Pod skrzydłem anioła - Hanna Babińska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 132 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pod skrzydłem anioła - Hanna Babińska

Sara to szesnastoletnia dziewczyna, pozornie zwykła nastolatka. Jednak od zawsze czuła w pobliżu obecność kogoś jeszcze… Podczas podróży do babci na wieś ginie jej torebka, w której były dokumenty, pieniądze i telefon. Pomoc oferuje jej starszy pan, który zaprasza ją do siebie. W jego domu Sara spotyka grono młodzieży, którą opiekuje się starszy człowiek wraz z żoną. Nieoczekiwanie okazuje się, że nie jest to zwykła rodzina. Żyją według określonych zasad. Sara jest zaskoczona, ale początkowo nie widzi w tym nic złego. Do czasu, gdy zaczynają się dziać dziwne rzeczy...

 

Autorka jest magistrem germanistyki i magistrem pedagogiki. Uczy w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Bytowie języka niemieckiego. Tutaj się urodziła, mieszka i pracuje. Ma męża Krzysztofa, dwie córki (Julcia-10, Madzia-16 lat), trzy koty i psa:) Uwielbia szydełkować, tworzyć (ostatnio metodą de coupage), a przede wszystkim pisać.

Opinie o ebooku Pod skrzydłem anioła - Hanna Babińska

Fragment ebooka Pod skrzydłem anioła - Hanna Babińska





Strona redakcyjna


PROLOG

Każdy z nas jest aniołem z jednym skrzydłem.

Jeśli chcemy pofrunąć, musimy się mocno objąć.

Luciano de Crescendo

Był ze mną, odkąd tylko sięgam pamięcią. Czułam jego obecność od zawsze. Był ze mną, gdy szczęście zalewało moje serce; gdy z zachwytem patrzyłam po raz pierwszy na morze i brnęłam w miękkim, ciepłym piasku po plaży; gdy smutek cicho wkradał się pod moją poduszkę, bo ktoś wyrządził mi przykrość; gdy rozbiłam sobie kolano podczas pierwszej próby jazdy na rowerze i szlochałam cicho z bólu; gdy co roku zdmuchiwałam świeczki na torcie urodzinowym, a wszyscy wokół śpiewali głośne Sto lat. Wiedziałam, że jest blisko, tuż za moimi plecami, że szepcze mi do ucha, co jest dobre, a co złe. Czułam od zawsze, że jest ze mną, ale zobaczyłam go po raz pierwszy pewnego majowego dnia. Był to dzień moich szesnastych urodzin. Dzień, który już na zawsze odmienił moje życie. Ponieważ ON się w nim pojawił...


ROZDZIAŁ I

Niespiesznie wracałam do domu z lekcji angielskiego, która tego dnia wyjątkowo się dłużyła. Czterdzieści pięć minut w dusznej klasie podczas pięknego, słonecznego dnia nie było czymś, o czym marzyłam, i to w dniu swoich urodzin. Perspektywa świętowania urodzin również nie była szczytem moich marzeń. Oczyma wyobraźni widziałam już mamę krzątającą się w kuchni przy sałatkach, które tak uwielbiała robić, eksperymentując z coraz to nowymi przepisami. Widziałam też tatę, który tylko czekał na znak od mamy, żeby rozpalić grilla, co w jego wykonaniu przypominało istny rytuał ognia. Można by rzec, że był jak harcerz, którego należy dopingować okrzykiem: „Jedną zapałką! Jedną zapałką!”. To porównanie przywołało uśmiech na mojej twarzy, uśmiech, który ostatnio coraz rzadziej gościł na moich ustach. Można oczywiście sprowadzić wszystko do dojrzewania, burzy hormonów i takich tam, ale ja wiedziałam, że było to coś więcej. Coraz rzadziej znajdowałam powody do radości, do beztroskiego, spontanicznego śmiechu, do zabawy i spotykania się z przyjaciółmi. Czułam się jak w czarnej dziurze. Wszystko było bez sensu, bez perspektyw, nic mnie nie cieszyło. Może to tylko wiosenne przesilenie – wmawiałam sobie. Ale w głębi duszy wiedziałam, że po prostu czegoś mi brak. Miałam wyrzuty sumienia, że myślę w ten sposób, bo czegóż mi brakowało do szczęścia? Miałam kochających rodziców, przyjaciół, wielu znajomych, a jednak...

Promienie słońca lekko gładziły moją twarz, jakby mówiły mi: „Uśmiechnij się, świat jest piękny!”. I był. Nie mogłam się oprzeć tej radosnej chwili i przechodząc obok parku, usiadłam na ławce. Do domu było już niedaleko, a ja starałam się jak najbardziej wydłużyć tę chwilę samotności, spokoju i ciszy, wiedząc, że za kilka minut czar pryśnie i będę musiała stanąć oko w oko z tłumem gości. Przymknęłam oczy i wsłuchiwałam się w świergot ptaków i szum liści oraz delektowałam się zapachem wiosny, wonią bzu i sosen rosnących w parku. „Oto uroki życia w małym miasteczku” – pomyślałam. Cisza i spokój, świeże powietrze. Westchnęłam.

W pewnej chwili poczułam na sobie czyjś wzrok. Zdziwiona otworzyłam oczy i wtedy GO ujrzałam. Stał po drugiej stronie ścieżki, oparty niedbale o drzewo, z założonymi rękami. Zaparło mi dech w piersiach. „Zasnęłam i jestem w niebie” – pomyślałam. Był taki piękny! Patrzył na mnie nieodgadnionym
wzrokiem, ni to z zainteresowaniem, ni z rozbawieniem. Miał oczy w kształcie migdałów, o barwie lazuru Adriatyku i nieba w jednym. Ciemna grzywka niesfornie opadała mu na czoło. Patrzyłam w jego błękitne oczy jak zahipnotyzowana i nie mogłam się od nich oderwać. Zmarszczyłam brwi, usiłując sobie przypomnieć, skąd go znam. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że widzę go po raz pierwszy w życiu, a jednak wydawał mi się taki znajomy. „Jak to możliwe?” – myślałam gorączkowo i przymknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, jego już nie było. Zerwałam się z ławki zdezorientowana i rozejrzałam na wszystkie strony, ale nieznajomy po prostu rozpłynął się w powietrzu. A przecież zamknęłam oczy jedynie na ułamek sekundy. Może jednak zdrzemnęłam się na ławce i wszystko mi się przyśniło? Spojrzałam na zegarek i to sprowadziło mnie na ziemię. Było już po piątej, więc wszyscy zaczęli się zapewne niepokoić moją nieobecnością. Ruszyłam biegiem w stronę domu. Nadal nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to nie był sen, a chłopaka znam od zawsze, choć nieprawdopodobne było nie spotkać go w moim małym miasteczku, gdzie wszyscy znali się jak łyse konie. Chodziłam do gimnazjum, które przylegało do budynku liceum, więc gdyby nawet był starszy ode mnie, nie mogłabym go przegapić. Nie kogoś tak pięknego!

Wpadłam do domu z impetem i w drzwiach zderzyłam się z mamą, która niosła akurat tacę z sałatkami. Na szczęście wykazała się niezłym refleksem i zdołała utrzymać tacę w pozycji poziomej.

– Nareszcie jesteś, Saro! – Zganiła mnie spojrzeniem. – Wszyscy już na ciebie czekają.

– Przepraszam. – Spuściłam wzrok. – Od dawna nie było tak pięknego dnia. Zapomniałam już, jak wygląda słońce.

– To prawda. – Mama się zaśmiała. – To była wyjątkowo długa zima i wyjątkowo paskudna wiosna. Chyba zamówiłaś sobie pogodę na urodziny.

– Pomóc ci? – spytałam, patrząc wymownie na tacę z sałatkami.

– Wszystko już gotowe. – Wzruszyła tylko ramionami i uśmiech zgasł na jej twarzy. – Zanim pójdziemy do gości, muszę ci o czymś powiedzieć.

Zaniepokoiłam się i spojrzałam w okno. Gdy GO ujrzałam, ugięły się pode mną kolana. „To niemożliwe...” – zdążyłam tylko pomyśleć. Stał w grupie gości, obok cioci Ewy. Stał i patrzył wprost na mnie z tym swoim tajemniczym uśmiechem na ustach.

– Kto to? – wyszeptałam tylko.

– No właśnie... O tym chciałam z tobą porozmawiać. – Mama odstawiła tacę, ujęła mnie pod ramię i poprowadziła w kierunku kuchni. – To syn cioci Ewy i wujka Adama.

– Jak to syn? – Zdumiona uniosłam brwi. – Przecież oni nie mogą mieć dzieci.

Zabrzmiało to niegrzecznie. Dla nikogo nie było tajemnicą, że ciocia Ewa nie może mieć własnych dzieci, jednak nikt nigdy głośno o tym nie mówił. Ciocia Ewa była naszą sąsiadką i nie łączyły nas z nią żadne więzy krwi. Łączyła ją jednak z moją mamą głęboka przyjaźń, więc zżyliśmy się z nią i jej mężem tak bardzo, że traktowaliśmy ich oboje, jakby byli naszymi krewnymi. Największym chyba jednak absurdem na świecie był fakt, że ta ciepła i pełna miłości kobieta nigdy nie urodzi dziecka, ona, która była wręcz stworzona do macierzyństwa. Adam i Ewa, którzy nigdy nie będą mieli dzieci – brzmiało to jak jakiś żart.

– Ciocia z wujkiem postanowili adoptować tego chłopca. – Słowa mamy wyrwały mnie z zadumy.

– Jak to? – Nie mogłam wykrztusić nic więcej. ON miałby mieszkać obok mnie? – Dlaczego nic mi wcześniej nie powiedziałaś? – spytałam z wyrzutem.

– To nie takie proste... – westchnęła. – Obiecałam Ewie, że nie powiem nikomu, dopóki nie będą mieli pewności, że Daniel naprawdę zostanie ich synem. Procedury adopcyjne nie są takie proste. Ciocia z wujkiem mają już swoje lata, więc adopcja malucha nie wchodziła w grę, a adopcja prawie już dorosłego mężczyzny nie była łatwą decyzją. Daniel ma siedemnaście lat, więc uznaję, że jest prawie dorosły – dodała.

Daniel... – zaśpiewało mi w duszy – więc tak ma na imię.

– Jednak gdy tylko go poznali – kontynuowała mama – wiedzieli, że podjęli słuszną decyzję. Ewa powiedziała, że odniosła wrażenie, jakby właśnie na nich czekał, a oni na niego.

– To niesamowite... – szepnęłam bardziej do siebie niż do mamy.

– Prawda? – Uśmiechnęła się. – Też myślę, że to niesamowite.

Jej przyjaciółka została matką, więc mama cieszyła się jej szczęściem. A szczęście malowało się na twarzy cioci Ewy już z daleka. Patrzyła z dumą i zachwytem na swojego syna. Nie mogłam się przyzwyczaić do myśli, że mam nowego sąsiada.

– Czas już wyjść do gości, co? – Mama wzięła tacę i wyszłyśmy razem do ogrodu.

– Znalazła się zguba! – wykrzyknął tata, machając widelcem na powitanie.

Wszyscy ruszyli w moim kierunku niczym szarańcza, prześcigając się w życzeniach, ściskając mnie i wręczając mi kwiaty i upominki. Ja jednak niczego nie słyszałam, nie czułam, nie widziałam. Patrzyłam tylko na niego. Na Daniela. Stał poza tą całą rozwrzeszczaną zgrają i uśmiechał się do mnie. Jako ostatni podeszli ciocia Ewa z wujkiem Adamem.

– Saro... – nieśmiało zaczęła ciocia – życzymy ci wszystkiego najlepszego w dniu twoich szesnastych urodzin. Aby spełniły się twoje najskrytsze marzenia... – Urwała i pochyliła się nade mną, dodając szeptem: – Przepraszam, że dowiedziałaś się dopiero teraz...

Wiedziałam, że mówi o adopcji Daniela. Ale ona nie wiedziała, że był to najlepszy prezent, jakim mogła mnie obdarować. Uśmiechnęłam się tylko i mocno ją przytuliłam.

– Dziękuję – powiedziałam cicho. – To może nas sobie przedstawisz? Choć wydaje mi się, że spotkaliśmy się przed chwilą, gdy wracałam z angielskiego.

Ciocia spojrzała na mnie zdumiona.

– To raczej niemożliwe. Daniel był cały czas z nami. Pomagał przygotować przyjęcie. Musiałaś go z kimś pomylić.

Nie zdołałam nic dodać, bo nagle Daniel stanął przede mną.

– Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.

Usłyszałam jego niski głos o ciepłej barwie, a spojrzenie, którym mnie obdarzył, sprawiło, że ugięły się pode mną kolana. Czyżby tak wyglądała miłość od pierwszego wejrzenia? Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ktoś, kogo widzimy pierwszy raz w życiu, robi na nas takie wrażenie? Otrzeźwiałam nagle. Nie pierwszy, lecz drugi raz w życiu!

– Dziękuję – odparłam, a gdy ciocia z wujkiem się oddalili, dodałam: – Chyba się już dzisiaj spotkaliśmy.

– Chyba nie... – Odwrócił nagle wzrok i zupełnie zbił mnie z tropu.

– Ale... stałeś przecież pod drzewem, tam w parku... przed chwilą... – plątałam się.

– Chyba mnie z kimś pomyliłaś – zacytował słowa cioci Ewy. – Chodź, powinniśmy dołączyć do gości – uciął krótko i ujął mnie pod ramię, prowadząc w kierunku stołu.

Jego dotyk sprawił, że moje ciało przeszedł dreszcz.

– Zimno ci? – spytał z troską w głosie. – Drżysz.

– Trochę... – skłamałam. Nie mogłam mu przecież powiedzieć, że to jego dotyk sprawił, że cała drżałam.

– Komu kiełbaskę? – krzyknął tata.

„Ja chcę! Ja chcę!” – krzyczeli moi zawsze głodni kuzyni. Spojrzałam na nich z uśmiechem i usiadłam między swoimi dwiema najlepszymi przyjaciółkami, Izą i Eweliną. Już z daleka widziałam ich zaciekawione spojrzenia, które mówiły: „Kim on jest?”. Daniel usiadł obok cioci Ewy, która nadal patrzyła na niego rozpromieniona.

– Skąd ty go wytrzasnęłaś? – szepnęła Iza, nachylając się do mnie.

– Kogo? – udałam zdziwienie.

– No wiesz! – Spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Chodzi ci o Daniela – raczej stwierdziłam, niż zapytałam. – Przyszedł z ciocią Ewą i wujkiem Adamem. To ich syn. Przed chwilą go poznałam.

– No, no! Akurat! – burknęła. – Widzę przecież, jak na ciebie patrzy. Jak długo się znacie?

– Przecież ci mówię, że poznałam go przed chwilą! – warknęłam.

– Nie chcesz, nie mów. – Obrażona wzruszyła ramionami.

– Daj jej spokój – wtrąciła Ewelina. – Widzisz, że chce go tylko dla siebie – zażartowała.

– Przestańcie! Naprawdę dopiero go poznałam.

Nie uwierzyły mi, ale i tak nie było warunków do rozmowy, a tym bardziej do sprzeczki, ponieważ tata tubalnym głosem zaintonował Sto lat!, więc wszyscy poszli za jego przykładem. Siedziałam zawstydzona, marząc tylko o tym, aby przyjęcie się skończyło. Nienawidziłam być w centrum uwagi. Moim azylem był mój pokój. Tam mogłam być sama ze swoimi myślami, z moją muzyką, moimi książkami. Dobrze, że miałam Izę i Ewelinę, które starały się wyciągać mnie z domu jak najczęściej, w przeciwnym razie przyrosłabym chyba do łóżka z książką w dłoni. Większość znajomych uważała mnie za dziwaka i raczej mnie unikała, niż zapraszała gdziekolwiek. Nie lubiłam zresztą chodzić na dyskoteki, imprezy ani włóczyć się po mieście, nie zwracałam uwagi na markowe stroje, nie słuchałam tej samej muzyki, co większość nastolatków, a ponadto, czego już w ogóle nie mogli pojąć, uwielbiałam czytać książki. To był mój świat i moi przyjaciele. Choć miałam w pokoju komputer, służył mi on bardziej do nauki i poszukiwania informacji niż do uczestniczenia w portalach społecznościowych i gadania o niczym z nie wiadomo kim. Byłam po prostu inna niż oni, a to kłóciło się z ich wyobrażeniem o normalności. Iza i Ewelina akceptowały mnie jednak taką, jaką byłam. Mimo że próbowały wciągnąć mnie w to „normalne” życie nastolatków, nie próbowały mnie zmienić, za co byłam im niezmiernie wdzięczna. Czasami nawet dziwiłam się tej naszej dziwnej przyjaźni, ponieważ one tak bardzo różniły się ode mnie. Na pierwszy rzut oka można by je wziąć za siostry. Obie miały jasne, proste i długie włosy, często tak samo uczesane. Ubierały się również podobnie; dużą wagę przywiązywały do mody, a bycie trendy było priorytetem. Ja byłam brunetką, dla której moda i wszystko, co modne, mogłoby nie istnieć. Mimo to trzymałyśmy się razem, lubiłyśmy swoje towarzystwo, swoje sprzeczki i małe tajemnice. Obserwując je teraz, miałam jednak wrażenie, iż oddalają się ode mnie i mają mi za złe, że miałam tajemnicę, której im nie powierzyłam. Siedziały nadąsane, szepcząc sobie coś do ucha.

Przez cały wieczór czułam na sobie badawczy wzrok Daniela, starałam się jednak jak najrzadziej spoglądać w jego stronę. Jego obecność sprawiała, że nie czułam się swobodnie. Czekałam tylko, aż przyjęcie się skończy i będę mogła pójść do swojego pokoju, aby wszystko spokojnie przemyśleć. Mój niepokój narastał, gdy tylko zaczynałam myśleć o dziwnym spotkaniu w parku. Dlaczego skłamał? Dlaczego nie przyznał, że tam był? Byłam skołowana. Przez całe przyjęcie nie mieliśmy nawet okazji, aby porozmawiać w cztery oczy.

Gdy wszyscy goście poszli już do domu, pomogłam mamie posprzątać. Zmywałam naczynia, gdy mama weszła do kuchni.

– Jest bardzo miły, prawda? – rzekła ni stąd, ni zowąd.

Talerz wypadł mi prawie z ręki. Czułam, jakby czytała w moich myślach.

– Kto? – udałam zdziwienie.

– Daniel – odparła takim tonem, jakbyśmy rozmawiały o nim już od co najmniej godziny. – Tak dobrze wychowany i ułożony. Aż dziw bierze, że wychowywał się w tylu rodzinach zastępczych.

– Tylu?

– Wielu, Saro... Zbyt wielu... – Posmutniała, ale nagle się uśmiechnęła. – Dobrze, że w końcu zamieszka tu ktoś w twoim wieku. Może zaczniesz gdzieś wychodzić, zamiast całymi dniami przesiadywać w swoim pokoju.

– Dlaczego myślisz, że będę gdzieś wychodzić tylko dlatego, że Daniel zamieszkał obok nas? – powiedziałam niegrzecznie.

Zbiłam ją tym nieco z tropu, bo zawahała się, zanim odparła:

– No... Myślę, że będzie miło, jeżeli poznasz go ze swoimi znajomymi. Pamiętaj, że jest tu nowy i nie będzie mu łatwo. Przynajmniej na początku.

– Nie sprawia wrażenia kogoś, komu trudno nawiązywać kontakty. – Spojrzałam w końcu na mamę. – Szukasz mi chyba na siłę przyjaciela.

– Po prostu się o ciebie martwię. – Wzruszyła beztrosko ramionami.

– Wiem. Ale niepotrzebnie. – Zdobyłam się na uśmiech. – Jestem zmęczona. Idę spać. Dobrze, że jutro sobota, przynajmniej się wyśpię. – Ziewnęłam szeroko, dając tym samym znak, że rozmowę na temat Daniela uważam za zakończoną.

– Dobranoc, córeńko. – Mama cmoknęła mnie w czoło.

– Dobranoc, mamuś!

Noc miałam pełną przedziwnych snów. Śnił mi się oczywiście Daniel, co nie było takie dziwne, w końcu cały wieczór myślałam tylko o nim. Jednak w moim śnie wyglądał inaczej. Nadal bosko, ale jednak inaczej. Coś się w nim zmieniło, coś się nie zgadzało. Czułam to prawie namacalnie. Chciałam go dotknąć, sprawdzić, co było nie tak. Nie mogłam go jednak dogonić. Pojawiał się i znikał, czekał na mnie i znikał. Biegłam, ile sił w nogach, ale ciągle traciłam go z oczu. Wydawało mi się, że gonię za cieniem. W pewnej chwili potknęłam się i upadłam. W tym samym momencie zrobiło się dziwnie ciemno. Poczułam chłód na plecach, a na ziemi ujrzałam rozciągający się cień wielkich skrzydeł. Strach sparaliżował mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie się poruszyć. Gdy podniosłam głowę, spojrzałam wprost w czerwone, skrzące się złowrogo oczy. Jeżeli oczy są rzeczywiście zwierciadłem duszy, to nigdy jeszcze nie spotkałam nikogo o tak przesiąkniętym złem wnętrzu. Nagle coś odrzuciło ciemną postać o kilka metrów ode mnie, a przed sobą ujrzałam Daniela. Wyciągnął przed siebie ręce i pomógł mi wstać.

– Kim jesteś? – szepnęłam, bo gardło nadal paraliżował mi strach.

– Jestem tu, by cię chronić – odparł równie cicho.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.