Świat w grupie ryzyka - Walery Butewicz, Jacek Adamczyk, Miłosz Tomkowicz - ebook

Opis

Błyskotliwe, pełne czarnego humoru aforyzmy, erudycyjna, autoanalityczna proza, zaskakujący poemat covidowy – Świat w grupie ryzyka zawiera zwycięskie prace konkursu Dziennik pandemiczny autorstwa Walerego Butewicza (1983), Jacka Adamczyka (1958) i Miłosza Tomkowicza (2000). Ogłoszony wiosną 2020 r. konkurs miał na celu wyłonić najciekawsze artystyczne świadectwa czasu pierwszej fazy pandemii. Prace docenione przez jury eksploatują formę dziennika na odmienne sposoby, ale łączy je wartość artystyczna, żywiołowy język oraz intelektualna śmiałość reprezentujących trzy różne generacje pisarzy.

 

Walery Butewicz

"Wnosi do literatury polskiej własne brzmienie, własny dow­cip językowy, nowe słowa, pewne rekonstrukcje. Tekst faluje, nabiera mocy, słabnie, aby znów się wznieść. Skrzy się od akcentów i zwrotów akcji. Świat [jest] pandemiczny nie tylko z powodu koronawirusa.

Utwór Walerego Butewicza to dzieło niewielkie, ale wybitne."

prof. dr hab. Piotr Müldner-Nieckowski

Jacek Adamczyk

"Oto najważniejsza cecha tej prozy – wodzenie czytel­nika za nos po to, aby się nauczył niedawania się za nos wodzić. Mamy więc atrakcyjne przeglądy lektur, koncepcji, pomysłów i braków pomysłu, ale autor nam te atrakcje sprowadza do sygnałów, niczego nie rozwija dalej niż potrzebna aluzja.

Proza to więc trudna, ale i wciągająca. Czujemy, że wchodzimy do Sezamu. Znakomity utwór, choć stawiający czytelnikowi solidne wymagania."

prof. dr hab. Piotr Müldner-Nieckowski

Miłosz Tomkowicz

"Nadał opowieści o pierwszych miesiącach pandemii w Polsce postać serii układających się w spójny poemat wierszy. Sprawnie łączy frazy i tematy zaczerpnięte z przekazów medialnych dotyczących rozwoju korona­wirusa w Polsce i na świecie z motywami biblijnymi i mową potoczną. Sięga po anegdotę, odwołuje się do technik reportażowych, żongluje konwencjami językowymi. Umiejętnie posiłkuje się przy tym graficznymi środkami zapisu.

Z całości zaś przebija aura wszechogarniającej rozpaczy, przeczucia chaosu wynikającego z rozpadu dotychczasowego spójnego obrazu świata."

dr hab. Roman Bobryk

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (2 oceny)
0
0
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Walery Butewicz, Jacek Adamczyk, Miłosz Tomkwicz,Świat w grupie ryzyka, Warszawa–Kraków 2020
Teksty nagrodzone w Konkursie Literackim „Dziennik pandemiczny”
Copyright © by Walery Butewicz, 2020 Copyright © by Jacek Adamczyk, 2020 Copyright © by Miłosz Tomkowicz, 2020 Copyright © for the cover design by Patrycja Podkościelny Copyright © by Instytut Literatury, Poland 2020 All right reserved
Redaktor prowadząca: Mirosława Łątkowska
Redakcja: Joanna Bocianowska
Współpraca redakcyjna i korekty: Mirosława Łątkowska
Projekt okładki i stron tytułowych: Patrycja Podkościelny
Projekt typograficzny i łamanie: Anter-Poligrafia Andrzej Leśkiewicz
Wydanie I
ISBN 978-83-66359-51-2
Instytut Literatury ul. Smoleńsk 16/1, 21-112 Krakówwww.instytutliteratury.eu
Oficyna Wydawnicza [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Walery Butewicz

Dziennik uroku zarazy

autora, który umarł, choć nigdy się nie urodził,opowiadający o tym, że w czasach koronawirusa najpierw było bardzo kiepsko, ale potem zrobiło się zupełnie źle,czyli całkiem znośnie

Prolog

Ów Dziennik dedykuję wszystkim, którzy zwariowali podczas kwarantanny. Zresztą pisałem go, żeby samemu nie zwariować, ale wszakże zwariowałem, co ze szczerą nieszczerością na jego stronach odnotowałem.

Początkowo chciałem codziennie i skrupulatnie zapisywać swoje myśli, uczucia, czyny i zaniedbania, które popełniłem w czasie samoizolacji, jednak dość szybko pojawiło się to wszechogarniające poczucie zaniku czasu. Noce i dnie połączyły się w jedną długą dnoc, wypełnioną nudą i lękiem, lękiem i nudą, no i oczywiście koronawirusem. Nie mogąc odróżnić wtorniedziałku od śroboty i  marcepada od kwieździernika, zrezygnowałem z oznaczania dat, które porządkowałyby moje notatki, i ograniczyłem się do zapisywania tylko najbardziej natrętnych myśli i uczuć oraz powtarzających się czynów i zaniedbań.

Często notatki te mają postać aforyzmów, ponieważ nie chciało mi się marnować czasu na czernienie papieru. Przecież w życiu mam sporo innych ważnych spraw i obowiązków, a mianowicie: poszukiwanie bezsensu życia, bezskuteczne dążenia, nieznajdowanie słów, rozrzucanie myśli, pukanie się w czoło, hodowanie czarnych dziur, rozwiązywanie kwadratury koła fortuny, płacz w podarty rękaw bycia, a także homerycki rechot prosto w jego twarz etc.

Dziennik składa się z dwu części: z tego, co w nim napisałem, oraz tego wszystkiego, czego nie napisałem. W owej drugiej części zawarłem rzeczy bardziej istotne, dlatego więc można wcale nie czytać Dziennika. Jeśli zaś ktoś postanowi nad nim się pochylić, to proszę pamiętać, że wszystkie niedopowiedzenia autora uzupełniają niedoczytania publiczności. Nawiasem mówiąc, mądry czytelnik między wersami może wyczytać niejedną powieść.

Od czego by tu zacząć? Rzeczywiście istotne pytanie, bo opisywać można to i owo, ja zaś zacznę od ab ovo. W roku dwa tysiące dwudziestym od narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa w sławnym mieście Warszawa, klejnot miast polskich stanowiącym, wybuchła zaraza morowa. Sprowadzona została wpływem ciał niebieskich albo antypolskim spiskiem żydo-masońskim, albo przez nietoperza niewłaściwie na targu w Wuhan przygotowanego, albo przez broń biologiczną, która Chińczykom lub Amerykanom się wymknęła, albo też słusznie przez Boga zesłana dla ukarania grzechów naszych. Mór zaczął się na kilka miesięcy przedtem na Wschodzie i spowodował tam wielkie spustoszenia. Szybko, z miejsca na miejsce się przenosząc, choroba do krajów zachodnich dotarła. Zapobieżenia ludzkie na nic się wobec niej zdały. Nie pomogły ani staranne przygotowania rządów, ani zamknięcie granic, ani też pokorne modlitwy, procesje i wszelkie pobożne dzieła...

Czekaj, czekaj, ależ zagalopowałem się, przecież już ktoś to napisał... Może nie dokładnie to samo, może nie dokładnie w ten sposób, jednak pamiętam, że kiedyś gdzieś coś podobnego czytałem lub słyszałem... A nawet jeśli tak, to co? Przecież nie ma nic nowego pod słońcem w tym najlepszym ze wszystkich możliwych światów. Więc niech ten fragment zostanie, niech będzie nauką, że nie ma absolutnie nic nowego ani w naturze, ani w kulturze, ani w historii ludzkości. Niech będzie przestrogą, żeby nikt nie powiedział: „Patrz, oto jest coś nowego”. Już bowiem wydarzyło się to w wiekach, które były przed nami. Niech świadczy, że kręcimy się w błędnym kole na diabelskim młynie w nie bardzo wesołym miasteczku i popełniamy te same błędy. Oczywiście, wolałbym, żeby historia zataczała koło ratunkowe, ale niestety. Niestety.

* * *

Błogosławieni ci, którzy żyli tak krótko, że nie zdążyli zmarnować życia.

* * *

Czytałem wiadomości i bolało mnie serce. Słuchałem wiadomości i dostałem skrętu kiszek. Oglądałem wiadomości i na trzecim oku wyskoczył mi jęczmień. Po tym wszystkim bardzo dokładnie umyłem ręce, uszy, serce, umysł i gałki oczne. Jednak mydło antybakteryjne nie pomogło, bo wkrótce wpadłem w złe towarzystwo depresji.

Morał: bakcyl informacyjny jest wyjątkowo niebezpieczny dla rodzaju ludzkiego. Co gorsza, układ nerwowy człowieka jest bardzo nerwowym układem, a szare komórki to po prostu szara masa.

* * *

Piszę do szuflady, ale ona mi nie odpisuje.

* * *

Zwykle jak zamykam się w sobie, to biorę kanapki i coś do picia. Jednak tym razem wygląda na to, że samoizolacja będzie trwać długo. Więc trzeba zrobić porządne zakupy, żeby jak najmniej wychodzić z domu, tym bardziej, że zewsząd docierają wiadomości, iż ludzie wykupują wszystko, co się da, oblegając sklepy żywnościowe i apteki. Zaiste czuwa nad nami Oko Zaopatrzności. Ale dlaczego ono jest krótkowzroczne?

* * *

Jak tylko obudziłem się, wypiłem kieliszek wódki. Owszem, kieliszek wódki. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień piąty.

* * *

Połykam wiadomości z kraju i świata, które działają jak pigułki gwałtu na zdrowy rozsądek. Odnoszę wrażenie, że większość polityków i rządzących pozuje na wielkich mężów stanu, którzy dzielnie walczą z epidemią, podejmując prawidłowe decyzje w trosce o dobro obywateli. Oni zawsze bezbłędnie rozwiązują problemy, jak podstawowe równania, oczekując na stopień celujący w kolejnych wyborach. Zapominają jednak, że w życiu – w odróżnieniu od matematyki – są nie tylko urojone jednostki, ale też urojone zera.

* * *

Małpa zepsuła się, jak stała się człowiekiem.

* * *

Choroba i kwarantanna spowodowały istotne zaburzenie społecznej i psychologicznej czasoprzestrzeni, polegające na tym, że ilość wolnego czasu się zwiększyła, natomiast wolna przestrzeń się kurczy. Zakazany został wstęp do parków, zakazany został wstęp do lasów, pozostały nam tylko apteki, sklepy oraz całodobowy dostęp do kultury w monopolowych. Wzbiera się we mnie przeczucie, że zostaliśmy udomowieni przez wirusa na wieki. Cóż mam ze sobą zrobić w tej wiecznej czastrzeni? Co powinienem czynić, ja, bezrobotny i samotny filozof, uwięziony w czterech ścianach niczym Boecjusz? Naturalnie, że pocieszać się filozofią, bo tylko to mi pozostaje. Otóż będę świat i siebie myślą zgłębiał oraz książki czytał, ponieważ słowa „lek” i „lektura” niewątpliwie pochodzą ze wspólnego praźródła. A poza tym, jeśli długo się nic nie czyta, to myśli zaczynają w głowie dopuszczać się kazirodztwa.

* * *

Ech, już prawie czterdzieści lat jestem wcześniakiem.

* * *

Notatki z lektur pandemicznych: „Każda nie połączona wypowiedź oznacza albo substancję, albo ilość, albo jakość, albo stosunek, albo miejsce, albo czas, albo położenie, albo stan, albo działanie, albo doznawanie. Przykładem substancji jest – mówiąc ogólnie – na przykład: człowiek; ilość – siedem i pół miliarda; jakość – chory; stosunek – wymiera; miejsce – Ziemia; czas – teraz; położenie – leży; stan – biedny; działanie – boi się; doznawanie – nieszczęśliwy”. Arystoteles, Kategorie.

* * *

Problem człowieka myślącego – cały czas myśli i myśli.

* * *

Z nudów snuję się po mieszkaniu. Najpierw poszedłem do kuchni zrobić kawę, potem na balkon zapalić papierosa, ale zapomniałem dodać mleczka, więc wróciłem do lodówki. Następnie poszedłem do gabinetu, aby wybrać jakąś książkę do czytania przy kawie. Potknąłem się i rozlałem napój. Posprzątałem i zrobiłem nowy. Wreszcie dotarłem na balkon, ale zrozumiałem, że jest zimno, więc szybko wróciłem po koc. W połowie drogi ku sypialni zobaczyłem siebie w lustrze na korytarzu, ale ten w lustrze udał, że mnie nie widzi. Ja ze swojej strony też udałem, że nie zauważyłem go, i poszedłem sobie precz.

* * *

Notatki z lektur pandemicznych: „Alter ego cogito, ergo alter ego sum”. René Descartes, Medytacje o filozofii pierwszej, w których wykazuje się jasno istnienie Boga i różnicę realną pomiędzy duszą i ciałem człowieka.

* * *

Realność na kwarantannie z grubsza wygląda tak: codziennie zasypiam z poczuciem trwogi, najpierw zasypiam ja, a potem poczucie trwogi. Natomiast jak wstaję, to z koniecznością wstaję lewą ręką i od razu zaczynam budzić w sobie zainteresowanie do takiego życia, jednak zainteresowanie cały czas drzemie lub przekręca się na inny bok, mówiąc: „Odczep się...”.

* * *

Ten nieszczęsny rok, nadejście epidemii, należy uznać za kolejną cezurę w dziejach ludzkości. Boże, ileż już było tych cezur, chyba więcej niż samych dziejów... To samo się tyczy naturalnej historii świata. W przyszłości bowiem każdą następną wiosnę i jesień, czyli okresy powrotu koronawirusa, będziemy rozpoznawać nie tylko po ptakach, które wracają z lub odlatują do ciepłych krajów, lecz również po foliowych torebkach i ochronnych rękawiczkach. Wiosną będą one wesoło fruwać pomiędzy blokami, gromadząc się obok supermarketów, na osiedlach i w parkach lub wijąc swoje gniazda w krzewach i konarach drzew. Jesienią zaś będą zdobić miejską przestrzeń niczym zwiędłe liście, obumierając wraz z nami.

W raporcie bezstronnego patologa, który będzie robił sekcję zwłok, aby ustalić przyczynę śmierci naszej cywilizacji, albo też na jej przepięknym grobie ze śmieci – drobnymi literkami będzie napisane prawie nieczytelne epitafium: „Popełniła samobójstwo wskutek instynktu samozachowawczego”.

* * *

Co by się nie działo – pamiętaj, że nie należy brać sobie do serca na czczo.

* * *

Wiosna już za pasem, więc przejrzałem swoją garderobę nie tylko pod kątem zmiany pór roku, lecz także aby dostosować się do sytuacji pandemicznej. Okazało się, że jestem świetnie przygotowany, bo poza maseczką i rękawiczkami mam: kolumbijski krawat, hiszpańskie buty, maskę wstydu, rękawice bokserskie, pas cnoty i koronę cierniową. Teraz zostało tylko kupić kaftan bezpieczeństwa, ale trochę jeszcze z tym poczekam, pewnie do lata.

* * *

Wirus wpływa na nasz ubiór. Maseczka nie tylko stała się podstawowym elementem ubrania, ale też dopasowuje się do mody, a być może nawet dyktuje ją. Aby tylko nie stała się ostatnim krzykiem przerażenia mody. 

* * *

Gdy w łóżku leżałem i sam ze sobą w milczeniu o sytuacji koronawirusowej rozmyślałem, każąc pióru smutne myśli w Dziennik zapisywać, nagle wydało mi się, że u wezgłowia mego stanęła postać męża o wielce czcigodnym obliczu i oczach gorejących. Od całej postaci ślepiące światło emanowało, a jej wzrost trudno było ocenić, bo raz miała wymiary zwyczajnego człowieka, a kiedy indziej wydawało się, że swoją głową przebija niebo. W prawej ręce nieznajomy mąż trzymał księgę, a w lewej cyrkiel, po czym zrozumiałem, że jest wielkim mędrcem. A gdy przystąpił do mnie bliżej i usiadł na samym skraju mojego łoża, to poznałem w tym przybyszu Ludwiga Wittgensteina, który otworzył księgę i przeczytał fragment Traktatu logiko-pandemicznego:

1.   Świat jest wszystkim, co jest chorobą.

1.1 Świat jest ogółem chorób, nie pacjentów.

1.2 Świat jest wyznaczony przez choroby oraz przez to, że są to wszystkie choroby.

1.3 Ogół chorób wyznacza bowiem, co jest chorobą, a także wszystko, co nią nie jest.

1.4 Światem są choroby w przestrzeni pandemicznej.

1.5 Świat rozpada się na choroby.

2.   To, co jest chorobą, jest istnieniem stanów pacjenta.

2.1 Stan pacjenta jest połączeniem symptomów.

2.2 Dla pacjenta jest istotne, że u niego występują symptomy.

2.3 Znając symptom, znamy wszystkie możliwe choroby, które występują u pacjenta.

2.4 Tworzymy sobie obraz choroby na podstawie symptomów i według tego obrazu próbujemy leczyć pacjenta.

2.5 Nie wszystkie choroby da się wyleczyć.

3.   Czego nie da się wyleczyć, o tym trzeba milczeć, więc uczcijmy chwilą ciszy pacjenta.

* * *

Epidemia odkryła mi nagą prawdę o naszym życiu – jesteśmy z gołą dupą pod gołym niebem.

* * *

W tę samą kupę – inaczej niż do rzeki

– można wstąpić dwa razy.

Heraklit nie z Efezu

Dzisiaj wieczorem po drodze do apteki wdepnąłem w kupę. Przykro, bardzo przykro, ale jednak fuck faktem, wdepnąłem. Ba, co więcej, złośliwy los sprawił, że utartą ścieżką do domu wracając, po raz drugi w te same odchody wstąpiłem. 

Owe niefortunne wydarzenie pogrążyło mnie w stanie filozoficznej zadumy. Najwidoczniej – myślałem – teza Heraklita z Efezu o ciągłym stawaniu się i zmienności bytu, wyrażona w metaforze płynącej rzeki, do której niepodobna wstąpić dwa razy, ma swoje ograniczenia. W dziedzinie gówna okazuje się to całkiem możliwe. Chociaż podwójne zaliczenie tej samej kupy, przy czym tą samą prawą nogą, również może służyć jako namacalny i empiryczny dowód innej Heraklitejskiej koncepcji. Sporo pisał o niej też Friedrich Nietzsche, a mianowicie – koncepcji wiecznego powrotu tego samego... No właśnie, właśnie, a jeszcze Sigmund Freud uczył o przymusie powtarzania... i fazie analnego rozwoju... A może jednak wprost przeciwnie, rację ma Parmenides z Elei, twierdząc, że byt jest wieczny, niezmienny, jedyny i niepodzielny, więc w naszym życiu nic się nie zmienia i w ogóle nigdy nie wychodzimy z tej samej kupy?

I tak wracając do domu w nieprzeniknionych ciemnościach nocy poznania, nieskończonymi pytaniami się dręczyłem, aż nagle znów wstąpiłem w jakąś kupę, ale już lewą nogą. W goryczy serca powiedziałem do siebie: „Zachciało ci się mądrości, zachciało ci się zbadać tajemnice filozofii i poznać rzeczy na niebie, a nie znasz tego i nie widzisz, co masz przed sobą i pod nogami swoimi. Lepiej uczyć się na własnych błędach, zamiast główkować o byle gównie. Szybko wracaj, żeby umyć buty, bo śmierdzi niemiłosiernie! Tu nawet maseczka ochrona przed wirusem i smogiem bezradna”.

* * *

Kuszę los, ale on jest obojętny.

* * *

Bardzo zazdroszczę ludziom, którzy mają działkę lub domek z ogródkiem, lub od biedy przynajmniej willę. O wiele łatwiej znieść izolację, będąc bliżej natury, to pewne. Jednak też mam farta, bo jestem dziedzicem, gdyż balkon posiadam. W obecnych czasach mieszkanie z balkonem to luksus, przepych, szyk i wystawność życia.

Owszem, wolałbym mieć niewielki, lecz zewsząd chędogi, dom wśród pól położony nad brzegiem ruczaju, na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju. A obok domku stałaby stodoła, przy której trzy stogi użątku, dookoła zaś okolica obfita w zboża. Mieszkałbym tam wraz z dostatkiem i porządkiem, a brama byłaby wciąż otwarta, przechodniom głośno ogłaszając, że wszystkich gościnnie zapraszam...

Ależ mnie poniosło, przecież jeszcze nie piłem niczego, ale jednak mnie poniosło w sentymentalną podróż marzyciela jak Jana Jakuba Tkliwego. Trzeba jednak wracać do ponurej rzeczywistości, bo mamy to, co mamy, a jest to epidemia koronawirusa, czyli licho, kiepsko, źle i przechlapane. Lepiej już bujać się w fotelu niż w obłokach, bo jeśli spadniesz, to przynajmniej się nie zabijesz. I szczęśliwy ten, kto w czasach owej zarazy balkon posiada, a ja go posiadam, więc wychodzę tam palić, bujam się w fotelu, kawkę popijam, książki mądre czytam, w promieniach słońca się kąpię, z wróblami i drzewami rozmawiam oraz do nielicznych ludzi macham, błogosławiąc te rzadkie okazy jak Papież. Ech, jak mało człowiekowi trzeba, gdy wszystko ma.

* * *

Na kwarantannie odmawiam sobie wszystkiego, czego nie chcę.

* * *

Pamiętaj, że w tym nędznym trwaniu najważniejsze jest trzymanie przynajmniej jednometrowego dystansu między rozpaczą a brakiem nadziei.

* * *

Nigdy wcześniej w swoim życiu nie spędzałem aż tyle czasu przed lustrem jak teraz. Nakłoniła mnie do tego lektura Diogenesa Laertiosa, który opowiada w Żywotach, że Sokrates zalecał młodzieńcom, „by jak najczęściej przeglądali się w zwierciadle; pięknym będzie to przypominać – mówił – aby się zachowywali odpowiednio do swego wyglądu, brzydkim zaś, że zdobywając wiedzę, będą mogli zakryć swoją szpetotę”. Chociaż młodzieńcem nie jestem, jednak Sokratesa szanuję, więc postanowiłem poznać samego siebie. Usiadłem przed lustrem i zacząłem obserwować w nim swoją twarz.

Owa aktywność ma swoje zalety, szczególnie jeśli jesteś samotny, ponieważ stwarza iluzję obecności innej osoby. Ma też strony ujemne, bo lustro często podważa nasze wyobrażenia o sobie. Właśnie tak się stało w moim przypadku. Pamiętałem siebie pięknym, a okazało się, że jestem brzydki. Odnotowałem pojawienie się nowych i metamorfozy starych zmarszczek. Próbuję się pogodzić z przemijaniem, ale jest to cholernie trudne wyzwanie, bo zestarzała morda okropnie tęskni za ryjem utraconym.

* * *

Na kwarantannie zupełnie przestałem grzeszyć, nie grzeszę ani urodą, ani rozumem.

* * *

Napis na krzywym zwierciadle: „Prostuję krzywe mordy”. Ech, a co wyprostuje krzywą zachorowań?

* * *

Z dzisiejszych wiadomości: „...w związku z koronawirusem ich pierwszy pocałunek okazał się ostatnim...”.

* * *

Na kwarantannie wszystko dzieje się inaczej, niż być powinno, czyli na opak i po prostu źle. Ot, na przykład, wczoraj zasnąłem, ale nie zdążyłem się położyć, a dzisiaj wstałem, ale zapomniałem się obudzić. Natomiast dobrze wiem, że jutro jak już się położę, to będę leżał odłogiem na swoim sumieniu, cały czas kręcąc się w kółko i przestępując z nogi na nogę.

* * *

Bardzo pocieszającą myśl, która na duchu podnosi i serce strudzone pokrzepia: każdy zanim umrze – żyje.

* * *

Głęboka noc. Na niebie groźnie wisi bladoróżowy, ale diabelsko piękny księżyc. Wszędzie cisza, wyraźnie słychać, jak na dole, w trawie, harcuje samotny wędrowiec jeż. Palę na balkonie (trzy piętra od człowieka i czasu), myśląc o Nietzscheańskiej koncepcji wiecznego powrotu i wirusie, który tak niespodziewanie zaatakował drzemiącą w samouwielbieniu ludzkość. Zastanawiam się, rzecz jasna, nie nad tym, że wirus powróci, bo oczywiście że to zrobi – nie jesienią, to wiosną, nie w tym roku, to w następnym. W zasadzie o tym mówić jest za wcześnie, ponieważ choroba nawet jeszcze nie odeszła. Zarazy tej już się nie pozbędziemy, tak jak nie mogę pozbyć się palenia. Nie damy rady również zerwać z innymi nałogami – na przykład – z natrętnym, jak biegunka, myciem rąk. Zastanawiam się jednak nad czymś innym... 

Nagle tok mojego rozumowania przerywa podjeżdżająca do bloku taksówka. Wysiada dwóch, którzy pośpiesznie kierują się w stronę krzaków. Widać, że porządnie nawaleni, bo kołyszą się jak kobiece biodra w rytmie samby. Za chwilę w ciszy rozbrzmiewa dźwięk burzliwych strumieni i radosne westchnienia, a mnie ogarnia sprzeczność uczuć. Z jednej strony, jestem oburzony, gdyż oddają hołd naturze wprost pod moim balkonem, ignorując moją – może i niewidzialną – ale wszakże obecność. Jednak z drugiej strony, jestem zazdrosny, bo najwidoczniej oni należą do tych pięknoduchów, którzy lekceważą chorobę. Plują w twarz niebezpieczeństwu, uważają, że najlepszym lekarstwem na zarazę jest nie myśleć o niej, pić tęgo i żyć wesoło. Wszystkie swoje pragnienia zaspokajają i śmieją się z tego, co wokół się dzieje. Mnie zaś nie stać na takie podejście do życia, cały czas się boję i bez przestanku myślę o chorobie. I właściwie, gdzie oni tak się narąbali, przecież wszystko jest zamknięte? Nie chcąc tego, podsłuchuję ich rozmowę.

– Kurwa, stary, tyle piwa wychlałem, myślałem, że posikam się w gacie. Jaka to ulga, wniebowzięcie...

– A wiesz, że jest taka teoria, że dusza człowieka znajduje się w pęcherzu moczowym? Właśnie dlatego, gdy po długim naparciu wreszcie już lejesz, odczuwasz taką ulgę.

– Wiem. To ja wymyśliłem.

– Pierdolisz, to ja!

Głośno się śmieją. Dalej słychać szmer strumieni i radosne westchnienia. Pomyślałem sobie, że ci dwoje daliby twierdzącą odpowiedź na pokuszenie Nietzscheańskiego demona: „Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy. I nie będzie nic nowego, tylko każdy ból, i każda rozkosz, i każda myśl, i westchnienie, i najsamotniejsze samotności, i uniesienie, i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi. Wszystko w tym samym porządku i następstwie, z tymi samymi idiotyzmami, pomyłkami i ogólną przegraną – tak samo ta noc, i ten bladoróżowy księżyc, i ta kupa, co w nią wczoraj wdepnąłeś, i koronawirus, i ci dwaj, co sikają... Czy chcesz tego jeszcze raz i jeszcze niezliczone razy”?. Niekoniecznie chciałbym znowu spotkać tych dwóch pod moim balkonem, ale demonowi powiedziałbym – tak. Ponieważ największy ciężar życia, niech z koronawirusem i z kwarantanną, jest o wiele lepszy niż całkiem znośna lekkość nieistnienia.

* * *

Język polski jest bardzo nihilistycznym językiem, w słowie „istnienie” tkwi podwójne zaprzeczenie bycia: ist-nie-nie.

* * *

Jesteśmy skazani na karę życia przez powolne uduszenie szczęściem. 

* * *

Nie jestem prorokiem ani synem proroka – jak lubił mawiać prorok Amos – jednak już teraz dobrze wiem, że ta większa część ludzkości, która ocaleje po żniwach koronawirusowych, mimo że będzie znerwicowana i nieco zubożała, dość szybko wykształtuje w świadomości wyobrażenie o okresie poprzedzającym epidemię jako belle époque. Nasi potomkowie ze łzami w oczach będą wspominać rzekome lata beztroski, bezpieczeństwa, dobrobytu i pokoju, być może nawet wymyślą sobie mityczną postać dobrotliwego władcy, cesarza Franciszka Józefa II.

* * *

Dzisiaj cały dzień spałem, budziłem się, spałem, budziłem się i znowu spałem. Prowadzę bogate życie duchowe.

* * *

Mieszkanie to obóz pracy twórczej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki