Uciec przed cieniem - Ewa Kopsik - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 305 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uciec przed cieniem - Ewa Kopsik

Młoda kobieta nie może znaleźć swojego miejsca w środowisku wiedeńskich artystów, w którym z konieczności obraca się, będąc żoną śpiewaka operowego. Ma zaniżoną samoocenę, cierpi na depresję i lęk przed utratą bliskiej osoby. Nieprzystosowana do życia jest emocjonalnie uzależniona od męża. Wolność urasta w jej oczach do rangi problemu. Coraz częściej dopada ją ponure wspomnienie z dzieciństwa, które potęguje zły nastrój. Czy zdoła przed nim uciec i zacząć wszystko od nowa?

 

Książka, nawiązując do jungowskiego Cienia, ukazuje mechanizm funkcjonowania wzorców i archetypów oraz ich, często nieuświadomiony, wpływ na życiowe decyzje.

 

Wartość człowieka ostatecznie nigdy nie wyraża się w stosunku do drugiego człowieka, tylko w stosunku do siebie samego. Dlatego też nigdy nie powinniśmy uzależniać naszego poczucia własnej wartości albo też poczucia godności od innych ludzi, bez względu na to, jak cierpielibyśmy z tego powodu. - Karl Gustaw Jung

 

Książkę polecają patroni medialni:

Opinie o ebooku Uciec przed cieniem - Ewa Kopsik

Fragment ebooka Uciec przed cieniem - Ewa Kopsik





Strona redakcyjna


Rozdział 1

Nasze bagaże, czekające na jutrzejszy wyjazd, stały grzecznie rzędem wzdłuż ściany przedpokoju. Niezgrabne pękate torby dały się posłusznie rozepchać do monstrualnych rozmiarów – chowały w swoich czeluściach całe nasze tekstylne królestwo, wystane w kolejkach, kupione za dolary w Peweksie. Blade światło 25-watowej żarówki sączyło się leniwe z bocznej ściany, opływając torby, buty, niedbale powieszone kurtki i lustro – siedlisko mroku. Wokół mnie unosiła się niezdrowa atmosfera przedwyjazdowego zamieszania, nerwowości, ostatnich przygotowań, chociaż właściwie wszystko było zapięte na ostatni guzik. W bocznej kieszonce skórzanej, przetartej na brzegach torebki schowałam pieniądze i paszport – przepustkę do życia po drugiej stronie kurtyny. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wymienić go na dowód, wręczyć niewykorzystany dokument zdumionemu urzędnikowi, który pokiwałby parę razy głową z niedowierzaniem, a może nawet ze zniecierpliwieniem, bo przecież przysporzyłam komuś niepotrzebnej pracy. Trzeba tylko zdobyć się na odwagę i zostać, postawić wszystko na głowie, jednym konkretnym posunięciem zburzyć układ, system, który mnie więził, bo coś mnie więziło. Chyba jednak własna niemoc, tłumacząca się okolicznościami, zewnętrznymi przeszkodami i ogólnie przeciwnościami losu. Rozgrzeszyłam wspaniałomyślnie tę niemoc, udzielałam absolucji bezwoli i bierności, bo należały do mnie, były częścią mojej osobowości.

„Wstać, nic trudnego, zarzucić na siebie leżący na torbie sweter i bezszelestnie opuścić mieszkanie. Wyjść na zewnątrz, zostawić za sobą kłębowisko domysłów i złorzeczeń, puste miejsce w małżeńskim łóżku oraz kilka nieudanych ślubnych zdjęć, wspomnienie małych kłótni i wielkich, spektakularnych awantur. Trzeba uważać na drzwi, bo skrzypią!”. Masa ciała rosła, histeryczna kula w gardle potężniała wraz z napięciem, dusiła, ślinianki pracowały jak oszalałe. Moją uwagę przykuł pająk spokojnie wędrujący po przeciwnej ścianie, przemieszczający wolno w kierunku drzwi swe czarne, tłuste i włochate ciało. Stanowił obrazę dla budynku po kapitalnym remoncie. Powinnam wstać i walnąć go kapciem, nawet gdyby miało mi to przynieść nieszczęście, niestety, między tym, co powinnam, a tym, co faktycznie robiłam, zawsze był rozdźwięk. Próbowałam bez emocji pomyśleć o próbie opuszczenia mieszkania, zanim będzie za późno, zanim kolejny raz nagnę się do kolejnego kompromisu. Może właśnie teraz, w tym pokoju, na małżeńskim łóżku, nadeszła przełomowa chwila, czas przemiany, możliwość odzyskania wolności, z której wcześniej sama zrezygnowałam, chodziło oczywiście o wolność jednostki, nie naszego narodu. W powietrzu czułam jakiś słodkawy, lecz cierpki zapach, bliżej nieokreśloną nutę, coś pachniało jak zagrożenie, jak przypalony waniliowy budyń. Zamknęłam oczy. Pod powieki wciskały się dziwne formy. Powoli przybierały regularne kształty: liście, pięciopalczaste, łezkowate, zębate o przybrudzonej czerwieni, niewyraźne, otulone listopadową mgłą. Liście wzbijały się, tworząc rój, tańczyły nad mokrą ziemią, popędzane wiatrem...

Tadeusz wszedł do sypialni, zgasił światło, chwilę pooddychał nade mną, sprawdzając, czy śpię, i ułożył się do zasłużonego snu. Od miesięcy męczyłam go rozmowami o Wiedniu, z oślą konsekwencją upierałam się, żeby zostać w kraju, z pewnością nie ze względów patriotycznych ani rodzinnych. Podawałam najróżniejsze argumenty, które przemawiały za pozostaniem w naszych kilku metrach kwadratowych, przydzielonych przez Operę Wrocławską. Przede wszystkim szkoda było nowo nabytego 50-calowego telewizora, który wujaszek kupił dzięki swym partyjnym wpływom. Nie chciałam też opuszczać nowej lodówki z dużą zamrażarką i pralki, która kosztowała pół pensji Tadeusza. Jednak właściwa przyczyna mojej niechęci do Wiednia tkwiła głęboko w zakamarkach duszy, niewypowiedziana, może nawet nie do końca uświadomiona. Chroniłam tajemnicę mojej nieudaczności, po części już znaną mojemu mężowi, ukrywałam niezaradność i nieumiejętność nawiązywania kontaktów, świadczącą o inteligencji interpersonalnej poniżej przeciętnej. Przybierałam obronną postawę, obojętną i wyniosłą, żeby zakamuflować zażenowanie, lęk, niepewność, wylewające się czerwonymi plamami na policzki. Kiedy Tadeusz przedstawiał mi swoich przyjaciół, nie potrafiłam wydusić z siebie kilku słów, zwyczajowo przyjętych w takiej sytuacji. Tadeusz trącał mnie nieznacznie, co miało oznaczać, że powinnam powiedzieć coś miłego. Trzeba dobrać odpowiednią mimikę twarzy i natężenie głosu, mówić nie za głośno, ale i nie za cicho. Uścisk ręki też powinien być wyważony, zdecydowany, ale nie omdlewający. Ta kompozycja słowno-mimiczna przerastała moje możliwości. Po wątłym uśmiechu szybko cofałam dłoń, uśmiech gasł, przechodząc w dziwny grymas, a między brwiami Tadeusza pojawiała się głęboka pionowa zmarszczka, będąca wyrazem dezaprobaty.

Wiedeń to obcy rejon, niebezpieczny, niezbadany, gdzie niczego nie da się przewidzieć, gdzie czyha na mnie jeszcze więcej nieprzewidzianych sytuacji, a ja przecież uwielbiałam koleiny, głębokie, wyraźne, przetarte szlaki bez niespodzianek, chętnie stawiałam stopę w miejscu, gdzie stało już tysiące innych stóp. Byłam jak jezioro stojącej wody, w której nie zachodzą żadne zmiany, woda powoli ciemnieje, traci świeżość, gnuśnieje.

Tadeusz spał z błogą miną – snem lekkim, wydrążonym z emocji i lęków. Wielka kula za oknem wisiała nad miastem nieprawdopodobnie nisko, nie potrafiłam wyjaśnić tego zjawiska, choć wpatrywałam się w nią, jakbym chciała tylko dla siebie zagarnąć jej zagadkę. Spokojna twarz Tadeusza spoczywała na białej poduszce, teraz prawie srebrnej od księżycowego basku. Miałam ochotę dobrać się do jego ciemnoblond loczków, fantazyjnie skręconych w małe spiralki, oblepionych białymi płatkami łupieżu na czubku głowy. Chrapał rozwalony wygodnie i nieestetycznie w pozycji optymisty, świszczał, bulgotał, pochłaniał resztkę świeżego powietrza, jakie pozostawiło skrzyżowanie dwóch największych ulic. Zawsze chciałam spać osobno, żeby nie być mimowolnym świadkiem wzdęć, chrapania, niestrawności, puszczania wiatrów i innych ubocznych efektów wielkiego żarcia późno wieczorem. Najchętniej przygniotłabym go z całej siły poduszką za to, że podpisał dwuletni kontrakt z Operą Wiedeńską. Tylko czy zdołałabym na kilka minut zapanować nad szamoczącym się cielskiem o wadze stu pięciu kilogramów? Gdybym go udusiła, odzyskałabym wolność, otrzymałabym od losu inną opcję rozwoju mojej osobowości, ponieważ to właśnie Tadeusz wykreował mnie na nieudacznicę. Wtedy może zostałby moim ulubieńcem z zaświatów, a z pewnością wspominałabym go z łezką w oku jako wspaniałego męża, troskliwego i dobrego. Sąsiadki kiwałyby boleściwie głowami i mruczały: „Taka szkoda, taki młody”. Tadeusz-nieboszczyk miałby inne prawa, należałby mu się szacunek i pamięć. Leżałam z otwartymi oczyma, nawet nie próbując zasnąć, i czekałam, aż świt wybuchnie zimną czerwienią, spowitą w drobno tkaną mgiełkę.


Rozdział 2

Wyruszyliśmy wcześnie, wraz ze wschodem słońca, odświętnie ubrani – jak do kościoła na jakąś procesję. Moja twarz, wydłużona napięciem, przypominająca pysk zmęczonego życiem pinczera, odbierała pożegnalne pocałunki, serdeczne i szczere, połączone z uśmiechem i życzeniami powodzenia.

Nawet Wujaszek Gienio objął mnie dość energicznie, niespodziewanie jego świńskie oczka zwilgotniały, a podwójną brodą wstrząsały drgania. Wydawała się teraz jeszcze bardziej galaretowata.

„Dziwny stwór” – pomyślałam, zbita z tropu. – „Zachowuje się, jakby mnie lubił, co przecież jest nonsensem”.

Moje pomięte i zmęczone ciało na przednim siedzeniu wyrażało zrezygnowanie i niemoc. Zanim Tadeusz skończył obściskiwanie wszystkich członków rodziny, miałam wystarczająco dużo czasu, żeby wysiąść, wyrwać się do życia, zbudowanego w najdrobniejszych szczegółach, ale tylko w mojej wyobraźni. Trzeba wysiąść bez słowa i szybko się oddalić – albo nie, przed odejściem powiedzieć coś na pożegnanie, powiedzmy jakieś jednozdaniowe podsumowanie naszego małżeństwa, bez robienia wyrzutów, bez jadu i patetyzmu. Rozważałam hipotetyczne wersje rozstania, dławiły mnie niewypowiedziane słowa, niespełnione pragnienia, potrzeba jakiejś zmiany, nie wiadomo jakiej, bo na żadną nie byłam przygotowana. Pozostały mi marzenia – lśniąca, lecz niewidoczna ozdoba nudnego życia. Zanurzałam się w nich w każdej wolnej chwili. Nawet wtedy, gdy obserwowałam przesuwające się za oknem obrazy czeskiej rzeczywistości. Poszarzałe bloki, obdarte z tynku kamienice, biedne wystawy sklepowe, reklamujące towary, których nie było. Co jakiś czas przemykały obok nas skody i trabanty, napełniając powietrze brzęczeniem i kłębami spalin. „Taka sama bieda jak u nas” – pomyślałam zdumiona. – „Dlaczego więc Polacy tak chętnie przyjmują pracę w przygranicznych czeskich miasteczkach, dojeżdżając do zakładów nieraz dwie godziny? Podobno się opłaca, podobno w Czechosłowacji jest lepiej niż u nas. A może to tylko propaganda? Kiedy byłam dzieckiem, uczono mnie, że wszystko, czego nie podaje polskie radio i telewizja, należy zaliczyć do propagandy wrogiego ustroju, samodzielne myślenie przychodziło mi z trudem”.

– Znajdziemy coś dla ciebie. Nareszcie będziesz mogła pracować, tak jak chciałaś – niespodziewanie odezwał się Tadeusz. Prawą ręką grzebał w papierowej torebce, którą położył sobie na kolanach.

– Skąd ta nagła zgoda na kobietę pracującą?

– Na Zachodzie żyje się inaczej – padła krótka, najmniej oczekiwana odpowiedź i Tadeusz wpakował sobie do ust spory kawałek kanapki przygotowanej przez moją teściową, świadomą swojej roli – matki wielkiego artysty. Odpowiedź zdziwiła mnie, ale znałam Tadeusza – był mistrzem pokrętnej logiki, wypowiedzi mętnych i niejednoznacznych, paralogizmów, którym formalnie nie można było niczego zarzucić, jednak nie odpowiadały na pytania. – Musisz się jednak zmienić. Zawsze było jakieś „ale”. Trzeba się otworzyć na ludzi – mówił cierpliwie głosem mentora, żując kanapkę. – Dlaczego ciągle milczysz, patrzysz na blat stołu, a nie na gości? Twoje odpowiedzi ograniczają się do krótkich „tak” i „nie”. Nie słyszałaś nigdy o zdaniu podrzędnie złożonym, ty, polonistka? – kpił. Co jakiś czas spoglądał w moją stronę i uśmiechał się uśmiechem, który miał być życzliwy, a nie był. Chciałam wierzyć, że rzeczywiście chce mi pomóc, bo będziemy obracać się w wielkim świecie, jak określał zamknięty krąg śpiewaków operowych i dyrygentów oraz handlarzy śpiewakami, czyli impresariów... Chodziło o to, żeby ten cholerny wielki świat mnie zaakceptował, jeżeli już nie może mnie polubić, więc absolutnie niedopuszczalne jest bąkanie pod nosem, jakby bolał ząb, a już w żadnym wypadku nie wolno podczas rozmowy uciekać wzrokiem w bok.

Wiedziałam, co miał na myśli. Nie lubiłam patrzeć w oczy, uciekałam wzrokiem jak autystka, szukałam jakiegoś punktu zaczepienia, byle nie patrzeć rozmówcy w oczy. W przypadku mężczyzny mógł to być niestety nawet rozporek, magnetycznie przyciągający kobiece spojrzenie. Tadeusz obudził we mnie wszystkie lęki, ciche i tłumione niepokoje, ukryte często pod głupawym uśmieszkiem lub maską niezadowolenia z życia. Im dłużej trzymałam je w ukryciu, tym zajadlej mnie atakowały. Mój żołądek skurczył potężny atak strachu, tak niepohamowany, że chwyciły mnie torsje. Tadeusz zatrzymał samochód.

– Nie zjadłaś śniadania! Nie można jechać z pustym żołądkiem – powiedział opiekuńczo, podając mi jedną z kanapek teściowej.

Bezsilna przeżuwałam grube białe pajdy chleba z pasztetową, brunatną mazią, nieapetyczną, na pierwszy rzut oka przypominającą strawionego tatara. Siedziałam bez słowa i myślałam o nowej sytuacji, próbowałam przyjąć nową orientację. Wiedeń jawił mi się teraz jako ostatnia szansa, jakbym nie zauważyła wcześniej jedynej w swoim rodzaju konstelacji, sprzyjającej naszemu małżeństwu. W końcu łączy nas wspólne zadanie, zapewne trudne, a przeciwności losu będą się piętrzyć. To zbliża, nawet bardziej jak wspólne lenistwo, rozkoszowanie się życiem. Zresztą w Polsce nie ma przyszłości – wszyscy tak mówili. Nie byłam zdolna do obiektywnej oceny, z czym bowiem miałam porównać sytuację w Polsce? Nigdy nie żyłam w innym systemie, poza tym nie wiadomo, co oznacza słowo „przyszłość”, zbyt ogólnikowe, oderwane od konkretów.

Któregoś dnia obudziłam się wczesnym rankiem i włączyłam radio. W eterze panowała tylko kosmiczna cisza, więc niecierpliwie kręciłam gałkami, aż wreszcie znalazłam stację, która nadawała jakieś przemówienie. Początkowo zignorowałam gadaninę, ale wszystkie stacje nadawały to samo: natrętny monolog wygłaszany głosem pełnym sztucznej troski i zakłamania. W końcu poznałam głos Generała, nadal jednak nie wiedziałam, o co chodzi. Nigdy nie wiedziałam, o co chodzi, kiedy mówiono o polityce. Generał ględził coś o zagrożeniu państwa, o konieczności zastosowania nowych środków ochrony obywatela... dla dobra obywatela. Kiedy padło określenie „stan wojenny”, zbudziłam Tadeusza.

– A niech ich szlag trafi! – burknął tylko zaspany i odwrócił się na drugi bok, wypinając w moim kierunku na poły obnażone pośladki w szortach.

Myślałam pogardliwie o braku zaangażowania ideowego młodego pokolenia artystów, choć sama też byłam ideowo niedorozwinięta. O co chodziło komunistom? Co chcieli stworzyć? Nowy Wspaniały Świat? Byłam typową ofiarą komunistycznej propagandy, którą połykałam codziennie, od najmłodszych lat, jak spreparowaną papkę. Wszystko, czym mnie faszerowano, brałam za pewnik, a komunizm uważałam za najnormalniejszy w świecie ustrój społeczny, dobry jak każdy inny. Nie sądziłam, że w Polsce można cokolwiek zmienić, a nasz system rządowy wydawał mi się stabilny i pewny. Od dziecka przyzwyczajona do sfałszowanej rzeczywistości, sama brałam udział w tym fałszerstwie, a czasem byłam z tego dumna. Ochoczo śpiewałam na akademiach ku chwale Wielkiej Rewolucji Październikowej oraz deklamowałam wierszyki o tym, jak komuniści w sobotnie popołudnie ładują drzewo na wagony, a bluzy się im lepią od potu. Myślałam, że tak trzeba, wtedy już zaczęła się moja indoktrynacja. Byłam szczęśliwa, bo należałam do grupy, wielkiej grupy ludzi niczego nierozumiejących. Później na studiach kilka razy wpadła mi w rękę bibuła, mimo woli słyszałam o konspiracyjnych zebraniach, o „Solidarności”, ale nie szukałam kontaktów, raczej uczyłam się staro-cerkiewno-słowiańskiego. Nie chciałam wstąpić do SZSP. Taka postawa nie miała głębszych ideologicznych podtekstów, a wypływała jedynie z lenistwa i wstrętu do chodzenia na zebrania. Na poczynania „Solidarności” patrzyłam z niedowierzaniem, jakby jej działacze chcieli zmienić orbitę Ziemi. Jak może się udać takie przedsięwzięcie? Cieszyło mnie jednak, że są, że słyszy się o nich coraz częściej, że wujaszek Genio ciska się i miota. „Bądź zimny lub gorący” – oto słowo boże. Byłam letnia. Takich „letnich” było najwięcej. Staliśmy na boku, niedoinformowani, niezdecydowani, ani za, ani przeciw. Nie rozumiałam wielu okoliczności, nie umiałam odczytywać symboli. Jakieś oporniki na klapie płaszcza, zajączki z postawionymi uszami, nie wiedziałam, o co chodzi, gubiłam się napływających zewsząd informacjach, często sprzecznych. Nie wiedziałam nawet, czy mam się cieszyć. Po ogłoszeniu stanu wojennego wujaszek odetchnął i pieszczotliwie pogładził swoją legitymację partyjną.

Tadeusz był zadowolony z siebie i z wujaszka, bo mógł wyjechać z kraju w czasie stanu wojennego. Uważał, że taką szansę trzeba wykorzystać bezzwłocznie, z podzięką przyjąć od losu dar w postaci kontraktu z operą. Dumny potrząsnął loczkami spadającymi na wysokie, zawsze spocone czoło. Kiedy włosy dotykały delikatnych kropelek, przechwytywały ich wilgoć i kręciły się jeszcze bardziej – jak u pudla.

„Wyjeżdżamy, aby przeczekać najgorsze za granicą. Dziwne, że Pagart zgodził się na ten kontrakt, ale w końcu zabiorą niezły haracz, dwadzieścia procent pensji” – myślałam. Po raz pierwszy wstydziłam się swojej bierności, niedorozwoju ideowego i lenistwa, bo najwygodniej było nie mieszać się, czekać, aż będzie lepiej. Zresztą zawsze i w każdej sytuacji wolałam przeczekać, nie przeć do przodu! To była moja dewiza.

Pomysł wyjazdu do Wiednia narodził się w tajemnicy przede mną, był osłonięty ogromną chmurą niepewności. Długo niepokoiły mnie ściszone rozmowy Tadeusza z wujaszkiem, ukradkowe spojrzenia, dramatyczne napięcie na ich twarzach, które trudno było przeoczyć. „Może Tadeusz chce się ze mną rozwieść? Ale przecież dopiero się pobraliśmy!?”.

Rozważałam wszystkie możliwe scenariusze. Tadeusz był ze mnie niezadowolony, to pewne. Nie potrafił mnie ukształtować, tak jak sobie założył. Nadal nie znosiłam biegania z odkurzaczem, gotowania, prasowania, szczebiotania i robienia słodkich min. W dodatku nie chciałam mieć dziecka, za duża odpowiedzialność. Odsuwałam decyzję na potem, wierzyłam w zmianę sytuacji na tyle, że będę mogła o tym pomyśleć. Mijały lata, a ja nadal sama czułam się dzieckiem, niedojrzałym, wymagającym opieki, naiwnym.

– Artysta musi mieć warunki do rozwoju – Tadeusz powtarzał idiotyczne slogany. – Musisz mi pomagać, stać u mego boku – wskazywał ręką pustą przestrzeń po jego prawej stronie, która miała być moim miejscem.

Wiedziałam jednak, że nie stoję przy jego boku, tylko całkiem z tyłu, chociaż próbowałam się rozpychać. Nie umiałam dotrzymywać mu kroku na oficjalnych przyjęciach i na imprezach w ścisłym artystycznym gronie. Miałam słabe zdolności przystosowawcze, więc się nie przystosowałam, nie zaakceptowałam obiadków u teściów, rozmów o operze, wizyt rozkapryszonych aktorów i śpiewaków. Uciekałam z tego kręgu tematycznego, z zaczarowanego świata muzyki, a jako alternatywę zaproponowałam kolacyjki przy świecach, romantyczne spacery nad Odrą, tam gdzie woda wyglądała na czystą, i wieczorne rozmowy o filozofii. Moja koncepcja nie chwyciła, pozbawiona pragmatyzmu i realizmu nie miała większych szans, więc Tadeusz wrócił do swoich dawnych zwyczajów. Rozdźwięk między nami narastał, a wraz z nim dyskomfort, rozważałam więc scenariusz rozwodowy jako jedną z możliwości. Bacznie śledziłam każdy ruch świetnie zgranego duetu wujaszek – Tadeusz, próbując odgadnąć tajemnicę szeptanych dialogów, ostrzegawczych chrząknięć, uzupełnionych zredukowanym językiem migowym.

Mniej więcej po miesiącu pełnej konspiracji wujaszek oświadczył podczas niedzielnego obiadu, że Tadeusz weźmie udział w konkursie młodych talentów w Wiedniu.

Zapanowała cisza jak przed stworzeniem świata, chociaż samo tworzenie świata też było bezgłośne. Jak zwykle nie wiedziałam, jak zareagować, więc na wszelki wypadek milczałam, żeby dać sobie trochę czasu do namysłu. Zresztą milczenie też jest swego rodzaju reakcją, i to czasem bardzo wymowną. Wszyscy z zacięciem pałaszowali faszerowaną kaczkę – popisowy kulinarny numer teściowej.

– Tadeusz ma przed sobą okres wytężonej pracy, więc pomyśleliśmy, że najlepiej będzie, jak wprowadzicie się do waszego mieszkania na piętrze – powiedział wujaszek, rodzinny mafiozo.

– Fortepian jest lepszy, na tamtym nie można ćwiczyć – pospieszył Tadeusz z wyjaśnieniem.

– Jakoś ćwiczyłeś z Mariolą i nic ci nie przeszkadzało – wtrąciłam, chociaż kacze mięso utkwiło mi w gardle i nie mogło się zdecydować na żaden kierunek, mimo że pochrząkiwałam i kaszlałam. Teściowa niezbyt dyskretnie dłubała wykałaczką w zębie, udając, że nie zrozumiała aluzji. Jednak wujcio uznał, że nie ma o czym dyskutować, bo takie rozwiązanie jest najlepsze.

Naturalnie tylko dla Tadeusza, ale to on był główną osobą dramatu, aktorem i reżyserem jednocześnie. Nie protestowałam, drżące ręce schowałam pod haftowanym obrusem, a moja twarz nawet nie przybrała charakterystycznej wydłużonej miny, świadczącej o sporym rozczarowaniu. Postanowiłam na razie udawać, że wszystko jest wspaniale, przyczaić się, czekać na odpowiedni moment. Jaki to miał być moment, tego nie umiałam sprecyzować, ale wtedy w moim życiu wszystko miało się zmienić.

Tadeusz zajął w konkursie trzecie miejsce i ku mojemu przerażeniu otrzymał kontrakt w operze. Teściowa mrugała ze wzruszenia dużymi krowimi oczyma, z których wypływały łzy szczęścia i kapały z białych, sztywnych jak świńska szczecina rzęs. Wtedy owładnęło mną bardzo brzydkie, lecz silne uczucie, przytłaczające ogromnym ciężarem – zawiść. Powinnam się cieszyć, tak wypadało, jednak właśnie wtedy pomyślałam, że właściwie go nienawidzę – jak wroga, jak kogoś, kto odebrał mi chęć do życia. „Czy kochałam go wcześniej, kiedy się poznaliśmy, czy w ogóle potrafię kochać?”.

Potem gryzło mnie sumienie, że nie cieszę się jego szczęściem, że brak mi współradości, mudity czy czegoś tam jeszcze. Podczas rodzinnej fety siedziałam z typową dla mnie miną, ponurą i zaciętą, z głową pełną kłębiących się kąśliwych myśli. Podpity wujaszek coraz bardziej ubarwiał wiedeńską wyprawę, ale pod koniec imprezy zasnął przy stole, zamroczony alkoholem. Od czasu do czasu unosił głowę znad warzywnych sałatek, żeby kontynuować epickie dzieło, ale z jego ust wydobywał się tylko dadaistyczny bełkot, niezrozumiały nawet dla najbardziej zaciekawionych tematem. Niepokoił mnie nagły rozwój kariery Tadeusza, gdyby mnie wtedy wtajemniczyli, prawdopodobnie usiłowałabym im przeszkodzić. Chciałam, żeby moje życie było jak stała matematyczna – niezmienne, konstans, nienaruszalne do końca dni.

Czeskie krajobrazy, nijakie, pagórkowate tereny, rozjaśnione pionowymi promieniami słońca, nie przyciągały mojej uwagi. Jednym susem pamięci przeskoczyłam lata dzielące mnie od dziecięcych marzeń, od leśniczówki z pokojem na piętrze, tonącym w zapachu świerkowego drzewa. W myślach gładziłam koronkową pościel babci, monstrualnie wielką i sztywną, która wypełniała wielkie drewniane łóżko, nieudolnie pomalowane brązową farbą. Kiedyś wzgardziłam tym miejscem, tak jak gardzi się zwyczajnością, czymś oczywistym, o co nie trzeba walczyć, bo po prostu się należy. Teraz była to sfera tajemnicy, nietykalna, coś w rodzaju sacrum, czas bez skazy zmysłowości, bez lęku przemijania, który towarzyszył mi, odkąd opuściłam Jagniątków. Miałam wrażenie, że żyję w okręgu, którego centrum stanowiła leśniczówka i jej mieszkańcy. Mój wszechświat miał ustalony porządek, z łatwością mogłam się w nim odnaleźć i zagubić, kiedy trzeba. Dopóki tam mieszkałam, wszystko było poezją, pięknem, barwą. Dopiero później zaczęło się rozplatanie tęczy. Smutki wypłakiwałam w białym ogrodzie, który nosił z dumą piętno inności, swoją wyjątkowość. „Biel, to żaden kolor” – mawiały wiejskie koneserki sztuki i kiwały głowami z niezrozumieniem. Ktoś kiedyś zasadził drzewa i krzewy, kwiaty tylko w jednym kolorze. Dlaczego wybrał właśnie biały, najmniej popularny w wiejskich ogrodach, przepełnionych kolorami jak na fowistycznych obrazach? Tamte ogrody były wesołe, soczyste, kiczowate, ale brakowało im dostojeństwa i elegancji naszego białego ogrodu. Kwiaty rosły w nieładzie, niezależne, nie poddawały się żadnym regułom, splecione wiły się wokół parkanu bądź ginęły w gąszczu trawy. Pod płotem rosły krzaki jaśminu, gęste, nieprzebrane, układały się w dziwne formy. Widziałam w nich jednorożca schowanego za białymi płatkami, który patrzył na mnie płochliwym wzrokiem. Obok pachniały bzy, zamknięte w białych kielichach, wysokopienna róża, śnieżnobiałe piwonie, goździki, leśny łubin, w zależności od pory roku, a wszystko oślepiająco białe, czyste, nieskazitelne. Gdzieś za domem przemykały, dla kontrastu, kruczoczarne konie o lśniącej sierści, niosąc na swoich grzbietach dostojnie wyprostowanych jeźdźców. Lekkie i piękne konie wopistów wystukiwały rytm na leśnej drodze, kojący, monotonny, uspokajający. To, co było przed Jagniątkowem, wydawało mi się nieznane, niewyraźne jak deszczowy krajobraz, napawało mnie lękiem. Tuż przed przednią szybą samochodową przerażone oczy dziewczynki, pisk opon, ręce ojca bezładnie przecinające powietrze... dziwny zapach i wirujące nad ziemią liście.

Tadeusz co jakiś czas przerywał ciszę, bo chciał wiedzieć, o czym znowu myślę. Słowo „znowu” oznaczało już pewien stopień zniecierpliwienia. Nie znosił milczenia, nie znosił, gdy milczałam, a robiłam to chętnie, z premedytacją. Znałam swoje powinności – paplać, opowiadać, śmiać się. Zawsze tego ode mnie wymagał. Mówić dużo, banalnie, czasem nawet głupio, ale nie milczeć, to przecież takie proste. Próbowałam realizować schopenhauerowską zasadę i myśleć jak niewielu, ale mówić jak większość. Nigdy mi się nie udało. Tadeusz liczył na to, że myślę o Wiedniu, zresztą nie dopuszczał innej możliwości.

– Wszystko się ułoży, będzie dobrze – mruczał uspokajająco.

Niech sobie mruczy. Cieleśnie byłam obecna, więc miał do kogo mruczeć swoje kołysanki, zapewniać, pouczać i dzielić się swoimi uwagami. Nadal odbywałam podróż do źródeł czasu, do leśniczówki, która już dawno wyrosła z normalności i nie była tylko zwyczajnym domem ze spadzistym dachem, zdobionym ciemnobrązowym drewnem, lecz jakimś odrealnionym obrazem dziecinnych marzeń. Tak samo jej mieszkańcy powoli zatracali realne cechy, wiem tylko, że naprawdę istnieli. Robiłam kilkusekundowe wycieczki w przeszłość, często między kolejnymi łykami kawy, gdzieś pomiędzy jednym banalnym zdaniem a drugim – jeszcze banalniejszym. Tak naprawdę nie interesowały mnie rozmowy z koleżankami, znajomymi, ciotkami i teściami. Wszystko wydawało mi się nieistotne, niekiedy nawet niezrozumiałe, jakbym czytała powieść i już na początku straciła wątek.

Moje życie zaczęło się dopiero w Jagniątkowie, kiedy miałam trzy lata. Tam powstały pierwsze obrazy dzieciństwa.

Wiosenny sad, babcia stojąca w deszczu białych płatków wiśni, uśmiechająca się do wspomnień, z ręką spoczywającą na długiej łaciatej sierści bernardyna. W tle baśniowy las, jeszcze nie do końca zbadany przeze mnie, tajemniczy. Gabinet dziadka z żyrandolem z jelenich rogów, zgrabnie przyciętych i pociągniętych bezbarwnym lakierem. Wiódł do niego ciemny korytarz, wyłożony długim tasiemcowym dywanem. Przez uchylone okno wpadały promienie rannego słońca, tworząc długie szare smugi, wbijające się w drewnianą podłogę. Dziadek, zaporoski Kozak, siedział w bujanym fotelu, mrucząc pod nosem łacińskie sentencje, i kołysał się miarowo, a każdy jego ruch przecinał świetlne smugi, załamujące się na jego twarzy i pasiastej koszuli. Kołysał swą duszę, która wyrywała się do rozległych stepów, do dworu ze słonecznym gankiem na skraju wsi Kupczyńce. Za oknem wisiały czerwone korale jarzębiny, przecinając zieloność lasu, po części wyjedzone przez żarłoczne ptaki.

Z mroku wspomnień powoli wyłaniała się kolejna postać – prababka Marynia. Włosy zaplecione w ciasny warkocz i upięte z tyłu głowy. Chroniła się w swoim pokoiku przed ateistyczną natarczywością dziadka, który będąc na drugim roku teologii, zamienił Boga na Lenina. Broniła wstępu do swego pokoju pokaźnym krucyfiksem, mocno wierząc w jego skuteczność. Rzeczywiście, dziadek ustępował, cofał się przed takim argumentem i odchodził do swego pokoju, mrucząc pod nosem odpowiedni komentarz. Łóżko prababci, przykryte szarym kocem równiutko jak w koszarach, było najważniejszym meblem w pokoju, przy którym odmawiała swe modlitwy i wylewała żale. Przestrzeń pod łóżkiem wypełniały dwie walizki, w których gromadziła jajka, tak na wszelki wypadek, nie wiadomo jaki, a w najciemniejszym kącie, niedostępnym dla postronnego oka, stał emaliowany nocnik, ręcznie malowany w kwiatki, relikt poprzedniej epoki.

Kończyło się lato, kiedy opuściłam leśniczówkę. Zrobiłam to ochoczo, bez cienia żalu, jaki przystoi komuś, kto opuszcza miejsce swojego dzieciństwa. Nawet nie próbowałam ukryć radości nabrzmiałej czerwoną szminką, wybujałej podniesioną fryzurą i rozkołysanej butami na wysokich obcasach. „Wrócę na stałe zaraz po ukończeniu studiów” – wmawiałam sobie i babci, ale już wtedy nie miałam zamiaru wracać do czegoś, co wydawało mi się pozbawione życia, nudne, jednostajne jak kołysanie wagonu pociągu. Dobroczynne kłamstwo pozwoliło babci ze spokojem czekać na mój powrót, który miał nigdy nie nastąpić i złagodzić tęsknotę, jej tęsknotę. Opuszczałam wioskę z jedną torbą, mieszczącą kilka źle skrojonych sukienek z WPHW, bo tylko tam można było coś kupić, niemodne spodnie o zbyt wąskich nogawkach, babcine bluzki z koronkowymi kołnierzykami na każdą okazję. Wśród tej zupełnie nieprzydatnej sterty bubli spoczywał przedmiot kultu – mały kasetowy magnetofon marki Sony.

Obok jedynej, jaką miałam, pary dżinsów z Pewexu magnetofon był moją największą chlubą. Właśnie o te dwa drogocenne przedmioty, które spłynęły na mnie jak błogosławieństwo, lękałam się bardziej niż o własne życie. Dżinsy musiały się wycierać, inaczej ich autentyczność stawiana była pod znakiem zapytania. Z niecierpliwością czekałam na pierwszą oznakę ścierania, na niebieskawą plamkę, która potem obejmowała całe kolana. Trwało to trochę za długo, ponieważ spodnie nosiłam tylko do szkoły, a potem pieczołowicie wieszałam w szafie. Niecierpliwie dobrałam się do materiału, używając pumeksu, żeby wyprzedzić naturalny proces zużywania się materiału, przyspieszyć rozkoszną chwilę prezentacji powycieranych kolan. W niedzielę po mszy przechadzałam się po wsi z miniaturowym magnetofonem na dłoni, tak żeby wszyscy mogli go zobaczyć, sztywno i demonstracyjnie. Po wiejskiej szosie prowadzącej od kościoła do knajpy przechadzali się też inni nastoletni fani rocka z pięciokilogramowymi radiami, wyposażonymi w pokaźne anteny. Radia wydawały nieczyste, charczące tony, dławione, kiedy uciekała fala, a uciekała dość często. Chłopcy nosili długie włosy z grzywką po same oczy, odrzucali ją do tyłu wystudiowanym ruchem, który miał wyrażać chłopięcość i męskość zarazem. Koszule w neonowych kolorach, haftowane z przodu, biły w oczy niespotykaną dotąd w modzie jaskrawością, spodnie dzwony, szerokie na dole, przykrywały czarne buty na obcasach z wydłużonymi nosami. Do tego nieodzownie grzebyk w tylnej kieszeni spodni, który można było zgrabnym ruchem wyciągnąć, by przylizać grzywkę.

Tak właśnie zapamiętałam ostatnie lato w Jagniątkowie – tranzystory, magnetofony szpulowe z ogłuszającą muzyką Black Sabbath i Led Zeppelin i wytarte dżinsy. Wspomnienie pełne melancholii, ponieważ w naszym kraju tranzystor nie kojarzył się z przymusową aborcją.

Wrocław szybko oczarował moją wiejską duszę, łaknącą wysokich bloków, najlepiej z windami, wielopasmowych ulic i samoobsługowych sklepów, gdzie można było zachować anonimowość. Miasto, symbol potęgi, mądrości i postępu, urosło w moich utopijnych wyobrażeniach do rozmiarów światowej metropolii, ponieważ nigdy nie widziałam większego, a wszystko zależy od punktu odniesienia. Odśpiewałam, jak przystało, Gaudeamus igitur i od razu poczułam się prawdziwą studentką, adeptką wiedzy, niezwykle mądrą, wybranką fortuny. Wkrótce pojęłam, jak można skasować bilet, znaleźć na planie miasta jakąś ulicę, korzystać ze zbiorów Biblioteki Narodowej lub wjechać windą na dziesiąte piętro w akademiku. Windy nie były dość szybkie, o czym świadczy fakt, że Berta, koleżanka z rusycystyki, wypiła dla zakładu pół litra żytniej, zanim dojechaliśmy na ostatnie piętro. Czynem tym, który obrósł w anegdotę, zasłużyła sobie na szacunek studenckiej braci i mój oczywiście też.

W przerwach między zajęciami spacerowałam po wąskich uliczkach wokół rynku i placu Solnego, z upodobaniem słuchając odgłosów miasta. Podziwiałam wystawy sklepowe i nawet nie przyszło mi do głowy, że te reklamowane towary wcale nie istnieją, są nieuchwytnym fantomem. O Jagniątkowie myślałam rzadziej i była to pewnego rodzaju zdrada, podła i niewybaczalna.

Pytano mnie: „Skąd jesteś?”. Nie odpowiadałam od razu, kurczyłam się, malałam, patrzyłam w bok, w bliżej nieokreśloną przestrzeń, siląc się na obojętność. Bez wyrzutów sumienia wyparłam się swojej wsi i leśniczówki. Zdradzały mnie niemodne ubrania i niezręczność, włosy splecione w warkocz, nieznajomość filmów i modnych piosenek. Nasz stary czarno-biały telewizor nie odbierał fal ze stacji na Ślęzy, a radio typu „kukuruźnik” służyło dziadkowi do odbierania świszczących i charczących audycji radia Wolna Europa, konsekwentnie zagłuszanych przez rządowe stacje. Wieloletnie zaległości tuszowałam nonszalanckim uśmieszkiem, po trosze znudzonym, który mógł oznaczać wszystko i nic. Na drugim roku studiów patrzyłam z politowaniem na przechodzące obok mnie hoże wiejskie dziewczyny w paskudnych, niezgrabnych sukienkach i butach na płaskich obcasach, znękane cywilizacją. Właściwie plan socjalistyczny przewidywał jak najszybsze zatarcie granicy między wsią a miastem, jednak dziewczyny wiejskie pozostały dziewczynami ze wsi. Nie umiały się pozbyć prostoty, pachniały świeżością, nie perfumami.

Tadeusz szarpnął mnie mocno za rękę, gwałtownie wyrwał z głębin przeszłości.

– Nie śpij!

Otworzyłam oczy, przetarłam je palcami prawej ręki, jakbym chciała przepędzić z nich sen.

– Austriacka granica – wyszeptał Tadeusz prawie z nabożeństwem. Na jego twarzy zauważyłam napięcie, oczekiwanie pomieszane z odrobiną niepokoju. Wzruszyłam ramionami. Przed nami stały długie kolumny aut czekających na odprawę. – Przygotuj paszporty! Trzeba wyłączyć radio – gorączkował się Tadeusz. Nie wiedziałam, dlaczego na granicy nie można słuchać muzyki, ale posłusznie przekręciłam gałkę.

Popatrzyłam na jego niezgrabny profil, nie podobał mi się. Tylko czy nigdy mi się nie podobał, czy dopiero teraz? Podobno gust człowieka zmienia się co siedem lat, a związane jest to z wymianą wszystkich komórek w organizmie. Moje właśnie się wymieniły.

Zobaczyłam go po raz pierwszy na przystanku tramwajowym, tam właśnie skrzyżowały się nasze spojrzenia, moje niewyraźne, krótkowzroczne i jego jasne, zalotne. Jako mieszkaniec Wrocławia, modnie ubrany i wyrobiony towarzysko, czyli obyty ze światem knajp dyskotek i nocnych klubów, w dodatku student Wyższej Szkoły Muzycznej, szybko wywindował się na samą górę mojej potajemnej listy kandydatów. Nigdy nie potrafiłam nazwać dziwnego uczucia, które mną wtedy owładnęło: zauroczenie, a może nawet miłość, małpia radość, że właśnie mnie wybrał, dlaczego mnie? Chyba jednak byłam coś warta – mile łechtał moje ego, nadszarpnięte w trakcie pierwszego roku studiów ze względu na wiejskie pochodzenie. Uczył się niewiele, co budziło podziw, zaliczał kolejne semestry, kokietując profesorów pięknym, naturalnym basem barytonem. Miał zrobić karierę, gdyby zechciał trochę popracować, ale nie chciał, bowiem uważał się za naturszczyka, któremu niepotrzebne są ćwiczenia, wprawki i wnikliwa znajomość solfeżu. Tajemnicze uczucie, dotąd mi nieznane, pęczniało z dnia na dzień, sycąc się jedynie wielkimi słowami. Tadeusz i mieszkanie we Wrocławiu – dwa marzenia, które nabierały realnych kształtów, zjednoczone w duecie największych życiowych pragnień. Tamta perspektywa widzenia życia wydawała mi się dojrzała, a plany, jakie snułam – konkretne, rozsądne i możliwe do zrealizowania. Dziewczyny mniej sprytne, czyli te, które nie umiały się ustawić, po studiach wracały, skąd przybyły, ponieważ Wrocław był miastem zamkniętym i nikogo nie domeldowywano, a bez stałego meldunku nie można znaleźć pracy. Zresztą po studiach nie miałam dokąd wrócić.

W ciągu jednego roku Jagniątków rozpłynął się wraz z jego mieszkańcami, pozostał tylko w snach i marzeniach. Ostatnia odeszła babcia, cicho, daleko od domu, w sanatorium położonym na lesistym wzgórzu.

– Czarodziejskie Wzgórze – mówiłam do babci, kiedy spacerowałyśmy w słońcu, snując śmiałe i radosne plany. Aż poznałam prawdę – nieodwołalną, przerażającą. Nie umiałam kłamać, nie patrzyłam babci w oczy, a mój śmiech stał się sztuczny, grzązł w nadmiarze śliny. Babcia coraz bardziej upodobniała się do innych pacjentów – zgarbionych, wychudłych i kaszlących, których łączyło jedno tylko życzenie, wspólny cel – przeżycie.

Słońce grzało mocno jak na listopadowy poranek, rozświetlając wyłysiały bukowy lasek i ścieżkę obsypaną liśćmi. Opadłam ciężko na parkową ławkę, zdruzgotana absurdem śmierci, która nie pasowała do mojego porządku świata. Była upokarzająca, bezsensowna i pozbawiona logiki. Patrzyłam bezmyślnie na wirujące na wietrze liście, zbyt piękne, by ich nie podziwiać. Te same liście, ten sam rój unoszący się nad ziemią jak wtedy, liście o przygasłej czerwieni, zapowiadające koniec. Wierzba nad stawem, popękana i rozpołowiona jak świnia w rzeźni, wystawiła na pokaz swoje wnętrzności, zmurszałe i spróchniałe. Czemu jej nie wycięli? Może miała przypominać gruźlikom o niechybnej śmierci, stanowiąc swoiste memento mori?

Weszłam do jednego z niskich jasnych pawilonów. Kwadratowa salka, bezosobowa, niegościnnie sterylna, potęgowała grozę śmierci. Babcia czytała gazetę, a właściwie tylko od niechcenia wertowała kartki i gładziła palcami śliski kolorowy papier. Jej wąska biała ręka podtrzymywała głowę z czarnymi krótkimi włosami. Witałam ją, jak się wita kogoś po raz ostatni. Obejmowałam ją ostrożnie, porcelanową lalkę z lśniącymi chorymi oczyma. Najtrudniejsze były rozmowy, nijakie, ostrożne, właściwie o niczym, bo z wirtuozerią omijałam niebezpieczne tematy. Babcia patrzyła na mnie przenikliwie, chciała znać prawdę, ale brakowało mi odwagi, odwracałam wzrok. W powietrzu unosił się dziwny zapach, niby sterylnie świeży, a jednak nieznośny, napawający mnie strachem, złowieszczy. Podałam babci soczystą pomarańczę, z trudem wystaną w kolejkach. Zdziwiła się, bo przecież była dopiero jesień. Jadła ze smakiem – jak dziecko.

– Wiesz – mówiłam – wkrótce opuścisz Czarodziejskie Wzgórze i pojedziemy do Jagniątkowa.

Nie odpowiedziała, tylko w zamyśleniu wkładała do ust spore kawałki pomarańczy, a drugą dłoń trzymała w pogotowiu, aby sok nie kapał na śnieżnobiałą pościel. Zdawała się uśmiechać i po chwili zapytała mnie wprost:

– Wierzysz, że będę żyła?

Nagle cała piramida milczenia legła w gruzach pod naporem czterech słów, ciężkich, ołowianych, które zmiażdżyły z trudem wybudowany spokój. Wtedy zrozumiałam, że oszustwo było obustronne, bo od początku wiedziała, a może tylko resztka nadziei skłoniła ją do postawienia tego pytania. Milczałam, urażona jej niedyskrecją. Tak naprawdę nie oczekiwała odpowiedzi, od razu odwróciła głowę w stronę okna i chyba żałowała tej niespodziewanej napaści, bo więcej nie podjęła tematu.

Kiedy zmarła, osaczył mnie strach, natrętny, nieugięty jak wtedy, przed laty, kiedy odszedł ojciec, nie mówiąc dlaczego. Spełniłam jego warunki, milczałam, chociaż dławiła mnie prawda, którą tylko ja znałam. Dlaczego odszedł? A może to wszystko wcale się nie wydarzyło i jest tylko moim wymysłem, efektem wyobraźni egzaltowanego dziecka?

Późne popołudnie, mgła, liście fruwające jak ptaki z żółtymi skrzydełkami... A jednak wyraźnie widziałam dziewczynkę o ciemnych włosach, rozrzuconych na liściach koloru przygasłej czerwieni. Ojciec milczał. „Dlaczego nie wysiada? Na pewno jest ranna!” – poganiałam go w myślach. Skuliłam się w fotelu. Ojciec nerwowo spoglądał na pustą ulicę, potem powoli, ale pewnym ruchem ruszył. Nie oglądaj się... patrz przed siebie...

Późnym popołudniem ukazało się przedmieście Wiednia. Oczekiwałam czegoś niezwykłego, jak przed przyjazdem do Wrocławia, jakiegoś objawienia zapierającego dech w piersiach. Podekscytowana, mimo woli, bo przecież nie cieszyłam się z wyjazdu, chłonęłam widok wielopasmowych ulic, plakatów z pięknymi dziewczynami – uśmiechającymi się tak szeroko, że biła w oczy nienaturalna biel ich zębów, tasiemcowych tuneli, pogmatwanych, poskręcanych ulic-labiryntów.

Dzielnica, w której mieliśmy zamieszkać, nie należała do bogatych, ale miała tę zaletę, że leżała w centrum miasta. Mieszkania były tu tańsze niż gdzie indziej i to przyciągało uboższą ludność, szczególnie turecką i jugosłowiańską. Turcy, niepomni Odsieczy Wiedeńskiej, wiedli prym w okolicznych knajpach, a ich żony, okutane w długie do kostek spódnice, czarne workowate swetry i w chustkach na głowach okupowały parki i place zabaw. Ich dzieci, czarne i zadziorne, musztrowały jasnowłose austriackie maluchy, które dawały za wygraną i ulegały przemocy. Podobny rozkład sił panował w tanich sklepach. Towary nie zawsze były najlepszej jakości, ale za to ceny dość niskie, więc chętnych nie brakowało. Turczynki kupowały dużo i głośno, ważąc towary w rękach, oglądając badawczo, jak niegdyś babcia, kiedy chciała kupić dobre nioski. Sprzedawczynie z zawrotną prędkością podliczały ceny towarów – bez fotokomórki. Klient nie zdążył jeszcze dobrze wyłożyć produktów na taśmę, a już lewa ręka nieznacznie dotykała towarów, a prawa nieomylnie wystukiwała cenę. Wszystko nie trwało dłużej niż pół minuty, a kasjerka trzymała w ręce resztę, zanim przyjęła gotówkę.

Wdrapaliśmy się na trzecie piętro starej, zagrzybionej kamienicy z obskurną fasadą, położonej na zbiegu niezbyt ruchliwych ulic, co miało zapewnić Tadeuszowi spokojny sen i ciszę podczas uczenia się nowej partii. Dom od razu nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Zauważyłam oblazły ze ścian tynk, wydeptane schody, wąskie i brudne, na których leżały papierki po cukierkach i skórki pomarańczy. Frontalną ścianę pokrywały resztki płaskorzeźb o falistej, secesyjnej linii, pamiętające lepsze czasy. Wąski korytarz, wilgotny i śliski jak loch jakiegoś zamczyska, wychodził na mały kwadratowy dziedziniec, prawie w całości pokryty betonem. Jedyne drzewo, potężny kasztanowiec, zawsze oblegały chmary dzieci i gołębi.

W kamienicy panowała niska temperatura, a w powietrzu przesiąkniętym zgnilizną fruwały beztrosko roje moli. Nieczynna od lat fontanna, obtłuczona przez niesforne cudzoziemskie dzieci, stała pośrodku klatki, nikomu niepotrzebna. Marmurowa rybka, pobawiona ogonka i pyszczka, patrzyła smutno wyłupiastymi oczyma. Nie wiedzieć czemu wzbudzała we mnie litość. Nie lubiłam tego domu z drażniącym nozdrza zapachem smażonego czosnku, stęchlizną, wyziewami z toalet, usytuowanych w większości na korytarzach.

Nasze mieszkanie miało łazienkę, co naturalnie było luksusem dla obcokrajowców z bloku wschodniego. Wypakowałam nasze rzeczy i część z nich ułożyłam w kartonie, bo nie było szafki. Lepsze części garderoby rozwiesiłam na drabinie, która tymczasem zastępowała wieszak. Wzięłam kąpiel i leżąc w wannie, obserwowałam szarozielony, warstwowo ułożony grzyb, który zajmował połowę sufitu. Mienił się i szklił, w niektórych miejscach wybrzuszał niebezpiecznie, jakby za chwilę miał spaść mi na głowę wraz z tynkiem. Wieczorem wyszliśmy obejrzeć miasto. Ulice w naszej dzielnicy były szare, bez wyrazu, domy naznaczone ubóstwem i brudem, a sklepy ofiarowały towary, tanie i dla wszystkich dostępne, nic niewarte buble. Prostytutki na chodnikach z obnażonymi biustami zachęcająco uśmiechały się do męskich przechodniów. Raj tandety, ulica Krokodyli. Tadeusz ślinił się obrzydliwie.

Pogardliwie wydymałam usta na widok otaczającej mnie beznadziei, trudnej do zaakceptowania, bo w końcu miało być lepiej.

Tadeusz uspokajał mnie, że to tylko na początek i że kupi szafę. Miała ona symbolizować jego dobrą wolę, chęć rozpoczęcia nowego życia, obietnicę poprawy. Przy nim zawsze miałam wrażenie tymczasowości, wszystko było niestałe, tylko na początek, tylko na teraz, tak jak nasz związek, który miał się rozwinąć, a zamiast tego przeżywał coraz większy regres. Czułam, że zaraz może się rozpaść, że nie przetrzyma kolejnej awantury.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.