Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę - Grajewski Łukasz - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę ebook

Grajewski Łukasz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Jakie były początki ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec? Partii, której władze uważają, że Polska jest dla Niemiec zagrożeniem.

AfD nie narodziła się w biednej dzielnicy ani na robotniczym podwórku. Narodziła się w cieple niemieckiego dobrobytu. Profesorowie i ekonomiści z klasy średniej, żyjący w domach z równo przystrzyżonymi trawnikami, spotkali się pewnego dnia w salce parafialnej przy kościele ewangelickim w Oberursel w Hesji. Nie przyszli z transparentami, lecz byli pełni determinacji i oburzenia. Pijąc kawę, uznali, że Angela Merkel zdradziła ich kraj – a wspólna waluta Unii służy transferowi pieniędzy od pracowitych Niemców na rozrzutne Południe. „Nie ma alternatywy” – powtarzała kanclerz. „Alternatywa istnieje zawsze” – odpowiedzieli. I założyli partię.

W 2025 roku partia ta zdobyła ponad 20% głosów w wyborach do Bundestagu. Dziś należą do niej nie tylko profesorowie czy przedsiębiorcy, lecz także neonaziści głoszący ideologię „czystej rasy” i wściekli obywatele, którzy przestali wierzyć państwu i sami chcą rozwiązać problem imigracji. Dla nich AfD nie jest wyborem ideologicznym – jest ostatnią deską ratunku.

Dlaczego AfD zdobywa poparcie? Jakie marzenia mają jej wyborcy? Co ich frustruje? Kim jest Alice Wiedel, wspóliderka tej prawicowej partii, lesbijka mieszkająca w Szwajcarii z imigrantką ze Sri Lanki, i dlaczego popiera ją Elon Musk? Kim jest działacz AfD Björn Höcke, który otwarcie głosi hitlerowskie hasła?

Łukasz Grajewski, dziennikarz mieszkający w Niemczech, od początku śledzi rozwój AfD: rozmawiał z jej politykami, działaczami i wyborcami, a także z ich przeciwnikami. Z jego reportażu wyłania się obraz kraju, w którym demokratyczny system zbudowany po II wojnie światowej chyli się ku upadkowi.

Łukasz Grajewski – absolwent Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Współtwórca i wieloletni redaktor portalu Eastbook, który koncentrował się na sprawach Europy Wschodniej. W latach 2018–2025 korespondent Polskiej Agencji Prasowej, „Dziennika Gazety Prawnej” i „Tygodnika Powszechnego” w Niemczech. Nominowany do Nagrody Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego w 2021 roku. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w roku 2021 i Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego w roku 2022.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 287

Data ważności licencji: 2/25/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Świat pełen jest wyrw, załomów, pęknięć – zarówno tych fizycznych, jak i niewidocznych gołym okiem szczelin rzeczywistości. Aby móc docierać do tego, co niepoznane, stworzyliśmy Szczeliny, poświęcony literaturze faktu imprint Wydawnictwa Otwartego. Pragniemy zrozumieć otaczające nas zjawiska, dlatego oddajemy głos ekspertom, którzy najlepiej potrafią wytłumaczyć zawiłości współczesnego świata.

Copyright © by Łukasz Grajewski

Zebranie materiałów do niniejszej publikacji było możliwe dzięki Stypendium Dziennikarskiemu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Opieka wydawnicza: Rafał Czech

Redakcja tekstu: Szymon Kopecki

Wnętrze – projekt graficzny serii: Wydawnictwo Otwarte

Adiustacja, korekta: Pracownia 12A

Promocja i marketing: Martyna Dziadek

Okładka – projekt graficzny serii: Łukasz Piskorek

Adaptacja okładki na potrzeby wydania: Monika Drobnik-Słocińska

Fotografia na okładce: Vibrant Pictures / Alamy / BE W

ISBN 978-83-8399-535-9

Zajrzyj do Szczelin!

szczeliny.pl

facebook.com/szczeliny

instagram.com/szczeliny

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o. ul. Smolki 5/302 30-513 Kraków

Wydanie I, 2026

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Prolog

To było ciepłe, słoneczne późne popołudnie w Duisburgu. Połowa maja 2025 roku. Stałem z Michaelem Wildbergiem na przystanku tramwajowym. W tym półmilionowym mieście niemal wszyscy poruszający się transportem publicznym korzystają z dwóch zaledwie linii tramwajowych: 901 i 903. Łatwo sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy jeden z tramwajów się spóźnia. My czekaliśmy akurat na 903.

Na przystanku zebrało się już sporo osób. Po piętnastu minutach z daleka wyłonił się biało-czerwony pojazd, który za nowoczesny mógłby zostać uznany wiele dekad temu.

– No to będzie zabawnie – powiedział Michael z sarkastycznym uśmiechem.

Tramwaj nie podjechał jeszcze do przystanku, a już było widać, że jest pełen.

Udało nam się jakoś wsiąść i przepychając się między pasażerami, stanąć z tyłu wagonu. Choć na zewnątrz temperatura oscylowała wokół przyjemnych dwudziestu stopni, to w środku panowały skwar i duchota. Pot spływał po skroniach. Koszulki kleiły się do ciał. Zamilkliśmy na chwilę, a ja skupiłem się na językach, którymi posługiwali się stojący i siedzący blisko nas ludzie. Dwóch chłopaków na pewno mówiło po turecku. Zresztą jeden z nich miał na sobie czerwony T-shirt z półksiężycem i pięcioramienną gwiazdą – symbolami Turcji – na piersi. Obok nich kobieta w średnim wieku, o ciemnej karnacji i równie ciemnych, splecionych w warkocz włosach, rozmawiała po rumuńsku przez komórkę. Tuż przy nas stała czarnoskóra matka starająca się upilnować córkę, która widocznie miała już dość podróży w ciasnocie i bezruchu. Nie potrafiłem rozpoznać języka, w jakim się do siebie zwracały.

Nie my jedni z uwagą obserwowaliśmy, co się dzieje w przepełnionym wagonie. Siedzący obok nas mężczyzna z lekkim zarostem, w okularach i czapce z daszkiem wyróżniał się spośród pasażerów. Po prostu wyglądał na pospolitego Niemca. I też wyraźnie miał już dość przedłużającej się podróży. Dwa przystanki dalej, gdy przy hamowaniu i ruszaniu córka czarnoskórej kobiety kilkakrotnie lekko oparła się o niego, wyciągnął komórkę. Zarówno Michael, jak i ja widzieliśmy z góry jej ekran.

Mężczyzna zdecydowanie stuknął ikonkę z „F” na niebieskim tle. Na Facebooku mignął profil z literami „AfD” w logo – skrótem nazwy partii Alternatywa dla Niemiec. Nasz sąsiad przescrollował kilka postów w dół i kliknął w link. Na ekranie wyświetliło się logo PayPala z napisem „Spende”, co po niemiecku znaczy „darowizna”. Wybrał kwotę 15 euro, czyli nieco ponad 60 złotych, kolejnym kliknięciem potwierdził przelew na konto partii i schował telefon do plecaka.

Kilka sekund później tramwaj znów gwałtownie zahamował. Dziewczynka lekko się zakołysała, ale utrzymała równowagę. Z niewiadomego powodu jednak zaraz potem rzuciła papierek po batoniku tak, że spadł siedzącemu mężczyźnie na czapkę, a następnie na podłogę. Mężczyzna tylko lekko obrócił głowę w jej kierunku i uśmiechnął się niewinnie.

Spojrzeliśmy na siebie z Michaelem. Wiedzieliśmy, że jedynie my w tym ścisku właściwie odczytaliśmy ten uśmiech.

Dwie godziny wcześniej weszliśmy do jednego z kiosków w dzielnicy Marxloh na północy Duisburga. Kioskami nazywa się w Niemczech małe sklepy w stylu Żabki, w których można kupić głównie alkohol i papierosy oraz podstawowe artykuły spożywcze. Michaela Wildberga poznałem tego ranka, ale już wiedziałem, że swoje wyjątkowo pozytywne nastawienie do świata utrzymuje, paląc papierosa za papierosem i pijąc kawę za kawą. Michael zamówił piątą już chyba małą czarną tego dnia, a ja postanowiłem wykorzystać sytuację i zapytać sprzedawcę o życie w okolicy.

– Bułgarski? – odparł.

Niestety w tym zakresie byłem zupełnie zielony. Rozejrzałem się po sklepie. Faktycznie, większość piw w lodówce, różnego rodzaju chrupki, ciasteczka czy nasiona słonecznika pochodziły z Bułgarii.

Wyszliśmy z kiosku i ruszyliśmy w kierunku szkoły, którą chciał mi pokazać Michael. Na placu przed murowanym budynkiem rzędami stały kontenery, w których widać było uczące się dzieci.

– Klasy są przepełnione. Często liczą po trzydzieścioro dzieci i jedynie kilkoro z nich potrafi powiedzieć parę słów po niemiecku. To sobie wyobraź, jak tu nauczycielom się pracuje – odezwał się Michael.

Mój towarzysz jest rodzonym Duisburczykiem, dumnym ze swojego pochodzenia, ale i niemającym złudzeń co do obecnej sytuacji w mieście. Wie o niej znacznie więcej niż przeciętny mieszkaniec. Z zawodu jest pracownikiem socjalnym.

– To są głównie Romowie z Bułgarii i Rumunii – zaczyna tłumaczyć. – Mafia sprowadza ich tutaj z tamtejszych wiosek i pakuje po kilkanaście osób do jednego mieszkania. Każe im pracować za śmieszne pieniądze na czarno, a jednocześnie rejestruje ich w pośredniaku, żeby ciągnąć socjal od każdego i Kindergeld za dzieci. Kasa oczywiście nie trafia do tych ludzi, tylko do szefów rodzinnych klanów. Mafii zależy, żeby w jej nieruchomościach był taki tłum, by żaden urzędnik nie mógł się rozeznać, czy składane wnioski dotyczą realnych osób, czy słupów. Tak użytkowane budynki po kilku latach popadają w ruinę. Ten proceder wyniszcza całe dzielnice. W Marxloh widać to na każdej ulicy.

Gdy Michael robi sobie przerwę na szóstą kawę, słyszę, że kobieta z dzieckiem na ręku rozmawia ze sprzedawczynią kolejnego kiosku po polsku. Pytam o wrażenia.

– Proszę pana, to jest najgorsza dzielnica w mieście. Wszędzie syf, wszędzie tylko te łupiny pestek słonecznika – zaczyna i trudno temu zaprzeczyć. Na ulicach walają się wszelkiego rodzaju śmieci i gabaryty, a wspomniane łupiny widać na każdym kroku. – W zeszłym tygodniu jakiś gość groził mojemu dziecku nożem. Ja tu zwariuję – mówi i po jej podkrążonych oczach widać, że naprawdę ma dość.

Szukanie w Marxloh Niemca, który powie coś o sytuacji, jest jak szukanie igły w stogu siana. Kto miał pieniądze i rozum, ten wyniósł się stąd już dawno. Ta niegdyś dostatnia dzielnica robotnicza żyła głównie z pobliskiej huty stali. Wielki zakład wciąż zatrudnia tysiące osób, ale wyłącznie za sprawą silnych w Niemczech związków zawodowych, które dbają, by koncern ThyssenKrupp nie zwolnił możliwie szybko jak najwięcej pracowników nierentownych niemieckich fabryk. Dziś Marxloh to dzielnica migrantów, bezrobocia i ubóstwa.

Biznes kręci się jeszcze jako tako na Weseler Straße, dawnym reprezentacyjnym deptaku. To tam przez lata otwierały się kolejne sklepy z sukniami wieczorowymi i ślubnymi w stylu lubianym przez Turczynki i Arabki. Tylko na tej ulicy takich punktów jest z górą czterdzieści, w całej okolicy zaś ponad sto. Do tego dochodzą zakłady jubilerskie, kawiarnie i cukiernie. Kobiety, które szykują się do zamążpójścia, mogą być pewne, że w Marxloh znajdą coś dla siebie. Większość nazw sklepów jest w języku arabskim lub tureckim. Przechadzają się tu głównie kobiety w chustach na głowie. Także wielu mężczyzn nosi tradycyjne luźne spodnie lub długie tuniki charakterystyczne dla krajów arabskich. Jedynie Michael i ja rozmawiamy po niemiecku.

Duisburg trafił na moją listę miast do odwiedzenia po ogłoszeniu wyników wyborów do Bundestagu z 23 lutego 2025 roku. Alternatywa dla Niemiec zdobyła w całym kraju 20,8 procent głosów. Dotychczas jej bastionem były landy na wschodzie Niemiec. Powszechna na terenie byłej NRD frustracja została skutecznie zagospodarowana przez niebieskich. Na wschodzie AfD w wielu miejscach zdobyła w ostatnich wyborach 40 i więcej procent. Ale jeszcze w wieczór wyborów zacząłem przeglądać wyniki spływające z zachodu. I tak, zmianę było widać gołym okiem. Tam, gdzie przez dziesięciolecia rządzili socjaldemokraci i chadecy, zaczęły się pojawiać niebieskie wyspy. Gelsenkirchen, Kaiserslautern, Duisburg. W tych zachodnich miastach co czwarty mieszkaniec zagłosował na partię, która domaga się przeprowadzenia w kraju drastycznych, wręcz rewolucyjnych zmian.

Trend ten tylko się umocnił w późniejszych wyborach samorządowych. W Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie mieszka ponad 18 milionów ludzi, 14 września 2025 roku AfD osiągnęła rekordowe poparcie niemal we wszystkich okręgach.

Niemcy z zachodu długo tłumaczyli sobie, że AfD to tak naprawdę nie ich problem. Że to tylko ich mniej rozgarnięci rodacy ze wschodu dają się nabierać na sztuczki populistów. I że tak długo siedzieli w tym Enerdówku, że teraz znów ciągnie ich do dyktatury. Nie raz, nie dwa słyszałem deklarację: „Koniec z urlopem we wschodnich Niemczech. Nie jadę do tych nazistów” – bo tak często nazywa się obraźliwie wyborców AfD. Przez wiele lat można było w ten sposób żyć w błogim stanie ignorancji. To nie nasz problem, lecz ich.

Ale co obecne wyniki AfD mówią o sytuacji w Niemczech? Czy – jeśli konsekwentnie posługiwać się terminologią liberałów z zachodu – teraz już co czwarty niemiecki wyborca to faszysta? Bo na tyle głosów może dziś liczyć AfD według ogólnokrajowych sondaży. Na wschodzie, na przykład w Saksonii-Anhalt, głos na Alternatywę chce oddać blisko 40 procent wyborców.

Do dziś AfD nie zaczęła rządzić jedynie dlatego, że inne partie konsekwentnie odmawiały jakiejkolwiek współpracy z nią. Tylko, żeby sobie na to pozwolić, musiały zawierać coraz dziwniejsze, dysfunkcyjne koalicje. W konsekwencji AfD powoli, ale konsekwentnie przybliża się do samodzielnych rządów.

W Duisburgu widać to, co wie już niemal każdy, kto kiedykolwiek słyszał o AfD. Sukcesy Alternatywy najbardziej związane są z tematem migracji. Bilans polityki otwartych drzwi kanclerz Angeli Merkel jest niekorzystny. W ostatnich dziesięciu latach Niemcy przyjęły blisko 4,5 miliona migrantów – uchodźców z Syrii i Afganistanu, ale też z Ukrainy. Ich integracja społeczna i na rynku pracy udała się tylko częściowo. A zaczyna brakować pieniędzy. Gdy w 2015 roku Merkel decydowała o ich wpuszczeniu, niemiecka gospodarka wydawała się nie do zatrzymania. Dekadę później trudno o tydzień bez informacji o zamykanych firmach i zwolnieniach. Od kilku lat kraj znajduje się w recesji i to też ma bezpośrednie przełożenie na polityczne wybory.

Niemcy są mistrzami w planowaniu i organizowaniu. Nikt już tu raczej nie używa starego powiedzenia „Ordnung muss sein”, ale nadal dobrze opisuje ono ich charakter. Jeśli chodzi o tworzenie szczegółowych długoterminowych planów, a następnie skrupulatne ich realizowanie, trudno nie zachwycić się dokonaniami niemieckich firm i całego państwa. Ale podobnie jak w Jendze, gdzie usunięcie zaledwie kilku klocków może doprowadzić do upadku całej konstrukcji, w tej sprawnej niemieckiej machinie wystarczą niewielkie zatarcia, żeby cały kraj zaczął odczuwać problemy.

Coraz większych sukcesów Alternatywy nie można analizować bez odniesienia do światowych trendów. A populizm i polityczna prawica są coraz mocniejsze w wielu częściach globu. Jednak Niemcy zawsze będą miały własną specyfikę. Jako kraj wciąż noszący brzemię nazistowskiej dyktatury, Hitlera i Holokaustu są bardzo uważnie obserwowane. I sporo ponad połowa Niemców, którzy wciąż głosują na inne partie, uważa Alternatywę dla Niemiec za niemal śmiertelne zagrożenie dla swojego kraju.

Historyczne podobieństwa są zbyt widoczne, żeby je pominąć. Sto lat temu niemiecki nazizm rósł powoli w siłę w czasach recesji gospodarczej i w atmosferze kłótni demokratycznych elit politycznych. Traktując bardzo ostrożnie argumenty ad Hitlerum, musimy mieć świadomość, że – czy na poziomie landów, czy na poziomie federalnym – dojście AfD do władzy będzie epokową zmianą. Wszyscy politycy Alternatywy, z którymi rozmawiałem, odgrażają się, że ten cel polityczny osiągną jeszcze w obecnej dekadzie. Najbliższe lata będą zatem decydujące dla przyszłości Niemiec, Europy i całego świata.

Rozdział 1Zawsze jest jakaś alternatywa

Bunt profesorów

Na początku są zaprzątające głowę myśli. I podróżujące niewidzialnymi torami słowa. Luźne pomysły, które wypowiadane głośno zyskują zwolenników. Ta historia ma tysiące takich początków. Wszystkie prowadzą nas do cichej, spokojnej prowincji na zachodzie Niemiec.

Skromna sala spotkań przy kościele ewangelickim w Oberursel może pomieścić maksymalnie dwadzieścia osób. Stoły są w niej zazwyczaj ułożone w kwadrat, tak by każdy siedzący widział resztę zgromadzonych. W środę 6 lutego 2013 roku od samego rana wchodzą do niej kolejni ludzie. W końcu zbiera się cała zapowiedziana osiemnastka. To przeważnie starsi mężczyźni, których nazwiska poprzedzają tytuły naukowe „doktor”, „doktor habilitowany”, „profesor”.

Choć ten lutowy poranek jest wyjątkowo mroźny, a za oknem leży śnieg, to przed spotkaniem organizatorzy szeroko otwierają okna, żeby przewietrzyć salę. Wietrzenie to niemiecka specjalność. Lata później, w czasie pandemii, „New York Times” będzie się rozpisywał o tym, jak wygląda niemieckie lüften – że okno trzeba otworzyć szeroko i zostawić w tej pozycji przynajmniej na kilka minut. „Lepszy chłodek niż smrodek”, powiedziałaby z przekonaniem większość Niemców. Gdyby tylko znała polski. Świeże powietrze daje kopa do działania. A ludzie zebrani w przykościelnej sali chcą działać.

Ich wzrok co jakiś czas pada na figurę Jezusa stojącą przy jednej ze ścian. Postać z drewna ma ręce szeroko rozpostarte w geście błogosławieństwa. Poza tym nic nie rozprasza zgromadzonych. Protestancki minimalizm zachęca do rozpoczęcia obrad. Na białych blatach stołów szybko pojawiają się filiżanki kawy i kartki z notatkami.

W tym dniu i w tym miejscu powstaje Alternatywa dla Niemiec.

Spotkanie organizuje Konrad Adam1. Ma już wówczas ponad siedemdziesiąt lat. Większość życia przepracował jako dziennikarz, między innymi renomowanego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. To dystyngowany konserwatysta z zamiłowaniem do antyku. W swojej książce Die alten Griechen (Starożytni Grecy) rozpływa się nad zaletami społeczeństwa sprzed tysięcy lat. Najchętniej wsiadłby do wehikułu czasu i ustawił zegar na „cała wstecz”. Nie musiałby wtedy żyć w tej okropnej współczesności i pisać kąśliwych książek, których tytuły – Die Republik dankt ab (Republika abdykuje), Die Ohnmacht der Macht (Niemoc władzy) i Die deutsche Bildungsmisere (Dramat niemieckiej edukacji) – dużo mówią o jego nastawieniu.

Adam mieszka w Oberursel. Najpierw dzwoni do miejscowego hotelu, ale tam wynajęcie sali kosztuje. Zwraca się więc o pomoc do żony. Ta od dawna działa w lokalnej parafii ewangelickiej i bez problemu rezerwuje dla niego salkę na spotkanie. Samo miasteczko leży w Hesji, około pół godziny jazdy samochodem na północny zachód od Frankfurtu nad Menem. To przyjemna, zamożna okolica. Zamieszkana raczej przez starszych ludzi z wyższej klasy średniej.

To, że właśnie w tym miejscu zaczyna się historia rewolucyjnych zmian w niemieckiej polityce, dużo mówi o ich charakterze. Gniew i frustracja nie mają źródeł w brudnych dzielnicach robotniczych ani na imigranckich osiedlach biedy. Te uczucia trawią wykształcone profesorskie umysły. Negatywne myśli pączkują wśród ludzi z bogatych przedmieść, którzy wiodą dostatnie życie, których trawniki są idealnie przystrzyżone i których stojące w garażach samochody nawet po kilku latach wyglądają, jakby dopiero co wyjechały z salonu.

Każdego ranka przestronne i widne kuchnie ich domów wypełnia zapach świeżej dobrej kawy. Po pierwszym łyku zaś mogą spokojnie rozsiąść się na tle regałów zapełnionych książkami Adorna, Habermasa czy Manna i opowiedzieć albo o swoim pełnym sukcesów życiu, albo o szczegółowo zaplanowanym tygodniu z mnóstwem zajęć i wyzwań.

To właśnie w takich cieplarnianych warunkach niemieckiego dobrobytu narasta na początku ubiegłej dekady obawa, że życie w kraju może się wkrótce zmienić na gorsze. Że to wszystko, co Niemcy osiągnęli po wojnie, może wkrótce zacząć marnieć i znikać.

Jedną z osób, które takie obawy coraz częściej prześladują, jest Bernd Lucke. To on prosi Konrada Adama o zorganizowanie miejsca na spotkanie. Lucke jest profesorem ekonomii i wykładowcą Uniwersytetu Hamburskiego2. Już w 2012 roku jeździ po Niemczech i organizuje luźne struktury ruchu politycznego. Szczupły, zawsze gładko ogolony, o krótko przyciętych włosach i nieco za dużych, wystających siekaczach wygląda tak, jak specjalista od makroekonomii i ekonometrii wyglądać powinien. Jednak ci, którzy go spotykają, szybko zapominają o wyglądzie i koncentrują się na tym, co mówi. Doświadczony wykładowca umie łączyć chłodną analizę rynków finansowych z łatwością przekazywania wiedzy w krótkich, zrozumiałych zdaniach. Na początku 2013 roku jest już pewien, że Niemcy zmierzają w bardzo złym kierunku i że potrzebna jest nowa partia, która zajmie się największym problemem kraju: walutą euro.

– Proszę znaleźć miejsce. Zakładamy partię – mówi przez telefon do Konrada Adama3.

Jeśli przyjrzeć się sytuacji w Niemczech w 2013 roku, to trudno wyobrazić sobie mniej dogodny moment na zakładanie partii. Powoli dobiega końca druga kadencja Angeli Merkel. Kanclerz ma wszelkie podstawy, by ze spokojem oczekiwać zaplanowanych na wrzesień wyborów do Bundestagu i układać plany na kolejną kadencję. Już wtedy jest twarzą okresu stabilizacji i dobrobytu. A że wcale nie jest matką tego sukcesu? O tym wyborcom po prostu nie trzeba przypominać.

– Po 1998 roku, kiedy skończyły się rządy Helmuta Kohla, nastały ciężkie czasy. Niemcy zaczęły uchodzić za „chorego człowieka Europy”. Gospodarka pogrążyła się w stagnacji – mówi mi Werner Patzelt4.

Emerytowany profesor politologii z Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie na rozmowę zaprasza mnie do własnego domu w willowej dzielnicy tego miasta. Pokój, w którym siadamy, mógłby zostać uwieczniony przez malarza jako klasyczne wnętrze domostwa niemieckiej inteligencji. Obok niezliczonych książek stoi wiolonczela. Na stojaku tkwią nuty jednej z sonat Beethovena. Bliżej sporego okna są jeszcze fotele, stół i fortepian. Pomieszczenie jest jednak na tyle duże i wysokie, że nie ma się wrażenia natłoku.

Sam profesor wygląda jak dorosła wersja jednego z aniołków Rafaela, które zobaczyć można kilka kilometrów dalej – w drezdeńskiej Galerii Obrazów Starych Mistrzów. To nie tylko zasługa naturalnych loczków, ale i łagodnego, lekko zamyślonego uśmiechu często pojawiającego się na twarzy naukowca. Potulny wygląd i pogodne usposobienie nie zmieniają faktu, że Patzelt jest jednym z najlepszych w kraju specjalistów od Alternatywy dla Niemiec. Jednak zanim przejdziemy do sedna, jeszcze długo rozmawiamy o praprzyczynach buntu.

– W 1998 roku socjaldemokraci dochodzą do władzy z zamiarem przeprowadzenia gruntownych reform. Na scenę wkracza energiczny i przedsiębiorczy Gerhard Schröder. Kierowana przez niego koalicja socjaldemokratów i Zielonych decyduje się na poważne zmiany – referuje Patzelt.

Nowe tysiąclecie dopiero się zaczyna, ale niemiecki kanclerz wie, że musi przedstawić wyborcom wizję lepszej przyszłości. Agenda 2010, bo tak rządzący nazywają pakiet reform, obejmuje między innymi wprowadzenie elastycznych form zatrudnienia, ograniczenie świadczeń socjalnych oraz podwyższenie wieku emerytalnego.

– Wszystko zostaje podporządkowane nadrzędnym celom: zwiększeniu konkurencyjności niemieckiej gospodarki i redukcji bezrobocia, które wówczas przekracza 10 procent, a na wschodzie kraju dochodzi do 20 procent. Agenda, krytykowana również wewnątrz partii socjaldemokratycznej jako neoliberalna i uderzająca w najbiedniejszych, koniec końców ma ogromny wpływ na niemiecką gospodarkę: wzrost gospodarczy przyspiesza.

Gospodarz pozwala wybrzmieć swym słowom.

– Angela Merkel miała wielkie szczęście, że objęła rządy w 2005 roku, gdy reformy Schrödera, które kosztowały go utratę fotela kanclerza, właśnie zaczęły przynosić efekty. Nowa kanclerz mogła zbierać owoce jego niepopularnych decyzji, zasypywać problemy pieniędzmi i przekonywać społeczeństwo, że wszystko jest w najlepszym porządku – tłumaczy po chwili. – W tym czasie Niemcy pławiły się w poczuciu samozadowolenia. Znów byliśmy najlepsi i najsilniejsi, a po rozszerzeniu Unii Europejskiej na wschód staliśmy się prawdziwym centrum Europy – podsumowuje.

Słuchając go, przypominam sobie, jak w 2013 roku po raz pierwszy przyjechałem na dłużej do Niemiec. Jeszcze prywatnie, nie jako dziennikarz, ale już z zaostrzonym apetytem na poznanie bliżej tego państwa. I choć wylądowałem we wschodniej części kraju, w Magdeburgu, mieście, które nie zaliczało się wówczas do czołówki w żadnej istotnej kategorii, to dla kogoś z Polski zupełny brak problemów egzystencjalnych był uderzający. Średnie zarobki w Niemczech wynosiły wtedy około 2900 euro brutto, w Polsce zaś około 3700 złotych, czyli 865 euro – tylko 29,8 procent tego, na co można było liczyć za Odrą. Mieszkania, które odwiedzałem, były wyremontowane i gustownie umeblowane. Ich lokatorzy mieli pracę albo wciąż studiowali. Nie wyczuwałem żadnych lęków o przyszłość. Temat AfD jeszcze nie istniał. Zresztą polityka krajowa w ogóle nie odgrywała roli w rozmowach.

Zjawisko populizmu politycznego było Niemcom wtedy w zasadzie obce. W Bundestagu po drugiej wojnie światowej dominowały konserwatywna Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU), Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) i Wolna Partia Demokratyczna (FDP) – ugrupowania, które potrafiły zawrzeć kompromis w każdej sprawie. Sympatie polityczne przechodziły z pokolenia na pokolenie.

Większość Niemców miała poczucie, że żyje w poukładanym i dobrze rządzonym państwie. Kto pracował, ten mógł liczyć na dobrobyt dostępny tylko ułamkowi procenta ludzi na tej planecie. Państwo socjalne zapewniało pomoc tym, którym na rynku pracy lub w wyniku problemów zdrowotnych powinęła się noga. W takich warunkach trudno było wybudzić społeczeństwo z przyjemnego letargu. Ta sztuka udała się dopiero Grekom.

W Niemczech kryzys strefy euro, którego głównym aktorem była Grecja, wywołał szok i złość. Niemcy są bardzo proeuropejscy. Po wojnie, kiedy nie można było głośno obnosić się z sympatią wobec własnego narodu, część tych społecznych uczuć przeniesiono na Europę. Mówiąc o Europie lub Unii Europejskiej, Niemcy często mają na myśli po prostu siebie. Ale równocześnie nikt nie stara się przesadnie ukrywać, jak ważne są dla niego pieniądze, przede wszystkim własne. Niemcy byli dumni ze swojej waluty. Ostatecznie zamienili markę na euro dopiero 1 stycznia 2002 roku. Wspólna europejska waluta była politycznym eksperymentem mającym napędzać wówczas jeszcze popularny wśród elit projekt federalizacji Unii Europejskiej – stworzenia superpaństwa na wzór Stanów Zjednoczonych.

Wielu ludzi w Niemczech nie chciało łożyć na ratowanie zadłużonych po uszy Greków. Całe południe Europy było ukazywane jako banda leni i oszustów, którzy dzięki wspólnej walucie mogą zawsze liczyć na to, że ich długi zostaną pokryte z kieszeni Niemców lub Holendrów, dla których dyscyplina finansowa i bycie na plusie to świętość.

Tymczasem polityka rządu Angeli Merkel koncentrowała się właśnie na wspólnym niwelowaniu długów krajów południa. Już w 2010 roku kanclerz publicznie powiedziała, że nie ma alternatywy dla pomocy finansowej dla Greków. Jak to: nie ma alternatywy? Alternatywa jest zawsze. To główny wniosek, który ze słów Merkel wyciągnął Bernd Lucke.

Kontaktuję się z nim mailowo. Proszę o spotkanie i przybliżenie tych pierwszych tygodni i miesięcy historii AfD. Z odpowiedzi, którą otrzymuję, wyłania się obraz chłodnego, nieco uszczypliwego ekonomisty, który szybko przylgnął do niego, gdy zaczęła się nim interesować niemiecka opinia publiczna. „Szanowny Panie, otrzymuję takie zapytania mniej więcej co miesiąc; ktoś, często dziennikarz, chce napisać książkę o AfD i prosi o wywiad. Gdybym miał udzielać wszystkich tych wywiadów, to po pierwsze, kosztowałoby mnie to dużo czasu, a po drugie, musiałbym w kółko udzielać tych samych odpowiedzi. Dlatego staram się, jestem w końcu ekonomistą, radzić sobie z tym nieco bardziej efektywnie”. Chłodny? Zarozumiały? Tak, ale jednocześnie uprzejmy i na pewno pomocny. Lucke wysyła mi cały zestaw wywiadów, których udzielił od założenia AfD. A oprócz tego blisko sto dokumentów partyjnych, na podstawie których mogę zrekonstruować wewnętrzne życie partii w pierwszych latach jej działalności.

W jednym z maili, które mi udostępnił, profesor tłumaczy znajomemu dziennikarzowi z USA partyjne początki. „Partia została założona przez grupę zjednoczoną wokół jednego celu – sprzeciwu wobec polityki ratowania euro. Nigdy nie poruszano innych tematów, a już na pewno nie pojawiały się wątki ksenofobiczne czy antyislamskie. Wręcz przeciwnie, od początku jasno podkreślaliśmy, że odrzucamy tego typu postawy oraz wszelki ekstremizm – zdecydowanie stwierdza Lucke i dodaje: – Pokolenie założycieli AfD było mocno zakorzenione w politycznym centrum. Nasi członkowie głosowali wcześniej mniej więcej po równo na CDU/CSU, FDP i SPD”.

Zaledwie miesiąc po spotkaniu założycielskim w Oberursel Bernd Lucke pierwszy raz zostaje zaproszony do dużego politycznego talk-show prowadzonego w drugim kanale telewizji publicznej ZDF przez znaną i lubianą dziennikarkę Maybrit Illner. Dyskusja ma dotyczyć, jak wówczas często, kryzysu euro. Lucke przedstawia się krótko jako założyciel nowej partii sprzeciwiającej się dalszemu dokładaniu się do wspólnej waluty. Po niemiecku brzmi to dość zwięźle: Anti-Euro Partei. W tym krótkim opisie pojawia się dwuznaczność. Czy ekonomista jest też przeciwko Europie i Unii Europejskiej? Taka postawa uchodzi wówczas w Niemczech za temat tabu.

Inni zaproszeni do programu traktują szefa AfD z dystansem czy wręcz trudno skrywaną wrogością. Lucke nie jest jednak osobą, którą łatwo wyprowadzić z równowagi. Szybko przechodzi do rzeczy: dla krajów południa euro jest zbyt mocną walutą, a dla Niemiec zbyt słabą. Trzeba skończyć z tym eksperymentem – brzmi puenta. Niemal po każdej wypowiedzi otrzymuje brawa. Po udanym występie na dopiero co założone partyjne adresy mailowe zaczynają spływać zgłoszenia od setek ludzi, którzy chcą się zapisać do Alternatywy dla Niemiec.

Główną motywacją przyszłych członków AfD okazuje się jednak nie sprawa euro, tylko postać kanclerz Merkel, która wtedy firmuje politykę ratowania krajów południa.

– Już w tamtych latach regularnie pojawiały się głosy, że Merkel realizuje w istocie program socjaldemokratów5 – mówi Robin Alexander, po czym wyciąga z paczki Gauloises’a.

Alexander, mężczyzna w średnim wieku, z dużymi, podkrążonymi oczami i okrągłą, pucułowatą twarzą, należy do starej szkoły niemieckiego dziennikarstwa. Wprawdzie jest aktywny i bardzo popularny w mediach społecznościowych, ale na jego profilu na X znajdziemy głównie pozyskane przez niego informacje z kręgów władzy w Berlinie. To zastępca redaktora naczelnego dziennika „Die Welt”, a my siedzimy na dachu siedziby koncernu Axel Springer, do którego należy berlińska gazeta. Z tego miejsca rozpościera się spektakularny widok na niemiecką stolicę.

W czasach rządów Merkel Alexander miał w redakcji w zasadzie tylko jedno zadanie: śledzić każdy krok kanclerz. Z jego słów wyłania się obraz nie tyle wielkiego stratega, ile raczej próbującej dostosować się do sondażowych wymagań oportunistki.

– Już po pierwszych wygranych wyborach Merkel podpisała umowę koalicyjną z SPD. 60 procent jej punktów pochodziło od socjaldemokratów, a w zrealizowanym programie nawet 80 procent. Wszystkie działania kanclerz, to jest pieniądze na urlop rodzicielski, dodatkowe miesiące dla ojców na opiekę nad dzieckiem czy inwestycje w przedszkola, wymyślił koalicjant – zauważa dziennikarz. – Ale Merkel była zadowolona, bo to działało6.

Według Alexandra urzędująca kanclerz wyróżniała się wręcz radykalnym pragmatyzmem. Choć wielu obserwatorów widziało to inaczej. Zastępca redaktora naczelnego „Die Welt” przywołuje wykład Angeli Merkel na Harvardzie.

– Do mikrofonu podeszła najpierw młoda amerykańska studentka pochodzenia azjatyckiego i powiedziała, że zaraz przemawiać będzie najważniejsza polityczka Starego Kontynentu, która wprowadziła w Niemczech płacę minimalną i małżeństwa jednopłciowe, zarządziła odejście od atomu i utrzymała jedność Europy. Tylko że tak naprawdę Merkel była temu wszystkiemu przeciwna. A decyzje w tych sprawach podejmowała wyłącznie z powodu presji koalicjantów oraz opinii publicznej7 – mówi Alexander i śmieje się, bo uwielbia rzucać anegdotami, za których sprawą nawet najbardziej pomnikowe postacie nabierają ludzkich cech.

Nic dziwnego, że przy tak postępującej szefowej rządu AfD w początkowym okresie przyciągała przede wszystkim rozczarowanych rządami Merkel chadeków. Bernd Lucke sam był w CDU, zanim wpadł na pomysł założenia własnej partii. Konrad Adam i jeszcze kilku pozostałych ojców założycieli również.

Dla wielu decyzja o zmianie barw nie była łatwa. Swoją historią dzieli się ze mną Friedhelm Rikowski.

– Byłem członkiem CDU całe trzydzieści jeden lat8 – mówi, nie skrywając emocji, na początku naszego spotkania w Gelsenkirchen w Zagłębiu Ruhry, gdzie mieszka z żoną.

W jego domu zawsze toczyły się zażarte dyskusje polityczne. Jeden dziadek głosował na socjaldemokratów, drugi na chadeków. Mały Friedhelm z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowom starszych. Chłopak miał też szczęście w szkole. Zwłaszcza nauczyciel od wiedzy o społeczeństwie potrafił rozpalić w nim zainteresowanie polityką.

– I tak około piętnastego roku życia poczułem, że muszę się zdecydować: SPD czy CDU. Wybrałem chadecję. – Rikowski całe dziesięciolecia czuł się dumny z tego wyboru. – Byłem przewodniczącym lokalnych struktur, radnym CDU. Partia dużo mi dała, a ja oddałem jej swoje serce. Zresztą z biegiem czasu do partii dołączyli również żona i syn – wspomina.

Dopiero po roku 2000 zauważył zmianę zachodzącą w niemieckich ugrupowaniach politycznych.

– Partie w Bundestagu zaczynały przypominać jednolitą masę. Coraz trudniej było dostrzec różnice programowe między CDU a SPD. Wkradła się w to poprawność polityczna – opisuje.

Dobrze zapamiętał jedną konkretną sytuację.

– Zostaliśmy jako CDU zaproszeni na spotkanie z przedstawicielami lokalnego meczetu. W czasie rozmowy dwaj kaznodzieje mówili, że islam to religia pokoju. Wtedy wstałem i poprosiłem, żeby wymienili choć jedno demokratycznie rządzone państwo islamskie. I dodałem, że dam im za to tysiąc marek. Mój szef z CDU już wcześniej mnie uspokajał, ale teraz otwarcie ciągnął mnie za rękaw, próbując usadzić. „Daj spokój, przestań”, powiedział cicho, wyraźnie zdenerwowany. Wtedy zorientowałem się, że nikt w tej partii nie chce już otwarcie mówić o problemach.

Rikowski od zawsze angażował się w przeróżne sprawy: partię, klub karate, lokalne inicjatywy mieszkańców. Pracował też wówczas społecznie z żoną w sądzie jako ławnik.

– Może dlatego lepiej wiedzieliśmy, że problemy z migracją są realne – mówi.

W tym okresie pojawiają się pierwsze wzmianki o AfD. Rikowskiemu nowe ugrupowanie kojarzy się z miejscem, gdzie otwarcie mówi się o problemach, nie ma tematów tabu ani autocenzury.

– To mnie politycznie przekonało, choć przejście nie było łatwe. Byłem mocno zakorzeniony w CDU. Nadal mam tam wielu przyjaciół. Ale że zawsze byłem zaangażowany politycznie, uznałem, że AfD to jedyna alternatywa, jeśli jeszcze chcę coś zrobić dla kraju.

Jedno w jego opowieści szczególnie zwraca moją uwagę. Ani razu nie wspomniał o kryzysie strefy euro i prowadzonej przez Merkel polityce ratowania Grecji. To, co pierwszy szef partii Bernd Lucke podkreślał na każdym kroku, dla Rikowskiego, który zaryzykował dużą część swojego życia, aby przejść z CDU do AfD, było nieistotne. On chciał alternatywnych rozwiązań w innych obszarach. I to w AfD znalazł platformę do ich realizacji.

Inaczej wyglądało to w przypadku Sebastiana Wippla, który do Alternatywy przeszedł z Wolnej Partii Demokratycznej. Liberałowie rządzili wówczas na poziomie federalnym z CDU Angeli Merkel. Jednak korzyści czerpała z tej koalicji tylko jedna strona. W sondażach FDP dryfowała wokół pięcioprocentowego progu wyborczego i musiała bardzo poważnie liczyć się z tym, że kolejną kadencję spędzi poza parlamentem.

– W FDP istniała wówczas frakcja krytyków polityki ratowania euro, szczególnie w kwestii Grecji – mówi mi Wippel w czasie przerwy w obradach saksońskiego landtagu. W parlamencie landu z ramienia AfD zasiada już od 2014 roku. – Ale kierownictwo partii zablokowało frakcję eurosceptyków. Wewnętrzne głosowanie w tej sprawie umieszczono w jakimś partyjnym biuletynie, którego nikt nie czytał. W rezultacie nie osiągnięto wymaganego kworum9.

Sebastian Wippel poczuł się oszukany. „Jeśli tak wygląda wasze rozumienie demokracji, to ja dziękuję”, powiedział wtedy do siebie. W 2012 roku pracował jeszcze jako policjant. Dopiero co wrócił po studiach i praktyce w Dolnej Saksonii do rodzinnego Görlitz przy granicy z Polską. W internecie znalazł inicjatywę Alternatywa Wyborcza 2013, którą firmował Bernd Lucke. „Czy byłbyś gotów zaangażować się w tworzenie partii?”, brzmiało jedno z pytań w formularzu w sieci.

Wippel zgłosił się od razu. To jest ten moment, teraz albo nigdy, pomyślał. Tak samo uznały blisko 2 tysiące osób z całych Niemiec, które również zadeklarowały chęć działania.

– Można było zacząć nowy projekt polityczny, bo spełnione zostały trzy warunki: znane twarze, pieniądze i wystarczająca liczba członków, by budować struktury – wylicza. – Nie spodziewałem się tylko, że to pójdzie tak szybko. Wiedziałem jednak, że konserwatywna partia na prawo od CDU może uzyskać nawet 20 procent głosów. I właśnie w tę lukę miała wejść AfD.

Kilka dni po debacie telewizyjnej, w której wziął udział Bernd Lucke, dochodzi do kolejnego spotkania w Oberursel. Tym razem salka parafialna już nie wystarcza. Lucke, Adam i reszta założycieli za własne pieniądze wynajmują halę miejską, w której jeszcze rano trzeba dostawiać krzesła i rozsuwać ruchome ściany, żeby przygotować jak najwięcej miejsca10.

Jak to: nowa partia? Jak to: krytyczna wobec wspólnej europejskiej waluty i sceptyczna wobec projektu integracji europejskiej? Ten projekt polityczny natychmiast wzbudza gigantyczne zainteresowanie. Coś się dzieje w kraju pogrążonym w głębokim merkelowskim uśpieniu. Na prezentację nowej partii przyjeżdża do Oberursel ponad 1200 gości. Mija kolejny miesiąc, a partia jest już zarejestrowana. Błyskawicznie ruszają przygotowania do kampanii wyborczej. W oficjalnym programie AfD naczelne miejsce zajmuje hasło „waluta”. Pierwszy postulat brzmi: „Wzywamy do uporządkowanego rozwiązania strefy euro. Niemcy nie potrzebują euro. A innym krajom euro szkodzi”11. Bernd Lucke jest wciąż święcie przekonany, że za sprawą tego jednego tematu zdoła przekroczyć pięcioprocentowy próg we wrześniowych wyborach parlamentarnych.

Jednak charakter nie pozwala mu się skupić wyłącznie na prowadzeniu kampanii. Okazuje się pedantyczny i pryncypialny nie tylko w przygotowywaniu akademickich scenariuszy ekonomicznych, ale także w prowadzeniu partii. Zresztą po części sam o tym zaświadcza, wysyłając mi około setki dokumentów AfD, w których jako szef partii interweniuje nawet w drobnych sprawach.

Od samego początku szczegółowo instruuje zespół do spraw mediów społecznościowych, jak ma wykonywać swoją pracę. „Takich informacji proszę nie publikować”, pisze 22 marca. „Na tym profilu proszę dodać takie wyjaśnienie”, instruuje 4 kwietnia. „O oficjalnych kontaktach z zagranicznymi partiami i organizacjami decyduje wyłącznie zarząd federalny”, oznajmia. Gdy w kwietniu lokalne struktury organizują spotkanie partyjne, Lucke dokładnie opisuje, komu mają pozwolić dojść do głosu, kogo publicznie pozdrowić, a kogo trzymać z dala od mikrofonu.

W kolejnych miesiącach liczba powodów do podjęcia interwencji coraz szybciej rośnie. Do Luckego trafia choćby stara wypowiedź jednego ze świeżo upieczonych członków AfD: „Wolę narodową korupcję i mafiosów – przynajmniej wiadomo, z kim ma się do czynienia – niż tych międzynarodowych mafiosów, którzy pod przykrywką demokracji, humanizmu i multikulti chcą zniewolić ludzkość na eko-faszystowskiej planecie więzieniu. Ci rozpowszechniają swoje ideały nie poprzez zabójstwa na zlecenie w ciemnych zaułkach Palermo, lecz poprzez bombardowania całych krajów – sankcjonowane przez ONZ i NATO – oraz ataki dronami na »wrogów humanizmu«. Ich nazwiska to Soros, Rockefeller, Rothschild i cała sieć masońskich organizacji przykrywek, które kierują większością naszych atrapowych polityków za pośrednictwem ich oficerów prowadzących”.

Reakcja Luckego faktycznie dowodzi, że radykałowie nie mieli czego u niego szukać. „Takie poglądy są nie do pogodzenia z wartościami AfD. Proszę niezwłocznie wystąpić z partii”, pisze do wspomnianego członka.

Szef chce, żeby w ugrupowaniu wszystko kręciło się wokół tematu euro. Tylko w podejściu do wspólnej waluty AfD miała być radykalną opozycją na niemieckiej scenie politycznej. W innych zagadnieniach nowa partia ma nie zabierać głosu albo co najwyżej odgrywać rolę CDU w wersji light. Problem Luckego polegał na tym, że z jego poglądami od początku nie zgadzali się nawet pozostali założyciele. Nawet oni postrzegali AfD szerzej, jako partię sprzeciwu wobec status quo. A już na pewno w ten sposób postrzegały ją osoby, które zaczęły do niej dołączać. Od pierwszych chwil Bernd Lucke gros swojej energii poświęcał więc utrzymaniu ideologicznej czystości partii. Tymczasem było to zadanie dalece przekraczające możliwości jednej osoby. W ciągu zaledwie miesiąca ugrupowanie wzbogaciło się o ponad 2 tysiące członków.

Skromny zespół organizacyjny mógł tylko przeprowadzić krótką rozmowę telefoniczną i wygooglować kandydata, aby wkrótce powitać go w szeregach Alternatywy dla Niemiec. Na początku partia musi nabrać masy. Nowi członkowie to też stały napływ opłat członkowskich, a może także darowizn na rzecz kampanii. Jednak na tych, którzy w pośpiechu tworzą ugrupowania polityczne, niemiecki system zastawił pułapkę. Do partii bowiem łatwo dołączyć, ale ekstremalnie trudno kogoś z niej wyrzucić. Wymaga to decyzji różnych gremiów i uzasadnień mających niemal prawniczy charakter. Każdy może się odwołać i zaskarżyć decyzję do sądu. Już w tym początkowym okresie do AfD wstąpiło wiele osób, dla których przyszłość euro miała niewielkie lub wręcz zerowe znaczenie. Chodziło im o dużo więcej – o radykalną zmianę w państwie.

Na to jednak nie byli jeszcze gotowi niemieccy wyborcy. Temat euro okazał się nośny w programach publicystycznych, ale nie na tyle, by zburzyć zaufanie Niemców do Angeli Merkel. W wyborach parlamentarnych 22 września 2013 roku założona ledwie sześć miesięcy wcześniej Alternatywa dla Niemiec otrzymuje 4,7 procent głosów. Natomiast CDU 41,5 procent. To wynik, o którym partie demokratyczne na całym świecie mogą tylko marzyć. W Niemczech nadal przez jakiś czas będzie trwało stare, spokojne życie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 P. Middelhoff, J. Simon, A. Wahba, Die Stunde der Gründer, „Die Zeit” 2017, nr 30, s. 15–25.

2 Tamże.

3 Tamże.

4 Ten i kolejne cytaty pochodzą z wywiadu, który przeprowadziłem z Wernerem Patzeltem 20 maja 2025 roku.

5 Ł. Grajewski, Angela Merkel przechodzi do historii, „Tygodnik Powszechny” 2021, nr 38, s. 42–44.

6 Tamże.

7 Tamże.

8 Ten i kolejne cytaty pochodzą z wywiadu, który przeprowadziłem z Friedhelmem Rikowskim 15 maja 2025 roku.

9 Ten i kolejne cytaty pochodzą z wywiadu, który przeprowadziłem z Sebastianem Wipplem 22 maja 2025 roku.

10 T. Holl, Besorgt in Sakko und Blazer, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” 2013, nr 61, s. 4.

11Wahlprogramm Alternative für Deutschland Vorstandsbeschluss z 11 kwietnia 2013 roku, czyli program wyborczy AfD, który otrzymałem od Bernda Luckego.

Rozdział 2Co, my nie damy rady?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3Skrzydło, które macha ptakiem

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4Niewidzialna granica

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5W cieniu wirusa

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6Pod całkowitą kontrolą

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7Reemigracja

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8Pierwsze zwycięstwo

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9W cieniu zamachów

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10Na rozdrożu

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej