Upadły Anioł - Jungstedt, Mari - ebook
Wydawca: Bellona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 304 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Upadły Anioł - Jungstedt, Mari

W powiewach wiosennego wiatru na Gotlandii, Visby świętuje uroczystość inauguracji nowo wybudowanej hali kongresowej, na którą przybywa około pięciuset zaproszonych gości. Aranżer tego wielkiego przyjęcia, Viktor Algard, nie przypuszcza, że jest to ostatnie przyjęcie, jakie organizuje w swoim życiu.
Następnego dnia ktoś odnajduje jego zwłoki w budynku hali. Komisarz Knutas próbuje odnaleźć motyw tej zbrodni. Jego podejrzenia dotyczą zarówno groźnego pobicia przypadkowego nastolatka, nieznanego hodowcy owiec, tajemniczej kochanki zamordowanego, jak i jego niegdysiejszego biznesowego konkurenta. Prowadzone dochodzenie stawia komisarza jako ojca nastolatka i szefa policji przed sporym dylematem. Dziennikarz telewizyjny Johan Berg próbuje działać na własną rękę. Jego niedawno poślubiona żona, Emma Winarve, staje się przypadkowym świadkiem kryminalnych wydarzeń i wpada w tarapaty, ryzykując życie.


"Upadły Anioł" to mrożący krew w żyłach psychologiczny thriller, obraz dewastacji ludzkiej psychiki, do jakiej może prowadzić toksyczne rodzicielstwo.

Opinie o ebooku Upadły Anioł - Jungstedt, Mari

Cytaty z ebooka Upadły Anioł - Jungstedt, Mari

straszna robota, było ponad pięćset osób. – O Boże! – Musimy dostać kogoś do pomocy z Komendy Głównej. Już z nimi rozmawiałem wczoraj wieczorem. Kihlgård ma prawdopodobnie zwolnienie lekarskie, wiedziałaś o

Fragment ebooka Upadły Anioł - Jungstedt, Mari












Tytuł oryginału

DEN MÖRKA ÄNGELN

Projekt okładki i stron tytułowych

ANNA DAMASIEWICZ

Redakcja merytoryczna i korekta

EWA GRABOWSKA

Redaktor prowadzący

ZOFIA GAWRYŚ

Opracowanie techniczne i łamanie

BARTŁOMIEJ NOWICKI

© Copyright for the Polish edition and translation

by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2011

© Copyright Mari Jungstedt 2008

Published in agreement with Stilton Agency

Bellona SA prowadzi sprzedaż wysyłkową wszystkich swoich książek z rabatem.

www.ksiegarnia.bellona.pl

Nasz adres: Bellona SA

ul. Grzybowska 77, 00-844 Warszawa

Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 06, 22 652 27 01

fax 22 661 50 51, 22 457 04 18

biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 978-83-11-12185-0

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.


Dla mojego ukochanego
brata Bosse Jungstedta,
który jest zawsze w moim sercu


Opuszczone żaluzje, wiosenne słońce. Cisza w pokoju. Gdzieś w oddali dźwięk zamykanych drzwi samochodów, szczekanie psów, odgłosy syren. Stłumione głosy przechodniów, czyjś śmiech. Odgłos ulicy, dźwięki życia. Nas już nie dotyczy. Moje słowa odbijają się w twarzy przede mną, współczujący wzrok. Milczymy.

Znowu przyszło mi na myśl moje dzieciństwo. Nic nadzwyczajnego. Kawałek codzienności. Ten obraz wciąż jest we mnie, mimo że minęło dwadzieścia lat.


Miałem siedem lat, gdy wpadłem na pomysł, by zaskoczyć moją mamę śniadaniem do łóżka. Prawie natychmiast, gdy się obudziłem i zobaczyłem, że wszyscy jeszcze śpią, wpadło mi to do głowy. Podniecała mnie ta myśl. Chciałem ucieszyć mamę, bo od kilku dni była bardzo smutna. Godzinami siedziała na sofie i popłakiwała. Nie wiedziałem, dlaczego jest taka smutna. Często taka była. Popłakiwała i paliła papierosy, paliła papierosy i popłakiwała. Całe wieczory rozmawiała przez telefon, a później kładła nas do łóżek. Nie mogliśmy nic zrobić, ani ja, ani moje rodzeństwo. Więc też byliśmy smutni. Teraz wpadłem na sposób, mogłem jej podać śniadanie do łóżka.

Ostrożnie wyślizgnąłem się z pościeli i poszedłem do toalety. Uważałem, aby nikogo nie obudzić. Chciałem zrobić śniadanie sam, bez niczyjej pomocy. Chciałem, aby to mnie była za to wdzięczna, objęła mnie i przytuliła, kiedy przyniosę tacę do jej sypialni, a wtedy znów wszystko będzie dobrze. Ostrożnie zbiegłem po schodach. Pamiętam, jak zaciskałem oczy przy każdym ich skrzypnięciu, przerażony, że ktoś może się obudzić.

Na dole w kuchni wyjąłem talerz i łyżkę. Pudełko z płatkami stało jednak wysoko w szafce na górze. Nie mogłem dosięgnąć. Przysunąłem stołek, był bardzo ciężki. Mozolnie wdrapałem się na kuchenny blat i sięgnąłem po pudełko. Zadowolony wsypałem płatki do talerza i nalałem mleka. Miało być tak w sam raz, ani za dużo, ani za mało, mama tak lubiła. Pomyślałem, że zawsze dodawała cukru, ale gdzie jest cukierniczka? Znalazłem ją za owsianką. Nabrałem trochę łyżeczką, pomyślałem, że wystarczy, mama nie lubiła, gdy były zbyt słodkie. Słyszałem to wiele razy.

Pomyślałem o kanapkach. Otworzyłem pojemnik na chleb, wyjąłem z szuflady nóż i z wielkim trudem odkroiłem dwie kromki. Pomyślałem, że wystarczy, a gdyby miało być za dużo, to mama nie musi zjeść wszystkiego. Przecież już była duża i nie dotyczyły jej te same reguły co dzieci. Problem jednak tkwił w tym, że mama nie lubiła grubych kromek, musiały być cienkie. Piłowałem nożem bardzo starannie, ale kromki były grube górą i cienkie na dole. Prawdziwie zmartwiony obejrzałem pierwszą kromkę, nie była dobra. Nie odważyłem się jej wyrzucić, bo bałem się, że mama będzie zła. Tego byłem pewien, że będzie zła. Często skarżyła się, jak dużo wszystko kosztuje. Ser był tak drogi, że my, dzieci dostawaliśmy tylko jeden plasterek na kanapkę. Mama nakładała sobie dwa. Czasami pytałem, czy mogę nalać sobie jeszcze jedną szklankę mleka. Spoglądała na mnie wtedy tak zawiedziona, że przestawałem pytać.

Trzymałem bezradnie kromkę w ręce i zastanawiałem się, co zrobić. Bałem się, że z powodu tej kromki mama może być niezadowolona z mojego pomysłu ze śniadaniem. Gdyby nie była tak gruba, wszystko byłoby dobrze. Obawiałem się jednak, że mogę nie zobaczyć na twarzy mamy pełnego zadowolenia, o czym tak marzyłem. Zamiast tego mogła pojawić się znana mi zmarszczka między oczami i wokół ust, która zawsze wyrażała niezadowolenie.

Spojrzałem na przedpokój i nasłuchiwałem jakichś dźwięków. Na szczęście wszyscy nadal spali. Pospiesznie włożyłem kromkę do ust, aby się jej pozbyć. Była twarda i nie mogłem jej pogryźć. Wziąłem do ust trochę sera, aby ją łatwiej przełknąć. Przyszło mi na myśl, że powinienem odważyć się ukroić trzy kromki zamiast dwóch, może wtedy mama byłaby bardziej zadowolona. Kiedy zobaczyłem trzy kromki jedną na drugiej, zawładnęła mną niepewność, czy to aby nie za dużo. Bałem się podjąć ryzyko i odkroić dodatkowy plaster sera.

Patrzyłem na swoje dzieło. Wreszcie byłem gotów. Wyjąłem z szafki tacę i talerzyk. Mama nie lubiła kłaść kanapek bezpośrednio na stole. Kiedy ułożyłem wszystko na tacy, poczułem, że czegoś jeszcze brakuje. No jasne, jak mogłem być taki głupi. Kawa. Zapomniałem o kawie, a przecież kawa była najważniejsza. Mama zawsze piła kawę wczesnym rankiem, inaczej nie byłaby sobą. Jeszcze serwetki! Zapomniałem o serwetce. Przecież nie miałaby czym wytrzeć ust. Zawsze się irytowała, gdy na stole nie było serwetek. Pobiegłem do jadalni i oderwałem kawałek papierowego ręcznika. Trochę się rozdarł. Spróbowałem wziąć jeszcze jeden i udało mi się oderwać cały kawałek. Rozerwany zmiąłem w dłoni i wyrzuciłem do śmieci.

Teraz przyszła pora na kawę. Znowu ogarnęła mnie niepewność. Jak mama robiła kawę? Wiedziałem, że robiła ją w jakiś specjalny sposób i że używała do tego termosu. Mieliśmy w domu taki plastikowy czerwony termos z czarnym dzióbkiem i czarną pokrywką. Potrzebowałem mielonej kawy i wody. W szafce stało płaskie pudełko z kawą. Wyjąłem je, ale zaraz przyszło mi na myśl, że właściwie nie wiem, jak wsypać kawę do termosu. Przecież wcześniej należało ją zaparzyć. Odwróciłem się i spojrzałem na kuchenkę. Widziałem, że należało jakoś przekręcić kurki, a kuchenka robiła się ciepła. Tylko tyle wiedziałem. Myślałem bardzo intensywnie. Jedyne, czego byłem pewien, to że musi mi się udać. Mama miała dostać śniadanie do łóżka i tyle. Byłem pewien, że w ten właśnie sposób sprawię, że będzie znowu zadowolona. Chwyciłem jeden z kurków i obróciłem go na sześć. To była najwyższa cyfra i sądziłem, że właśnie wtedy płyta rozgrzeje się maksymalnie. Zaczekałem chwilę i dotknąłem dłonią płytki. Robiła się ciepła, hurra! Byłem bardzo rozgorączkowany, cel był tak blisko. Wziąłem do ręki termos i podstawiłem pod kran. Napełniłem go do połowy wodą. Pomyślałem, że tyle wystarczy. Zadowolony z siebie postawiłem termos na rozgrzanej płytce kuchenki.

W tym samym momencie usłyszałem jakiś hałas na górze. Ktoś wyszedł do łazienki. Miałem nadzieję, że to nie mama. Z płytki kuchenki zaczął unosić się dym, bardzo śmierdzący dym. Coś było nie tak. Po kilku sekundach usłyszałem gwałtowne kroki mamy na schodach. Serce zamarło mi w piersi.

– Co ty do diabła tu robisz? – wrzasnęła i odstawiła termos z płytki kuchni. – Zgłupiałeś całkiem, czy co? Chcesz spalić cały dom?

Gęsty dym spowijał wąską kuchnię. Mama była wściekła. W obłokach dymu widziałem jej surowe spojrzenie. Wrzeszczała jak opętana. Usłyszałem za sobą kroki kogoś z rodzeństwa, ktoś zszedł na dół do kuchni. Moja siostra zaczęła cicho pochlipywać.

– Ja chciałem tylko… – próbowałem się bronić, czułem, jak drży mi dolna warga. Byłem sparaliżowany ze strachu.

– Wynoś się! – ryczała wściekła. – Wynoś się ty, przeklęty gówniarzu! – Groziła mi wolną ręką, w drugiej trzymała termos. – Zniszczyłeś termos, masz pojęcie, ile on kosztował? Teraz będę musiała kupić nowy. Nie mam innego wyjścia!

Jej głos zamienił się w falset i zaczęła piszczeć. Przerażony wszedłem po schodach na górę i zamknąłem drzwi do mojego pokoju. Chciałem zamknąć się na klucz. Chciałem móc uciec i nigdy więcej tu nie powrócić. Wpełznąłem pod kołdrę jak wystraszone zwierzę, drżałem na całym ciele. Leżałem tak kilka godzin, a mama nie przychodziła. Pustka rosła we mnie coraz bardziej.


Inauguracja nowej hali kongresowej w Visby stała się wydarzeniem roku. Przyciągała bowiem na wyspę ludzi przez okrągły rok, nie tylko spragnionych słońca turystów. Zaproszeni na uroczyste otwarcie goście podążali popychani kwietniowym wiatrem w kierunku głównego wejścia. Grała orkiestra dęta Visby, dookoła widać było świeżo upięte fryzury, makijaże i powiewające na wietrze krawaty ozdabiające pełne elegancji, wygolone męskie szyje, a obok upudrowane nosy kobiet. Całe grupy fotografów cisnęły się na ułożony przed wejściem czerwony chodnik. Na miejscu znalazła się lokalna prasa. Przysłano także kilku dziennikarzy ze stolicy, by nadzorowali całą imprezę.

Budynek, w którym mieściła się hala, błyszczał w promieniach zachodzącego słońca. Zbudowany w stylu na wskroś modernistycznym ze szkła i betonu, był położony centralnie obok kolistego muru miasta, prawie nad samym morzem, otoczony zielonym parkiem Almedalen. Całkowicie futurystyczny projekt pochłonął ogromnie dużo pieniędzy podatników. W morzu przetaczających się tłumów większość twarzy była dobrze znana miejscowej ludności: lokalni politycy, potentaci gospodarczy, starostowie, biskupi, elita kulturalna, znani letnicy uciekający z wielkich aglomeracji w poszukiwaniu spokoju i odprężenia. Wszyscy przybyli tu dzisiaj, aby wziąć udział w uroczystości. Na wyspie liczba przyjeżdżających tu celebrytów i właścicieli letnich domów rosła z roku na rok.

Przy wejściu do budynku, witając przybyłych gości, stał główny organizator imprezy, Viktor Algard, w towarzystwie wojewodziny i przewodniczącego zarządu powiatu. W powietrzu unosiły się odgłosy całusów w policzki i wymieniane grzecznościowe formułki. Hol zapełnił się szybko tłumem, a od ścian odbijał się szmer prowadzonych rozmów.

Sufit pomieszczenia unosił się na wysokości około dziesięciu metrów, a cały wystrój wnętrza utrzymany był w pogodnych, jasnych kolorach. Młode, atrakcyjne kelnerki poruszały się z gracją pośród gości i podawały kanapki oraz dobrze schłodzony Moet & Chandon. Dekorację stanowiły białe lilie w kryształowych miseczkach oraz świece w specjalnych świecznikach rozstawionych tu i tam. Widok z przeogromnych okien był imponujący. Właśnie tu Visby odkrywało przed oglądającymi cały swój urok – park Almedalen z pięknymi zielonymi dywanami trawników, sadzawkami i szumiącymi fontannami. Obok parku ciągnął się mur miasta częściowo porośnięty zielenią, okalający zbiorowisko średniowiecznych kamieniczek. Znajdowały się tu również dwunastowieczne ruiny Sankt Drotten i Sankt Lars, a jako ukoronowanie katedra z trzema czarnymi wieżami wznoszącymi się wprost do nieba. Po drugiej stronie rozpościerało się bezkresne morze. Położenie hali kongresowej nie mogło być ani lepsze, ani piękniejsze.

Kiedy przybyli już wszyscy goście, na przygotowanym w rogu głównego holu podium pojawiła się wojewodzina. Była to szykowna kobieta w dość zaawansowanym wieku, ubrana na czarno, w długiej spódnicy i jedwabnej bluzce. Włosy w kolorze blond miała elegancko upięte.

– Witam wszystkich państwa – zaczęła, przebiegając wzrokiem po zebranych w holu słuchaczach. – To dla mnie wielki zaszczyt móc ogłosić otwarcie naszej nowej hali kongresowej tu, w Visby. Realizacja tego projektu zajęła nam całe pięć lat i wszyscy z utęsknieniem oczekiwaliśmy tego dnia, aby zobaczyć efekt naszych starań. I to jaki efekt!

Wskazała ręką na otaczającą ją przestrzeń holu. Potem zrobiła krótką pauzę, jakby dając gościom czas na wczucie się w atmosferę i podziw dla wystroju wnętrza. Jasnoszara podłoga zrobiona była z gotlandzkiego wapienia, a ściany ozdabiała okleina z klonu. Długą ladę recepcji udekorowano kulkami wełny zestrzyżonej ze specjalnego gatunku owiec żyjących na wyspie. Szerokie oświetlone schody z drewna amerykańskiej czereśni prowadziły na piętro, gdzie miał być podany obiad oraz gdzie znajdował się parkiet do tańca.

– Z pewnością są wśród państwa również osoby nastawione sceptycznie, ale przekonają się one niebawem, jak wielkie korzyści dla Gotlandii przyniesie otwarcie tego lokalu.

Odchrząknęła. To, co zostało powiedziane, nie do końca było prawdą. Protesty dotyczące budowy tego obiektu były niemałe i znaczące. Sprzeciw wobec projektu, zażalenia i skargi zalewały urząd gminny zaraz po ogłoszeniu szczegółowych planów. W gazetach toczyły się całe debaty. Wyrażano oburzenie, że budowa luksusowego budynku konferencyjnego z pieniędzy podatników odbywa się kosztem funduszy przeznaczonych na opiekę socjalną dla dzieci i osób starszych. Gotlandczycy mieli już doświadczenie w przedsięwzięciach, które zakończyły się katastrofą, jak na przykład budowa hotelu czy kompleksu mieszkaniowego w północnej części miasta, które kosztowały gminę kilka milionów. Kiedy inwestycja splajtowała, gmina została zmuszona do sprzedania całego obiektu za symboliczną koronę. Za nic na świecie nie można było sobie teraz pozwolić na podobne fiasko.

Zarzucano, że lokalizacja budynku w pobliżu ulubionego przez Gotlandczyków parku Almedalen zasłania widok na otwarte morze. Działacze ekologiczni demonstrowali w czasie całej budowy, przykuwając się łańcuchami do drzew w okolicznym terenie. Usuwanie demonstrantów powodowało opóźnienia w budowie, co w efekcie znacznie zwiększało koszty. Teraz jednak budynek był ukończony i cały proces szczęśliwie zakończony.

– Trudno przewidzieć, jakie znaczenie będzie dla nas miała nowo otwarta hala kongresowa, ale na pewno wiemy, że jest to duży krok naprzód w rozwoju naszej Gotlandii. Jest to również kontynuacja rozpoczętych przez nas działań w tym kierunku w ciągu ostatnich kilku lat.

Wśród publiczności dał się słyszeć cichy pomruk akceptacji i można było zauważyć potakujące kiwanie głowami.

– Nasza szkoła wyższa rozwija się prężnie z roku na rok i udaje nam się z dużym powodzeniem zdobywać coraz więcej studentów – kontynuowała wojewodzina. – Nasza młodzież nie musi już opuszczać swojej rodzimej wyspy, aby studiować. Wiele jednostek lokalnej władzy przeniosło się tu i moim zdaniem nasza przyszłość wygląda obiecująco. Przedsiębiorstwa ufnie spoglądają w przyszłość, a jeśli chodzi o działalność turystyczną, to w naszych kwaterach turystycznych odnotowaliśmy czterdzieści tysięcy noclegów więcej w porównaniu do roku ubiegłego. Cieszmy się więc z rozwoju wyspy i z naszego nowego przedsięwzięcia promującego Gotlandię. Wznieśmy toast, drodzy państwo! Wznieśmy toast za nową halę kongresową!

Wojewodzinie zadrżał głos i zwilgotniały oczy. Jej zaangażowanie było naprawdę bardzo duże. Zgromadzeni goście podnieśli w górę napełnione kieliszki.


Viktor Algard otworzył butelkę wody mineralnej i rozejrzał się dookoła. Jak dotąd program inauguracji hali kongresowej przebiegał zgodnie z planem. Nie było więc powodu do niepokoju. Tak wiele imprez organizował w ciągu roku, że osiągnął już pewną rutynę. Był, co prawda, trochę starszy, zaokrąglił mu się brzuszek, ale wciąż miał tę samą rozległą sieć kontaktów.

Viktor Algard był elegancko ubrany w czarny garnitur najmodniejszego kroju. Miał na sobie jedwabną koszulę w kolorze lila, co dawało mu poczucie, że wygląda jak dandys. Właśnie przekroczył pięćdziesiątkę, ale wyglądał młodo i atrakcyjnie. Miał zaledwie kilka zmarszczek na twarzy, zwłaszcza gdy się uśmiechał, a uśmiechał się często. Nadal miał grube, ciemne włosy, na wieczór specjalnie zaczesane do tyłu. Sięgały mu prawie do ramion. Skórę miał oliwkową jako spadek po ojcu Tunezyjczyku. Podobnie ciemne oczy i pełne wargi. Właściwie był dość zadowolony z siebie, zarówno pod względem wyglądu, jak i charakteru.

Teraz spoglądał z aprobatą na supernowoczesną salę bankietową z miejscami dla ponad tysiąca gości. To była prawdziwa przyjemność móc organizować taką imprezę, móc znaleźć się pośród zaproszonych na scenie. Od miesięcy wszystko to planował z detalami.

Podniósł rękę, aby pomachać w kierunku wojewodziny, która przyjaźnie uśmiechała się do niego. Widział, że jest zadowolona. Jedynym minusem była wietrzna pogoda, która zmusiła organizatorów do powitania gości wewnątrz budynku. Nie miało to jednak większego znaczenia w sytuacji, gdy szampan był przedniej jakości, a kielichy pełne. Zszedł po schodach do kuchni. Panowało tu duże zamieszanie, ośmiu kucharzy pracowało nad wyśmienitym menu. Właśnie zaczęto podawać przystawki, był łosoś z cytryną, ser feta, krem z rukoli, marynowana w musztardzie jagnięcina z zapiekanymi owocami, a na deser nugat z malinami. Zagadnął przyjaźnie kucharzy pocących się nad kuchnią i podszedł do baru. Z zadowoleniem stwierdził, że kieliszki napełniano w przyspieszonym tempie. Nie było to bez znaczenia, zwłaszcza na początku, gości należało rozgrzać tak szybko, jak to tylko możliwe. Leżały tu lniane ścierki, a na biało ubrani kelnerzy zapalali świece w srebrnych kandelabrach. Zapowiadał się prawdziwie wytworny wieczór. W holu wejściowym było tłumnie, panowała ożywiona atmosfera. Nieco dalej stała nowa przyjaciółka Algarda. Rozmawiała z ożywieniem z dwoma najbardziej znanymi artystami na wyspie. Miała na sobie czerwoną sukienkę, a jej platynowe włosy wyróżniały ją spośród pozostałych gości. Wyglądała jak księżniczka. Śmiała się głośno i akcentowała niektóre słowa, opowiadając mnóstwo anegdot. Obaj jej słuchacze stali obok, wpatrując się w nią z zachwytem.

Viktor, przechodząc, uśmiechnął się do niej, rzucił równocześnie tkliwe spojrzenie. Byli ze sobą od dwóch miesięcy. Poznali się na organizowanym przez niego wernisażu. Rozwieszała tam obrazy, zaczęli rozmawiać i tak się zaczęło. Spacerowali potem brzegiem morza, a wieczorem zjedli razem obiad. Gdy rozstali się późno w nocy, czuł, że jest zakochany. Nie chcieli od razu ujawniać swojej miłości, chcieli z tym jeszcze trochę zaczekać. Na wyspie wszyscy się znali, a jego rozwód z Elisabeth nie był jeszcze przesądzony. Nie chciał jej dodatkowo ranić, gdyż była bardzo mało odporna zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Zupełnie odwrotnie niż jego nowa przyjaciółka.


Komisarz Knutas nie lubił właściwie tego typu imprez. Oficjalne rozmowy w towarzystwie daleko odbiegały od szczerych. Line namówiła go jednak na to wyjście. Knutas był szefem policji od prawie dwudziestu lat i stanowisko go zobowiązywało. W niektórych wypadkach nie można było odmówić. Otwarcie hali kongresowej stało się ważnym wydarzeniem na wyspie. Line uważała, że to miło znaleźć się wśród ludzi. Knutas cenił swoją żonę za socjalny geniusz. Z łatwością nawiązywała kontakty ze wszystkimi ludźmi, jakich spotykała na swej drodze, począwszy od uznanych biznesmenów, przez włodarzy, a skończywszy na słynnych gwiazdach muzyki pop. Nie mógł pojąć, jak ona to robiła.

Line założyła na wieczór trawiastozieloną tunikę w kwiaty, a swoje rude, półdługie włosy rozpuściła na ramiona. Jej ciemne, piegowate ręce gestykulowały w sposób ożywiony po przeciwnej stronie długiego stołu, jeśli spojrzeć na ukos. Nie sposób było się do niej nie uśmiechnąć.

Tym razem komisarz miał szczęście zająć dobre miejsce przy stole. Jego sąsiadką została Erika Smittenberg, pełna uroku żona prokuratora generalnego, piosenkarka z Ljugarn pisząca własne piosenki i ballady, które później wykonywała w parkach lub małych lokalikach tu, na wyspie. Knutas był od zawsze zafascynowany małżeństwem Smittenbergów. Byli do siebie tak niepodobni, że stawało się to aż nieprawdopodobne, a nawet śmieszne. Prokurator Birger Smittenberg był mężczyzną wysokim, postawnym, bardzo miłym, poprawnym pod każdym względem i w każdej sytuacji. Jego żona natomiast była niskiego wzrostu, krępej budowy ciała, o ostrym, skrzeczącym głosie, który powodował wibrację szklanek na stole, gdy mówiła lub się śmiała. Podobnie reagowali słyszący ją ludzie, odwracając natychmiast głowy w jej stronę. Knutas bardzo cenił sobie jej towarzystwo i rozmawiał z nią o wszystkim, oprócz pracy. Jednym z bardzo absorbujących oboje tematów był golf, prawdziwe hobby komisarza. Teren wyspy nadawał się wyjątkowo dobrze do gry w golfa, gdyż tu, na otwartej przestrzeni panował szczególnie korzystny klimat. Erika opowiadała różne historie związane z jej pierwszymi krokami w tym sporcie.

Właśnie przyszła wiosna, pozieleniała trawa, słońce świeciło coraz mocniej, roztapiając zamarznięte jeszcze resztki śniegu. Knutas bardzo dawno nie trenował i koniecznie chciał w nadchodzących dniach udać się na swoje ulubione pole Kronholmen. Planował to uczynić może nawet jutro, gdy tylko osłabnie wiatr. Chciał zabrać ze sobą dzieci. Miał wrażenie, że kiedy stawały się coraz starsze, tracił z nimi kontakt. Bliźniaki miały skończyć niebawem siedemnaście lat i rozpocząć naukę w gimnazjum. Bardzo niepokoił go nieubłagany upływ czasu.

W pewnej chwili poczuł, że Erika szturchnęła go żartobliwie w bok.

– A ten, to co za jeden? – Zrobiła trąbkę z ust, nadymając je komicznie, po czym roześmiała się. – Siedzisz i marzysz?

– O, przepraszam – odparł. Uśmiechnął się i podniósł kieliszek do góry. – To ta nasza rozmowa o golfie sprawiła, że zatęskniłem za Kronholmen. Na zdrowie!


Parkiet zapełniał się coraz to nowymi parami. Orkiestra pieściła ucho przyjemnymi tonami. Wypito kawę i został otwarty bar. Impreza przebiegała zgodnie z planem. Najtrudniejszy moment wieczoru był już poza nimi. Wydanie obiadu dla ponad pięciuset osób nie jest łatwe, pomimo to obsługa sprawowała się nienagannie. Goście powoli opuszczali przydzielone sobie miejsca przy stole, przysiadając się do coraz to nowych znajomych. Niektórzy zaczynali tańczyć, inni siadali na sofach ustawionych wydłuż ścian. Viktor Algard zamienił kilka słów z obsługującymi gości kelnerami, aby upewnić się, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Wkrótce nastąpiła krótka przerwa. Viktor próbował odnaleźć wzrokiem w tłumie swoją przyjaciółkę. Chciał choć na chwilę znaleźć się obok niej. Nie dostrzegł jej jednak nigdzie. Przypuszczalnie adorował ją któryś z sąsiadów przy stole. Spojrzał na zegarek. Był kwadrans przed dwunastą. Obiad przeciągał się w czasie, co było dobrym znakiem. Wokół stołów panował ożywiony nastrój, goście prowadzili różnorakie rozmowy. Niespodzianką wieczoru miał być występ o północy.

Viktor sączył wodę mineralną i pogrążył się w myślach. Przed oczami pojawiło mu się pełne wyrzutu oblicze żony. Wyglądała tak, jakby wiedziała o wszystkim. Ich małżeństwo właściwie dawno się skończyło. Żyli wprawdzie obok siebie, ale ich drogi rzadko się spotykały. Mieszkali w dużym domu z ogrodem w Hamra. Elisabeth zajmowała się głównie tkaniem w starej szopie przerobionej na atelier. Sprawiała wrażenie, jakby już w ogóle nie potrzebowała męża. On natomiast koncentrował się na pracy i kręgu znajomych. Miał ich sporo. Elisabeth większości nie lubiła. Była odludkiem, nie lubiła takich spotkań jak to. Migrena, na którą się skarżyła tego popołudnia, była z pewnością wykrętem. Nikt nie mógł przecież podać w wątpliwość jej dolegliwości, gdy leżała w łóżku przy zaciągniętych żaluzjach i z ręcznikiem na głowie. Był jej właściwie za to bardzo wdzięczny. Oznaczało to bowiem dla niego możliwość wymknięcia się z domu do przyjaciółki. Teraz, kiedy wdał się w ten burzliwy romans, jego małżeństwo było w widocznym kryzysie. Kobieta jego marzeń zawładnęła całym jego życiem, całą jego osobą. Był nią całkowicie zniewolony. Dopiero przy niej zrozumiał, czego tak naprawdę mu dotąd brakowało. Pasja, chęć, zainteresowanie. Rozkosz tylko z tego powodu, że jest się razem. Wspólnota dusz, bycie we dwoje. Dzieci wyprowadziły się już dawno z domu, mieszkały na kontynencie. Miały swoje własne sprawy, swoje życie. Tęsknił za tym, aby być wolny, nie ukrywać się wciąż z tym związkiem. Co jakiś czas wyrywali go z zamyślenia różni ludzie, którzy chcieli coś zagadać lub po prostu uścisnąć mu rękę. Uśmiechał się więc na prawo i lewo, odwzajemniając ukłony, wyglądał na zadowolonego.

Muzyka ucichła, zabrzmiały werble. Zgasło światło i tylko reflektory oświetlały scenę. Wszyscy skoncentrowali swoją uwagę właśnie tu. Nadszedł czas na niespodziankę wieczoru. Na scenie pojawiła się grupa o nazwie Afrodyta, co wywołało niekończący się aplauz widowni. Do zespołu należały trzy pełne uroku, wdzięku i urody kobiety: Kayo Shekoni, Gladys del Pilar i Blossom Tainton, śpiewające jak prawdziwe boginie muzyki soul, promieniejące ciepłem i humorem. Niewielu jest w Szwecji artystów tego formatu – pomyślał Viktor z prawdziwą dumą i zadowoleniem, że udało mu się namówić je na ten występ. Olśniły go już przed pięciu laty, gdy powróciły do Szwecji z festiwalu piosenki jako zwyciężczynie, podbijając serca publiczności.

Nagle Viktor poczuł, że ktoś bierze go pod ramię.

– Cześć, jak się masz?

Wyglądała miło i sympatycznie, była trochę blada na twarzy. Jej oczy błyszczały.

– Dobrze, czekałem, aż się pojawisz. Chciałem sobie zrobić przerwę teraz, w czasie występów. Pójdziesz ze mną?

– Przepraszam, że przeszkadzam…

Niespodziewanie pojawił się przed nimi barman i wręczył jej drinka.

– To dla pani od wielbiciela.

Viktor spochmurniał.

– Od wielbiciela? – zaśmiała się serdecznie i obejrzała się dookoła. Przyglądała się kolorowemu napojowi w kieliszku. – Od kogo?

Barman spojrzał znacząco w drugą stronę baru.

– Prawdopodobnie już sobie poszedł.

Zwróciła się ponownie do Viktora:

– Przepraszam cię, ale muszę pójść do toalety. Gdzie się spotkamy?

Wskazał na schody z tyłu baru.

– Zejdź tędy na dół, tam jest zamknięte, będziemy mogli pobyć w spokoju.

– Pospieszę się, możesz potrzymać mój kieliszek?

– Jasne.

Viktor Algard szepnął do barmana, że musi wyjść na chwilę, po czym zniknął, zanim jeszcze zdążył zagadnąć go jakiś przypadkowy gość. Przypuszczalnie nikt nie zwrócił uwagi na nieobecność Viktora. Uwaga wszystkich koncentrowała się na scenie.

Na dolnej kondygnacji znajdował się również mały bar i kilka kanap do siedzenia, za szklanymi drzwiami był kamienny taras wychodzący na małą boczną uliczkę. Wyszedł na taras, zapalił papierosa i spojrzał na morze. Rozkoszował się ciszą. W ciemności mógł usłyszeć jedynie szum fal uderzających o brzeg. Zaciągnął się kilka razy dymem. Temperatura znacznie spadła, zrobiło mu się chłodno. Wszedł do środka, usiadł na sofie, podłożył sobie kilka poduszek pod plecy, oparł się wygodnie i zamknął oczy. Teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Nagle usłyszał jakiś hałas w pobliżu, dziwny brzęk koło windy. Nie mógł dokładnie dojrzeć windy, siedząc na sofie, ale czuł, że dźwięk pochodził zza rogu obok windy, blisko wyjścia na taras. Zastygł w bezruchu. Jego oczekiwana przyjaciółka powinna była nadejść lada chwila. Nasłuchiwał w napięciu. To, czego najmniej teraz potrzebował, to było jakieś niespodziewane towarzystwo.

Muzyka z górnej kondygnacji rozbrzmiewała wyraźnie, choć z daleka. Viktor spojrzał w kierunku baru, ale przy barze było pusto. Wyjrzał na ulicę. Była ciemna i pusta. Czyżby ktoś wkradł się niepostrzeżenie gdy stał na tarasie i palił papierosa? Rzeczywiście stał wtedy odwrócony plecami do wejścia. Myśli kłębiły mu się w głowie. Teraz było znowu bardzo cicho. Żadnego ruchu, absolutny spokój. Potrząsnął głową. To tylko wyobraźnia – pomyślał. Może to jakaś para, która wymknęła się z przyjęcia w poszukiwaniu zacisznego kąta. Tak często się zdarza. Wtedy jednak zauważyliby go na sofie. Spojrzał na zegarek. Minęło właśnie dziesięć minut. Ukochana Viktora powinna już stanowczo tu być. Kolorowy drink w szklance wyglądał kusząco. Viktor poczuł pragnienie i wyciągnął rękę po szklankę. Nawet nie zdążył przełknąć pierwszego łyka napoju, gdy poczuł w gardle gwałtowne pieczenie. Zdziwiony podniósł szklankę do góry i zaczął analizować ze zdumieniem jej zawartość. Napój miał wyjątkowo cierpki smak, który przypominał mu coś, ale nie bardzo mógł sobie uświadomić co. Zadziwiał go jedynie ten dziwny zjełczały zapach.

W tej samej chwili poczuł gwałtowny zawrót głowy, nie mógł złapać oddechu, a całym ciałem wstrząsały mocne drgawki. Chciał zrobić krok do przodu, wezwać pomocy, próbował wołać, ale nie zdołał wydobyć z ust żadnego dźwięku. Stracił równowagę i upadł na podłogę.


Pole golfowe w Kronholmen rozpościerało się na cyplu otoczonym z każdej strony morzem. Ten idylliczny krajobraz nie miał jednak decydującego wpływu na nastrój komisarza. Anders Knutas potrząsał głową w stronę swojego syna Nilsa, któremu już po raz trzeci w ciągu godziny nie udało się trafić piłką do dołka. Zainspirowany rozmową ze swoją towarzyszką przy stole na przyjęciu oraz wspaniałą pogodą postanowił wziąć ze sobą bliźniaki na pole golfowe, aby móc po prostu z nimi trochę pobyć w przyjemnym otoczeniu. Wkrótce jednak stwierdził, że mógłby wpaść na lepszy pomysł. Dzieciaki przechodziły właśnie burzliwy okres dojrzewania i reagowały bardzo impulsywnie na każdą nawet najmniejszą drobnostkę. W ciągu ostatniego pół roku było to po prostu nie do zniesienia. Wystarczyło, że zapytał Petrę, czy chciałaby sok pomarańczowy na śniadanie, a otrzymał zaraz odpowiedź: „O Boże, tato, o co ci chodzi!”. Nils nie uważał za stosowne opowiadać o niczym innym jak tylko o treningach piłki nożnej. Tak więc dwoje szesnastolatków tkwiących w tym samym hormonalnym chaosie nie stanowiło łatwego towarzystwa. Kiedy ojciec, wyjmując gazetę ze skrzynki na listy w niedzielny poranek, wpadł na pomysł, aby zabrać ich oboje na pole golfowe, był przekonany o słuszności swojej decyzji. Wiatr uspokoił się całkowicie. Słońce świeciło i przyjemnie grzało w plecy. Niestety nie była to wielka pociecha.

– Jasna cholera, szlag mnie trafi na tym cholernym polu golfowym! – wrzeszczał Nils, podnosząc z ziemi swój golfowy kij i wrzucając go na wózek.

Rzucony gwałtownie kij przebił leżącą na wózku butelkę coca-coli, z której nagle wytrysnął brunatny napój wprost na dziewiczo czyste jeansy Nilsa. Knutas zdenerwował się również.

– Mógłbyś się chociaż zastanowić, czy warto tak bez sensu niszczyć ten sprzęt, tym bardziej że nie zapłaciłeś za niego ani centa i był to dla ciebie gwiazdkowy prezent. Próbuję znaleźć dla was coś ciekawego, a wy macie ciągle tylko nadąsane miny. Tak, tak, Petra, to ciebie też dotyczy. To nie jest w porządku. Zachowujecie się oboje jak para rozkapryszonych smarkaczy.

– Mam to gdzieś! – zawołał Nils. – Nie potrzebuję mieć nowego sprzętu, bo w ogóle nie mam zamiaru grać w żadnego golfa! Nienawidzę golfa!

– Nie drzyj się na mnie! – wrzasnęła Petra. – Nic ci nie zrobiłam!

Knutas podjechał samochodem. Był wściekły, smutny i zawiedziony. Czasami czuł się jako ojciec zupełnie bezradny. W każdym razie nie rozumiał do końca swoich dzieci. Po drodze w samochodzie panowała cisza. Prawie trzy mile jazdy nie zamienili ze sobą ani słowa. Komisarz nie miał już pojęcia, jak zbliżyć się do tych dzieciaków. Cokolwiek by powiedział, okazywało się nie tak. Pomyślał więc, że najlepiej będzie się nie odzywać. Miał takie wielkie ambicje, gdy urodziły się dzieci. Całe życie starał się poświęcać na ich wychowanie, starał się robić wszystko, co mógł. Próbował nie pracować zbyt długo popołudniami, bawił się z nimi, kiedy tylko miał wolny czas, chodził na ryby, budował szałasy w czasie wakacji, starał się obejrzeć przynajmniej jeden mecz w sezonie. Kiedy spotykał ich kolegów w domu, usiłował zawsze być wesoły i dowcipny. Jeden cały rok szkolny poświęcił nawet na pracę w komitecie rodzicielskim. Był do tego stopnia naiwny, aby ufać, że jego dobry kontakt z dzieciakami utrzyma się całe życie. Razem z Line próbowali stworzyć do tego solidny grunt. Ostatnie pół roku pozbawiło go jednak wszelkich iluzji. Stopniowo przekonywał się, że jego relacje z dziećmi są kruche i niepewne, że mogą runąć lada moment. W głębi duszy jednak wierzył, że wszystko będzie dobrze.

Zaparkował samochód przed domem i zauważył, że w kuchni pali się światło. Oznaczało to, że Line jest w domu. Miał poczucie, że wspiera go w tym, bo problem dotyczył ich obojga. Dzieciaki kroczyły przed nim zdecydowanie i szybko w pewnej od siebie odległości.

– Cześć, jak było? – zapytała Line z kuchni, gdy pojawiły się w holu.

– Świetnie – odburknął Nils, zdejmując pośpiesznie buty, i zniknął na schodach. Słychać było, jak zatrzasnął za sobą drzwi. Knutas usiadł przy kuchennym stole z głębokim westchnieniem.

– O Boże, co się znowu stało? – zapytała Line.

– Sam nie wiem, wszystko jest jakoś nie tak, nie pojmuję tego. Dlaczego oni są tak cholernie wrogo usposobieni do wszystkiego. Szczególnie Nils. Możesz sobie wyobrazić, co on zrobił? Był tak wściekły, że rozwalił swój nowy kij golfowy. Powiedziałem mu, że będzie musiał sobie zapłacić za nowy, na co mi odpowiedział, że ma to gdzieś i nie będzie grał w żadnego cholernego golfa.

– To się nazywa wyzwolenie – powiedziała Line sucho, bez emocji, stawiając na stole filiżanki do kawy. – To nie jest powód do niepokoju.

Knutas potrząsnął niespokojnie głową.

– Nie przypominam sobie, abym się podobnie zachowywał. My należeliśmy do innej generacji. W naszych czasach traktowało się rodziców z należytym respektem. Nie robiło się ani nie mówiło byle czego. Nie sądzisz?

Line rozpuściła swój długi rudy warkocz na plecy i spokojnie nalała kawy. Potem usiadła przy stole i rzuciła mu ironiczne spojrzenie.

– Nie słyszysz sam siebie, jak nudnie brzmisz? Już zapomniałeś, jak to było? Sam mi opowiadałeś, że jak ci nie pozwolono jechać z dziewczyną do Kopenhagi na kemping, to uciekliście do Paryża, nie mówiąc rodzicom ani słowa. Potem wysłaliście im jedynie pocztówkę z Łukiem Triumfalnym. Mama pokazywała mi tę pocztówkę. Ile miałeś wtedy lat, siedemnaście?

– Okej, okej – odpowiedział pojednawczo. – Po prostu mam wrażenie, że nie mogę dotrzeć do Nilsa. On się przede mną zamyka.

– Ja cię rozumiem, ale traktuj to jako okres, który minie i aż tak się tym nie przejmuj. Oni kiedyś dorosną, Anders.

– Martwię się tym.

Położyła rękę na jego ręce.

– Z pewnością, ale pamiętasz, jak ubiegłej jesieni Petra nie odezwała się do mnie ani jednym słowem przez kilka miesięcy? Teraz jest już o wiele lepiej. Ja wierzę, że z Nilsem będzie tak samo. Uspokój się. Uwierz mi, że to przejdzie. Oni muszą się jakoś uwolnić, odnaleźć siebie. To jest całkiem naturalne.

Knutas traktował słowa żony z pewnymi wątpliwościami. Wymagała od niego, aby był obojętny na coś, a on tego nie potrafił. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale dźwięk telefonu pokrzyżował jego zamiar. Portier informował go, że w hali kongresowej znaleziono zwłoki jakiegoś mężczyzny. Wszystko wskazywało na morderstwo.


Ranek uświadomił mi prawdę, że życie toczy się dalej. Siedzę, a właściwie półleżę na sofie, tak jak zazwyczaj. Jak zwykle też mam wrażenie, że jestem poza rzeczywistością. Leżę tak od wielu godzin, przenosząc się z sofy na łóżko w beznadziejnym oczekiwaniu na zaśnięcie. Wspomnienia z dzieciństwa powracają coraz częściej. Tak jakby zatrzymał się czas, nie udaje mi się pójść dalej.

Jednego lata pojechaliśmy jak zwykle w odwiedziny do babci do Sztokholmu. Właściwie mieliśmy pójść do skansenu. Mama obiecała nam to już dawno. Cieszyłem się na tę wycieczkę wiele tygodni wcześniej. Nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Gdy nadszedł ten sobotni poranek, nie mogłem z podniecenia nawet zjeść śniadania. Kochałem zwierzęta i ciągle powtarzałem, że chciałbym mieć psa albo kota. A przynajmniej świnkę morską. Miałem wtedy osiem lat i po raz pierwszy miałem pójść do zoo. Słońce świeciło mocno i mama była w doskonałym humorze. Przy stole zajadała swoje kanapki i dopijała kawę, denerwując się, czy na pewno wszystko spakowała i czy można już jechać.

– No dzieciaki, to świetna sprawa móc pooglądać wszystkie zwierzęta, a w skansenie jest naprawdę bardzo ładnie!

Chodziła po kuchni, przygotowywała dla nas kanapki z serem i szynką na podróż, sprzątała, podśpiewując wraz z radiem Lill Babs piosenkę Leva Livet. Mieszała sok i z zamrażarki wyjęła cynamonowe bułeczki.

– Zabierzemy ze sobą jedzenie i będziemy mogli posiedzieć sobie dłużej, popatrzeć na piękny krajobraz, wiecie? Będzie naprawdę wspaniale!

Poszła jeszcze pośpiesznie do łazienki i zaczęła się malować. Malowała swoje ładne długie rzęsy, tak że wydawały się jeszcze dłuższe. Przyglądałem się jej z podziwem.

– Masz takie piękne oczy, mamo.

– Tak myślisz? Jesteś kochany, synku – powiedziała z zachwytem.

Babcia nie chciała pojechać z nami, więc mieliśmy pojechać z ciotką Rut i kuzynem Stefanem, który był kilka lat starszy ode mnie. Ciotka Rut wychowywała go sama, tak jak moja mama nas. Mąż zostawił ją, bo zakochał się w swojej sekretarce. Mieszkali kiedyś w willi w Saltsjöbaden i mieli dobrze, jak mawiała moja mama. Potem ciotka Rut przeprowadziła się ze Stefanem do innego mieszkania w Östermalm.

Mieliśmy pojechać pociągiem, bo babcia mieszkała sporo poza miastem. Z każdą mijaną stacją moje podniecenie poważnie rosło. Prawie nie mogłem już usiedzieć na miejscu. Moje rodzeństwo było zajęte rozmową z mamą, podziwiali krajobraz za oknem oraz ludzi spacerujących po peronie, kiedy pociąg stał na stacji.

– Patrzcie, jaki śmieszny kapelusz ma ta pani! Gdzie teraz jesteśmy? Jak długo jeszcze? Jaki śmieszny szczeniak!

Nie mogłem się skoncentrować. Chciałem być cicho, dopóki nie dojedziemy do celu. Wreszcie dotarliśmy na Dworzec Centralny w Sztokholmie. Potem pojechaliśmy autobusem na Stare Miasto, skąd odpływał prom na wyspę, gdzie znajduje się zoo. Mama nie lubiła jeździć metrem. Twierdziła, że w metrze jest przykry zapach i wielu nieprzyjemnych ludzi. Ciotka Rut i Stefan czekali już na nas. Mama przywitała się z ciotką, która i nam podała rękę. Nie widywaliśmy się zbyt często, najwyżej kilka razy w roku. Stefan sprawiał wrażenie, że jest zadowolony ze spotkania, co wyraźnie mnie ucieszyło, gdyż byłem trochę zdenerwowany. Wsiedliśmy na prom, świeciło słońce i w jego promieniach migotała woda.

Był maj, na progu lata, miałem pójść do drugiej klasy. Ja i Stefan staliśmy obok siebie, oparci o poręcz podziwialiśmy Stare Miasto, wieże kościołów i kamieniczki, wąskie uliczki, które znikały za domami. Mama i ciotka Rut siedziały wewnątrz, bo trochę wiało. Obydwie miały włosy spięte spinkami, ciotka Rut niebieską, a mama różową. To był jej ulubiony kolor. Była bardzo ładnie ubrana w czarną spódnicę i krótką różową kurtkę z dużymi guzikami. Byłem z niej naprawdę dumny. Bardzo mi się podobała.

Patrząc na Rut, stwierdzałem, że wygląda o wiele gorzej, choć obydwie z mamą były w podobnym wieku. Mama była niska i drobna, więc wyglądała o wiele młodziej. Siedziały obok siebie i śmiały się serdecznie. Cieszyłem się tak bardzo, widząc mamę uśmiechniętą i radosną. Na dodatek niebawem miałem zobaczyć wszystkie zwierzęta, które do tej pory znałem jedynie z telewizji lub z obrazków. Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Naszym oczom ukazał się widok ogrodu zoologicznego. Stefan wyciągnął rękę.

– Widzisz tę wyspę? Byłem tu masę razy, podoba ci się tu?

Potrząsnąłem głową. Jeszcze nigdy tam nie byłem, ale teraz nie było to ważne, teraz liczyło się tylko to, że miałem pójść do skansenu. Prom zacumował i pasażerowie wysiedli na ląd. Ludzi było bardzo dużo i bałem się, że zadepczą mnie w tym tłoku przed wejściem do parku. Nagle poczułem, jak ktoś uszczypnął mnie mocno w ramię.

– Gdzie ty łazisz? – syknęła mama poirytowana. W mgnieniu oka jej głos stał się pełen złości, pomimo że dopiero niedawno się śmiała i była pełna radości. – Musisz trzymać się blisko nas, rozumiesz?

Znowu ścisnął mi się żołądek. Próbowałem o tym nie myśleć, zapomnieć. Byliśmy już prawie na miejscu. Próbowałem się uspokoić. Czekały przecież na mnie zwierzęta.

Przed wejściem była długa kolejka. Mama miała surową minę. Przed nami stało około trzydziestu osób, a my byliśmy prawie na końcu kolejki.

– Mamo, to nie będzie długo trwało, zobaczysz. Pomogę ci potrzymać torbę.

Słońce świeciło, było ciepło i ludzie sprawiali wrażenie, że stanie w kolejce nie sprawia im problemu. Rozmawiali ze sobą, śmiali się, żartowali. Marzyłem o tym, aby mama też taka była. Kolejka posunęła się w przód. Rut upudrowała nos. Mama zapaliła papierosa.

– Boże, jak to długo trwa, co oni robią tam na przodzie?

Kiedy wreszcie przeszliśmy przez bramę, poszliśmy do toalety. Ja sam byłem zbyt spięty, aby móc się spokojnie załatwić. Skansen leżał dość wysoko na górze, więc wspinaliśmy się po ścieżce spacerowej biegnącej w górę. Przy drodze pojawił się niespodziewanie kiosk z lodami, przy którym przystanęła ciotka Rut.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com