50-tka dookoła świata - Katarzyna Kozłowska - ebook
Opis

Stwierdzenie, że „życie zaczyna się po pięćdziesiątce” co prawda brzmi ładnie, ale jak się zabrać do jego realizacji? Dla Kasi, kobiety dojrzałej, szczęśliwej matki i żony, wcale nie było to takie oczywiste. Przyszedł jednak moment, w którym uświadomiła sobie, że nie warto odkładać marzeń na potem, bo „potem” dzieje się właśnie teraz... Mając 52 lata wyruszyła w samotną podróż dookoła świata, podczas której przemierzyła 3 kontynenty, 30 wysp i 59 tysięcy kilometrów.

Spotkania w ciemności z owadami, ukąszenie przez indonezyjskiego szerszenia, śmierć koreańskiej hostelowej współlokatorki, zabieg boleśniejszy niż dwa porody czy zaproszenie od nowozelandzkiej rodziny na darmowy nocleg po godzinie znajomości, to tylko niektóre zaskakujące „pamiątki” z tej szalonej wyprawy. Jeśli szukacie inspiracji do zmian w swoim życiu, jeśli chcecie podążać za marzeniami, ale nie wiecie od czego zacząć – poznajcie historię Kasi i jej fantastycznej podróży!

Podobno człowiek ma dwa życia, a to drugie rozpoczyna wtedy, gdy uzmysłowi sobie, że ma jedno…
Najpierw jest czas na pracę i na obowiązki, czas na budowanie domu i wychowywanie dzieci, ale przychodzi taka chwila, kiedy wewnętrzny głos wzywa do rozwijania swoich pasji, do samorealizacji i zastanowienia się nad sobą. Ten stan czasem może przyjść wcześnie, a czasem całkiem późno i nieoczekiwanie, ale to jest właśnie nasze drugie życie…

Telefon od Agnieszki z Niemiec i propozycja wspólnego wyjazdu z plecakami na kilka tygodni do Indonezji pozwoliły mi tylko szybciej podjąć decyzję. Spojrzałam na mapę i pomyślałam: dlaczego nie? Najpierw do Indonezji, a potem… Hm, stosunkowo blisko stamtąd do Australii, a potem do Nowej Zelandii… Postanowiłam więc, że jadę… dookoła świata!


Katarzyna Kozłowska – podróżniczka, która przełamuje stereotypy wieku i udowadnia, że metryka nie jest przeszkodą w realizacji marzeń. Samotnie zwiedziła wiele miejsc na świecie, wspina się po górach, pisze i wydaje książki oraz prowadzi bloga podróżniczego: www.goanywhere.to

Do tej pory ukazały się jej następujące powieści: „Trzymałam Anioła za rękę”, „Bo warto”, „Gniew motyla”. Autorka zawodowo związana jest z Sopotem, gdzie jako trenerka motywuje do zdrowego i aktywnego trybu życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSTĘP

Podobno człowiek ma dwa życia, a to drugie rozpoczyna wtedy, gdy uzmysłowi sobie, że ma jedno…

Najpierw jest czas na pracę i na obowiązki, czas na budowanie domu i wychowywanie dzieci, ale przychodzi taka chwila, kiedy wewnętrzny głos wzywa do rozwijania swoich pasji, do samorealizacji i zastanowienia się nad sobą. Ten stan czasem może przyjść wcześnie, a czasem całkiem późno i nieoczekiwanie, ale to jest właśnie nasze drugie życie… Po trzydziestu latach małżeństwa, wychowaniu dwojga dzieci i ponad dwudziestu pięciu latach w zawodzie, uzmysłowiłam sobie, że oto nadeszła pora, by wziąć głębszy oddech, zrobić przerwę od wszystkich codziennych powinności i poczuć wiatr we włosach. Poczułam pragnienie, by przestać ciągle robić coś dla innych, a zamiast tego realizować swoje marzenia. Nie, to nie ucieczka, ale wewnętrzne pragnienie zrobienia czegoś tylko dla siebie, odkrycia swoich ograniczeń, przekroczenia pewnych granic i sprawdzenia swoich możliwości. Być może także potrzeba pobycia dłużej tylko z samą sobą, a może spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy.

Telefon od Agnieszki z Niemiec i propozycja wspólnego wyjazdu z plecakami na kilka tygodni do Indonezji pozwoliły mi tylko szybciej podjąć decyzję. Spojrzałam na mapę i pomyślałam: dlaczego nie? Najpierw do Indonezji, a potem… Hm, stosunkowo blisko stamtąd do Australii, a potem do Nowej Zelandii… Postanowiłam więc, że jadę… dookoła świata!

– No coś ty! Sama przez świat chcesz jechać?

– Zwariowałaś?!

– Na pięć miesięcy?!

– W twoim wieku ludzie nie ganiają z wielkim plecakiem i karimatą, tylko odpoczywają!

– Po co ci to?

– Nie boisz się?

Mniej więcej takie były reakcje moich bliskich koleżanek i rodziny, kiedy oświadczyłam im, że mój zew pcha mnie do wyruszenia w drogę i nic mi się nie stanie, bo przecież podróżuję od dawna, właściwie od dziecka. W pierwszą podróż wyruszyłam z Gdańska w wieku dwóch lat, gdy uciekłam z nudnej piaskownicy i wsiadłam do tramwaju, który zawiózł mnie do odległej o kilkanaście kilometrów Oliwy. Nawet skarcona potem surowo przez zamartwiających się rodziców, do których odwiozła mnie po udanych poszukiwaniach policja, nie zrozumiałam, co było nie tak w moim zachowaniu. Bo jeśli pcha nas wewnętrzny głos, jeśli mamy w sobie takiego wędrowniczka, to prędzej czy później będzie się domagał, aby go posłuchać.

Zawsze lubiłam dalekie podróże, ale jedno- lub dwutygodniowe wyjazdy urlopowe były zdecydowanie za krótkie i pozostawiały niedosyt. Hotele, szczególnie te dobre, wydawały mi się nudne i przewidywalne, niewymagające od gości samodzielnego myślenia przy oferowanych wycieczkach, a ludzie w nich – często nudni.

Gdzieś głęboko kiełkowało we mnie pragnienie pojechania dalej – na dłużej i niskobudżetowo. Podróż do Maroka z plecakiem, mieszkanie w berberyjskiej wiosce i wspinaczka w góry Atlasu uzmysłowiły mi, co lubię najbardziej: włóczęgę, doświadczanie i odkrywanie świata na własną rękę, bo to zostaje w pamięci najdłużej.

Czytając blogi podróżujących samotnie, pomyślałam, że to jest właśnie sposób wędrówki, który najbardziej by mi odpowiadał. Nie wydaje się wcale wielce skomplikowany. Dobrze mieć oczywiście plan takiej wyprawy, licząc także na szczęście i życzliwych ludzi, z odrobiną przygody w tle i adrenaliną we krwi. I choć w większości podejmują takie wyzwanie ludzie młodzi, dlaczego ja nie miałabym tego zrobić? Znam języki obce, jestem sprawna fizycznie, pomimo swoich pięćdziesięciu dwóch lat! Nie należę do tych, co w swoim życiu myślą bardziej o bezpieczeństwie niż o szansie i wydają się być bardziej przestraszeni życiem niż śmiercią. Ja lubię żyć intensywnie i kolorowo. A więc postanowione – jadę!

Kilka miesięcy przygotowań to przede wszystkim oswojenie psychiczne rodziny z moją eskapadą, zadbanie o szczepienia, przemyślenie odpowiedniego ekwipunku i wyrobienie potrzebnych wiz. W pracy wzięłam roczny urlop dla poratowania zdrowia, bo nic tak dobrze nie zrobi na moją astmę, zdrowie psychiczne i wszystko inne jak wyjazd w tropiki jesienią. Kiedy na urodziny zamiast biżuterii dostałam od męża łóżko i szafę, czyli duży plecak i samopompującą matę, jego prezent zapewnił mnie, że mąż przyjął moją decyzję ze zrozumieniem i będzie mnie wspierał. To było najważniejsze. Nie chciałam, aby uznał, że go opuszczam, bo mam jakieś fanaberie wieku przekwitania i może szukam lepszego życia.

Jest mądry, zna moją naturę pędziwiatra i wie, że gdy coś postanowię, trudno mnie zatrzymać. Taka wyrozumiałość i wsparcie partnera niesamowicie pomagają, dodają skrzydeł i sprawiają, że bez poczucia winy mogę realizować swoje plany. Tym bardziej, że on nie mógłby na tak długo zostawić pracy, nie jest też fanem biegania z plecakiem. Jak mówi, swoje wybiegał za młodu na przeróżnych obozach sportowych. Widać każdy ma swój czas na różne rzeczy i chodzi o to, by to zrozumieć i uszanować.

Córka zadbała o mnie poprzez dostarczenie mi technologicznych gadżetów, syn wsparł dobrym słowem, więc miałam ich błogosławieństwo. Co więcej, otrzymałam zadanie, by pisać bloga na stronę nowo powstałej wyszukiwarki podróżniczej, która była dziełem mojej córki Karoliny i jej chłopaka. Opis podróży dookoła świata na pewno zrobiłby im dobrą promocję. W tym momencie moja wyprawa nabrała już nawet charakteru misji.

Kiedy pożegnałam najbliższych na lotnisku, łza zakręciła się w oku i jakiś smutek mnie ogarnął. Gdy zaś w środku nocy znalazłam się sama na wielkim lotnisku w Dubaju, oczekując na przylot Agnieszki z Niemiec, dotarło do mnie, że oto stało się to, co postanowiłam. No ale chciałam, to mam! Dziwne to było uczucie – ekscytujące i pełne nadziei. To jak pisanie nowego rozdziału w życiu. Cały dobytek w plecaku, żadnych spraw na głowie i czekanie… Zrozumiałam w tym momencie, jak wiele będzie w mojej podróży czekania: na samolot, na pogodę, na wolny pokój, Internet itp. Być może nauczę się trochę cierpliwości, która nie jest moją mocną stroną. W tamtej części świata to z pewnością przydatna cecha.

Spotkanie z Agnieszką, dalszy wspólny lot, kilka obejrzanych po drodze premier filmowych na pokładzie Emirates całkowicie wyeliminowały sentymentalne myśli i kazały mi się skoncentrować na miejscu lądowania.

I. INDONEZJAJAWA SMAKUJE NA OSTRO

Największy archipelag świata, ponad siedemnaście tysięcy wysp, z których kilka jest większych niż Polska. Czy dwa miesiące, jakie zamierzałam spędzić w Indonezji, wystarczą? W zasadzie nie mam wyboru, bo ogranicza mnie wiza. Lecąc nad wyspami, zadawałam sobie wiele pytań.

Po kilkunastu godzinach podróży samolot obniża swój lot. Spoglądam z góry na wielomilionową Dżakartę, nad którą unosi się żółty smog i z której w nieładzie obok wielopiętrowych wieżowców wyrastają slumsy. Ten widok budzi mieszane uczucia. Gęsta, nieładna zabudowa i zatkane arterie ulic przywołują skojarzenia z innymi zatłoczonymi molochami Azji. Dżakarta, ze względu na swoje intensywne zapachy nazywana przez mieszkańców Wielkim Durianem, jest ośrodkiem rządowym oraz ważnym centrum handlu. Z lotu ptaka widać liczne meczety z pnącymi się w górę minaretami i wielki port, będący jawajskim oknem na świat. Prawie dwadzieścia milionów ludzi mieszka w stolicy. To pulsujące serce całej Indonezji, do którego ściągają potrzebujący pracy i zarobku. My nie mamy w planach zwiedzania metropolii, kluczem w naszej podróży jest fantastyczna przyroda Indonezji i jej mniej zaludnione tereny.

Podczas podchodzenia do lądowania widać, jak wielki jest tutejszy port lotniczy. Obsługuje około czterdzieści milionów ludzi rocznie. Nie ulega wątpliwości, że Indonezja to nie jest żaden dziki kraj, tylko rozwijający się prężnie tygrys azjatycki.

Nasze wielkie plecaki pojawiają się szybko na taśmociągu. Wrzucamy je na plecy i zmierzamy do wyjścia. Dobre oznaczenia drogi ułatwiają poruszanie w obcym terenie. Gdyby nie indonezyjskie nazwy toalet, wejść i wyjść, trudno byłoby się zorientować, że jesteśmy w Azji. Modernistyczny przestronny obiekt, bary, sklepy i wygodne poczekalnie do złudzenia przypominają zachodni świat. Wymieniamy na lotnisku trochę waluty w kantorze i kupujemy indonezyjską kartę SIM, bo przecież kontakt z naszym europejskim światem jest absolutną koniecznością. Podążamy za tłumem turystów do wyjścia, gdzie uderza mnie gorące i wilgotne powietrze. O tej porze roku to cudowna odmiana od deszczowych, październikowych dni w Polsce. Kwitnąca tropikalna zieleń w rozstawionych donicach robi wspaniałe pierwsze wrażenie, ale jest to także ostatnie dobre wrażenie, gdyż już za chwilę czeka nas prawie godzinna przeprawa taksówką do hotelu, oddalonego od portu lotniczego zaledwie o trzy kilometry. Przeciskamy się wąskimi uliczkami pełnymi barów i straganów, które wyglądają bardziej jak walące się kurniki niż miejsca publiczne. Z naszej lewej i prawej, bez żadnego ładu i porządku, wymijają nas nieustannie skutery. Pojawiają się z różnych stron jak nieproszone komary. Wszechobecny chaos i panujący na drodze pełnej dziur harmider budzą nasze przerażenie. Kierowca jednak, zupełnie niewzruszony warunkami drogowymi, pali goździkowego papierosa i dla umilenia nam czasu puszcza muzykę przypominającą indonezyjskie disco polo. Uśmiecha się do nas żółtymi, przepalonymi zębami. Widząc, ile czasu zajmuje nam droga do pobliskiego hotelu, cieszymy się z wyboru tego miejsca. Chodzi tylko o jedną noc, bo rano czeka nas powrót na lotnisko i wylot na Borneo, skąd tak prawdziwie zamierzam rozpocząć indonezyjską podróż.

Sieciowe hotele to zazwyczaj najlepszy wybór, jeśli nie chcemy żadnych niespodzianek. Ma być czysto, ma działać klimatyzacja i powinna być dobra, znaczy bezpieczna lokalizacja. Typowo biznesowy hotel na jedną noc spełnia w zasadzie wszystkie te warunki. Nie przeszkadza nam wcale, że pokój jest bardzo mały i musimy ustępować sobie drogi, przechodząc do łazienki. W recepcji mówią po angielsku, w łazience jest ciepła woda i czyste ręczniki. Patio obok recepcji dysponuje nawet stawem z rybkami i leżakami do relaksu. No ale my nie w tym celu tutaj przecież… Wykąpane i przebrane chcemy coś zobaczyć i ewentualnie zjeść na mieście.

Jest jeszcze młoda godzina, więc zamierzamy poszukać w okolicy jakiejś restauracji. I oto pierwsze zderzenie z miejską rzeczywistością okazuje się bolesne. Znajdujemy się na peryferiach między zakorkowaną autostradą a boczną drogą, przy której nie ma absolutnie żadnego chodnika. Ten prosty fakt wynika z tego, że tu praktycznie nie ma pieszych. Nawet kilkuletnie dzieci pędzą na wszędobylskich skuterach.

Nasza determinacja jest jednak wielka. Przestraszone przemykamy z jednej strony dziurawej drogi z kałużami na drugą, by w końcu zobaczyć napis: „Warung”. To typowy bar uliczny z lokalnym jedzeniem, ale jakoś estetyka miejsca budzi nasze wątpliwości. Wejście jest wspólne z zakładem wulkanizacji i jadłodajnię ozdabiają stare opony. Brniemy więc dalej przez kałuże, coraz sprawniej wymijając auta i skutery. Nagle widzę, że Agnieszka zatrzymuje się, czyta coś uważnie i macha do mnie, wskazując wielki banner: „Local Food Festiwal 18–22”. A więc jesteśmy w samą porę. Podążamy za strzałką, by przekonać się, jakiego rodzaju pyszności możemy spróbować podczas rzeczonego festiwalu. Kilkaset metrów dalej, w pobliżu hotelu i centrum handlowego, ustawiono rząd małych straganów z białymi baldachimami. Każdy stragan ma kolorowy napis anonsujący rodzaj kuchni albo prezentowane dania – jak się domyślamy, gdyż informacje są po indonezyjsku. Widać krzątających się młodych ludzi w fartuchach i kucharskich czapkach oraz kilkoro zainteresowanych klientów. Festiwal na razie nie przyciągnął tłumów.

Podchodzimy do pierwszego straganu, gdzie sprzedawca prezentuje szaszłyki, czyli sataye. Próbujemy zapytać go po angielsku o sosy i czy mięso w szaszłykach jest ostre, ale porozumienie się jest niemożliwe. Za to cudowny uśmiech sprzedawcy robi na nas duże wrażenie. Wyraża szczerą aż do bólu niemoc w komunikacji, zakłopotanie i sympatię. Na pomoc przychodzą koledzy po fachu, ale oferują jedynie potrojony uśmiech od ucha do ucha z potakiwaniem głową na każde nasze zapytanie. Nasze rozmówki angielsko-indonezyjskie zostały w hotelu, toteż dialog ten wychodzi nam z mizernym rezultatem. Jedyne, co pamiętam, to kilka liczebników i słowo berapa?, czyliile to kosztuje? Mężczyźni podają nam do skosztowania szaszłyk.

– …suka? – pyta jeden z nich, patrząc na mnie.

Poważnie zastanawiam się, czy mnie obraził, i zamierzam jakoś zareagować, ale Agnieszka tłumaczy mi, że słowo suka oznacza po prostu ‘lubić’.

Próbujemy sforsować następny kram, by dowiedzieć się, co serwują tutejsi kucharze. W dużym garze bulgocze zupa z pulpetami, nie wiadomo, czy ostra, czy nie i z jakiego mięsa są pulpety. Idziemy dalej. Mamy do wyboru smażony ryż (goreng), z kurczakiem (nasi ayam), z mięsem i warzywami (nasi campur). Nie chcemy mięsa. Coraz bardziej głodne dajemy się skusić kolejnej ofercie straganu, gdzie podają gado gado – sałatkę warzywną z makaronem ryżowym – orazbintang, czyli niskoprocentowe piwo. Zgodnie stwierdzamy, że to menu nam odpowiada i zasiadamy do ustawionego przy straganie stołu.

Podobno silne emocje sprawiają, że człowiek lepiej się uczy i zapamiętuje. Nie inaczej stało się teraz. Jeden kęs apetycznie wyglądającego gado gado wystarczył, abym nauczyła się na zawsze zdania: Saya tidak suka makanan padas! – nie lubię ostrego jedzenia. Szkoda tylko, że wygłosiłam je mocno poniewczasie. Ilość papryczki chilli, jaka została mi podana w daniu, przekroczyła całkowicie moją tolerancję na ostre potrawy i jedynym, co mi pozostało, było zimne piwo bintang. Naprawdę starałam się przełknąć ten ognisty przysmak, tym bardziej że sałatka wyglądała bardzo apetycznie, a obok stały trzy indonezyjskie kuchareczki przyglądające się z ciekawością naszej konsumpcji. Walczyłam dzielnie, czując na sobie ich wzrok, ale poniosłam klęskę i nie przeszłam sałatkowej próby. Nasz głód uratowały jakieś batoniki w okolicznym sklepie, ale i tak, przemykając znów przed samochodami i skuterami, wracałyśmy nieco rozczarowane pierwszym kulinarnym doświadczeniem. Pomyślałam sobie, że w oczach lokalnych ludzi musiało wyglądać komicznie, gdy dwie białe kobiety próbowały lawirować najpierw między autami, a potem wygłodniałe męczyły się ze zbyt ostrą potrawą. Coś, co dla Indonezyjczyków jest oczywiste, dla nas wprost przeciwnie. Nie ulega wątpliwości, że dzieli nas wiele. A to przecież dopiero początek naszych przygód.

Sen to najlepsze lekarstwo na niezaspokojony głód, dlatego czym prędzej wpadamy w objęcia Morfeusza, izolując się na parę godzin od świata za pomocą stoperów do uszu.

Śniadanie w hotelu jest już dostosowane do naszych europejskich podniebień i pomimo że chleb nie przypomina chleba, raczej ciasto, a na stole z oczywistych powodów dominuje ryż, posilamy się i jesteśmy gotowe na nowe wyzwania. Z rana hotelowy shuttle bus zabiera nas na lotnisko krajowe, skąd mamy przelot do Pangkalan Bun w Centralnym Kalimantanie, czyli indonezyjskiej części Borneo.

 

OSTATNI PRZYCZÓŁEK ORANGUTANA

Muszę przyznać, że właśnie Borneo było tym punktem programu, na który czekałam z wytęsknieniem. Czytając o najstarszych lasach tropikalnych na Ziemi i orangutanach jako najważniejszych mieszkańcach tego obszaru, chciałam koniecznie ujrzeć je z bliska, w ich naturalnym środowisku. Widok z samolotu na miliony hektarów lasów i meandrującej między nimi rzeki jako głównej arterii komunikacyjnej sprawia niezwykłe wrażenie. Przyglądam się statkom poniżej i myślę o tym, że Indonezja jest pełna kontrastów. Wczoraj byłam w wielkiej metropolii, a dziś otacza mnie wspaniała dżungla. Lądujemy na małym, pustym lotnisku, gdzie z karteczką w dłoni oczekuje na nas Husni, nasz przewodnik i towarzysz rejsu. Korpulentny mężczyzna wita nas szerokim uśmiechem i zupełnie poprawnym angielskim. Wydaje się sympatyczny i wesoły, co nie jest bez znaczenia, jeśli mamy spędzić z nim na łodzi najbliższe dni. Uśmiechem witają nas zresztą także inni mieszkańcy, a nawet lecący z nami pasażerowie. Chcą zrobić sobie z nami po kolei selfie, więc cierpliwie pozujemy z nimi i z przyklejoną miną. Uwolnione wreszcie od celebryckiej powinności, z trudem wciskamy się z naszymi plecakami do małego auta. Omijamy miasto, jadąc z Husni bezdrożami do portu, gdzie zacumowane stoją klotoki – tradycyjne drewniane łodzie, którymi wozi się turystów po rzece i na których się także mieszka podczas zwiedzania dżungli i obserwowania orangutanów. Wszystkie w niebieskim kolorze, stoją równolegle przytulone do siebie, czekając na klientów. Ostrożnie stawiamy kroki, by dostać się do najbardziej skrajnie ustawionej łodzi.

– Hati, hati! – woła do nas dwóch młodych chłopaków, zabierając nam z pleców bagaże. To nasi załoganci Kadir i Adi, jednocześnie sternicy i obsługa sprzątająca. Już wiemy, że hati znaczy ‘uważaj’.

Od poprzedniego wieczoru zaczynamy wkuwać słówka bardzo starannie. Indonezyjski należy do najłatwiejszych języków na świecie. Nie ma koniugacji ani deklinacji, bazuje na kombinacji słów, nawet budując czasy przeszłe i przyszłe. Możemy więc łatwo powiedzieć zdanie w trzech czasach, znając tylko kilka słów: saya makanan ayam – jem kurczaka; saya makanan kemarin – jem kurczaka wczoraj; saya makanan besok – jem kurczaka jutro. Konstrukcja Kali jeść banana i Kali być głodnym zupełnie dobrze funkcjonuje w olbrzymiej, wymieszanej kulturowo populacji. Stworzony na bazie współczesnego malajskiego, z wpływami holenderskimi i jawajskimi, stał się bahasa Indonesia (indonezyjskim językiem) oficjalnie od 1942 r. Znajdziemy tu wiele zapożyczeń z innych języków, np. hakim – ‘sędzia’ z arabskiego, meja – ‘stół’ z portugalskiego, mie – ‘makaron’ po chińsku, kantor – ‘biuro’ po holendersku. Dodatkowo do rozwoju języka przyczyniły się także lokalne dialekty olbrzymiego archipelagu, których jest ponad 700.

Pokładowi chłopcy nie znają angielskiego, więc nasza nauka indonezyjskich słówek ma teraz praktyczne zastosowanie. Jest także Ini – jedyna kobieta w załodze i kucharka, która przygotowuje dla nas posiłki. Całkiem nieźle, na nas dwie przypadają aż cztery osoby załogi, nie możemy narzekać! I chociaż łódź jest prosta i stara, zapowiada się ciekawy rejs. Znalezienie w Internecie odpowiedniej oferty rejsu zajęło nam sporo czasu. Większość firm żądała dużo wyższych opłat za takie same lub nawet gorsze warunki. Zadowolona rozglądam się dookoła. Na dziobie ustawione są dwa leżaki, z których możemy obserwować otaczającą nas przyrodę, po środku znajdują się podwójny materac do spania oraz stół z krzesłami do naszych posiłków. Pod pokładem zlokalizowane są: kuchnia, miejsce do spania dla załogi i sterówka. Łazienka to prosty kibelek i wiadro z wodą do spłukiwania. Dodatkowy baniak służy do mycia. Kiedy włączony jest agregat, można nawet wziąć ciepły prysznic – luksus!

Wypływamy na rzekę Sekonyer, która poprowadzi nas kilkadziesiąt kilometrów w głąb dżungli. Na Kalimantanie poza miastami nie ma prawie dróg, to rzeki są szlakami, którymi ludzie się przemieszczają i przy których budują swoje domy. Szczególnie w czasie pory deszczowej, gdy leje przez kilka tygodni, przemieszczanie się lądem jest praktycznie niemożliwe. Rzeka staje się wtedy jedyną drogą.

Siadamy na naszych obserwacyjnych stanowiskach i chłoniemy otaczający nas świat. Klotok wydaje z siebie terkoczący miarowy warkot, młodzi sternicy kierują łodzią, a Ini krząta się po kuchni. Dopiero teraz w pełni cieszę się, że znalazłam się na wyspie. Po długim locie, intensywnym dniu w Dżakarcie czuję wreszcie przypływ pozytywnych emocji i satysfakcję, że mogę znaleźć się w niezwykłym miejscu, o którym tyle czytałam. Podziwianie dżungli na żywo, a nie w atlasie przyrodniczym, jest wyjątkowym przeżyciem. To jak uczestniczenie w reportażu National Geographic. Płynąc w górę rzeki, mogę wszystkimi zmysłami odczuwać niesamowite bogactwo fauny, która istnieje tu od czasów prehistorycznych.

Husni, który przyszedł do nas na pokład, zajmuje nam czas opowieściami. Mówi interesująco o życiu w dżungli i jej mieszkańcach. Dowiadujemy się, że na Borneo rośnie ponad piętnaście tysięcy roślin, trzy tysiące drzew, a samych palm jest ponad sto pięćdziesiąt rodzajów… Do tego ponad dwieście gatunków ssaków, czterysta pięćdziesiąt gatunków ptaków… Borneo jest ojczyzną największego storczyka, największej rośliny mięsożernej i największej ćmy. Ale choć można tu spotkać także niedźwiedzia malajskiego, panterę borneańską, karłowatego słonia czy nosorożca, największą atrakcję stanowią orangutany. Możliwość przebywania z nimi w naturalnym środowisku to główny cel przyjazdu turystów.

– Popatrzcie tam! – Husni wskazuje na pięknego dzioborożca w locie. Czarny ptak z wielkim dziobem i kolorowym chełmem przelatuje nad nami całkiem blisko.

Wody rzeki są mętne, brunatnego koloru, łączą się z rozległymi bagnami i torfowiskami. Brzegi porastają drzewiaste paprocie i lasy namorzynowe. Nie ma przed nami wielkiej przestrzeni ani odległej perspektywy. Rzeka na tym odcinku jest raczej wąska, widoczność klaustrofobiczna, ograniczona przez gęste drzewa, ale dzięki temu możemy dostrzec na nich ptaki i małpy – stada małp nosaczy na wierzchołku najwyższego drzewa leniwie kołyszące się na gałęziach albo pojedyncze makaki przemieszczające się wśród konarów i podpatrujące nas z daleka. Płyniemy wolno, obserwując naturę, która niespłoszona naszą obecnością żyje swoim rytmem.

Po kilku godzinach rejsu zatrzymujemy się, by odwiedzić niezwykłe miejsce: fundację pomagającą przetrwać zagrożonym i osieroconym orangutanom. Tutejszy obszar dżungli należy do parku narodowego, to teren chroniony. Cumujemy przy pomoście, którym idziemy kilkaset metrów w głąb tropikalnego lasu, gdy nagle… nie do wiary! Na samym środku pomostu leży orangutan! Całkiem sam, leży na wznak, w pozie, jakby się opalał albo relaksował po wypiciu zbyt wiele… Przechodzimy obok niego ostrożnie, żeby go nie spłoszyć, ale on nawet nie reaguje. Z zainteresowaniem słucham, jak Husni mówi, że orangutany mają melancholijną naturę i są raczej pokojowo nastawione do świata. Żyją w samotności, nie w stadach, stąd tak często padają ofiarami kłusowników, którzy sprzedają je jako żywe trofea-maskotki. Te człekokształtne stanowią na Borneo ponad trzy czwarte całej populacji światowej, ale niestety są gatunkiem poważnie zagrożonym. W ostatnich dziesięciu latach populacja orangutanów zmalała o ponad połowę, w wyniku postępującej wycinki puszczy pod uprawę palmy olejowej. Karczowanie lasów to nie tylko pozbawianie orangutanów ich miejsca do życia, to nieodwracalna zagłada dla wszystkich żyjących tam zwierząt. To niszczenie jednego z najbogatszych ekosystemów na świecie. Pomimo strasznej dewastacji lasów proceder trwa, bo jest niezwykle rentowny. Olej palmowy to jeden z głównych produktów eksportowych Indonezji, używany na świecie jako surowiec w żywności, kosmetykach, środkach czystości czy biopaliwach. Aż osiemdziesiąt pięć procent światowej produkcji pochodzi właśnie stąd.

Do fundacji zaadoptowane orangutany trafiają, by nabrać sił i zdrowia, a potem wrócić ponownie do dżungli. Mamy akurat możliwość obserwować je w czasie pory karmienia. Opiekunowie z naręczem bananów na plecach wołają lub gwiżdżą w charakterystyczny sposób, wabiąc małpy na dół. Zwierzęta pojawiają się nagle gdzieś wysoko w konarach drzew, a potem, obserwując bacznie okolicę, zwieszają się coraz niżej po gałęziach niczym cyrkowcy, aż dotrą do podestu, na którym opiekun zostawia im żywność. Stoimy w pewnej odległości, robiąc im zdjęcia i chociaż małpy nas widzą, nic sobie z tego nie robią. Pałaszują banany i ananasy, pozostawiając tylko łupiny i skórki. W indonezyjskim orang-utan znaczy człowiek lasu, zaś orang orang to ludzie, bo liczbę mnogą tworzy się przez powtórzenie tego samego słowa. Według Indonezyjczyków orangutany i ludzie stanowią jedną rodziną, chociaż żyjemy nieco inaczej!

Po posiłku małpy wracają na drzewa, a my na swoją łódź. Spacer przez dżunglę to bardzo pouczające doświadczenie. Husni wskazuje nam przeróżne rośliny lecznicze albo takie, które pozwalają zabić głód. Jest też sporo trujących. Las jest jak wielki sklep spożywczy i apteka, trzeba tylko umieć dobrze go czytać i uważnie rozglądać się wokół. Gęste i wysokie drzewa skutecznie zasłaniają słońce. Na ziemi jest wilgotno, mokro, gnijąco… Wspaniałe miejsce dla tysięcy robaków i przeróżnych owadów. Pomimo wysokiej temperatury ubrana jestem w długie spodnie i zakryte buty. Na odsłonięte części ciała rozpyliłam repelent odstraszający komary, bo szczególnie teraz, w porze deszczowej, jest ich dużo. Zbliżamy się do rzeki. Dym z komina na łodzi oznajmia, że mamy zaraz swój obiad. Kadir i Adi zamienili się już w stewardów i nakrywają do stołu. Zdejmujemy buty przed wejściem na pokład, myjemy ręce w rzecznej przefiltrowanej wodzie i bez żadnych specjalnych oczekiwań zasiadamy do stołu. Wybór dań przerasta nasze oczekiwania. W menu są: gotowany ryż, różne warzywa, smażona ryba, a na deser owoce; do picia oranżada. Wszystko bardzo smaczne i ładnie podane. Muszę przyznać, że taki orientalny posiłek na pokładzie łodzi smakuje wyjątkowo. Aż trudno uwierzyć, że w tych marnych warunkach Ini potrafi tak dobrze gotować. Chłopcy sprzątają po obiedzie, a my, znów na leżakach, obserwujemy przyrodę. Patrzymy na siebie z Agnieszką z wyrazem twarzy komunikującym pełnię szczęścia. Tak niewiele potrzeba.

Mimo że jest pora deszczowa, pada stosunkowo niewiele, zaś intensywnie pomarańczowy zachód słońca obiecuje kolejny piękny dzień. Dla odwiedzających Borneo jest to dobra nowina, ale dla lasów tropikalnych słabe opady albo ich brak oznaczają suszę. Ten rok jest wyjątkowy, ponad osiem miesięcy bez deszczu – skarży się nam Husni. To spowodowało wiele pożarów, dobrze więc, że wreszcie zaczęła się pora deszczowa.

Pozdrawiamy mijające nas klotoki na rzece i w błogim nastroju kontemplujemy otaczającą nas rzeczywistość. Choć od domu dzieli mnie kilkanaście tysięcy kilometrów, nie tęsknię wcale za tym, co w Polsce. Jeszcze chyba za szybko. Jestem zbyt podekscytowana wszystkim dookoła i czuję, jakbym ładowała się zieloną energią świata. Chłonę uważnie nowe otoczenie i delektuję się każdą wyjątkową chwilą. Chciałabym się pochwalić jakimś zdjęciem z orangutanem, ale aktualnie nie ma zasięgu, żeby je wysłać. Internet w dżungli nie działa, więc na jakiś czas muszę się wyzbyć wszelkich mediów. No ale ja miałam pisać bloga! Przecież po trzech dniach powinnam wysłać choćby jeden wpis! Zdesperowana idę do Husniego jak do cudotwórcy, prosząc, by coś wymyślił.

– No nie wiem, może jak przypłyniemy bliżej wioski, będzie lepszy zasięg – sugeruje bez przekonania przewodnik.

– Byłoby wspaniale, bo, wiesz, ja tylko chcę wysłać to, co napisałam… – tłumaczę się.

– Tak, tak… Pierwszy raz płynę z Polką na łodzi i do tego uzależnioną od Internetu – mruczy do siebie pod nosem Husni.

Pewnie ma mnie za ignorantkę, która zamiast napawać się dziewiczą przyrodą, szuka za wszelką cenę kontaktu internetowego. No tak, tutaj nikt raczej nie cierpi na uzależnienie od nowych technologii. W dżungli jest mnóstwo innych problemów, ale brak zasięgu do nich nie należy. Sama zresztą czuję, że moja egoistyczna strefa komfortu nakazuje nie myśleć teraz o blogu, tylko cieszyć się chwilą. Traktuję ten stan jako wyjątkowy luksus. Zamykam oczy, by mocniej poczuć zapachy i głosy lasu. Nagle słyszę nieśmiałe akordy gitary. To Kadir zaczyna grać tęskne, miłosne ballady. Adi dołącza się ze śpiewem. Przyjemne brzmienie, niski głos, zapraszamy chłopców na pokład. Tak oto nasi załoganci umilają nam wieczór, co staje się naszym codziennym rytuałem. Mają po dwadzieścia lat, ale jakże są inni od swoich europejskich rówieśników. Nie mając dostępu do komputera, do nowych technologii, żyją prostym, zwykłym życiem. Muzyka, śpiew, praca. Sami muszą o siebie zadbać. Nikt im nic nie da, jeśli sami sobie nie zorganizują. Są przy tym serdeczni i uczynni. Wydają się też zadowoleni ze swojego życia, uśmiech nie schodzi z ich twarzy prawie wcale. Nie dotyczy ich żaden wyścig szczurów, chodzi raczej o to, by mieć gdzie spać, co zjeść, spokojnie i dobrze żyć.

Po koncercie załoga znów pełni swoje obowiązki, klarując łódź do noclegu. Trzeba wykarczować krzaki, aby żadne zwierzę nie przedostało się na pokład, zawiesić moskitierę nad naszym materacem i zaciągnąć kotarę z jednej strony burty, na wypadek deszczu. Spanie nocą na rzece w środku tropikalnego lasu jest niesamowite. Wszystkie odgłosy lasu zdają się wielokrotnie intensywniejsze, a najdrobniejszy szelest w szuwarach uruchamia wyobraźnię. W wodzie co jakiś czas rzuca się ryba lub inne stworzenie, ponoć żyją tu także krokodyle…

Agnieszka, która odpłynęła już w głęboki sen z opaską na oczach i stoperami, w swoim cienkim śpiworku wygląda niczym mumia w sarkofagu. Ja mam jet lag, który pozbawia mnie szans na zaśnięcie. Spod pokładu dochodzi chrapanie załogi. Wygląda na to, że tylko ja czuwam. Wyobrażam sobie przeróżne scenariusze głównie z gatunku dreszczowca. Jak wpełza na pokład wielki wąż boa i muszę z nim walczyć albo jak tarantula chodzi po mojej moskitierze. W czarnej nocy nic nie widać, zmysły bardziej się wtedy wyostrzają i wchodzi się w zupełnie odmienny stan świadomości. Słyszę dochodzące z brzegu wycie, szczekanie i jakby śmiech… Wąski cień zwinnie przemyka po ścianie, blisko mnie. Nagle zastygam w bezruchu, a charakterystyczny czkawkowy odgłos oznajmia, że tej nocy zawitał do nas… gekon.

Rano podpływają do naszego klotoka wiejskie dzieciaki na długim canoe, chcąc sprzedać ręcznie robione upominki. Pomyślałam, że warto byłoby odwiedzić tutejszą wieś i zobaczyć, jak mieszkają ludzie na Borneo. Załoga spełnia moją zachciankę i za chwilę znajdujemy się w małej wiosce, której ludność w ramach migracji została przed laty przesiedlona z najbardziej zaludnionych terenów Jawy. Na niewielkich poletkach uprawiają ryż i warzywa, łowią ryby i są samowystarczalni. Proste chałupy na palach z dachem z blachy stoją jedna obok drugiej, a przed nimi siedzą na ławkach dzieci i kobiety. Taki widok ujrzałyśmy, idąc wąską ścieżką wzdłuż domów.

Zainteresowanie, jakie wzbudziłyśmy, było takie samo zarówno u dzieci, jak i dorosłych. Uśmiech, pozdrawianie, nawet jakieś miłe zaczepki. Tacy są Indonezyjczycy. Choć nie ruszają się ze swojej wsi przez całe życie, nie boją się obcych, są ich ciekawi, a nawet chętnie zapraszają do siebie.

Gdy przechodzimy obok domu z dorodną palmą kokosową w ogrodzie, kobieta siedząca na ganku na nasz widok woła do nas, a potem wskazuje wiszące kokosy. Gdy się do niej zbliżamy, wspina się zgrabnie na palmę, ścina dla nas duży owoc, po czym przepoławia go szybkim ruchem maczety. Przynosi z domu dwie słomki i podaje nam napoje. Ot, taki domowy szybki bar.

Popijamy orzeźwiający napój, a kobieta, siedząc naprzeciw nas w kucki, rozpoczyna konwersację. Pyta, ile mamy lat. Podajemy swój wiek, a ona śmieje się i myśli, że żartujemy. Husni, który jest w tej konwersacji tłumaczem, też wyraża swoje zdziwienie. Kobieta ma dopiero trzydzieści pięć, ale wygląda staro. Jej skóra jest zniszczona pracą w polu i w gospodarstwie. Przyprowadza swoje kilkuletnie dzieci, które dotąd z zainteresowaniem przyglądają nam się z daleka. Uznałyśmy, że należy zapłacić za poczęstunek, więc wręczamy jej dwadzieścia tysięcy rupii, którymi jest zachwycona. To w polskiej walucie jakieś pięć złotych.

Kolejna napotkana we wsi kobieta przynosi swoje niemowlę i kładzie mi na ręce. Nieco zakłopotana trzymam śliczną dziewczynkę z papką ryżu na czole i kolczykami w uszach, a kobieta dziękuje mi, bo mam przynieść jej szczęście. Ludzie tutaj wierzą, że człowiek o jasnych włosach to dar. Może to jeszcze dziedzictwo z czasów, gdy Holendrzy, podbijając te ziemie, nauczyli tubylców rolnictwa i przynieśli ze sobą postęp? Plantacje kakao, kawy, kauczuku czy awokado to wielkie dobrodziejstwo epoki kolonialnej, przynoszące krajowi wielki dochód, a ryż to w ogóle podstawa tutejszej egzystencji. Indonezja jest trzecim największym producentem ryżu na świecie.

Wędrujemy polną drogą, oglądając typowo wiejskie scenki bawiących się dzieci, szczekających psów i wszędobylskich kur. Na pozór wieś podobna do innych. Mężczyzn nie widać, bo pracują w polu, w dżungli lub na rzece. Różnicę stanowią otaczająca bujna przyroda i panujący upał. Aby chronić się przed słońcem, dzieci posmarowane są papką z ryżu, my mamy faktor pięćdziesiątkę, ale i tak spiekota nie zachęca do dalszego spaceru w otwartej przestrzeni. Na rzece jest jednak znacznie przyjemniej. Wracamy.

Po powrocie na łódź czeka nas miłe zaskoczenie – otrzymujemy od chłopców pięknie wyplecioną biżuterię z liści paproci. Nasi załoganci wręczają każdej z nas komplet: bransoletkę i pierścionek, będące symbolem respektu i przyjaźni. Jesteśmy wzruszone na myśl, że zamiast wypoczywać, oni podczas naszej nieobecności zajmowali się wyplataniem dla nas pierścionków.

– Kasia, szybko! Jest zasięg! – Husni ambicjonalnie potraktował moją prośbę i teraz przy każdym postoju będzie sprawdzał, czy jest zasięg.

Robi to, trochę podśmiewując się ze mnie, ale nie mogę mu odmówić czujności. Po wysłaniu pierwszych zdjęć i zamieszczeniu wpisu dałam sobie spokój i znów próbuję się wczuć w ciszę i niepowtarzalne piękno otaczającego mnie miejsca. Jestem jednak zawieszona między dwoma światami. Miotają mną sprzeczności. Z jednej strony chcę być częścią swojej kultury, z nowym zdjęciem na Facebooku i aktualnym wpisem na blogu. Z drugiej strony chciałabym zaszyć się w tej dżungli i wyzwolić umysł od wszystkiego, co narzucał mi mój dotychczasowy styl życia.

I znów smacznie podany obiad, a potem dalsza obserwacja zwierząt z naszego stanowiska na łodzi. Barwne okazy ptaków przelatują koło nas, budząc podziw. Zdarzają się zjawiskowe, wielkie motyle. Na Borneo żyją także latające jaszczurki i żaby, ale na razie nie miałyśmy okazji ich spotkać. Cisza, spokój, tylko naturalne odgłosy dżungli, do których powoli się już przyzwyczajamy. Nawet noc została już oswojona i nie budzi grozy. Zasypiam spokojnie, bez strachu przed intruzami.

Nowy dzień to kolejna wizyta w ośrodku adopcyjnym dla orangutanów, obserwacja ich w porze karmienia oraz zapoznanie się z pracą fundacji. W czasie tego spotkania możemy zobaczyć króla dżungli, wielkiego orangutana, który jako pierwszy rozpoczyna ucztę, a dopiero po nim posilają się inne orangutany. Jest imponujący, mierzy około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, duże talerze policzkowe przydają mu dostojeństwa. Siedzi na środku platformy, pochłaniając kiście bananów, i z obojętnością zerka wokół. Czuje się ważny i wie, że nikt nie może mu zagrozić. Najedzony, powoli wraca na drzewo z zapasem bananów pod pachą. Po jego zniknięciu inne małpy dużo swobodniej zabierają się za przygotowane dla nich jedzenie.

W powrotnej drodze odwiedzamy teren, który, kiedyś wykarczowany i zniszczony, dzięki wysiłkom ludzi zamieniony został na plantację z nowymi nasadzeniami. To kolejna fundacja dbająca o lasy tropikalne Borneo, walczy o ich przyszłość. Mamy możliwość posadzić tu własne drzewka, które wskazują tabliczki z naszym imieniem. Możemy wnieść chociaż taką malutką cegiełkę do poprawy zaburzonego ekosystemu dżungli, ale świadomość, że musi minąć wiele lat, zanim drzewa urosną, nie napawa optymizmem.

Te niezwykłe momenty obcowania z przyrodą uświadamiają mi, jak mało w swoim życiu mamy czasu na refleksję oraz wiedzy o tym, co żyje wokół nas. Nie znamy gatunków ptaków, których śpiewu słuchamy, nie zatrzymujemy się, by popatrzeć na kwiaty ani na drzewa, które ubarwiają nam życie i dostarczają tlenu. Jak wiele tracimy, nie doceniając najmniejszych stworzeń wokół nas, choć towarzyszą nam przez całe życie! Jesteśmy współczesnymi ignorantami, którzy więcej patrzą w telefon niż w niebo i może to jest jedna z przyczyn naszych frustracji. Bo obcowanie z przyrodą uspokaja i wycisza, a nawet zmienia nasze nastawienie do życia. W kulturze zachodniej wszyscy jesteśmy podobnie zestresowani i pospieszni. Wszystko jest na czas albo w niedoczasie, musimy być dobrze poinformowani, żeby czegoś nie stracić, nie być w tyle, nie dać się wyprzedzić. Wzajemnie się nakręcamy, nie zauważając nawet, kiedy przyspieszamy kroku i szybciej oddychamy. Będąc wśród tysięcy takich samych goniących za sukcesem, ulegamy presji i stajemy się kopią naszych znajomych, o których często myślimy ze współczuciem, że są sfrustrowani, spięci i nie znają umiaru w swym zabieganiu. A w czym się od nich różnimy?

Tylko spojrzenie z większego dystansu i znalezienie się z dala od wszystkiego, co jest oczywiste w kulturze zachodniej, pozwala dostrzec to, co najważniejsze. Nie w komercyjnym, luksusowym hotelu czy spa, ale w dzikim, pierwotnym świecie przyrody odnajdziemy to, co w nas najlepsze. Świat przyrody jak zwierciadło pokazuje, kim jesteśmy i czego pragniemy. Czy chcemy z natury czerpać to, co najlepsze, respektując jej prawa, czy może chcemy bezwzględnie używać tego, co ofiaruje, bezpowrotnie niszcząc jej dobrostan.

Kadi, który ma dyżur przy sterze, wyłącza silnik i wolno kieruje klotok do brzegu, bo oto dwa metry od nas, dosłownie na wyciągnięcie dłoni, wisi sobie na gałęzi znudzony nosacz. Karykaturalnie wyglądająca małpa, z wielkim jak banan nosem, patrzy na naszą załogę ciekawym wzrokiem, jakby chciała powiedzieć: „Cześć, co tam u was, bo ja tu sobie tak wiszę z braku lepszego zajęcia”. Zbliżają się do nas inne zainteresowane nią łódki, a małpa wisi, przeżuwa i patrzy… Bezcenna chwila.

Wędrujemy rzeką niespiesznie przez kilka dni, myśląc o tym, że być może za kilka już lat nie będziemy mogli oglądać tych cudownych istot w naturze. Jeden bowiem z najbardziej różnorodnych przyrodniczo regionów świata, z powodu karczowania i wypalania lasów pod uprawę palmy oleistej, traci co godzinę przestrzenie wielkości dwóch boisk piłkarskich. Najstarsze lasy świata mogą przestać istnieć, bo człowiek, powodowany chęcią zysku, sprzedaje to, co najcenniejsze. Ta bolesna wyrwa ma znaczenie nie tylko dla Indonezji, ale dla całego ekosystemu na świecie i być może szybciej, niż możemy przypuszczać, odczujemy skutki takiej polityki.

Ostatniego wieczoru po kolacji Husni oznajmia, że teraz odbędzie się na naszą cześć pożegnalny spektakl. Spodziewamy się co najwyżej szerszego repertuaru na gitarę i śpiew, co zresztą bardzo nam pochlebia. Grubo po zachodzie słońca dopływamy do miejsca postoju; wokół nas czarna noc, tylko gwiazdy jasno świecą nad głową. Adi wyłącza silnik, a my rozsiadamy się wygodnie na leżakach, by po raz ostatni poczuć niezwykły nastrój wieczoru w dżungli. Nagle naszym oczom ukazuje się magiczny widok. Przed nami drzewo zaczyna rozbłyskać tysiącami migocących światełek i przypomina jako żywo bożonarodzeniową choinkę. Niesamowite, choinka w dżungli! Ta żywa iluminacja utworzona jest przez świetliki świętojańskie, które wabią swoje przyszłe partnerki migającym światłem. Najedzone nektarem z namorzynowego drzewa rozpoczynają swój godowy seans. Co niezwykłe, wszystkie świecą w synchronizowany sposób, w pewnej sekwencji czasowej. Całe drzewo wydaje się być jednym wielkim świetlikiem. Absolutnie niezwykłe zjawisko, które występuje tylko w kilku miejscach na świecie. Mamy szczęście, że możemy oglądać coś tak pięknego. To prawdziwy spektakl, wart biletów.

Powrót do portu po kilku dniach spędzonych na łodzi jest trudniejszy, niż myślałam. Totalne oderwanie od wielkomiejskiego życia naprawdę dobrze nam zrobiło i zgodnie stwierdzamy, że mogłybyśmy jeszcze trochę pobyć w takiej izolacji. To taki reset umysłowy, kiedy nie patrzysz na zegarek, a rytm życia wyznaczają pory dnia. Bycie blisko z naturą i brak łączy z cywilizacją przypominają nam, że człowiek tak naprawdę wywodzi się z dzikiej przyrody i powrót do niej zawsze jest powrotem do źródeł i tego, co w nas prawdziwe. Nasz przewodnik ma dla nas na koniec niespodziankę: pobyt z noclegiem u plemienia Dajaków! Żegnamy więc naszych załogantów w porcie hojnymi napiwkami, żałując, że nie mogłyśmy z nimi zbyt wiele porozmawiać i wyrazić, jak bardzo ich polubiłyśmy.

– No, ale wiecie, tam jest bardziej prymitywnie niż na łodzi – mówi Husni, wioząc nas po wertepach do wioski Dajaków.

– To super! – krzyczymy zachwycone.

Jego mina jednoznacznie wskazuje, co o nas myśli: Naprawdę tego właśnie chcecie?

Mimo że zabiegałyśmy o tę możliwość w korespondencji mailowej z Husni, do końca nie było wiadomo, czy uda mu się taką wizytę zorganizować. Teraz cieszymy się jak dzieci na nowe spotkanie z tubylcami.

Rdzenni mieszkańcy Borneo, Dajakowie, to koczowniczy lud, który zamieszkuje dżunglę od setek lat, zajmując się polowaniem i łowiąc tradycyjnymi metodami. Ze względów bezpieczeństwa mieszkają w długich drewnianych chatach na palach i są raczej mało dostępni. Żyją w bardzo prymitywny sposób, mają swój własny dialekt, kultywują animizm. Dajakowie byli kiedyś łowcami głów, czaszkom przypisywali magiczne moce! I choć cywilizacja agresywnie wdziera się także do nich, próbują zachować swoją autonomię i dawny styl życia. Korzystają z telefonów komórkowych, a jednocześnie uprawiają magię. Niektóre rodziny pozwalają czasem na wizyty u siebie, biorąc udział w programie rządowym, dzięki któremu dostają dotacje. Uczą gości o swojej kulturze i tradycjach. My właśnie korzystamy z takiej opcji.

Dom Dajaków charakteryzuje całkowity brak wygód, nawet tych podstawowych. Toaletę zastępuje dziura w podłodze. Do mycia służy deszczówka w beczkach, a do spania podłoga i mata. Mimo to przed wejściem zdejmujemy z respektem buty, jak nakazuje tutejszy obyczaj. Z powodu braku elektryczności gospodyni używa w kuchni latarki czołowej i wydaje się być z tego powodu całkiem szczęśliwa.

Nasza wizyta jest jak spotkanie dobrych znajomych. Witane uśmiechem i oglądane z zainteresowaniem, które objawia się przybyciem sąsiadów oraz zadawanymi nam pytaniami, próbujemy mówić pojedynczymi wyuczonymi słówkami. Spędzamy wieczór z tubylcami, którzy nigdy nie słyszeli o Polsce, a ich cały świat kończy się na dżungli Borneo. Skrupulatnie przeglądam rozmówki, żeby powiedzieć coś miłego, ale wzbudzam tylko salwy śmiechu, gdy oferując pomoc w kuchni, proponuję ugotować gospodynię. Siadamy na podłodze do wspólnej kolacji, która oprócz tradycyjnego smażonego ryżu nasi goreng, składa się z pieczonego kurczaka, ryby oraz ugotowanych warzyw i owoców wyhodowanych w ogrodzie. Ta obfitość nas zaskakuje, podobnie jak cała ich gościnność. Rozmowa bez znajomości słów idzie coraz lepiej. My próbujemy popisywać się indonezyjskim, oni kręcą głową i podają słowa z własnego dialektu, które skrzętnie zapisuję. Częstują nas goździkowymi papierosami i grają koncert na gamelanie. W końcu zmęczone udajemy się do snu na swój większy kawałek podłogi, który odstąpili nam hojni gospodarze. Śpimy na wyplecionych przez Dajaków matach, we własnych śpiworach. Mimo że jest trochę spartańsko, nie odczuwam niewygody. Zmęczenie robi swoje, zasypiam w kilka sekund.

Następnego dnia otrzymujemy propozycję udania się na polowanie lub cmentarz. Wybieramy to drugie, wiedząc, że to zaszczyt zobaczyć ukryte w dżungli groby przodków. Kluczymy gdzieś wśród zarośli, jakby bez określonego kierunku, ale to celowy zabieg. Cmentarz ma być niedostępny dla obcych, bo to miejsce magiczne. W końcu docieramy do kilku grobów. Wyrzeźbione drewniane posążki różnej wielkości, w zależności od rangi członka rodziny, stoją wbite w ziemię, a przy nich ułożono talerzyki z jedzeniem i kubki z piciem. Dajakowie zostawiają pokarm dla zmarłych, wierząc, że w ten sposób wzmacniają ich moc, która spływa na żyjących. Posążki, które często mają ponad sto lat, stanowią atrakcyjny łup dla złodziei i kolekcjonerów. Tym bardziej czujemy się uprzywilejowane, mając możliwość zobaczenia tak pożądanych skarbów Dajaków. Tubylcy pokazują nam swoje spichlerze na ryż, prowadzą na pole, gdzie sadzą warzywa.

Niecodzienna okazja, by przyjrzeć się prostemu życiu plemienia, nakazuje podziękować za gościnę. Wręczam gospodarzom proporczyk z polskimi symbolami i breloczek. Oni w zamian obdarowują nas własnoręcznie uplecionymi bransoletkami – dzielą się tym, co mają, i jest to dla nas wzruszające. Ostatnie uściski są tak serdeczne, jakbyśmy znali się latami. Opuszczam ich wioskę z poczuciem, że często mniej znaczy więcej.

Kilka dni bez kontaktu z własną rodziną to stanowczo za dużo. Wreszcie jest ku temu sposobność – na lotnisku, gdzie Internet jest łatwo dostępny. Dzwonię przez WhatsApp, zapominając, że w Polsce jest środek nocy. Mąż jednak nie ma mi tego za złe, wyraźnie cieszy się, słysząc, że jestem cała i zdrowa. Ja nie przyznaję się, że już tęsknię, i zgrywam twardzielkę. Uspokajam, że nic mnie nie pogryzło i że z Agnieszką dobrze się dogadujemy.

To ostatnie ma dla mnie szczególne znaczenie. Nie wyobrażam sobie podróży z kimś, kto narzekałby na niewygody i marudziłby z powodu dyskomfortu. Agnieszka jako kompan wyprawy jest idealna – konkretna i rzeczowa, wie, czego może się spodziewać i po co tu jest. Interesuje ją obca kultura i chce jak najwięcej dowiedzieć się o nowych miejscach. Co ważne, gdy nie ma na coś wpływu albo absurdalność sytuacji jest poza jej kontrolą, po prostu rozładowuje całą sytuację śmiechem. Ja akurat reaguję bardzo podobnie, czyli obie dostajemy śmiechowej głupawki, rozumiejąc się bez słów. A jest to tutaj nasza częsta przypadłość. Myślę, że nie mogłam trafić lepiej.

 

YOGIA I LABIRYNT MĄDROŚCI

Powrót z dżungli na Jawę, najgęściej zaludnioną wyspę Indonezji, to szokujące doznanie. Aby je nieco zredukować wybieramy mniejszą Yogyakartę, zaledwie dwumilionowe miasto, będące prawdziwym kulturalnym sercem kraju. Potocznie nazywana Yogią, uwielbiana jest przez turystów z całego świata. Pełna tradycji i otwarta na świat, przyciąga niepowtarzalną atmosferą. Mimo że z żalem opuszczałam zielone Borneo, po tygodniu niewygód znów zatęskniłam do normalnego łóżka i prysznica. Hotel w samym centrum wydaje się być dobrym punktem wypadowym. Wreszcie możemy oddać rzeczy do jednej z pralni ulicznych i zakupić potrzebne kosmetyki. Rozkoszujemy się chwilą relaksu w ogrodzie i planujemy kolejne dni.

Gwarne miasto bez chodników nie jest już dla nas nowością. Uważnie, gęsiego, przedzieramy się bokiem jezdni do najbliższego kantoru. Główna ulica wygląda jak podczas zmasowanego ataku skuterów. Bez żadnych pasów na jezdni, wszyscy stłoczeni i gotowi do startu stoją przed światłami. Dobrze chociaż, że to jednokierunkowa.

Wymiana pieniędzy w kantorze wprawia nas w dobry nastrój. Tutejsza waluta znów pozwala nam na kilka dni stać się milionerkami. Najpierw idziemy wydać kilka tysięcy na lunch.

Wybór lokalu nie jest prostą sprawą, ponieważ na każdym kroku można znaleźć niezliczone oferty kulinarne. Mamy więc tanie rumah makan, gdzie w przyjaznej atmosferze, z mieszkańcami, zjemy skromnie i smacznie; warungi – pod prowizorycznym zadaszeniem, specjalizujące się także w owocach morza; kaki lima – sprzedające przekąski z wózka; oraz restauracje o różnym, mniej lub bardziej wyrafinowanym menu i wnętrzu. Co ciekawe, z powszechnej opinii wynika, że im skromniejsze miejsce, tym mniejsze ryzyko zatrucia. Najlepsze są po prostu miejsca często odwiedzane.

Wybieramy miły lokal na jednej z mniejszych uliczek. Wygłaszam magiczne zdanie, że nie lubię ostrego, po czym dostaję pyszną zupę bakso – rosół z wołowymi klopsikami, ulubione danie Obamy z czasów, gdy w dzieciństwie mieszkał na Jawie. W lokalu mnóstwo obcokrajowców, w radio lecą amerykańskie szlagiery, atmosfera jak w centrum europejskiej stolicy, a nie azjatyckiej wyspy.

Całkiem przyjemnie siedzi się w takim miejscu, popijając dobre piwo, ale wypadałoby coś więcej zobaczyć… Zmierzamy zatem do Malioboro, najbardziej znanej handlowej ulicy Yogii. Przecinająca miasto z północy na południe na długości kilometra, jest historycznym bulwarem, założonym kilka wieków temu przez sułtana. Niekończący się sznur ojeków, czyli motorowerów, uniemożliwia nam jednak szybkie przedostanie się na drugą stronę. Stoimy zagubione na skraju jezdni, kiedy pojawia się Hadi. Bezbłędnie wyczuwając naszą nieznajomość topografii, oferuje swoje towarzystwo do pomocy. Początkowo sceptycznie patrzymy na mężczyznę, który się do nas podpiął, ale ze względu na jego dobry angielski i całkiem miłą powierzchowność stwierdzamy, że lepiej mieć przewodnika, niż wędrować bez niego. Zamiast wędrować wzdłuż zatłoczonej ulicy handlowej, proponuje nam, by udać się do najstarszej dzielnicy miasta – Kratonu.

Hadi okazuje się bardzo pomocny, bo popołudniową porą nie mamy szans zajść już do większości zabytków starej dzielnicy. Kraton jest bez wątpienia wart spaceru ze względu na swoją niepowtarzalną XVIII-wieczną architekturę. Wąskie, malownicze uliczki, niskie domy z czerwoną dachówką to pozostałości dawnej Yogyakarty. Dwór, Wielki Meczet i Pałac Taman Sari były wspaniałymi dziełami centrum duchowego sułtanatu i jego potęgi. Mimo że godziny zwiedzania zakończono, wchodzimy znanym tylko miejscowym bocznym wejściem na mur Wodnego Pałacu. Hadi prowadzi nas po schodkach do punktu, z którego roztacza się piękny widok na ogrody, będące niegdyś miejscem odpoczynku sułtanów. W dobrze zachowanej części oglądamy trzy baseny, w których kąpały się oddzielnie żony i dzieci sułtana, konkubiny oraz on sam. Wędrujemy dalej, między licznymi warsztatami rzeźby i galerii batiku. Zachodzimy do jednej z nich. Pomyślałam sobie, że właściciele zapewne płacą Hadiemu za przyprowadzonych gości, bo widać, że jest mocno z nimi zaprzyjaźniony. Nie mamy mu tego za złe i nawet kupujemy malowane woskiem obrazy, których cała bogata kolekcja na ścianach budzi nasze uznanie. Podczas picia herbaty dowiadujemy się o technice batiku i z poczuciem dobrze wydanych tysięcy rupii dajemy naszemu przewodnikowi prowadzić się dalej.

Następnym punktem na mapie miasta jest palarnia najbardziej niezwykłej kawy z… kupy luwaka! Ta ekskluzywna kawa istnieje tylko w Indonezji, a zwierzak, zwany po polsku łaskunem, zjada tylko najlepsze owoce kakaowca, które tu rosną. Luwak nie trawi nasion, a jedynie miąższ kakaowca. Następnie ziarna, przechodząc przez jego przewód pokarmowy, tracą gorzki smak i są wydalane. Odchody luwaka zbiera się, ziarna czyści, praży i mieli, a kawa uchodzi za najdroższą na świecie. Jeden kilogram kosztuje prawie pięćset złotych. Kawa ma bogaty gęsty smak, przesycona jest aromatem orzechów i czekolady. Różnice w smaku są znaczące, jeśli zwierzęta żyją na wolności, a nie są trzymane w klatkach. Oczywiście marketing czyni cuda, bo choć w większości hodowli luwaki są niestety zniewolone, kawa wciąż uznawana jest za najlepszą na świecie.

Po kilku godzinach spaceru uznajemy, że pora rozstać się z Hadim. Chcemy już same odwiedzić mieszkającą od kilku lat w Yogyakarcie Polkę, która prowadzi mały pensjonat. Indonezyjczyk jednak nie daje za wygraną i oferuje nam podwiezienie do niej swoim skuterem. Patrzymy na mapę. Faktycznie z miejsca, w którym się znajdujemy, jest trochę daleko. Emi nie jest jednak zachwycona wizytą obcego. Boi się, że mężczyzna może nie być godny zaufania. Rozmowa trochę się nie klei, dopiero smaczna kawa z wolno biegającego luwaka, z plantacji właścicielki nieco rozluźnia atmosferę.

Jeden dzień na zwiedzanie miasta to niewiele, ale tak naprawdę jesteśmy tu głównie po to, żeby zobaczyć dwie średniowieczne świątynie: Barobudur i Prambanan, stanowiące największą atrakcję Yogyakarty.

Zastanawiamy się, czy rano skorzystać z pociągu, z oferty transportowej hotelu, czy też wynająć taksówkę na całodzienne zwiedzanie. Możliwości dojazdu do świątyń jest wiele, ostatecznie nasz nowy kompan ponownie oferuje nam transport, a my znów ulegamy jego nieodpartemu urokowi. Umawiamy się na następny dzień po śniadaniu pod hotelem.

Rano jednak obok Hadiego wita się z nami jeszcze jego kolega Torro. Obaj ubrani w koszule, pachnący, wyglądają co najmniej, jakby się wybierali na oficjalne spotkanie albo na randkę. Torro jest młodszy i wyższy, wygląda na trzydzieści kilka lat, Hadi ma czterdzieści. Nie jesteśmy zachwycone tym zestawem, węszymy jakiś podtekst i przez moment nawet zamierzamy zrezygnować ze wspólnej wycieczki. W końcu decydujemy się na wyprawę, ustalając konkretną cenę za usługę zawiezienia nas do świątyń. Wszystko staje się proste, gdy okazuje się, że panowie chcą zarobić, a my zwiedzić. Hadi po prostu znalazł klientki. Wymieniamy z Agnieszką porozumiewawcze spojrzenia: gdyby coś miało się zmienić, będziemy działać.

Wypielęgnowany Torro wyglądem przypomina gladiatora. Jest nie tylko wysoki, ale bardzo postawny, a jego imię idealnie do niego pasuje, tylko że jak na byka jest niezwykle miły i łagodny w obyciu. Przygotował ręczniczki, zaopatrzenie w postaci wody w butelkach i paczki migdałów na pokładzie swojego jeepa, którym zabiera nas z zatłoczonego miasta.

Wjeżdżamy w wiejski krajobraz, pełen pól ryżowych i bogatej roślinności, poprzecinany głębokimi wąwozami, by w końcu znaleźć się na północny zachód od Yogii. To tutaj w IX wieku rządząca dynastia zbudowała majestatyczną stupę, należącą po dziś dzień do najwybitniejszych dzieł architektury buddyjskiej na świecie. Wulkan i góry malujące się w tle nadają całemu miejscu niezwykły charakter. Wielka pusta przestrzeń dookoła wspaniale eksponuje zabytek i tylko kramy z tanimi pamiątkami, które usytuowały się tuż przed głównym wejściem, zaburzają krajobraz.

Kupujemy bilety i przywdziewamy wypożyczone sarongi, okrywając nieprzyzwoite krótkie spodenki. Do świątyni prowadzi długa aleja z zadbanymi rabatami i drzewostanem. Słonie indyjskie przechadzają się po trawnikach z opiekunami, tworząc sielski obrazek minionej epoki. Z daleka widać imponujących rozmiarów kamienny czworobok przypominający nieco piramidę. To Barobudur, starsza od Angkoru perła architektury buddyjskiej. Kupujemy bilety, przyglądając się przy okazji, jak sprytnie Indonezyjczycy wypełniają miejsca pracy. Oprócz sprzedającego bilety jest osoba kasująca bilety, inna zakładająca wypożyczony sarong oraz jeszcze inna odbierająca bilet i wrzucająca ewentualnie do kosza. W sumie cztery osoby zamiast dwóch albo nawet jednej do każdego klienta. No cóż, jakoś te miliony trzeba zatrudnić. Idąc dalej, możemy z bliska przyjrzeć się płaskorzeźbom na ścianach przedstawiającym wydarzenia z życia Buddy od narodzin do nauczania oraz ukazującym jego kolejne wcielenia. Wchodząc po schodach na poszczególne galerie, odkrywamy na reliefach nowe opowieści i nauki filozofii buddyjskiej.

Znajdując się na najwyższej galerii, w otoczeniu siedemdziesięciu dwóch posągów buddów zamkniętych w ażurowych stupach, doświadczamy mistycznego przeżycia. Barobudur zaprojektowany jest w formie mandali – koncentrycznego labiryntu, który przechodzi się zgodnie ze wskazówkami zegara jako dziesięć etapów inicjacji prowadzących do mądrości, czyli intuicyjnego poznania. Choć ma to raczej symboliczne znaczenie, krążę wytrwale wokół, a brak ludzi sprzyja kontemplacji niezwykłego miejsca. Jestem oczarowana. Widok na dolinę spowitą we mgle tylko potęguje moje wrażenia.

Nasi kompani cierpliwie czekają, aż w pełni nacieszymy się świątynią. Proponują nam zrobienie sesji zdjęciowej na tle rzeźb i muszę przyznać, że zupełnie dobrze radzą sobie z aparatem. Osobiście wolę jednak, żeby pozostali przy swoich rolach przewodnika i kierowcy. Myślę, że wystarczyłby z naszej strony jakiś drobny przyzwalający gest i obaj chętnie przeszliby do bliższych relacji. Zachowujemy więc z Agnieszką odpowiedni dystans, nie pozwalając na spoufalanie.

Opuszczamy Barobudur zachwycone, że mogłyśmy przy pięknej pogodzie podziwiać świątynię, mając ją prawie na wyłączność. Pierwsze wycieczki hałaśliwych turystów wspinają się po schodach i zaburzają harmonię miejsca. Jesteśmy w odwrocie. Droga powrotna na parking przebiega obowiązkowo przez dziesiątki straganów z tanimi pamiątkami, których w żaden sposób nie da się ominąć. Wystarczy ukradkowe spojrzenie na którąś z pamiątek, by sprzedawczyni podążała za nami z namolnymi okrzykami zachęcającymi do kupna.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy wczesnym rankiem, a teraz, w południe, upał zrobił się nie do zniesienia. Żar leje się z nieba, woda dawno wypita, a organizm dalej domaga się chłodzenia. Postanawiamy zrobić przerwę na lunch w małym przydrożnym warungu. Siedząc przy wspólnym stole, w oczekiwaniu na dania, mężczyźni zadają nam pytania o rodzinę i najbliższych. Chociaż może się to wydać obcesowe i nawet niegrzeczne, wiemy już, że dla Indonezyjczyków to normalne. Chcą wszystko wiedzieć o poznanej osobie i potrafią zamęczyć licznymi pytaniami. Przerobiłyśmy to z Husnim i nawet Dajakami. Osobiste pytania o wiek, męża, dzieci, pracę i wyznawaną wiarę to standard.

– Ja jestem lesbijką – wyznaje szczerze Agnieszka i opowiada o swojej partnerce, z którą wkrótce się spotka.

– A ja mam pięćdziesiąt dwa lata, męża w Polsce i dwoje dorosłych dzieci – opowiadam zszokowanym słuchaczom.

Nie wiem, co budzi większe niedowierzanie i wstrząs, wyznanie Agnieszki czy mój wiek. Wyraźnie trudno im uwierzyć w obie prawdy. Torro nie kryje rozczarowania.

– Nie żartujecie sobie z nas?

Miał nadzieję na coś więcej, gdy obejmował mnie ramieniem. To, że jestem w wieku jego matki, nie mieści mu się w głowie. Mimo to wciąż prawi mi komplementy i zachwyca się moimi blond włosami.

– Kasia, ty jesteś chantik (piękna) – z dziwnym żalem w głosie stwierdza Torro.

– Teri makasi (dziękuję), Torro – odpowiadam rozbawiona.

– Twoje włosy są jak makaron spaghetti! – kontynuuje swoje wyszukane komplementy.

Agnieszka ma czarne, kręcone włosy, a opalona jest nawet nieco podobna do mieszkańców wysp. Jej uroda nie wzbudza więc takiej sensacji.

Zadowolone, że nasze szczere wyznanie kończy dalsze zaloty mężczyzn, zamierzamy w spokoju kontynuować zwiedzanie. Kilkanaście kilometrów na wschód od Yogyakarty, czyli ponad godzinę drogi od Barobudur, leży niezwykłe sanktuarium Candi Prambanan. Wybudowane w IX wieku ku chwale panującej dynastii Sailendrów stanowiło wielkie osiągnięcie techniczne na ówczesne czasy. Jest to zbiór kamiennych piramid, z których najwyższa – góra Siwa – osiąga wysokość czterdziestu siedmiu metrów. W środku piramid są kaplice dające wspaniałe świadectwo złotego wieku sztuki hindusko-jawajskiej, a płaskorzeźby opowiadają historię Ramajana. Cały kompleks jest największym hinduskim sanktuarium w Indonezji, niestety trzęsienie ziemi w 2006 r. zniszczyło wiele piramid, które wciąż czekają na odrestaurowanie. Chodzimy pośród wspaniałych świątyń, zastanawiając się nad niezwykłą kreatywnością przodków. Dynamika wyrzeźbionych postaci i niuanse w prezentowanych scenach budzą nasz podziw. Zatrzymuję się nad szczególnie plastyczną Kamasutrą, chcąc dokładniej przeanalizować scenę, gdy nagle na niebie pojawiają się ciemne chmury i w ciągu kilku minut zaczyna padać ulewny deszcz. Nie ma możliwości kontynuowania zwiedzania w takich warunkach. Silna ulewa sprawia, że ziemia staje się błotnistą breją.

Wracamy do Yogyakarty, dzieląc się po drodze z naszymi kompanami swoimi wrażeniami. Rozmowa przebiega teraz w swobodniejszej atmosferze i bez podtekstów. Torro wyznaje, że jego największym marzeniem jest zobaczyć śnieg w górach, a Hadi opowiada o swoim życiu artysty malarza na Bali. Choć obaj liczą jeszcze na wspólny przejazd także kolejnego dnia, regulujemy należność za wycieczkę, po czym żegnamy się, chcąc już podróżować na własną rękę, bez niepotrzebnych towarzyskich zależności.

 

BROMO WIECZNIE ŻYWY…

Indonezja ze swoimi co najmniej pięciuset wulkanami, z których ponad sto dwadzieścia pozostaje czynnych, jest najbardziej aktywną sejsmicznie strefą ziemi. Na Jawie jest aż siedemnaście czynnych wulkanów – z trzydziestu trzech istniejących – i pomimo panującego niebezpieczeństwa, nie brakuje chętnych do wejścia na nie po niesamowite wrażenia. My wybieramy Bromo (2392 m n.p.m), który, choć nie należy do najwyższych, uchodzi za jeden z bardziej atrakcyjnych.

W tym celu zakupujemy w jednym z wielu ulicznych biur turystycznych przejazd w pakiecie z noclegiem w hostelu pod wulkanem. Mamy przejechać busem tylko czterysta kilometrów, ale jakość dróg nie pozwala na rozwijanie prędkości. Nasz czas przejazdu to aż jedenaście godzin!!! Stara zasada mówi, że jeśli nie masz na coś wpływu, to się nie denerwuj, bo i tak nie pomożesz. Tak też czynimy. Międzynarodowe towarzystwo w aucie szybko się integruje, wymieniając swoje doświadczenia z Indonezji oraz częstując się wzajemnie jedzeniem. Zanim dojeżdżamy na miejsce, stanowimy angielsko-polsko-francusko-niemiecki team gotowy wspólnie zdobywać szczyt.

Późnym wieczorem