1827 r. poro­zu­mie­nie prze­dłu­żono na czas nie­okre­ślony z pra­wem każ­dej strony do wypo­wie­dze­nia go z zacho­wa­niem okresu dwu­na­stu mie­sięcy.

Rów­no­le­gle roz­wią­zany też został kon­flikt z Hisz­pa­nią o obie Flo­rydy. W odnie­sie­niu do Flo­rydy Zachod­niej pre­zy­dent Madi­son wydał pro­kla­ma­cję, zgod­nie z którą Stany Zjed­no­czone weszły w posia­da­nie tego obszaru na mocy zakupu Luizjany. Hisz­pa­nia nie podzie­lała tego poglądu, ale nie miała moż­li­wo­ści prze­ciw­sta­wić się Ame­ryce, która słusz­nie uwa­żała, że posia­da­nie Flo­rydy Zachod­niej przez obce pań­stwo zagraża bez­pie­czeń­stwu Nowego Orle­anu. Bar­dziej skom­pli­ko­wane wyda­rze­nia roze­grały się nato­miast we Flo­ry­dzie Wschod­niej. Pozo­sta­wała ona w rękach hisz­pań­skich i sta­no­wiła miej­sce schro­nie­nia dla zbie­głych nie­wol­ni­ków, a także dla wal­czą­cych z Ame­ry­ka­nami Semi­no­lów. W kwiet­niu 1818 r. gene­rał Andrew Jack­son wkro­czył do Flo­rydy pod pozo­rem pościgu za India­nami, usu­nął hisz­pań­skiego guber­na­tora i obsa­dził fort w Pen­sa­coli ame­ry­kań­skimi żoł­nie­rzami. Dzia­ła­nie to było pozba­wione pod­staw praw­nych, ale słaba Hisz­pa­nia przy­stała na zawar­cie 22 lutego 1819 r. Trak­tatu Adamsa–Onísa, zwa­nego także Trak­ta­tem Trans­kon­ty­nen­tal­nym i sta­no­wią­cego w isto­cie finalny ele­ment zakupu Luizjany. Na jego mocy Hisz­pa­nia zgo­dziła się oddać bez odszko­do­wa­nia Flo­rydę, nad którą nie miała już żad­nej kon­troli i zrzec się sła­bych pre­ten­sji do Ore­gonu, a Stany Zjed­no­czone wyrze­kły się rów­nie sła­bych rosz­czeń do Tek­sasu.

Trak­tat ten zapi­sał się też w histo­rii z powodu dwu­krot­nego wyra­że­nia przez Senat zgody na jego raty­fi­ka­cję. Pre­zy­dent Mon­roe raty­fi­ko­wał go 25 lutego 1820 r., ale wsku­tek per­tur­ba­cji w Madry­cie król hisz­pań­ski uczy­nił to dopiero 24 paź­dzier­nika, czyli po upły­wie usta­lo­nego przez strony pół­rocz­nego okresu na doko­na­nie raty­fi­ka­cji. W tej sytu­acji konieczna była powtórna zgoda Senatu i dwa lata po zawar­ciu umowy osta­tecz­nie wymie­niono instru­menty raty­fi­ka­cyjne, a w St. Augu­stine, sto­licy Flo­rydy Wschod­niej, flagę hisz­pań­ską zastą­piła flaga ame­ry­kań­ska. W ten spo­sób Stany Zjed­no­czone uzy­skały sze­roki dostęp do Zatoki Mek­sy­kań­skiej, a Trak­tat sta­no­wił sygnał, że Stany Zjed­no­czone są gotowe do pod­boju całej pół­kuli zachod­niej, a póź­niej i świata. Jak pisał Henry Adams, „Po raz pierw­szy w swej histo­rii Ame­ry­ka­nie prze­stali wąt­pić w słusz­ność obra­nej drogi”22. Nato­miast w 1824 r. Flo­ryda Wschod­nia i Zachod­nia połą­czyły się we Flo­rydę ze sto­licą w Tal­la­has­see.

Uko­ro­no­wa­niem pro­cesu docho­dze­nia do peł­nej nie­za­leż­no­ści przez Stany Zjed­no­czone było ogło­sze­nie przez pre­zy­denta Jamesa Mon­roe 2 grud­nia 1823 r. pod­sta­wo­wych reguł ame­ry­kań­skiej poli­tyki zagra­nicz­nej, któ­rym po trzech deka­dach nadano nazwę dok­tryny Mon­roe. Wyni­kały one z myl­nego odczy­ta­nia przez poli­ty­ków ame­ry­kań­skich inten­cji państw euro­pej­skich w sto­sunku do pół­kuli zachod­niej. Szcze­gól­nie widoczne było to w reak­cji na eks­pan­sjo­ni­styczne, jak się wyda­wało, posu­nię­cia reali­zo­wane poprzez Rus­sian-Ame­ri­can Com­pany. Pro­blem poja­wił się, gdy wobec zmniej­sza­nia się popu­la­cji wydr mor­skich na tery­to­rium dzi­siej­szej Ala­ski, car wydał we wrze­śniu 1821 r. ukaz, w któ­rym sfor­mu­ło­wał rosz­cze­nia się­ga­jące znacz­nie dalej na połu­dnie, bo aż do 51° sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej. Pre­ten­sje tery­to­rialne Sankt Peters­burga nie zagra­żały bez­po­śred­nio inte­re­som ame­ry­kań­skim, koń­czą­cym się na 49. rów­no­leż­niku, Waszyng­ton nie czuł się też zagro­żony usta­no­wie­niem przez Rus­sian-Ame­ri­can Com­pany dość pry­mi­tyw­nej fak­to­rii Fort Ross. Admi­ni­stra­cja nie mogła jed­nak przy­stać na zawarty w uka­zie zakaz poło­wów przez nie­ro­syj­skie statki w pasie sze­ro­ko­ści 100 mil wło­skich (185 km) od wybrzeży tery­to­rium, któ­rego wła­ści­cie­lem mia­no­wał się car. Inter­pre­to­wano to jako wyraz eks­pan­sjo­ni­stycz­nych dążeń Rosji, która jed­nak nie dys­po­no­wała siłą zdolną wcie­lić w życie jed­no­stronne decy­zje cara i kon­tro­wer­sje zmarły śmier­cią natu­ralną. W trak­ta­tach ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi z 1824 r. i Wielką Bry­ta­nią z 1825 r. Rosja przy­stała na ogra­ni­cze­nie rosz­czeń do linii 54°40’’ oraz na korzy­sta­nie przez statki ame­ry­kań­skie z por­tów rosyj­skich na wybrzeżu Pacy­fiku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. https://history.state.gov/depart­men­thi­story/buil­dings/section1. [wróć]

2.The Let­ters of Richard Henry Lee, vol. I, The Mac­mil­lan Com­pany, New York 1911, s. 178. [wróć]

3. https://leefa­mi­ly­ar­chive.org/history-papers-let­ters-trans­cripts-gw-dele­ga­tes-div0294/. [wróć]

4. https://www.mas­shist.org/publi­ca­tions/adams-papers/index.php/view/DJA03p328, s. 329. [wróć]

5. https://ava­lon.law.yale.edu/18th_century/paris.asp. [wróć]

6. Wal­ter LaFe­ber, The Con­sti­tu­tion and Uni­ted Sta­tes Fore­ign Policy, „The Jour­nal of Ame­ri­can History”, t. 74, nr 3, s. 697. [wróć]

7. John Spa­nier, Ste­ven W. Hook, Ame­ri­can Fore­ign Policy Since World War II, CQ Press, Washing­ton 1998, s. 10. [wróć]

8. Edward S. Cor­win, The Pre­si­dent, Office and Powers, 1787–1957, New York Uni­ver­sity Press, New York 1957, s. 171. [wróć]

9. Zob. Wal­ter Rus­sell Mead, Spe­cial Pro­vi­dence, Routledge, New York 2009, s. 99–131. [wróć]

10. John Gerard Rug­gie, „Doctri­nal Uni­la­te­ra­lism and Its Limits”, [w:] David P. For­sy­the et al., eds., Ame­ri­can Fore­ign Policy in a Glo­ba­li­zed World, Routledge, New York 2006, s. 31. [wróć]

11. Za: Edwin Bor­chard, Wil­liam Pot­ter Lage, Neu­tra­lity for the Uni­ted Sta­tes, Yale Uni­ver­sity Press, New Haven 1940, s. 21. [wróć]

12. https://ava­lon.law.yale.edu/18th_century/washing.asp. [wróć]

13. Nazwa Biały Dom weszła do użytku dopiero na prze­ło­mie XIX i XX w. [wróć]

14. https://ava­lon.law.yale.edu/19th_century/jefinau1.asp. [wróć]

15. Zob. Richard W. van Alstyne, Ame­ri­can Diplo­macy in Action, Peter Smith, Glo­uce­ster 1968, s. 497. [wróć]

16. Za: W. Edwin Hem­phill, The Jef­fer­so­nian Back­gro­und of the Louisiana Pur­chase, „The Mis­sis­sippi Val­ley Histo­ri­cal Review”, t. 22, nr 2, s. 189. [wróć]

17. Ter­min „tery­to­rium” odno­sił się do obszaru znaj­du­ją­cego się we wła­da­niu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale pozba­wio­nego jesz­cze struk­tury admi­ni­stra­cyj­nej. [wróć]

18. Alfred Thayer Mahan, Sea Power and the War of 1812, Fire­ship Press, Tuc­son 2010, t. II, s. 249. [wróć]

19. Za: C. P. Sta­cey, An Ame­ri­can Plan for a Cana­dian Cam­pa­ign, „The Ame­ri­can Histo­ri­cal Review”, t. 46, nr 2, s. 356. [wróć]

20. https://pene­lope.uchi­cago.edu/Thayer/E/Gazet­teer/Pla­ces/Ame­rica/United_States/_Topics/history/_Texts/BEI1812/28*.html. [wróć]

21. Donald R. Hic­key, Ame­ri­can Trade Restric­tions during the War of 1812, „The Jour­nal of Ame­ri­can History”, t. 68, nr 3, s. 537. [wróć]

22. Henry Adams, History of the Uni­ted Sta­tes, C. Scrib­ner’s Sons, New York 1891, t. 9, s. 220. [wróć]