W poszukiwaniu szczęśliwego domu - Ewa Lenarczyk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 370 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W poszukiwaniu szczęśliwego domu - Ewa Lenarczyk

Współczesna historia o Kopciuszku!

 

Młoda tłumaczka Ewelina wyjeżdża na saksy do Stanów. Na jednym z wykwintnych bali, które obsługuje, poznaje przystojnego mężczyznę. Tajemniczy nieznajomy okazuje się być księciem Filipem z Oberstdorfu, który zakochuje się do szaleństwa w Ewelinie i proponuje jej wspólne spędzenie świąt w swoim zamku w Austrii. Dziewczyna wyjeżdża z nim i poznaje historię starej, znamienitej rodziny, której członkowie żyją według tradycji i zasad wprowadzanych od wieków przez kolejnych dziedziców. Ewelina krok po kroku zaczyna odkrywać tajemnice starego rodu Oberstdorfów…

 

Przeszła przez salę balową, bibliotekę i wracając do siebie, stanęła pod drzwiami gabinetu księżnej Wiktorii. Chwyciła za klamkę, lecz drzwi były zamknięte. Odsunęła się o krok i patrzyła, jakby chciała przez nie cokolwiek zobaczyć. Czuła, że coś ją tam ciągnie. Jakieś fluidy wciągały ją do środka. Zamknęła oczy i zdawało się jej, że widzi wnętrze gabinetu z wielkim biurkiem, w którym część blatu jest podniesiona, a stamtąd jakaś niewidzialna ręka wyjmuje pożółkłe kartki. Podskoczyła raptem, jakby się obudziła z głębokiego snu. To Inga stała za nią i położyła jej rękę na ramieniu.

— Ale mnie przestraszyłaś.

— Przepraszam, nie chciałam.

— Czy wiesz, gdzie jest klucz do tych drzwi, kto go ma?

— Nie. Podobno zaginął. Kiedyś sprzątała tam stara Helga, ale teraz chyba nikt tam nie zagląda.

Opinie o ebooku W poszukiwaniu szczęśliwego domu - Ewa Lenarczyk

Fragment ebooka W poszukiwaniu szczęśliwego domu - Ewa Lenarczyk








Strona redakcyjna


Powieść dedykuję mojej mamie z rodu Jasińskich
za to że wierzy w takie piękne bajki.
Za to że zawsze była przy mnie
i służyła nie tylko radą, ale sercem.
Dziękuje Ci, mamo.


Ewa Lenarczyk z domu Borkowska, z rodu Jasińskich (ur. 1956 r. w Elblągu). W 1975 r. przeniosła się do Gdańska, gdzie m.in. zarządzała Halą Targową na Zaspie. Aktualnie zajmuje się marketingiem sieciowym Polskiego Kolagenu. Blisko 15 lat mieszkała w malowniczej kaszubskiej wsi, a obecnie znowu mieszka w Trójmieście.

Jako pisarka zadebiutowała w styczniu 2010 r. ponadczasową powieścią „Zojda z Bieszczad”. W przygotowaniu jest „Kochaj mnie od morza do morza” – romans ponad granicami dwóch krajów i barierami językowymi. Niesamowita opowieść o pięknej i gorącej Bułgarii pachnącej opalaną papryką oraz o zimnym, dostojnym Gdańsku.


W poszukiwaniu szczęśliwego domu

Ewelina, poczekaj na mnie po zajęciach – zawołała Basia, spotykając koleżankę na korytarzu uczelni. – Przyszedł list od ciotki ze Stanów, ma dla nas pracę, możemy jechać na wakacje.

– Niesamowite. Dobra, będę czekała w klubie.

Serce waliło Ewelinie z emocji. Właśnie nadarzyła się okazja, by wyrwać się w świat. Całe cztery lata zbierała każdy grosz, żeby kiedyś starczyło na bilet lotniczy, czyli przepustkę do wielkiego kraju, jakim była Ameryka.

Obie z Basią studiowały na czwartym roku filologii angielskiej, uczyły się świetnie i przyjaźniły od wieków, choć bardzo się od siebie różniły. Barbara była wychowana w dostatku i luksusie, zawsze przy forsie, w najlepszych ciuchach, z najprzystojniejszymi facetami u boku. Ewelina skromna, ciągle bez grosza przy duszy i bez ojca, który zmarł ponad dziesięć lat temu. Łączyło je jedno – Barbara ciągle klepała ozorem, a Ewelina słuchała. W zamian za to korzystała z dobrodziejstw przyjaźni i bywała zabierana na różne imprezy jako cień, który zawsze słuchał. Czasem mogła pożyczyć od niej jakieś ciuchy, albo dostawała je w spadku, gdy Barbarze już przestawały się podobać. Z kolei Ewelina zawsze była świetnym alibi przed rodzicami Barbary. W jednym były zgodne, obie chciały pojechać do Ameryki.

Barbara, żeby móc się chwalić, że była i widziała, a Ewelina – żeby tam znaleźć pracę i poprawić choć trochę swoje finanse.

Rok temu gościła w Polsce ciotka stryjeczna Barbary i obiecała dziewczynom zaproszenie. Teraz właśnie napisała, że ma dla nich pracę i mogą przyjeżdżać.

Barbarze plany pracy się nie podobały, ale to był warunek, o którym prawie zapomniała. Teraz stwierdziła, że w Polsce i tak nikt się nie dowie, więc może się zgodzić. Ciotka starała się, ale ciągle zabiegana nie mogła zmobilizować się do wcześniejszego załatwiania papierków, dlatego tak długo czekały na zaproszenie. Wreszcie marzenie zaczęło się spełniać.

Koleżanki spotkały się po zajęciach i ustaliły plan działania. Na Ewelinę spadło żmudne załatwianie dokumentów. Dopiero na początku czerwca miały mieć rozpatrywane przyznanie wiz do USA. Czekały z niecierpliwością.

Ostatnie egzaminy z letniej sesji Ewelina zdała dość dobrze, także stypendium naukowe dalej miała otrzymywać. Jeszcze tylko musiała stawić się 25 czerwca w ambasadzie na rozmowę, od której wszystko zależało.

Basia już była. Na zakończenie rozmowy wbito jej stempel wizowy. Oczywiście musiała jeszcze zapłacić ponad czterysta złotych, to przelicznik stu pięćdziesięciu dolarów. Dla Basi to nic, ale Ewelinę kosztowało to szesnaście godzin korepetycji, jakich udzielała uczniom, a na razie musiała pożyczyć od Basi. Najbardziej bała się, że po tej rozmowie zostanie odrzucone jej podanie wizowe. Często bywa tak, że ambasada z jakichś przyczyn odrzuca wniosek wizowy.

Za zabukowanie biletu i dojazd do Warszawy Ewelina zapłaciła wcześniej. Bóg wie, za co jeszcze przyjdzie becelować ogromne sumy, ale marzenia o potędze Ameryki dają jednak siłę. Do tego liczyła, że odległość i tempo życia rozwiążą problemy związane z utraconą miłością i żalem po pierwszym i jedynym facecie. W jej sercu były ciągle gorycz i niesmak nieudanej miłości. Nie mogła sobie wybaczyć, że dała się tak ponieść swoim uczuciom i oszukać żonatemu facetowi. Miało być tak wspaniale. Wielkie plany szczęśliwego związku. Cudowne spojrzenia, pocałunki. Pierwsze zbliżenia. Szalona gorączka namiętności zapowiadała piękny i stały związek. Skończyło się na paskudnym romansie i potajemnych szybkich numerkach. Faceci potrafią tak oczarować głupie i naiwne dziewczątka, że same nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić, i popadają w rozpacz ponad ich siły.

Mama zawsze jej powtarzała, że na rozterki sercowe najlepsza jest praca. Ewelina chciała dodatkowo, żeby dzieliły ją od tamtego mężczyzny tysiące kilometrów.


Kapitan Marek Kozłowski wraz z załogą wita państwa na pokładzie samolotu Boeing 767. Jest godzina ósma. Lot będzie trwał jedenaście godzin. W Nowym Jorku będzie siódma... Dalszych informacji Ewelina już nie słyszała, przeniosła się w czasie o cały okres lotu i już oczami wyobraźni widziała, jak wysiadają z Barbarą na lotnisku. Odprawa, bagaże, kontrole paszportowe, wizowe, bagażowe, tak jak na lotnisku w Polsce – długo i dokładnie.

Tymczasem po wylądowaniu było całkiem inaczej. Można by było przenieść słonia i nikogo by to nie obchodziło, natomiast wizę musiała pokazywać chyba ze trzy razy i to była jedyna ważna sprawa.

Basia, zawsze taka chojraczka, tutaj jakby przycichła. Może czuła się zagubiona, a może przestraszona. Natomiast Ewelina była w siódmym niebie. Jej marzenia zaczynały się ziszczać. Nie bała się ciężkiej pracy ani poniewierki po obcych domach. Wiedziała, że jeśli uda jej się zachować twarz i nie poddać pokusom tanich zarobków, albo znów nie popadnie w jakiś paskudny romans, o jakich tyle słyszała, to choć trochę zarobi na dalszy, lepszy pobyt w Polsce. Chciała zarobić na komputer i remont mieszkania, a może jeszcze na jakieś meble i ciuchy. Do tej pory ledwo starczało na utrzymanie i gdyby nie jej korepetycje, pieniędzy z matki renty nie starczyłoby na nic.

– Chodź odebrać bagaże, a potem poszukamy twojej ciotki – zakomenderowała Ewelina.

– A jak ona po nas nie przyjdzie?

– Przestań, przecież wie, że przyjeżdżamy i na pewno na nas czeka.

– Ale gdzie my ją tu znajdziemy? Zobacz, ile tu ludzi.

– Oj Baśka, coś ty. Damy sobie radę.

Pociągnęła koleżankę do taśmociągów, na których jeździły w kółko bagaże z ich samolotu, a potem poszły bliżej wejścia głównego. Wiedziały, że tam na pewno nie przegapią wchodzącej lub wychodzącej ciotki. Stały ponad godzinę i nic. Basia zaczęła już wpadać w panikę.

– Co my teraz zrobimy? Jeszcze nas ktoś porwie, wiesz, tu tyle takich wypadków.

Takie i podobne bzdury zaczęła wymyślać przestraszona zaistniałą sytuacją, gdy ktoś szarpnął ją z tyłu za rękaw.

– O Boże! – krzyknęła Basia, a ciotka już całowała ją w policzek na przywitanie.

– Alem się was naszukała. Jużem myślała, że panienki nie przyleciały. Jużem pytała, czy byłyście na liście pasażerów. Jużem chciała dawać ogłoszenie do mikrofonów, ale wszystko dobre, co się dobrze kończy, nieprawdaż?

Ciotka w słownictwie miała naleciałości trochę amerykańskie, trochę jakieś wielkopańskie, a trochę wymyślone przez siebie. Ubrana też była jak starodawna dama. Kapelusz, rękawiczki, bluzka z koronki i wszystko w różowym, cukierkowym kolorze. Niczym stara lalka Barbie. Do tego mocny makijaż z czerwonymi, karminowymi usteczkami.

– Chodźcie, moje panienki. Poszukamy taksówkę, bo moją musiałam zwolnić. Za długo czekała.

Ruszyła przodem dość dziarsko, nie zwracając uwagi na to, że panienki miały po dwie olbrzymie walizy i ledwo je dźwigały. Zatrzymała się dopiero przy żółtym samochodzie. Zdziwiona, że one zostały daleko z tyłu, a tu trzeba już pakować bagaże, bo następne taksówki podjeżdżają.

– No, moje drogie, tu jest Ameryka, tu trzeba trochę tempa. Trzeba było wziąć bagażowego. Tu są ludzie od tego, żeby pracowali, a panienki nie dźwigają same.

Ewelina słuchała tych wywodów jak przez filtr. Jej oczy chłonęły cały świat wokoło. Miała oczy i uszy nastawione na odbiór jak radary. Notowała każde słowo przechodniów, przyglądała się ludziom i rzeczom, bo to przecież była już Ameryka.

Basia za to z przerażeniem, jakby się chowała sama w sobie. Gdy usłyszała odgłos syreny, aż się skuliła, nie mówiąc nic. Przejazd z lotniska był dla Eweliny rozkoszą, którą napawała się jak najlepszymi cudami świata. Ona już wiedziała, że zniesie wszystko i tu zostanie, choćby miała codzienne myć... kible w najbardziej obskurnej knajpie. Niewiele się pomyliła, jeśli chodzi o pracę, jaką załatwiła im ciotka.

Jej mieszkanie również nie było rarytasem, jaki sobie wyobrażały. Barbara w ogóle była zgorszona całą tą sytuacją. Dom, jakim się chwaliła ciotka, będąc w Polsce, rzeczywiście był duży i przestronny, ale dość zaniedbany, ponury i na obrzeżach polskiej dzielnicy.

Wchodziło się na półpiętro po schodkach prosto do holu, w którym było sporo drzwi do różnych pomieszczeń, jakie zajmowała ciotka. Po lewej stronie od wejścia pięły się stare, drewniane, skrzypiące schody, które prowadziły prosto na poddasze. Tam ciotka przygotowała dla nich niewielki pokoik i osobną łazienkę, która miała ze dwadzieścia metrów kwadratowych, ale do wanny strach było wejść. Emalia odłaziła całymi płatami, a z kranu leciała zimna, brunatna ciecz.

– Niech mi jeszcze ktoś w Polsce powie, że u nas jest zła woda, to go ukatrupię – mówiła Barbara, ilekroć odkręcała kran, żeby się umyć.

Ani razu nie wykąpała się w tej wannie. Nabierała w kuchni wodę pitną do miski, niosła ją na górę do łazienki i tak się myła.

Kuchnia też była w opłakanym stanie, choć wyposażona we wszystkie udogodnienia. Miała klasyczną zabudowę z szafek w ciemnobrązowej tonacji. Zlewozmywak jak zwykle w amerykańskich kuchniach wbudowany pod oknem, a kuchenka mieściła się po przeciwnej stronie w bufecie, jaki oddzielał kuchnię od jadalni. Wszystko słabo oświetlone, ale ciotka i tak prawie nie korzystała z kuchni, gdyż jadała na mieście w lokalach.

Rozkapryszona Basia nie mogła siebie w tym wszystkim odnaleźć. U niej, w Polsce, w domu był idealny porządek, czyściutko i elegancko, a tu? Pokój, który dostały na poddaszu, był ciemny i jak wszystko w tym domu ponury. Dwa wygodne łóżka po bokach pokoju nie miały kołder, do których przyzwyczajeni są Polacy, tylko prześcieradło i kapę. W każdym amerykańskim filmie można to zobaczyć i Ewelina naprawdę nie rozumiała, na co Basia się wściekała. Poza tym według niej nie przyjechały tu spać i wylegiwać się, tylko pracować. Barbara myślała, że Ameryka to piękny świat pełen kolorów, światła i elegancji. Tak właśnie go ciotka zachwalała. Owszem, coś się zgadzało z jej opowiadaniami, ale niewiele. Może dla starszego pokolenia, ale nie dla młodych, zbuntowanych i pełnych energii dziewczyn. Znajomi ciotki to też przeważnie starsi ludzie, właściciele małych firm. W większości pracujący z Polakami i dla Polaków. Zajmowali się prowadzeniem małych sklepików, restauracji, barów i pubów. Fast foody należały do dużych konsorcjów, a eleganckie restauracje były, lecz nie w tej dzielnicy.

Tu życie płynęło spokojnie. Wyglądało, jakby wszystko zatrzymało się trzydzieści lat temu, w czasach gdy oni tu przyjechali na podbój świata. Te same chodniki, te same elewacje, ci sami ludzie, tylko starsi o ponad ćwierć wieku, w swoich prehistorycznych samochodach. Młodzi, którzy tu się wychowali i wykształcili, odeszli do innych dzielnic, gdzie są już prawdziwymi Amerykanami.

Teraz ta dzielnica stała się enklawą starszego pokolenia i wspomnieniem ich młodości. Tu wszyscy się znali, każdy się nisko kłaniał drugiemu, ale żyli obok siebie, bo tak żyją Amerykanie. Znikła polska gościnność i pomoc. W Ameryce jest się wolnym i niezależnym, bez zbędnych zażyłości. Wielkie przyjaźnie w nawale obowiązków i dorabiania się zniknęły, a ich miejsce zajęła zawiść i podejrzliwość.

Po pierwszych paru dniach, podczas których ciotka obwiozła panienki po Nowym Jorku, pokazała pobieżnie miasto i najważniejsze budowle, zaprowadziła obie do pubu Józefa, oświadczając, że już czas, by zarobiły na swoje utrzymanie. Ewelinie aż oczy zabłysły, bo przecież o to właśnie jej chodziło. Za to Basia mało nie zwymiotowała, gdy weszła do kuchni i podeszła do zmywaka, przy którym miały pracować od następnego dnia.

Miały, ale nic z tego nie wyszło, bo oczywiście Basia wyspecjalizowana w wymigiwaniu się od pracy nagle się rozchorowała. Wymiotowała na samą myśl, że miałaby tam wejść, włożyć ohydny gumowy fartuch i rękawice po same pachy. Zatem do pracy poszła tylko Ewelina. Sama musiała się dobrze zwijać, żeby na czas obrać i pokroić warzywa. Pomagała poza tym w przeróżnych pracach kuchennych, łącznie ze zmywaniem naczyń. Najgorsze były kufle po piwie, choć niezbyt brudne i nietłuste, ale za to śmierdziały okropnie. Nieraz czuła, jak buntuje się jej żołądek i podrywa całą zawartość na wymioty, a oczy w tym czasie nabiegały łzami. Fatalne było również wynoszenie zlewek, które w upalne wieczory, nawet zamykane w szczelnych pojemnikach, cuchnęły niemiłosiernie.

Po dwudziestej trzeciej, gdy zamknięto pub, Ewelina ledwo stała na nogach, więc wygląd pokoju czy łóżka naprawdę nie miał dla niej znaczenia. Marzyła tylko o tym, żeby zdjąć z siebie prześmierdnięte ubranie, umyć nogi i zadrzeć je wysoko pod sam sufit. Potem walnąć się na jakiekolwiek łóżko i spać. Spać aż do rana, bo potem znów kolejny dzień na obolałych nogach z rękami w zmywaku.

Basia natomiast, która cały dzień spędziła w ponurym pokoju, udając chorą, była bardzo zdegustowana.

– Jak ty śmierdzisz! – skrzywiła się, mówiąc. – Ja tam na pewno nie pójdę do tej kuchni.

– Ciotka cię wygoni, oni tu inaczej myślą i nie goszczą się tak jak my.

– Już rozmawiałam z ciotką. Powiedziałam jej, że ja nigdy w kuchni nie pracowałam i nie mogę, bo jestem nosicielem karaboliozy.

– Co to?

– Nic, tak wymyśliłam, żeby ich przestraszyć, więc powiedziała, że pójdę pracować do sklepu pani Władysławy.

– A jaka branża?

– Metalowy, no wiesz śrubki, gwoździe. To już lepsze niż te ohydne gary i pomyje.

– Ja tam mogę robić wszystko, jak płacą.

– A ja nie i w ogóle nie będę pracowała, już coś wymyślę.

– No pewnie. To twoja ciotka, ja przecież tak nie mogę. Poza tym jestem przyzwyczajona do pracy, ale teraz już śpijmy. Jestem nieprzytomna ze zmęczenia.

Barbara coś jeszcze mówiła, ale do Eweliny nic nie docierało. Już spała. Kolejne dni mijały jak wiosenna burza, szybko i porywczo.

Któregoś dnia Basia oznajmiła, że już tam nie będzie pracowała, bo za ciężko jest jej dźwigać skrzynki z gwoździami i śrubami. Mąż pani Władysławy znalazł Basi pracę w sąsiedniej dzielnicy u jego znajomej, w sklepie z męskimi ciuchami i bielizną.

Teraz Basia mogła stroić się i umizgiwać. Większość klientów była płci męskiej i wszyscy adorowali ją na każdym kroku. Tam też nie napracowała się zbytnio. Tym razem nie pasowało jej przekładanie męskich majtek, podszczypywania panów i pretensje ich małżonek. Następny lokal to nocny klub. Ten znalazł jej jeden z klientów sklepu. Miała tam zagwarantowany pokój i aż tysiąc dolarów co tydzień, więc postanowiła wyprowadzić się od ciotki, na co tamta nie wyraziła żadnego sprzeciwu. Natychmiast kazała Ewelinie płacić za pokój, mówiąc:

– Widzisz, Basia już się usamodzielniła i idzie na swoje, a ty, panienko, masz tydzień. Albo sobie coś znajdziesz, albo będziesz płaciła dwadzieścia pięć dolarów dziennie.

– Ciociu, ty chyba przesadziłaś – wstawiła się Barbara.

– Jak się nie podoba, to możesz płacić połowę, ale będziesz jeszcze sprzątać.

Ewelina aż zaniemówiła. To była straszna suma. Przecież zarabiała tylko czterdzieści dolarów dziennie. Do tego miała wyżywienie, a teraz będzie musiała więcej niż połowę oddać. Sprzątać? Kiedy, jak pracuje od dziesiątej rano do drugiej w nocy? Ta wiadomość trochę ją podłamała. Choć nogi przywykły już do całodziennego stania, a nos nie reagował na przykre zapachy, nie wyobrażała sobie dodatkowych obciążeń. Musiała przecież kiedyś spać. Nie miała pojęcia, ile może kosztować jakieś łóżko w pokoju najskromniej umeblowanym, bo i tak niewiele z niego korzystała.

Ona i Basia dobrze wiedziały, że suma, jaką ciotka podała, była przesadzona.

– Dobrze. Może coś znajdę – tyle tylko wykrztusiła z siebie Ewelina.

Barbara oburzona pociągnęła ją za sobą do pokoju.

– Chodź, ciotce się coś pomieszało w głowie. Pogadaj z tym Józefem, a ja pogadam z André.

– Z André? A to kto i gdzie ty w ogóle pracujesz?

– W nocnym klubie u Greka.

– Gdzie? Baśka! Co ty tam robisz?

– Jestem kelnerką.

– I za to masz pokój i tyle kasy?

– No widzisz, a ty byś te gary tylko myła, popatrz na swoje ręce.

– Baśka, ty coś kręcisz, co ty tam naprawdę robisz?

– Naprawdę jestem kelnerką. Jutro rozmówisz się z Józefem i przyjedziesz do mnie do klubu, ja powiem André, że przyjedzie jeszcze jedna ślicznotka.

– Basiu, ja jutro wezmę sobie parę godzin wolnego i jak chcesz, to oczywiście zobaczę. Potem się zastanowię, bo coś mi się to nie podoba. Ty się w nic nie wpakowałaś?

– Nie. Wszystko jest OK, znam język i jestem zgrabna, ty też. André potrzebuje takich dziewczyn.

– Mówisz, jakby to był burdel.

– Spokojnie! Nie burdel, tylko porządny nocny klub, dla grzecznych gości, tylko że obsługujemy w stroju króliczka.

Ewelina parsknęła śmiechem.

– Ciotka o tym wie?

– Coś ty. Ale to się opłaca, a jakie napiwki!

– I nie masz żadnych propozycji?

– Mam, i co z tego, zawsze można się jakoś wykręcić.

– A ten cały André?

– A, André jest cudowny.

– No to ja już wszystko wiem, dlatego ciebie zatrudnił, ale mnie już nie zechce.

– Zechce, jak go poproszę.

Ewelina uważnie przyjrzała się Basi, która właśnie pakowała swoje walizki.

– Spałaś z nim?

– Śpię z nim i jest dobry, lepszy niż te nasze dupki w Polsce.

– A Marek?

– Co Marek, przecież on nic nie ma. Na pewno nie wrócę do niego.

Ewelina własnym uszom nie dawała wiary. Basia taka była zakochana w Marku i już go skreśliła. To nieprawdopodobne, jak ta dziewczyna się zmieniała, gdy miała w zasięgu forsę. Już nawet Ameryka jej się podobała. Nawet zaczęła się głośno zastanawiać:

– Jakbym wzięła ślub z André, to mogłabym zostać w Stanach, no nie? Powiedz sama, ale by mi koleżanki zazdrościły, jakbym tak zajechała do Polski jako Amerykanka.

– No pewnie.

– Widzisz, tak się żyje, a nie przy zmywaku. Jutro masz być u mnie. O dziesiątej przyślę po ciebie samochód.

Powiedziała to takim tonem, że Ewelina otworzyła usta ze zdziwienia. – Wielka pani, ot i cała Barbara – pomyślała Ewelina w duchu i pomogła jej dokończyć pakowanie.

Po chwili Basia wyjechała samochodem, który przysłał jej ten André, nawet nie mówiąc ciotce „do widzenia”.

– Niesamowite, ona zawsze da sobie radę, a ja co, od garów -powiedziała sama do siebie Ewelina.

Spojrzała na zegarek i szybko pobiegła do pubu. Przebrała się i po raz kolejny zanurzyła ręce odziane w gumowe rękawice do potężnego zlewu zastawionego prawie setką talerzy. Obok stały na tacach kufle po wczorajszych, ostatnich piwoszach. Na razie nie śmierdziały, ale po zetknięciu z wodą zapach wzbudzał się i Ewelina czuła go do samego wieczora. Po północy była znieczulona i nawet nóg już nie odczuwała. Stała jak na ścierpniętych słupach i z trudnością przestawiała nogi, zanim mogła się rozruszać. Wtedy marzeniem było usiąść albo choć na chwilkę położyć się. Na zakończenie pracy powiedziała panu Józefowi, że jutro chciałaby przyjść o piętnastej, bo musi poszukać mieszkania.

Oczywiście zgoda była na takie opóźnienie pod warunkiem, że na rano nie pozostawi żadnych naczyń do mycia. Wiązało się to z dłuższą pracą w nocy i dłuższym staniem na opuchniętych nogach.

Ewelina nie wierzyła w możliwości Barbary, ale tak naprawdę nie miała innego wyjścia. Taki obrót sprawy trochę ją podłamał.

Rano wstała, wykąpała się i przebrała w rzeczy mniej śmierdzące zwietrzałym piwskiem. Przeczesała włosy, lekko umalowała oczy i usta, by twarz jej nabrała koloru po tak długim przebywaniu w zamkniętym pomieszczeniu.


O dziesiątej rzeczywiście pod dom ciotki przyjechał ten sam samochód, którym wczoraj odjechała Basia. Nie było wyjścia, więc pojechała.

Baśka najpierw oprowadziła ją po lokalu, jak po swojej rezydencji, a potem przedstawiła przyjaciółkę kochanemu André. Ten zmierzył ją od góry do dołu.

– Podnieś spódnicę! – prawie że rozkazał, więc Ewelina jakby odruchowo podniosła.

– Możesz od dziś pracować, jeżeli wejdziesz w Barbary kostium.

– Od dziś nie mogę, muszę być na 15 w pubie, w pracy.

– Barbarra, a mówiłaś, że ona chce pracować – zwrócił się zdziwiony do Basi.

– Tak. Chce. Weźmie tylko swoje rzeczy i przyjedzie. Jeżeli dasz jej samochód, to za godzinę będzie z powrotem.

A po polsku wysyczała przez zaciśnięte usta ze złością:

– Czyś ty zwariowała!? Robisz ze mnie idiotkę!? Ile dziś zarobisz w tym pubie!? Bierz ciuchy od ciotki i masz tu zaraz być! Jeżeli nauczysz się obsługiwać i ładnie poruszać, to w sobotę pojedziesz z nami do rezydencji Wandolfów na przyjęcie. Potrzeba panienek do obsługi na balu kostiumowym, wiesz ile płacą?

– Ty też idziesz na to przyjęcie?

– Nie idę. Lecimy samolotem do Arizony, to ma być barbecue w stylu secesyjnym i André organizuje dziewczyny.

– Do łóżka?

– Nie. Co ty ze mnie robisz! André ma udziały w agencji modelek i potrzebuje dziewczyn, ale nie takich wysokich jak modelki na wybiegi, więc lecę ja i jeszcze parę. Mamy być eleganckimi damami do towarzystwa.

– André też tam będzie?

– Jedź! Potem ci opowiem.

Prawie siłą wypchnęła Ewelinę z lokalu. Biedna, była przerażona, że chcą ją wywieźć gdzieś w świat jako panienkę.

– Boże! My jeszcze skończymy w burdelu. Ależ nie. Przecież Baśka by mi tego nie zrobiła. W co ona nas pakuje? Arizona, gdzie to jest? Chyba na południu, nie to chyba na wschodzie, nie w środku. Jakie barbacue, bal kostiumowy, modelki? Ona chyba ze mnie dziwkę zrobi, nie Barbara, a w ogóle, jak on do niej mówi: „Barbarra!” Przecież Baśka chyba wie, co robi. Nie wpuściłaby mnie w taki kanał, ona zawsze wychodziła z takich rzeczy zwycięsko. Boże, co ja tutaj robię, trzeba wiać do domu, do Polski. Przecież to ja miałam tu zostać, a Baśka chciała wracać, żeby się chwalić. – Sznur niekończących się myśli i lęk opanowały jej umysł. Gdyby nie fakt, że zawsze słuchała Baśki i dobrze na tym wychodziła, to na pewno by uciekła, gdzie pieprz rośnie i nikt by jej już nie zobaczył aż do końca świata.

Pakowanie w domu ciotki trwało może z pół godziny, potem krótkie podziękowanie i z powrotem do samochodu. Wszystkie rzeczy powrzucała do walizki jak do worka na brudną pościel, a kosmetyki zgarnęła drżącą ręką, nie zwracając uwagi na szklane opakowania czy niepozamykane pomadki i kremy. Śpieszyła się, bo chciała podjechać jeszcze do pubu, w którym pracowała, ale kierowca powiedział:

– Pan André kazał zaraz przywieźć cię prosto do klubu.

I znów targnęły Eweliną jakieś dziwne emocje.

– Co to znaczy „kazał”?! Nie jestem niewolnicą – myślała. Bała się, jakby ta decyzja miała wszystko zmienić.

Po przyjeździe do pubu wszystko rozgrywało się w szybkim tempie. Pokój, kostium, taca ze szklankami i długi korytarz, w którym dziewczyna, wymalowana jak lala, w takim samym stroju jak ona, ćwiczyła ją ponad godzinę. Pokazywała, jak ma się poruszać, z której strony podchodzić do klienta, z której nakrywać. Potem krótki egzamin przed Barbarrą i André. Kilka uwag dodatkowego instruktażu: co wolno, a czego nie, i już do pracy. Nawet nie zdążyła zapytać, za ile i w jakich godzinach. Gdzie będzie spała i kto zabrał jej bagaże. Miała już pracować.

Barbarze bardzo się spieszyło do tego, żeby Ewelina ją zastępowała. Wtedy sama mogła być już tylko dziewczyną szefa, a nie króliczkiem szefa.

Pierwsze zetknięcie się z klientem na sali było jak solowy występ na estradzie. Trzęsły się jej nogi i ręce, a szklanki na tacy dzwoniły jak dzwony w kościele Mariackim w samo południe. Oczywiście pierwszy klient nie dostał tego, co zamówił, a następne zamówienie postawiła na innym stoliku. Nie mogła utrzymać pełnej tacy w poziomej pozycji i ciągle wylewała. Serce jej zamarło, gdy któryś z panów włożył jej w rowek między pięknymi, kształtnymi piersiami banknot pięćdziesięciodolarowy. Wyprostowała się jak struna i szybko zawróciła na zaplecze do Baśki.

– Co on chce, ja nigdzie z nim nie pójdę.

– Aleś ty głupia, on nic nie chce, dał ci napiwek, schowaj. A przynajmniej podziękowałaś?

– Nie.

– To weź z wazonu różyczkę i idź, połóż przed nim i podziękuj.

– A co on sobie pomyśli?

– Że jesteś miła albo że szefowa ci kazała, a w ogóle to rusz mózgownicą, może znajdziesz wśród nich męża albo kochanka.

Ewelina wzięła głęboki oddech i poszła.

– Kochanka? Co ona gada? – Kładąc różyczkę przed grubawym gościem, pomyślała: – Może i tak, ale na pewno nie ten, on jest obleśny i gruby. O fuj.

Odchodząc, dygnęła jak grzeczna dziewczynka, bądź co bądź pięćdziesiąt dolców piechotą nie chodzi. Do północy było jeszcze dwa razy po pięćdziesiąt. Raz za piękne, długie nogi, a drugi raz za wspaniały w smaku szampan. I choć nogi nieprzyzwyczajone do wysokich obcasów bolały już ją niemiłosiernie, to wiedziała, że za takie pieniądze może z siebie robić nawet małpę, nie tylko króliczka. Jednak o piątej nad ranem usiadła już z płaczem. Szefowa jednak była bardzo wyrozumiała i pozwoliła tym razem wcześniej zakończyć pracę, ale następnego dnia już od jedenastej zaczęły się zajęcia.

André zebrał cztery dziewczyny, które zakwalifikował do wyjazdu do Arizony. Zaczął tłumaczyć i pokazywać gesty, ukłony i kroki, jak należy się poruszać. Wydawało się to śmieszne, bo przecież każdy umie siadać, wstawać, mijać i chodzić obok drugiej osoby. Dopiero po dwóch dniach takich prób, gdy przywieziono kostiumy, okazało się, że piękne robry, to znaczy suknie na olbrzymich stelażach, całkiem inaczej się układają, jak kobieta siada normalnie, do tego w zasznurowanych gorsetach trudno się oddycha. Teraz nauka zaczynała się od początku. Czasem było nawet sporo śmiechu, bo siadając nieporadnie na stelaż, w tylnej części sukni przód zadzierał się wysoko do góry, dlatego należało lekko przycisnąć ręką przód, by stelaż się przełamał i opadł na dół. Inaczej twarz dziewczyny zasłaniały falbany sukni, a oczom gości odsłaniał się nawet ładny widok – pończoch i podwiązek. Oprócz tych ćwiczeń, które męczyły, trzeba było pracować od szóstej wieczorem do szóstej rano i to z pięknym uśmiechem na twarzy.

Z zajęciami w robrach Ewelina nie miała zbytniego problemu, jak również z pięknymi gestami, dygnięciami i ukłonami, bo w dzieciństwie chodziła do ogniska baletowego, potem do klubu tańca towarzyskiego przy uniwerku. Najgorzej było z Barbarą i to jej najczęściej suknia stawała dęba przy siadaniu i wstawaniu. Wtedy sytuacja bywała odwrotna, bo gdy suknia zadzierała się z tyłu, pokazywała pupę. Basi również nie podobała się suknia, która za mało odsłaniała biust, ale w ten detal jej garderoby ingerował André, który – jak się powoli zaczęło okazywać – był dość zazdrosnym partnerem.

Ewelina miała białą, lekką sukienkę, w małe, seledynowe, kwiatowe bukieciki, co z jej zielonymi oczami i ciemnokasztanowymi włosami dawało zharmonizowany obraz. Do tego biały kapelusik z dużym rondem, białe satynowe rękawiczki, parasolka na długiej, białej rączce i tak powstał kompletny obraz Scarlett O’Hary z powieści „Przeminęło z wiatrem”, a przynajmniej tak właśnie czuła się Ewelina.

Dzień przed występami w Arizonie wszystkie dziewczyny miały wolne. Musiały odpocząć i zadbać o swój wygląd. Basia zabrała Ewelinę do kosmetyczki i manicurzystki, żeby dopieścić jej wygląd. Szczególnie dużo pracy wymagały ręce zniszczone ciągłym myciem garów w barze. Połamane paznokcie trzeba było pokryć akrylem, a potem jeszcze dobrze namoczyć w specjalnych olejkach, żeby nabrały aksamitnego wyglądu. Ewelina czasem z zazdrością przyglądała się koleżance, którą stać było na najlepsze kosmetyki.

Teraz i ona poczuła smak pieniędzy, jakie zaczęła zarabiać. Komplementy klientów rozbudziły w niej prawdziwą kobietę i dziwny błysk w oczach, którym czarowała gości. Znalazło się kilku klubowiczów, którzy chcieli się z nią umawiać, co na chwilę znów wzbudziło Eweliny nieufność i ostrożność. Pieniądze jednak swoje robią, a myśl, że jeszcze miesiąc pozostał na zarobienie kochanych dolarów, nauczyła ją pokory względem klientów.

Na przyjęciu zamierzała być miła i uniżona. Przy okazji postanowiła pobawić się w wielką damę z tamtych lat. André kazał dziewczynom uśmiechać się do wszystkich, nie objadać się i nie zapominać, że to one tam pracują, a goście się bawią.

Ewelina, jakoś z przekory, postanowiła, że jednak chociaż raz chce poczuć się w tym wielkim i wspaniałym świecie, że sama zagra swoją rolę, tak jak często robiła to Basia. Pokokietować, poprzymilać się. Widziała, jak to robią inne króliczki w klubie i świetnie na tym wychodzą. Może i do niej los się uśmiechnie.

W rezydencji Wandolfów Baśka dostała pokój z André, a drugi ona z innymi dziewczynami. Suknie zajmowały większą część pokoju przeznaczonego dla służby, który usytuowany był na poddaszu budynku. Nie miały też żadnych pokojówek, jak na takim przyjęciu u Hamiltonów we wspomnianej powieści. Tu to właśnie Ewelina należała do służby. O siedemnastej wszystkie ubrane już na galowo czekały przy wyjściu z domu do ogrodu. Każda miała kosz z kwiatami. Musiały obdarowywać nimi przybyłych gości.

– Zajęcie czyste i eleganckie – pomyślała na wstępie. Goście sukcesywnie przybywali i wszyscy byli w pięknych kreacjach. Panie ubrane w strojne suknie z przeróżnych epok. Było też parę osób w normalnych, współczesnych sukniach wieczorowych i one chyba się głupio czuły. Naprawdę nie pasowały do całego otoczenia. Panowie w większości w jasnych spodniach i różnego koloru surdutach, marynarkach czy kamizelach. Część kostiumów było na pewno z wypożyczalni, ale niektóre widać, że szyte na miarę. Te błyszczały przepychem wstążek, cekinów i różnych naszywanych gadżetów. Panowie we współczesnych frakach i smokingach aż tak bardzo nie razili, jak nowoczesne kreacje kobiece.

Ewelina w swojej biało-seledynowej sukni, oczywiście z wypożyczalni, i tak się czuła jak gwiazda. Po przywitaniu większości gości panienki dostały następne zadanie. Dwie podawały gościom nalewane przez barmanów kielichy z jakimś pięknie pachnącym, pomarańczowym koktajlem. Barbarra jako szefowa spacerowała pod rękę z André i uniżenie kłaniała się wszystkim. Ewelinie zaś przypadła rola chwilowego opiekowania się dwoma małymi dziewczynkami, bliźniaczkami. Obie ubrane w śliczne białe sukieneczki z masą kokardek zadawały mnóstwo pytań, na które żądały natychmiastowych odpowiedzi: „Dlaczego ta pani ma taką sukienkę?” – bo one nigdy takiej nie widziały. „Dlaczego ten pan nie ma spodni tylko rajtuzy?”; „Dlaczego panie noszą parasolki, jak deszcz nie pada?”.

Zanim Ewelina odpowiedziała na pytanie zadane przez pierwszą, druga z bliźniaczek już pytała o coś innego. Tak rozmawiając, przeszły przez duży ogród, w którym rozstawiono namioty i stoły, do części bardziej kameralnej z basenem i leżakami. Na nich opalali się jacyś ludzie we współczesnych strojach kąpielowych. Dziewczynki wyrwały swoje rączki z dłoni Eweliny i z piskiem podbiegły do gromadki panów, wołając:

– Tatusiu, ta śliczna panienka opowiedziała nam o sukienkach.

Druga zaraz za nią:

– Dlaczego my nie mamy też takich ładnych?

I tak na zmianę zagadywały grubawego tatunia. Pozostali obserwowali tę śliczną panienkę, która jakby wypadła z bajki i zagościła w rajskim dwudziestowiecznym ogrodzie.

Ewelina stała, skubiąc paznokcie, nie wiedziała, co dalej ze sobą zrobić. Tatuś, całując córeczki, nakazał im, żeby się jeszcze przeszły ze swoją opiekunką, bo on musi skończyć rozmowę i przebrać się stosownie do gości.

– Śliczna panienka – mówiła do siebie w duchu Ewelina i sama do siebie uśmiechała się, bujając dziewczynki na huśtawce albo tańcząc z nimi na trawie w kółeczko.

Gdy niebo zaczęło ciemnieć, jakaś służąca podeszła do niej i powiedziała:

– Pani prosi dziewczynki do sypialni, a ciebie do gabinetu.

Wzięła dziewczynki za ręce i dodała, odwracając się:

– Proszę iść za mną.

Wracały tą samą drogą, koło basenu. Teraz nikt się nie opalał. Basen opustoszał.

Weszły do domu przez wielkie kilkuskrzydłowe, przeszklone drzwi. Potem przestronnym korytarzem przeszły do bocznego skrzydła domu. Służąca wskazała drzwi, do których ma wejść, sama dygnęła i odeszła. Biedna Ewelina stanęła przed nimi, nie wiedząc, kto i po co ją woła.

– Może zechcą mnie na nianię dziewczynek? Może im się spodobałam? – myślała w popłochu, a serce stawało jej w gardle.

Wzięła głęboki oddech i zapukała dość energicznie, aż sama była zaskoczona swoją odwagą. Ledwo odjęła rękę, drzwi się uchyliły i kolejna służąca nakazała wejść do środka. Ewelina przełknęła ślinę. Zrobiła krok do przodu. Jej oczom ukazała się spora sypialnia, w której na środku stało łóżko podobne do szpitalnego. Na nim leżała płasko młoda kobieta. Służąca popchnęła Ewelinę bliżej łóżka.

– Proszę podejść. Pani nie podnosi głowy i mówi tylko szeptem, więc trzeba być blisko.

Podeszła, stanęła tuż przy łóżku i aż zaniemówiła.

Młoda, piękna kobieta leżała bezwładnie z głową odchyloną do tyłu. Włosy zaczesane wysoko na czubku. Staranny makijaż i martwe ciało rozciągnięte nieruchomo na płaskim materacu. Kobieta przykryta była lekkim materiałem, przez który widać było strasznie chude kończyny.

– Nachyl się, muszę ci się przyjrzeć. Powiedzieli, że jesteś śliczna – wyszeptała.

Ewelina stała, nic nie mówiąc, a ona znów szeptem dodała.

– Kolejna na moje miejsce – westchnęła ciężko. – Idź już i żebym cię więcej nie oglądała.

Ewelina nadal stała jak skamieniała. Nie rozumiała, o co chodzi tej chorej.

– Już się napatrzyłaś, to się wynoś! – krzyknęła dość głośno, jak na jej możliwości.

Dopiero po tych słowach Ewelina odwróciła się, szybko wyszła z pokoju i z domu, oby jak najdalej.

Nic ją nie obchodziło: żadne przyjęcie ani goście, ani praca. Przerażenie pchało ją dalej i dalej od domu. Zawędrowała w jakiś zakątek, siadła na ławeczce i rozpłakała się. Łzy płynęły jej z oczu jak z fontanny. Naprawdę sama nie wiedziała, dlaczego ryczy. Czy z litości nad tamtą kobietą, czy żałość ją wzięła z tęsknoty, czy zazdrość o przepych domu. Siedziała, patrzyła przed siebie i szlochała.

Raptem zobaczyła przed samym nosem białą chusteczkę.

– Proszę.

Podniosła oczy i ujrzała zarys dużej, ale szczupłej, męskiej postaci. Więcej szczegółów tajemniczo przykrywał mrok, jaki panował w nieoświetlonych częściach ogrodu.

– Nie trzeba. Poplamię.

– Nie szkodzi, proszę wytrzeć nosek i przestać płakać.

– Nie wiem, co mi się stało. Przepraszam.

– Za co pani przeprasza?

– Ja tu przyszłam pracować, a nie rozczulać się nad sobą.

– A jaką ma pani tu pracę?

– Jestem z agencji modelek do towarzystwa, ale niech pan sobie nie myśli, że ja daję usługi mężczyznom – dodała prawie jednym tchem.

– A ja myślałem, że jest pani nową nianią do dziewczynek.

– Nie, poproszono mnie na chwilę, żebym się nimi zajęła.

– A gdyby nie dziewczynki, to co by pani robiła?

– Podawałam kwiaty, drinki, ciasta.

– Od tego to mają tu kelnerów.

– Powiedziano nam, że mamy zabawiać gości rozmową, tańcem.

– I ...

– I niczym – Ewelina stanęła na nogi i patrząc prosto w oczy nieznanemu panu, dodała jeszcze: – Na pewno nie zwiedzaniem sypialni! Przepraszam, ale muszę iść do pozostałych gości, na pewno moi szefowie zauważyli moją nieobecność.

– Proszę poczekać, nie chciałem pani urazić, chciałem, żeby pani przestała płakać.

– Dziękuję, udało się panu.

– Teraz jest pani zła na mnie?

– Tak.

– A to dlaczego? Przecież nic złego pani nie zrobiłem.

– No tak. Przepraszam, sama już nie wiem, widziałam tę sparaliżowaną kobietę i tak mnie to jakoś ujęło za serce, że nie mogę się opanować.

– Nie widziałem, ale mogę sobie wyobrazić. Ona już tak drugi rok leży po wypadku, a mąż nie może się otrząsnąć i nawet u niej ani razu nie był.

– A ona myśli, że ją zdradza z każdą gosposią lub nianią.

– Skąd pani wie?

– Sama mi powiedziała, z taką nienawiścią, jakbym to ja ją do tego łóżka przykuła.

– I chyba miała rację – odparł i po chwili dodał: – Służba musiała jej powiedzieć, to jednak dranie, opowiadać takie rzeczy chorej.

– Dranie? To on jest drań – Ewelina się poruszyła.

– Dlaczego? Przecież żonie zapewnia wszystko, najlepszą opiekę, zajmuje się dziewczynkami, a to, że ma od czasu do czasu jakąś panienkę to draństwo? A według pani to ma się żywcem pochować z tego powodu, że żona jest sparaliżowana? Tak kobiety widzą wierność? Ja nie mogę i tobie zabraniam?

– Nie, już sama nie wiem. To dlaczego do niej nie pójdzie, nie pogłaszcze jej?

– Nie każdy jest taki silny. Może nie mógłby znieść tego widoku. Panią też to poruszyło. Nie można tak od razu kogoś oceniać i to wedle swojego uznania.

– Chyba ma pan rację.

– Ma pani tutaj pracować, zabawiając gości i tańcząc z nami?

– Tak. – Uśmiechnęła się w myślach. – Wiem, co pan powie dalej i już uprzedzam, teraz zatańczymy. Chyba się nie pomyliłam?

Przystojny mężczyzna podał ramię pięknej panience z trochę zaczerwienionym noskiem. Przeszli do głównej części ogrodu, gdzie ustawiono stoły z przeróżnymi przekąskami i drinkami. To jednak ich nie interesowało, weszli na ustawiony pod namiotami parkiet.

– Takie panie do towarzystwa powinny doskonale tańczyć, prawda? – spytał, stając naprzeciwko swojej partnerki.

– Nie jestem Ginger Rogers, ale pan na Freda Astaire`a też nie wygląda, więc powinno być nie najgorzej.

– Dowcipna, uszczypliwa, zbuntowana. Pani nie jest Amerykanką?

– Dlaczego tak pan myśli?

– Amerykańskie hostessy są bardziej uniżone i układne. Od pani bije taka aura niedostępności, buty i nietykalności. To się wyraźnie czuje.

– Co takiego? – Zaczynało ją to bawić.

Facet nie dość, że przystojny, elegancki i miły, to jeszcze cały czas tytułował ją panią. W Stanach wszyscy używali form bezosobowych. Tylko pracownicy zwracali się w formie grzecznościowej per pan i pani. Do służby zawsze mówiono po imieniu albo na ty, a on cały czas tylko proszę pani i proszę pani.

– Pani tak każdego trzyma na dystans? Nie rusz, nie dotykaj, możesz popatrzeć, ale się nie zbliżaj?

To już całkiem rozbawiło Ewelinę. Nie zamierzała dyskutować z przystojniaczkiem. Uznała to za zwykły sposób podrywania i nic więcej. Słuchała i potakiwała, a gdy przestali tańczyć, pan ponownie spytał:

– Nie jest pani Amerykanką?

– Nie. Mieszkam w Polsce. Tu przyjechałam na cztery miesiące, z czego trzy i tydzień już minęły.

– Czyli Europejka tak jak ja, a co pani robi w Polsce?

– Studiuję filologię.

– Pewnie angielską, bo dobrze pani mówi.

– Zgadza się. Niech pan mówi mi po imieniu.

– Dobrze, ale jeszcze go nie znam i przepraszam, że się do tej pory nie przedstawiłem, jakoś tak się nie składało. Filip Oberstdorf.

– Miło mi. Ewelina Jasińska. Oberstdorf to niemieckie nazwisko?

– Nie. Jestem Austriakiem od wielu pokoleń.

– No proszę! Europejczycy bawią się u Amerykanów, chyba że pan tak jak ja tutaj pracuje?

– Nie pan, tylko Filip i jestem gościem.

– W takim razie miło mi, że mogę cię zabawiać.

Dalej były tańce i tańce, czasem przeplatane pogawędką aż do dwunastej. Wtedy to zaproszono wszystkich na pokaz sztucznych ogni.

Ewelina przeprosiła Filipa, usprawiedliwiając się poprawą makijażu w toalecie. Nie chciała cały czas towarzyszyć tylko jednemu gościowi. Bała się, że zauważy to André i nie będzie zadowolony, a to miałoby odbicie w wynagrodzeniu. Zaczęła rozglądać się za Barbarą. Nigdzie jej nie widziała. O tej porze sporo osób było podchmielonych, część opuściła przyjęcie, a część rozpierzchła się po ogrodzie i domu, oddając się frywolnym uciechom.

Ewelina jak mało kto tego wieczoru usiadła w samotności na ławeczce i przyglądała się bawiącym, gdy jakiś podchmielony, wyelegantowany bogacz zagadnął dość obcesowo:

– Co laleczko, może skosztujemy przyjemności tego wieczoru? Te wystrzały tak mnie podnieciły. Ten huk, to drżenie.

Złapał ją wpół i mocno przyciągnął do siebie, usta cuchnące alkoholem przykleił do jej policzków. Pulchniutką łapę usiłował wcisnąć za gorset, żeby dostać się do biustu. Ewelina aż zaniemówiła. Szybko pojęła, że może liczyć tylko na siebie, bo gdyby nawet chciała krzyczeć, to i tak nikt by jej teraz nie usłyszał.

Jegomość z policzków przeniósł się z całowaniem do ust. Ewelina czuła, jak żołądek podjeżdża jej do gardła od smrodu sfermentowanego jadła zmieszanego z alkoholem i potem po tańcach albo seksualnych podbojach. Zebrała się w sobie i z całej siły odepchnęła grubasa. To jeszcze bardziej wzbudziło rozjuszone męskie żądze i teraz jak rozpędzony buhaj natarł na nią z impetem. Alkohol jednak przytępia ostrość i opóźnia reakcje. Grubas w swojej natarczywości nie zwrócił uwagi, że Ewelina odsunęła się o krok w bok i nie trafił na mięciutki biuścik, tylko zarył głową w stojąca figurę ogrodową. Zanim się pozbierał, Eweliny już nie było w zasięgu wzroku. Po raz drugi na tym przyjęciu szybko i z lękiem zmieniła miejsce pracy, by uniknąć przykrości. Czasem jednak zdarza się, że ktoś wpada z deszczu pod rynnę. Tym razem Ewelina miała swojego anioła stróża.

Znów wyłonił się z mroku przystojny pan, który jak dotąd zapewniał jej spokój i nietykalność. Dla bezpieczeństwa stanęła za jego plecami i tylko głowę wystawiła, by sprawdzić, czy aby nie nadciąga groźba w osobie grubasa. Dopiero po chwili lekko odsapnęła i stanęła z boku.

– Brawo, pięknie to wyszło. Chyba trudno jest zachować swoją godność, będąc hostessą?

– Dzięki Bogu, że to pan, a nie grubas.

– Ten pan to Filip, chciałbym przypomnieć.

– Dziękuję, Filipie. Biednym ludziom zawsze ciężko zachować swoją godność.

– Uważasz się za biedną?

– Nie uważam się, a nią jestem. Żeby tu przyjechać, musiałam pożyczyć pieniądze, które po powrocie będę musiała oddać, a resztę zarobionych dolarów przeznaczę na remont mieszkania, w którym mieszkam z mamą. Żeby było jasne. Mieszkanie ma trzydzieści cztery metry kwadratowe i od śmierci taty, czyli od dziesięciu lat, nikt tam nic nie malował, więc niech mnie pan nie pyta, dlaczego narażam się na takie chamstwo ze strony obleśnych, starych grubasów. I jeszcze jedno – wzięła głęboki oddech – nie dam się kupić na żadne obiecanki i ciepłe słówka. Koniec.

Filip roześmiał się.

– Cieszę się, że nie jestem starym grubasem i na pewno nie mam zamiaru cię napastować, zresztą potrzebna byłaby cała armia ludzi, żeby tego dokonać.

Śmiał się dalej, biorąc jednocześnie Ewelinę pod rękę i prowadząc pod drzwi toalety, aby mogła obmyć się po całusach pijanego gościa.

– Możesz iść spokojnie, będę czekał i nie zostawię cię tutaj samej. My Europejczycy musimy się popierać.

– Dziękuję.

Ewelina weszła do obszernej toalety, w której jakieś dwie kobiety bardzo impulsywnie rozmawiały w nieznanym języku, mocno gestykulując rękami. Jedna z nich odsunęła się na bok, robiąc Ewelinie miejsce przy toaletce.

Ta usiadła spokojnie, zmyła z twarzy resztę zaschniętej śliny z pocałunków grubasa. Poprawiła makijaż i suknię. Przez chwilę przyjrzała się sobie w lustrze. Była już zmęczona, a najtrudniejszego mogła się dopiero spodziewać, bo coraz więcej panów szukało ukojenia w kobiecych ramionach. Zaczynała się obawiać, że jednak Barbara ją wykiwała i teraz skończy jak najgorsza ladacznica.

Tymczasem na korytarzu do Filipa podszedł gospodarz domu pan Kristofer Wandolf.

– No i jak Filipie? Jak się bawisz?

– Dziękuję, czekam właśnie na moją dzisiejszą partnerkę.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– Jutro wracam do Nowego Jorku razem z hrabią Bulońskim, a do domu to jeszcze trochę. Henry chce zabrać mnie do Meksyku na wycieczkę.

Właśnie Ewelina wyszła z toalety i natychmiast Filip przedstawił ją Wandolfowi. Nie wspomniał nic o jej pracy. Gospodarz natomiast zaprosił oboje na lampkę koniaku do swojego gabinetu.

Filip niby się wykręcał, ale Ewelina chwyciła go pod mankiet, odwracając we wskazanym kierunku. Zrobiła to tak energicznie, że nie zdążył zaoponować. Cały czas dziwnie starał się ciągle zagadywać Kristofera, nie dając mu dojść do głosu. W końcu coś powiedział w innym języku, zdaje się że po niemiecku, z czego obaj się zaśmiali.

Ewelina dreptała z boku, trochę zdziwiona zachowaniem Filipa. Dopiero w gabinecie sytuacja się rozluźniła i obaj panowie znów byli wobec niej bardzo mili. Oczywiście nie obeszło się bez komplementów z obu stron. Ona wychwalała wystrój gabinetu i urok całego domu. Jej zachwyty zmobilizowały Kristofera do pochwalenia się jeszcze paroma pokojami i oczywiście wspaniałą biblioteką. Wszystko było dopasowane w najdrobniejszych szczegółach. Książki oprawione w jednakowe obwoluty nadawały dostojności pomieszczeniu i podnosiły rangę gospodarzy domu. Na środku wspaniałe rzeźbione biurko. Przy nim starodawny olbrzymi globus z niekształtnymi kontynentami. Wiadomo, w dawnych czasach rysowali, jak mogli, bez zdjęć satelitarnych. Choć niedokładny, to z pewnością miał olbrzymią wartość muzealną i dopełniał swoim wyglądem wystrój biblioteki.

Pozostali tam na chwilę sami. Ewelinie przez moment ścierpła skóra. Zdała sobie sprawę, że tutaj nikt nie przyszedłby jej z pomocą. To był tylko moment. Tak naprawdę Filip wzbudzał w niej zaufanie, ale obce ściany zawsze rodziły w niej lęk.

– Chciałabyś mieszkać w takim domu? – zapytał, siadając w wielkim, głębokim fotelu.

– Każdy by chciał, ale wiem, że to niemożliwe i cieszę się, że przez chwilę mogę się poczuć jak księżniczka na zamku, chodząc po takich salonach.

– Na pewno byłabyś najpiękniejszą księżniczką. Taką jak z bajki.

– Och, przesadzasz.

– No tak. Ty nie byłabyś z bajki, tylko z życia. Tu wszystkie księżniczki są brzydkie. Do tego zarozumiałe i rozkapryszone.

– Pewnie tak. Księżniczki angielskie są rzeczywiście niezbyt ładne, chyba że Diana.

– Ale ona została księżniczką dopiero, gdy wyszła za mąż za Karola.

Ewelina roześmiała się, wzięła w palce sukienkę i zakręciła się w kółeczko jak mała dziewczynka. Obeszła Filipa w koło i dygnęła, stając naprzeciwko.

– Tutaj naprawdę łatwo uwierzyć w takie bajki, drogi książę.

Dygnęła przed nim ponownie.

– Czy można jaśnie pana poprosić do tańca? – zaśmiała się. – Podoba ci się? Pewnie jesteś przyzwyczajony do takich konwenansów.

– Dlaczego tak myślisz?

– Gospodarz takiego domu jest twoim znajomym, więc musisz być z tych sfer. Bogaty, przystojny. Wiesz co, cieszę się, że mnie nie znasz, że wrócę do domu. Jeszcze bym się w tobie zakochała i potem byłyby kłopoty.

Teraz Filip skwitował to uśmiechem.

– W Polsce masz kogoś?

– Po co ci to wiedzieć? Mam czy nie mam, to naprawdę mało ważne.

– A co jest ważne według ciebie?

– Czy się kogoś kocha tak naprawdę, a nie ot tak dla zabawy czy seksu.

Filip pokiwał głową.

– Wiesz, chciałbym cię jeszcze kiedyś spotkać.

– Dla zabawy? Nie, nie chcę. Tu jestem dla zabawy. W życiu chciałabym spotkać kogoś poważnego, troskliwego. Każda dziewczyna marzy, że znajdzie się w końcu taki jeden jedyny. Potem zakochuje się w jakimś miernocie i głupio wpada po same uszy z najgorszym draniem, jaki jej na drodze stanął.

– Zdaje się, że masz złe doświadczenia.

– Ano mam. Właśnie porzucił mnie taki jeden. Czarna rozpacz, dziura w mózgu i złamane serce.

– To dlatego chcesz być teraz taka twarda i niezależna.

– Przepraszam, wciągnęłam cię w swoje problemy, a miałam cię zabawiać. Zejdźmy lepiej do wszystkich i potańczmy.

– Nie jesteś zmęczona?

– Może trochę, ale lubię tańczyć, a szczególnie z dobrym partnerem.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.