07 zgłoś się. Milicyjny serial wszech czasów - Rafal Dajbor - ebook + książka
NOWOŚĆ

07 zgłoś się. Milicyjny serial wszech czasów ebook

Rafał Dajbor

0,0

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy pod koniec ubiegłego wieku kształtował się kanon kultowych filmów i seriali PRL-u, trafiły do niego takie produkcje jak Rejs, Sami swoi czy dzieła Stanisława Barei – komedie wyśmiewające rzeczywistość minionego systemu i narodowe przywary Polaków. Jak to możliwe, że w tym samym gronie znalazł się również 07 zgłoś się, poważny serial o oficerze Milicji Obywatelskiej, formacji powszechnie nielubianej i kojarzonej z represjami politycznymi? Rafał Dajbor z pasją śledzi fenomen popularności porucznika Borewicza, który zyskał już status ikony polskiej popkultury. Zagląda za kulisy powstawania serialu, przywołuje nieznane anegdoty z planu i próbuje rozwiać narosłe wokół produkcji stereotypy.

To książka dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na Borewicza świeżym okiem – nie tylko jak na bohatera serialu kryminalnego, lecz także jak na zjawisko kulturowe, które do dziś fascynuje kolejne pokolenia widzów.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 268

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rafał Dajbor

07 zgłoś się. Milicyjny serial wszech czasów

Copyright © by Rafał Dajbor, 2026

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-68823-02-8

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Warszawa 2026

Spis rzeczy

Okładka
Karta tytułowa
Wstęp
Rozdział 1. Poprzednicy Borewicza. Sowa, Walczak, Jasło
Rozdział 2. Twórcy 07 zgłoś się
Rozdział 3. Obsada
Rozdział 4. Literatura milicyjna, czyli źródło scenariuszy
Rozdział 5. Realizacja i reakcje
Rozdział 6. Kobiety w serialu
Rozdział 7. Borewicz w popkulturze, popkultura w serialu
Rozdział 8. Następcy Borewicza
Zakończenie i podziękowania
Spis odcinków serialu 07 zgłoś się
Bibliografia
Rozmowy autora

Wstęp

– Idzie pan?

– Gdzie? Funkcjonariusz milicji? Na wódkę? W biały dzień? W godzinach pracy? Z największą przyjemnością!

(mecenas Sadecki i Borewicz w odcinku „Bilet do Frankfurtu”)

„Niebywałe!” – tak Andrzej Chrzanowski, aktor, reżyser teatralny i telewizyjny, a w serialu 07 zgłoś się oficer z wydziału wewnętrznego prowadzący śledztwo w odcinku „Złoty kielich z rubinami” i doktor Miłosz w odcinku „Ślad rękawiczki” – określa fakt, że 07 zgłoś się należy dziś do kanonu kultowych filmów z PRL-u.

Rzeczywiście, to nie miało prawa się udać. Gdy mniej więcej dekadę po rozpadzie PRL-u, pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, krystalizował się kanon kultowych produkcji z tamtych lat, znalazły się w nim cykl Sami swoi Sylwestra Chęcińskiego, komedie Stanisława Barei z lat 70. i 80., Rejs Marka Piwowskiego, Nie lubię poniedziałku Tadeusza Chmielewskiego, serial 40-latek Jerzego Gruzy, Seksmisja i Kingsajz Juliusza Machulskiego… – słowem: komedie, które albo w mniej lub bardziej zawoalowany sposób drwiły z rzeczywistości niedemokratycznego, może już nie totalitarnego, ale na pewno autorytarnego kraju, jakim była Polska Ludowa, albo też wykpiwały „odwieczne wady Polaków”. (Wyjątkiem jest obecność w tym gronie filmów Machulskiego Vabank i Vabank 2, czyli riposta, ostentacyjnie wręcz nieniosących żadnych odniesień do ówczesnej rzeczywistości). Na podobnej zasadzie w kanonie znalazła się komedia C.K. Dezerterzy, choć jej reżyser, Janusz Majewski, do końca życia odżegnywał się od opinii, że film miał być zakamuflowaną krytyką PRL-u. Niespodziewanie dla wielu w ten kanon wszedł klinem, czy – jak by powiedział ktoś złośliwy – jak Piłat w credo, bynajmniej nie komediowy serial o oficerze Milicji Obywatelskiej.

Istniejąca od 7 października 1944 do 8 maja 1990 roku Milicja Obywatelska, wbrew nazwie będąca po prostu formacją policyjną, nie cieszyła się na ogół sympatią obywateli. Przede wszystkim dlatego, że jej szeregowym funkcjonariuszom, czyli spotykanym na ulicach milicjantom, nader często brakowało kultury. Spotkanie z milicjantem było więc przeważnie zdarzeniem mało przyjemnym nawet dla osoby Bogu ducha winnej. Drugim czynnikiem, który sprawiał, że MO była instytucją nielubianą i budzącą nieufność, było jej powiązanie ze strukturami najpierw UB, a potem SB. Trzeci czynnik wynikał w znaczącym stopniu z drugiego – otóż milicja, oprócz typowych i potrzebnych w każdym państwie działań policyjnych, czyli po prostu zatrzymywania i doprowadzania przed oblicze sądów sprawców różnych przestępstw, odgrywała także rolę policji politycznej. Szczególnie złą sławę miało ZOMO, czyli Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, po kilku akcjach przeciwko uczestnikom antykomunistycznych demonstracji, podczas których zomowcy puścili w ruch pałki, przechrzczone przez ulicę na „Zdziczałe Oddziały Milicji Obywatelskiej”. Słowem – serial, którego głównym bohaterem jest porucznik MO, wydawał się po 4 czerwca 1989 roku skazany na to samo, co cała milicja – czyli na śmietnik historii. A jednak…

Tematyka kryminalna nie miała w PRL-u łatwej drogi na ekran – ani kinowy, ani telewizyjny. Dość powiedzieć, że milicjanci zajmujący się przestępcami kryminalnymi pojawili się na ekranach – podobnie jak na kartach książek – dopiero po 1956 roku, na fali odwilży i destalinizacji Polski Ludowej. Wcześniej panował dyktowany ideologią pogląd, że przestępstwa natury kryminalnej to przeżytek z czasów sanacyjnej, kapitalistycznej Polski i problem krajów Zachodu, gdyż w socjalizmie nie ma już powodów, by je popełniać. Nie oznacza to bynajmniej, że w literaturze czy kinie nie pojawiali się przestępcy. Tyle tylko, że był to zawsze jeden typ przestępców – szpiedzy, sabotażyści i dywersanci, zawsze w porę poskramiani przez pojawiających się znienacka funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Pisarz Jerzy Pomianowski drwił, że współcześni pisarze rozwiązują każdy problem działalności szpiegowskiej na kartach swoich książek metodą „ubeus ex machina”. W kinie było podobnie, by wspomnieć takie tytuły, jak Kariera Jana Koechera (1954), Niedaleko Warszawy Marii Kaniewskiej (1954) czy Uczta Baltazara Jerzego Zarzyckiego (1954 – jak widać ten rok przyniósł prawdziwy wysyp filmów szpiegowskich). Ten ostatni film stał się zresztą symbolem słabości ówczesnego zideologizowanego kina spod znaku socrealizmu za sprawą złośliwego powiedzenia: „Wy nie uczta Baltazara, wy się uczta filmy kręcić” *.

Na tym tle fenomen popularności serialu 07 zgłoś się i jego głównego bohatera, porucznika Sławomira Borewicza, jest tym bardziej intrygujący. Postaram się zaprezentować go w odniesieniu do jego telewizyjnych poprzedników – kapitana Sowy (serial Stanisława Barei Kapitan Sowa na tropie, 1965) i sierżanta Walczaka (serial twórcy 07 zgłoś się Krzysztofa Szmagiera Przygody psa Cywila, 1969–1970), a także następców – Olgierda Halskiego z Ekstradycji i policjantów z serialu Kryminalni. Jako że niemal wszystkie odcinki 07 zgłoś się powstały na podstawie powieści, przyjrzę się także zjawisku książkowego kryminału milicyjnego.

Omówię sylwetki głównych twórców serialu, w tym reżysera większości odcinków Krzysztofa Szmagiera i dwóch reżyserów pojedynczych odcinków. Na uwagę zasługuje również operator Wiesław Rutowicz, współautor scenopisów poszczególnych odcinków, a także – co nietypowe – dialogów. Osobny rozdział poświęcę obsadzie, a zwłaszcza tak zwanej Wielkiej Piątce, do której zaliczani są Bronisław Cieślak, Zdzisław Kozień, Zdzisław Tobiasz, Jerzy Rogalski i Ewa Florczak. Interesująca jest kwestia kobiecych bohaterek serialu, a jej oceny są skrajne: od zarzutów o seksizm po głosy, że serial był wyjątkowo feministyczny jak na tamte czasy. Warto te opinie zweryfikować i rozbroić narosłe wokół serialu stereotypy.

Nie może też zabraknąć opowieści o samej realizacji serialu – jak zapowiadała go prasa, jak pracowało się filmowcom, jakie anegdoty zapamiętali z planu zdjęciowego – oraz o jego odbiorze w chwili premiery. No i oczywiście tego, co wielu interesuje najbardziej – czyli popkulturowych odniesień w samym serialu oraz jego późniejszej obecności w popkulturze.

A więc włączamy koguty – i w drogę!

* Zainteresowanych bliżej tematem kryminału na dużym ekranie odsyłam do książki Polski film sensacyjno-kryminalny (1960–1980), Warszawa 2008. Arkadiusz Gajewski interesująco opisuje w niej meandry polskiego kina od filmów sensacyjnych o szpiegach i sabotażystach do produkcji stricte kryminalnych.

Rozdział 1

Poprzednicy Borewicza. Sowa, Walczak, Jasło

Czy ja nie mogę mieć nic w życiu normalnie? Jak narzeczony to kryminalista, dziecko chore bez ojca, a jak ktoś fajny to milicjant.

(Lilka do Borewicza w odcinku „Ślad rękawiczki”)

Pierwszym polskim telewizyjnym serialem kryminalnym był Kapitan Sowa na tropie w reżyserii Stanisława Barei z 1965 roku (premiera w Boże Narodzenie – 25 grudnia 1965). Bareja, gdy przystępował do realizacji, był wręcz wymarzonym reżyserem dla takiej właśnie produkcji. Miał bowiem zarówno doświadczenie w pracy nad kryminałem (film Dotknięcie nocy z 1961 roku), jak i nad nowym wówczas w polskiej telewizji formatem, jakim był serial: współpracował jako scenarzysta przy uznawanym za pierwszy serial Telewizji Polskiej tytule Barbara i Jan w reżyserii Hieronima Przybyła i Jerzego Ziarnika z 1964 roku. Notabene – serialu także zawierającego pewne wątki kryminalne, na które w swojej pracy natykała się tytułowa para dziennikarzy (w tych rolach Janina Traczykówna i Jan Kobuszewski). Kapitan Sowa na tropie to serial milicyjny, ale główny bohater, grany przez Wiesława Gołasa – jednego z ulubionych aktorów Barei – przypomina raczej kogoś w rodzaju prywatnego detektywa niż oficera MO. Wrażenie to potęguje jeszcze fakt, że jego duet z asystentem Albinem (Michał Szewczyk) nasuwa skojarzenia z duetem Holmes–Watson. Autor kilku książek poświęconych twórczości Stanisława Barei, Maciej Replewicz, tak przedstawia dzieje Kapitana Sowy…:

Historia pierwszego polskiego serialu kryminalnego zaczęła się na początku lat 60. od „Zagadek inspektora Wernera” drukowanych w odcinkach na łamach „Przekroju”. Pisała je Janina Ipohorska ukrywająca się pod pseudonimem „Alojzy Kaczanowski”. Wtedy narodził się pomysł na serial dla TVP. Inspektor Werner? To nie brzmiało dobrze, kojarząc się raczej z agentem niemieckiej Kriminalpolizei z lat okupacji niż z oficerem MO. Bohater został szybko i bezboleśnie spolonizowany przez nadanie mu swojskiego nazwiska (…). Serial nakręcono od lutego do lipca 1965 w atelier Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi przy współudziale Zespołu Filmowego Rytm. Podczas pracy korzystano z dekoracji i rekwizytów przygotowanych dla innych filmów fabularnych.

Jeśli chodzi o Wiesława Gołasa, Zbigniew Klaczyński pisał o nim w 1964 roku w „Trybunie”, że „wykrzesać potrafi uśmiech nawet ze starego kulawego stołu. I nawet wtedy, gdy nie ma co grać”. Sam zaś zainteresowany – podobno – zapytany, czy mógłby zagrać ołówek, dopytywał: zwykły czy kopiowy? Gołas był rzeczywiście wybitnym aktorem, ale nie wszyscy byli i są przekonani, że pasował do tytułowej roli w Kapitanie Sowie… W 2002 roku Piotr Sarzyński kpił w „Polityce”, iż „wielkim poczuciem humoru musiał się odznaczać pomysłodawca obsadzenia Wiesława Gołasa w roli oficera milicji w serialu Kapitan Sowa na tropie”. Ta drwina wydaje się jednak nietrafiona. Zarówno serial Barei, jak i wykreowana przez Gołasa postać znakomicie balansują na cienkiej granicy powagi kryminału i lekkiej komediowości całego serialu.

Maciej Replewicz pisze:

Przez osobę Wiesława Gołasa kapitan Sowa wzbudza sympatię widzów. Mało błyskotliwy, nieco roztargniony. Po prostu człowiek. Choć zdarzy mu się kilkakrotnie walczyć z uzbrojonymi gangsterami, nie jest typowym „gliniarzem” od mordobicia. To raczej postać milicjanta stworzona według pobożnych życzeń obywateli. Ucieleśnienie stróża prawa. W konfrontacji z przestępcami – zawsze skuteczny. Miał ludzkie słabości: nieustannie rzucał palenie, połykając miętówki, po czym znów sięgał po papierosy. Bareja znał z autopsji problem walki z nikotynowym nałogiem. Palenie rzucił właśnie w czasie pracy nad serialem.

Warto dodać, że motyw stróża prawa walczącego z nałogiem nikotynowym za pomocą słodyczy ma swoje stałe miejsce w historii światowego serialu kryminalnego. Za pomocą lizaków walczy z paleniem porucznik Kojak (Telly Savalas) z serialu amerykańskiego. Ten sam Kojak, którego plakat wisi na ścianie w komendzie MO, w której pracuje porucznik Borewicz. Tyle że Kojak to postać z lat 70., a Sowa – z 60. Bareja był więc pierwszy! Z kolei Maciej Łuczak zauważa wprost komediowe „wstawki” w poważnym z założenia kryminale:

Oto Albin, współpracownik kapitana Sowy (…) przekazuje raport z całodniowego śledzenia podejrzanego: „Udało nam się ustalić, co robił Smolak tego dnia. Wyszedł z domu około jedenastej i zjadł w barze mlecznym. Potem do szesnastej brak danych. Po szesnastej widziano go znowu w mieście w barze Pod Sokołem”. Sprawozdanie jest utrzymane w tonie ­takiego oto meldunku z inwigilacji niejakiego Fireflaya, bohatera Kaczej zupy braci Marx: „W poniedziałek obserwowaliśmy dom Fireflaya, ale nie wyszedł, bo nie było go w domu. We wtorek poszliśmy na mecz, ale nas wykiwał i nie przyszedł. W środę był na meczu, ale my go wykiwaliśmy i nie przyszliśmy”.

Serial Kapitan Sowa na tropie liczy osiem odcinków, z których każdy trwa niecałe pół godziny. Trudno więc nie zauważyć, że serial jest po prostu… krótki. Miał być znacznie dłuższy – Bareja planował aż czterdzieści dwa odcinki. Na przeszkodzie stanęła jednak niechęć dwóch głównych aktorów, Wiesława Gołasa i Michała Szewczyka, którym po prostu nie podobały się te – ich zdaniem – mdłe kryminalne historie. W 1965 roku „Kurier Polski” z ekscytacją informował i pytał: „Serial wejdzie na ekrany jesienią i wówczas przekonamy się, czy kapitan Sowa ma szansę zostać polskim Świętym?” – odnosząc się do Simona Templara (Roger Moore) z brytyjskiego serialu Święty zakupionego do TVP. Kilkadziesiąt lat później na łamach „Filmu” Maciej Maniewski, patrząc na serial już z dystansu, wywodził, że nic nie wyszło ani z polskiego Simona Templara, ani Herculesa Poirot, zaś serial

stał się przedmiotem żartów i kpin. Jeśli i dziś przygody kapitana Sowy budzą uśmiech, to raczej nostalgiczny. Ma w sobie serial Barei coś z atmosfery dziecięcych zabaw w milicjantów i złodziei.

Maniewski podkreślał jednak, że mimo wszystko

Gołas-Sowa (…) dokonał rzeczy zaiste niezwykłych. Nie zwiodła go niewinna twarz Poli Raksy, którą zdemaskował jako bezwzględną morderczynię (…) A na dodatek uratował przed pożarciem przez lwy samą Kalinę Jędrusik.

Sam Wiesław Gołas w książce Na Gołasa opowiadał:

Kiedy teraz oglądam Kapitana Sowę na tropie, myślę sobie: jakim ja byłem wtedy amatorem! Teksty recytowałem tak sucho, tak sztucznie. Wszędzie miałem poprzylepiane karteczki z tekstem, bo już wtedy chorowałem na brak wiary we własną pamięć.

Z kolei niechęć Michała Szewczyka do serialu potwierdził mi jego syn, dziennikarz radiowy Marcin Szewczyk. Podobnie jak i to, że produkcja serialu została przerwana na prośbę aktorów przy… pozytywnej reakcji Barei, który czuł, że jego prawdziwym reżyserskim żywiołem jest nie kryminał, lecz komedia. Dla porządku odnotujmy, że w Kapitanie Sowie… zobaczyć można jednego aktora, który potem pojawi się w 07 zgłoś się: Leona Niemczyka – podróżnika Małeckiego w odcinku „Szantażysta”, a w 07 zgłoś się – dyrektora Leona Skotnickiego w odcinkach „Morderca działa nocą” i „Bilet do Frankfurtu” (w tym drugim słychać tylko jego głos).

Pierwszy polski serialowy milicjant jest więc postacią zupełnie inną niż młodszy od niego o jedenaście lat porucznik Borewicz. Z Borewiczem łączy go nienoszenie na co dzień milicyjnego munduru. Ale różni ich zdecydowanie charakter. Kapitan Sowa jest na poły komediowym poczciwiną. Ten sposób przedstawienia postaci oficera śledczego mógł zaowocować kimś na kształt polskiego Columbo. Ten grany przez Petera Falka policyjny detektyw z USA z serialu kręconego – z dużymi przerwami – od lat 60. wieku XX do pierwszej dekady kolejnego stulecia – odziany w nieporządny płaszcz, podróżujący obdrapanym Peugeotem i sprawiający wrażenie safanduły był postrachem przestępców przebiegłych, wyrafinowanych i okrutnych. Jednak na taką karierę kapitan Sowa służący w MO w czasach gomułkowszczyzny nie miał raczej szans. Zabrakło odpowiednich przestępców, choć scenarzyści próbowali urozmaicać przygody kapitana, umieszczając akcję jednego z odcinków w cyrku, bohaterem innego czyniąc sławnego podróżnika, pozwalając Sowie odkryć przemyt heroiny itp. Serial i jego bohater zapadli jednak w pamięć widzów, czego ślad znajdziemy także w 07 zgłoś się. W odcinku „Złocisty” barmanka (Bożena Dykiel) w lokalu, do którego udają się bywalcy Bazaru Różyckiego, mimo kamuflażu rozpoznaje Borewicza jako milicjanta i kpi z niego, nazywając go właśnie „Kapitanem Sową na tropie”.

Pierwsza wzmianka o serialu w prasie („Film” 1976, nr 2)

Drugi polski telewizyjny serial kryminalny nakręcił przyszły twórca 07 zgłoś się, czyli Krzysztof Szmagier. Przygody psa Cywila produkowane były w latach 1968–1970 (premiera pierwszego odcinka: 9 września 1971). Serial liczy siedem około półgodzinnych odcinków (czyli jest jeszcze krótszy niż Kapitan Sowa na tropie), a tytułowy bohater to wilczur (owczarek niemiecki), który urodził się jako nadliczbowy w Zakładzie Tresury Psów Milicyjnych i ma zostać uśpiony. Jednak sierżant Walczak (Krzysztof Litwin) postanawia uratować szczeniaka i samemu wychować go na asa służby milicyjnej. Udaje mu się to doskonale – tytułowy bohater z biegiem akcji nie dość, że zdobywa eksternistycznie dyplom psa milicyjnego, to jeszcze pomaga łapać przemytników, zlokalizować uciekinierów z więziennego konwoju, skacze ze spadochronem, odnajduje zaginione dzieci, a inne ratuje od śmierci w wyniku eksplozji niewybuchów. Dwukrotnie zostaje ranny, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze. Produkcję Przygód psa Cywila rozpoczęto, gdyż u szczytu popularności był wtedy serial Czterej pancerni i pies Konrada Nałęckiego, w którym – z powodu czworonożnego bohatera – zakochała się młodzieżowa widownia. Milicja Obywatelska, której – jak każdej formacji policyjnej – zależało na współpracy ze społeczeństwem, po wydarzeniach 1968 roku borykała się z wyjątkowo zszarganą reputacją. Serial o dzielnym psie milicyjnym był więc szansą na tak zwane ocieplenie wizerunku. Gwoli ścisłości dodajmy, że Przygody… zostały skierowane do produkcji jeszcze przed wydarzeniami marcowymi, które jednak wpłynęły na powstawanie serialu, o czym za chwilę.

O wypowiedź na temat Przygód psa Cywila poprosiłem Andrzeja Ramlaua, autora zdjęć do sześciu z siedmiu odcinków (operatorem przy pierwszym odcinku był Stefan Matyjaszkiewicz, ale i wtedy Ramlau współpracował jako szwenkier, pracował więc przy całym serialu). Oto, co powiedział:

Serial o psie Cywilu wziął się z dwóch rzeczy – wielkiej pasji Krzyśka, jaką była kryminalistyka (pasjonował się kryminałami, fascynowała go praca śledczych, miał wielu przyjaciół w milicji), oraz z jego fantastycznej, wręcz niespotykanej umiejętności nawiązywania kontaktu ze zwierzętami. Krzysiek zawsze miał koło siebie psa, a w tym czasie – Beja, który trafił do niego ze szkoły psów milicyjnych w Sułkowicach. Dzieje Beja są podobne do dziejów Cywila – odpadł z dalszej nauki w szkole w wyniku braku agresji.

Początkowo psi bohater serialu miał nazywać się po prostu Bej, tak jak odgrywający go pupil reżysera, ale ten pomysł szybko upadł. Z jednej strony bowiem – w krajach islamskich – to słowo oznacza wysokiego rangą urzędnika państwowego, z drugiej zaś – w języku peerelowskich chuliganów – patentowanego lenia.

Bej był do Szmagiera niezwykle przywiązany. Miał w czasie zdjęć swojego opiekuna, Franciszka Szydełkę, tresera ­słynnego psa Szarika z serialu Czterej pancerni i pies, ale kompletnie go nie słuchał, bo słuchał się wyłącznie Krzyśka. Mieliśmy sceny, w których Cywil tropi ślad. Żeby to nakręcić, Szmagier przywoził na plan w zamkniętym słoiku rajstopy swojej teściowej, z którą mieszkał, a która dla Beja była drugim ukochanym człowiekiem po Krzyśku. Tymi rajstopami dotykał podłoża i w ten sposób realizowaliśmy tropienie śladu przez Cywila.

Krzysztof Szmagier udzielił obszernej wypowiedzi o Przygodach psa Cywila Piotrowi K. Piotrowskiemu do wydanej w 2013 roku książki 07 zgłasza się. W zasadniczych kwestiach jego opowieść zgadza się z relacją Ramlaua, choć różni się w szczegółach: na przykład sam reżyser wspomina, że za przynętę dla psiego aktora służyły nie rajstopy teściowej, lecz rękawiczka i tasiemka do włosów jego matki.

Zostawmy jednak te dywagacje o elementach damskiej garderoby (jak z pewnością przywołałby nas w tym momencie do porządku porucznik Jaszczuk) i wróćmy do relacji Ramlaua:

Bej świetnie się bawił na planie i uwielbiał tę pracę. Kiedy w drodze na plan podjeżdżaliśmy samochodem pod dom Szmagiera i Bej widział otwarte drzwi auta, wyrywał się Krzyśkowi i wskakiwał z rozpędu na siedzenie, wiedząc, że czeka go kilka godzin świetnej zabawy.

Któregoś dnia kręciliśmy sceny w milicyjnej szkole dla psów pod Warszawą. Zaproszono nas do obejrzenia ćwiczeń z ataku na pozoranta. W przerwie Szmagier poszedł na spacer do pobliskiego lasu. Zaczęła się dalsza część pokazów i wtedy z lasu wyszedł Szmagier. Dwa psy rzuciły się w jego stronę. Opiekunowie byli przerażeni, wrzeszczeli na psy, by je zatrzymać, ale już się nie dało. Na naszych oczach te psy dopadły do Krzyśka, po czym on coś powiedział i psy zaczęły się do niego łasić. Krzysiek potrafił wejść na podwórko z tabliczką „Uwaga, zły pies”, na którym rzeczywiście szalał jakiś czworonóg, i sprawić, że ten pies natychmiast robił się spokojny. To nie była tylko miłość do psów. To był jakiś niesamowity dar.

Te dwie pasje Szmagiera to pierwszy element sukcesu Przygód psa Cywila. A drugi to oczywiście Krzysio Litwin. Aktor, który przeważnie grywał epizody, tu dostał główną rolę i stworzył świetną kreację. Kreację, która – obok występów w Piwnicy pod Baranami – stała się jego wizytówką. Jest i trzeci element. Szmagier przywiązywał wielką wagę do tego, by akcja przed kamerą była efektowna. Pilnował, by na planie były samochody, motocykle, helikoptery, strzały i wybuchy. Świetnie się czuł, reżyserując takie sceny, a autentyzmu dodawał im fakt, że w wielu z nich brali udział nie kaskaderzy, ale prawdziwi milicjanci. Milicja w filmach Szmagiera bardziej przypominała amerykańskich stróżów prawa niż zgrzebnych PRL-owskich funkcjonariuszy.

Wypowiedź Ramlaua wprowadza bardzo ważne wątki z punktu widzenia opowieści o serialu 07 zgłoś się. Wiemy z niej, iż pasją twórcy serialu o poruczniku Borewiczu była kryminalistyka, a na planie dbał o to, by widz oglądał ekscytującą akcję. W Przygodach… mógł jednak zaledwie liznąć tego lubianego przez siebie rozmachu, gdyż nie dawały się zakwalifikować jako serial kryminalny czystej wody. Tak jak Kapitan Sowa… wychylał się w kierunku komedii, tak Przygody psa Cywila – w kierunku kina dziecięcego. To wszystko powodowało, że na ekranie nie mogło być „zbyt brutalnie”. „Dziwni to bandyci – najpierw bez skrupułów zabijają strażników (nie widzimy, jak to się odbywa, tylko słyszymy; to zabieg pedagogiczny w stosunku do młodych widzów, ale i chytry – zwalnia reżysera od ustawiania przed kamerą skomplikowanej sceny), potem zaś boją się psa!” – pokpiwał z serialowych bandytów-uciekinierów (Krzysztof Świętochowski i Stanisław Tym) na łamach „Gazety Telewizyjnej” Jacek Szczerba, jednocześnie jednak przyznając, że w dzieciństwie oglądał Przygody psa Cywila z przejęciem. Niestety nawet w produkcję tego sympatycznego serialu o piesku brutalnie wkroczyła polityka. Pierwszy odcinek powstał w Zespole Filmowym „Kamera”, którego kierownikiem artystycznym był Jerzy Bossak. „Krzysztof, zrób tak, żeby pies był jeśli nie inteligentniejszy, to tak samo mądry jak sam gliniarz” – doradził Szmagierowi, a po kolaudacji pierwszego odcinka pochwalił: „Czuć pewną rękę debiutanta” (Szmagier był doświadczonym dokumentalistą, ale Psem Cywilem debiutował w fabule). Nie było im dane kontynuować współpracy. Na skutek wydarzeń marcowych 30 kwietnia 1968 roku „Kamerę” rozwiązano, Bossaka odsunięto od produkcji filmowej, a produkcja serialu przeniosła się do Zespołu Filmowego „Plan”.

Pora teraz prześledzić, co łączy, a co dzieli milicjantów z Przygód psa Cywila i oficerów z 07 zgłoś się. Sierżant Walczak w kreacji Krzysztofa Litwina to wręcz antyteza Borewicza. Zastanawiając się nad tym, czy serial o Cywilu to propaganda czy nie, Jacek Szczerba słusznie zauważał:

I tak, i nie. Tak, bo pokazuje dzielną MO w udanych akcjach (dziś wyglądających śmiesznie), zabiega o sympatię widowni dla niej. Nie, bo czyż można nakręcić agitkę, zatrudniając kogoś tak nieprzystającego do PRL-u jak Krzysztof Litwin (1935–2000), aktor melancholijny i po krakowsku barwny (rodem z tamtejszej ASP i Piwnicy pod Baranami)?

Sierżant Walczak potulnie nosi mundur, ma gołębie serce, a działanie na granicy prawa nie wchodzi w jego przypadku w grę (Borewicz robi to bez wahania, gdy tylko uzna, że to jedyna skuteczna metoda). Gdy Walczak jeden jedyny raz łamie regulamin, robi to z dobrego serca – aby uratować życie skazanemu na śmierć szczeniaczkowi. To z jednej strony, jak pisze Szczerba, postać wręcz poetyczna i nierealna, ale z drugiej – wpisująca się w pewien typ ekranowego milicjanta, której emblematycznym przedstawicielem jest grany przez Józefa Nowaka główny bohater filmu Tadeusza Chmielewskiego Wiosna, panie sierżancie (1974), sierżant Lichniak. Milicjant o dobrodusznej twarzy i takiejż duszy, wobec przestępców stanowczy tylko na tyle, na ile trzeba, a dla „zwykłych ludzi” mający co najwyżej groźny ton głosu i upomnienie: „Oj, obywatelu, obywatelu”.

Jest jednak w Przygodach psa Cywila druga postać, szczególnie dla nas ważna. To porucznik Zubek. Choć nie gra go Zdzisław Kozień, lecz Wojciech Pokora, wszystko wskazuje na to, że to ten sam Zubek, którego spotkamy w 07 zgłoś się – sztywny służbista. To on każe uśpić nadliczbowego psiaka. Bynajmniej nie dlatego, że jest okrutnikiem czy też uwielbia uśmiercać zwierzęta. Po prostu tak nakazuje regulamin. Obsadzenie w tej roli Wojciecha Pokory – aktora wszechstronnego, ale akurat na ekranie kojarzącego się jednoznacznie komediowo – pasowało do konwencji filmu skierowanego przede wszystkim do młodego widza. Zubek taki jak w 07 zgłoś się mógłby być dla dzieci i młodzieży całkowicie nie do przyjęcia. Ale w interpretacji aktorskiej Wojciecha Pokory był w swoim sztywnym oddaniu regulaminowi na swój sposób zabawny. Przy okazji warto od razu rozprawić się z popularną teorią, że nazwisko porucznika służbisty to mrugnięcie okiem do widza wyjawiające dawne miejsce pracy Zubka. Zubek – a więc facet „z UB”. W rozmowie z Piotrowskim Szmagier wyjaśnił, że to po prostu nazwisko milicjanta pracującego w szkole psów milicyjnych w Sułkowicach, w której reżyser kręcił swój film dokumentalny Selim (1964), trwający kwadrans krótki metraż o tresurze psów na potrzeby MO. Selim, jak wiele dokumentów w tamtych czasach, pokazywany był w kinach przed filmem fabularnym. Wedle słów Szmagiera to właśnie po jednym z takich pokazów zwrócili się do niego ludzie z Telewizji Polskiej i tak narodził się pomysł na serial fabularny o psio-milicyjnej tematyce. Reżyser w rozmowie z Piotrowskim mówił:

Pierwsza nowela [scenariusz pierwszego odcinka – przyp. aut.] niemal w stu procentach związana jest z autentyczną historią. Istnieje przepis kynologiczny, że suka może wychować sześć szczeniaków. Jeżeli ma ponad sześć, należy tę nadwyżkę uśpić, ponieważ to się odbije na wzroście i wykarmieniu pozostałego rodzeństwa. W tych Sułkowicach był porucznik Zubek i on pewnego dnia musiał wydać takie polecenie.

Szmagier w wielu wywiadach zaprzeczał, że Zubek jest „z UB”, gdy jednak przejrzy się artykuły na temat Przygód psa Cywila oraz (zwłaszcza) 07 zgłoś się – nie raz można się natknąć na ten pogląd. Tymczasem jest to po prostu nazwisko pierwowzoru tych postaci.

Krzysztof Szmagier kochał wilczury i niemal zawsze był przy nim jakiś pies tej rasy. Z tamtych czasów dobrze pamięta go Rafał Rutowicz, syn operatora serialu 07 zgłoś się, Wiesława Rutowicza, aktor dziecięcy, który zagrał w ostatnim odcinku serialu, a dziś zawodowy aktor występujący w warszawskim Teatrze Żydowskim. Szmagier był mu na tyle bliski, że nazywa go przeważnie wujkiem Krzyśkiem i wspomina między innymi tak:

Któregoś lata przyjechaliśmy z ojcem do ośrodka Sierżan, w którym kręcone były Hieny. Wujek Krzysiek już tam był ze swoim psem. Zawołał go po imieniu – Bej. Mój ojciec popatrzył na tego psa i powiedział, że Bej jakoś bardzo się zmienił, na co wujek Krzysiek odpowiedział, że to jest Bej, ale nie ten. Wujek po prostu wszystkie swoje kolejne wilczury nazywał imieniem Bej.

Opowieść Rafała Rutowicza wyjaśnia pomyłkę Danuty Kowalskiej, która opowiadała w książce Piotra K. Piotrowskiego, iż na przyjęciu, które wydał Krzysztof Szmagier po kolaudacji czwartej serii 07 zgłoś się, Bej, „pies znany z serialu o przygodach Cywila” (jak nazwała go Kowalska), odgryzł jej (i zjadł) kawałek ucha z kolczykiem, co zakończyło się interwencją chirurgiczną, a nazajutrz – koniecznością umycia i zdezynfekowania odzyskanego brylantu. Zważywszy na fakt, że opisywane przez Kowalską zdarzenia miały miejsce w 1984 roku – musiałby to być naprawdę bardzo długowieczny pies.

Tymczasem losy „Beja numer jeden”, czyli tego, który zagrał w Przygodach psa Cywila (tylko w kilku najbardziej ryzykownych scenach zastępowały go prawdziwe psy milicyjne), potoczyły się raczej smutno. Reżyser w wywiadzie dla miesięcznika „Cinema Press Video” opowiadał Iwonie Chudzikiewicz:

Przez cały serial nie zrobiliśmy mu żadnej krzywdy z wyjątkiem jednej – ponieważ robił wszystko za nagrody, przekarmiliśmy go, jak się okazało, śmiertelnie. Wysiadła mu wątroba, potem zaczął tracić sierść… Któregoś dnia zemdlał na ulicy. W nocy z soboty na niedzielę po długich korowodach udało mi się zmusić weterynarza, by przyszedł i łagodnie go uśpił. Milicja miała do mnie pretensje, ponieważ nie zgodziłem się, aby go wypchać i umieścić jako eksponat w szkole milicyjnej, okazało się bowiem, że film niesłychanie podniósł rangę milicjanta-psiarza.

W przypadku Przygód psa Cywila zmuszony do przykrajania swoich ambicji do wymagań dziecięcego widza, Krzysztof Szmagier jednocześnie napisał scenariusz „dorosłego” telewizyjnego kryminału, tyle że jednoczęściowego, i zrealizował go równolegle z ostatnimi odcinkami serialu, w roku 1970. Film nosił tytuł Zapalniczka, zaś w głównej roli wystąpił dwudziestoczteroletni Piotr Fronczewski, polecony Szmagierowi przez Stanisława Różewicza (w którego Wolnym mieście z 1958 roku debiutował na ekranie rolą dziecięcą). Piotr K. Piotrowski pisze tak:

Ten skromny, niespełna godzinny czarno-biały film kryminalny jest interesujący z kilku względów. Po pierwsze to debiut filmowy Piotra Fronczewskiego, dyplomowanego już aktora, który zagrał główną rolę. Po drugie Zapalniczka była swoistą deklaracją gatunkową reżysera – klasycznym filmem kryminalnym z zagadką, intrygą i efektownym finałem. Po trzecie znalazły się w niej wszystkie składniki koktajlu, które odnajdziemy później w 07 zgłoś się: świat luksusu, tak zwany margines społeczny, a nawet dziewczyna topless.

Powiedzmy jeszcze, że rzeczywiście był to debiut Piotra Fronczewskiego, ale właśnie – debiut w charakterze wykonawcy roli głównej, bo wcześniej jako student PWST pojawił się na ekranie w kilku filmach, między innymi w… Przygodach psa Cywila, gdzie zagrał epizod milicjanta jedzącego obiad z Zubkiem, a kilka innych postaci dubbingował. W Zapalniczce jako inżynier Jacek Leman prowadził swoje prywatne śledztwo w sprawie niespodziewanej śmierci kolegi, który pożyczył mu walizkę na wyjazd do Wiednia, po czym nagle zginął w wypadku samochodowym. Lista aktorów z Przygód psa Cywila i Zapalniczki, którzy pojawili się także w 07 zgłoś się, jest bardzo długa. Można by powiedzieć, że przy tych produkcjach Szmagier ustalał listę swoich ulubionych aktorów. Warto jednak odnotować, iż do serialu o poruczniku Borewiczu nie trafili ani Krzysztof Lit­win, ani Wojciech Pokora. Można podejrzewać, że byli obaj nieco zbyt komediowi jak na konwencję, w której zrealizowano 07 zgłoś się. Za to dwie duże role stworzył w serialu o Borewiczu Piotr Fronczewski – którego można nazwać filmowym odkryciem Krzysztofa Szmagiera (prywatnie panowie bardzo się lubili; „przydarzyła nam się przyjaźń” – powie Piotr Fronczewski w 2011 roku w przemówieniu na pogrzebie reżysera). A do tego – autorem zdjęć do Zapalniczki był Wiesław Rutowicz. Szmagier i Rutowicz mieli od tej pory zaprzyjaźnić się i stworzyć zgrany tandem, który już za kilka lat stanie za sukcesem 07 zgłoś się.

I na tym opowieść o serialowych poprzednikach porucznika Borewicza mogłaby się zakończyć, gdyby nie jeszcze jeden serial – siedmio­odcinkowy S.O.S., w reżyserii Janusza Morgensterna, realizowany w roku 1974, a na ekranach obecny od 27 lutego 1975, czyli w czasie, gdy w głowie Krzysztofa Szmagiera rodził się pomysł na nowy serial. S.O.S. to historia dziennikarza Rafała Kostronia (Władysław Kowalski) i jego śledztwa, a potem walki z gangiem producentów i przemytników pornografii, w którym to gangu znalazł swoje miejsce także morderca młodych kobiet. Janusz Morgenstern miał ambicje znacznie większe niż nakręcenie sprawnej opowieści kryminalnej. W zamyśle S.O.S. miało być apelem o uważność na dziejącą się obok krzywdę i o reagowanie na nią – tak, jak reaguje Rafał Kostroń, nie milicjant przecież, lecz dziennikarz. Morgenstern zapewnił serialowi wystrzałową wręcz obsadę złożoną z najlepszych aktorów ówczesnego średniego i młodego pokolenia. Poza Kowalskim grali między innymi Maja Komorowska, Marek Walczewski, Roman Wilhelmi, Piotr Fronczewski i Krzysztof Kolberger.

A jednak S.O.S. okazało się ambitną klęską. Jak pisze Marek Hendrykowski:

Zawiódł zwłaszcza drugi plan, w którym zabrakło realistycznie odtworzonych szczegółów oraz niezbędnej dozy autentyzmu portretowanych postaci. To odebrało filmowi zamierzoną wiarygodność, czyniąc go nie tyle przekazem komunikującym coś ważnego o współczesności, ile sensacyjnym spektaklem nasyconym wieloma atrakcjami natury kryminalno-obyczajowej. Świadom tej porażki reżyser nigdy więcej nie powrócił do zamysłu filmu utrzymanego w tej konwencji.

Nad S.O.S. warto się jednak pochylić ze względu na fakt, że jest to pierwszy polski serial kryminalny zawierający postać, którą nazywam, w pewnym uproszczeniu, „milicjantem-policjantem”. Czym charakteryzuje się „milicjant-policjant”? To mężczyzna dojrzały, ale bynajmniej nie wiekowy, o pociągającej powierzchowności, odznaczający się albo po prostu męską urodą, albo pewną tajemnicą wypisaną na twarzy i w sylwetce, a nierzadko także łobuzerskim urokiem. Nie nosi milicyjnego munduru, a jeśli już go wkłada, to widzimy, że czuje się w nim źle i najchętniej narzuciłby na przykład skórzaną kurtkę. Czarujący wobec kobiet, drwiąco ironiczny wobec przestępców, a także tych, którzy swoją bierną lub tchórzliwą postawą przestępcom sprzyjają, bezwzględny wobec bandytów dopuszczających się najokrutniejszych zbrodni z niskich pobudek. Często posiada własną życiową filozofię, przeważnie nie do końca zgodną z tą „oficjalną”, państwową wykładnią rzeczywistości. To nie umundurowany, dobroduszny sierżant Walczak, ale prawdziwy gliniarz, jak z filmów z Zachodu, zwłaszcza z USA. Jeśli wywodzić jego sylwetkę z literatury, to nie jest to – jak kapitan Sowa – postać z Arthura Conana Doyle’a, ale raczej z Raymonda Chandlera. Typowym „milicjantem-policjantem” jest oczywiście porucznik Sławomir Borewicz, ale tego rodzaju bohaterowie zaludnią w latach 80. XX wieku polskie ekrany zarówno kinowe, jak i telewizyjne. „Milicjantami-policjantami” są: kapitan Jerzy Marek (Jerzy Kryszak) z serialu Tulipan Janusza Dymka i Andrzeja Swata (1986), tercet milicjantów (Janusz Bukowski, Jan Jankowski, Piotr Dejmek) ścigający mordercę kierowców ciężarówek w filmie Prywatne śledztwo Wojciecha Wójcika (1986), kapitan Popczyk (Piotr Machalica) i jego najbliżsi współpracownicy Jachimowski (Andrzej Grabarczyk) i Kwapiński (Tomasz Lengren) z filmu Zabij mnie, glino Jacka Bromskiego (1987) czy wściekły na swoją bezradność wobec gangu kłusowników węgorzy komendant mazurskiej milicji (Krzysztof Stelmaszyk) w serialu Akwen Eldorado Andrzeja Swata (1988).

Takim właśnie „milicjantem-policjantem” jest także grany w S.O.S przez Jana Englerta porucznik Jasło. Nie jest to główny bohater serialu, ale ważna postać drugoplanowa. Niewątpliwie czarujący przystojniak, a przy tym ktoś, kto nie jest nieskazitelny i wolny od błędów. Zbyt wcześnie umarza sprawę zabójstwa, uznając ją za samobójstwo, ale w ostatnim odcinku z fanfaronadą zatrzymuje zabójcę na statku. Czytając wywiady z Krzysztofem Szmagierem, w których przyznawał, że brał Jana Englerta pod uwagę do roli porucznika Borewicza, trudno oprzeć się wrażeniu, że na ten pomysł obsadowy nakierował go właśnie serial Janusza Morgensterna. Dziś ambitny S.O.S. pozostaje serialem kompletnie zapomnianym, a czysto kryminalny, a więc rozrywkowy 07 zgłoś się – kultowym. Zapewne nie tylko za sprawą wyrazistego głównego bohatera, ale także – odwołując się do cytowanych słów Marka Hendrykowskiego – realistycznie odtworzonych szczegółów i niezbędnej dozy autentyzmu postaci na drugim planie. O te elementy Krzysztof Szmagier umiał doskonale zadbać.

Dalsza część w wersji pełnej

Redakcja

Aleksandra Kleczka

Korekta

Urszula Roman

Opieka redakcyjna

Justyna Pelaska

Współpraca redakcyjna

Krzysztof Tomasik, Vendula Czabak

Indeks

Rafał Dajbor

Projekt graficzny

Marcin Hernas | tessera.org.pl

Zdjęcie okładkowe

Bronisław Cieślak w odcinku „Przerwany urlop”, fot. archiwum TVP/Forum

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Jasna 10, lok. 3

00­-013 Warszawa

[email protected]

krytykapolityczna.pl/wydawnictwo

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w kawiarni KP „Prześniona” (ul. Jasna 10, Warszawa), księgarni internetowej KP (krytykapolityczna.pl/wydawnictwo) oraz w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis rzeczy

Wstęp

Rozdział 1. Poprzednicy Borewicza. Sowa, Walczak, Jasło

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Meritum publikacji

Strona redakcyjna