Wokół Księżyca - Jules Verne - ebook
Wydawca: Masterlab Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wokół Księżyca - Jules Verne

[color=rgb(0, 0, 0)][font='czcionka tekstu podstawowego']Wspaniała powieść przygodowa klasyka fantastyki. [/font][/color][color=rgb(0, 0, 0)][font='czcionka tekstu podstawowego']Tagi: przygodowa, podróżnicza, fantastyka.[/font][/color]

Opinie o ebooku Wokół Księżyca - Jules Verne

Fragment ebooka Wokół Księżyca - Jules Verne






Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-63625-88-7
Tekst z domeny publicznej.
Rok pierwszej publikacji: 1869. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne.
Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2013.
 
MASTERLAB
Wydawanie i konwersja ebooków
E-mail: biuro.masterlab@gmail.com
www.masterlab.pl
Białobrzegi

Poland


Wstęp

W roku 186... świat naukowy został zaciekawiony pewnym projektem, jakiego przykładu nie odnajdziesz w rocznikach naukowych. Członkowie klubu puszkarskiego, który powstał w Baltimore po ukończeniu wojny amerykańskiej, powzięli zamiar urządzenia komunikacyi z księżycem – tak, z księżycem – za pomocą wyrzuconej nań kuli. Prezes Barbicane, inicyator przedsięwzięcia, zasiągnąwszy w tej sprawie rady astronomów obserwatoryum w Cambridge, którzy uznali projekt za wykonalny, zajął się niebawem przygotowaniami do tego nadzwyczajnego przedsięwzięcia. Ogłosił subskrypcyę publiczną, która w tym kraju, przepadającym za nadzwyczajnościami, dała około 30.000.000 franków.

Według memoryału, zredagowanego przez członków obserwatoryum, armata przeznaczona do wyrzucenia kuli, miała być ustawioną w kraju, położonym pomiędzy 0 i 28° szerokości północnej lub południowej tak, aby celowała do księżyca w zenicie. Kula miała posiadać szybkość początkową 12.000 yardów na sekundę. Wyrzucona w dniu 1 grudnia wieczorem, o godzinie 11 bez 13 minut i 20 sekund, miała dojść do księżyca 5 grudnia, o samej północy, w chwili, gdy ten byłby w swem perigeum, to jest, w najbliższej odległości od ziemi, bo oddalony od niej tylko na 86410 mil.

Wybitniejsi członkowie Klubu puszkarskiego: prezes Barbicane, major Elphiston, sekretarz J. T. Maston i inni uczeni odbyli sporo posiedzeń, na których rozpatrywano kształt i skład kuli, ustawienie i rodzaj działa, oraz jakość i ilość prochu, którego użyć należy. Postanowiono: 1° że pocisk będzie aluminiowy, w kształcie granata, mającego 108 cali średnicy, a 12 cali grubości w ścianach, ważyć ma 19.250 funtów; 2° że armatą będzie kolumbiada z lanego żelaza, długa na 900 stóp, która ma być ulana wprost w ziemi; 3° że nabój stanowić będzie 400.000 funtów bawełny piorunującej, która, wywiązując 6 miliardów litrów gazu pod pociskiem, zaniesie go z łatwością na księżyc.

Po rozstrzygnięciu tych kwestyi, prezes Barbicane przy pomocy inżyniera Murchisona wybrał miejsce na Florydzie pod 27° 7’ szerokości północnej, a 5° 7’ długości zachodniej, – i w tem to miejscu po licznych, nadzwyczajnych przygotowaniach, udało się odlać kolumbiadę z zupełnem powodzeniem.

Tak stały rzeczy, gdy wydarzył się wypadek, który jeszcze zwiększył zainteresowanie się tem przedsięwzięciem, i tak już bardzo głośnem.

Jakiś francuz, paryżanin, fantastyk, artysta, zażądał, aby go zamknięto w kuli, gdyż pragnął dostać się na księżyc i zbadać tego satelitę ziemi. Odważny ten awanturnik nazywał się Michał Ardan. Przybył on do Ameryki, gdzie go przyjęto z zapałem; urządzano dlań meetingi, obnoszono w tryumfie. Udało mu się pogodzić prezesa Barbicana ze śmiertelnym jego wrogiem kapitanem Nicholl, a dla utrwalenia tej zgody namówił ich, aby z nim wsiedli do kuli.

Propozycyę jego przyjęto. Zmieniono wtedy kształt kuli na cylindrowo-stożkowy. Zaopatrzono ten wagon powietrzny dużemi sprężynami i przegrodami, które miały zniweczyć siłę odbicia się w chwili wystrzału, oraz żywnością na rok, wodą na parę miesięcy i gazem na kilka dni. Aparat automatyczny miał wytwarzać i dostarczać powietrze potrzebne do oddychania dla trzech podróżnych. Jednocześnie Klub polecił na jednym z najwyższych wierzchołków Gór Skalistych zbudować olbrzymi teleskop dla śledzenia biegu pocisku na całej przestrzeni powietrznej. Wszystko było przygotowane.

Dnia 30 listopada, o naznaczonej godzinie, wobec olbrzymiego napływu ciekawych, puszczono pocisk i po raz pierwszy trzech ludzi, opuszczając kulę ziemską, puściło się w przestrzenie międzyplanetarne, z przeświadczeniem, iż przybędą do zamierzonego celu

Ci odważni podróżnicy: Michał Ardan, prezes Barbicane i kapitan Nicholl mieli przebyć swą drogę w 97 godzinach, 13 minutach i 20 sekundach. Przybycie ich na powierzchnię tarczy księżycowej musiało nastąpić 5 grudnia o północy, gdy księżyc był w pełni, a nie 4, jak to zapowiedziały niektóre gazety, źle poinformowane.

Nikt wszakże nie przewidział, że wystrzał kolumbiady sprawi takie wstrząśnienie atmosfery ziemskiej i nagromadzi tak ogromną ilość dymu, że ten na kilka nocy zakryje księżyc przed oczami ciekawych – co wywołało nadzwyczajne oburzenie.

Pan J. T. Maston, przyjaciel trzech podróżników, pojechał do Gór Skalistych w towarzystwie pana J. Belfasta, dyrektora obserwatoryum w Cambridge, i przybył do stacyi Long’s Peak, gdzie znajdował się teleskop, zbliżający księżyc na odległość dwóch mil. Sekretarz Klubu puszkarskiego pragnął własnemi oczami śledzić swych odważnych przyjaciół. Skutkiem nagromadzenia chmur w atmosferze, nie można było robić żadnych spostrzeżeń w ciągu dni od 5 do 10 grudnia. Przypuszczano nawet, że wypadnie zaniechać obserwacyj aż do 3 stycznia roku przyszłego, bo 11-go księżyc wstępował w ostatnią kwadrę; przedstawiał więc ziemi tak małą tylko część swej tarczy, iż niepodobna było na niej śledzić pocisku.

Nareszcie ku zadowoleniu ogólnemu, silna burza oczyściła atmosferę w nocy z 11 na 12 grudnia, a księżyc napół oświecony zajaśniał na czarnem tle nieba.

Tejże nocy J. T. Maston i Belfast wysłali z Long’s Peak telegram do członków obserwatoryum w Cambridge.

Donosili oni, iż 11 grudnia, o godzinie 8 minut 47 wieczorem, pocisk wyrzucony przez kolumbiadę w Stone’s Hill, zauważony został przez pp. Belfasta i J. T. Mastona; – iż pocisk sprowadzony z drogi, nie dosięgnął celu, lecz przeszedł dość blizko niego, aby być zatrzymany siłą przyciągającą księżyca; iż bieg pocisku prosty, zamienił się na krążący, i że wtedy wciągnięty w bieg eliptyczny naokoło księżyca, stał się jego satelitą.

Telegram doniósł nadto, iż pochodu tej nowej gwiazdy nie można jeszcze obracho-wać, bo dla oznaczenia go należy gwiazdę trzykrotnie i z trzech różnych obserwować pozycyi. Dalej stwierdzał, że odległość pomiędzy pociskiem a powierzchnią księżyca »mogła« wynosić około 2.833 mil.

Wreszcie telegram zawierał następujące dwa przypuszczenia: albo siła przyciągająca księżyca pochwyci go nakoniec i podróżnicy dojdą do zamierzonego celu; albo ten pocisk, utrzymywany w kręgu niezmiennym, krążyć będzie naokoło tarczy słonecznej do nieskończoności.

Wobec takich ostateczności, jakiż los oczekiwał podróżników? Mieli oni żywność na czas pewien, to prawda; ale, przypuściwszy nawet, iż im się uda śmiałe ich przedsięwzięcie, jakim sposobem powrócą? Czy kiedykolwiek powrócą? Czy będą o nich jakieś wiadomości. Takie pytania roztrząsane przez najwybitniejszych uczonych, rozbudziły ciekawość ogółu do najwyższego stopnia.

Uważamy tu za właściwe zrobić uwagę, nad którą panowie obserwatorowie zbyt niecierpliwi powinni się byli zastanowić. Uczony, zapowiadając publiczne odkrycie, oparte jedynie na teoryi, winien postępować bardzo ostrożnie. Nikogo nie zmusza się do odkrywania planet, komet lub satelitów; kto się więc myli w takich razach, słusznie bywa przez tłum wyśmianym. Lepiej było poczekać rezultatu – i tak właśnie uczynić należało panu J. T. Maston, zanim ogłosił.ów telegram, wedle którego osiągnięto mniemane rozwiązanie przedsięwzięcia.

I w rzeczy samej, telegram ten zawierał dwa błędy, jak to później sprawdzono: 1° obserwacyjny, co do odległości pocisku od powierzchni księżyca, bo tego nie można było dostrzedz w dniu 11 grudnia; i 2° teoretyczny w przypuszczeniach nad przyszłym losem pocisku, bo czyniąc go satelitą księżyca, stawał w sprzeczności z prawami mechaniki racyonalnej.

Jedno tylko przypuszczenie obserwatorów z Long’s-Peak było możliwe, mianowicie, że podróżnicy, jeśli istnieli jeszcze, wspierani siłą przyciągającą księżyca, dostać się mogą na powierzchnię jego tarczy.

Otóż ci ludzie, zarówno inteligentni, jak odważni, wytrzymali straszne wstrząśnienie odbicia się przy wystrzale, i właśnie podróż ich ze wszystkiemi najdramatyczniejszymi i najbardziej zadziwiającymi szczegółami, ma być treścią niniejszego opowiadania.


Rozdział I. Od godziny 10 minut 20 do godziny 10 minut 47 wieczorem.

Z wybiciem godziny 10, panowie Ardan, Barbicane i Nicholl pożegnali licznych przyjaciół, pozostałych na ziemi. Do pocisku wpuszczono parę psów, przeznaczonych dla rozpowszechnienia ich rasy na lądach księżycowych. Trzej podróżnicy weszli do otworu olbrzymiej tuby żelaznej, a winda podniosła ich i umieściła przy stożkowem przykryciu kuli.

Przez otwór, wyłącznie w tym celu zrobiony, weszli do wagonu aluminiowego, a skoro windę uprzątnięto, rozebrano też niebawem rusztowanie, osłaniające paszczę kolumbiady.

Nicholl, wszedłszy ze swymi towarzyszami do pocisku, zajął się bezzwłocznie zamknięciem jego otworu za pomocą silnej blachy, przytwierdzonej z wewnątrz ogromnemi śrubami. Blacha dobrze przymocowana pokrywała również soczewkowe szkła okienek. Podróżnych szczelnie zamkniętych w metalowem więzieniu, pogrążyła zupełna ciemność.

— A teraz, kochani moi przyjaciele, mówił Michał Ardan, bądźmy jak u siebie. Ja jestem domatorem, i znam się wybornie na gospodarstwie. Należy jak najlepiej i najwygodniej urządzić nasze nowe mieszkanie. Przedewszystkiem postarajmy się, aby nam było widniej trochę. Do licha! przecież gaz nie dla kretów został wynalezionym!

To mówiąc, potarł zapałkę o podeszwę swego buta, i zapaloną przytknął do dziobka umieszczonego w zbiorniku, który zawierał gaz wodorodny w takiej ilości, że mógł wystarczyć do ogrzewania, i oświetlania kuli na sześć dni i sześć nocy.

Gaz się zapalił. Pocisk oświetlony ukazał się jako pokój wygodny, umeblowany okrągłemi kanapami, i którego sklepienie miało kształt kopuły.

Wszystkie przedmioty, a także broń, narzędzia i instrumenty mocno były przytwierdzone do ścian, aby nie uległy uszkodzeniu skutkiem wstrząśnienia. Wszelkie środki ostrożności, na jakie przezorność ludzka zdobyć się potrafi, były zastosowane, byle tylko próba się udała.

Michał Ardan szczegółowo obejrzał wszystko i wyraził zupełne zadowolenie z nowego pomieszczenia.

— Jest to wprawdzie wiezienie, – rzekł – ale więzienie podróżujące, a gdybym jeszcze mógł wyglądać oknem, spisałbym kontrakt najmu na 10 lat. Uśmiechasz się Barbicanie? czy powtarzasz sobie w duchu, iż więzienie to stać się może naszym grobem? Niech sobie będzie i grobem! nie zamieniłbym go wszakże na grób Mahometa, który buja w powietrzu, ale się naprzód nie posuwa.

Gdy tak gawędził Ardan, Barbicane i Nicholl kończyli tymczasem ostatnie przygotowania.

Chronometr Nicholla wskazywał godzinę 10 i minut 20 wieczorem, w chwili, gdy trzej podróżnicy zamknęli się już ostatecznie w swej kuli. Chronometr ten zregulowany był z chronometrem inżyniera Murchisona, tak, że nie różniły się ze sobą ani o 1/10 sekundy nawet. Barbicane spojrzawszy nań, rzekł:

— Moi przyjaciele, jest w tej chwili godzina 10 i minut 20. O 10 minut 47, Murchison puści iskrę elektryczną na drut, połączony z nabojem kolumbiady, w tej chwili opuścimy kulę ziemską. Pozostaje więc nam tylko jeszcze 27 minut czasu.

— Minut 26 i 13 sekund – odparł systematyczny Nicholl.

— A zatem – zawołał Michał Ardan z wesołością – w ciągu 26 minut można wiele zrobić! Można, naprzykład, omówić, a nawet i roztrzygnąć najważniejsze sprawy moralne, lub polityczne. Dobrze użyte 26 minut, więcej mogą przynieść pożytku, niż 26 lat bezczynności. Kilka sekund Paskala, albo Newtona były cenniejszemi niż całe życie bezmyślnej zgrai głupców...

— Cóż ty z tego wnosisz, niestrudzony gaduło?... – zapytał Barbicane.

— Wnoszę, że mamy jeszcze 26 minut – odparł Ardan.

— Dwadzieścia cztery już tylko – wtrącił Nicholl.

— Niech będzie 24, kiedy ci tak na tem zależy, mój kapitanie; – odrzekł Ardan – 24 minuty, w ciągu których możnaby zbadać...

— Michale, – powiedział Barbicane – podczas naszej podróży będziemy mieli dość czasu do zbadania kwestyi najzawilszych, a teraz zajmijmy się naszym odjazdem.

— Czyż nie jesteśmy gotowi?

— Zapewne, ale należałoby jeszcze obmyśleć coś dla lepszego wytrzymania skutków odbicia.

— Czyż nie posiadamy wody, wypełniającej ruchome przegrody, której elastyczność winna nas dostatecznie zabezpieczyć?

— Przypuszczam, Michale – odpowiedział Barbicane – ale nie jestem zupełnie pewnym.

— Ah! figlarz! – zawołał Ardan. — On przypuszcza... On nie jest pewnym!..., i to wyznaje dopiero w chwili, gdy jesteśmy tu zapakowani! Chętniebym się teraz wycofał!

— A to jakim sposobem? – zapytał Barbicane.

— Prawda, – mówił dalej Ardan – rzecz to niełatwa: Jesteśmy w pociągu, a świstawka konduktora rozlegnie się za 24 minut...

— Za 20! – wtrącił Nicholl.

Podróżni spoglądali po sobie przez chwil kilka, potem obejrzeli przedmioty wraz z nimi zamknięte.

— Wszystko w porządku; – rzekł Barbicane – chodzi teraz tylko o to, jak mamy się ulokować, aby wytrzymać wstrząśnienie odbicia przy wystrzale. Położenie, jakie zajmować będziemy w tej chwili, jest rzeczą nader ważną; należy zapobiedz, aby krew zbyt gwałtownie do głowy nam nie napływała.

— Trafna uwaga – powiedział Nicholl.

— A więc – mówił Ardan – stańmy na głowach, do góry nogami, jak klowni cyrkowi.

— Nie, – odrzekł Barbicane – lepiej będzie położyć się na bok; łatwiej wtedy wytrzymamy wstrząśnienie. W chwili wystrzału, czy będziemy w środku, czy na przedzie, prawie wszystko jedno.

— Jeśli to tylko »prawie« wszystko jedno, jestem zupełnie spokojny – odrzekł Ardan.

— Czy podzielasz moje zdanie, Nicholl? – spytał Barbicane.

— Zupełnie – rzekł kapitan. — Mamy jeszcze 13 i pół minuty czasu.

— Ten Nicholl, to nie człowiek, – zawołał Ardan – ale chronometr sekundowy.

Towarzysze już go nie słuchali, robiąc ostatnie przygotowania z niezrównanym spokojem. Mieli oni wygląd dwóch systematycznych podróżnych, którzy szedłszy do wagonu, szukają najwygodniejszego pomieszczenia. W istocie, możnaby się zapytać, z czego właściwie utworzone są serca amerykanów, które nie uderzają silniej nawet podczas największego niebezpieczeństwa.

Trzy obszerne łóżka umieszczono w pocisku. Nicholl i Barbicane ustawili je w środku tarczy, tworzącej podłogę ruchomą; na nich mieli spocząć nasi podróżnicy w chwili wystrzału.

Ardan tymczasem, nie mogący ani chwili pozostać bezczynnym, kręcił się po swem ciasnem więzieniu jak zwierz dziki w klatce zamknięty, rozmawiał z przyjaciółmi, z psami Dianą i Satelitem, którym nadał te wiele znaczące imiona.

— Diana tu! Satelit tu! do nogi! – kochane pieski, pokażecie psom księżycowym jak jesteście dobrze wychowane i nauczycie ich obyczajności! Zaszczyt to dla psiej rasy! Na honor! jeśli kiedy powrócimy, przywiozę okaz mieszańca dwóch ras; jakiegoś »moon-dog«, który zrobi ogromna furorę!

— Jeśli tylko są psy na księżycu – dodał Barbicane.

— O! są na pewno – odparł Ardan – tak jak są konie, krowy, osły i kury. Gotów jestem założyć się, iż znajdziemy tam kury!

— Trzymam zakład o sto dolarów, że ich tam nie znajdziemy – rzekł Nicholl.

— Zgoda, mój kapitanie – odpowiedział Ardan, ściskając rękę Nicholla. Ale, prawda, przegrałeś już trzy zakłady z naszym prezesem, ponieważ fundusz potrzebny na wykonanie przedsięwzięcia został zebrany; armatę udało się ulać i wreszcie kolumbiadę nabito bez wypadku; to razem wynosi 6.000 dolarów.

— Tak jest – odpowiedział Nicholl. Godzina 10, minut 37 i 6 sekund.

— Rozumiem, kapitanie, ale przed upływem kwadransa będziesz musiał jeszcze zapłacić prezesowi 9.000 dolarów, 4.000, że kolumbiada nie ulegnie pęknięciu, a 5.000 za to, że kula wzniesie się wyżej w powietrzu niż na 6 mil.

— Mam przy sobie dolary – odpowiedział Nicholl, uderzając ręką po kieszeni, i gotów jestem dług bezzwłocznie uiścić.

— Widzę, kochany Nichollu, iż jesteś człowiekiem porządnym, do czego ja nigdy dojść nie mogłem. — Tym razem jednak, pozwól sobie powiedzieć, iż porobiłeś zakłady nie zbyt korzystne.

— Dlaczego? – spytał Nicholl.

— Bo w razie gdybyś wygrał, to jest, gdyby kolumbiada pękła, a z nią i pocisk rozsypał się w kawałki, to Barbicane zginąłby także, i nie miałby kto wypłacić dolarów.

— Stawka moja złożona jest w Banku Baltimorskim – sucho odpowiedział Barbicane, i w razie śmierci Nicholla odbiorą ją jego spadkobiercy.

— O, ludzie praktyczni! – zawołał Ardan.— Podziwiam was tem więcej, iż was nie rozumiem.

— Godzina 10, minut 42! – rzekł Nicholl.

— A zatem tylko 5 minut! – odrzekł Barbicane.

— Tak, tylko 5 minut! – powtórzył Ardan. — A my jesteśmy umieszczeni wewnątrz kuli, znajdującej się w głębi armaty, mającej 900 stóp długości. Pod tą kulą ułożono 400.000 funtów bawełny piorunującej, co wyrównywa 1,600.000 funtów prochu zwyczajnego! Tam zaś na górze, przyjaciel Murchison z okiem we wskazówki chronometru utkwionem, z ręką spoczywającą na aparacie elektrycznym, liczy sekundy, aby nas wyrzucić w przestworza międzyplanetarne.

— Dosyć, Michale, dosyć! –rzekł Barbicane poważnie. — Przygotujmy się. Już tylko krótki czas dzieli nas od tej ważnej chwili. Podajmy sobie ręce, drodzy przyjaciele.

— Tak jest, podajmy sobie ręce – zawołał Ardan, więcej wzruszony, niżby to rad po sobie okazać.

Trzej odważni towarzysze złączyli się w ostatnim serdecznym uścisku.

— Niech nas Bóg strzeże! – rzekł Barbicane.

Ardan i Nicholl położyli się na łóżkach, ustawionych w środku tarczy.

— Godzina 10, minut 47 – wyszeptał kapitan.

Jeszcze 20 sekund! — Barbicane zagasił gaz i położył się przy swych towarzyszach.

Nastało głębokie milczenie, przerywane tylko wybijaniem przez chronometr sekund.

Nagle nastąpiło ogromne wstrząśnienie, a pocisk pod parciem 6 miliardów litrów gazu, wytworzonego spaleniem się pyroksilu, wyleciał w powietrze.


Rozdział II. Pierwsze pół godziny.

Co się stało? Jaki skutek wywołało to straszne wstrząśnienie? Czy sprężyny, cztery czopy woda i przegrody ruchome spełniły swe zadanie? Czy zdołano powściągnąć okropną siłę parcia pierwotnej szybkości 11.000 metrów, przy której możnaby było Paryż lub Nowy-Jork przelecieć w jednej sekundzie? Takie i inne pytania stawiali liczni świadkowie tej wzruszającej sceny. W tej chwili zapomnieli oni zupełnie o celu podróży, myśląc jedynie o podróżnikach. A gdyby który z widzów — J. T. Maston naprzykład – mógł był zajrzeć do wnętrza pocisku, cóżby ujrzał?..

Nic jeszcze, gdyż ciemność zupełna zalegała wnętrze kuli. Cylindro-stożkowe jej boki okazały się dostatecznie mocne. Niewidać najmniejszej szpary, zgięcia lub skrzywienia. Cudowny pocisk ani się popsuł, ani też rozleciał w drobny deszcz aluminiowy.

Wewnątrz wstrząśnienie nie wyrządziło prawie szkód żadnych. Niektóre przedmioty wprawdzie silnie zostały wyrzucone w górę, ale nic nie ucierpiały.

Na tarczy ruchomej w tył wypartej, po rozstrzaskaniu się przegród i wypłynięciu wody, trzy ciała leżały nieruchomo... Czy Barbicane, Nicholl i Ardan oddychali jeszcze? Czy pocisk ten nie stał się trumną metalową, unoszącą trzy trupy w przestworza?..

W parę minut po wystrzale jedno z tych ciał poruszyło się, podniosło głowę i uklękło. Był to Ardan.

— Michał Ardan cały, – rzekł – zobaczmy innych.

Odważny francuz chciał powstać, lecz nie mógł się utrzymać na nogach. Głowa mu się trzęsła, nogi chwiały; był jak pijany.

— Brr! – zawołał – jestem jakby po dwóch butelkach mocnego wina, – tylko, że to odurzenie mniej przyjemne.

Potem, potarłszy ręką kilka razy po czole i skroniach, zawołał głośno:

— Nicholl! Barbicane!..

Czekał z trwogą. Żadnej odpowiedzi. Powtórzył wołanie. Milczenie było znowu odpowiedzią.

— Do dyabła! – zawołał. — Wyglądają, jakby upadli na głowę z piątego piętra. Ależ,– dodał z tą niewzruszoną wiarą, której nie łatwo byłoby zachwiać, – jeśli francuz mógł choć uklęknąć, to amerykanie na równe nogi zerwaćby się powinni. Rozjaśnijmy przedewszystkiem światłem nasze położenie.

Ardan czuł jak weń życie na nowo wstępuje. Krew się uspokajała, wracając do zwykłego krążenia. Uzyskawszy wreszcie równowagę, powstał, wyciągnął z kieszeni zapałkę, i zapalił nią gaz, który nie ulotnił się ze zbiornika.

Jak tylko się rozwidniło, Ardan pochylił się nad ciałami swych towarzyszy. Leżały one jedno nad drugiem, jak masy bezduszne: Nicholl na wierzchu, Barbicane pod spodem.

Ardan podniósł kapitana, usadowił na sofie i zaczął z całych sił nacierać. Tarcie to, umiejętnie zastosowane, wywołało skutek pożądany. Nicholl otworzył oczy, odzyskał w jednej chwili przytomność, pochwycił rękę Ardana, obejrzał się dokoła i zapytał:

— A Barbicane?

— Przyjdzie i na niego kolej – spokojnie odparł Ardan. — Od ciebie zacząłem, Nichollu, bo byłeś na wierzchu, a teraz zabierzmy się do Barbicana. To rzekłszy, Ardan i Nicholl podnieśli prezesa Klubu puszkarskiego i złożyli go na sofie. Barbicane zdawał się więcej ucierpieć, niż jego towarzysze. Był krwią zbroczony, Nicholl jednakże niebawem uspokoił Ardana, przekonawszy go, że krew ta pochodziła z lekkiego skaleczenia w ramię, które opatrzono zaraz starannie.

Barbicane wszakże nie prędko odzyskał przytomność, czem trochę przerazili się dwaj jego przyjaciele.

— Nareszcie odetchnął – zawołał Nicholl, przyłożywszy ucho do piersi rannego.

— Tak jest – potwierdził Ardan – oddycha, ale słabo, kapitanie, trzeba go nacierać, nacierać silnie.

Środek ten okazał się zbawiennym. Barbicane niebawem odzyskał zmysły. Roztworzył oczy, powstał, chwycił za ręce swych przyjaciół, a pierwsze słowo, jakie wypowiedział, było zapytanie:

— Nichollu, czy posuwamy się?

Nicholl i Barbicane spojrzeli po sobie. Nie pomyśleli jeszcze o pocisku. Pierwszem ich zajęciem byli podróżujący, a nie wagon.

— Ale żart na stronę – wtrącił Ardan – czy posuwamy się?

— Czy też spoczywamy spokojnie na gruncie Florydy? – zapytał Nicholl.

— A może w głębi zatoki Meksykańskiej,– dodał Ardan.

— Co wy mówicie! – zawołał prezes Barbicane.

Te dwa przypuszczenia towarzyszy do reszty go oprzytomniły.

Wogóle, nic stanowczego nie można było powiedzieć o stanie, w jakim się kula znajdowała. Pozorna jej nieruchomość, brak wszelkiej komunikacyi na zewnątrz, nie pozwalały roztrzygnąć pytania. Być może, iż unosiła się w przestworza, może, po chwilowem wzniesieniu się, spadła znowuż na ziemię, lub nawet do zatoki Meksykańskiej, co było możliwem wobec niewielkiej szerokości półwyspu florydzkiego.

Trzeba było tę ważną i ciekawą kwestyę jak najprędzej rozwiązać. Barbicane zaniepokojony, przezwyciężywszy silną wolą swą słabość fizyczną, podniósł się. Nadsłuchiwał, – panowała zupełna cisza na zewnątrz. Jedna wszakże okoliczność zwróciła uwagę Barbicana, mianowicie, że temperatura wewnątrz pocisku bardzo się podniosła. Prezes spojrzał na termometr, który wskazywał 45° ciepła.

— Tak! – zawołał – tak jest! posuwamy się! Ten upał duszący przedostaje się przez ściany pocisku! Wywiązuje się on przez tarcie o warstwy atmosferyczne. Wkrótce skwar ten zmniejszy się, bo już przebywamy w próżni, i niebawem zimno da nam się dobrze we znaki.

— Jakto, Barbicane – zapytał Michał Ardan, przypuszczasz, że już znajdujemy się po za granicami ziemskiej atmosfery?

— Bezwątpienia. Widzisz Michale, jest teraz jedenasta bez pięciu minut. Już około 8 minut podróżujemy, a jeżeli nasza pierwotna szybkość nie uległa zmniejszeniu się przez tarcie, 6 sekund wystarczy na przebycie 16 mil atmosfery, otaczającej kulę ziemską.

— Znakomicie – odparł Nicholl – ale w jakim stosunku obliczasz to zmniejszenie się szybkości przez tarcie?

— W stosunku 1/3 części; zmniejszenie to jest znaczne, ale tak się przedstawia według mego rachunku. Jeśli przeto pierwotna szybkość wynosiła 11.000 metrów, to po wyjściu z atmosfery zmniejszy się ona do 7.332. Bądź co bądź przebyliśmy już tę odległość i...

— I przyjaciel Nicholl – dodał śmiejąc się Ardan – przegrał swoje dwa zakłady: 4.000 dolarów za to, że kolumbiada nie pękła, a 5.000 dolarów za to, że pocisk wzniósł się wyżej nad 6 mil.

— Należy przedewszystkiem sprawdzić – powiedział kapitan, a potem zobaczymy, kto przegrał. Być bardzo może, iż dowodzenia Barbicana są słuszne, a wówczas przegrałem 9.000. Nasuwa mi się jednak przypuszczenie, które, gdyby się sprawdziło, odwlekłoby rozstrzygnięcie zakładu.

— Jakież to? – zapytał zaciekawiony Barbicane.

— Przypuszczenie, iż z jakiejkolwiek bądź przyczyny nie zapalono prochu, i nie wylecieliśmy w powietrze.

— Do licha! kapitanie – krzyknął Ardan, – chyba żartujesz? Czyż nie doświadczyliśmy skutków wstrząśnienia? Czyż nie przywołałem cię do życia? Czyż ramię prezesa nie zostało skaleczone siłą odbicia?

— Wszystko to prawda, Michale – odrzekł Nicholl – ale pozwól, że zadam ci jeszcze jedno pytanie.

— Słucham, kapitanie.

— Czyś słyszał huk, który musiał być bardzo znaczny?

— Nie –odparł Ardan, wielce zdziwiony; – w istocie huku nie słyszałem. A ty, Barbicane?

— Ja również nie słyszałem.

— A więc? – zapytał Nicholl.

— To prawda! – mruczał Barbicane – dla czegośmy huku nie słyszeli?

Trzej przyjaciele spoglądali po sobie zdumieni. Było to zjawisko trudne do objaśnienia, bo jeśli pocisk wyleciał, to i huk musiał się rozledz.

— Przekonajmy się przedewszystkiem, gdzie jesteśmy – rzekł Barbicane, odsuwając zasłony.

Była to prosta i łatwa czynność. Śrubki, podtrzymujące sztaby na blasze, osłaniającej zewnątrz okienko z prawej strony, ustąpiły pod naciskiem klucza; sztaby te zostały wysunięte na zewnątrz, a otwory pozostałe po szrubkach, zakryła blacha wyłożona kauczukiem. Blacha zewnętrzna opadła na swych zawiasach, i ukazało się szkło soczewkowe w okienku osadzone. Drugie takież same okienko znajdowało się w przeciwległej stronie pocisku, trzecie w górnej, a nakoniec czwarte w dolnej jego części. Można więc było obserwować firmament w czterech przeciwnych sobie kierunkach, lub ziemię i księżyc, przez górny, lub dolny otwór kuli.

Wszyscy trzej rzucili się natychmiast do okienek. Nie widać było żadnego promienia jasnego. Ciemność zupełna otaczała pocisk, pomimo to jednak Barbicane zawołał:

— Nie, moi przyjaciele, nie spadliśmy na ziemię, nie znajdujemy się również w głębiach zatoki Meksykańskiej! Tak! Lecimy w górę, coraz wyżej!

Czy widzicie te gwiazdy błyszczące i tę nieprzeniknioną ciemność, oddzielającą nas od ziemi?

— Hurra! hurra! – jednogłośnie wykrzyknęli Ardan i Nicholl.

Wistocie, ta oślepiająca ciemność dowodziła, że pocisk opuścił ziemię, która, będąc oświeconą wówczas blaskiem księżyca, byłaby się ukazała oczom podróżników, gdyby znajdowali się jeszcze na jej powierzchni. Nie było już wątpliwości, że opuścili ziemię.

— Przegrałem zakład – zawołał Nicholl.

— Winszuję ci tego! – dodał Ardan.

— Proszę, oto 9.000 dolarów – mówił kapitan, wyjmując z kieszeni pieniądze.

— Czy żądasz pokwitowania? – spytał Barbicane, biorąc wręczoną mu kwotę.

— I owszem – odrzekł Nicholl – wymaga tego porządek.

Barbicane z miną poważną, jak gdyby się znajdował przy swojej kasie, wydobył notes, wydarł z niego kartkę, skreślił ołówkiem pokwitowanie, podpisał je, położył datę i wręczył kapitanowi, który, złożywszy je starannie, schował do pugilaresu.

Ardan, milcząc, ukłonił się swoim towarzyszom. Takie przestrzeganie formalności w podobnych warunkach, odejmowało mu mowę. W życiu swojem nie widział nic tak »amerykańskiego«.

Barbicane i Nicholl po załatwieniu rachunków powrócili do okienka i obserwowali gwiazdy, jaskrawo odcinające się na czarnem tle nieba. Z tej strony wszakże nie można było dojrzeć księżyca, który, idąc od zachodu na wschód, zwolna wznosił się ku zenitowi. Jego nieobecność zwróciła uwagę Ardana.

— A księżyc gdzie? – zapytał – czy przypadkiem nie spóźni się na naszą schadzkę?

— Uspokój się – odpowiedział Barbicane. Nasza przyszła siedziba jest na swojem stanowisku, chociaż jej nie widzimy w obecnej chwili. Otwórzmy więc okienko przeciwległe.

W chwili gdy Barbicane odsłonił okienko, uderzony został widokiem niespodzianym. Był to krąg świetlany, którego rozmiarów trudno było oznaczyć. Strona jego obrócona ku ziemi jaśniała żywem światłem. Możnaby przypuścić, iż to mały księżyc, odbijający światło wielkiego. Zbliżał się on nadzwyczaj szybko, i krążąc koło ziemi, przecinał drogę przez pocisk przebywaną. Ruch jego przenośny uzupełniał się obrotowym około własnej jego osi, to jest, posiadał właściwości wielkich planet.

— A to co takiego – zawołał Ardan – czyż to drugi pocisk?

Barbicane nie odpowiadał. Zjawisko to dziwiło go i niepokoiło jednocześnie.

Starcie się pocisku z tem niewiadomem ciałem było możliwe, rezultat zaś spotkania tego pociągnąłby w każdym razie złe za sobą następstwa, gdyż pocisk albo będzie strącony z wytkniętej drogi, lub strzaskany podczas starcia, albo też, ulegając sile przyciągającej, stanie się satelitą tego przypuszczalnego asteroidu. Powyższe trzy przypuszczenia w mgnieniu oka przebiegły umysł Barbicana.

Skutki bądź co bądź będą fatalne.

Towarzysze jego w milczeniu wyglądali przez okienko. Przedmiot obserwowany z każdą chwilą zwiększał się ogromnie; zdawało się, iż leciał prosto na nich.

— Na Boga! – zawołał Ardan – dwa pociągi biegną na spotkanie.

Podróżnicy instynktownie cofnęli się w głąb pokoju; wzruszenie ich dosięgło szczytu. Szczęściem nie trwało długo, zaledwie parę sekund.

Asteroid przesunął się w odległości kilkuset metrów od pocisku z szaloną chyżością, zniknął w ciemnościach widnokręgu, nieoświetlonego w tej stronie blaskiem księżyca.

— Szczęśliwej podróży! – żegnał go Ardan, odetchnąwszy swobodnie. — A to dopiero zdarzenie, ktoby się spodziewał, iż po tych niezmierzonych obszarach nasz mały statek nie może odbyć bezpiecznie podróży. Cóż to za ambitna kula, która chciała na nas uderzyć?

— Mnie się o to pytaj – rzekł Barbicane.

— Tam do licha! ty wszystko wiesz!

— Wiem – odparł Barbicane.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.