Aleja Włókniarek - Marta Madejska - ebook + książka

Aleja Włókniarek ebook

Marta Madejska

4,2

Opis

„Gdyby Pan Bóg dzisiaj wygnał Ewę z raju, rzuciłby na nią przekleństwo: Będziesz dzieci rodziła jako prządka!”. To przekleństwo unosi się nad wszystkimi bohaterkami tej książki i wszystkimi kobietami, które pracowały w łódzkich fabrykach.

Szły do pracy, kiedy miały po kilkanaście lat i od tego momentu rytm ich życia wyznaczał tykający zegarek, w takt którego prządka musiała chodzić „jak koń w kieracie”, a całość żywota dzieliła się na trzy etapy: fabrykę, szpital, cmentarz. Nisko opłacane, wykorzystywane przez majstrów i właścicieli, przedwcześnie postarzałe. Dola łódzkich włókniarek stała się jednak siłą napędową zmian. Praca kobiet spowodowała przewrót, wymuszając wprowadzanie nowych przepisów i wywołując rewolucję obyczajową.

Do tej pory jednak nikt nie próbował dowiedzieć się, kim były, skąd przybywały i dlaczego zostawały w mieście, w którym wcale nie odnajdywały szczęścia. Marta Madejska próbuje zrozumieć nie tylko swoje bohaterki, ale także „miasto bez historii”. Z pytań o przeszłość zrodziła się opowieść o „fabrycznych dziewczynach”, bez których nie byłoby wielkich fortun, okazałych łódzkich pałaców ani odbudowanego łódzkiego przemysłu po II wojnie światowej. Zmieniali się właściciele fabryk, zmieniał się klimat polityczny, zmieniały się dekoracje, ale jedno pozostawało bez zmian – nadludzki wysiłek tysięcy kobiet.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Kolekcje



W serii ukazały się ostatnio:

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marta Madejska

Aleja Włókniarek

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Romuald Broniarek / Ośrodek KARTA

Copyright © by Marta Madejska, 2018

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Ewa Polańska

Korekta Gabriela Niemiec / d2d.pl, Iwona Łaskawiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-742-9

Książkę tę dedykuję moim rozmówczyniom i poświęcam pamięci wszystkich naszych przodkiń

Idea długu nierozerwalnie wiąże się z ideą dziedzic­twa. Jesteśmy dłużni wobec tych, którzy nas poprzedzali w tym, czym jesteśmy. Obowiązek pamiętania nie ogranicza się do pilnowania materialnego śladu, pisemnego czy innego, minionych faktów, lecz podtrzymuje poczucie bycia zobowiązanym względem innych, o których dalej powiemy, że ich już nie ma, choć byli. Spłacanie długu, lecz zarazem – powiedzielibyśmy – inwentaryzacja spadku.

Paul Ricoeur, Pamięć, historia, zapomnienie

Że możecie same po ulicach chodzić, koleją jeździć, o czem chcecie, o rozumnych książkach, czy nierozumnych plotkach w towarzystwie możecie rozmawiać, wszystko to winniście pierwszym rodowicom, co wśród szyderstw i wydziwiań drogę utorowały.

Narcyza Żmichowska

Aleja Włókniarzy. Jedna z najdłuższych ulic w Łodzi. Wielopasmowa arteria. Część drogi krajowej numer 1 i trasy łączącej północ Łodzi – dużego miasta w środkowej Polsce – z jej południem. Efekt modernizacji lat siedemdziesiątych XX wieku i fantazji urbanistycznych, które wciąż mocno tkwią w głowach dzisiejszych projektantów dróg. Zaczyna się od skrzyżowania z aleją Adama Mickiewicza (wieszcza polskiego urodzonego na ­Litwie) i ulicą Władysława Bandurskiego (biskupa archidiecezji lwowskiej, kapelana Legionów Polski), kończy na rondzie z ulicą Zgierską. Obecną nazwę nadano ulicy w roku 1977. W 2005 roku przemianowano jej fragment na aleję Jana Pawła II (papieża rzymsko­katolickiego polskiego pochodzenia).

Szumnie zapowiadano, że nowa trasa szybkiego ruchu zostanie otwarta z okazji obchodów 22 Lipca 1977 roku. Prasa lokalna jednak milczy na ten temat, główną atrakcją lipca 1977 było symboliczne otwarcie nowej siedziby Zakładów Przemysłu Pończoszniczego „Feniks”, która de facto działała już od stycznia tamtego roku. Przewidywano, że po osiągnięciu pełnej zdolności produkcyjnej przedsiębiorstwo będzie dostarczać rocznie siedem­dziesiąt dwa miliony siedemset tysięcy pończoch, rajtuzów i skarpet.

Łódź rozrastała się od XIX wieku za sprawą przemysłu włókienniczego. Dzięki niemu doszła do pozycji drugiego pod względem liczby ludności miasta w Polsce, by u progu XXI wieku, już po upadku przemysłu, spaść na pozycję trzecią. Na całym świecie przemysły tekstylne spoczywały i spoczywają głównie na barkach kobiet. Tak też było w Łodzi. Świadomość silnej feminizacji siły produkcyjnej weszła do języka potocznego. Nawet w PRL, kiedy preferowano „męskie” końcówki. „Górnicy i prządki są z nami!” – mówiono w rządzie, w kronikach filmowych i później w opozycji. Aleja musiała być jednak aleją Włókniarzy.

Aleja Włókniarzy […] Nazwa bez terenowego uzasadnienia, utworzona od rzeczownika „włókniarz” – „robotnik zatrudniony w przemyśle włókienniczym”. Nazwa upamiętnia zasadniczą grupę zawodową wśród robotników łódzkich1.

Nazwa ta jest poprawna gramatycznie, zgodna z zasadami tworzenia trzeciej osoby liczby mnogiej w naszym języku. Oni (włókniarze) i one (włókniarki) to razem oni (włókniarze). Dlacze­go jednak potocznie mówiło się raczej o włókniarkach? Dlaczego, gdy patrzę na tabliczki z nazwą alei, mam poczucie, że coś nam odebrano?

*

Po raz pierwszy przyjechałam do Łodzi w sierpniu 2006 roku z miasteczka na północy Polski, żeby złożyć papiery na studia. Przywitał mnie nieistniejący już dziś w ówczesnej formie Dworzec Łódź Fabryczna. Na jego fasadzie wisiał duży czerwony banner z białym napisem: „Najpiękniejsze warszawianki to przyjezdne”. Nie wiedziałam, że to akcja Cezarego Bodzianowskiego z hasłem zaczerpniętym z piosenki Ireny Santor i że odnosi się do tysięcy łodzianek, które dojeżdżają lub uciekają do stolicy za pracą. Tamtego ranka z blasku wschodzącego słońca wyłonili się tylko rezydenci całodobowego baru Bonanza i pierwszy otwarty kiosk, w którym kupiłam mapę z zupełnie mi nieznajomą siatką prostopadłych ulic. Wcześniej wiedziałam tylko, że jest takie duże miasto w Polsce, nic poza tym. Rewolucję przemysłową omawialiśmy w szkole na przykładzie Manchesteru i nie rozmawialiśmy nigdy o likwidacji polskiego przemysłu. Uczono mnie, że Mickiewicz urodził się na Litwie i zmarł w Stambule, że Reymont dostał Nobla, o Westerplatte i powstaniu warszawskim, ale nigdy nie uczono mnie o włókniarkach. „Nie przejmuj się – mówili mi później znajomi z Łodzi – nas też nie uczyli”. W 2006 roku zupełnie nie mogłam zrozumieć tego miasta opustoszałych fabryk. Nie wiedziałam, kto w nich pracował. W kawiarnianych dysputach panowała wtedy przygnębiająca atmosfera. Kolejna fala emigracji zrywała więzi społeczne. Dyskusje o przyszłości nieraz kończyły się poczuciem bezsilności, które można było jedynie zalać wódką. Rozmowy o przeszłości nie były szalenie popularne i od wielu osób można było usłyszeć, że Łódź to „miasto bez historii”. W kolejnych latach ta sytuacja zaczęła się dynamicznie zmieniać, z różnymi skutkami. Walka o przemysłowe dziedzictwo Łodzi często dotyczyła wyłącznie fabrycznych murów, które – w przeciwieństwie do byłych robotnic – można jeszcze wprzęgnąć w nowe strategie promocji i rozwoju łódzkich przemysłów kreatywnych. Mnie wciąż dręczyły pytania o przeszłość.

W Dzień Kobiet 2011 roku napisy na tabliczkach na alei Włókniarzy od ulicy Liściastej do ulicy Bandurskiego zamieniły się na krótko na „aleja Włókniarek”. Specjalnie spreparowane kartki ze zmienioną końcówką nazwy ulicy – przy zachowaniu identycznych z oryginałem barw i czcionek – przygotowali w ramach akcji artystycznej właściciele łódzkiej Galerii Ikona. Swoje opłacone groźbą grzywny intencje tłumaczyli:

Przy maszynach włókienniczych przez dziesiątki lat pracowały niemal same kobiety, one poniosły też największe konsekwencje przemian ustrojowych. Chcieliśmy przypomnieć o kilkuset tysiącach tych, które pracowały przez dziesiątki lat na rzecz tego miasta w trudnych warunkach, w huku maszyn2.

A w innym miejscu:

Jedna z najruchliwszych ulic w mieście i dodatkowo trasa przelotowa przez Łódź to aleja Włókniarzy. Na każdym skrzyżowaniu kierowcy tysięcy samochodów od lat dowiadują się, że łódzkie włókniarki były mężczyznami. Z okazji 8 Marca podarowaliśmy kobietom odrobinę prawdy3.

Rok wcześniej wciąga mnie w swoją działalność grupa ówczesnych studentów i studentek z Łódzkiego Stowarzyszenia Inicjatyw Miejskich „Topografie”. „Nie chcemy wyjeżdżać – piszą w notkach o swojej organizacji w czasach, kiedy poprzemysłowa Łódź traciła kolejne setki młodych mieszkańców i mieszkanek po otwarciu dla Polski europejskiej strefy Schengen – zajmujemy się łódzką historią, chcemy rewitalizować tożsamość”. Stowarzyszenie wystartowało wtedy z projektem zbierania historii mówionych, który zamienił się w wieloletni program działalności. Te wywiady to było moje pierwsze zetknięcie się z opowieściami włókniarek. Przez jakiś czas próbowałam nawet napisać o tym doktorat. Od jednego z profesorów mojego wydziału usłyszałam: „Ale przecież klasa robotnicza jest passé…”.

*

Zofia: Zapylenie było widać gołym okiem, bo jak słońce padało nam z okna, to widać było w smugach promieni słonecznych fruwające „robaczki”, pyłek bawełny. Większość… Każda ma z oskrzelami i ze słuchem… Bo i szum. Tkalnia to trzask, a przędzalnia to szum. Każda ma teraz ze słuchem trochę nie tak…

Genowefa: Przecież prządka przędzie tylko jedną niteczkę, słabiutką, a później idzie to na przewijalnie, skręcalnie i robi się skręt. Dopiero te cieniutkie skręty się łączą. To kosztuje dużo pracy, żeby zrobić nić. Ja miałam trzy maszyny, po trzynaście metrów. Ale maszyna ma szpulki na obie strony. To jest harówa. Przędzalnia to… ech… Jak ten zegarek cyka, tak i ta prządka musi tak chodzić. Jak koń w kieracie…

Eulalia: Zegar był przy każdej maszynie. Bo to był akord. Od minuty do minuty się pracowało, żeby nadążyć na tych krosnach. Żeby złapać szpulkę, puścić i dalej iść. Bo tam zegar bił, bo to akord był.

*

Jeśli poprosić jakąkolwiek osobę związaną z tym przemysłem o opisanie procesu włókienniczego, odpowie zawsze: trzeba zacząć od włókien. Proces zawsze jest uzależniony od rodzaju włókna. Zwierzęca wełna wymaga czego innego niż roślinne włókna łodygowe, len i konopie, które trzeba połamać i wytrzepać. Z tego trzepania wylatują paździerze i stąd właśnie pochodzi nazwa październik, bo w tym miesiącu tłukło się nasze rodzime, sztywne włókno – len. A zupełnie inaczej należy się obchodzić z importowaną bawełną, z jej drobnymi, miękkimi włókienkami wytworzonymi wokół ziarenek. I zupełnie inaczej przędzie się nić z włókien kokonu jedwabnika. Im dłuższe włókna, tym cieńszą przędzę można uzyskać. No i ze szmat, z resztek i skrawków też można stworzyć nić, a przecież ludzkość nauczyła się produkować także sztuczne włókna. Kiedy jednak mamy już nić, a chcemy mieć tkaninę, zawsze dochodzimy do tego momentu, w którym musimy stworzyć wątek i osnowę.

Wiesia, inżynierka włókiennictwa: Zresztą osnowa i wątek przeszły też do innych obszarów życia, chociażby do analizy literatury (śmieje się). Osnowa to jest baza, a wątki mogą być różne. Tak jest w literaturze i tak jest we włókiennictwie. Ale wątek jest głupi, wątek będzie leciał na oślep, a wzór zależy od tego, jak ułożysz osnowę. I to jest cała filozofia tkania. To się nie zmienia od wieków. Tak jak i przędzenie. Sama zasada się nie zmienia, zmieniają się tylko techniki i elementy, które to tworzą…

*

M.M.: Mnie interesuje wszystko, naprawdę. Jakbyśmy mog­ły zacząć od początku, interesuje mnie wszystko po kolei.

Eulalia: To proszę bardzo. To, co pamiętam, to… Ale ja nie potrafię się wypowiedzieć, to by mnie pani musiała poprawiać.

M.M.: Ale nie, to nie jest prawda, że panie się nie umieją… Bo ja to słyszę od czwartej już rozmówczyni, że nie umie się wypowiedzieć, a potem opowiada bardzo pięknie całą swoją historię. Bo to jest jej historia…

Wspomnienia, które dziś jeszcze można uchwycić w wywiadach historii mówionej, były pierwszym etapem mojej pracy. Następnie cofałam się w poszukiwaniach coraz bardziej, aż do samych początków przemysłowej Łodzi. Ta opowieść zaczyna się w XIX wieku, bo to tam leżą źródła historii łódzkich fabrycznych dziewczyn. Kolejne rozdziały „snują się” w kierunku czasów współczesnych, choć prosta chronologia nieraz się załamuje: trwanie i zmiana w normach prawnych i w zwyczajach, silne emocje we wspomnieniach, fragmentaryczność źródeł, powtarzalność codzienności – wszystko to łamie prostą oś diachronii.

Rozpoczynając pracę nad tą książką, chciałam opowiadać o minionych pokoleniach robotnic wyłącznie ich głosem. Nie udało się. Po pierwsze, milczenie stało się już nieodłączną częścią ich historii, a ogromna jej część jest żmudna i nigdzie niezapisana. Składa się z heroicznej, skierowanej ku przeżyciu wytrwałości. Z bilionów utkanych metrów tkanin, wyżętych ścierek, obranych ziemniaków, niedospanych nocy. To powtarzalny rytm dni zanurzonych w powtarzalnym rytmie fabrycznej pracy, w powtarzalnym rytmie domowej krzątaniny. Po drugie, poszukiwanie alei Włókniarek to część mojego poszukiwania odpowiedzi na setki pytań o przeszłość i teraźniejszość.

W książce pada wiele terminów niezrozumiałych dla osób niezwiązanych z przemysłem włókienniczym. Idąc w ślad za nieporównanie bardziej doświadczoną pisarką, uznałam, „że najlepiej będzie umieścić większość wyjaśniających, opisowych fragmentów w sekcji nazwanej »Tył książki«, gdzie mogą je zignorować ci, którzy chcą przede wszystkim narracji, a odnajdą je ci, którzy z wyjaśnień czerpią przyjemność”4. Słowniczek włókienniczy wzbogacony jest o opisy procesu produkcji i pracy robotnic zaczerpnięte z wywiadów.

Będzie w tej opowieści mnóstwo wrzecion, ale żadnej królewny i ani jednego księcia.

1. Bielsko, Polska, 1937 rok

2. Chiny, 1932 rok

3. Indie, około roku 1942

Fabryczne dziewczyny i milczenie

As we come marching, marching in the beauty of the day

A million darkened kitchens, a thousand mill lofts gray

Are touched with all the radiance that a sudden sun discloses

For the people hear us singing bread and roses, bread and roses

As we come marching, marching we battle too for men

For they are women’s children and we mother them again

Our days shall not be sweated from birth until life closes

Hearts starve as well as bodies, give us bread but give us roses

As we come marching, marching, unnumbered women dead

Go crying through our singing their ancient call for bread.

Small art and love and beauty their trudging spirits knew.

Yes, it is bread we fight for – but we fight for roses, too!

As we go marching, marching we bring the greater days

For the rising of the women means the rising of the race

No more the drudge and idler, ten that toil where one reposes

But the sharing of life’s glories: bread and roses! bread and roses!

Będziemy maszerować, a piękno olśni dzień

Z milionów ciemnych kuchni i strychów, gdzie tkwi cień

Dotknięte słońca blaskiem, co przerwie szarość nieba

By nasz śpiew oznajmił ludziom: chcemy róż i chcemy chleba

Będziemy maszerować, w imieniu mężczyzn też

Otoczy naszych synów ciepło matczynych serc

Nie chcemy żyć w katordze, aż nas przykryje gleba

Serca więdną tak jak ciała, chcemy róż i chcemy chleba

Będziemy maszerować, a zmarłych kobiet płacz

Nasz śpiew napełni skargą za nędzy setki lat

To płomień ich miłości, rozświetlał piękno dusz

Tak, dziś o chleb walczymy, lecz żądamy także róż!

Będziemy maszerować, zbudzimy lepszy czas

Bo to powstanie kobiet jest zrywem ludzkich mas

Dość mamy już harówki, nierówność przerwać trzeba

Bo wspólna jest nagroda; chcemy róż i chcemy chleba!

James Oppenheim, Bread and Roses, 1911, przeł. Bartosz Migas

W 1912 roku podczas olbrzymiego strajku robotnic i robotników włókienniczych w amerykańskim Lawrence transparenty o treści „Bread and Roses” niosły ponoć pikietujące robotnice, stąd strajk nazywany jest strajkiem chleba i róż. Popularną dziś melodię do wiersza napisała w 1974 roku Mimi Fariña (siostra Joan Baez).

Włókiennicze imperia i kariatydy Cottonopolis

Wiek XIX nazywany jest wiekiem pary i elektryczności, epoką węgla i żelaza. Już tu leży pierwsze przemilczenie. To stulecie miałoby zupełnie inne oblicze, gdyby nie przemysł włókienniczy, a w szczególności bawełniany. Wiek XIX był wielką epoką bawełny.

Ta wydajna roślina, Gossypium, z której uzyskuje się wytrzymałe i chłonne włókno, służyła do wytwarzania tkanin prawdo­podobnie już od tysięcy lat, głównie jednak na obszarach naturalnego dla niej klimatu tropikalnego. Na przełomie ­XVIII i XIX wieku Brytyjczycy na masową skalę zaczęli sprowadzać ją ze swoich kolonii indyjskich, wypierając tamtejszą rodzimą wytwórczość tkanin i zmuszając podległe terytoria do przyjmowania gotowych materiałów angielskich (dwa wieki później pozbędą się fabryk, a ośrodki produkcji opartej na taniej sile roboczej przeniosą się między innymi do Indii). Północno­angielskie miasto Manchester stało się sercem światowego handlu bawełną i zys­kało przydomek Cottonopolis (ang. cotton – bawełna, grec. ­polis – miasto­-państwo). Kiedy Indie nie były już w stanie sprostać bawełnianemu zapotrzebowaniu rozwijającego się przemysłu włókienniczego, królestwem eksportu bawełny stała się Ameryka Północna. Tam, na bezkresnych przestrzeniach przejętych od wysiedlonych i zabitych Indian, w upalnym słońcu południa bawełnę zbierały niewolnice, nucąc pieśni o afrykańskich korzeniach – z których miał wkrótce narodzić się blues.

W roku 1733 pewien Brytyjczyk pozujący do portretu w trójgraniastym kapeluszu stworzył „latające czółenko” (ang. flying shuttle). Odtąd wątek mógł oplatać osnowę z prędkością wcześniej niemożliwą i proces ten przyspieszał w każdym kolejnym wynalazku. Około 1765 roku wynaleziono maszynę przędzalniczą, w której zamiast jednego wrzeciona, jak w tradycyjnym kołowrotku, kręciło się ich kilkanaście. Dzięki temu szybko rozwinęły się przędzarki skrzydłowa i mulejowa. To oznaczało jeszcze więcej wrzecion poruszanych tym samym źródłem siły ludzkiej, konnej lub wodnej. Przędzenie zaczęło dorównywać tempem tkaniu. Również w 1764 roku wynaleziono maszynę parową i jeszcze w XVIII wieku po raz pierwszy w dziejach kądzieli wrzeciona wprawiono w ruch siłą pary. Na Nowym Kontynencie powstała odziarniarka (ang. cotton gin) – maszyna ułatwiająca wyłuskiwanie surowych włókien z otwartych łupin nasion bawełny. Wcześniej ta wykonywana ręcznie czynność była tak czasochłonna, że nawet wykorzystanie pracy niewolniczej czyniło ją w dużej skali niezbyt opłacalną ekonomicznie. W tym czasie powstały też pierwsze mechaniczne zgrzeblarki i wrzecienice, a u progu XIX wieku wynalazca i duchowny anglikański o poczciwej twarzy z dużym nosem opracował pierwsze mechaniczne krosno.

Oczywiście wełna i len wciąż pozostawały bardzo ważne, rozwijała się też produkcja jedwabiu. One również zostały wprzęgnięte w mechanizację. Jednak to przede wszystkim bawełna budowała fortuny i tworzyła globalne sieci gospodarcze. Napędzało je kilka wynalazków wyciągających proces przędzenia i tkania z domowych, rodzinnych warsztatów i wpychających go na prostą drogę do pełnego uprzemysłowienia.

Źródła wielkoprzemysłowej Łodzi – zwanej przez lata polskim Manchesterem – leżały gdzie indziej niż w symbolicznym momencie nadania jej statusu osady fabrycznej 18 września 1820 roku5. Zadymiona, przemysłowa metropolia, która zaczęła wyrastać w czasach, kiedy Polska nie istniała na mapach, w przyszłości nie będzie się cieszyć specjalnym uznaniem w granicach swojego kraju. Ówcześnie była jednak jeszcze nieznaną, rolniczą mieściną na dawnych ziemiach biskupów włocławskich, z których wiele należało do rządu Królestwa Polskiego pod zaborem rosyjskim.

Kiedy decyzje kongresu wiedeńskiego w 1815 roku pociągnęły za sobą odcięcie Kongresówki od wielkopolskiego okręgu włókienniczego, na rynku wewnętrznym zabrakło sukna i płótna. Równocześnie unia celna z Cesarstwem Rosyjskim otwierała możliwości eksportu. Władze Kongresówki podjęły przełomową decyzję o rozpoczęciu polityki protekcyjnej wobec przemysłu. Wkrótce miały się rozwinąć łódzkie fortuny, niektóre powstawały równie szybko, jak upadały – „wspaniałe pałace, zielone, piękne ogrody, wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz”, o których tak marzył Dawid Halpern z Ziemi obiecanej Władysława Reymonta. Ale na razie były tylko pole i las. Pod dostatkiem było potrzebnego do budowy i opału drewna z wyrżniętej dziś prawie do cna Puszczy Łódzkiej. I były rzeki. Dziś zaledwie wysychające potoki, strumyki i nurty wbite pod powierzchnię ziemi, stanowiły jeden z ważniejszych czynników decydujących o utworzeniu na terenie łódzkim obszaru przemysłowego.

Specjalni agenci Królestwa podjęli akcję propagandową w Wielkopolsce, Saksonii, Czechach, na Śląsku i w zaborze pruskim. Oferowali włókienniczym fachowcom przywileje osadnicze, ochronne cła i ulgi finansowe, zwolnienie ze służby wojskowej, wieczyste dzierżawy – wszystko w zamian za rozpoczęcie produkcji w nowo tworzonym okręgu przemysłowym. Przędzarze i tkacze przyjeżdżali z całymi rodzinami, trzodą i meblami upchanymi na wozach obok warsztatów rzemieślniczych. Niektórzy z nich zostali prostymi majstrami, inni zakładali przedsię­biorstwa przerobu lnu, wełny, a przede wszystkim – bawełny. Wkrótce intensywnie rozwinęła się produkcja tkanin zgrzebnych ze szmat i odpadków, ale najlepiej prosperujący mieli ambicje konkurowania jakością na rynkach światowych. Dostawali potem kredyty rządowe, których zresztą często nie spłacali. W poszukiwaniu możliwości osiedlenia i zarobku zaczęła do Łodzi napływać ludność z całej Kongresówki i Cesarstwa Rosyjskiego. Szybko wykształcił się specyficzny wielokulturowy tygiel, pełen napięć i kompromisów. Relacje największych kultur – wykwalifikowanych niemieckich imigrantów, polskiej siły roboczej, żydowskiego handlu i rzemiosła – już zawsze miały układać się tu na trzech płaszczyznach: „ze sobą”, „obok siebie” i „przeciw sobie”6. Na co dzień panowała pragmatyczna akceptacja odmienności. Wszyscy żyli i działali dzięki podstawowym siłom napędzającym życie Łodzi: produkcji, kupna i sprzedaży. Sprzedawano i kupowano pracę, sprzedawano i kupowano włókna. Włókna zmieniano w nici, nici w tkaninę, tkaninę w ruble, ruble w kolejne fabryki.

W szeregach cech charakterystycznych, przez nowe wytworzonych warunki, jaskrawo wyróżnia się kosmopolityzm. Handel i przemysł, oto pierwsze jego zdobycze, do których droga prowadzi przez gmach fabryczny. Hałaśliwa bestia nie zna odrębności rasowych, nie kieruje się względami narodowości, wyznania i płci. Potrzebuje silnych dłoni, i z jednakowym apetytem pożera tutejszego chłopa, niemieckiego tkacza i czeskiego wieśniaka7.

Łódź stała się w XIX wieku czymś w rodzaju wielkiej specjalnej strefy ekonomicznej. Rajmund Rembieliński, prezes Komisji Województwa Mazowieckiego, otwierając drzwi do rozwoju przemysłu włókienniczego, zapewne nie zdawał sobie sprawy, że wpłynie to na życie milionów kobiet w przyszłości (w tym miejscu być może powinien wystąpić jeszcze książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, ale we wstępie obiecałam, że nie będzie żadnych książąt).

Kiedy po powstaniu listopadowym likwidacja ubieranej w wełnę armii polskiej i represje celno-eksportowe nałożone przez Cesarstwo Rosyjskie przydusiły przetwórstwo wełny, bawełna – ­sporo tańsza – radziła sobie znakomicie. Wkrótce w jej produkcji miał się dokonać przewrót techniczny. Pierwsza w Łodzi zmechanizowana przędzalnia, uruchomiona w 1839 roku, posiadała 7584 wrzeciona belgijskie napędzane maszyną parową o mocy sześćdziesięciu koni mechanicznych. Już w latach pięćdziesiątych XIX wieku w Łodzi pracowało siedemdziesiąt procent wrzecion całego Królestwa Polskiego. Krosna tkackie rozpędzały się wolniej, mechaniczne działały tylko w dwóch największych zakładach. Jeszcze słychać było melodie ludowych przyśpiewek, synagogalnych pieśni i sentymentalnych piosenek dziewczęcych nuconych wśród klekotu warsztatów. Ale pełna mechanizacja przemysłu tekstylnego rozwinęła się już intensywnie – to dzięki niej rozszalała się angielska rewolucja przemysłowa. Sprowadzenie zachodnich wynalazków do Łodzi było tylko kwestią czasu. Głosy ludzkie coraz bardziej cichły, zagłuszane przez jednostajny mechaniczny szum, huk, świst, terkot, warkot i dudnienie. ­Coraz szybciej rosły imperia fabrykanckie.

Tymczasem po drugiej stronie globu wiara we własną bawełnianą potęgę zgubiła konfederackie stany Ameryki Północnej w wojnie secesyjnej lat 1861–1865.

„Czy jakikolwiek rozsądny naród wypowie wojnę bawełnie? – stwierdził zuchwale jeszcze w 1858 roku senator Karoliny Południowej J. H. Hammond. – Co by się stało, gdyby bawełna nie była dostarczana przez trzy lata? To pewne: Anglia upadnie karko­łomnie i powiedzie cały cywilizowany świat za sobą, by ocalić Południe. Nie, nikt nie śmie wypowiedzieć wojny bawełnie. Żadna władza na ziemi nie odważy się rozpocząć takiej wojny. Bawełna jest królem”8. Celowe wstrzymanie dostaw surowca nie sprowokowało jednak do działań upragnionych sojuszników, Wielkiej Brytanii i Francji, którzy z chłodną dyplomacją zatrzymali produkcję, a potem częściowo zaspokoili potrzeby bawełną egipską i indyjską. Lata „wielkiego głodu bawełnianego” dały się mocno we znaki środowiskom robotniczym wszystkich euro­pejskich okręgów włókienniczych: spowodowały zwolnienia i masowe exodusy z fabrycznych osad. Nie po raz pierwszy i nie ostatni w ich historii rozpiętej na odwiecznej sinusoidzie kryzysu i koniunktury.

Po zakończeniu wojny secesyjnej zniesiono niewolnictwo i uwolniono cztery miliony amerykańskich obywateli i obywatelek, a stany południowe musiały podzielić się statusem bawełnianej potęgi z innymi częściami świata. W trakcie wojny zaczęły się rozwijać plantacje w Ameryce Południowej i w Azji Środkowej, podbitej przez Cesarstwo Rosyjskie. W Łodzi powrót do pełnej produkcji odbył się już w nowej rzeczywistości społecznej – w Królestwie Polskim w 1864 roku zniesiono pańszczyznę i uwłaszczono chłopów. Zabór rosyjski był ostatnim, w którym wciąż obowiązywała ta forma poddaństwa, przymusowej bezpłatnej pracy na rzecz pańskiego folwarku w zamian za prawo użytkowania ziemi, bez zwolnień z dodatkowych opłat, czynszów czy podatków. Zniesienie pańszczyzny oznaczało dla chłopstwa między innymi już niczym nieskrępowaną możliwość przemieszczania się i zatrudniania. Dla przemysłowców – uwolnienie dużej ilości rąk do pracy najemnej. Badacze twierdzą, że wcześniej niezależnie od przepisów chłopi masowo uciekali z pańskich włości. Trudno jednak powiedzieć, w jakim stopniu dotyczyło to chłopek.

*

Pod koniec XIX wieku zakłady Scheiblera, największe w Łodzi, w czołówce całego Cesarstwa Rosyjskiego i Europy (w 1899 roku prawie 7500 pracowników, z gazowniami, własną strażą ogniową, osiedlami robotniczymi, ochronkami, szkołą, szpitalem), produkowały najrozmaitsze tkaniny w stanie surowym, bielonym i drukowanym. Dla odbiorców o różnych gustach i potrzebach, z różnych klas i warstw społecznych. Tkaniny satynowe, atłasowe, żakardowe, trykotowe, ryps, nankin, muślin, krośniak, płótna tyrolskie, polskie, rosyjskie, włościańskie. Adamaszki, flanele, żagnoty, moleskiny, pikę, dymkę, perkale. Serwety, obrusy, chusty i chusteczki, materiały mundurowe, opatrunkowe, meblowe i pościelowe. Pod koniec XIX wieku fabryka Scheiblera i wiele innych łódzkich zakładów zyskały niechlubne miano „wytwórni kalek”. Postęp techniczny, intensyfikacja pracy i kilkunastogodzinne zmiany miały też swoje ofiary śmiertelne. „Dziennik Łódzki” donosił w marcu 1884 roku: „Ośmioletni robotnik fabryczny Władysław Grelus, zbliżywszy się do maszyny będącej w ruchu, pochwycony przez nią został, w straszny sposób zgniecony, na miejscu śmierć znalazł”. Dopiero rok później rozpoczęła pracę Inspekcja Fabryczna, a dwa lata później w Królestwie Polskim nabrała mocy ustawa zakazująca zatrudniania dzieci do lat dwunastu. Koleżanki i koledzy Władka Grelusa wciąż jednak biegali po fabrycznych halach, podając szpule, bo wiek często fałszowano w metrykach, a dzieciaki chowano przed inspektorami za belami bawełny, w schowkach, magazynach i ustępach. Wszyscy przymykali na to oczy, bo administracji fabrycznej zależało na taniej sile roboczej, a rodzicom na zarobku. Żeby się wyżywić i utrzymać, pracować musieli wszyscy zdolni do tego członkowie rodziny – kobiety opłacane najwyżej połową pensji męskich, podrostki i nieletni: około 15–25 procent pełnych pensji.

Rosła liczba robotników niewykwalifikowanych, przede wszystkim kobiet. Tych z miasta – „brukowych”, i tych wciąż napływających z prowincji. Coraz chętniej zatrudniano młode, samotne dziewczyny ze wsi, silne i sprawne w precyzyjnej pracy. One w migracji do miasta widziały możliwości awansu, a czasem po prostu jedyną życiową szansę na przetrwanie. W sortowniach, pekarniach, niciarniach, przędzalniach, tkalniach, wykończalniach, szwalniach. Przy czesaniu i gręplowaniu, jako prządki, przewijaczki, zgrzeblarki, snowaczki, motaczki, szpularki, tkaczki, cerowaczki, pończoszarki…

Podobne losy współdzieliły mill girls z brytyjskiego Lancashire lub amerykańskiego Massachusetts, filles d’usine z okolic francuskiego Lille, fabryczne dziewczyny z Królestwa Polskiego i z wielu innych miejsc – mimo wszystkich lokalnych odmienności. Pracowały w zadymionym, wynędzniałym brytyjskim Manchesterze/Cottonopolis, który Fryderyk Engels w Położeniu klasy robotniczej w Anglii nazwał „piekłem na ziemi”. Można je było znaleźć w manufakturach Nadrenii i Westfalii. Przędły w amerykańskim Lowell – Mieście Wrzecion (The City of Spindles). To ostatnie ze swoimi hotelami robotniczymi nieco na wyrost uchodziło za robotniczą utopię, ostatecznie zniszczoną przez wzrastającą konkurencję przemysłowców i zatrudnianie najtańszej siły roboczej rekrutowanej z imigracji, również polskiej, która przybywała za ocean z falą wielojęzycznej i wielobarwnej wielkiej emigracji europejskiej.

Ot, jedno z moich największych olśnień na drodze w poszukiwaniu alei Włókniarek: wiek pary i elektryczności, epoka węgla i żelaza, wielka bawełniana era – to czas fabrycznych dziewczyn.

Kanon i milczenie źródeł

Nie będę ukrywać: pierwsze etapy moich poszukiwań fabrycznych dziewczyn były dość bezładne. Zanurzałam się w chaosie ogromnych ilości historycznych danych, statystyk i procentowych wyliczeń, w których wciąż nie znajdowałam odpowiedzi na moje pytania.

Kim były?

Skąd przybywały?

Dlaczego zostawały?

Kiedy podczas pierwszej wizyty w bibliotece Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, jąkając się nieco, zaczęłam tłumaczyć, że poszukuję wszelkich informacji o włókniarkach z XIX wieku, troje pracowników patrzyło na mnie przez dłuższą chwilę bez słowa. Wreszcie ktoś odpowiedział powoli: „Wie pani, to nie jest grupa, którą wtedy ktoś się jakoś specjalnie zajmował…”.

Wtedy już wiedziałam: pierwsze robotnice łódzkie pozostają historycznie nieme. Podobnie jak niewolnice, które po drugiej stronie globu zbierały surową bawełnę, i chłopki z Kaukazu, którym przyszło obrywać z krzaków biały puch na plantacjach moskiewskich i łódzkich fabrykantów. Tak jak robotnice okręgów przemysłowych w Częstochowie, Żyrardowie, Bielsku-Białej, Białymstoku, Sosnowcu i tak dalej. Milczące są podwójnie: milczeniem archiwów, w których – niepiśmienne – nie pozostawiły wielu śladów, i milczeniem naszej pamięci – potomnych, których uczy się pamiętać raczej znane nazwiska, ważne daty i krwawe bitwy.

Kiedy powstawała Łódź, polskie obywatelki podlegały trzem różnym prawodawstwom, w trzech różnych zaborach: rosyjskim, pruskim i austro-węgierskim. Łódź leżała w Królestwie Polskim, w zaborze rosyjskim. Kodeks cywilny Królestwa Polskiego był spadkobiercą Kodeksu Napoleona, który kobiecie przypisywał status „wieczyście małoletniej”. Kobieta nie tylko nie miała prawa głosu wyborczego ani prawa pełnienia urzędów publicznych, ale też nie mogła w swoim imieniu występować w działaniach prawnych ani sama zarządzać własnym majątkiem. Kodeks cywilny Królestwa przejmował tę „spuściznę” prawną i był najsurowszym z kodeksów obejmujących ziemie polskie pod zaborami, choć pozostałe zawierały podobne ograniczenia kobiecej wolności. W zaborze pruskim kobiety mogły dysponować swoim majątkiem i występować w sądzie, w zaborze austro-węgierskim teoretycznie obowiązywała rozdzielność majątku, ale małżonek pozostawał jego zarządcą. W Królestwie Polskim kobieta wychodząca za mąż traciła szereg praw cywilnych: aby podjąć pracę, potrzebowała zgody męża i to mąż według prawa miał decydować o zarobionych przez nią pieniądzach oraz całym wspólnym majątku. Dokumenty tożsamości mogły być wydawane tylko za zgodą męża. Mężatka nie miała prawa mieszkać w innym miejscu niż jej małżonek, kobieta niezamężna nie mogła dochodzić uznania ojcostwa w imieniu swojego nieślubnego dziecka, w sprawach rodzicielskich ostateczny głos w decyzjach miał ojciec. Prawa te w większości obowiązywały jeszcze w pierwszych latach XX wieku (kwestia ustalania ojcostwa nieślubnych dzieci w między­wojniu wciąż pozostawała w Polsce nierozwiązana). Z kolei w Królestwie Polskim najwcześniej – po rewolucji 1905 roku – kobiety mogły legalnie się zrzeszać i organizować. W zaborze pruskim w latach 1850–1908 obowiązywał zakaz tworzenia politycznych organizacji kobiecych i udziału kobiet w demonstracjach i zgromadzeniach. W zaborze austro-węgierskim formalny zakaz organizowania się kobiet i ich przynależności do stowarzyszeń politycznych trwał do 1913 roku. Na szczęście był on wielokrotnie jawnie łamany.

Podczas kolejnych wizyt w Centralnym Muzeum Włókiennic­twa (poprzedzonych kilkoma mailami, pismami i wyjaśnieniami, dlaczego chcę naruszyć mir muzealnego archiwum) do biblioteki wprowadzana jestem już tylnymi drzwiami. W tamtejszych spisach i inwentarzach znajduję znacznie więcej i jednocześnie znacznie mniej, niż się spodziewałam. Księgi pamiątkowe, medale produkcji, wykaz fabryk bawełnianych w Stanach Zjednoczonych, mapę plantacji bawełnianych w Egipcie z 1936 roku i trochę starsze notowania giełdowe z Liverpoolu. Dziewiętnastowieczne kosztorysy budowy fabryk w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, opracowanie na temat „sposobu kotonizacji przędziwa łykowego”. Stuletnie akcje spółek fabrycznych i obligacje prywatyzowanych zakładów pracy sprzed zaledwie dwudziestu pięciu lat. Projekt tablicy upamiętniającej międzywojenną robotniczą działaczkę komunistyczną Teklę Borowiak z Widzewa i kilka wspomnień na jej temat. Strzępki przeszłości szczęśliwie ominięte przez wszystkie historyczne zawieruchy ostatnich dwustu lat. Zdjęcia, regulaminy fabryczne, książeczki obrachunkowe.

To było jedno z bardziej milczących archiwów.

Duża część moich poszukiwań „głosów” odbywa się równolegle w literaturze. Dopiero po dekadzie mieszkania w Łodzi i przewertowaniu najróżniejszych grubych tomów książek o tym mieście sięgam po tę najsławniejszą – Ziemię obiecaną. Kanon, klasyka, dzieło polskiego noblisty, patrona łódzkiego portu lotniczego.

Ołówkowe komentarze prowadzone wytrwale na marginesach egzemplarza wypożyczonego z biblioteki potwierdziły moją intuicję, że przerabianie tej lektury w szkole według „klucza” interpretacji ustalonego w kuratorium oświaty byłoby wątpliwą przyjemnością. „Żyd Moryc – gotowy do przekrętów”, „Polak Karol – nieuczciwy w uczuciach”, „Niemiec Max – wrażliwy”. Pochłaniam książkę, nie myśląc o znanej ekranizacji Andrzeja Wajdy, wolna od wszelkich szkolnych nacisków i ciekawa, ile można znaleźć robotnic pomiędzy historią „tych trzech, co nie mieli nic”, a więc w sam raz tyle, żeby wziąć kredyt i bogato się ożenić. Otóż – niewiele.

– Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic – zaśmiał się głośno.

– To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę9.

„Masy pracujące” pojawiają się w Ziemi obiecanej przeważnie w charakterze czarnego roju. Jako rój opisana jest też bogata, zblazowana fabrykancka publiczność w teatrze, która zawsze zajmuje pierwszy plan. Robotnicy są rojem cichym, milczącym, co najwyżej stukającym drewniakami. Półmartwi, obojętni, smutni. Dla kontrastu klasy wyższe to wrzawa – znudzona, cyniczna, zepsuta. Fabrykant Bucholc krzyczy wściekle:

Bydło, bydło […] Pan się tak nie patrz na mnie, ja tak mówić mogę, bo ja ich wszystkich żywię […] – U mnie zarabiają, ja im daję zarobek, oni mnie powinni całować po nogach, bo jakbym im nie dał roboty, to co? […] – Zdechliby z głodu, panie Borowiecki, jak psy10.

Reymont utrzymywał zresztą, że fabrykanci łódzcy przekupili cenzurę rosyjską, żeby wykreśliła najbardziej obrażające ich fragmenty. Późniejsi reymontolodzy zaliczyli to raczej do legend chętnie tworzonych przez samego pisarza.

W dziesiątym rozdziale pierwszego tomu pojawia się wreszcie dziewczyna fabryczna, energiczna i rezolutna Zośka. Przypis wydawnictwa na dole strony natychmiast gasi moje rozbudzone nadzieje na więcej.

Zośka Malinowska jest w powieści jedyną ­przedstawicielką kobiet zatrudnionych w łódzkich fabrykach. Tymczasem z końcem XIX wieku kobiety, młodzież i dzieci stanowiły aż 59,6% ogółu zatrudnionych. Na przykład w roku 1892 na 31 642 włókniarzy było 13 452 kobiety (42,2%) i 886 dzieci (2,8%)11.

W nowszych źródłach historycznych podawany jest jeszcze wyższy wskaźnik: „istniała we włókiennictwie tendencja do zwiększania zatrudnienia podrostków, a przede wszystkim kobiet. Ich odsetek (kobiet i podrostków łącznie) między 1885 r. a 1892 r. wzrósł z 47 do 75%”12. W łódzkich fabrykach najwięcej kobiet pracowało w przemyśle bawełnianym, w dużych zakładach potentatów (to na nich Reymont wzorował swoje postacie). Zośka nie staje się ich głosem. Nie odgrywa w powieści rozbudowanej roli, w drugim tomie zostaje zbałamucona przez fabrykanta Kesslera. Kilkaset stron później, po dziesiątkach szemranych interesów, rozważaniach o różnicach etnicznych i romansowych przygodach Borowieckiego („jedynego Don Juana w Łodzi”, który „uwodził kobiety na zimno, bo wypadały mu taniej niż płatne kochanki”), następuje wreszcie scena z robotnicami. Jedna z zaledwie dwóch lub trzech, w której odgrywają główną rolę. Bezgłośnie.

Przy długich pralnicach, chlapiących dookoła wodą, pracowali tylko mężczyźni, ale przy gręplach rozlegały się kobiece głosy, które umilkły natychmiast po wejściu Kesslera.

Robotnice oniemiały, z wlepionymi oczami w maszyny stały jak szeregi automatów, otoczone wałami wełny niby brudną pianą tego szumiącego morza maszyn, zwojami pasów i kół warzących dziko, bezustannie. […] Małymi oczkami uważnie oglądał najmłodsze i najprzystojniejsze robotnice, które z wolna pod tym taksującym spojrzeniem czerwieniły się, ale nie podnosiły oczów.

Przy niektórych przystawał, pytał się o robotę, oglądał wełnę i zapytywał Moryca po niemiecku:

– Cóż na to powiesz?

– Resztki dla parobków – odpowiadał z pogardą, ale przy jednej rzekł:

– Ta ma pyszny fason, szkoda, że piegowata…

– Ładna, musi mieć białą skórę! Milner! – krzyknął na majstra, prowadzącego salę. Gdy tamten stanął przed nim, cicho spytał się o nazwisko dziewczyny i zapisał je w notesie.

Poszli dalej, przechodząc dwa razy salę w różnych kierunkach, nie mogąc nic więcej wybrać odpowiedniego, bo robotnice były przeważnie brzydkie, wynędzniałe i zniszczone przez pracę.

– Chodźmy do przędzalni, tutaj już nic się nie wyłowi, same resztki. […]

Robotnicy, jakby przykuci do maszyny, zapatrzeni w przędzę, poruszali się automatycznie, biegli za salfaktorami, cofali się przed nimi, błyskawicznie sczepiali pęknięte nici i głusi, ślepi na wszystko, co było za nimi, pilnowali ruchów bestyj.

– Tamta czarna, przy przędzy zwijanej, co? – szepnął Kessler, wskazując w drugą połowę sali, gdzie zwijano i motano przędzę, na silną brunetkę o pysznie rozwiniętych kształtach, dobrze się rysujących przez lekką sukienkę i koszulę z rękawami, zapiętą pod szyję, bo z powodu strasznego gorąca wszystkie pracowały rozebrane do możliwości.

– Wspaniała, wspaniała. Nie znacie się jeszcze?

– Dopiero miesiąc robi u nas […]

Rozpylacze wody działały nieustannie; drżący pył wodny, podobny do rozprysków tęczy, siał się i opadał na maszyny, ludzi, stosy przędzy śnieżnej, na te dziesiątki tysięcy wrzecion okręcających się dookoła siebie z przejmującym szmerem, podobnych w jaskrawym świetle słońca, padającym z góry, do tysiąców białych wirów szalejących w różowawych świetlistych nimbach.

Kessler wynotował jeszcze dwie dziewczyny i wyszli przeprowadzani nienawistnymi spojrzeniami13.

Współcześnie łódzcy decydenci i decydentki lubią przywoływać wyrwane z kontekstu cytaty z Ziemi obiecanej, najczęściej z dialogu Trawińskiego i Halperna („wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz!”). Sporo w tym nierozpoznanej ironii, bo książka to paszkwil na przemysłowe miasto szybkich fortun, „geszeftów”, oszustw, plajt i robotniczego głodu. Trochę jak Wilk z Wall Street osadzony w XIX wieku z wariacjami antysemickimi i wkładką romansową, po której można poznać, że powieść pierwotnie wydawana była w odcinkach w „Kurierze Codziennym”.

Jest jeszcze inne dziejące się w Łodzi dzieło Reymonta, nowela Pewnego dnia. To krótki szkic o wewnętrznych niepokojach fabrycznego windziarza, który nie może sobie znaleźć miejsca w wolnym od pracy dniu Zielonych Świątek. Tam też szukam robotniczych głosów, przecież Reymont miał dużą zdolność do obserwacji różnych środowisk i podsłuchiwania ich języków. Ale tam również robotnicze roje pozostają półmartwe, obojętne, smutne. I nieme.

Tłum poruszał się, przystawał, ruszał naprzód z tą samą ogólną bezmyślnością stada ludzkiego, spracowanego stada, które nie wie, co robić ze sobą na wolnym powietrzu, które nie umie się bawić, nie umie radować, nie umie żyć. Radość ich była smutna i cicha, gwar rozmów przyciszony i pełny trwogi, spojrzenia tępe i zalęknione, ruchy powolne i automatyczne, przystosowane do ruchów maszyn, z którymi zawsze żyli; twarze jakieś szare, martwe pochylone, karki zgięte, ramiona obwisłe, ciała spłaszczone i chude, dostosowane do ciasnoty sal fabrycznych, do kształtów maszyn, do murów, do potrzeb fabryki. Cały ten tłum dusz – nie dusz, tłum dopełniaczy maszyn, tłum mizernych, najprostszych kółek i trybików, tłum niezłożonych mechanizmów fabrycznych tłoczył się po ulicach, pił w szynkach i bawił się na karuzelach, w menażeriach, w panoptikonach[1], tańczył po ciasnych salach, siedział pod domami i nie wiedział, co robić ze sobą, co robić z tą świątecznością – onieśmielony światłem, przestrzeniami wolnymi, ciszą i powstrzymywany w ruchach wewnętrznych nieświadomą zależnością od tych potworów fabryk, stojących dookoła czerwonym, potężnym wałem ciał kamiennych, uśpionych tylko na chwilę, a czuwających, zanikłych w odpocznieniu, a stróżujących tysiącami okien, setkami kominów, które zdawały się pochylać w blas­kach słonecznych i zaglądać w ulice, w place, w zaułki, w pola, w domu – jakby pilnowały swoich niewolników i trzymały ich grozą swojego czuwania.

Reymont przebywał w Łodzi w 1896 roku, czas akcji Ziemi obiecanej datowany jest na lata osiemdziesiąte XIX wieku, na okres narastających napięć między środowiskiem robotniczym a fabrykantami, które eksplodowały w wielkim buncie łódzkim w 1892 roku. Nowela Pewnego dnia została wydana w roku 1907 – kiedy ledwie cichło robotnicze wzburzenie wywołane przez rewolucję 1905, ale w tym tekście zupełnie tego nie czuć. Masy zamieniające się w świadomą grupę Reymont opisał dopiero w noweli Z konstytucyjnych dni, relacjonując wydarzenia rewolucyjne w Warszawie: „idą bladzi, wynędzniali a dumni, w łachmanach walki, idą wpatrzeni w sztandar jak w zorze świtu, idą niezmożonym świętym hufem[2] trudu i walki…”14. Czy dopiero rewolucja poruszyła tłumy na tyle, żeby zauważył to przyszły noblista?

We wczesnych reportażach o przemysłowym mieście słychać głównie hałas maszyn, szelest banknotów lub weksli i ten dziwnie obcy miszmasz niemieckiego, jidysz i polskiego z różnymi gwarami i rusycyzmami. Łódź była egzotyczna na tle rolniczej Polski i królewskich miast. Na ogół budziła przerażenie i wywoływała szok poznawczy. Najwięcej wyrozumiałości mieli dla niej chyba Artur Gliszczyński i Antoni Mieszkowski (podpisywali się wspólnie jako X.Y.Z.) w obszernym reportażu literackim Łódź – miasto i ludzie. Jednak tam najdokładniej opisaną kobietą okazuje się… sama Łódź, przyrównana do panny: „kosmopolitki z przekonań, posażnej, ale szpetnej, przy tym jednak rozumnej”15.

Z innych opowiadań literackich wyłania się zaledwie kilka pojedynczych, pobieżnie opisanych historii Zośki, Julki czy Mańki, jako przykładów bardziej lub mniej tragicznych życio­rysów trawionych lub pożartych przez pełne pokus miasto i wypadki dziejowe. W mniej znanych pierwszych powieściach o Łodzi – Wśród kąkolu Walerii Marrené-Morzkowskiej (1880) czy Bawełnie Wincentego Kosiakiewicza (1895) – o robotnicach nie można znaleźć wiele więcej ponad kilka scenek rodzajowych i opisów nędzy potoków ludzi wychodzących z fabryki. Nic ponad szum nierozpoznanych z treści rozmów i westchnień zmęczenia.

Nad losem robotnic pochylali się kronikarze ówczesnej prasy codziennej. W kilku zamaszystych akapitach pomiędzy recenzjami teatralnymi, polityką a informacjami handlowymi pisali, że robotnice są nazbyt wyzyskiwane, zagrożone moralnie lub nadmiernie zainteresowane modnymi strojami. Konkretne imiona można wyłowić dopiero ze skrótowych notek przedziwnych dzisiaj dla nas rubryk informacyjnych. Na przykład w „Rozwoju”, dzienniku informacyjnym związanym z Narodową Demokracją, znajdowały się sekcje „Niebezpieczne zasłabnięcia”, „Ogólne osłabienie”, „Kurcze żołądka”, „Śmierć w szpitalu fabrycznym”, „Nagłe zgony”, a obok „Bójki”, „Kradzieże” i „Wypadki”.

W moich poszukiwaniach ograniczam się do prasy polskojęzycznej, ale w Łodzi były też wydawnictwa w języku niemieckim i w jidysz, z kolei dokumenty urzędowe są do okresu I wojny światowej po rosyjsku. Dowiaduję się, że robotnica niciarni Wiktoria Oleksiak z gminy Chojny, lat piętnaście, zmarła w szpitalu fabrycznym. Robotnica fabryki Czamańskiego, dwudziestoletnia Anna Drymer, doznała urazu wskutek zbytniego zbliżenia się do uruchomionego warsztatu, groziła jej utrata oka. W zakładach fabrycznych Towarzystwa Akcyjnego Heinzla i Kunitzera na Widzewie dwudziestosześcioletnia robotnica Anna Gallus zmarła nagle podczas pracy „skutkiem anewryzmu serca”. W lutym 1898 roku robotnica Berta Schwalm została skazana przez sąd na trzymiesięczny areszt za kradzież wełny w fabryce Geyera: „Nie mając przy kim zostawić trojga owych drobnych dzieci, z których jedno ssące, zabrała je z sobą do aresztu policyjnego na rogu ulic Targowej i Cegielnianej. Jakże przykry sprawiają widok biedne dzieci zgłodniałe, 9 kopiejek bowiem, które dostaje aresztantka na jej życie, nie może wystarczyć na wyżywienie czterech dusz”. Kilka lat później Stanisława Ladecka, osiemnastoletnia robotnica fabryczna z ulicy Średniej, nagle zachorowała w swoim mieszkaniu. Lekarz pogotowia po przybyciu na miejsce stwierdził zgon. Na placu Szpitalnym numer 7 Śliwka Rozalia, lat dwadzieścia pięć, w kłótni ze współlokatorem została przez tegoż pobita i poraniona w głowę. W marcu 1900 roku Ryfka Srebrnagóra i Franciszka Grosman, dwie nastoletnie robotnice fabryki Grohmana, zostały poturbowane przez spadający gzyms, który oderwał się z zaniedbanej kamienicy. Na ulicy Długiej krwotoku z nieznanych przyczyn (miesiączka? ciąża?) dostała szesnastoletnia robotnica fabryczna oznaczona wyłącznie inicjałami T.S., zamieszkała przy ulicy Nowoaleksandryjskiej. Seweryna Zamość straciła przytomność w drodze do domu na Bałutach. Równie nagle zasłabły i straciły przytomność Bronisława Adamska, lat dwadzieścia pięć, przy pracy i trzynastoletnia Perła Hanemasz na ulicy Spacerowej. Po udzieleniu pomocy lekarz pogotowia pozostawił obie chore na miejscu. Dwudziestojednoletnia Małka Palacz, była robotnica fabryczna, pozostająca bez mieszkania i zajęcia, dostała bardzo silnego „kurczu żołądka”. Po udzieleniu jej doraźnej pomocy przez lekarzy pogotowia odwieziono ją do Szpitala Świętego Aleksandra w stanie „groźnym dla zdrowia”.

Po pobieżnym przejrzeniu kilku roczników (na szczęście wszystkie są zeskanowane i dostępne w łódzkiej bibliotece wojewódzkiej) orientuję się, że „niebezpieczne zasłabnięcia” i „ogólne osłabienie” spowodowane były na ogół wycieńczeniem, zatruciami i głodem. W przeciwieństwie do „podejrzanych zasłabnięć”, które mogły być związane z niebezpieczeństwem epidemii cholery albo dżumy. W przypadku epidemii tworzono dla nich osobną kolumnę informacyjną.

13 listopada 1905 roku ukazała się notka pod tytułem Śmierć z nędzy: „W ubiegłą sobotę przechodnie na ul. Leszno około domu nr 30 spostrzegli kobietę leżącą na chodniku. Zawezwano do niej Pogotowie. Przybyły lekarz stwierdził już tylko śmierć”. Okazało się, że umarłą była robotnica fabryczna, która od dłuższego czasu „nie płaciła za ten kąt, który jako sublokatorka zajmowała”. Dwa lata wcześniej na ulicy Widzewskiej 200 Maria Niewiadomska, lat siedemnaście, robotnica fabryczna, „przez pomyłkę napiła się kwasu karbolowego. Domownicy, spostrzegł­szy wijącą się z bólu dziewczynę, zawezwali Pogotowie. Lekarz zajął się na miejscu energicznym ratunkiem chorej, później zaś odwiózł ją do Szpitala św. Aleksandra”. Stan zdrowia Niewiadomskiej był jednak „bardzo groźny”16.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy końcowe

1 Zob. hasło „aleja Włókniarzy” [w:] D. Bieńkowska, E. Umińska-Tytoń, Słownik nazewnictwa miejskiego Łodzi, log.lodz.pl, bit.ly/2MKN6U6, dostęp: 27.04.2018.

2Aleja Włókniarzy zmieniła się w aleję Włókniarek, lodz.gazeta.pl,bit.ly/2MKPdY1, dostęp: 18.03.2011.

3 E. Kamińska-Bużałek, Ukryta historia miasta. O Łódzkim Szlaku Kobiet, „Łódzka Gazeta Społeczna Miasto Ł”, nr 1, listopad 2013, miastol.pl, bit.ly/2KbLyky, dostęp: 30.05.2018.

4 U. K. Le Guin, Always Coming Home, Berkeley–Los Angeles 1985, przekład własny [wyd. pol.: Wracając wciąż do domu, Warszawa 1997, nlb.].

Fabryczne dziewczyny i milczenie

5 W. Puś, Dzieje Łodzi przemysłowej, Łódź 1987, s. 15.

6 K. P. Woźniak, Uwagi nad relacjami między społecznością polską a mniejszością niemiecką w Łodzi w latach 1918–1945. Stan i perspektywy badań. Egzemplifikacje [w:] Studia z historii społeczno-gospodarczej XIX i XX wieku, t. 1, red. W. Puś, Łódź 2003.

7 A. Gliszczyński, A. Mieszkowski, Łódź – miasto i ludzie [w:] Łódź, która przeminęła w publicystyce i prozie (antologia), red. P. Boczkowski, Łódź 2008, s. 29.

8 J. H. Hammond, Cotton is King, teachingamericanhistory.org, bit.ly/1LNQqa0, dostęp: 27.04.2018.

9 W. Reymont, Ziemia obiecana, t. 1, Wrocław 1996, s. 10.

10 Tamże, s. 114.

11 Tamże, s. 238.

12 M. Sikorska-Kowalska, Emancypacja społeczna i zawodowa robotnic łódzkich przełomu XIX i XX w. [w:] Studia z historii społeczno-gospodarczej w XIX i XX wieku, t. 1, red. W. Puś, Łódź 2003, s. 92.

13 W. Reymont, Ziemia obiecana, t. 2, dz. cyt., s. 600–603.

14 W. Reymont, Z konstytucyjnych dni [w:] tegoż, Pewnego dnia i inne nowele, Warszawa 1990, s. 124.

15 A. Gliszczyński, A. Mieszkowski, Łódź – miasto i ludzie, dz. cyt., s. 9.

16 Przytaczane tu notki pochodzą z dziennika „Rozwój” z lat 1897–1905.

Przypisy

[1] Panoptikon (właśc. panoptikum) – tutaj: jedna z rozrywek wizualnych poprzedzających seans kinowy.

[2] Tutaj w znaczeniu: hufcem, to znaczy w zwartym szyku.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2018

Wydanie I