13 miesięcy - Agnieszka Brückner - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

13 miesięcy ebook i audiobook

Brückner Agnieszka

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

205 osób interesuje się tą książką

Opis

Po bolesnej zdradzie ze strony ukochanego dwudziestoośmioletnia Elizabeth Evans skupia się na pracy, dzięki czemu staje się najlepszą agentką nieruchomości w New Haven. Kobieta ma jedną, najważniejszą dla niej zasadę – nie sprzedaje obiektów należących do M&H Construction.

 

Przynajmniej do czasu. 

 

Trzydziestoletni Gregory Hall wraz z ojcem i jego przyjacielem prowadzą prężnie rozwijającą się firmę deweloperską. Niestety splot pewnych wydarzeń sprawia, że mężczyzna musi podjąć bliższą współpracę z byłą narzeczoną swojego kumpla. Oboje się nienawidzą, lecz dla dobra interesów postanawiają odłożyć na bok wzajemną niechęć. Jednak wszystko się komplikuje, gdy Elizabeth dziedziczy połowę firmy, a do akcji wkracza były narzeczony, próbując podważyć zapis testamentu. 

 

Greg i Liz wchodzą w układ, który ma na celu ocalić firmę, a także zemścić się na niewiernym eks kobiety.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                                                                                      Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 9 min

Oceny
4,6 (1295 ocen)
975
213
79
28
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
arletatatarek

Nie oderwiesz się od lektury

Ja kocham książki tej Pani 🫶 Kto znam ten wie ,że czytając nigdy się nie zawiedzie ♥️ Historia tej książki jest cudowna polecam przeczytać 🫶🫶🫶
100
paulinao04

Nie oderwiesz się od lektury

Pokochałam tę książkę za pierwszym razem gdy ja czytałam na wattpadzie. teraz przeczytałam ją drugi raz i napewno do niej kiedyś wrócę bo jest do czego . 💜🧡
60
Smiecholka1975

Z braku laku…

Pół książki bohaterowie dowalali sobie nawzajem, klnąc przy tym siarczyście. Drugie pół uprawiali seks. Chciałam coś lekkiego, ale przypadkowo trafiłam na książkę skierowaną chyba do czytelniczki innej kategorii wiekowej.
51
Alutka43

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka jak i pozostałe tej autorki
41
klaudia195

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna jak zwykle Agnieszka nie zawodzi ❤️ polecam
30

Popularność




Copyright © 2024

Agnieszka Brückner

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Oświęcim

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Katarzyna Chybińska

Monika Fabiszak

Barbara Hauzińska

Redakcja techniczna:

Michał Swędrowski

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8362-526-3

PROLOG

Elizabeth

Właśnie myję ręce w łazience, gdy do pomieszczenia wchodzi jedna z kelnerek i spogląda na mnie dziwnym wzrokiem.

– P-pani Evans – mamrocze cicho, lecz natychmiast ją poprawiam:

– Moore. – Uśmiecham się od ucha do ucha. – Od kilku godzin już Moore.

Młoda kobieta nerwowym ruchem poprawia swoje ciemne włosy, a sama jej postawa wzbudza we mnie dziwne obawy.

– O co chodzi? – pytam cicho, podchodząc do niej. – Coś się stało? Masz kłopoty?

– Przepraszam, że to robię, ale… Ale musisz coś zobaczyć – kończy szeptem. – Teraz.

Z duszą na ramieniu kiwam głową na zgodę. Kelnerka natychmiast wychodzi z toalety, a następnie kieruje się na prawo, a więc w przeciwną stronę niż sala weselna, w której odbywa się moje przyjęcie ślubne. Cały czas zachodzę w głowę, co też się mogło stać, ale o nic nie pytam. Po prostu podążam za kobietą, czując, że sprawa nie dotyczy zniszczonego tortu, a czegoś o wiele poważniejszego.

Niespodziewanie brunetka przystaje przed jednymi z drzwi i zagląda przez okrągłe okno do środka.

– Przepraszam – duka po raz kolejny, a ja, nie myśląc wiele, odsuwam ją na bok, staję na palcach i zaglądam przez szybę.

Widok, jaki zastaję po drugiej stronie, sprawia, że cały obiad podchodzi mi do gardła. Za jednym z regałów, na którym znajdują się czyste talerze i półmiski, stoi mój świeżo poślubiony mąż i posuwa inną kobietę. Na dodatek jej suknia jest tak charakterystyczna, że nie muszę widzieć jej twarzy, by wiedzieć, kim jest.

Przełykam łzy, po czym odwracam się w stronę kelnerki stojącej za moimi plecami.

– Masz telefon?

Po chwili wahania dziewczyna sięga do kieszeni fartuszka i wyciąga białą komórkę, którą odblokowuje, a następnie mi podaje. Nie zastanawiając się nad późniejszymi konsekwencjami, włączam kamerę i zaczynam nagrywać, akurat w momencie, gdy kochanka mojego, za chwilę byłego, męża wykrzykuje jego imię i odwraca twarz w stronę rejestratora.

Suka!

– Zgłoś się po niego później – nakazuję właścicielce urządzenia, ruszając w stronę sali weselnej.

Wiele wysiłku kosztuje mnie utrzymanie promiennego uśmiechu na twarzy, gdy wkraczam w tłum zebranych gości. Są tu dziś nasi krewni, przyjaciele, a także partnerzy Davida w interesach. Jest też bliskie grono współpracowników naszych ojców. Łącznie niemal dwieście osób.

Dwieście par oczu, które zobaczą, jak wygląda zemsta zdradzonej kobiety.

– Steve – zaczepiam DJ-a będącego jednocześnie synem gosposi moich rodziców. – Wyświadczysz mi przysługę?

– Jasne, Liz, co się dzieje? – docieka, odkładając na bok słuchawki.

– Puść ostatni filmik na projektorze – proszę z lekkim uśmiechem, podając mu trzymaną w dłoni komórkę.

– Jasne. Kiedy? – docieka.

– Teraz. Zrób jakąś zapowiedź, żeby wszyscy się na tym skupili, okej? I zapętl nagranie, żeby mój mąż zdążył je zobaczyć – nalegam.

Następnie ruszam przez salę, szukając ojca. Odnajduję go przy stoliku z alkoholami, gdzie żartuje sobie z moim teściem i ich wspólnymi znajomymi.

– Tato – zagaduję, po czym chwytam go za dłoń i odciągam na bok. – Tato, przepraszam za to, co za chwilę zobaczysz.

Mężczyzna rozszerza oczy, ewidentnie mnie nie rozumiejąc, a w tym samym czasie rozbrzmiewa głos DJ-a:

– Drodzy goście, zdaje się, że panna młoda przygotowała dla państwa pewną niespodziankę! Proszę zatem o chwilę uwagi!

Obserwuję chłopaka, kiedy podłącza telefon pod laptop, a następnie klika coś myszą. Już po sekundzie obraz za nim się zmienia, a kolorowe światła i gwiazdy znikają na rzecz sceny porno rozgrywającej się na zapleczu kuchni. Ściskam mocniej ojca za rękę, podczas gdy wszyscy z zapartym tchem i w totalnej ciszy oglądają nagranie.

Niespodziewanie do sali wraca David, a tuż obok niego idzie moja matka. Rozmawiają, jak gdyby nigdy nic. Jakby właśnie wrócili z papierosa, na którego często wymykają się razem podczas imprez. Obserwuję ich twarze i czekam, aż zobaczą siebie na projektorze. Czekam, aż zaczną się tłumaczyć. Czekam, modląc się w duchu, by ta podwójna zdrada nie zabiła mojego ojca. Do tej pory był ślepo zapatrzony w swoją żonę, a ona go zdradza.

Na dodatek z moim facetem.

– Ty skurwielu! – wrzeszczy tata, po czym rusza na swojego zięcia, ale zatrzymuję go w miejscu.

– Nie, nie warto – szepczę drżącym od emocji głosem. Nie rozkleję się przed taką publicznością. – Oni nie są warci naszych emocji – przypominam, trzymając go kurczowo za marynarkę.

– O mój Boże! – Głośny jęk matki zdradza, iż w końcu dojrzała siebie na nagraniu.

Nie odwracam się jednak w jej stronę. Nie zasłużyła na moją uwagę. Po prostu zdejmuję z palca obrączkę i pierścionek zaręczynowy, które rzucam pod nogi, a następnie chwytam tatę za dłoń i błagam zdławionym szeptem:

– Chodźmy stąd.

Dwie sekundy. Tylko tyle trwa jego wahanie. Po tym czasie ściska mocniej moje palce i prowadzi w stronę wyjścia z sali, a następnie budynku.

– Elizabeth! – Donośny krzyk za moimi plecami sprawia, że cała się spinam. – Skarbie, poczekaj!

– Zatrzymajcie go. – Nie zwalniając kroku, tata nakazuje mijanej właśnie ochronie budynku. – Niech da nam w spokoju wsiąść do samochodu.

Głos Davida cichnie, a my w końcu docieramy do wyjścia, gdzie z papierosem w ręce stoi Gregory Hall – najlepszy przyjaciel mojego męża, a zarazem chłopak mojej najlepszej przyjaciółki.

– Wiedziałeś o tym?! – Dopadam do niego i zaczynam okładać go pięściami. – Wiedziałeś, że mnie zdradza?!

Hall nic nie odpowiada. Po prostu odrzuca fajkę i chwyta moje nadgarstki, po czym odciąga je od swojego torsu.

– Oczywiście, że wiedziałeś – wypluwam z siebie. – Przecież jesteście przyjaciółmi! Chwalił ci się jakimś grafikiem, byś wiedział, kiedy masz go przede mną kryć?! Po to była ta nasza rozmowa tydzień temu?! Bym to ja się wyłożyła?! – drążę wściekle.

– Beth, ja… – Zaczyna się tłumaczyć, ale w tym samym momencie wyswobadzam się z jego uścisku i policzkuję go z całej siły.

– Nienawidzę cię, Greg! Nienawidzę cię za to, jak się mną zabawiłeś! Za to, że wiedziałeś, a jednak milczałeś!

Mina mężczyzny w ułamku sekundy zmienia się ze współczucia we wściekłość.

– A czemu miałem ci o tym powiedzieć? Jak sama zauważyłaś, jestem jego przyjacielem, a nie twoim.

Ten przytyk sprawia, że od razu zbieram się do kupy. Z wysoko uniesioną głową ruszam w stronę ojca, który wciąż czeka na mnie przy naszym samochodzie.

– Niech was obu piekło pochłonie! – krzyczę przez ramię, a następnie zajmuję miejsce na tylnej kanapie.

– Jak się trzymasz? – pyta tata, gdy kierowca rusza.

Przygryzam wargę, by się na nowo nie rozpłakać, ale po chwili tama puszcza.

– Jak ona mogła nam to zrobić? – zawodzę, wtulając się w pierś ojca.

– Nie wiem, dziecko… Nie wiem… – wzdycha głośno. – Ale przysięgam, że tego pożałuje.

ROZDZIAŁ 1

Elizabeth

Niecały rok później…

– Dzień dobry! – Od progu dobiega mnie nieśmiały żeński głos, więc podnoszę wzrok. – Chcieliśmy… – Kobieta przenosi spojrzenie na towarzyszącego jej mężczyznę – Jesteśmy zainteresowani zakupem domu – mówi w końcu.

Uśmiecham się promiennie, a następnie wstaję zza biurka i ruszam w stronę nowo przybyłych.

– Świetnie państwo trafili – oznajmiam, wyciągając rękę na powitanie. – Nazywam się Elizabeth Evans i chętnie państwu pomogę.

– Sam Smith – informuje mężczyzna, ściskając moją dłoń.

– Sarah. – Zaraz po nim przedstawia się kobieta.

Gestem zapraszam ich do swojego biurka, po czym zaczynam własny wywiad.

– Czy mają państwo już coś na oku, czy dopiero zaczynamy poszukiwania? – dociekam, gdy ci zajmują miejsca na wskazanych fotelach.

– Tak właściwie zaciekawiła nas oferta umieszczona na państwa stronie internetowej – wyznaje kobieta.

– Tak? To świetnie! – Obchodzę biurko i siadam przy komputerze, a następnie włączam przeglądarkę, która od razu ładuje stronę naszego biura nieruchomości. – Mogę zapytać, o którym ogłoszeniu mowa?

– O tych domkach jednorodzinnych na nowo budowanym osiedlu w pobliżu West River – oznajmia mężczyzna, a mój uśmiech momentalnie gaśnie.

Spoglądam tęsknie na stanowisko po drugiej stronie pomieszczenia, gdzie zwykle siedzi moja przyjaciółka. Ten konkretny rejon New Haven należy do niej, jednak nie dlatego, że mamy w biurze podział na dzielnice, ale dlatego, że nad West River osiedle buduje Moore & Hall Construction, a więc nie kto inny, jak mój były-niedoszły teść i jego wspólnicy, z którymi po nieudanym ślubie całkowicie zerwałam kontakt. I żadna premia czy prowizja nie zmuszą mnie do tego, by pośredniczyć w sprzedaży ich mieszkań czy domów.

Po moim trupie!

Skupiam wzrok na małżeństwie przede mną. Młodzi, świeżo po ślubie – zdradzają to ich jeszcze lśniące obrączki. Myślę, jak najlepiej wyjść z tej sytuacji, by i wilk był syty, i owca cała.

– Niech zgadnę, niedawno wzięliście ślub, a teraz chcecie przygotować gniazdko dla przyszłych potomków? – zagajam, a Sarah natychmiast przykłada dłoń do brzucha.

– Tak, dokładnie tak – przyznaje z lekkim uśmiechem.

– A gdzie pracujecie? – dopytuję, decydując się na większą swobodę konwersacji. – Nie, spokojnie, nie zrozumcie mnie źle, ale zawsze staramy się doradzić naszym klientom, by później nie żałowali swojego wyboru – tłumaczę pospiesznie, gdy wymieniają zaskoczone spojrzenia. – Jak sami zauważyliście, to osiedle jest w budowie. I ta budowa będzie się ciągnąć przez najbliższych kilka lat – precyzuję, tylko trochę naginając fakty. – Ciężki sprzęt i hałas to coś, co bardzo szybko stanie się uciążliwe, tym bardziej gdy w domu pojawi się małe dziecko.

– Och… Nie pomyśleliśmy o tym – stwierdza mężczyzna. – Tak właściwie wzięliśmy pod uwagę tę ofertę, ponieważ mieści się w naszym budżecie – przyznaje, spoglądając na żonę.

Uśmiecham się, bo oto jestem w tym miejscu, w którym chciałam. Odsuwam laptop na bok, chwytam w dłoń długopis i kartkę, a następnie spoglądam na swoich klientów.

– A więc zacznijmy od początku. Zadam wam kilka pytań, a gdy już zbiorę właściwy wywiad, obiecuję, że znajdę wam taki dom, który spełni wszystkie wasze oczekiwania, a także stanie się ucieleśnieniem waszych marzeń – proponuję. – Zgoda?

Na twarzy obojga pojawia się entuzjastyczny uśmiech.

– Zgoda – pada jednogłośna odpowiedź.

***

– Znowu to zrobiłaś.

Głos mojego szefa każe mi podnieść wzrok znad laptopa i spojrzeć w stronę drzwi do jego gabinetu.

– Znowu spełniłam czyjeś marzenia? – upewniam się z szerokim uśmiechem.

A tak, dosłownie przed chwilą państwo Smith opuścili nasze biuro, trzymając w dłoniach umowę przedwstępną. Po uzyskaniu właściwych informacji bardzo szybko znalazłam im niewielki dom w okolicy pracy Sama. Na dodatek w sąsiedztwie znajdują się park, przedszkole i szkoła, a więc to dzielnica idealna dla rodzin z dziećmi. Zdążyłam ich już nawet zabrać na miejsce, pokazać dom na żywo, a także wynegocjować u właścicieli niższą cenę. Teraz pozostaje tylko sfinalizować transakcję i zgarnąć prowizję.

– Nie, znowu zniechęciłaś kogoś do zakupu domów od M&H – wytyka, zakładając ramiona na piersi.

Zaciskam usta w wąską kreskę.

– Myślałam, że mamy umowę – burczę na swoją obronę.

Pracuję w SmartHome od czterech lat. Nie będę ukrywać, że tę posadę załatwił mi wówczas mój przyszyły teść, dlatego zaraz po weselu złożyłam wypowiedzenie, chcąc odciąć się od wszystkiego, co związane z rodziną Moore. A jednak mój szef się na to nie zgodził. Co więcej, stanął po mojej stronie i sam wyszedł z ofertą, bym nie zajmowała się nieruchomościami należącymi do M&H Construction. Nie powiem, zyskał tym w moich oczach, przez co nasze stosunki weszły na przyjacielski poziom.

– Umowa umową, ale zdajesz sobie sprawę z tego, że Julia za kilka dni wylatuje do Europy i nie będzie jej przez kilka kolejnych miesięcy? – docieka spokojnym tonem.

– I co ja mam z tym wspólnego? – dukam, ponownie zerkając na puste biurko przyjaciółki.

– Liz, to już prawie rok, a Frank tuż po ślubie wyrzucił Davida z firmy i odciął go od biznesu. – Wzdycha głośno. – Ani on, ani Matthew nie są winni temu, że twój narzeczony okazał się przygłupem.

– Do czego zmierzasz, Bob? – naciskam, a moje ciało całe się napina.

– Po wyjeździe Julii przejmiesz nieruchomości M&H – informuje.

– Co?! Ale dlaczego?! Przecież są jeszcze…

– Na litość boską, masz najlepsze wyniki sprzedażowe – wchodzi mi w słowo. – Chyba nie sądzisz, że oddam największego klienta w ręce Aby albo Collina?

Przygryzam wnętrze policzka, by nie palnąć czegoś głupiego. Fakt, ani Aby, ani Collin nie mają smykałki do tej pracy, a Bob trzyma ich tu tylko z sentymentu. Biuro działa prężnie tylko dzięki mnie, Julii i niemu.

– Skoro nie pokładasz w nich nadziei, to jak wyobrażasz sobie przyszłość firmy, gdy Julia poleci na szkolenie? – bąkam.

– Nie będzie jej tylko pięć miesięcy – stwierdza ze swobodą. – Damy radę. Poza tym, może to właśnie szansa, by nasze mniejsze gwiazdy nabrały mocniejszego blasku? – rzuca, po czym wraca do swojego gabinetu.

Przewracam oczami, a następnie chowam twarz w dłoniach.

To by było na tyle, jeśli chodzi o dobry humor.

***

– O Boże, nie wierzę, że on chce cię do tego zmusić! – krzyczy Julia, wyrzucając dłonie w powietrze.

Przykładam kieliszek z winem do ust i upijam łyk alkoholu. Pomimo dzisiejszego urlopu mojej przyjaciółki nie ominął nas piątkowy babski wieczór.

– Też skaczę z radości – mamroczę pod nosem. – A ty jesteś już spakowana? – próbuję zmienić temat, jednak kobieta natychmiast mruży oczy i mierzy mnie znaczącym spojrzeniem.

– O nie, Evans, nie ze mną te numery. Muszę cię jakoś przygotować na te kilkanaście tygodni! – Brunetka zaczyna spacerować po salonie, ewidentnie nad czymś myśląc. – Na pocieszenie powiem ci, że z Frankiem nie będziesz mieć wiele styczności, bo ostatnio podupadł na zdrowiu i pieczę nad firmą sprawuje pan Hall i Greg.

– To ma mnie pocieszyć? – burczę pod nosem.

Julia posyła mi przepraszający uśmiech.

– No tak, ja pod byle pretekstem jestem w stanie zadzwonić do Grega – przyznaje ze smutkiem.

Dopijam pozostałą zawartość kieliszka, byleby nie musieć w żaden sposób ciągnąć tego tematu. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu tworzyliśmy zgraną paczkę – ja byłam z Davidem, a ona spotykała się z Gregorym. Moja przyjaciółka i jego przyjaciel. A jednak wraz z rozpadem mojego związku rozpadł się związek Julii, a ja tak właściwie do dzisiaj nie wiem, o co im poszło. Kilka dni po uroczystości kobieta przyjechała do mnie z informacją, iż Greg ją zostawił, nie dodając nic więcej, a ja, szczerze powiedziawszy, czułam się lepiej z myślą, że nie spotkam więcej przyjaciela mojego eks. Wiem jednak, że Julia specjalnie przejęła nieruchomości M&H, byleby mieć stały kontakt z Hallem.

– Idiota nadal nie zrozumiał, że wasze rozstanie to największy błąd jego życia? – rzucam w końcu, gdy cisza się przeciąga.

Jej odpowiedzią jest jedynie kręcenie głową. Chwytam więc za butelkę i dolewam nam obu wina.

– Głowa do góry, Stevens! Tego kwiatu jest pół światu, jak to mawia moja babcia! Nie ten, to następny!

Na ustach brunetki pojawia się uśmiech.

– Poza tym, kto wie, może to właśnie w tych całych Niemczech czeka na ciebie twój seksowny Romeo? – Poruszam wymownie brwiami, a ona parska śmiechem.

– Jeśli mnie pamięć nie myli, to Romeo pochodził z Włoch – wytyka, a następnie stuka swoim kieliszkiem o mój.

Trę brodę w zamyśleniu.

– No dobra, a słyszałaś o jakimś seksownym Niemcu? – pytam, siląc się na powagę.

Przyjaciółka udaje, że się zastanawia, ale po chwili kręci głową. Chwytam ją więc za dłoń i ciągnę na kanapę, a następnie sięgam po komórkę i włączam przeglądarkę internetową.

– Co robisz? – rzuca ze śmiechem, widząc wpisywane przeze mnie hasła.

– Jak to co? Szukam seksownych Niemców!

– I koniecznie sportowców? – Unosi znacząco brew.

Wzruszam ramionami.

– Znamy się nie od dziś. Wiem, że sześciopak na brzuchu to widok, na który od razu miękną ci nogi – rzucam na swoją obronę. – Zresztą, musisz być przygotowana! Może to akurat jeden z nich przyjdzie do ciebie, byś pomogła mu znaleźć mieszkanie za granicą, bo wraz z nowym sezonem przeprowadza się do innego kraju? – podpowiadam.

Oczy Julii rozbłyskują, a już po chwili sama sięga po komórkę.

– Dobra, masz rację, lepiej wcześniej odrobić zadanie domowe.

***

Już od dłuższego czasu leżę w łóżku i kręcę się z boku na bok, bo pomimo ilości wypitego z Julią alkoholu, nie mogę zasnąć. Nic nie poradzę na to, że widmo nadchodzących miesięcy i współpracy z M&H oddziałują na mnie tak negatywnie i że gdy tylko zamknę oczy, mój umysł nawiedzają wspomnienia sprzed kilkunastu miesięcy. Wesele, zdrada, unieważnienie małżeństwa, próby tłumaczeń ze strony matki i Davida, rozwód rodziców. Ostatecznie wyszło na to, że mój narzeczony zakochał się w mojej matce, i to z wzajemnością, jednak dla mojego dobra oboje próbowali z tym walczyć.

No cóż, pech chciał, że im nie wyszło.

Kiedy tylko tamtego dnia wróciliśmy z tatą do domu, ten zaczął pakować rzeczy swojej żony do walizek, a te następnie postawił przed drzwiami wejściowymi, kategorycznie wykreślając kobietę ze swojego, a w sumie to naszego życia. I choć mama próbowała się tłumaczyć i zyskać nasze przebaczenie, w końcu się poddała, by ostatecznie z wysoko uniesioną głową zacząć brylować w towarzystwie z młodym kochankiem.

Kochankiem, który w dniu swojego nieudanego wesela został odcięty od rodzinnej firmy i pieniędzy.

Mimowolnie uśmiecham się pod nosem na wspomnienia zasłyszanych od Julii plotek. Sama nigdy nie interesowałam się losem tej pary, ale to nie znaczy, że przyjaciółka nie robiła tego za mnie. Wiem, że po kilku tygodniach oboje musieli wyjechać z miasta, bo w New Haven nikt nie chciał zatrudnić Davida, a i moja matka po rozwodzie została bez jakichkolwiek pieniędzy, dzięki którym mogliby godnie żyć. Właściwe osoby pociągnęły za właściwe sznurki, by karma wróciła, i to z podwójną siłą.

Szkoda tylko, że nie wszystkich dosięgła.

Zaciskam zęby na wspomnienie Grega. Drań musiał wiedzieć o romansie swojego najlepszego przyjaciela, a jednak siedział cicho. Już przez sam wzgląd na naszą znajomość powinien coś zasugerować, zrobić cokolwiek! A tymczasem siedział cicho, zapewne śmiejąc się w duchu z mojej naiwności.

A teraz zostanę zmuszona podjąć z nim współpracę. Jeszcze czego?!

Przykładam poduszkę do twarzy i wrzeszczę na całe gardło, próbując pozbyć się kumulującej się wewnątrz mojego ciała irytacji. Nie, Bob nie może mnie zmusić do pracy dla M&H. Porozmawiam z nim w poniedziałek i przekonam go, by sam przejął ten konkretny rejon i inwestora. Na pewno zrozumie i nie zmusi mnie do działania wbrew sobie.

Tak, w poniedziałek z nim porozmawiam i odkręcę całe to szambo.

ROZDZIAŁ 2

Elizabeth

Dwie soboty w miesiącu. Tylko dwie soboty w miesiącu nasze biuro jest otwarte dla klientów i akurat dziś, gdy jestem zmęczona po pijackim wieczorze w towarzystwie Julii, przypada mój dyżur.

Czemu musiałyśmy wypić aż tyle?

Upijam łyk kawy, błagając swój organizm, by zaczął tolerować płyny i pokarmy. Cóż, wczoraj zaszalałyśmy, nie ma co. Na dodatek ledwo przespana noc i powracające koszmary też dały mi w kość.

– Lizzie, szef cię wzywa – odzywa się Aby, gdy z filiżanką w dłoni wracam do swojego biurka.

Podnoszę na nią wzrok, a następnie zerkam w stronę drzwi prowadzących do gabinetu Boba.

– A co on dzisiaj tutaj robi? – mamroczę, bo nasz przełożony nigdy nie pracuje w soboty.

– Przyszli przed chwilą. – Wzrusza ramionami. – Miałam ci powiedzieć, byś niezwłocznie do nich zajrzała.

– Do nich? – akcentuję liczbę mnogą, jednak koleżanka już nic więcej nie mówi.

Odstawiam kawę na blat biurka, po czym ruszam w stronę drzwi. Pukam lekko w drewno i już po sekundzie słyszę głośne nawoływanie:

– Wejdź!

Naciskam klamkę i przekraczam próg, jednak na widok zebranych w gabinecie osób, zamieram w pół kroku.

– Elizabeth! Dziecko! Jak dobrze cię widzieć! – odzywa się Frank Moore, uśmiechając się ciepło, a ja, choć staram się z całych sił, nie potrafię odwzajemnić tego gestu.

Nie widziałam się z tym mężczyzną od dnia, w którym sąd unieważnił mój ślub z jego synem. I choć zarówno on, jak i jego żona próbowali utrzymać ze mną kontakt, ja nie chciałam. Nie potrafiłam przebywać w ich towarzystwie, gdyż na sam widok swoich niedoszłych teściów miałam przed oczami Davida i scenę z tamtego zaplecza.

– Panie Moore – bąkam na powitanie, a następnie zerkam na drugiego z mężczyzn. – Panie Hall – witam się niemrawo.

Rozglądam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu młodszego Halla, ale prócz mojego szefa nie ma tu nikogo więcej. Posyłam Robertowi pytające spojrzenie, a ten krzyżuje ramiona na piersi i spogląda na mnie z bladym uśmiechem.

– Panowie przyjechali tu specjalnie do ciebie, by porozmawiać na temat twoich nadchodzących zadań. Domyślam się, że rozmawiałaś już z Julią i ta wprowadziła cię nieco w temat, jednak lepiej będzie, jeśli inwestorzy sami przekażą ci swoje oczekiwania – kwituje. – Zostawię was samych – oznajmia na koniec, po czym rusza w stronę wyjścia.

To by było na tyle, jeśli chodzi o moje plany odnośnie do poniedziałkowej rozmowy z szefem.

– Zdrajca – syczę cicho, gdy ten mnie mija, przez co uśmiech na jego ustach tylko się poszerza.

– Bądź grzeczna – rzuca szeptem, a następnie naszych uszu dobiega jedynie ciche trzaśnięcie drzwiami.

Biorę głęboki wdech, lecz ostatecznie przybieram biznesową postawę. Nie ma co się dąsać, trzeba podejść do sprawy profesjonalnie. Dlatego wchodzę głębiej do gabinetu, po czym okrążam biurko mojego szefa i zajmuję jego fotel, a także sięgam po jeden z długopisów i czystą kartkę. Gdy już jestem przygotowana, podnoszę wzrok na obu mężczyzn, dając im znać, że czekam na wspomniane wytyczne.

– Widzę, że nadal chowasz do mnie urazę – stwierdza ponuro pan Moore, a mnie robi się głupio.

– Przecież to nie pan dopuścił się zdrady, tylko pana syn – przypominam, odwracając wzrok. – Dlaczego więc mam mieć urazę do pana? – pytam.

– No właśnie dlaczego? – podchwytuje starszy mężczyzna, przez co z miejsca robi mi się jakoś tak ciężko.

Fakt, pan Moore jeszcze podczas wesela, gdy wszyscy na własne oczy zobaczyli dowód zdrady Davida, skreślił syna. Ogłosił wszem wobec, iż nie chce go więcej widzieć na oczy, bo nigdy nie wybaczy mu jego karygodnego zachowania. Na nic zdały się późniejsze tłumaczenia tego drania i próby wybielenia się w oczach znajomych i bliskich. Rodzina się go wyparła. Niestety, Dave szybko się na mnie zemścił, i to w taki sposób, bym stała się jeszcze większym pośmiewiskiem, a więc związując się z moją matką.

– Liz, ja wiem, że nienawidzisz mojego syna i nie mam ci tego za złe – oznajmia cicho Frank. – Co więcej, drań na pewno nie zostanie uwzględniony w moim testamencie – dodaje, a jego mina staje się bardziej zacięta. – Ale za moment minie pełny rok od tamtych wydarzeń, a teraz nadeszła pora, gdy masz reprezentować interesy naszej – wskazuje na siebie i pana Halla – firmy i chciałbym, byś odstawiła na bok żale o to, co miało miejsce w przeszłości. Tym bardziej że wraz z Matthew nie mamy nic wspólnego z twoją krzywdą.

Przymykam powieki i chowam twarz w dłoniach. Może i ta dwójka nie miała nic wspólnego ze zdradami Davida, ale Gregory, który również pracuje w M&H, nie jest już taki święty.

Robię kilka głębszych wdechów, by wziąć się w garść.

– Racja, dlatego ze swojej strony mogę panów zapewnić, że podejdę do tej sprawy z pełnym profesjonalizmem – oświadczam pewnym głosem. – W końcu mam reprezentować panów – wskazuję na nich dłonią – interesy, a nie Davida, dlatego nie musicie się obawiać, iż zacznę kopać pod wami dołki – zapewniam. – Może więc powiedzcie mi, czego ode mnie oczekujecie, bym jak najlepiej mogła wywiązać się ze swoich obowiązków, dobrze? – sugeruję z lekkim uśmiechem.

Na twarzach obu mężczyzn pojawiają się pełne ulgi uśmiechy. Sama również się nieco rozluźniam. To tylko praca. W dodatku nikt nie oczekuje, że będę codziennie dzwonić do nich z pytaniami, problemami czy kolejnymi umowami. Zamierzam traktować ich na równi z innymi oferentami.

I kontaktować się z nimi możliwie jak najrzadziej.

Gregory

Stuk, stuk, stuk, stuk.

Nie muszę podnosić głowy, by wiedzieć, kto właśnie maszeruje przez hol budynku. Ten szybki, charakterystyczny krok należy do pewnego pyskatego kurdupla i poznam go wszędzie, nawet z zawiązanymi oczami.

– Dzień dobry, Beth! – rzucam głośno i wyraźnie, sprawiając, że kobieta gubi rytm i niemal się potyka. – Nie myślałaś o tym, by przerzucić się na trampki? – zagaduję, wskazując na niebotycznie wysokie, czerwone szpilki. – Na takich szczudłach trzeba umieć chodzić.

Evans napina się, niczym guma w za ciasnych majtkach, a następnie zwinnym ruchem obraca się w moją stronę i mierzy mnie spojrzeniem bazyliszka. Niczym niewzruszony sięgam do kieszeni, skąd wyciągam paczkę papierosów, a także wkładam sobie jednego między wargi, na co blondynka sapie w oburzeniu.

– Tu nie wolno palić, kretynie! – cedzi wściekle, po czym rusza w moją stronę.

Obserwuję ją z uwagą, bo wygląda, jakby właśnie szykowała się do ataku. Tymczasem kobieta zatrzymuje się tuż przede mną, a następnie wyrywa mi fajkę z ust, rzuca ją na podłogę i depcze jak jakiegoś robaka.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że jeszcze go nie odpaliłem? – upewniam się znudzonym głosem.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że najchętniej zamiast tego peta, widziałabym pod swoim butem twoją głowę? – odbija piłeczkę, uśmiechając się z fałszywą słodyczą.

Kręcę głową, ale posłusznie chowam resztę papierosów do kieszeni. Wiedźma jeszcze byłaby gotowa wyrzucić je do pobliskiego śmietnika, a ja mam zbyt napięty grafik, by jechać do sklepu po nową paczkę.

– Rozumiem, że rozmowa ze staruszkami przebiegła miło i owocnie? – Kiwam głową na windę, z której przed chwilą wysiadła, a na moich ustach od razu pojawia się arogancki uśmiech.

– Owszem, do momentu, w którym nie powiedzieli, że to ty zabierzesz mnie na osiedle, bym na własne oczy zobaczyła, co mam wciskać naszym klientom – oznajmia zimno, a w jej głosie czai się pogarda.

– Jak widzisz, czekam zwarty i gotowy, aż nasza lodowa księżniczka uczyni mi ten zaszczyt i zapakuje swoje cztery litery do mojego samochodu. – Gestem wskazuję na zaparkowaną tuż przed wejściem do budynku hondę CR-V.

– Jak mnie nazwałeś?! – sapie z oburzeniem, zbliżając się do mnie o krok.

To, co mnie zaskakuje, to aromat jej perfum docierający właśnie do moich nozdrzy. Rozpoznaję je, bo to ten sam zapach, który pomagałem wybierać Davidowi na jeden z prezentów gwiazdkowych. Albo więc Elizabeth sama rozkochała się w tych perfumach, albo wcale nie nienawidzi swojego byłego narzeczonego tak, jak to wszystkim próbuje wmówić. Nie pytam jednak o to. Im mniej wiem, tym lepiej śpię, szczególnie jeśli temat dotyczy tej konkretnej dwójki.

– Skąd to zdziwienie? – rzucam zjadliwie. – Czyżbyś nie wiedziała, jaką ksywkę dostałaś wśród tych znajomych, od których z dnia na dzień odcięłaś się grubą kreską, udając, że nigdy ich nie poznałaś? – Mierzę ją krytycznym spojrzeniem. – A, no tak, kto też miałby ci o tym powiedzieć? – stwierdzam ironicznie. – Przecież nie Julia.

Blondynka zaciska wolną dłoń w pięść i już myślę, że mnie uderzy, ale ona jedynie bierze głębszy wdech i cofa się o dwa kroki.

– Wiesz co? Cieszę się, że wam nie wyszło, bo mam pewność, że przynajmniej moja przyjaciółka nie skończy na ślubnym kobiercu z doprawionym porożem – stwierdza, uśmiechając się wymuszenie. – I nie obchodzi mnie, co myślą o mnie inni ani co mówią na mój temat. Jak sam zauważyłeś, to ja się odcięłam i miałam ku temu swoje powody, z których nie muszę się spowiadać. A teraz – prostuje sylwetkę – powiedz mi, czy jedziemy na West River, czy po prostu wyślesz mi zdjęcia e-mailem, bo nie mam ochoty spędzać w twoim towarzystwie więcej czasu, niż to konieczne – kończy ze stoickim spokojem.

Mam ochotę pociągnąć ten temat, ale piknięcie w moim smartwatchu i widniejący na tarczy zegarka komunikat przypominają mi o dzisiejszych zobowiązaniach.

– Jedźmy. Sam również nie mam zamiaru tracić na ciebie czasu – stwierdzam sucho, po czym ruszam w stronę wyjścia z budynku.

Przystaję przy drzwiach, bo maniery nakazują, bym przepuścił kobietę przodem. Widząc jednak zaciętą minę Elizabeth, szybko rezygnuję z tego zamiaru i czym prędzej wychodzę na dwór. Blondynka wydaje się nawet nie zauważać, że w ostatnim momencie zmieniłem zdanie. Co więcej, sprawia wrażenie, jakby nawet nie spodziewała się po mnie dobrego wychowania i kurtuazji.

Jędza.

– Ekhem – chrząkam znacząco, gdy ta skręca w przeciwną stronę niż ja.

Beth zerka na mnie przez ramię.

– Dzięki, ale współczesne księżniczki, nawet te lodowe, nie potrzebują szoferów, bo mają prawo jazdy i swoje samochody – rzuca ze złośliwym uśmieszkiem, nie zwalniając kroku.

Przymykam oczy i w myślach zaczynam się modlić:

Boże, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to zakopię żmiję na placu budowy.

– Jedziesz ze mną! – wołam, zanim ta zdąży wsiąść do swojego nissana. – Jedziemy na plac budowy, a ja nie mam zamiaru później kłócić się z tobą o koszty naprawy twojego samochodu, gdy na którymś wertepie zgubisz misę olejową albo złapiesz gumę – wyjaśniam nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Elizabeth spogląda to na swój, to na mój samochód, ewidentnie kalkulując swoje szanse.

– Evans, rusz się! – grzmię przez zęby.

Kobieta zaciska szczęki, lecz w końcu rusza w moją stronę. Tym razem otwieram jej drzwi pojazdu, chcąc pokazać, że jednak mam jakieś maniery, nawet jeśli ona w nie wątpi.

– Podwyżka. Muszę zażądać podwyżki – burczy pod nosem, pakując się na siedzenie.

Zatrzaskuję za nią drzwi i ruszam na miejsce kierowcy.

– Whisky. Potrzebna mi butelka whisky.

ROZDZIAŁ 3

Gregory

Parkuję samochód przed jednym z czterech sąsiadujących ze sobą domów jednorodzinnych, które mam pokazać Beth, a mój wzrok ucieka ku nogom siedzącej obok mnie kobiety. Prawda jest taka, że mogłem wysłać jej zdjęcia e-mailem, opisując szczegółowo wszystkie ważne kwestie, ale nie mogłem się oprzeć pokusie, by nie sprawdzić, jak Evans poradzi sobie w tych swoich szpilkach na moim placu budowy.

To zemsta za moją fajkę, wiedźmo.

– Chodźmy – nakazuję, a następnie wyskakuję z pojazdu.

Okrążam hondę i otwieram drzwi od strony pasażera, akurat w momencie, gdy Elizabeth wyciąga ze swojej wielkiej torebki buty na płaskich obcasach. Moja mina musi zdradzać zdumienie, bo kobieta uśmiecha się kąśliwie, po czym zabiera się do zmiany obuwia.

– Co? Myślałeś, że się nie przygotuję? – drwi. – Może i jestem blondynką, ale nie taką głupią, za jaką mnie bierzecie.

– My, czyli kto? – podchwytuję, akcentując liczbę mnogą.

– Faceci – precyzuje sucho.

– Masz pretensje do mężczyzn, że oceniają blondynki stereotypowo, ale sama oceniasz wszystkich facetów na podstawie swoich doświadczeń z jednym idiotą – wytykam. – Zalatuje hipokryzją.

– Skąd pomysł, że oceniam wasz gatunek tylko na podstawie swojego nieudanego związku z Davidem?! – oburza się, wyskakując z samochodu.

Pochylam się nad nią, bo w tym momencie jej głowa nie sięga mi nawet do brody.

Mały, pyskaty kurdupel.

– Bo w ciągu minionego roku nie związałaś się z żadnym facetem – wyrzucam z siebie, nie kryjąc aroganckiego uśmiechu.

– A ty skąd to niby wiesz?! – prycha wściekle.

No właśnie, skąd ja to wiem?

– Frank i ojciec często o tobie mówią – wyznaję niechętnie, za to zgodnie z prawdą. – Zdaje się, że Moore na bieżąco aktualizuje twój życiorys – rzucam kwaśno.

Beth cofa się o krok, przez co wpada na ramę samochodu.

– Co?

Kręcę z irytacją głową.

– Widzisz, o tym mówiłem. Odcięłaś się od wszystkiego i wszystkich, i nic nie wiesz. Ale mam to gdzieś. Załatwmy to, co mamy załatwić, bo za półtorej godziny muszę być po drugiej stronie miasta – kwituję sucho.

Nie czekając na jej odpowiedź, ruszam do pierwszego z domów, po czym wchodzę do środka.

– Jak widzisz, domy są w stanie deweloperskim i w sumie nie wiem, czy powinniśmy je wykończyć pod klucz, czy zostawić wolną rękę przyszłym nabywcom – informuję, przystając w przejściu między niewielkim holem a salonem. – Każdy z tych budynków ma na parterze kuchnię otwartą na salon i pokój gościnny, zaś na górze sypialnię główną i dwie mniejsze – ciągnę, nawet na nią nie patrząc. Przez to, że zdjęła szpilki, nie wiem, czy stoi w miejscu, czy rozgląda się po otwartej przestrzeni, ale nie zamierzam zerkać przez ramię. – Do tego jedna łazienka na dole i dwie na piętrze, mniejsza przy sypialni głównej i większa pomiędzy pokojami.

Brak jakiegokolwiek komentarza czy pytania sprawia, że w końcu obracam się w stronę wejścia, a następnie klnę, gdy nie dostrzegam w pobliżu kobiety.

– Evans! – wrzeszczę na całe gardło.

Wymaszerowuję z budynku i przystaję na pierwszym ze stopni, a wzrokiem od razu namierzam blondynkę. Rozmawia z jednym z robotników przy drugim z gotowych budynków. Ściskam nasadę nosa i liczę do pięciu.

– Evans! – krzyczę, jednak jedyną reakcją kobiety jest zbywające machnięcie ręką.

Nie mija kilka sekund, a wraz z zaczepionym przez siebie robotnikiem wkracza do sąsiedniego domu, pozostawiając mnie w totalnym osłupieniu.

– Co, do kurwy…

Niczym wściekły byk ruszam w stronę budynku, w myślach skracając tę żmiję o tlenioną głowę. Moja złość jednak ulatuje w chwili, gdy przekraczając próg, słyszę cichy śmiech Beth.

– Szef był wtedy wściekły. – Głos mojego pracownika wyrywa mnie z transu.

– Tak jak teraz – zaznaczam swoją obecność, przez co mężczyzna drga. – Co ty tu robisz? – pytam blondynkę.

– Oglądam nieruchomość – stwierdza tak po prostu.

– Doprawdy? – ironizuję. – A czemu nie mogłaś zacząć od budynku, do którego cię prowadziłem? – dociekam.

Elizabeth unosi znacząco brew, a jej postawa sprawia, że atmosfera w pomieszczeniu staje się bardziej napięta i nie tylko ja muszę to wyczuwać, ale i mój robotnik, bo nagle ewakuuje się z domku. Gdy tylko zostajemy sami, Evans postępuje do mnie o krok.

– Słuchaj, Hall, bo lepiej, byśmy już teraz nakreślili warunki naszej współpracy, niżeli miałbyś mieć później jakieś pretensje – zaczyna cicho, ale zimno. – Nie jestem tresowanym pieskiem, który przyjechał z panem na nowy plac zabaw, gdzie ma obwąchać teren i nasikać pod każdym drzewem, których tu zresztą brakuje – cedzi. – Jestem agentką nieruchomości i jeśli tak bardzo słuchasz opowieści mojego niedoszłego teścia na mój temat, to wiesz, że jestem jedną z najlepszych agentek w tym mieście. Mam swoje metody pracy i nikt nie będzie mi dyktować, jak mam poznawać teren – zastrzega surowo. – Nie ufam ci, nie wierzę w ani jedno twoje słowo, a więc wiadomym jest, że zamierzam sprawdzać twoją prawdomówność u innych źródeł. Chcecie, bym sprzedawała wasze domy, a ja to zrobię, ale pod warunkiem, że nie są to żadne buble inwestycyjne, bo nie dam sobie zszargać nazwiska i wypracowanej renomy przez jakieś deweloperskie niedociągnięcia. Jasne?

Zaciskam szczęki, bo sama sugestia, iż niepoważnie podchodzę do swoich projektów, jest dla mnie obrazą. Projektuję i buduję takie domy, w których sam nie bałbym się żyć. Bezpieczne dla środowiska i zamieszkujących je ludzi. I wiem, że Beth zdaje sobie z tego sprawę, a jednak jej charakter i pielęgnowana uraza zmuszają ją do tego, by przy każdej okazji wbić mi subtelną szpilę.

Krzyżuję ramiona na piersi i kiwam głową, by kontynuowała. Nie mam zamiaru się z nią kłócić. Możemy się nienawidzić, ale ta jędza i jej wrodzony talent są potrzebne naszej firmie, tym bardziej, że jej psiapsiółka od trzech miesięcy nie zdołała sprowadzić do nas ani jednego chętnego kupca. Sam nalegałem, by to Evans przejęła nasze inwestycje, i teraz mam za swoje.

– Coś jeszcze? – ponaglam ją. – Masz jakieś pytania czy Harver ci wszystko powiedział? – dociekam, wskazując głową na drzwi, przez które przed chwilą wyszedł wspomniany robotnik.

Blondynka mruga dwa razy, zaskoczona moją stoicką postawą.

– Podobno wszystkie cztery domy są takie same pod względem ułożenia – zagaduje, a ja przytakuję głową. – Okej, to ja idę na górę zobaczyć sypialnie i łazienki. Uprzedzam, że musicie wynająć kogoś, kto urządzi domy pod sprzedaż – zastrzega, wspinając się po schodach na górę.

I o tym mówiłem sam do siebie w sąsiednim budynku.

– Czyli nie zostawiać ich w deweloperskiej formie?! – upewniam się, krzycząc w stronę piętra.

– Zdecydowanie nie, jeśli chcesz sprzedać je szybciej – oznajmia po minucie, wracając na dół. – Ludzie są wygodni. Wolą dopłacić i wejść na gotowe, niż zawracać sobie głowę wykończeniem czy urządzaniem wnętrza – stwierdza. – Jak wygląda sprawa z terenem dookoła? – Zmienia temat.

– W przyszłym tygodniu pojawi się firma, by rozciągnąć rolki z trawą i zasadzić drzewa, których tak bardzo ci brakuje – rzucam, wychodząc na podjazd. – Brukarze przyjadą już jutro, by ułożyć chodniki wokół budynków i podjazdy do garaży – informuję.

– Ogród? – zagaja, a następnie przechodzi na tył budynku.

Posłusznie ruszam za nią.

– Jak widzisz, ogrody są na wykończeniu. – Dłonią zataczam okrąg, wskazując na gotowy taras, zieloną trawę i rabaty z kwiatami. – Je mogliśmy zrobić wcześniej – przyznaję, na co ta z uznaniem potakuje głową.

– Okej, a więc napisz do mnie, gdy zazielenisz teren i urządzisz wnętrza, a wtedy ja przyjadę, zrobię zdjęcia i wrzucę je na stronę – oznajmia. – Czy budynki, które już są w naszej ofercie, również nie są wykończone wewnątrz? – docieka, skupiając na mnie wzrok.

– Część jest urządzona, część w surowym stanie – przyznaję.

– A więc wszystkie trzeba wykończyć pod klucz – zarządza. – Dopiero wtedy będę mogła zabrać się do swojej pracy. – Kobieta zerka na zegarek, a jej usta wykrzywiają się w kwaśnym grymasie. – Odwieziesz mnie do centrum czy mam wezwać taksówkę? – pyta bez jakichkolwiek emocji.

Sam również zerkam na zegarek.

– Odwiozę. Mam po drodze na kolejne spotkanie – odpieram, po czym ruszam w stronę samochodu.

Tym razem nie otwieram jej drzwi hondy. Jednak gdy Elizabeth siedzi już na swoim miejscu, nie wytrzymuję i pytam:

– Serio nie wierzysz w żadne moje słowo?

W pojeździe nastaje dziwna cisza.

– A czemu miałabym wierzyć? – rzuca w końcu. – Byłeś w zmowie z moim eks, by kryć jego zdrady.

Zaciskam palce na kierownicy, próbując pohamować irytację. Odliczam w myślach do dziesięciu i dopiero gdy mam pewność, że jestem spokojny, oznajmiam:

– I to jest ten twój profesjonalizm? Mieszanie życia zawodowego z prywatnymi zadrami? – Nawet nie kryję niesmaku w głosie.

– O co ci chodzi?! – krzyczy wściekle.

– O to, że sam od miesięcy nie mam kontaktu z Dave’em! – również krzyczę. – Został odcięty też od firmy, więc nie rozumiem, czemu wolisz zaciągać języka u moich pracowników, niż słuchać tego, co sam mam do powiedzenia na temat moich projektów i inwestycji! – wyrzucam z siebie.

– Już powiedziałam… – zaczyna, ale szybko jej przerywam.

– Cholera, Evans, czemu ty musisz być taka upierdliwa?!

– Upierdliwa?! – wrzeszczy równie głośno. – Super! Czego się jeszcze dzisiaj o sobie dowiem? – docieka. – Upierdliwa i lodowa księżniczka trochę się wykluczają, nieprawdaż?

Walę dłońmi w kierownicę, próbując wyrzucić z siebie chęć mordu na siedzącej obok mnie kobiecie.

– Następnym razem, gdy przyjedziesz ze mną na plac budowy, obchodzisz teren ze mną i również ze mną rozmawiasz, jasne? – nakazuję surowo, rzucając jej stalowe spojrzenie.

– A więc następnym razem uprzedź mnie, bym miała przy sobie kalosze, bo fakt, iż mam w torebce buty na zmianę, nie oznacza, że mam ochotę chodzić po każdej kałuży czy błocie! A najlepiej to zrób do tego czasu właściwy chodnik, bym mogła poruszać się w szpilkach! – kwituje, po czym odpina pas, sięga pod swoje nogi i chwyta w dłonie wspomniane szpilki.

– Co ty robisz, Evans? – syczę, gdy otwiera drzwi.

– Zamówię taksówkę. Tymczasem nie pokazuj mi się za szybko na oczy, Hall! – cedzi, a następnie trzaska drzwiami i oddala się od pojazdu.

– Jak chcesz! – drę się na całe gardło, odpalam silnik i ruszam w stronę głównej drogi.

Dopiero gdy wyjeżdżam z wykupionych przez nas terenów, dociera do mnie jedna rzecz. Nie poszła za mną, a do budynku obok, bo jaśnie księżna nie chciała ubrudzić bucików. Fakt, może i z rana padało, ale…

Opuszczam wzrok na swoje buty, które teraz są całe umazane, a następnie wypuszczam z ust siarczystą wiązankę przekleństw.

Dobra, tytuł idioty roku wędruje do ciebie, Hall.

ROZDZIAŁ 4

Elizabeth

– No dobrze, Pszczółko, co cię męczy? – pyta tata, a następnie odkłada sztućce na bok i skupia na mnie przenikliwe spojrzenie.

Przewracam oczami, słysząc to znienawidzone przezwisko.

– Nic się nie stało. Nie wiem, o co ci chodzi – mamroczę, grzebiąc widelcem w sałatce.

– Och, a więc twoje samopoczucie ma związek z jakimś wydarzeniem – podsumowuje, trąc brodę w zamyśleniu. – I nie ma to nic wspólnego z twoją pracą? – drąży.

Podnoszę wzrok i mrużę oczy, każąc mu odpuścić, ale to przecież Richard Evans, jeden z najlepszych prawników w mieście, a co za tym idzie, nie da się spławić byle czym, a już na pewno nie grymasem niezadowolenia.

– Skąd wiesz? – Rzucam sztućce i sięgam po serwetkę, chcąc przerwać to przesłuchanie.

– Frank do mnie dzwonił. Chciał się upewnić, czy dasz radę, czy może to on ma odpuścić – tłumaczy.

– A ty oczywiście kazałeś mu odpuścić. – Mierzę siedzącego naprzeciwko mnie mężczyznę twardym spojrzeniem.

W odpowiedzi ten uśmiecha się ciepło i kręci głową.

– Wręcz przeciwnie. Kazałem mu przycisnąć cię z każdej strony, byś nie miała drogi ucieczki – wyznaje, zbijając mnie z tropu.

– Co?! – sapię. – I ty nazywasz się moim ojcem? – fukam w udawanym oburzeniu.

Mój towarzysz parska śmiechem, a dźwięk ten sprawia, że sama się uśmiecham.

Prawda jest taka, że wiem, dlaczego tak postąpił, i nie mogę mieć mu tego za złe. Ojciec od dawna przyjaźni się z Frankiem Moore’em i Matthew Hallem, a epizod z wesela nie odbił się na ich relacji. Mimo wszystko nie naciskał na mnie, gdy ja kategorycznie odcięłam się od osób i spraw wiążących się z moim eks.

Niemniej jednak z upływem kolejnych miesięcy niejednokrotnie wałkowaliśmy temat mojego rozwoju w SmartHome czy chowanej w sercu urazy, która obejmowała nie tylko tych winnych naszej krzywdy, ale i tych, którzy o romansie Davida i matki nie mieli pojęcia. Tata dość często niemal kłócił się ze mną o to, że jestem niesprawiedliwa, a swoim zachowaniem i odizolowaniem od znajomych najbardziej krzywdzę samą siebie.

Jak widać, znalazł sposób, by postawić na swoim i zmusić mnie do wyjścia ze strefy komfortu.

– Tato, nie chcę ponownie spotkać się z Davidem, a pracując dla jego ojca…

– Mogę cię zapewnić, że nie spotkasz tego idioty w firmie Franka, bo on tam już nie ma wstępu – wchodzi mi w słowo.

Mielę w ustach przekleństwo.

– Pozostaje jeszcze Greg – wypalam. – Jako najlepszy przyjaciel…

– Gregory również od wielu miesięcy nie utrzymuje kontaktu z Davidem – ponownie wtrąca mi się w zdanie. – Z tego, co wiem, ich drogi rozeszły się jeszcze przed tym, gdy David i Maddie wyjechali z miasta – ucina sucho.

– Ale to nie zmienia faktu, że on wiedział… – Próbuję się bronić, lecz tata nie byłby sobą, gdyby od razu nie wytoczył kontrargumentu.

– Wiedział, nie wiedział – przedrzeźnia mnie. – Nie masz pojęcia, o czym wiedział, bo nigdy z nim nie porozmawiałaś – zauważa. – Poza tym nawet jeśli znał prawdę, to postaw się na jego miejscu. Czy gdyby to Julia go zdradzała, powiedziałabyś mu o tym? – Przewierca mnie tym swoim nieustępliwym spojrzeniem, a ja chcąc nie chcąc, muszę się zastanowić nad odpowiedzią.

– Julia naprawdę kochała, a może nawet nadal kocha, Grega. Nie byłaby w stanie go zdradzić – mówię w końcu.

– Ale załóżmy, że po jakiejś kłótni rzuciła się w ramiona innego. – Ojciec nie daje za wygraną. – Czy wiedząc, jak bardzo Greg kocha Julię, zniszczyłabyś ich związek, czy może dałabyś jej szansę na naprawienie swojego błędu, licząc, że to jednorazowy wybryk?

Zakładam ramiona na piersi i spoglądam na ojca z jawną konsternacją.

– Czy ty właśnie bronisz Halla?

Świetnie! Nie wiedziałam, że jesteśmy na sali sądowej i to po przeciwnych stronach barykady!

– Nie – odpiera spokojnie. – Ale nie mam pojęcia, czy Gregory wiedział o romansie przyjaciela, czy nie był tego świadomy, a co za tym idzie, nie mogę wydać w jego sprawie żadnego osądu. Nie mogę go o nic oskarżyć ani tym bardziej bronić. Muszę podchodzić do niego neutralnie. I ty też powinnaś, jeśli nie chcesz się z nim skonfrontować – zauważa, po czym sięga po kieliszek z winem.

Ojciec ma rację. Nigdy nie rozmawiałam z Hallem na temat jego wiedzy czy może też właśnie niewiedzy odnośnie do romansu Davida, ale nie muszę konfrontować się z tym idiotą, by wiedzieć, że ten krył swojego przyjaciela, jednocześnie udając sympatię do mnie.

– Jeśli nie chcesz podjąć się tej pracy z sentymentu, to po prostu podejdź do tematu z całym profesjonalizmem, z jakiego słyniesz w swojej branży – podpowiada tata, a na jego ustach czai się cień uśmiechu. – Ale nie odrzucaj takiej szansy, jaką właśnie otrzymałaś od losu. Pośrednictwo w sprzedaży tych nieruchomości nie tylko wzbogaci cię o pokaźne prowizje, ale również podbuduje twoje portfolio i wzmocni pozycję na rynku, a to ci się przyda, szczególnie jeśli za kilka lat postanowisz założyć własne biuro, a oboje dobrze wiemy, że w twoim przypadku to nieuniknione.

Mężczyzna puszcza do mnie oczko, przez co parskam śmiechem. Tak, drań zna mnie na wylot i wie, że w końcu zapragnę rozwinąć skrzydła.

– Czy możemy w końcu zmienić temat? – proszę, ponownie sięgając do porzuconych wcześniej sztućców.

– Pod warunkiem, że przemyślisz moje słowa – odbija piłeczkę, a ja dla świętego spokoju przytakuję na zgodę.

Mam je tylko przemyśleć. Tyle mogę mu obiecać. To nie znaczy, że nagle obdarzę Halla sympatią czy wybaczę dawne urazy.

Niespodziewanie komórka ojca zaczyna dzwonić, a on sam uśmiecha się na widok imienia na ekranie.

– Tak, Iv? – wita się z rozmówczynią, a ja odwracam wzrok, słysząc imię mojej niedoszłej teściowej.

Ku mojemu zaskoczeniu tata nagle zrywa się z miejsca, a jego mina wyraża przerażenie.

– W którym szpitalu?! – docieka, a ja również wstaję. – Dobrze, zaraz tam będę!

– Co się stało? – pytam, gdy ten kończy połączenie.

– Frank miał zawał. Jest w szpitalu – informuje, a jego głos drży. – Muszę tam jechać.

Mężczyzna zaczyna klepać się po kieszeniach, zapewne szukając kluczy, a ja, widząc jego trzęsące się dłonie, podejmuję szybką decyzję.

– Zawiozę cię moim autem. Lepiej, byś sam nie prowadził w takim stanie.

Gregory

Telefon od ojca w ciągu pół godziny ściągnął mnie do szpitala. Z duszą na ramieniu wjeżdżam windą na właściwy oddział, a wzrokiem szukam jakiejkolwiek znajomej twarzy. W końcu dostrzegam Ivory Moore i jestem zdziwiony, że towarzyszą jej nie tylko moi rodzice, ale i Elizabeth, którą kobieta trzyma mocno za dłoń, jakby się bała, że jej niedoszła synowa w każdej chwili może uciec.

Co właściwie jest wielce prawdopodobne.

– Tato – odzywam się półgłosem, dając zebranym znać o swojej obecności.

Wszyscy podnoszą na mnie wzrok, nawet Beth. W jej oczach błyszczą łzy, wydaje się, że faktycznie przejmuje się stanem Franka.

– W końcu jesteś – szepcze mój ojciec, podchodząc do mnie ciężkim krokiem.

– Co z nim? – pytam szczerze zmartwiony.

– Nie jest najlepiej. Obecnie jest u niego Rick i ordynator. Siedzą już tam od kilku minut.

– Przez telefon mówiłeś, że to zawał – zagajam, by dowiedzieć się czegoś więcej.

– Tak. Pokłócił się przez telefon z Davidem, a potem dostał ataku.

– Dave dzwonił? A czego on znowu chciał? – zdumiewam się.

Prawdą jest, że odkąd kumpel po wyklęciu z rodziny musiał opuścić miasto, nie miałem z nim większego kontaktu. Zresztą, nasza kłótnia tuż przed jego wyjazdem poróżniła nas wystarczająco mocno, bym nie chciał odnawiać naszej relacji.

– A czego mógł chcieć ten przygłup? – Ojciec prycha z niesmakiem. – Podobno rozstał się z Maddison i chciał wrócić do łask.

Przenoszę wzrok na panią Moore i siedzącą obok niej blondynkę.

– A co ona tu robi? – dociekam szeptem.

– Przywiozła Ricka – wyjaśnia. – Drań wyglądał, jakby zaraz sam miał zejść na zawał, więc dobrze zrobiła – przyznaje. – Poza tym Iv potrzebuje teraz wsparcia, bo to nie wygląda dobrze.

W tym momencie drzwi do sali pacjenta stają otworem, a na korytarz wychodzi medyk i pan Evans.

– Idź do niego. – Richard nakazuje Ivory, a kobieta natychmiast zrywa się z miejsca i wchodzi do pomieszczenia.

– Co z nim? – Mój ojciec dopada do przyjaciela, a ten kręci głową.

– Lekarz mówi, że jest źle, ale ma szansę, by z tego wyjść.

Obaj mężczyźni zatracają się w rozmowie, do której już po chwili dołącza moja matka, a ja kątem oka wyłapuję znikającą za rogiem Beth. Korzystam z tego, że pozostali są zajęci sobą i ruszam za kobietą, ciekaw, czy to już ta pora, gdy zamierza opuścić szpital, czy może poszła chlipać w bardziej ustronne miejsce.

– Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałem się tu spotkać – wyznaję zgodnie z prawdą, gdy przystaję obok niej przy wielkim panoramicznym oknie.

Ciało Liz wyraźnie się napina, ale ona nawet nie odwraca głowy w moją stronę. Gdy już myślę, że się nie odezwie, odpowiada:

– Miałam już wrócić do siebie, ale pani Moore nie chciała mnie wypuścić. Ledwo się trzyma, a twoi rodzice dojechali z lekkim poślizgiem. Ktoś musiał ją pocieszyć.

Kiwam głową z uznaniem. Fakt, państwo Moore nie doczekali się więcej potomstwa, a ich rodzina mieszka w innym stanie. Tak właściwie poza ojcem Beth i moimi rodzicami nie mają tu nikogo bliższego i gdyby nie firma, już dawno wróciliby w rodzinne strony.

Niespodziewanie kobieta zrywa się z miejsca i bez jakiegokolwiek słowa mija mnie, ruszając w drogę powrotną do sali Moore’a. Nie pozostaje mi nic innego, jak podążyć za nią. W ciszy wędrujemy w wyznaczonym kierunku, jednak gdy skręcamy za róg korytarza, moja przewodniczka staje nagle w miejscu i to tak, że wpadam na jej plecy, niemal ją taranując.

– Na litość boską, Evans, zmień obuwie na takie na płaskich obcasach, jeśli nie umiesz chodzić w szpilkach – rzucam z irytacją, lecz ta mnie ignoruje, wpatrując się w punkt przed sobą.

Podnoszę wzrok, a następnie dostrzegam Richarda, przypierającego do ściany swojego niedoszłego zięcia.

– Co on tu robi? – Głos Beth jest ledwo słyszalny.

– Nie mam pojęcia – przyznaję równie cicho.

– Akurat – sapie, zerkając na mnie przez ramię, a jej wzrok ciska gromy. – Pewnie sam po niego zadzwoniłeś, prawda? Choć to on jest odpowiedzialny za stan pana Moore’a!

– Skończ bredzić albo weź coś na uspokojenie, bo za bardzo odpływasz w swoich urojeniach – prycham z niesmakiem. – Nie miałem…

Nie kończę, bo w tym momencie po korytarzu rozlega się przeraźliwy krzyk Ivory:

– Pomocy! Lekarza! Pomocy!

Podniesiony przez kobietę alarm rozdziela szamoczących się mężczyzn. Z niemałym przestrachem obserwuję, jak do pomieszczenia wbiega kilka pielęgniarek i lekarz, a nogi same niosą mnie w stronę bliskich.

Ignorując kumpla, podchodzę do Ivory, która zapłakana stoi w objęciach mojej matki i spogląda w zamknięte drzwi do sali jej męża. Szybki rzut oka na twarze mojego ojca i Richarda dają mi jednoznaczną odpowiedź, że i oni ledwo się trzymają. Obracam się przez ramię, by zerknąć na Beth, ale nigdzie jej nie dostrzegam.

Zniesmaczony kręcę głową.

Tchórz.