Umierający Dandys - Jungstedt, Mari - ebook
Wydawca: Bellona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 351 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 55 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Umierający Dandys - Jungstedt, Mari

Kolejna część bestsellerowej serii szwedzkich kryminałów Marii Jungstedt. Akcja rozgrywa się na tajemniczej Gotlandii. W mroźny, niedzielny poranek zostają odnalezione zwłoki mężczyzny, wiszące na bramie starówki w Visby - stolicy Gotlandii. Ofiara to właściciel galerii - Egon Wallin. Inspektor Knutas trafia na ślad prowadzący go do półświatka handlarzy narkotyków, prostytutek, homoseksualistów i złodziei obrazów.

PONAD 1,5 MILIONA SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY W SAMEJ TYLKO SZWECJI!

Seria siedmiu kryminałów Marii Jungstedt, z inspektorem Andersem Knutasem w roli głównej. Akcja rozgrywa się na Gotladii. Sprzedana do większości krajów europejskich - teraz po raz pierwszy w Polsce!
Na podstawie serii powstał serial w telewizji niemieckiej, który ogląda regularnie po 5 milionów widzów.
Twórczość autorki przyrównuje się to stylu mistrzów szwedzkich kryminałów - Camilli Lackberg i Henninga Mankella


MARI JUNGSTEDT urodziła się w 1962 roku, jest znaną szwedzką dziennikarką, prowadzi w telewizji popularny program rozrywkowy dla kobiet. W 2003 roku ukazała się jej debiutancka powieść: "Niewidzialny", pierwsza część siedmiotomowej serii kryminałów z inspektorem Andersem Knutasem w roli głównej, które zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Seria ta zagwarantowała jej miejsce wśród najwybitniejszych twórców gatunku: Camilli Lackberg, Asy Larsson, Stiega Larssona i Henninga Mankella.

Opinie o ebooku Umierający Dandys - Jungstedt, Mari

Fragment ebooka Umierający Dandys - Jungstedt, Mari















Tytuł oryginału

DEN DÖENDE DANDYN

Projekt okładki i stron tytułowych

ANNA DAMASIEWICZ

Redakcja merytoryczna i korekta

EWA GRABOWSKA

Redaktor prowadzący

ZOFIA GAWRYŚ

Opracowanie techniczne i łamanie

BARTŁOMIEJ NOWICKI

© Copyright for the Polish edition and translation

by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2011

© Copyright Mari Jungstedt 2006

Published in agreement with Stilton Agency

© Konrad Bak | Shutterstock.com

Bellona SA prowadzi sprzedaż wysyłkową wszystkich swoich książek z rabatem.

www.ksiegarnia.bellona.pl

Nasz adres: Bellona SA

ul. Grzybowska 77, 00-844 Warszawa

Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 06, 22 652 27 01

fax 22 661 50 51, 22 457 04 18

biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 9788311121843

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.


Moim bohaterom dnia codziennego,
Cennethowi, Belli i Bassemu


Prolog

Dwie sekundy. Wystarczyło tak mało, żeby go zmiażdżyć. Położyć kres jego życiu. Zaledwie dwie sekundy.

Nocami krążyły mu po głowie męczące myśli, nie dawały spokoju, od wielu tygodni nie pozwalały spać. Dopiero na granicy dnia i nocy nadchodził w końcu uwalniający sen. Przez kilka godzin mógł odpocząć. Gdy się budził, wracało piekło. Jego własne, przeżywane w samotności inferno, które szalało pod powłoką opanowania. Nie mógł z nikim dzielić tego cierpienia, nie było to możliwe.

To podczas tamtych dwóch sekund spadł prosto na głowę w najczarniejszą z przepaści. Nigdy nie przypuszczał, że prawda może być tak okrutna.

Minęło trochę czasu, zanim zrozumiał, co musi zrobić. Pomału, lecz nieuchronnie wziął górę instynkt. Musi sam temu podołać. Nie było odwrotu, nie było tylnego wyjścia, przez które mógłby się wymknąć i udawać przed światem i sobą samym, że nic się nie stało.

Wszystko zaczęło się, gdy odkrył pewną tajemnicę i nie wiedział, co z nią zrobić. Przez jakiś czas nosił w sobie tę wiadomość. Swędziała, piekła i drażniła jak otwarta rana, która nie chce się zagoić.

Być może pomału wszystko odeszłoby w zapomnienie. Może przekonałby siebie samego, że najlepiej będzie, jeśli to zostawi. Gdyby…

Gdyby ciekawość nie kazała mu szukać dalej, nie zapominać, lecz próbować dowiedzieć się więcej. Nawet jeśli to bolało.

Aż nadszedł katastrofalny dzień, choć wówczas, na początku oczywiście tego nie wiedział. Przynajmniej nie świadomie. Może ciało przeczuwało coś instynktownie. A może nie.

Był w domu sam. Większą część nocy przeleżał, nie mogąc zasnąć, myśląc o tym samym, o czym myślał od tygodni. Gdy usłyszał, jak dzień budził się za oknem, z wielkim wysiłkiem podniósł się z łóżka.

Nie miał apetytu, ledwo wmusił w siebie filiżankę herbaty. Siedział przy stole kuchennym, sam nie wiedząc jak długo, i wpatrywał się w szarą pogodę za oknem i w wieżowce naprzeciwko. W końcu frustracja wyciągnęła go z domu.

Dzień rozpoczął się już na dobre, lecz jak to często bywa w listopadzie, nie zrobiło się tak naprawdę jasno. Na chodnikach leżał brudny śnieg. Ludzie śpieszyli każdy w swoją stronę, brodząc w tej plusze, nie patrząc sobie w oczy. Zimno było wilgotne i przenikliwe, nie pozwalało na leniwe wałęsanie się po mieście.

Zdecydował, że pojedzie jeszcze raz w tamto miejsce, tak bez żadnego powodu. Poszedł za impulsem. Gdyby wiedział, co się wydarzy, nie pojechałby. Ale wszystko było jakby z góry ustalone.

Gdy dotarł na miejsce, mężczyzna właśnie zamykał drzwi. Nie będąc przez niego dostrzeżonym, poszedł za nim na przystanek autobusowy. Autobus przyjechał niemal od razu. Był pełen ludzi, dotknęli się prawie ramionami, gdy cisnęli się w przejściu między siedzeniami.

Przed domem towarowym Nordiska Kompaniet mężczyzna wysiadł i zdecydowanie przedarł się przez tłum ludzi czekających na przystanku. Żwawym krokiem skierował się w stronę centrum miasta, w swoim eleganckim wełnianym płaszczu, z apaszką niedbale przerzuconą przez ramię, paląc papierosa. Nagle skręcił w jedną z bocznych uliczek.

Mężczyzna nigdy wcześniej tędy nie szedł. Puls przyspieszył. Trzymał się z tyłu, w odpowiedniej odległości. Dla pewności szedł drugą stroną ulicy, stamtąd też doskonale go widział.

Nagle go zgubił. Szybko przeszedł przez ulicę. Znalazł tam blaszane drzwi, tak niepozorne, że zlewały się z obskurną fasadą. Dyskretnie rozejrzał się na boki. Mężczyzna musiał zniknąć za tymi drzwiami. Zdecydował się pójść jego śladem. Gdy naciskał klamkę, nie zdawał sobie sprawy, że konsekwencje będą katastrofalne.

W środku było niemal zupełnie ciemno, słaba, czerwona jarzeniówka emitowała niewiele światła. Ściany były pomalowane na czarno. Strome schody ze stopniami ozdobionymi małymi żarówkami prowadziły w dół, do piwnicy. Po chwili wahania zszedł nimi i znalazł się w długim, opustoszałym korytarzu. Był on słabo oświetlony, mógł tylko dostrzec ludzi, którzy poruszali się w ciemności w głębi korytarza.

Był środek dnia, ale tutaj, w piwnicy, nie było tego widać. Świat na zewnątrz nie istniał. Tu panowały inne prawa. Zrozumiał to zaledwie po kilku minutach.

Z pozoru niekończące się korytarze tworzyły skomplikowany labirynt. Cienie postaci pojawiały się i znikały, nie mógł dojrzeć twarzy mężczyzny, którego śledził. Wysilał się, żeby nie chłonąć umysłem tego, co widział, próbował się bronić. Wrażenia natarczywie domagały się jego uwagi, wciskały się do głowy.

Zgubił się i znalazł przed jakimiś drzwiami. Przed tymi przeklętymi drzwiami. Gdyby tylko wówczas ich nie otworzył.

Zrozumienie tego, co się działo w środku, zajęło mu dwie sekundy.

Ten widok miał zniszczyć mu życie.


W powietrzu od samego rana wisiał niepokój.

Egon Wallin spał źle i przez całą noc wiercił się w łóżku. Domek szeregowy leżał nad brzegiem morza, zaraz za murami obronnymi Visby. Egon spędził wiele bezsennych godzin, gapił się w ciemność i słuchał dochodzących zza okna odgłosów wzburzonego morza.

Bezsenność spowodowana była czymś innym niż pogodą. Po tym weekendzie jego uporządkowane życie mało zostać wywrócone do góry nogami, a on był jedynym, który o tym wiedział. Decyzja dojrzewała podczas ostatniego półrocza i teraz nie było już odwrotu. Jego małżeństwo z dwudziestoletnim stażem miało zakończyć się w poniedziałek.

Nic dziwnego, że nie mógł zasnąć. Jego żona Monika leżała odwrócona do niego plecami, zawinięta w kołdrę. Ani jego bezsenność, ani niepogoda nie wydawały się jej obchodzić. Spała, oddychając głęboko i spokojnie.

Gdy elektroniczny zegar wyświetlił piętnaście po piątej, poddał się i wstał z łóżka.

Wymknął się z sypialni i zamknął za sobą drzwi. Twarz, która powitała go w łazienkowym lustrze, była niewyspana i miała pod oczami wyraźne cienie, widać to było mimo przyciemnionego światła. Długo stał pod prysznicem.

W kuchni nastawił kawę, syczenie ekspresu mieszało się z wyciem wiatru nad dachem domu.

Sztorm świetnie pasował do jego stanu uczuciowego, tak samo niespokojnego i chaotycznego. Po dwudziestu pięciu latach pracy jako właściciel galerii sztuki, mając stabilne małżeństwo, dwoje dorosłych dzieci i spoczywającą na mocnych podstawach egzystencję, miał nagle drastycznie zmienić bieg swojego życia. Nie wiedział, jak się to wszystko skończy.

Ta nieodwołalna decyzja dojrzewała od dłuższego czasu. Zmiany, jakie się w nim dokonały podczas ostatniego roku, były ekscytujące, choć czasem wydawały mu się zbyt śmiałe. Nie poznawał sam siebie, a jednocześnie był bliżej swojego ja niż kiedykolwiek. Uczucia szalały w nim jak u nastolatka, jakby obudził się z kilkudziesięcioletniego odrętwienia. Nowe strony, które odkrył w sobie samym, pociągały i przerażały.

Na zewnątrz nic nie okazywał, starał się wydawać niewzruszony. Monika nic nie wiedziała o jego planach, na pewno będzie to dla niej szok. Nie żeby go to obchodziło. Małżeństwo od dawna było martwe. Wiedział, czego chciał. Nic więcej nie miało znaczenia.

Własne zdecydowanie uspokoiło go na tyle, że mógł usiedzieć na krześle barowym przy nowoczesnym barku kuchennym i rozkoszować się swoim podwójnym macchiato. Otworzył gazetę na siódmej stronie i z zadowoleniem przyglądał się ogłoszeniu. Znajdowało się zaraz u góry po prawej stronie, było dobrze widoczne. Przyjdzie wiele osób.

Zanim poszedł spacerem do miasta, zszedł na chwilę na plażę. Światło słoneczne każdego dnia pojawiało się wcześniej. Już teraz, w połowie lutego, czuć było, że zbliżała się wiosna. Kamieniste plaże były typowe dla Gotlandii, z wody gdzieniegdzie wystawały głazy. Ptaki morskie szybowały nad powierzchnią morza, rozwierały dzioby i krzyczały. Fale chaotycznie biły o brzeg, bez żadnego rytmu. Powietrze było zimne, do oczu napłynęły mu łzy. Szary horyzont wydawał się obfitować w obietnice, od razu jego myśli powędrowały do tego, co miał robić późnym wieczorem.

To poprawiło mu humor i raźnym krokiem pomaszerował do miasta oddalonego o niecały kilometr.

Za murami obronnymi było nieco spokojniej. Uliczki były ciche i opustoszałe. W sobotę niewiele osób wstawało tak wcześnie. Dopiero w sercu miasta, na rynku Stora Torget, napotkał pierwsze oznaki życia. Przed supermarketem ICA Torgkassen stał samochód z pieczywem. Tylne drzwi, przez które przyjmowano dostawę, były szeroko otwarte, ze środka dochodziło pobrzękiwanie.

Gdy zbliżył się do galerii, ścisnęło mu się w żołądku. W poniedziałek miał opuścić to miejsce, któremu poświęcił całe swoje zawodowe życie. Zostawił tam swoją duszę, a liczba godzin, które spędził w galerii, była niemożliwa do określenia.

Przez chwilę stał na ulicy i przyglądał się fasadzie. Duże, nowoczesne okna wychodziły na rynek i ruiny kościoła Świętej Katarzyny z dwunastego wieku. Budynek galerii został zbudowany w średniowieczu, w środku znajdowały się sklepienia i podziemne przejścia z tego samego okresu. Aby uzyskać kontrast z tym historycznym otoczeniem, urządził galerię w nowoczesny sposób, używając jasnych, lekkich kolorów i dodając pojedyncze, nietypowe detale, które nadawały galerii swoisty charakter. Odwiedzający często chwalili go za to wyszukane połączenie starego i nowego.

Otworzył drzwi do galerii, wszedł do biura i zdjął płaszcz. Nie dość, że był to decydujący weekend w jego życiu prywatnym, był to także czas pierwszego wernisażu w tym roku, który miał być także jego ostatnim. Przynajmniej tutaj w Visby. Sprzedaż galerii przeszła przez wszystkie prawne zawiłości i nowy właściciel podpisał umowę. Wszystko było gotowe. Jedyną osobą na Gotlandii, która wiedziała o tej sprzedaży, był on sam.

Popatrzył na lokal. Obrazy wisiały na swoich miejscach, poprawił jeden z nich, który się przekrzywił. Zaproszenia zostały wysłane z wielotygodniowym wyprzedzeniem i duże zainteresowanie jeszcze przed wernisażem wskazywało na to, że przyjdzie wiele osób.

Wkrótce będzie na miejscu firma cateringowa z zakąskami. Ostatnia kontrola obrazów i ich oświetlenia, do którego przykładał wielką wagę. Obrazy były rozmieszczone z wielką starannością, rzucały się w oczy swoimi intensywnymi kolorami. Ekspresjonistyczne i abstrakcyjne, przepełnione młodzieńczą siłą i energią. Niektóre z nich były brutalne, pełne przemocy i przerażająco mroczne. Artysta Mattis Kalvalis był młodym Litwinem i dotychczas nie był znany w Szwecji. Jak na razie wystawiał obrazy tylko w krajach bałtyckich. Egon Wallin lubił stawiać na nieznane karty, na nowych artystów, którzy mieli przed sobą przyszłość.

Podszedł do okna, żeby ustawić w nim czarno-biały portret Mattisa Kalvalisa.

Gdy podniósł wzrok i spojrzał na ulicę, zobaczył mężczyznę stojącego w pewnym oddaleniu i patrzącego prosto na niego. Był ubrany w luźną, czarną, pikowaną kurtkę, na głowie miał dzianą czapkę naciągniętą aż po oczy. Najbardziej zadziwiające było to, że w środku zimy miał wielkie, czarne okulary przeciwsłoneczne. Dzisiaj nie było słonecznie.

Dziwne. Stał tam tylko i nic nie robił. Może na kogoś czekał.

Egon Wallin kontynuował niewzruszenie swoje zajęcia. Lokalne radio nadawało piosenkę Lill-Babs czy też Barbro Svensson, jak wolał ją nazywać. Uśmiechnął się lekko, poprawiając jeden z najbardziej brutalnych obrazów z prawie że pornograficznym tematem. Cóż za kontrast do piosenki „Czy jesteś jeszcze we mnie zakochany, Klas-Göran?”.

Gdy znów odwrócił się w stronę ulicy, drgnął. Mężczyzna, którego widział w oddali, zmienił miejsce. Stał teraz tuż przy szybie wystawowej, tak że czubkiem nosa prawie dotykał szkła. Obcy patrzył mu prosto w oczy, ale nie wykonywał żadnego ruchu, żeby go pozdrowić.

Egon automatycznie cofnął się i zaczął nerwowo rozglądać się za czymś do zrobienia. Udawał, że poprawia ustawienie kieliszków, które stały tam od poprzedniego wieczoru, i półmisków na przystawki, które miała przywieźć firma cateringowa.

„Klas-Göran” się skończył i w radiu zabrzmiał Magnus Uggla, który śpiewał hałaśliwą piosenkę z lat osiemdziesiątych.

Egon Wallin kącikiem oczu widział, że tajemniczy mężczyzna stał w tym samym miejscu, co wcześniej. Ogarnęło go nieprzyjemne uczucie. Czy to jakiś psychol z zakładu Świętego Olofa? Nie miał zamiaru dać się sprowokować temu idiocie. Wkrótce sobie pójdzie, pomyślał. Znudzi mu się, jeśli nie będzie mnie widział. Drzwi były zamknięte, tego był pewien. Galerię otwierali dopiero o pierwszej, bo dziś był wernisaż.

Wszedł schodami na górę, do biura i zamknął drzwi. Usiadł i wyciągnął jakieś papiery, ale niepokój go nie opuszczał. Musi coś zrobić. Zmierzyć się z mężczyzną na ulicy. Dowiedzieć się, czego chce.

Zdenerwowany, że mu przeszkodzono, podniósł się i szybko zszedł na dół. Gdy podszedł do okna, zobaczył jednak, że mężczyzna sobie poszedł.

Z westchnieniem ulgi powrócił do swoich zajęć.


Obudził go silny wiatr. Szyby w oknach dzwoniły, jakaś gałąź uderzała o ścianę domu, morze huczało, w koronach drzew wyło. Kołdra osunęła się na podłogę, marzł. Niewielka liczba kaloryferów, które znajdowały się w środku, nie wystarczała, żeby ogrzać domek. Zazwyczaj nie wynajmowano tego domku zimą, ale udało mu się przekonać właścicielkę, by zrobiła wyjątek. Powiedział jej, że prowadził badania dla Urzędu do spraw Rolnictwa dotyczące zagrożeń dla cukrownictwa na Gotlandii, ale że robił to jako wolny strzelec, więc nie miał pieniędzy na pokój hotelowy. Właścicielka chyba nie do końca zrozumiała powiązanie, ale nie pytała więcej. Wynajęcie domku nie kosztowało jej wiele dodatkowej pracy, było to głównie przekazanie kluczy.

Wstał z łóżka i włożył sweter i spodnie.

Musi wyjść na dwór, mimo niepogody. Domek miał, co prawda, zarówno kuchnię, jak i toaletę, ale na zimę woda była odłączona.

Wiatr stawiał opór, gdy otwierał drzwi. Zamknęły się one za nim z trzaskiem. Skręcił za róg domku i ustawił się tak blisko ściany, jak to było możliwe, od strony lasu, gdzie było nieco spokojniej. Otworzył rozporek i skierował strumień na ścianę.

Gdy był już w środku, w kuchni, zjadł kilka bananów i wymieszał napój wzmacniający, który wypił na stojąco przy blacie kuchennym. Odkąd przed dwoma miesiącami ukuł plan, był przekonany, że nie było innej alternatywy. Nienawiść opanowała go zupełnie, uczyniła jego język złośliwym, a myśli ostrymi jak noże. Metodycznie i świadomie pracował nad przygotowaniami, odhaczał punkt po punkcie z największą dokładnością. Wszystko wykonywał w tajemnicy. To, że nikt nie zdawał sobie sprawy, co się działo, jeszcze bardziej go uspokajało. Kontrolował sytuację, była to przewaga, która miała mu pomóc w wykonaniu tego, do czego się zabrał. Jeden po drugim analizował detale, aż nie pozostał ani jeden słaby punkt, ani jeden kamień, o który mógłby się potknąć. Nieuchronnie nadszedł czas działania. Był to dobrze przemyślany, wyrafinowany plan, który nie był zupełnie łatwy do wykonania.

Pochylił się i wyjrzał przez okno. Jedynym jego zmartwieniem był ten przeklęty wicher. Sztorm komplikował sytuację i w najgorszym razie mógł zniweczyć jego plany. Jednocześnie miało to pewne zalety. Im gorsza pogoda, tym mniej ludzi na dworze i ryzyko bycia odkrytym było mniejsze.

W gardle swędziało. Przeziębienie? Jedną ręką dotknął czoła i, niech to diabli, miał z pewnością gorączkę. Cholera. Wygrzebał pudełko z paracetamolem, połknął dwie tabletki i popił je wodą z wiaderka stojącego na blacie kuchennym. Przeziębienie przyszło cholernie nie w czas, będzie potrzebował całej swojej siły mięśni.

Plecak z narzędziami stał spakowany, ostatni raz skontrolował, że wszystko w nim było. Szybko zasunął zamek i usiadł przed lustrem. Wprawnymi ruchami zaczął się malować, włożył soczewki kontaktowe i przymocował perukę. To przebranie wypróbował wcześniej kilka razy, by było doskonałe. Gdy skończył, przyglądał się przez chwilę swojej metamorfozie.

Następnym razem, gdy przejrzy się w lustrze, zobaczy w nim twarz mordercy. Zastanawiał się, czy będzie to widać.


Mattis Kalvalis był nerwowy i podczas ostatniej godziny wychodził na papierosa mniej więcej co dziesięć minut.

– What if nobody comes? [1] – pytał w kółko z szorstkim, wschodnim akcentem. Jego twarz była jeszcze bledsza niż zwykle, a wątłe ciało poruszało się niespokojnie między obrazami. Egon Wallin wiele razy pokazał mu ogłoszenie w gazecie i poklepywał po ramieniu.

– Everything will be just fine – trust me [2].

Menedżer, który przyjechał z artystą z Litwy, nie był zbyt pomocny. Przez większą część czasu siedział przed galerią, palił i rozmawiał przez telefon komórkowy. Wydawało się, że nie przeszkadzały mu lodowate wiatry.

Frekwencja na wernisażu zapowiadała się wysoka. Gdy Egon Wallin otworzył drzwi do galerii, kolejka osób przytupujących z zimna była długa.

Wiele znajomych twarzy uśmiechało się do niego serdecznie, oczy błyszczały z ciekawości. W tłumie, który wszedł do galerii, szukał pewnej osoby. No cóż, jest jeszcze dużo czasu. Trudno mu będzie zachowywać się jak gdyby nigdy nic.

Z zadowoleniem stwierdził, że do galerii spieszył reporter zajmujący się kulturą w lokalnym radiu. Po chwili zobaczył kolejnego dziennikarza z jednej z miejscowych gazet, pochłoniętego przeprowadzaniem wywiadu z artystą. Jego kontakt z mediami i reklamy w prasie oraz kilka rozmów telefonicznych najwyraźniej przyniosły owoce.

Galeria szybko wypełniła się odwiedzającymi. Ze swoimi trzystoma metrami kwadratowymi rozłożonymi na dwóch piętrach była ona właściwie nieproporcjonalnie duża jak na Gotlandię. Lokal był dziedziczony z pokolenia na pokolenie, a Egon Wallin próbował zachować dawny wygląd, na ile było to możliwe. Lubił dawać sztuce odpowiednią przestrzeń, tak aby mogła zostać jak najlepiej zaprezentowana. Obrazy znajdowały tu naprawdę godne siebie otoczenie – ekspresyjne kolory i ultranowoczesność stwarzały silny kontrast z chropowatymi ścianami. Wernisażowi goście spacerowali między dziełami sztuki i sączyli wino musujące. W pomieszczeniach słychać było przyciszoną muzykę – artysta nalegał, aby oglądaniu obrazów towarzyszyły tony litewskiej grupy rockowej, która brzmiała jak mieszanka Franka Zappy i niemieckiego zespołu Kraftwerk, grającego muzykę elektroniczną.

Egonowi udało się go przekonać, żeby przynajmniej trochę ściszyć.

Teraz Mattis Kalvalis wyglądał na znacznie bardziej zadowolonego. Krążył między odwiedzającymi, głośno rozmawiał, śmiał się i gestykulował swoimi wielkimi dłońmi, tak że wino chlupało z kieliszka. Ruchy miał nieskoordynowane, mało płynne, a od czasu do czasu dostawał ataku histerycznego śmiechu, że prawie zginał się w pół.

Przez jedną straszną chwilę Egon podejrzewał, że artysta był pod wpływem narkotyków, ale w następnej sekundzie odsunął od siebie tę myśl. To na pewno było napięcie, które puszczało.

– Cholernie pięknie, Egon. Naprawdę dobra robota – usłyszał czyjś głos za swoimi plecami.

Ten zachrypnięty, lizusowski głos rozpoznałby na kilometr.

Odwrócił się i stanął oko w oko z Sixtenem Dahlem, właścicielem jednej z najlepiej prosperujących galerii w Sztokholmie. W czarnym skórzanym płaszczu i spodniach oraz kozakach z tego samego materiału, w przyciemnionych okularach z pomarańczowymi oprawkami wyglądał jak gorsza kopia gwiazdy muzyki pop, George’a Michaela. Sixten Dahl posiadał wspaniałą galerię na rogu ulic Karlavägen i Sturegatan w najelegantszej dzielnicy Sztokholmu, Östermalm.

– Tak uważasz? Bardzo się cieszę. Miło cię tu widzieć – powiedział z udawanym entuzjazmem Egon.

Zadbał o to, by konkurent dostał zaproszenie, tylko po to, żeby go podrażnić. Sixten Dahl sam próbował zdobyć dla siebie Mattisa Kalvalisa, ale to Egon wyszedł z pojedynku zwycięsko.

Obydwaj byli w Wilnie na spotkaniu dla właścicieli galerii z obszaru Morza Bałtyckiego i wówczas wpadło im w oko wyjątkowe malarstwo młodego artysty. Podczas kolacji Egon Wallin siedział przy stole obok Mattisa Kalvalisa. Świetnie się dogadywali i zupełnie nieoczekiwanie Kalvalis przedłożył gotlandzką galerię nad Sixtena Dahla i metropolię.

Wiele osób w kręgach artystycznych było tym zdziwionych. Mimo iż Egon Wallin był znanym nazwiskiem, było zaskakujące, że artysta wybrał właśnie jego. Sixten Dahl miał przynajmniej tak samo dobrą opinię, a Sztokholm był o wiele większy od Gotlandii.

To, że największy konkurent Egona pojawił się na wernisażu w Visby, nie było samo w sobie niczym dziwnym. Sixten Dahl był znany z tego, że nie poddawał się przy pierwszej porażce. Być może w swojej naiwności wierzył, że uda mu się przekonać Kalvalisa, aby mimo wszystko rozpoczął współpracę z nim, myślał Egon. Niech o tym zapomni. Sixten Dahl nie wiedział, że Kalvalis poprosił Egona, aby został on jego agentem i reprezentował go w całej Szwecji.

Umowa była gotowa i czekała tylko na podpisanie.


Wernisaż był udany. Chęć kupowania wydawała się zarażać jak katar. Egon nigdy nie mógł się nadziwić stadnym zachowaniom ludzi. Jeśli odpowiednia osoba kupiła wystarczająco szybko i dużo, nagle wiele innych było chętnych do otwarcia portfeli. Czasem wydawało się, że przy ocenianiu dzieł sztuki bardziej decydował przypadek niż jakość.

Jeden z gotlandzkich koneserów był zachwycony i prawie od razu kupił trzy obrazy. To wystarczyło, aby dać impuls innym, przy kilku obrazach doszło nawet do licytacji. Cena znacznie się podniosła. Egon Wallin zacierał ręce. Teraz reszta kraju leżała u stóp malarza.

Jego radość zatruwało jedynie to, że osoba, na którą czekał, ociągała się.


Weteran sztuki i rzeczoznawca Erik Mattson dostał zadanie wycenienia dużego dworku w Burgsvik w południowej Gotlandii. Szef asystentów domu aukcyjnego Bukowskis spytał go i jednego z jego kolegów, czy mogliby się tym zająć. Właściciel dużej posiadłości na Gotlandii miał u siebie duży zbór szwedzkich dzieł sztuki z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, które chciał sprzedać. Chodziło o trzydzieści dzieł, od akwafort Zorna do malarstwa olejnego Georga Pauli i Isaaca Grünewalda.

Spędzili w Burgsviku cały piątek i było to dla nich wielkie przeżycie. Dworek okazał się unikatowym przykładem rdzennego, starego gotlandzkiego gospodarstwa z wapienia. Cieszyli się zarówno otoczeniem, jak i imponującym zbiorem malarstwa. Nawiązali tak dobry kontakt z właścicielami majątku, że zostali zaproszeni na kolację. Noc spędzili w hotelu Strand w Visby.

W sobotę Erik chciał być wypoczęty. Program był napięty. Miał zacząć dzień od odwiedzenia miejsca, które kochał najbardziej ze wszystkich i w którym nie był od wielu lat.

Zaraz po śniadaniu wskoczył w samochód i udał się w drogę. Dzień był pochmurny, w prognozie pogody zapowiadali nadchodzące opady śniegu. Nie miał jednak daleko. Cel jego wyprawy leżał pięć kilometrów na północ od Visby.

Gdy miał skręcać przy znaku, na którym widniał napis: Muramaris, zobaczył wyjeżdżający stamtąd samochód. Zdziwiło go to. Czego ktoś tam mógł szukać zimą?

Parking na wzniesieniu przy drodze przeznaczony był dla odwiedzających, choć teraz, w lutym stał opustoszały. Gdy wyszedł z samochodu, stanął na żwirowej drodze, z twarzą zwróconą ku morzu, które stąd można było ledwo wyczuć. W oddali na dole fale przybijały i odbijały się od brzegu tak samo mechanicznie jak lata, które przychodziły i odchodziły.

Po obu stronach drogi gęsto rosły drzewa, wysokie i powykrzywiane, wyraźnie naznaczone silnymi jesiennymi sztormami. W pobliżu nie było żadnych innych domów.

Podczas spaceru w dół zbocza jego oczy wypełniły się łzami. Ostatni raz był tu tak dawno temu. Dookoła niego szeptały korony drzew, żwir trzeszczał mu pod stopami. Był sam i właśnie tego chciał. To był święty moment.

Gdy dom wynurzył się zza zakrętu, zaczął padać śnieg. Płatki pomału spadały z nieba i delikatnie osiadały mu na głowie.

Zatrzymał się i przyglądał posiadłości leżącej u stóp zbocza, zniszczonemu budynkowi mieszkalnemu, domkowi ogrodnika i w oddali czerwonemu domkowi letniskowemu, który miał swoją szczególną historię.

Kontrast był wielki w porównaniu z ostatnim razem, kiedy tutaj był. Wówczas był środek lata i zatrzymali się w Muramaris na dwa miesiące, tak samo jak przed ponad stu laty goszczący tu artysta i jego największa miłość.

Erik rozkoszował się każdą sekundą, spaniem w tym samym pokoju co on, znajdowaniem się pod tym samym dachem, jedzeniem śniadania w kuchni, w której on siedział. Stara żelazna kuchenka nie została wymieniona od tamtego czasu. Ściany skrywały historie, które mógł sobie tylko wyobrazić.

Teraz widział dom artysty, Muramaris, w całej okazałości. Nazwa oznaczała „nadmorską siedzibę”. Ten czworokątny budynek w kolorze piasku był zbudowany z wapienia i miał dwa piętra. Jego architektura była interesującą mieszanką włoskiej renesansowej willi z loggią skierowaną ku morzu i tradycyjnego gotlandzkiego domostwa. Duże okna z białymi szczeblinami wychodziły na wszystkie strony: w stronę lasu, wody i surowego barokowego ogrodu na tyłach domu, ozdobionego rzeźbami, fontannami, ścieżkami wysypanymi kamieniami i równiutkimi rabatkami.

Mężczyzna, który miał tak wielki wpływ na jego życie, często był tu w odwiedzinach, spędzał tutaj słoneczne tygodnie letnie, kąpał się w morzu, spacerował wzdłuż plaży, malował i obcował z kontrowersyjną parą artystów, która na początku ubiegłego stulecia wybudowała na tym płaskowyżu dom swoich marzeń.

Mimo iż minęło wiele lat, wyraźnie wyczuwało się jego obecność.

Z pewnym trudem otworzył zieloną drewnianą furtkę, która z przeciągłym skrzypieniem niechętnie ruszyła się z miejsca. Obszedł dom i znalazł się na jego tyłach. Posiadłość stała opustoszała przez wiele lat, zanim przejął ją nowy właściciel, co było widać. Tynk odpadał, murek dookoła działki zawalił się w wielu miejscach, a w ogrodzie brakowało wielu rzeźb. Ta niegdyś tak dumna budowla krzyczała o remont.

Szedł pomału po wysypanej kamieniami ścieżce między zadbanymi grządkami. Usiadł na ławce przy oczku wodnym pośrodku ogrodu. Była wilgotna i zimna, ale to w ogóle go nie obchodziło, podobnie jak to, że śnieg zaczynał padać coraz mocniej. Wzrok miał utkwiony w jednym bardzo szczególnym oknie. Było to okno pokoju gościnnego, leżącego na parterze, obok kuchni. Tam powstał jeden z najbardziej owianych legendą obrazów w historii szwedzkiego malarstwa. Tak przynajmniej głosiła wieść i nie było powodów, aby w to wątpić. Malarz pracował nad tym wielkim obrazem olejnym w tym samym czasie, w którym założył ogród w Muramaris. W Europie szalała pierwsza wojna światowa – był 1918 rok.

To wówczas Nils Dardel malował „Umierającego dandysa”. Wyszeptał te słowa, siedząc na ławce w ogrodzie.

Umierający dandys – zupełnie tak jak on sam.


Po udanym wernisażu cała paczka z galerii świętowała na wystawnej kolacji w restauracji Donners Brunn w centrum Visby. Mattis Kalvalis siedział w środku i wyglądało na to, że znajdowanie się w centrum uwagi sprawiało mu wielką przyjemność. Nastrój przy stole był radosny i odświętny. Egon Wallin uważał, że wieczór był szczęśliwym zakończeniem jego starego życia. Siedzieli przy najlepszym stole w tej wspaniałej piwnicy restauracji, przy blasku świec, nad dobrze przyrządzonym i ładnie podanym jedzeniem.

Wzniósł jeszcze jeden toast i wszyscy owacją powitali nową gwiazdę wschodzącą na niebie artystów. Jeszcze dobrze nie przebrzmiały ich okrzyki, a w restauracji pojawiło się dwóch nowych gości: Sixten Dahl w towarzystwie młodszego mężczyzny, którego Egon nigdy wcześniej nie widział.

Grzecznie pozdrowili wszystkich, przechodząc obok ich stołu, a Sixten ponownie pochwalił wernisaż, rzucając jednocześnie znaczące spojrzenie artyście. Co on u diabła znowu knuł? Na szczęście usiedli przy stole w drugim końcu sali, tak że Egon był do nich zwrócony plecami.

Gdy później Egon poszedł do toalety, odkrył, że Mattis Kalvalis stał z Sixtenem Dahlem w restauracyjnej palarni. Byli tam sami, głęboko pogrążeni w czymś, co wyglądało na poważną rozmowę. Zagotował się ze złości. Otworzył szklane drzwi.

– Co ty wyprawiasz? – zdenerwowany powiedział po szwedzku do Sixtena.

– O co ci chodzi, Egon? – spytał konkurent z udawanym zdziwieniem. – Palimy, jesteśmy w palarni.

– Nie próbuj żadnych sztuczek. Ja i Mattis mamy umowę.

– Ach tak, tak mówisz? Słyszałem, że nie jest podpisana – powiedział Sixten, zgasił papierosa i nonszalancko przeszedł koło niego, wychodząc z palarni.

Mattis Kalvalis nie zrozumiał naturalnie nic z tego, co zostało powiedziane. Wyglądał jednak na dość zakłopotanego. Egon postanowił nie robić z tego wydarzenia wielkiej sprawy. Zwrócił się w stronę Kalvalisa.

– We have a deal, don’t we? [3]

– Of course we do [4].

Było po jedenastej, gdy on i jego żona w końcu wrócili do domu. Monika poszła od razu się położyć. On powiedział, że na razie nie chce jeszcze spać, że musi przetrawić wrażenia minionego dnia. Nalał sobie kieliszek koniaku i usiadł w salonie.

Teraz musiał tylko czekać. Zastanawiał się przez chwilę nad incydentem w Donners Brunn, ale szybko się uspokoił. Oczywiście, że Sixten próbował. Ale kontrakt z Mattisem Kalvalisem będzie podpisany już jutro. Umówili się na spotkanie w galerii. Poza tym wernisaż odniósł sukces. Był pewien, że przytrzyma przy sobie Kalvalisa.

Wziął duży łyk koniaku. Minuty mijały. Próbował się uspokoić i nałożyć cugle na swoją niecierpliwość. Jeśli Monika będzie trzymać się swojej rutyny, spędzi jakieś dziesięć minut w łazience, potem położy się do łóżka i przeczyta kilka stron książki, a następnie wyłączy światło i zaśnie. To oznaczało, że musi poczekać około dwudziestu minut, zanim będzie mógł opuścić dom i pójść do hotelu. Recepcja była zamknięta w nocy, nie ryzykował więc, że ktoś mógłby go rozpoznać.

Jego ciało nie mogło doczekać się tego spotkania.


Wieczorne zajęcia żony zajęły więcej czasu, niż przewidywał i gdy w końcu wyszedł, był porządnie poirytowany. Tak jakby przeczuwała, że miał jakieś plany, czytała dłużej niż zazwyczaj. Z pewnością kilka rozdziałów.

Wiele razy podkradał się do drzwi sypialni tak cicho, jak tylko potrafił i widział, że w środku paliło się światło. Żądza świerzbiła na całym ciele jak egzema. W końcu zgasiła światło. Poczekał jeszcze kwadrans, żeby być pewnym, że zasnęła. Uchylił lekko drzwi i słuchał przez chwilę jej równego oddechu, zanim odważył się wyruszyć w drogę.

Gdy wyszedł na ulicę, odetchnął z ulgą. Oczekiwanie paliło usta i język. Raźnym krokiem maszerował w stronę miasta. W większości okien światła były pogaszone, mimo iż była sobota i nie wybiła jeszcze północ. Za nic w świecie nie chciał natknąć się na kogoś z sąsiadów – tutaj wszyscy się znali. Kupili tu nowo wybudowany domek szeregowy, gdy dzieci były małe. Małżeństwo było dość udane i razem mijał im rok za rokiem. Egon nigdy nie zdradzał swojej żony, mimo iż dużo wyjeżdżał w sprawach służbowych i spotykał wiele różnych osób.

Przed rokiem pojechał do Sztokholmu w zwyczajną podróż służbową. Uczucie poraziło go jak piorun i podczas jednej nocy wszystko się zmieniło. Był na to zupełnie nieprzygotowany. Nagle życie otrzymało nowy sens, wypełniła je nowa treść.

Współżycie z Moniką stało się prawie nie do zniesienia. Jej odpowiedź na jego na wpół żarliwe inicjatywy była i tak dość chłodna w ostatnich latach. Wkrótce ich życie seksualne zamarło zupełnie, co było dla niego wielką ulgą. Nigdy o tym nie rozmawiali.

Ale teraz w środku paliła go tęsknota. Wybrał najkrótszą drogę obok szpitala i wzgórz przy parku Strandgärdet. Niedługo będzie na miejscu. Wyjął telefon komórkowy, żeby powiedzieć, że jest w drodze.

Właśnie gdy miał wybrać numer, potknął się i upadł. W ciemności nie zauważył wielkiego korzenia, który zagradzał mu ścieżkę. Porządnie uderzył głową o kamień i na kilka sekund stracił przytomność. Gdy doszedł do siebie, poczuł, jak krew spływała mu z czoła na policzek. Z trudem usiadł, w głowie mu się kręciło. Przez chwilę siedział na zimnej ziemi. Na szczęście miał w kieszeni chusteczki higieniczne i mógł wytrzeć krew. Piekło porządnie na czole i na prawym policzku.

Do diabła, pomyślał. Tylko nie teraz.

Ostrożnie dotknął rany koniuszkami palców. Na szczęście obrażenia nie były poważne, choć nad prawą brwią urósł mu potężny guz.

Postąpił chwiejnie kilka kroków. Upadek zszokował go i zaskoczył.

Na początku posuwał się pomału, miał jeszcze zawroty głowy. Wkrótce jednak znalazł się przy murze, stąd nie było daleko do hotelu.

Minął właśnie małe przejście w murze wychodzące na morze, które nazywano Bramą Miłości, gdy nagle zdał sobie sprawę, że ktoś znajdował się zupełnie blisko niego. Usłyszał szybki świst obok jednego ucha i zaraz potem został pociągnięty do tyłu.

Egon Wallin nigdy nie dotarł na swoje umówione spotkanie.


Siv Eriksson obudziła się jak zwykle kilka minut przed budzikiem, tak jakby przeczuwała, kiedy była pora wstawać. Szybko wyłączyła budzik, żeby alarm nie zbudził jej męża Lennarta. Ostrożnie wstała z łóżka i starała się zachowywać tak cicho, jak tylko potrafiła. W końcu była to niedziela.

Poczłapała do kuchni w swoich różowych, kudłatych pantoflach, które dostała od męża na Boże Narodzenie, nastawiła kawę, wzięła ciepły prysznic i umyła włosy. Rozkoszowała się potem jedzonym w samotności śniadaniem, słuchając radia i pozwalając włosom, żeby same wyschły.

Siv Eriksson nie mogła się doczekać dzisiejszego dnia. Dzień pracy w niedziele był krótki, tylko od siódmej do dwunastej, potem miał przyjechać po nią Lennart i razem mieli jechać na piąte urodziny ich jedynego wnuka. Córka mieszkała ze swoją rodziną w Slite w północnej Gotlandii, więc mieli kawałek do przejechania. Siv przygotowała prezenty, które ładnie zapakowane leżały na stole w korytarzu. Lennart miał je zabrać, gdy będzie jechał, zostawiła mu kartkę z wiadomością, żeby nie zapomniał.

Wypiła kawę, umyła zęby i ubrała się. Dała kotu jedzenie i świeżą wodę. Nie okazywał większego zainteresowania, żeby wyjść na dwór, tylko spojrzał na nią ospałym wzrokiem i zwinął się w koszyku. Zerknęła na termometr za oknem i stwierdziła, że znów się ochłodziło, minus dziesięć stopni. Najlepiej będzie, jak włoży czapkę i szalik. Wełniany płaszcz był stary i trochę za ciasny.

Ich mieszkanie leżało na ostatnim piętrze w budynku na ulicy Polhemsgatan z widokiem na północno-wschodnią stronę murów obronnych.

Gdy Siv Eriksson wyszła na ulicę, ciągle było jeszcze dość ciemno. Do pracy w hotelu Wisby miała piechotą kilka kilometrów, ale to jej nie przeszkadzało. Lubiła spacerować, poza tym była to jej jedyna gimnastyka. Lubiła pracę jako bufetowa. Razem z koleżanką były odpowiedzialne za przygotowywanie śniadania. O tej porze roku w hotelu było mało gości, co jej odpowiadało – nie czuła się dobrze w stresujących sytuacjach.

Przeszła przez ulicę, weszła na ścieżkę przy boisku, którego murawa pokryta była cienką warstwą śniegu. Na parkingu przed gminnym Biurem do spraw Kultury i Czasu Wolnego była bliska wywinięcia salta na śliskim jak szklanka asfalcie.

Przy przejściu na ulicy Kung Magnus väg, która biegła równolegle do wschodniej strony muru, przystanęła i spojrzała w obie strony, choć tak właściwie było to zbędne. W niedzielne poranki ruch był mały, ale Siv Eriksson była ostrożną osobą i nie ryzykowała bez potrzeby. Przeszła przez Östergravar, niewielki park leżący przy murach obronnych. Ten kawałek drogi wydawał się o tej porze niepokojąco opustoszały, ale stąd niedaleko miała już do średniowiecznych murów obronnych, które otaczały Stare Miasto. Musiała przejść przez bramę Dalmansporten, żeby dostać się do miasta. Brama znajdowała się w wysokiej na siedemnaście metrów wieży Dalmanstornet, jednej z bardziej okazałych baszt murów.

Około trzydziestu metrów od bramy Siv Eriksson stanęła jak wryta. Na początku nie wierzyła własnym oczom. Coś wisiało i delikatnie kołysało się w prześwicie bramy. Skonsternowana przez kilka minut myślała, że to worek. Gdy podeszła bliżej, ku swojemu przerażeniu zobaczyła, że był to mężczyzna, który wisiał na sznurze przywiązanym do kraty nad bramą. Była to krata, którą w dawnych czasach opuszczano, gdy nadciągał wróg.

Kark mężczyzny był zgięty, ręce kołysały się bezwładnie po bokach ciała. Poślizgnęła się na oblodzonym moście i była bliska upadku, ale w ostatniej chwili złapała się poręczy mostu. Wzrok jeszcze raz powędrował do mężczyzny. Był ubrany w długi do ziemi, czarny skórzany płaszcz i czarne spodnie, na nogach miał krótkie kozaki. Był ciemnowłosy, być może około pięćdziesiątki.

Trudno jej było dostrzec jego twarz, postąpiła ostrożnie kilka kroków do przodu, jednocześnie ze strachem rozglądając się dookoła.

Gdy podeszła wystarczająco blisko, by zobaczyć twarz nieboszczyka, cała zdrętwiała. Bez trudu rozpoznała mężczyznę.

Pomału wyjęła komórkę i wybrała numer na policję.


Komisarz Anders Knutas przybył do bramy Dalmansporten pół godziny po otrzymaniu zgłoszenia. Zazwyczaj w takich przypadkach zostawał na komendzie, żeby rozdzielić pracę, ale to chciał zobaczyć. Widok mężczyzny, który najprawdopodobniej został zamordowany i z zimną krwią wywieszony na widok publiczny w jednej z największych i najokazalszych bram muru obronnego, był tak nietypowy, że Knutas zrobił wyjątek. Patrol, który przyjechał jako pierwszy na miejsce znalezienia ciała, od razu podniósł alarm, że nie wyglądało to na samobójstwo, ale że najprawdopodobniej mieli do czynienia ze zbrodnią. Ciało wisiało bowiem kilka metrów nad ziemią i przynajmniej metr od każdej ze ścian murów obronnych. W pobliżu nie było niczego, na czym ofiara mogłaby stać, albo po czym mogłaby się wspiąć, żeby dosięgnąć do miejsca, gdzie była zawieszona lina.

Gdy Knutas przybył na miejsce, byli tam już zarówno inspektor Karin Jacobsson, jak i technik kryminalistyczny Erik Sohlman. Karin ze swoimi stu sześćdziesięcioma centymetrami wzrostu wyglądała na jeszcze niższą niż zazwyczaj i była tak blada, że jej twarz wydawała się przezroczysta. Knutas pozdrowił ją uściśnięciem jej ramienia. Przyszła tu spacerem ze swojego mieszkania położonego w obrębie murów miejskich. Knutas od razu się domyślił, że Karin widziała już ciało. Ona chyba nigdy nie przyzwyczai się do widoku martwych osób, właściwie on sam pewnie też nie.

Zdążyła się już zebrać grupka osób mieszkających w pobliżu, które wpatrywały się w wiszące do nich plecami ciało w bramie. Nikt nie mógł uwierzyć, że coś tak strasznego jak morderstwo mogło przydarzyć się na ich spokojnej uliczce.

Brama Dalmansporten była częścią murów obronnych, leżała pośrodku Norra Murgatan, długiej i wąskiej brukowanej uliczki, która biegła równolegle do wschodniego muru. Po obu bokach uliczki ciągnęły się niskie, malownicze domki. Prawdziwa idylla z robionymi na szydełku firankami w oknach, doniczkami z gotlandzkiej ceramiki i małymi ogródkami za drewnianymi płotami. Niektóre domy, leżące po tej samej stronie co mur, były wbudowane w mury obronne.

Karin i Knutas przeszli obok betonowej przeszkody, która uniemożliwiała samochodom wjazd w bramę i przeszli ponad biało-niebieskimi taśmami.

Knutas zadrżał, gdy zobaczył ofiarę.

Na pierwszy rzut oka wyglądało to na tragiczne samobójstwo. Lina przywiązana była do mocnego haka, który zaczepiony był na kracie nad bramą. Głowa martwego mężczyzny opierała się na jego piersi, ciało było bezwładne.

Scenariusz przypomniał mu morderstwa z ubiegłego roku, kiedy to wiele osób zostało zamordowanych w rytualny sposób i następnie powieszonych.

– Coś mi to przypomina – powiedział do Karin.

– Ach, nic nie mów, pierwsze, co mi przyszło na myśl, to to, jak znaleźliśmy ubiegłego lata Martinę Flochten.

Karin pokręciła głową i schowała ręce jeszcze głębiej do kieszeni swojej pikowanej kurtki.

Gdy Knutas podszedł na tyle blisko, że mógł zobaczyć twarz ofiary, znieruchomiał.

– Dobry Boże, to przecież Egon Wallin, właściciel galerii.

Technik kryminalistyczny Erik Sohlman, który właśnie fotografował ciało z różnych stron, obniżył aparat fotograficzny i przyjrzał się dokładnie twarzy nieboszczyka.

– No przecież, to on – wybuchnął. – A niech to cholera. Byłem u niego w galerii zaledwie tydzień temu i kupiłem obraz na sześćdziesiąte urodziny mamy.

– Musimy go jak najszybciej ściągnąć – kontynuował ponuro Knutas. – Ciało na pewno widać z ulicy, a ludzie wkrótce zaczną się budzić.

Kiwnął głową w stronę ulicy Kung Magnus väg, gdzie zatrzymało się już wiele samochodów. Ludzie zaczęli wychodzić z pojazdów i pokazywać sobie bramę. Poranne światło ukazywało wszystkim przechodniom makabryczne znalezisko.

– Pospieszcie się – ponaglał Knutas. – Wisi tu jak w oknie wystawowym.

Rozejrzał się dookoła. Trudno było powiedzieć, ile terenu trzeba będzie odgrodzić, choć doświadczenie zawodowe podpowiadało mu, że im więcej, tym lepiej.

Policja nie mogła jeszcze wykluczyć samobójstwa, lecz jeśli Egon Wallin został pozbawiony życia, jak uważał Knutas, będą musieli zabezpieczyć wszystkie ślady. Szybko oszacował w głowie, że prawdopodobnie trzeba odgrodzić cały park, od bramy Österport do bramy Norderport. Wszędzie na śniegu widać było ślady butów i któreś z nich mogły należeć do mordercy.

Knutas przyjrzał się kracie, do której przymocowana była lina. Wydawało się niemożliwe, żeby Egon Wallin mógł sam tego dokonać. W pobliżu nie było absolutnie niczego, na co mógłby się wspiąć. Lina przymocowana była tak wysoko, że obawiał się, iż niezbędne będzie sprowadzenie straży pożarnej, żeby zdjąć ciało.

Wyjął telefon komórkowy i zadzwonił do zakładu medycyny sądowej w Solnie. Lekarz sądowy musi przybyć na Gotlandię policyjnym helikopterem tak szybko, jak jest to możliwe.

Z doświadczenia wiedział, że lekarz sądowy zawsze chciał, aby ciało nie było ruszane aż do jego przybycia, ale w tym przypadku było to niemożliwe. Wyglądało to, jakby nieboszczyk był ofiarą publicznej egzekucji. Jeśli okazałoby się, że mieli do czynienia z morderstwem, media rzuciłyby się na nich, zanim by się obejrzeli.

Ledwie Knutas zdążył to pomyśleć, a już poczuł na karku pierwsze błyski fleszów. Przestraszony obrócił się. Oślepiły go kolejne błyski.

Rozpoznał fotografa z „Gotlands Allehanda” razem z jedną z najbardziej dociekliwych reporterek gazety. Cały czerwony na twarzy ze złości, gwałtownie chwycił ją za ramię.

– Co wy u licha wyprawiacie? To może być samobójstwo, na razie jeszcze nic nie wiemy. Zupełnie nic! Jeszcze nawet krewni nie są poinformowani. Dopiero go znaleziono!

– Czy wiecie, kto to jest? – spytała czupurnie i wyjęła rękę z uścisku, nie zwracając uwagi na rozjuszenie Knutasa. – Uważam, że wygląda on na Egona Wallina, właściciela galerii.

– Nie słychać, co mówię? Nie jest to pewne, że mamy do czynienia z przestępstwem. Idźcie stąd i pozwólcie nam pracować w spokoju!

Samobójstwo było przynajmniej czymś, co dziennikarze respektowali i o czym zazwyczaj nie pisali. Jak na razie. Ale mając na uwadze zmiany, które zachodziły w krajowych mediach, nie potrwa pewnie długo i będą grzebać też w samobójstwach.

Knutas był jeszcze bardziej zdenerwowany całą sytuacją, ponieważ znał i cenił Egona Wallina. Nie byli może dobrymi znajomymi, ale spotkali się przez te wszystkie lata niejeden raz i Knutas zawsze lubił tego mężczyznę. Biła od niego uczciwość i przyzwoitość. Prostolinijny człowiek, który twardo stąpał po ziemi i był zadowolony ze swojego życia. W przeciwieństwie do tak wielu innych osób, które w kółko narzekały. Wydawał się takim typem osoby, która ze wszystkimi i w każdej sprawie potrafiła się dogadać, po prostu równy chłop. Byli mniej więcej w tym samym wieku i Knutas zawsze spoglądał z podziwem na Egona Wallina. Miał on dookoła siebie aurę, która sprawiała, że chciało się być jego przyjacielem. A teraz wisiał tu przed nim – martwy jak pień.

Każda minuta, która upływała w oczekiwaniu na zdjęcie ciała, była męczarnią. Włos mu się jeżył na głowie, gdy myślał, że będzie musiał powiedzieć o tym tragicznym wydarzeniu żonie Wallina.

Wielu dziennikarzy tłoczyło się już teraz po drugiej stronie biało-niebieskich taśm. Po części rozumiał, że musieli oni wykonywać swoją pracę. Jeśli okazałoby się, że jest to morderstwo, będzie zmuszony zwołać konferencję prasową.

Knutas był zadowolony, że na miejscu nie było na razie żadnych dziennikarzy z telewizji. W następnej sekundzie zobaczył Pię Lilję, najbardziej zawziętego fotografa i operatora telewizyjnego, jakiego kiedykolwiek spotkał. Pracowała razem z Johanem Bergiem z Telewizji Szwedzkiej. Teraz była sama, co nie przeszkadzało jej w robieniu zdjęć. Znajdowali się w miejscu publicznym i jeśli tylko trzymała się za taśmami odgradzającymi, nie mógł jej tego zabronić.

Knutas westchnął, rzucił ostatnie spojrzenie na ciało i odszedł stamtąd w towarzystwie Karin.

Zapowiadał się pracowity dzień.


W niedzielę w redakcji Wiadomości Regionalnych, znajdującej się w budynku telewizji w dzielnicy Gärdet, zazwyczaj panował spokój. Tego dnia nie było inaczej. Johan Berg siedział zmęczony przy swoim biurku i walcząc z kacem, bez zapału przeglądał poranne dzienniki. Nic a nic się nie wydarzyło. Ani w Sztokholmie, ani na Gotlandii, ani w Uppsali, za które to obszary odpowiedzialne były Wiadomości Regionalne.

Poprzedni wieczór był dłuższy i suciej zakrapiany, niż zamierzał. Wyszedł na piwo ze swoim najlepszym przyjacielem Andreasem, też dziennikarzem. Wylądowali w pubie Kvarnen, a potem, niewiele się zastanawiając, poszli z kilkoma kolegami z redakcji wiadomości Radia Szwedzkiego na imprezę do położonej na obrzeżach Sztokholmu dzielnicy Hammarbyhöjden. Dopiero około czwartej rano na chwiejnych nogach przekroczył próg swojego dwupokojowego mieszkania przy ulicy Heleneborgsgatan.

Jakby nie dość, że miał niewielką ochotę na spędzenie tego dnia w pracy, to jeszcze redaktor był zastępowany przez osobę, do której miał niewielkie zaufanie. Ledwo zdążył zdjąć kurtkę, a już pani redaktor entuzjastycznie proponowała jeden przeciętny temat na reportaż za drugim. Nerwowo zdawała się chwytać wszystkiego, co wpadło jej w ręce. Dobry Boże, pozostało jeszcze dziesięć godzin do tego marnego pięciominutowego wydania, które nadawali w niedzielę. A poza tym mieli już przecież jeden przygotowany wcześniej reportaż. Uspokój się, do cholery, myślał ze złością. Wszystkiego mu się odechciewało na sam jej widok. Poza tym była moderatorem programu, nie było więc nikogo innego z szefostwa, z kim mógłby porozmawiać. W niedzielę było ich w redakcji tak mało, że redaktorem i prowadzącym program była ta sama osoba.

Usiadł przy biurku i przeglądał różne wiadomości prasowe, które przysłano do redakcji w ten weekend. Dziewięćdziesiąt pięć procent wszystkich dotyczyło różnych festynów i wydarzeń w mieście, począwszy od tego, że Markoolio będzie konferansjerem na otwarciu nowego centrum Tumba, a kończąc na organizowanych w mieście warsztatach robienia koronek albo wyścigów świnek morskich na targach w Sollentunie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com