55,00 zł
August Kubizek w latach 1904–1908 był jedynym przyjacielem Adolfa Hitlera, najpierw w Linzu, a następnie w Wiedniu, gdzie mieszkali w jednym pokoju. W tym czasie kształtowały się charakter i poglądy przyszłego wodza III Rzeszy.
August Kubizek, świadek tego procesu, w swych wspomnieniach stara się być obiektywny, szczery i dokładny. Opisuje między innymi rodzinę Hitlera, młodzieńczą miłość, kontakty z kobietami, pasję malarską, fascynację muzyką i architekturą, zainteresowanie polityką. Relacja Kubizka to niezwykłe źródło historyczne, niezbędne dla wszystkich, którzy starają się rozwikłać fenomen człowieka, który doprowadził do wybuchu drugiej wojny światowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
W 1951 roku uwagę naszego Wydawnictwa zwrócił mający podówczas 62 lata kierownik urzędu miejskiego w Eferding w Górnej Austrii, były kapelmistrz orkiestry teatralnej, August Kubizek, który w młodości przez kilka lat utrzymywał bliski kontakt z Hitlerem. Wielkie znaczenie wspomnień Kubizka o dyktatorze widać było jak na dłoni, choćby dlatego, że – po pierwsze – był jedynym przyjacielem Hitlera za czasów jego młodości, po drugie zaś – że przeżycia w okresie rozwoju mają znaczny wpływ na dalsze losy i zachowanie człowieka. Na dodatek zasadnicze cechy charakteru w tym stadium życia nabierają dopiero pierwszych, delikatnych konturów. I tychże zarysów winni szukać badacze, jeśli chcą wyjaśnić przyczyny późniejszych działań Hitlera jako polityka i męża stanu.
Z tego też powodu Wydawnictwo poprosiło Augusta Kubizka, by sięgnął po pióro i przelał na papier wspomnienia z dawnych czasów. Najważniejszym przykazaniem miało być dla niego przedstawienie czytelnikom prawdy, której wyłącznie z kolei winny służyć także i te wspomnienia.
Z charakterologicznego punktu widzenia Kubizkowi można było całkowicie zaufać. Był idealistą, który po roku 1938 uprzejmie, ale zdecydowanie odrzucił wszystkie propozycje Hitlera, by zrezygnował z pracy jako kierownik urzędu miejskiego i powrócił do życia muzycznego, obejmując w nim kierownicze stanowisko. Kiedy gwiazda Hitlera zaczęła się chylić ku upadkowi, Kubizek, choć w głębi duszy daleki ideałom narodowego socjalizmu, wstąpił do partii, chcąc tym krokiem dowieść wierności przyjacielowi z młodych lat, i to właśnie przede wszystkim w ciężkich dla niego czasach.
Po głębokim zastanowieniu i kilku próbach Kubizek sporządził manuskrypt, który ukazał się drukiem w 1953 roku, wzbudzając niezwykłe zainteresowanie. Został on przełożony na wiele języków (angielski, w tym wydanie amerykańskie, francuski, hiszpański), drukowano go też we fragmentach w światowej prasie. Stał się on także obiektem gruntownych badań historyków. Kiedy Kubizek zmarł 23 października 1956 roku, jego wspomnienia były już uznane przez międzynarodowe kręgi za źródłowe.
Przedstawiane w niektórych publikacjach twierdzenie, że w roku 1938 między autorem, Augustem Kubizkiem, a Hauptarchiv der NSDAP [Archiwum Główne NSDAP] jakoby doszło do ustalenia „wytycznych” dla jego wspomnień, nie odpowiada faktom.
Wydawnictwu nie jest znany fakt istnienia jakiegokolwiek porozumienia zawartego między panem Kubizkiem a wspomnianym Archiwum Głównym NSDAP, zaś wdowa po nim napisała nam, iż jej mąż nigdy nie był w tymże archiwum w Monachium. Poza tym wzmianka o takowym porozumieniu nie jest w żadnej mierze dowodem, że Kubizek już wtedy podjął się spisania wspomnień pod takim kątem. Ponadto o wiele bardziej decydujący jest fakt, że charakter Kubizka nie pozwoliłby mu pisać wspomnienia według jakichkolwiek „wytycznych”. W swej książce autor podkreśla zdecydowanie, że przy spisywaniu tych wspomnień „nie czynił tego pod niczyim wpływem ani na niczyje zlecenie”. Jako że autor już nie żyje, a jego wspomnienia mają wartość dokumentalną, jest rzeczą samą przez się zrozumiałą, że niniejsze wydanie pozostało niezmienione w stosunku do wcześniejszego.
Czerwiec 1966, Leopold Stocker Verlag
Wobec trwałego i znacznego zainteresowania, również ze strony kręgów naukowych, badaczy, a szczególnie publicystów, którzy niniejszą książkę uznają za autentyczne źródło, o czym świadczą np. cytaty w ostatnich publikacjach H. Joachima Festa, Wernera Masera i Roberta Payne’a [Wpływowi swego czasu publicyści historyczni, znani głównie z opublikowanych biografii Hitlera, różnie zresztą przyjętych przez ówczesne i następne pokolenia badaczy – przyp. red.], oraz fakt, iż posłużyła ona za podstawę scenariusza filmu telewizyjnego produkcji ORF i ZDF Ein junger Mann aus dem Innviertel [Młodzieniec z Innviertel], Wydawnictwo zdecydowało się na wydanie czwarte, ilustrując je nowym materiałem zdjęciowym, który został nam udostępniony dzięki uprzejmości wdowy po Autorze.
Luty 1975, Leopold Stocker Verlag
Trudno mi było podjąć decyzję o spisaniu wspomnień z młodości związanych z Adolfem Hitlerem, bowiem istniało wielkie niebezpieczeństwo, że zostanę źle zrozumiany. Jednakże szesnaście miesięcy, jakie musiałem, będąc już pięćdziesięciosiedmioletnim człowiekiem, spędzić w 1945 roku w obozie dla internowanych, wyrządziło sporo szkód w mym niezbyt odpornym na choroby organizmie. Postanowiłem więc teraz wykorzystać dni, jakie zostały mi jeszcze dane.
W latach od 1904 do 1908 żyłem jako jedyny przyjaciel u boku Adolfa Hitlera, najpierw w Linzu, a potem w Wiedniu, gdzie mieszkaliśmy wspólnie w jednym pokoju. Mimo że idzie tu o lata, w czasie których istota człowieka nabiera stopniowo charakteru, niewiele było wiadomo o tym ciekawym okresie w życiu Adolfa Hitlera, a spośród tych licznych opublikowanych informacji nie wszystkie były prawdziwe. Także sam Hitler, jeśli idzie o te lata, zbywał pytania o nie mało znaczącymi ogólnikami. Przyjmuję więc, że moje opowieści mogą przyczynić się do wzbogacenia obrazu Adolfa Hitlera, jaki stworzyli współcześni, bez względu na reprezentowany przez nich punkt widzenia. Najważniejszym ich założeniem jest to, iż spisując moje wspomnienia z czasów młodości, nie chcę niczego upiększać, ale również i przemilczać. Chcę tylko powiedzieć: tak było.
Z tej też przyczyny nie chciałbym w żadnym wypadku przeżyć chwili, w której książka ta zostałaby zaliczona do typowej literatury sensacyjnej, żerującej na nieznanych faktach z życia Hitlera. Dlatego czekałem z wydaniem niniejszych wspomnień do czasu aż zanikną tego typu książki i będzie można liczyć na to, że jeśli opublikuje się pozycję o Adolfie Hitlerze, jej czytelnicy potraktują ją poważnie i rzeczowo. Byłoby błędem spoglądać na nasze wspólne przeżycia z młodości z perspektywy późniejszych etapów życia Hitlera. W mych wspomnieniach starałem się usilnie zachować dystans wobec postępowania Hitlera w późniejszych okresach i spisywałem je starannie, tak jakby Adolf Hitler, z którym łączyła mnie serdeczna przyjaźń, pozostał potem człowiekiem szerzej nieznanym albo poległ podczas wojny światowej.
Jestem w pełni świadomy, jak wielką trudnością było przywrócić mej pamięci i spisać wydarzenia odległe o ponad czterdzieści lat. Jednakże przyjaźń z Adolfem Hitlerem od początku miała cechy niezwykłe, tak że wszelkie szczegóły wbiły się w moją pamięć mocniej, aniżeli mogło to mieć miejsce w wypadku przeciętnej, powierzchownej znajomości. Poza tym czuję wielką wdzięczność do Adolfa Hitlera za to, że zdołał przekonać mego ojca o tym, iż ze względu na szczególne zdolności muzyczne moje miejsce było nie w warsztacie tapicerskim, lecz w konserwatorium.
Ta decydująca o moim życiu zmiana, do której – mimo oporu mych bliskich – udało się doprowadzić liczącemu podówczas osiemnaście lat Hitlerowi, w moich oczach spotęgowała naszą przyjaźń. To też przyczyniło się do tego, że zachowałem w pamięci tak wiele szczegółów. Na dodatek, dzięki Bogu, dysponuję jeszcze doskonałą pamięcią, aczkolwiek jest ona bardziej wyczulona na dźwięki. Wielką pomocą dla spisania tych wspomnień okazały się też z jednej strony zachowane listy, kartki pocztowe i rysunki, jakie otrzymałem od mojego przyjaciela, z drugiej zaś własne notatki, jakie dawno temu poczyniłem.
Jeśli nasz naród chce odzyskać zaufanie do siebie po tak wielkim na nim uszczerbku, musi samodzielnie rozprawić się z okresem swej historii, który przyniósł tak wielkie ofiary; oznacza to też, że musi dokonać tego sam, bez żadnych nacisków z zewnątrz. Jednakże może się to dokonać nie poprzez jednostronny osąd, lecz jedynie rzeczowe, sprawiedliwe, a tym samym i przekonujące przedstawienie historycznych wydarzeń. Do czego, mam nadzieję, przyczynić się w ramach tej skromnej książki.
Eferding, sierpień 1953
Podpis Augusta Kubizka
CZĘŚĆ I
MŁODZIEŃCZA PRZYJAŹŃ W LINZU
Urodziłem się w Linzu 3 sierpnia 1888 roku. Mój ojciec był tapicerem, a dziadek stolarzem. Babka pochodziła ze wsi, z rodziny Gillhoferów z Peuerbach. Matka była córką kowala, który w latach, gdy budowano konną kolej Linz–Budweis [Budziejowice], przywędrował do miasta. Ożenił się z córką chłopa z Rosenbergu. W ten sposób wieśniacy z ojczyzny Adalberta Stiftera1 trafili do naszej rodziny. Moja matka miała w sobie wiele cech charakteru typowej mieszkanki Böhmerwäldu2.
Zanim mój ojciec się ożenił, pracował jako pomocnik tapicera w firmie meblarskiej „Müller und Sohn” przy Bethlehemstrasse w Linzu. W południe jadał obiad w małej jadłodajni przy Bischofsstrasse, istniejącej do dzisiaj. Tam poznał moją matkę – pracowała jako podająca do stołu w tym lokalu, w którym nie było obowiązku picia jakichkolwiek napojów. Oboje się sobie spodobali i w końcu, w lipcu 1887 roku, wzięli ślub.
Początkowo młoda para znalazła dach nad głową w mieszkaniu rodziców matki przy w Hafnerstrasse 35. Wynagrodzenie ojca było niewielkie, a praca wyczerpująca. Matka zaszła zaś w ciążę i musiała zwolnić się z jadłodajni. Urodziłem się więc w dość smutnych okolicznościach. Rok później przyszła na świat moja siostra, Maria, która jednak zmarła jeszcze we wczesnym dzieciństwie. W kolejnym roku urodziła się Therese. Umarła w wieku czterech lat. Moja trzecia siostra, Karoline, zachorowała ciężko, niedomagała przez pewien czas i zmarła, kiedy miała osiem lat. Ból mej matki był przeogromny; przez całe życie cierpiała bardzo, wyobrażając sobie, że mnie też będzie musiała stracić. Z czworga jej dzieci pozostałem przy życiu jako jedyny, stąd cała miłość matki skupiła się na mej osobie.
Tu ukazało się przedziwne podobieństwo naszych, Adolfa i moich, losów: również matka Hitlera straciła troje swych dzieci – Gustava, Idę i Ottona. Także Adolf był przez długi czas jedynym dzieckiem, które pozostało przy życiu. Również Edmund, urodzony pięć lat po Adolfie, umarł w wieku sześciu lat. Przy życiu pozostała tylko Paula, o siedem lat młodsza siostra Hitlera. Obie matki miały wiele wspólnego, jeśli idzie o charakter. Podobnie jak Adolf i ja, choć w swej młodzieńczej arogancji nie czyniliśmy zbyt wielkiego problemu ze śmierci naszego rodzeństwa, czuliśmy się w pewnym stopniu naznaczeni przez los, na podobieństwo tych członków zagrożonego plemienia, którzy przeżyli i z tej przyczyny chronieni byli w szczególny sposób. To, że Adolf niekiedy, zapewne podświadomie, nazywał mnie Gustavem zamiast Augustem – nawet jedna z kart pocztowych, jaką do mnie napisał, ma w adresie imię, jakie nosił jego pierwszy, zmarły brat – być może wynikało z tego, że używana powszechnie skrócona forma Gustl oznaczała zarówno Augusta, jak i Gustava, a może chciał sprawić radość matce, przenosząc na mnie, chłopca, który został do rodziny Hitlera przyjęty jak syn, imię nieżyjącego brata. Nie potrafię sobie tego dokładnie przypomnieć.
W tym czasie mój ojciec usamodzielnił się i otworzył zakład tapicerski w domu przy Klammstrasse 9. Ten stary, nieco przysadzisty, nieforemny budynek, który przetrwał lata w niezmienionym stanie, stał się miejscem, gdzie spędziłem dzieciństwo i młodość. Muszę w tym miejscu dokładniej przedstawić przebieg wydarzeń w owym czasie, chociaż w gruncie rzeczy nie mają one żadnego znaczenia, a to dlatego, że chcę przekazać atmosferę, w jakiej rozwijała się nasza młodzieńcza przyjaźń z Adolfem Hitlerem. Wąska, mroczna Klammstrasse, przy której przez jakiś czas mieszkał także poeta Adam Müler-Guttenbrunn, wyglądała zgoła nędznie w porównaniu z szeroką, jasną, ożywioną trawnikami i drzewami Promenade3, której przedłużenie niejako stanowiła.
Z pewnością wczesnej śmierci sióstr winne były także niekorzystne warunki zdrowotne w dawnym naszym mieszkaniu. W nowym domu było już inaczej, bardziej zdrowo – na parterze mieścił się warsztat, a na pierwszym piętrze mieszkanie, składające się z dwóch pokoi i kuchni. Niemniej ojciec nie mógł się pozbyć kłopotów finansowych, bo interes szedł źle. Więcej niż raz był bliski zamknięcia zakładu i powrotu do fabryki mebli jako robotnik. Jednakże za każdym razem udawało mu się opanować sytuację.
Poszedłem do szkoły, co wcale mnie nie ucieszyło. Moja poczciwa matka płakała z powodu złych ocen, jakie przynosiłem do domu. Jej strapienie było jedyną rzeczą, jaką mogła mnie nakłonić do pilniejszej nauki. Podczas gdy ojciec od początku był absolutnie przekonany, że pewnego dnia przejmę po nim zakład – bo po co miałby się tak zapracowywać od rana do nocy! – to matka, mimo moich złych wyników w szkole, chciała, bym potem poszedł dalej, na studia. Najpierw jednak miałem przez cztery lata chodzić do gimnazjum, a później z całą pewnością zdobyć wykształcenie zawodowe. Ale ja nie chciałem o tym słyszeć; byłem przeszczęśliwy, kiedy ojciec – gdy skończyłem dziesięć lat – autorytatywnie podjął decyzję i posłał mnie do szkoły miejskiej, co jego zdaniem miało raz na zawsze zakończyć dyskusje o moim dalszym życiu.
Od dawna jednak istniała w moim życiu dziedzina, której całkowicie się oddałem: muzyka. Widoczne stało się to wyraźnie, gdy mając dziewięć lat, na święta Bożego Narodzenia w roku 1897 dostałem w podarunku skrzypce. Dokładnie przypominam sobie każdy szczegół tych świąt i jeśli wracam dziś myślami do tamtych dni, sądzę, iż to wtedy, wraz z tym wydarzeniem, zaczęło się niejako me świadome życie. Najstarszy syn mieszkających obok sąsiadów był kandydatem na nauczyciela i zaczął udzielać mi lekcji gry na skrzypcach. Uczyłem się szybko i dobrze. Jakąż radość sprawiała mi gra i jakież perspektywy się przede mną otwierały! Kiedy mój pierwszy nauczyciel zdał maturę i został przeniesiony na wieś, zacząłem jako uczeń szkoły podstawowej uczęszczać również do szkoły muzycznej w Linzu, jednakże system nauki w niej nie bardzo mi odpowiadał, być może dlatego, że wyprzedzałem dalece innych uczniów, gdy idzie o umiejętności gry. Po feriach zacząłem znowu brać lekcje prywatne u starego c.k. sierżanta z orkiestry wojskowej, który już na samym początku wyjaśnił mi, że nic jeszcze nie umiem, a potem na „sposób wojskowy” nauczył mnie podstawowych elementów gry na skrzypcach.
Lekcje u starego Kopetzky’ego były prawdziwą musztrą. Jeśli niekiedy miałem dość szorstkiego traktowania przez sierżanta, zaczynał mnie pocieszać i zapewniał, że jeśli poczynię dalsze postępy, z pewnością zostanę przyjęty jako elew do c.k. regimentu muzycznego, co w jego pojęciu stanowiło kulminacyjny punkt muzycznej kariery. Skończywszy moje nauki u Kopetzky’ego, znalazłem wrażliwego, sumiennego i pedagogicznie uzdolnionego nauczyciela w osobie profesora Heinricha Dessauera. Jako instrumentu dodatkowego uczyłem się gry na trąbce i puzonie, pobierając ogólne nauki o podstawach muzyki i grając podówczas w szkolnej orkiestrze. Już wtedy w głębi duszy zastanawiałem się nad tym, czy nie uczynić z muzyki mojego głównego zawodu. Co prawda nie na sposób sierżanta orkiestry wojskowej, Kopetzky’ego, ale tak, jak to wyobrażał sobie mój szacowny nauczyciel Dessauer. Cóż za piękna przyszłość!
Jednakże rzeczywistość szybko mnie otrzeźwiła. Zaledwie skończyłem szkołę miejską musiałem rozpocząć przyuczanie do zawodu w zakładzie ojca. Już wcześniej, gdy była tego potrzeba, pomagałem w warsztacie, więc szybko poradziłem sobie z tym wyzwaniem. Jednakże gręplowanie starej tapicerki było obrzydliwą pracą. Najpierw należało zdjąć całe obicie z ramy, a potem oddzielić starą wełnę od płótna i sprężyn. Często te ostatnie były już zardzewiałe, a płótno rozlatywało się w rękach! Przy pomocy gręplarki, czyli bębna wyposażonego w walce z kolcami, wprawiane w szybki ruch za pośrednictwem korby, musiałem odpowiednio rozbić materiał wypełniający – końskie włosie, pakuły czy wełnę. Cała ta praca przebiegała w jednej wielkiej chmurze kurzu, tak że niewiele mogłem widzieć. Ileż to wtedy przynoszono do naszego warsztatu starych materaców! Można było w nich znaleźć wszelkie możliwe zarazki, jakie przez lata zebrały się w łóżkach. Nic dziwnego, że tapicerzy raczej nie dożywali późnego wieku.
Wkrótce jednak poznałem przy tym i dobre strony zawodu tapicera, zwłaszcza wyczucie piękna i dobry smak, a od nich niedaleko już było przecież do architektury wnętrz. Odwiedzałem wtedy wytworne domy, widziałem i słyszałem wiele, a przede wszystkim, jak się okazało, w zimie niewiele było do roboty, więc cały wolny czas mogłem, co samo przez się zrozumiałe, poświęcić muzyce. Kiedy z sukcesem zdałem egzamin czeladniczy przed cechową komisją rzemiosła, ojciec uznał, że warto, abym poznał pracę i w innych warsztatach. Rozumiałem oczywiście słuszność jego pomysłu, ale nie przykładałem większej wagi do dalszej nauki zawodu, bo chciałem się skoncentrować na dalszych postępach w wykształceniu muzycznym. Wołałem więc zostać nadal w warsztacie ojca, bowiem mogłem w nim dysponować większą ilością czasu aniżeli u obcych majstrów.
„W orkiestrach jest zazwyczaj zbyt wiele skrzypiec, za to z altówkami jest już inaczej – ich przeważnie brakuje!” Jeszcze dzisiaj jestem wdzięczny profesorowi Dessauerowi, że opierając się na tym doświadczeniu, uczynił ze mnie sprawnego altowiolistę. Życie muzyczne w Linzu stało podówczas na wysokim poziomie. Dyrektorem linckiego Musikverein [Towarzystwa Muzycznego] był wtedy August Göllerich. Jako uczeń i współpracownik Ryszarda Wagnera przy organizacji Bayreuther Festspielen4 Göllerich był na tyle kompetentnym człowiekiem, aby muzycznie pokierować życiem muzycznym w Linzu, ironicznie nazywanym podówczas niekiedy „chłopskim miastem”, na które pełna blasku metropolia wiedeńska patrzyła z góry. Towarzystwo Muzyczne urządzało rocznie trzy koncerty symfoniczne oraz koncert nadzwyczajny, podczas którego zazwyczaj odtwarzano większe oratorium chóralne z towarzyszeniem orkiestry. Moja matka, chociaż pochodziła z prostej rodziny rzemieślniczej, bardzo lubiła muzykę i starała się nie opuszczać żadnego koncertu; stąd już jako małe dziecko byłem zabierany do sali koncertowej. Tłumaczyła mi wtedy trudniejsze dla mnie kwestie; dzisiaj – gdy opanowałem już w sposób zadowalający grę na kilku instrumentach – o wiele lepiej rozumiem ideę organizowania tego rodzaju wydarzeń. W moich czasach nauki najwyższym celem i marzeniem było zagrać na altówce, wiolonczeli lub na trąbce w wielkiej orkiestrze linckiego Towarzystwa Muzycznego.
Ale do tego momentu musiało jeszcze minąć dużo czasu. Najpierw trzeba było zgręplować niezliczoną liczbę starych, pełnych kurzu materacy, a potem wytapetować ściany wielu pokoi. U mego ojca pojawiły się już w owych latach typowe objawy choroby zawodowej tapicerów. Kiedy uporczywy nieżyt oskrzeli przykuł go na pół roku do łóżka, musiałem w pojedynkę prowadzić warsztat. I tak moje młode życie toczyło się dwoma, ściśle oddzielonymi, ale biegnącymi równolegle drogami: pracą, która stawiała wysokie wymagania mojej konstrukcji fizycznej (i z pewnością moim płucom), i muzyką, którą szczerze kochałem. Nigdy nie sądziłem, że obie te rzeczy może coś łączyć. A jednak tak było. Wtedy do akcji wkroczył los, wtrącając swoje trzy grosze.
Do klientów ojcowskiego zakładu zaliczał się również urząd c.k. namiestnictwa, któremu podlegał między innymi i teatr. Pewnego dnia przyniesiono stamtąd do naszego warsztatu w celu odnowienia poduszki z rokokowego zestawu mebli. Ich rogi były wytarte, a pokrycia po części porozrywane. Tapicerka siedzeń i poręczy była przymocowana do drewnianych ram. Nowe obicia miały być wykonane z materiałów w kolorach niebieskim i białym. Gdy poduszki były już gotowe, ojciec pewnego przedpołudnia wysłał mnie z nimi do teatru znajdującego się niedaleko naszego domu. Szef rekwizytorni wskazał mi drogę na scenę, gdzie miałem dopasować poduszki do drewnianych ram, które były pomalowane na biało, a ich snycerka po części została nawet pozłocona.
Na scenie trwała akurat próba. Nie pamiętam, co wtedy próbowano, w każdym razie była to opera. Wyraźnie, jakby to było dzisiaj, czuję zachwyt, jaki mnie wtedy ogarnął, kiedy znalazłem się na scenie obok aktorów i śpiewaków. Czułem, jak zaszła we mnie wielka przemiana, jakbym w tamtej chwili odkrył się na nowo.
Teatr! Ach, cóż to był za świat! Nieopodal mnie stał mężczyzna ubrany z przepychem; zdawał mi się być istotą z innej planety. Śpiewał tak wspaniale, że nie mogłem sobie wyobrazić, by mógł mówić jak każdy zwyczajny człowiek. Jego potężnemu głosowi odpowiedziała za moment cała orkiestra… Trochę już się na tym znałem, ale w tamtej chwili cała moja wiedza o tym, czym jest muzyka, wydała mi się mizerna. Dopiero związek ze sceną podniósł muzykę na wyższy, pełen uświęcenia poziom, wręcz najwyższy, jaki mogłem sobie wyobrazić. A ja, ubogi pomocnik tapicera, stałem tam obok foteli i kanap w stylu rokoko i dopasowywałem odnowione poduszki do ich drewnianych ram. Cóż za godna pożałowania egzystencja, cóż za żałosny zawód! Teatr – oto był świat, jakiego szukałem. Moje podniecone zmysły nie były w stanie oddzielić rzeczywistości od teatralnej gry.
Stojący przed kulisami nieporadny, zagubiony czeladnik – niczym komiczna postać z którejś ze sztuk Nestroya – ze zmierzwionymi włosami, niepewnym spojrzeniem, w fartuchu i bluzie z podwiniętymi rękawami, usiłujący dopasować poduszki do ram foteli, jakby chciał w ten sposób usprawiedliwić swoją egzystencję – czy naprawdę był tylko biednym czeladnikiem tapicerskim, który właśnie odszedł od gręplarki? Biednym, pogardzanym głupcem, popychadłem, kimś, kogo „łaskawa pani”, każąc sobie wytapetować buduar, traktuje tak samo jak drabinę – stawia się ją to tu, to tam, gdzie jest akurat potrzebna, a kiedy nie jest już używana, po prostu odstawia się ją na bok. Byłoby przecież całkiem w porządku, gdyby ów czeladnik tapicerski, z narzędziami w ręku, podszedł w tym momencie do rampy i, zachęcony ukradkowym gestem przez kapelmistrza, zaśpiewał swą partię tylko po to, by słuchaczom na widowni (których wcale tam nie było) – co znaczy słuchaczom?! Całemu światu! – udowodnić, iż w rzeczywistości jest zupełnie kimś innym niż ten blady, chudy i wyrośnięty czeladnik z warsztatu tapicerskiego przy Klamm-gasse, i że właściwie jego miejsce jest na scenie, w teatrze…
W tamtej chwili zakochałem się w teatrze i kocham go do dzisiaj. Podczas malowania u klienta ściany pod tapetę wodą z klejem, a potem naklejania na nią makulatury nasączonej klajstrem z mąki marzyłem o wielkich sukcesach w teatrze, gromkim aplauzie, przy czym widziałem się w nim w roli kapelmistrza stojącego przy dyrygenckim pulpicie. Tego rodzaju marzenia nie pomagały mi w pracy i zdarzało się, że naklejone na makulaturze pasy tapety były przesunięte. Jednakże gdy wracałem do warsztatu, kolejny atak choroby ojca szybko uświadamiał mi, jaka odpowiedzialność na mnie spoczywa.
I tak popadałem z jednej ostateczności w drugą, oscylując między marzeniami a rzeczywistością. W domu nikt nie podejrzewał, co się ze mną dzieje, bowiem zanim powiedziałbym choćby jedno słowo o mych ukrytych marzeniach, wołałbym raczej odgryźć sobie język. Także i matce nie wspomniałem o mych skrytych planach. Zapewne przeczuwała, że coś mnie dręczy, ale czy mogłem przysparzać jej nowych trosk? Stąd nie było nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Czułem się bardzo opuszczony, odrzucony przez cały świat i tak samotny, jak może być osamotniony tylko młody człowiek, który po raz pierwszy ujrzał piękno i niebezpieczeństwa życia.
Teatr dodał mi nowej odwagi; od tej pory nie opuściłem ani jednego przedstawienia operowego. Nawet gdy byłem bardzo zmęczony pracą, nic nie było w stanie powstrzymać mnie od pójścia do teatru. Naturalnie przy tak ograniczonych gratyfikacjach, jakie ojciec wypłacał mi jako wynagrodzenie czeladnika, mogłem kupić tylko bilety na miejsca stojące. Stąd też regularnie udawałem się na tak zwany parter stojący, bowiem stamtąd miałem najlepszy widok. Poza tym stwierdziłem, że nigdzie akustyka nie była tak dobra i pełna jak w tamtym miejscu. Powyżej parteru z miejscami stojącymi, w połowie piętra z miejscami dla wytwornej i bogatej publiczności, znajdowała się loża dworska, której podłoga od dołu była podparta dwoma drewnianymi kolumnami. Przyciągały one słuchaczy na miejscach stojących, jako że dawały jedyną możliwość oparcia się bez częściowego ograniczenia pola widzenia, bo jeśli ktoś oparł się o ścianę z tyłu, wspomniane kolumny zasłaniały mu część sceny. Byłem szczęśliwy, kiedy po całym dniu stania na drabinie i mocowania tapet do ścian mogłem oprzeć obolałe plecy o gładką kolumnę! Oczywiście, trzeba było pojawić się odpowiednio wcześnie przy wejściu do teatru, aby nie przegapić okazji.
W pamięci często zachowują się trwale właśnie rzeczy drugorzędne: widzę jeszcze dokładnie, jak wpadam na miejsca stojące, mając przed sobą kolumny i zastanawiając się, czy powinienem stanąć obok lewej czy prawej z nich. Często miejsce przy jednej z nich, mianowicie tej po prawej, było już zajęte; a więc ktoś był jeszcze szybszy ode mnie. Na wpół zirytowany, na poły zdziwiony, przyglądałem się memu konkurentowi. Był to nader blady, drobny młodzieniec mniej więcej w moim wieku, który z błyszczącymi oczyma oglądał przedstawienie. Pochodził zapewne z lepszego domu, bowiem zawsze był ubrany z wielką starannością i bardzo powściągliwy w zachowaniu.
Tego dnia przyjęliśmy wzajemnie do wiadomości naszą obecność, nie odzywając się do siebie ani słowem. Jednakże podczas jednego z kolejnych przedstawień – nie pamiętam już dzisiaj, czy był to Wolny strzelec czy Sen nocy letniej bądź grywany wtedy często Evangelimann5 – nawiązaliśmy podczas przerwy rozmowę, jako że najwyraźniej obaj nie byliśmy zadowoleni z tamtejszej obsady. Rozmawialiśmy przez chwilę na ten temat; byłem zadowolony z tak szybko wygłoszonej opinii przez mojego pewnego siebie nowego znajomego. Był bez wątpienia lepszy ode mnie w tej kwestii. Ja natomiast czułem moją wyższość, gdy szło o sprawy czysto muzyczne. Nie potrafię dokładnie określić daty tego spotkania, ale w każdym razie było to około Wszystkich Świętych 1904 roku.
Nasza znajomość pozostawała na tym poziomie przez pewien czas; ponieważ ów młodzieniec nie powiedział o sobie nic bliższego, stąd też i ja nie uważałem za konieczne opowiadać czegoś o sobie. Jednakże im bardziej gorące były nasze rozmowy o kolejnych przedstawieniach, tym bardziej czuliśmy, że jesteśmy pochłonięci teatrem w jednakowym stopniu.
Pewnego dnia po przedstawieniu odprowadziłem znajomego do domu; dowiedziałem się przy tej okazji, że mieszka przy Humboldtstrasse pod numerem 31. W chwili pożegnania przedstawił mi się: mój nowy znajomy nazywał się Adolf Hitler.
Spotykaliśmy się od tamtej pory na każdym przedstawieniu operowym, a potem zaczęliśmy się umawiać również poza teatrem i przeważnie spacerowaliśmy wieczorami po Landstrasse.
Linz, który w ostatnich dziesięcioleciach stał się nowoczesnym miastem przemysłowym, przyjmując do siebie ludzi ze wszystkich terenów naddunajskich, w owym czasie charakterem bardzo jeszcze przypominał wieś. Na przedmieściach ciągle można było zobaczyć czworokątne, przypominające obronne forty zabudowania chłopskie, a między wznoszącymi się wysoko domami czynszowymi rozpościerały się łąki, na których spokojnie pasło się bydło. W gospodach klienci siedzieli przy typowo wiejskim moszczu6. Wszędzie słychać było ciężki dialekt górnoaustriacki o rozciągniętych sylabach. Po mieście jeździły tylko wozy konne, a ich furmani bardzo się starali, aby Linz nadal pozostał „dużą wsią”. Mieszczaństwo, choć w znacznym stopniu pochodzenia wiejskiego oraz wielokrotnie spowinowacane i spokrewnione z ludnością wiejską, tym bardziej starało się od niej odseparować, aczkolwiek duchowo było z nią bardzo zbliżone. Niemal wszystkie znaczące cokolwiek w mieście rodziny znały się nawzajem, a ton w towarzystwie nadawali przedstawiciele świata interesów, kasty urzędniczej i oficerowie miejscowego garnizonu. Wszyscy, którzy mieli o sobie dobre mniemanie, spotykali się wieczorem na spacerze na głównej ulicy miasta, prowadzącej od dworca kolejowego do mostu na Dunaju i, co znamienne, noszącej nazwę „Landstrasse”7. Ponieważ Linz nie miał uniwersytetu, młodzi ludzie ze wszystkich warstw i stanów tym gorliwiej naśladowali obyczaje studenckie. Towarzyskie życie na Landstrasse nie odstawało zbytnio od wrzawy i ruchu panujących na wiedeńskim Ringu. Tak przynajmniej wyobrażali sobie obywatele Linzu.
Jak się wydawało, Hitler nie był człowiekiem zbyt cierpliwym, ponieważ gdy spóźniałem się na umówione spotkanie, przychodził do warsztatu, by mnie stamtąd zabrać, bez względu na to, czy miałem do pilnej naprawy starą czarną kanapę pokrytą ceratą, barokowy fotel z wysokim oparciem czy coś innego. Moją pracę traktował jako uciążliwą przeszkodę dla naszej znajomości. Niecierpliwie machał przy tym czarną spacerową laseczką, jaką zawsze ze sobą nosił. Dziwiło mnie, że ma tak dużo czasu, i zapytałem go, czy gdzieś pracuje.
– W żadnym wypadku! – padła szorstka odpowiedź. Zaraz potem nastąpiła dłuższa wypowiedź. Dla niego określona praca, „zarabianie na chleb”, jak się wyraził, nie była czymś koniecznym.
Tego rodzaju słów jeszcze od nikogo nie słyszałem. Zaprzeczały one wszystkim zasadom, jakimi do tej pory kierowałem się w życiu. Początkowo uważałem jego gadaninę za młodzieńcze przechwałki, mimo że jego postawa i poważne, pewne siebie zachowanie, a także sposób, w jaki to mówił, nie wskazywały w żadnej mierze na pozę. W każdym razie bardzo zdziwiłem się, słysząc ten jego pogląd, ale nie drążyłem początkowo tematu, był bowiem bardzo wrażliwy, jeśli idzie o niestosowne pytania; tyle przynajmniej już o nim wiedziałem. O wiele rozsądniej było rozmawiać z nim o Lohengrinie, operze, która nas obu zachwycała, aniżeli o sprawach osobistych.
Pomyślałem, że jest synem bogatych rodziców albo odziedziczył wielki spadek i może sobie pozwolić na życie bez „pracy dla chleba”, które to słowa w jego ustach miały wyjątkowo pogardliwe brzmienie! Nie uważałem go też w żadnym wypadku za próżniaka, ponieważ nie było w nim nic z powierzchownego, lekkomyślnego nicponia. Kiedy przechodziliśmy obok Café Baumgartner, dzisiejszej Café Schönberger, gwałtownie reagował na widok młodych mężczyzn siedzących za oknami niczym na wystawie przy marmurowych stolikach i marnujących czas na płytkiej paplaninie, aczkolwiek najwyraźniej nie był świadom sprzeczności w stylu życia, jakie sam prowadził. Być może niektórzy z tych siedzących „na wystawie” mieli już jakiś wyuczony fach w ręku i zabezpieczone dochody, co w jego przypadku było dla mnie dość wątpliwe.
Może ten Hitler jest studentem? – pomyślałem. Takie było zresztą moje pierwsze wrażenie. Także czarna laseczka z hebanu z delikatnie rzeźbioną rączką z kości słoniowej była zdecydowanie studenckim rekwizytem. Z drugiej strony dziwiło mnie jednak, że wybrał sobie na przyjaciela prostego czeladnika tapicerskiego, który ciągle się bał, że podczas spaceru czuć go będzie klejem, z jakim miał bez przerwy do czynienia w ciągu dnia. Jeśli Hitler był studentem, musiał gdzieś chodzić do szkoły. Niespodziewanie więc pewnego razu skierowałem rozmowę na jej temat.
– Szkoła?! – oburzył się.
Był to jego pierwszy wybuch gniewu, z jakim się u niego spotkałem. Ze szkołą nie chciał mieć nic wspólnego. Jak wyjaśnił, wcale go już nie obchodziła. Nienawidził profesorów i nie kłaniał się żadnemu z nich, gdy spotykał ich na ulicy, nienawidził również kolegów szkolnych, którzy wychowywani byli w niej na próżniaków. Nie, o szkole nie mogłem z nim rozmawiać. Opowiedziałem mu o tym, że także i ja nie miałem wielu sukcesów w szkole.
– Dlaczego? – chciał wiedzieć.
Nie podobało mu się, że nie miałem dobrych wyników w szkole, której sam tak nienawidził, i nie widział w tym żadnej sprzeczności. Z tej rozmowy wyniosłem jednak tyle, że dowiedziałem się, iż do niedawna musiał uczęszczać do szkoły wyższego stopnia, gimnazjum albo szkoły realnej, i że zakończyło się to prawdopodobnie jakąś katastrofą. W przeciwnym razie tak radykalny stosunek do niej nie byłby przecież możliwy. Ponadto ciągle odkrywałem kolejne nowe sprzeczności i zagadki związane z nowym przyjacielem. Niekiedy czułem się nawet z tego powodu nieswojo. Kiedy pewnego razu spacerowaliśmy po Freinbergu, Hitler nagle zatrzymał się, wyciągnął z kieszeni czarny zeszycik – mam tę sytuacje jeszcze dzisiaj przed oczami i mogę ją opisać ze szczegółami – i przeczytał napisany przez siebie wiersz.
Samego wiersza już sobie dzisiaj nie przypominam, a dokładniej mówiąc, nie potrafię go odróżnić od innych, jakie mi Adolf czytał później. Ale pamiętam dobrze, jak wielkie wrażenie wywarł na mnie fakt, że mój przyjaciel pisze poezje i nosi swe utwory przy sobie, tak jak ja musiałem nosić wtedy narzędzia do tapetowania. Gdy potem Hitler pokazał mi rysunki, jakie naszkicował, wykonane przez siebie plany – nieco zagmatwane, mało czytelne szkice, które nie do końca mogłem odczytać – i oświadczył, że o wiele więcej i lepsze przechowuje w swoim pokoju i jest zdecydowany poświęcić życie sztuce, zacząłem stopniowo pojmować, jakim człowiekiem jest mój przyjaciel. Zaliczał się on mianowicie do owego szczególnego gatunku, o którym sam marzyłem w chwilach odwagi – był artystą pogardzającym powszednią „pracą dla chleba” i zajmował się pisaniem poezji, rysunkiem, malarstwem i teatrem. Zaimponowało mi to wielce. Ogarnął mnie dreszcz lęku w obliczu tak wspaniałych rzeczy, jakie miałem możliwość przeżyć w jego towarzystwie. Moje wyobrażenia o artystach były podówczas nader mętne – prawdopodobnie Hitler miał równie niejasne i mgliste zamiary. Opowieści o nich brzmiały tym bardziej zachęcająco.
O swoich bliskich Hitler mówił rzadko. Jak mawiał, było rzeczą wskazaną, by nie zadawać się zbytnio z dorosłymi, gdyż swymi dziwnymi poglądami odwodzą ludzi od ich własnych zamiarów. Na przykład jego opiekun, pewien gospodarz z Leonding nazwiskiem Mayrhofer, wmówił sobie, że Adolf koniecznie powinien wyuczyć się jakiegoś rzemiosła. Podobnego zdania był też jego szwagier. Wywnioskowałem z tego, że w rodzinie Hitlera muszą istnieć bardzo skomplikowane relacje. Najwyraźniej spośród wszystkich dorosłych poważnie traktował tylko jedną osobę – swoją matkę.
A przy tym miał dopiero około szesnastu lat i był o dziewięć miesięcy młodszy ode mnie. Nawiasem mówiąc, jego poglądy, odbiegające od mieszczańskiego światopoglądu, wcale mi nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie! Właśnie ten nonkonformizm jeszcze bardziej przyciągał mnie do niego. Postanowienie, iż poświęci swe życie sztuce, było dla mnie najwyższym celem, jaki młody człowiek mógł sobie postawić, bowiem potajemnie również nosiłem się z zamiarem podjęcia takiej decyzji – opuszczenia pełnego kurzu i hałasu zakładu tapicerskiego i przejścia w obszar czystej, wysokiej sztuki, by całkowicie skupić się na muzyce. Dla młodych ludzi nie jest rzeczą obojętną, w jakim miejscu dochodzi do zawarcia pierwszej przyjaźni. Było dla mnie symboliczne, że nasza rozpoczęła się w teatrze, przed pełną blasku sceną i przy dźwiękach muzyki. W pewnym sensie ta szczęśliwa atmosfera patronowała naszej przyjaźni.
Poza tym sam znajdowałem się przecież w podobnej sytuacji co Hitler. Szkoła była już poza mną i nie mogła dać mi nic więcej. Przy całej miłości i przywiązaniu do rodziców, dorośli znaczyli dla mnie doprawdy niewiele. Przede wszystkim zaś, w sytuacji gdy wiele kwestii było w moim przypadku jeszcze otwartych i wątpliwych, nie miałem wokół siebie nikogo, komu mógłbym się zwierzyć.
Początkowo była to jednak trudna przyjaźń, gdyż charaktery mieliśmy z gruntu różne. Podczas gdy ja byłem cichym, nieco marzycielskim i zdolnym do przystosowania się chłopcem, a więc nader zgodnym, mając niejako „muzyczny charakter”, Hitler był bardzo gwałtowny i pełen temperamentu. Niewinne problemy, kilka nieprzemyślanych słów mogły wywołać wybuch jego gniewu, którego intensywność była – moim zdaniem – zupełnie nieproporcjonalna do wagi sprawy. Być może jednak niezbyt rozumiałem Adolfa, gdy idzie o tę sferę. Może różnica między nami polegała na tym, że poważnie traktował sprawy, które dla mnie pozostawały obojętnymi. Tak, to była typowa cecha jego charakteru: wszystko go zajmowało i intrygowało, wobec niczego nie pozostawał obojętnym.
Przy wszystkich trudnościach, jakie wynikały z różnic charakterów, nasza przyjaźń nigdy nie została poważnie zagrożona. Nie stało się tak, jak to bywa często u młodych ludzi, że wraz z upływem czasu stawaliśmy się sobie coraz bardziej obcy i obojętni. Wręcz przeciwnie! W kwestiach zewnętrznych coraz bardziej liczyliśmy się z drugim. Brzmi to dziwnie, ale ten człowiek, który tak uparcie trzymał się własnych poglądów, potrafił być jednocześnie tak wyrozumiały, że niekiedy budziło to aż moje zażenowanie. I tak z upływem czasu coraz bardziej przyzwyczajaliśmy się do siebie.
Niebawem zrozumiałem, że trwałość naszej przyjaźni nie wynikała z tego, że potrafiłem go tylko cierpliwie słuchać. I wcale mnie to nie uszczęśliwiało, gdyż właśnie wtedy czułem najwyraźniej, jak bardzo potrzebuje mnie mój przyjaciel. Był bowiem człowiekiem całkowicie samotnym. Jego ojciec nie żył już od dwóch lat. Matka, którą kochał z pełnym oddaniem, nie była mu w stanie pomóc w tym, co go tak bardzo zajmowało. Przypominam sobie długie wykłady, jakie mi czynił, o rzeczach zupełnie mnie nieinteresujących, jak podatek od konsumpcji, jaki pobierano na moście na Dunaju, albo o loterii dobroczynnej, której losy sprzedawano właśnie na ulicach. On musiał mówić i potrzebował kogoś, kto go będzie słuchał. Często dziwiłem się, gdy wygłaszał przede mną mowę wspieraną żywą gestykulacją. Nigdy nie przeszkadzało mu, że jego publicznością byłem tylko ja. Ale młody człowiek, jakim był mój przyjaciel, potrzebował środków, by znieść i rozładować napięcia będące wytworem jego temperamentu, reagującego na to, co zobaczył i przeżył. Bezpośredni wyraz te napięcia znajdowały w jego przemówieniach. Owe mowy, wygłaszane zazwyczaj na wolnym powietrzu pod drzewami rosnącymi na Freinbergu czy w zagajnikach naddunajskich łęgów, przypominały często wybuchy wulkanu. Można było wtedy odnieść wrażenie, że wydobywa się z niego coś obcego, innego. Dotąd byłem świadkiem tego rodzaju uniesień tylko w teatrze, gdy któryś z aktorów musiał przekazać widzom swe uczucia; ogarniało mnie wtedy zaskoczenie oraz konsternacja do tego stopnia, że w końcu zapominałem o należnym aplauzie.
Szybko jednak zrozumiałem, że ten „teatr” nie był wcale teatrem. Zachowanie Adolfa nie było grą, pozą, niczym wyuczonym, lecz reakcją na to, co akurat przeżył. Czułem, jak dogłębne było to jego przeżycie. Ciągle od nowa ogarniało mnie zdziwienie, gdy słyszałem, jak elokwentnie potrafił się wyrażać, jak wyraziście przedstawiać wszystko, co go poruszało, co chciał przekazać, jak łatwo wypływały mu z ust słowa, gdy dawał się ponosić emocjom. Początkowo fascynowało mnie nie to, co mówił, ale jak mówił. To było dla mnie coś nowego i wspaniałego. Nie miałem pojęcia, że przy pomocy zwykłych słów człowiek mógł osiągnąć tak wiele. Ode mnie oczekiwał tylko jednego: aprobaty. Szybko do tego doszedłem. Nie miałem z tym większych problemów, ponieważ o wielu kwestiach, jakie poruszał, w ogóle dotąd nie myślałem.
Mimo to byłoby błędem twierdzić, że nasza przyjaźń sprowadzała się do tej jednostronnej relacji; byłoby to w przypadku Adolfa zbyt prymitywną, a z mojego punktu widzenia niewystarczającą racją bytu. Istotą jej był fakt, że wzajemnie doskonale się uzupełnialiśmy. W jego przypadku wszystko zmuszało go do aktywnego zajęcia stanowiska, wymagając silniejszego zaangażowania wewnętrznego, bowiem w gruncie rzeczy jego emocjonalne wybuchy były dowodem, jak żarliwie interesował się wszystkim. Ja z kolei, mając naturę kontemplacyjną i spokojną, wysłuchiwałem peror każdej rzeczy, która go interesowała, w mniejszym lub większym stopniu bez zastrzeżeń i chętnie pozwalałem mu się przekonać, z wyjątkiem wszelako kwestii muzycznych.
Muszę niemniej przyznać, że przyjaźń z Adolfem pochłaniała mi niesłychanie wiele czasu. Nie licząc się zbytnio z tym, co ja o tym sądzę, zawłaszczał całkowicie mój wolny czas. Ponieważ sam nie był związany żadnymi obowiązkami, ja musiałem całkowicie podporządkować się jego życzeniom. Wymagał ode mnie wszystkiego, ale dla mnie również był gotów uczynić wszystko. Nie miałem zresztą innego wyjścia; ze względu na jego całkowite rozporządzanie moim wolnym czasem nie mógłbym się przyjaźnić z kimś jeszcze. Szczerze mówiąc, nie odczuwałem zresztą takiej potrzeby, bowiem Adolf zastępował mi tuzin mniej lub bardziej zdawkowych przyjaciół. Właściwie tylko jedna rzecz mogłaby nas rozdzielić – dziewczyna, w której obydwaj moglibyśmy się zakochać, wtedy zapewne doszłoby do walki o wszystko. Miałem wówczas siedemnaście lat, a więc coś takiego mogłoby się wydarzyć. Ale właśnie w tej kwestii los przygotował dla nas obu jedyne w swoim rodzaju rozwiązanie – o czym więcej napiszę w rozdziale „Stefanie” – które w żadnej mierze nie zagroziło naszej przyjaźni, lecz wręcz przeciwnie, znacząco ją pogłębiło.
Wiedziałem, że także i on nie miał – poza mną – innego przyjaciela. Pamiętam, jakby się to wydarzyło wczoraj, drobne, w gruncie rzeczy drugorzędne wydarzenie, gdy Adolf przyszedł po mnie do domu, po czym z Klammstrasse ruszyliśmy naszą utartą drogą przez Promenade i skręciliśmy potem w Landstrasse. I wtedy to się wydarzyło. Jeszcze dzisiaj mógłbym pokazać miejsce, gdzie to się stało. Jakiś młodzieniec, mniej więcej w moim wieku, wychynął zza rogu; był to gogusiowato ubrany, pucołowaty paniczyk. Rozpoznał w Adolfie dawnego kolegę ze szkoły, zatrzymał się i wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu.
– Serwus, Hitler! – zawołał, łapiąc go przy tym poufale za łokieć. Zaraz potem zapytał go ze szczerym zainteresowaniem w głosie, jak mu idzie. Byłem przekonany, że Adolf odpowie szkolnemu koledze w równie przyjaznym tonie, tym bardziej że zawsze bardzo starał się zachowywać w sposób uprzejmy. Aż tu nagle zobaczyłem, jak mój przyjaciel robi się czerwony z gniewu. Znałem już tę przemianę z innych okazji i wiedziałem, że nie wróżyła niczego dobrego.
– Nie twój zasrany interes! – wrzasnął wzburzony do tamtego i odepchnął go mocno. Potem złapał mnie za łokieć i ruszył dalej, nie zwracając kompletnie uwagi na dawnego znajomka; jeszcze dzisiaj pamiętam zaskoczoną, oblewającą się rumieńcem twarz pucołowatego młodzieńca. – Oni wszyscy będą w przyszłości urzędnikami państwowymi! – rzucił Adolf po chwili, ciągle jeszcze rozwścieczony. – I z takimi kreaturami siedziałem w jednej klasie! – Musiała minąć długa chwila, zanim się wreszcie uspokoił.
W pamięć zapadło mi jeszcze drugie wydarzenie, mające miejsce nieco później. Umarł właśnie mój szacowny nauczyciel gry na skrzypcach, Heinrich Dessauer. Hitler zapragnął wziąć udział w jego pogrzebie, co mnie mocno zdziwiło, jako że w ogóle nie znał zmarłego.
Na moje zaskoczone pytanie „dlaczego?” odparł:
– Bo nie mogę ścierpieć, gdy spacerujesz i rozmawiasz z innymi młodymi ludźmi.
Było wiele rzeczy, w tym także mało znaczących, które mogły wywołać jego wzburzenie. Najbardziej jednak denerwował się, gdy mowa była o tym, że miałby w przyszłości zostać urzędnikiem. Zresztą wystarczało samo hasło „urzędnik”, i to bez związku z jego przyszłością, by niezawodnie doprowadzić go do wściekłości. Stwierdziłem, że te wybuchy gniewu były w pewnym sensie kontynuacją sporów, jakie niegdyś prowadził ze swym od dawna nieżyjącym już ojcem, który koniecznie chciał zrobić z niego urzędnika państwowego; były to poniekąd „spóźnione wystąpienia obronne”.
Dla naszej ówczesnej przyjaźni ważne było w każdym razie, abym równie mało szanował kastę urzędniczą, co on sam. Biorąc pod uwagę jego bezwzględną negację kariery urzędniczej, mogę sobie naszą ówczesną bliskość dzisiaj wyjaśnić tym, że prosty czeladnik tapicerski był mu bardziej sympatyczny jako przyjaciel aniżeli któryś z tych wystrojonych synów radców dworu, mających poprzez protekcję, stosunki oraz polityczne powiązania z góry zapewnione miejsce pracy i znających niemal dokładnie przebieg swej kariery. Los Hitlera był przeciwieństwem takiej kariery, u niego wszystko było mgliście niepewne. Istniało jeszcze jedno pozytywne założenie, jakie w oczach Adolfa predestynowało mnie do bycia jego przyjacielem: także i ja, jak on sam, wyznawałem zasadę bezwarunkowego prymatu sztuki w życiu człowieka. Oczywiście, podówczas nie formułowaliśmy tej konstatacji tak górnolotnie, ale w praktyce żyliśmy według tej zasady, dzięki której granie muzyki stało się decydującym czynnikiem w moim życiu. Praca w warsztacie miała jedynie zapewnić mi środki do fizycznej egzystencji. Dla mojego przyjaciela sztuka była czymś o wiele więcej: znajdował w niej przeciwwagę dla swego bardzo intensywnego sposobu badania i przyjmowania bądź odrzucania wszystkiego, co go otaczało, i traktował ją z niesamowitą wręcz powagą.
Dlatego też spełniałem, według niego, wszystkie warunki, jakie były konieczne dla przyjaźni: nie miałem nic wspólnego z jego dawnymi kolegami ze szkoły, nie miałem nic wspólnego z kastą urzędniczą i żyłem sztuką. A poza tym znałem się nieźle na muzyce.
Podobieństwo skłonności łączyło nas w równie dużym stopniu, co różnica temperamentów. Innym pozostawiam ocenę, czy ludzie, którzy, jak Hitler, z pewnością lunatyka podążają swoją drogą, wyławiając przypadkowo z masy innych tych, którzy są im do tego potrzebni, czy też jest to zrządzenie losu stawiające takie osoby na ich drodze. Mogę tylko stwierdzić, że byłem dla niego takim właśnie człowiekiem od chwili spotkania w teatrze aż po okres jego życia w Wiedniu, kiedy żył w biedzie.
Niestety, ten rozdział muszę rozpocząć od smutnej konstatacji, że nie mam żadnej fotografii, która ukazywałaby Adolfa Hitlera w latach naszej przyjaźni, i nie przypominam sobie także, aby on kiedykolwiek takową miał. Prawdopodobnie taka fotografia w ogóle nie istnieje.
Brak zdjęć Adolfa z tamtych lat jest całkowicie zrozumiały, bowiem w owym czasie, tuż po przełomie stuleci, nie było jeszcze aparatów fotograficznych na tyle poręcznych, by można je było wygodnie nosić ze sobą. A gdyby nawet takowe istniały, żaden z nas dwóch z pewnością by go nie miał, albowiem obaj byliśmy biedakami, którzy ostatniego grajcara wydawali na bilet do opery lub na koncert symfoniczny. Jeśli ktoś chciał się sfotografować, szedł do „atelier”. Była to sprawa równie uciążliwa, co kosztowna i należało ją wcześniej gruntownie przemyśleć. Właściwie to fotografowano się zazwyczaj tylko przy specjalnych okazjach, jak chrzciny, bierzmowania czy śluby. O ile sobie przypominam, mój przyjaciel nigdy nie czuł potrzeby, by się fotografować, bowiem, cokolwiek by o nim rzec, z pewnością nie był człowiekiem próżnym. Choć bardzo zajmował się swoją osobą, to próżność w potocznym znaczeniu tego słowa była mu obca. Chcę przez to powiedzieć, że cecha ta umniejszałaby go we własnych oczach. Był na nią zbyt inteligentny, a poza tym tak głęboko przekonany o swej wyjątkowości, że nie było w tym miejsca na puszenie się, nawet wtedy, gdy w jego życiu pojawiła się Stefanie. Być może to właśnie brak tej próżności był winien temu, że nie ma żadnych fotografii z okresu jego młodości. Ja na przykład mam wiele własnych.
Znane do tej pory rzeczywiście autentyczne fotografie z dzieciństwa i młodości Adolfa Hitlera można praktycznie policzyć na palcach jednej ręki.
Pierwsze znane zdjęcie było zrobione małemu Adolfowi w roku 1889, kilka miesięcy po urodzeniu. Ten dziecięcy wizerunek zawiera w sobie już wszystkie cechy, jakie stały się później typowe dla fizjonomii Hitlera. Charakterystyczne proporcje nosa, policzków i ust, jasne, przenikliwe oczy, nawet sczesane na czoło włosy – wszystko naznaczone dziecinną prostotą i naiwnością. Jeszcze jedna, bardzo wyrazista rzecz wpada w oko w przypadku tej pierwszej fotografii Hitlera – jego wielkie podobieństwo do matki. Stwierdziłem to podobieństwo od razu, gdy po raz pierwszy zobaczyłem panią Hitler. Zobaczyć to może każdy, kto porówna ową dziecinną fotografię ze zdjęciem matki Adolfa, które, nawiasem mówiąc, jest warsztatowym arcydziełem. To podobieństwo jest wręcz frapujące. Oboje są do siebie łudząco podobni. Za to Paula, siostra Adolfa, była ponoć odbiciem ojca. Nie poznałem już ojca Adolfa i dlatego muszę się oprzeć na opinii matki.
Istnieją fotografie z czasów szkolnych Hitlera, wszystkie one są zdjęciami zbiorowymi klas, do których uczęszczał; nie są znane żadne ujęcia indywidualne Adolfa z tego okresu. Jeśli gdzieś się takowe pojawiają, są to jedynie powiększone wycinki z tych fotografii klasowych. Sami pamiętamy, jak to się wszystko wtedy odbywało: fotograf zapowiadał swoje przybycie i klasa zbierała się w odpowiednio obszernym miejscu szkoły, np. na dziedzińcu. Pierwszy szereg musiał usiąść na ziemi, a uczniowie po prawej i lewej stronie kładli się, podpierając łokciami, aby powstała dokładnie symetryczna kompozycja. Kolejni uczniowie siadali na zestawionych razem ławkach, następni stawali na nich, dla ostatnich zaś ławki stawiano jedne na drugich, by i oni byli widoczni. Opowiadam o tym dlatego, że te przygotowania, co widać wyraźnie po twarzach pozujących, wywoływały w dzieciach napięcie, które odbierało im wszelką naturalność. Z poważnymi, zupełnie niedziecinnymi obliczami, uczniowie nieruchomo wpatrywali się w obiektyw.
Ucznia nazwiskiem Hitler trudno znaleźć pośród tych czterdziestu albo więcej twarzy, które, szczególnie w wiejskiej szkole ludowej, są podobne do siebie jak dwie krople wody. Przeważnie, gdy się chce kogoś wskazać i zapamiętać, trzeba go zaznaczyć strzałką albo krzyżykiem, jedyne, co można odczytać z twarzy, to pełną rezerwy ciekawość, kiedy ten skrupulatny fotograf w końcu zrobi zdjęcie. Należy się strzec, by tego rodzaju minom na twarzach uczniów nie dodawać znaczeń, których tam nie ma. Chciałbym podkreślić jedno: wyraz twarzy Hitlera na tych zdjęciach jest ciągle taki sam. Mimo że poszczególne fotografie dzieli znaczny dystans czasowy, na wszystkich ma on ten sam obcy wyraz twarzy, jakby w ogóle się nie zmienił. Uważam, że jest to wyrazem całkiem jeszcze nieświadomej osobliwej konsekwencji, owej umiejętności niezmieniania się, która wydaje mi się najbardziej istotną cechą charakteru Hitlera. Wskazywano także na to, że Hitler na tych zdjęciach grupowych zawsze zajmuje uprzywilejowane miejsce. Na zdjęciu klasowym z 1899 roku, przedstawiającym czwartą klasę szkoły ludowej w Leonding, Hitler stoi pośrodku najwyższego rzędu, a na fotografii z roku 1901, ukazującej pierwszą klasę szkoły realnej w Linzu, też stoi w najwyższym rzędzie, tym razem całkiem z prawej strony.
To wszystko, co dałoby się powiedzieć o wizerunkach młodego Hitlera, gdyby przez przypadek nie zachował się rysunek wykonany przez jednego z jego kolegów szkolnych z czwartej klasy szkoły realnej w Steyr, ostatniej, do jakiej uczęszczał Adolf. Rysunek ten pochodzi z 1905 roku.
Tenże kolega szkolny, nazwiskiem Sturmlechner, który sportretował młodego Hitlera i na górnym marginesie odnotował z dumą: „z natury”, był oczywiście dyletantem; widać to po jego rysunkach niemających ze sztuką wiele wspólnego. Prawdopodobnie Sturmlechner potrafił rysować tylko z profilu, i tego się ściśle trzymał, bo inaczej nie umiał. Jeśli coś odbiegało od tego schematu lub nie dało się narysować z profilu, zaczynał mieć kłopoty. Nos młodego Hitlera jest narysowany źle, przy oddaniu fryzury zaś umiejętności rysownika całkowicie go zawiodły, aczkolwiek przypadkowo włosy Adolfa rzeczywiście wyglądały jak „z natury”. Mimo to ów szkic ołówkiem ma dziwny urok, bowiem jego wyraz jest naturalny, pozbawiony sztuczności. Jeśli wziąć ze szkicu Sturmlechnera tylko sam profil, to pokrywa się on dokładnie z obrazem mego przyjaciela z młodości, jaki zachowałem w swych wspomnieniach.
Szkic Sturmlechnera przyniósł dość burzliwe konsekwencje – opierając się na nim tworzono nieprawdopodobne historie, a niekiedy i bzdury. I tak na przykład pewien autor, który opisywał lata biedy, jakie Hitler spędził w Wiedniu, skopiował profil, włożył Adolfowi na głowę sztywny półcylinder, w krawat wpiął szpilkę ze swastyką i twierdził, że jest to portret Hitlera z tamtego okresu. Profil można zostawić w spokoju, wiedząc, że fizjonomia Hitlera pozostawała niemal taka sama przez lata, jednak wspomniany autor nie wiedział, iż Hitler nigdy nie nosił półcylindra. Adolf lubił ciemne, miękkie kapelusze i kpił bezlitośnie z owych „meloników”!
To wszystko, co mam do powiedzenia na temat wizerunków młodego Hitlera. Chciałbym jeszcze tylko kilkoma słowami uzupełnić ten obraz mego przyjaciela z młodości, choć jestem świadom możliwych niedokładności, jakie ta próba może nieść ze sobą.
Hitler był średniego wzrostu, szczupły i wtedy już nieco wyższy od matki. Absolutnie nie sprawiał wrażenia człowieka mocno zbudowanego, raczej wyrośniętego i mizernego. Nie był też silny, jego zdrowie również pozostawiało wiele do życzenia; wielokrotnie się na nie skarżył. Musiał chronić się przed mglistym i wilgotnym klimatem Linzu; w owym czasie często źle się czuł i dużo kaszlał. Krótko mówiąc, miał problemy z płucami.
Nos miał bardzo symetryczny i proporcjonalnie uformowany, w żadnej mierze wystający. Adolf miał wysokie czoło, nieco uciekające do tyłu. Niezbyt podobało mi się, że już wtedy miał w zwyczaju nisko rozczesywać przedziałek. Nawiasem mówiąc, ten opis nosa, czoła i ust jest dla mnie o tyle śmieszny, że w jego twarzy najbardziej wyrazistym elementem były oczy, tak że człowiek wcale nie zwracał uwagi na pozostałe części twarzy. Nigdy więcej nie spotkałem w moim życiu człowieka, u którego oczy – jakby to wyrazić? – tak bardzo miały wpływ na wygląd całego oblicza, jak u mego przyjaciela. Były to jasne oczy jego matki. Jednakże jej nieco nieruchome, przenikliwe spojrzenie nabierało u syna jeszcze większej siły, mając w sobie więcej wyrazu. To było niesamowite, jak bardzo ich wyraz mógł się zmieniać, szczególnie wtedy, gdy Adolf mówił. Na mnie jego niski, dźwięczny głos w sumie wywierał mniejsze wrażenie niż oczy. Adolf naprawdę przemawiał oczami – nawet gdy usta milczały, wiedziało się, co chciał powiedzieć. Kiedy po raz pierwszy przyszedł do naszego domu i przedstawiłem go matce, ta powiedziała do mnie przed pójściem do łóżka: „Ależ ten twój przyjaciel ma oczy!”. Jeszcze dzisiaj dobrze sobie przypominam, że więcej było w jej słowach lęku niż podziwu. Gdyby ktoś zapytał, na czym polegała niezwykłość tego człowieka, jaka jego cecha w okresie młodości najbardziej wyraziście się odznaczała, odpowiem bez wahania: jego oczy!
Bardzo charakterystyczny był też talent krasomówczy Adolfa; byłem jednak zbyt mało doświadczony, by podówczas wiązać z tym jakieś oczekiwania. Żyłem w przekonaniu, że kiedyś Hitler zostanie wielkim artystą; najpierw sądziłem, że poetą, a później, że sławnym malarzem, aż do chwili, gdy w Wiedniu przekonał mnie, iż jego umiejętności pchają go w stronę architektury. Jednakże talent mówcy nie był przydatny w realizacji jego artystycznych zamiarów, raczej wręcz je hamował. Mimo to chętnie go słuchałem. Jego język był nader wyszukany – unikał dialektu, szczególnie wiedeńskiego, którego z powodu jego miękkiego, melodyjnego charakteru szczerze nie znosił. Właściwie Hitler w potocznym rozumieniu wcale nie mówił po austriacku, można by raczej twierdzić, iż sposób jego wysławiania się, szczególnie jeśli idzie o rytm, miał w sobie coś z charakteru bawarskiego, a ściślej – dolnobawarskiego. Być może przyczyna tego leżała w tym, że od trzeciego do szóstego roku życia, a więc w okresie wykształcania się mowy, mieszkał w Passau, gdzie jego ojciec był urzędnikiem celnym.
Bez wątpienia mój przyjaciel Adolf miał talent krasomówczy już od najwcześniejszych lat swego życia, z czego zdawał sobie zresztą sprawę. Mówił chętnie i niemal bez przerwy. Niekiedy, gdy w swych fantazjach zapędzał się daleko, pojawiało się we mnie podejrzenie, że czyni tak tylko dla wprawy. Później jednak porzuciłem te podejrzenia; czyż nie przyznałem przed chwilą, że brałem za dobrą monetę dosłownie każde słowo, jakie wypowiedział? Najwyraźniej Adolf wypróbowywał swój talent krasomówczy na mnie lub kimś innym, by sprawdzić, czy nas przekona. W pamięci pozostał mi niezatarty przykład, jak niemający jeszcze osiemnastu lat Adolf przekonał mojego ojca, by puścił mnie ze swego zakładu i wysłał na studia do konserwatorium w Wiedniu. Biorąc pod uwagę powolność i skrytość natury ojca, było to bez dwóch zdań nadzwyczajne osiągnięcie. Od tamtego czasu, gdy ojciec podjął tę tak ważką dla mnie decyzję na moją korzyść, uznałem to za dowód nadzwyczajnego talentu Hitlera i nabrałem przekonania, że w przypadku Adolfa nie ma takich rzeczy, których nie potrafiłby osiągnąć swymi przekonującymi słowami.
Miał w zwyczaju często podkreślać swe słowa odpowiednimi, przemyślanymi gestami. Od czasu do czasu, gdy mówił na któryś ze swych ulubionych tematów, jak nowy most na Dunaju, rozbudowa muzeum czy podziemny dworzec kolejowy, który chciał zbudować w Linzu, przerywałem jego monolog i pytałem, jak wyobraża sobie praktyczne urzeczywistnienie swoich projektów, bo przecież jesteśmy tylko biedakami bez grosza przy duszy! Patrzył wtedy na mnie tak niechętnie i wrogo, jakby w ogóle nie zrozumiał mego pytania. Nigdy też nie dostałem na nie odpowiedzi, co najwyżej Adolf czynił pogardliwy gest ręką, zbywając nim przyziemne drobiazgi. Przyzwyczaiłem się później do tego i nie uważałem już za śmieszne, gdy ten szesnasto- czy siedemnastolatek rozwijał wielkie projekty, przedstawiając mi je ze wszystkimi szczegółami. Gdybym odnosił się do niego lekceważąco, musiałbym uznać to wszystko za bezsensowną grę albo szaleństwo, jednakże jego oczy przekonywały mnie, że mówił to poważnie.
Adolf przykładał wielką wagę do form i zasad dobrego wychowania. Skrupulatnie przestrzegał towarzyskich konwenansów, aczkolwiek owo towarzystwo niewiele dla niego znaczyło. W swoich wystąpieniach podkreślał zawsze pozycję ojca, który jako funkcjonariusz celny miał rangę mniej więcej kapitana. Gdy wymawiał słowo „ojciec”, nikt nie domyśliłby się, jak gwałtownie odrzucał jakąkolwiek myśl, że sam mógłby zostać urzędnikiem. Mimo to jego zachowanie było bardzo akuratne, nigdy nie zapominał przekazać pozdrowień dla moich rodziców i nawet na żadnej kartce pocztowej od niego nie brakowało słów pamięci o moich „szacownych rodzicach”!
W Wiedniu, gdy mieszkaliśmy razem w wynajętym pokoju, zauważyłem, że wieczorami zawsze starannie układał swe długie spodnie pod materacem, aby następnego rana miały doskonale zaprasowane kanty. Adolf potrafił doceniać znaczenie zewnętrznego wyglądu. Choć nie był człowiekiem próżnym, miał doskonałe wyczucie znaczenia autopromocji. Bez wątpienia miał wielki talent aktorski, który potrafił doskonale wykorzystać w połączeniu ze swymi umiejętnościami oratorskimi. Zadawałem sobie niekiedy pytanie, dlaczego mimo tak wielkich zdolności nie udało mu się zrobić w Wiedniu kariery. Dopiero później zrozumiałem, że wcale nie chodziło mu o to, by wspiąć się na wyższy szczebel w jakiejś hierarchii zawodowej. Nie miał najmniejszych ambicji, by zapewnić sobie spokojną „pracę dla chleba”. Ludzie, których spotykał w Wiedniu, nie byli w stanie pojąć sprzeczności między jego wypielęgnowanym wyglądem zewnętrznym, wykwintnym językiem, pełnym pewności siebie zachowaniem z jednej strony, a głodową egzystencją, jaką prowadził, i uważali go albo za pyszałka, albo za samochwałę. Tyle że on nie był żadnym z tych dwóch typów, Adolf po prostu nie pasował do mieszczańskiego schematu.
Hitler był prawdziwym mistrzem, jeśli idzie o głodowanie, mimo że lubił dobrze zjeść, jeśli nadarzyła się okazja po temu, aczkolwiek w stolicy Austrii przeważnie brakowało mu na to pieniędzy. Jeśli jednak je miał, był w każdej chwili gotów zrezygnować z jedzenia, by w zamian kupić sobie za to bilet do teatru. Nie rozumiał w ogóle tego, co inni nazywali rozkoszowaniem się życiem. Nie palił tytoniu, nie pił alkoholu, całymi dniami żyjąc, na przykład w Wiedniu, tylko mlekiem i chlebem.
Przy jego lekceważeniu wszystkiego, co wiązało się z fizycznością, także sport, który podówczas stawał się coraz bardziej popularny, niewiele dla niego znaczył. Przeczytałem kiedyś opowieść o tym, jak to młody Hitler odważnie przepłynął Dunaj, lecz nie mogę sobie przypomnieć takiej sytuacji. Co najwyżej od czasu do czasu chodziliśmy się kąpać nad rzekę, ale to wszystko. Z kolei Klub Cyklistów w Linzu, którego członkami byli pełni inicjatyw rowerzyści, interesował go jedynie o tyle, że w zimie klub ten utrzymywał ślizgawkę. Zresztą ta ślizgawka nie interesowała go ze względu na ćwiczenia fizyczne, ale dlatego, że doskonaliła na niej swe umiejętności łyżwiarskie kochana przezeń dziewczyna.
Jedynym sportem, jaki Hitler uprawiał z dużym zapałem, była turystyka piesza. Chodził wszędzie i zawsze. Nawet w naszym warsztacie albo moim pokoju chodził bez przerwy z kąta w kąt. W moich wspomnieniach widzę go zawsze w ruchu. Mógł chodzić godzinami, nie okazując oznak jakiegokolwiek zmęczenia. We dwójkę przeszliśmy wzdłuż i wszerz całą okolicę Linzu. Nie ma tam chyba żadnej ścieżki, którą byśmy nie wędrowali. Jego miłość do natury była wyraźnie widoczna, lecz nie przypominam sobie, bym widział go zbyt często z książką o tematyce przyrodniczej w ręku. Jak się wydaje, w tym wypadku jego tak zazwyczaj niezaspokojone pragnienie wiedzy osiągnęło swe granice. Co prawda, jak mi opowiadał, w czasach szkolnych zajmował się gorliwie botaniką i nawet założył herbarium, jednakże to zajęcie, podobnie jak stworzenie zbioru motyli czy minerałów, przypisać należy nie tyle szczególnej skłonności, ile młodzieńczej pasji. W przyrodzie nie interesowały go szczegóły, traktował ją raczej jako całość, nazywając „światem na zewnątrz”, co w jego ustach brzmiało jak „w domu”. I rzeczywiście, na łonie natury czuł się jak w domu. Już w trakcie pierwszego roku naszej przyjaźni mogłem stwierdzić jego dziwną skłonność do nocnych wędrówek albo pozostawania na noc gdzieś w obcej okolicy.
Natura wywierała na niego nadzwyczajny wpływ, jakiego nie zaobserwowałem jeszcze u żadnego człowieka. W „świecie na zewnątrz” był całkiem inny aniżeli w mieście. W ogóle miał pewne cechy charakteru, które uzewnętrzniały się dopiero w kontakcie z przyrodą. Nigdy nie był tak skupiony i skoncentrowany, jak podczas wędrówek cichymi duktami, prowadzącymi przez bukowe lasy Mühlviertel, albo nocą, gdy szybko podchodziliśmy zboczem Freinbergu. W rytmie kroków na szlaku wycieczek jego myśli płynęły, a nowe pomysły przychodziły mu do głowy o wiele spokojniej i w sposób bardziej zdecydowany niż w innych okolicznościach.
Przez długi czas nie potrafiłem sobie wytłumaczyć pewnej dziwnej sprzeczności związanej z Adolfem. Kiedy mianowicie promienie słońca zaczynały oświetlać wąskie uliczki, a świeży, ożywczy wiatr przynosił do miasta żywiczny zapach drzew, jakaś niewidzialna siła wypędzała go na zewnątrz, na łąki i do lasów. Zaledwie jednak tam się znaleźliśmy, zaczynał mnie zapewniać, że nie jest w stanie wytrzymać długo na wsi. Byłoby dla niego strasznym przeżyciem, gdyby musiał zamieszkać znowu w takiej wiosce jak Leonding; przy całej miłości do przyrody za każdym razem cieszył się bardzo, gdy znowu powracaliśmy do swojskiego dlań miasta.
Gdy wraz z upływem czasu poznawałem Adolfa bliżej, te sprzeczności w jego charakterze stawały się dla mnie zrozumiałe: on potrzebował miasta, jego różnorodności i pełni wrażeń, przeżyć i wydarzeń, bowiem brał w nich wewnętrznie udział. W mieście nie działo się nic, co by go nie zainteresowało. Potrzebni mu byli także ludzie z ich tak pełnymi sprzeczności interesami, dążeniami, zamiarami, planami i życzeniami. Tylko w tak przeładowanej problemami atmosferze Adolf czuł się dobrze. Wieś z tego punktu widzenia była dla niego zbyt monotonna, zbyt mało znacząca i – ze względu na jego nieposkromioną potrzebę zajmowania się wszystkim – za mało ciekawa i pozbawiona odpowiedniej liczby wydarzeń. Poza tym miasto jako takie stanowiło zbiorowisko różnego rodzaju budowli i domów, co tylko wzmagało jego zainteresowanie. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że Adolf chciał mieszkać tylko w mieście.
Z drugiej strony potrzebował jednak skutecznej przeciwwagi dla napierającego nań bez przerwy, absorbującego w najwyższym stopniu jego zainteresowania miasta i znajdował je właśnie w naturze, w której w żadnej mierze nie trzeba było nic poprawiać czy zmieniać, bowiem wieczne prawa, którym ona podlegała, pozostawały poza obszarem ludzkiej woli. Tu mógł nareszcie przyjść znowu do siebie, jako iż nie czuł – jak w mieście – że na każdym kroku musi zajmować stanowisko w jakiejś niezmiernie ważnej dla niego kwestii.
Mój przyjaciel miał szczególny sposób korzystania z natury, jeśli idzie o potrzeby jego charakteru. Wyszukiwał w pobliżu miasta ciche, mało odwiedzane przez innych miejsce, w którym mógł być sam. Ciągle tam chodził i w końcu każdy krzew, każde drzewo w tym miejscu były mu dobrze znane. W takim miejscu nic nie mogło zakłócić mu spokoju. Natura otaczała go ze wszystkich stron niczym ściany cichej, swojskiej izby. W ten sposób Adolf przekształcał „świat zewnętrzny” w „dom”, w którym mógł oddawać się bez przeszkód swym planom i rozmyślać nad nowymi ideami.
Na tej zasadzie przez dłuższy czas traktował ławkę stojącą przy „ścieżce zdrowia” w Linzu jako swoisty gabinet do pracy, z którego korzystał przy pięknej pogodzie. Czytał tam swoje książki, rysował i malował akwarele, tam też powstawały jego pierwsze wiersze. Potem znalazł sobie jeszcze inne miejsce, które bardzo polubił, bo czuł się tam jeszcze bardziej bezpiecznie, a którego nikt poza nami nie odwiedzał. Chcąc tam dotrzeć, należało w połowie wysokości Kalvarienbergu skręcić ze ścieżki prowadzącej w stronę Zaubertalu na zachód, a potem wspiąć się bezdrożami przez zarośla i przez wielkie, ciemne złomy skalne. Siadywaliśmy w tym miejscu na najwyższej, nieco wybrzuszonej skałce – zarośla i drzewa w odcieniu głębokiej zieleni odcinały nas z tyłu półkolem od świata, a u naszych stóp, głęboko w dole, widniał Dunaj. Widok spokojnie płynącej rzeki bardzo wzruszał Adolfa. Niepowstrzymanie, wypływając z jednej wieczności, by dążyć do drugiej, potężne masy wody podążały na wschód. Jakże często tam na górze mój przyjaciel opowiadał mi o swoich planach. Niekiedy zdarzało się, że uczucia brały w nim górę i puszczał wodze fantazji. Przypominam sobie, że pewnego razu tak realistycznie opowiadał mi o wyprawie Krymhildy do krainy Hunów, że niemal ujrzałem potężne statki królów burgundzkich płynące w dół rzeki.
Zupełnie inny od atmosfery tego miejsca kontemplacji charakter miały nasze szeroko zakrojone wędrówki po okolicach Linzu. W owych czasach niepotrzebne były dłuższe przygotowania. Jedyną rzeczą, jakiej potrzebowaliśmy, była solidna laska. Do noszonego w dni powszednie ubrania Adolf wkładał kolorową koszulę, a na szyi, na znak, że ma zamiar dzisiaj długo wędrować, zaciskał zamiast zwyczajowego krawatu pleciony, jedwabny sznur ze skuwką. Nie zabieraliśmy ze sobą żadnego prowiantu; gdy czuliśmy głód, zjadaliśmy kawałek suchego chleba, popijając go szklanką mleka kupionego u chłopa. Jakież to były wspaniałe, beztroskie czasy!
Pogardzaliśmy koleją i wozami konnymi, wszędzie udając się tylko pieszo. Gdy nasze niedzielne wędrówki połączone były z wycieczką moich rodziców, co miało dla nas tę korzyść, że byliśmy zapraszani przez mego ojca na obfity obiad w którejś z wiejskich gospód, wychodziliśmy odpowiednio wcześnie, by punktualnie spotkać się z przyjeżdżającymi pociągiem rodzicami w docelowym miejscu. Mój ojciec, więcej niż szczęśliwy, że po sześciu dniach pracy w pocie i kurzu mógł znowu odetchnąć czystym powietrzem, lubił przede wszystkim małą, idylliczną wioskę Walding, leżącą pośrodku wspaniałych owocowych sadów; w czasie kwitnienia niemal nie było jej widać spoza koron drzew obsypanych białymi czy różowymi kwiatami. Nam Walding podobała się tym bardziej, że w pobliżu przepływała rzeczka Rodelbach, w której w ciepłe letnie dni chętnie się kąpaliśmy. Miała ciemne, złociście połyskujące dno i przypominała nam ciche, leśne strumienie z ojczyzny Adalberta Stiftera. Sama Rodelbach jest jednak podstępna, bowiem tam, gdzie człowiek tego najmniej oczekiwał, występowały głębokie doły z wirami, z których mógł się wydostać tylko bardzo sprawny pływak.
W pamięci pozostał mi pewien drobny epizod. Adolf i ja pobiegliśmy z gospody do rzeczki, by się wykąpać. Byłem niezłym pływakiem, podobnie jak mój przyjaciel. Mimo to moja matka bardzo się niepokoiła; poszła więc za nami i stanęła na wystającym nad wodę granitowym bloku, by mieć na nas baczenie. Opadająca stromo skałka była porośnięta mchem i poczciwa matka, przyglądająca się nam z lękiem i troską, poślizgnęła się i tak jak stała, wpadła do wody, dostając się do jednego ze wspomnianych ciemnych, podstępnych dołów. Byłem zbyt oddalony, by jej od razu pomóc. Jednakże Adolf ruszył natychmiast na ratunek i wyciągnął ją z wody. Hitler był zawsze przywiązany do moich rodziców. Znamienny niech będzie fakt, że jeszcze w 1944 roku kazał wysłać mojej mamie paczkę żywnościową z okazji jej osiemdziesiątych urodzin.
Adolf szczególnie lubił okolice Mühlviertel8. Za każdym razem pociągały go szeroko rozpościerające się wzgórza z pięknymi widokami z każdego z ich wierzchołków, gdzie nie wchodząc na sam szczyt, można było ujrzeć wokół wspaniałą panoramę całej krainy. Na samym dole, otoczony jasną srebrzystą wstęgą rzeki, tłoczył się Linz. Za granicą ciągnących się daleko żyznych pól wznosiły się na południu szczyty Alp. W czasie, gdy wiał fen9, widać je było tak wyraźnie, że dało się rozpoznać każdy z nich. Z Pöstlingbergu, który w dosłownym sensie nie jest górą, lecz krawędzią stromo opadającej ku Dunajowi wyżyny, wędrowaliśmy przez Holzpoldl i Elendsimmerl do Gramastetten albo przemierzaliśmy lasy rosnące wokół ruin zamku Lichtenhag. Adolf zmierzył jego zachowane jedynie częściowo mury i zapisał otrzymane wyniki w swym szkicowniku, który zawsze nosił ze sobą. Potem kilkoma kreskami narysował przebieg umocnień obronnych zamku, fosę, zwodzony most i z wyobraźni przyozdobił szczyty murów blankami i wykuszami. Pewnego razu zaskoczył mnie tam okrzykiem:
– To idealne miejsce akcji dla mego sonetu!
Kiedy jednak chciałem się dowiedzieć czegoś bliższego, wyjaśnił krótko:
– Najpierw muszę zobaczyć, co z niego wyjdzie!
W drodze powrotnej przyznał się, że materiał literacki, nad którym pracował, spróbuje przerobić na sztukę teatralną.
Do St. Georgen an der Gusen wybrał się po to, by stwierdzić, czy wśród tamtejszych mieszkańców zachowały się jakieś wspomnienia o słynnej bitwie z okresu wojen chłopskich. Gdy przemierzywszy cały Riedmark10, nie znaleźliśmy nawet jednego punktu zaczepienia, Adolf wpadł na osobliwy pomysł: był przekonany, że wśród zamieszkałych tam ludzi musiały się zachować dalekie choćby wspomnienia o owej wielkiej bitwie i pewnego dnia wyruszył w tamtą okolicę samotnie, bowiem uprzednio na próżno starał się przekonać mego ojca, by dał mi wolne. Przebywał w tamtej okolicy dwa dni i dwie noce, nie pamiętam już jednak, czy się tam czegoś dowiedział w interesującej go sprawie.
Tylko dlatego, że Adolf chciał raz zobaczyć swój ukochany Linz od wschodu, musiałem wraz z nim wspiąć się na ponurą górę o nazwie Pfennigberg, której – jak się skarżył – mieszkańcy Linzu nie darzyli zbytnią sympatią. Także i mnie miasto podobało się bardziej z każdej innej strony.
Adolf za to godzinami siedział na wierzchołku tego niegościnnego wzniesienia i szkicował. Nawet odwiedziny sąsiadującego z tym wzgórzem miasteczka Steyregg nie mogły mi poprawić humoru.
Za to St. Florian także i dla mnie nabrało symbolicznego znaczenia jako miejsce kultu sztuki. Zdawało nam się, że w tym uświęconym działaniem Antona Brucknera11 otoczeniu niespodziewanie natkniemy się na „muzykanta Pana Boga”, a we wspaniałym kościele zaraz usłyszymy jego genialne kompozycje grane na wielkich organach. A potem stanęliśmy przed prostą płytą nagrobną, wpuszczoną w posadzkę pod chórem, gdzie przed dziesięciu laty złożono na wieczny spoczynek ciało wielkiego mistrza. Cudowna kolegiata, przepyszna budowla będąca dziełem Jakoba Prandtauera, rozpaliła w mym przyjacielu płomień najwyższego zachwytu. Stał potem przez godzinę, a może nawet dłużej – o wiele za długo jak dla mnie – przed wspaniałymi Schodami Cesarskimi, by podziwiać przepych biblioteki. Jednakże największe wrażenie wywarł na nim kontrast między przeładowanymi bogatymi zdobieniami pomieszczeniami i salami opactwa a prostym pokojem, w którym mieszkał i tworzył Bruckner. Widok tych zwykłych mebli umocnił w Adolfie przekonanie, że na tej ziemi geniusz niemal zawsze jest związany z biedą czy wręcz nędzą.
Dla mnie takie wycieczki były bardzo pouczające, Adolf niewiele zdradzał ze swych emocji, był bowiem człowiekiem zamkniętym w sobie. Zawsze w jego świecie myśli był pewien strzeżony obszar, do którego nikogo nie dopuszczał. Hitler miał sporo trudnych do zrozumienia tajemnic, pozostając dla mnie pod wieloma względami zagadką. Istniał jednak klucz pozwalający poznać niektóre jego sekrety, pozostające zazwyczaj w ukryciu – zachwyt nad pięknem. Kiedy staliśmy przed tak wspaniałym dziełem sztuki, jak opactwo St. Florian, znikało wszystko, co mogło nas dzielić. Wtedy Adolf wręcz promieniał swym entuzjazmem, a ja czułem się w dwójnasób szczęśliwy, że jesteśmy przyjaciółmi.
Byłem często pytany, chyba nawet przez Rudolfa Hessa, który podczas wizyty w Linzu poprosił mnie raz do siebie, czy Hitler – tak jak go zachowałem w pamięci – miał właściwie poczucie humoru. Jak twierdzili ludzie z jego otoczenia, trudno to było zauważyć. W końcu był Austriakiem, a więc musiał mieć w swym charakterze także przebłyski słynnego austriackiego humoru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Adalbert Stifter – pisarz austriacki, uznawany dziś za klasyka literatury austriackiej, malarz, jeden z bardziej znaczących twórców okresu biedermeierowskiego – przyp. tłum. [wróć]
2. Böhmerwäld – Czeski Las; pasmo górskie położone na pograniczu Czech, Bawarii (Niemcy) i Austrii – przyp. tłum. [wróć]
3. Promenade – jedna z reprezentacyjnych ulic w Linzu – przyp. tłum. [wróć]
4.
