Krew i ogień - Alf Soczyński - ebook
Wydawca: My Book Kategoria: Edukacja Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krew i ogień - Alf Soczyński

Na początku 1943 na Wołyniu kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów podjęło decyzję o usunięciu wszystkich Polaków z wszystkich ziem uznawanych przez nich za ukraińskie. Idea walki o niepodległą Ukrainę przerodziła się w ludobójstwo, okrucieństwem zadziwiające nawet niemieckiego okupanta - członkowie UPA niejednokrotnie torturowali Polaków, jakby znajdując przyjemność i satysfakcję w wymyślaniu jak najbardziej wyrafinowanych sposobów uśmiercania. Krew i ogień to zbiór epizodów zapamiętanych przez naocznych świadków. Ta książka opowiada wiele przemilczanych wydarzeń i odkrywa niewygodną prawdę, którą usiłuje się zatrzeć lub przeinaczyć, stawiając zbrodniarzom pomniki chwały, jako dla bohaterów Samostijnej Ukrainy.

Opinie o ebooku Krew i ogień - Alf Soczyński

Fragment ebooka Krew i ogień - Alf Soczyński















© Copyright by Alf Soczyński 2009

ISBN 978-83-7564-208-7

Wydawnictwo My Book

www.mybook.pl

Publikacja chroniona prawem autorskim.

Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu


Motto

Krew i ogień – dwie przeciwności, a obie także są symbolami życia

Krew – jest nośnikiem i symbolem życia, ale przelana, jest nośnikiem i symbolem śmierci

Ogień – jakże ciekawy żywioł – potrafi zabijać, a mimo tego, jest także symbolem życia

Krew — życie i śmierć

Ogień — śmierć i życie


Podziękowanie

Autor dziękuje Janowi S. Jeżowi za krytyczne przejrzenie tekstu i jego korektę w trakcie przygotowywania książki do druku.


PROLOG


List do ukraińskiego przyjaciela

Wrocław, lipiec 2007

Drogi Sergiju

Wybacz, mój przyjacielu, ale muszę napisać tę książkę, chociaż wielu było temu przeciwnych. Piszę ją także dla samego siebie, aby nie umknęły mi zasłyszane w ciągu wielu lat wspomnienia.

Ta książka opowiada bowiem wiele przemilczanych wydarzeń, których nikt nie chce opowiedzieć ani Tobie, ani Twoim i moim bliskim. Patrząc na to, co robią i mówią politycy, jeszcze przez dziesiątki lat ta niewygodna prawda będzie ukrywana.

Wiem, jak trudno pogodzić się z opowiadanymi w niej wieloma, zwłaszcza okrutnymi, ale prawdziwymi historiami. Tak trudno, że wielu będzie próbowało im zaprzeczać. Tak jednak zapamiętali te historie ci, którzy mi je opowiedzieli. A byli to ludzie dobrze mi znani, bogobojni, skromni, prawdomówni i niemający żadnych powodów, aby opowiadać nieprawdę. Taka była straszna prawda o ostatnim, krwawym okresie w historii Polaków i Ukraińców.

Tylko prawda nie pozwoli powtórzyć tego złego, co wspólnie przeżyli nasi przodkowie na przestrzeni kilku setek lat.

Pragnę na końcu tego listu zadać pytanie: Czy dla tych, którzy zhańbili ideę walki o Samostijną Ukrainę zbrodniami ludobójstwa, powinno się stawiać pomniki chwały, jak dla bohaterów?

Alf Soczyński


Kula do trumny

Banderowcy czuli się coraz pewniej, coraz częściej paradowali w kilku po wsi z ledwo ukrytą za pazuchami bronią, szukali zaczepki i okazji do rozlewu krwi oraz do łatwego zysku, a właściwie grabieży. Niemal na oczach ludzi przywłaszczali sobie różne przedmioty, które sobie upodobali, czasem ironizując z okradzionych i strasząc. Robili się coraz bardziej natrętni, pewni siebie, zadziorni i nachalnie prowokacyjni. Zaczepiali co ładniejsze kobiety, nawet mężatki, obmacywali je, chwytali za ręce i włosy, próbowali przewracać, zrywać z nich odzież, czyniąc im nieprzyzwoite propozycje.

Na podwórze dziadka Władka, wtedy pięćdziesięciolatka, weszli pewnego dnia dwaj uzbrojeni banderowcy. Gdy ich zauważył przez okno, wybiegł na ganek, aby zapytać, czego chcą od niego. Nie chciał ich wpuścić do chaty, bojąc się bliskiego kontaktu z nimi jak zarazy. Zdenerwowany perspektywą spotkania z nimi w czterech ścianach domu, chciał ich pogonić od progu.

Czego tu szukacie, tutaj wy nic nie zgubili – zawołał.

– Zaraz zobaczymy, a może jest tu coś naszego – na ich twarzach malował się obraz bezkarnej arogancji i poczucia własnej wyższości, wynikającej z przekonania o swojej przewadze.

– Ja do was niczego nie mam i nic od was nie chcę.

– Ależ dziadku, wam się coś pomieszało, że nie szanujecie sąsiadów z Majdanu.

– To mój dom i proszę natychmiast wyjść z podwórza.

Nikt nas nie będzie wyganiał! Wyjdziemy, jak sami zechcemy.

Młodzi opryszkowie zaśmiali się, pokazując w krzywych uśmieszkach błyskające złowrogo zęby, i podchodzili coraz bliżej. Dziadek całym swoim ciałem zagrodził im wejście na ganek.

– Poczuj, dziadku, z czym do ciebie przychodzimy – starszy przez połę kurtki szturchnął go pod żebra lufą pistoletu. Młodszy go po chwili popchnął.

W czasie szarpaniny dziadek się przewrócił. Gdy leżał, młodszy z banderowców, na oko szesnastolatek, podszedł do niego, wycelował mu w twarz pistolet i mówi:

– Módlcie się, dziadku, bo to wasz koniec – celował mu w usta. Gdy oddawał strzał, dziadek odruchowo ruszył głową. Po strzale jego twarz, głowa, szyja i piersi zalały się krwią.

Gdy banderowiec chciał drugi raz strzelić, celując tym razem w skroń, aby go dobić, pistolet się zaciął.

Ktoś, kto pojawił się tuż za płotem, już ich zaczął niespokojnie nawoływać.

– Uciekajcie! Jadą Niemcy!

Z drugiej strony wsi zbliżał się niemiecki patrol na motocyklu. Banderowcy pobiegli po chwili do sadu, przez płot czmychnęli chyłkiem na pole, dali susa w zboże i wkrótce zniknęli jak duchy za mroczną ścianą pobliskiego lasu. Dziadek nieprzytomny leżał przed gankiem. Babcia, która wybiegła w chwilę po strzale, słyszała nawołujących się uciekających bandytów.

Tyle krwi stracił, że chyba nie przeżyje – pomyślała. Nieprzytomny z bólu, ogłuszony wystrzałem, konwulsyjnie kopał nogami i rękami, rozgarniał ziemię przed sobą. Gdy przestał kopać i znieruchomiał, pomyślała, że umarł. Wtedy zobaczyła, że w dłoni ściska garść ziemi, w której tkwił wystrzelony przed chwilą pocisk.

Musiał wykopać ten sam pocisk, który wystrzelił w niego zabójca – pomyślała. Na podwórze podjechał dwuosobowy patrol w niemieckich mundurach na motocyklu uzbrojonym w rkm.

– Bandyci pobiegli tam! – zawołała, wskazując na las. Jeden z żołnierzy obejrzał głowę rannego. Pokazał, że dziadek ma przestrzelony tylko policzek, i widząc jej bezradność oraz zdenerwowanie, dał babci podręczny opatrunek. Gdy obmyła mu głowę zimną wodą, otworzył oczy. Dziadek zdziwił się, że zamiast dwóch banderowców widzi przed sobą dwóch Niemców.

To aż tak ze mną źle? – pomyślał. Jak niejedne hady1, to zaraz drugie na mnie nachodzą. To już koniec świata albo jeszcze gorzej.

Okazało się wkrótce, że pocisk przestrzelił mu tylko policzek, nie czyniąc więcej szkody. Toteż, jakkolwiek sporo czasu się męczył, gorączkował i rana ropiała, dziadek jakoś przeżył. Do końca życia nosił na policzku bliznę, która czasami prowokowała, zwłaszcza dzieci, do zadawania mu pytania, po którym musiał wielokrotnie opowiadać tę historię.

Babcia do końca jego życia przechowywała w domu ten pocisk w pudełku na ozdoby. Zabrała go ze sobą, gdy jak tysiące innych uciekinierów, wygnańców i przymusowych repatriantów wyjeżdżali z Kresów Wschodnich na zachód, na ziemie – nad Odrą – jak mówili.

Gdy dziadek umarł w roku 1956 w swoim nowym domu pod starym lasem, w innej Dąbrowie niż ta, w której się urodził, dali mu tę kulę do trumny. Z tą kulą spoczął na cmentarzu w Krośnicach. Tak banderowska kula, niczym symbol przeznaczenia, powędrowała z dziadkiem z Wołynia na Dolny Śląsk i spoczęła w ziemi razem z nim w Dolinie Baryczy, tysiąc kilometrów od jego ojczyzny.

Nie mógł tak, jakby tego chciał, spocząć, jak jego przodkowie, na wieki w swojej ojcowiźnie, gdyż ją stracił, i do końca życia nie odzyskał. Jednak i tak znalazł się w lepszej sytuacji od setek tysięcy tych, którzy stracili w tamtym czasie i ojcowiznę, i życie.


Wołyńska Atlantyda

Kiedy po sześćdziesięciu pięciu latach od ucieczki z ojcowizny jedzie z Sergijem na poszukiwanie miejsc, gdzie była jego rodzinna Kamienna Góra, w której się urodził, przychodzi Alfowi do głowy myśl – oto Wołyńska Mała Atlantyda.

Ten teren, po którym chodzimy, to istna wyspa śmierci w trójkącie słynnych miast: Dubna, Ostroga i Krzemieńca.

Dziś oficjalnie nazywa się tę część Wołynia Dermańsko-Mostow-ski Park Krajobrazowy. Na terenie, gdzie się obecnie rozpościera ten park krajobrazowy, istniały jeszcze w pierwszym kwartale roku 1943 polskie wsie – Balarnia, Hurby, Demidówka, Hucisko Piaseczne, Hucisko Garncarskie, Antonowieckie, Horodyskie, Janowe, Pi-kulskie, Stożeckie Hucisko, Huta Stara, Kamienna Góra, Kiryłów-ka, Litowiszcze, Lubomirka, Majdańska Huta, Marynki, Piaseczna, Świnodebra, Zielony Dąb. Dziś po tych wsiach nie ma śladu. Jakby uderzyła bomba o wielkim zasięgu i zniszczyła wkoło wszystko, co polskie.

Nie ma też śladu upamiętniającego ich istnienie ani tragiczną śmierć ich polskich mieszkańców. Zostały tylko otaczające je wsie ukraińskie, jak Dermań, gdzie urodził się znany pisarz Ułas Samczuk, i dalej Buszcza, Piwcze, Buderaż, Moszczanica, Stupno, Iłowica czy Majdan. Nieliczne ślady, które pozostały, zasypał piasek czasu albo zatarto je rękami ludzi. Nawet ślady w pamięci coraz bardziej z czasem się zacierają. Dla miejscowych mieszkańców te ślady zapadają w niepamięć także dlatego, że są to ślady zbrodni dokonanych na Polakach, nierzadko przez ich sąsiadów i znajomych, a czasem przez krewnych.

Dzieci z tych stron, które czasami biegają po tamtych pustych miejscach, myślą, że miejsca te zawsze były bezludne i wyglądały tak samo jak dziś, także sto lat temu, i nikt ich nie wyprowadza z błędu.

W roku 2000 pośrodku pobliskiej wsi ukraińskiej stanął pomnik z napisem „Chwała bohaterom UPA”.

Kłym Sawur, Kłym Sawur – powtarzał jak zaklęcie, jak imię tatarskiego okrutnika. Roman Klaczkiwśkij brzmi bardziej cywilizowanie.

Pani doktor Lucyna Kulińska z Krakowa napisała niedawno w swojej rozprawie o tym, dlaczego Polacy tak mało wiedzą o ostatnich zbrodniach OUN2 i UPA na Kresach.

Tam bowiem ginęli przede wszystkim prości chłopi, za których dziś nie ma się kto upomnieć. Nie tak, jak o oficerów z Katynia.

Wielka Atlantyda Kresów, to dwa tysiące polskich wsi, utopionych we krwi miliona Polaków – pomyślał.

To była tak zwana akcja oczyszczalna, w której strilcy3 i ich pomocnicy oczyszczali teren z takich jak ja, czyli z Lachów. Chaty płonęły przez kilka dni, zanim nie spłonęły wszystkie.

Chodził po uroczysku, mijał reszki studni, kawałki piaskowca po fundamentach budynków, miejscami spotykał zdziczałe drzewa owocowe, z których zjadał słodkie, o dziwo, jabłka.

Lepsze jabłka niezgody niż gruszki kłamstwa – myślał.

I przypominał sobie opowiedziane mu przez ponad pół wieku historie, które w końcu musiał opisać.


Część I OSTATNIE LATO W RAJU


Fragment przypowieści Wernyhory

Polska powstanie ze świata pożogi

Dwa orły padną rozbite

Lecz długo jeszcze los jej złowrogi

Marzenia ciągle nieżyte


Próba rozrachunku

Ledwo spojrzałem na świat

Anioły iskrząc odlatywały do nieba

I nie miałem już wołyńskiego domu

Potem cały czas wędrując

Gapiłem się na zimne gwiazdy

Rzucałem piekącymi pytaniami

Huśtany przez zmienne fale

Mogłem przeoczyć odpowiedzi

Na stare lata

Chwyciłem się kartki papieru

Alf Soczyński


Moszko, Adolko i Wasyl

Był jeden z kolejnych lipcowych dni tego lata, jak większość innych na wołyńskiej wsi, pracowity i gorący. Po wysuszonych trawach i chwastach poboczy pylistych dróg prowadzących na północ od Szumska, leżącego w widłach wołyńskich rzeczek Kumy i Wilii, szedł od wczesnego ranka pochylony nieco, starszy już człowiek, sądząc po posturze i ruchach. Był ubrany w luźną szarą bluzę, nakładającą się do połowy ud na ciemniejsze nieco, płócienne spodnie. Jego siwą głowę okrywał kapelusz, miękki i jakby niedbale uformowany w powywijane na wszystkie strony kształty. Przez luźne łapcie z wierzbowego łyka prześwitywały jego gołe, pokryte kurzem stopy. Gdy schodził z bardziej stromych wzniesień, podpierał się laseczką, którą sam sobie wygiął we wrzącej wodzie z leszczynowego kija. Na plecach dźwigał stary plecak, jakby wojskowy, poaustriacki rucksack, pamiętający czasy pierwszej wojny światowej. Wysuszona, smagła twarz z wyraźnie wystającym, spiczasto zakończonym nosem okolona była zwisającymi po bokach pejsami. Chwilami, zwłaszcza po pokonaniu kolejnego pagórka, przystawał, by odetchnąć. Wtedy rozglądał się po okolicy, po jakby przed chwilą namalowanych, łagodnych wzgórzach i cienistych parowach, po falujących w słońcu łanach zboża, gryki, łąk, ziemniaków, otoczonych zielonymi płachtami lasów.

Pod przydrożnymi drzewami sięgał czasami po bardziej dojrzałe ulęgałki, ugryzł kilka kęsów, krzywił się i wyrzucał ogryzki. Zrywał chabry na poboczach łanów zbóż, by przez chwilę poczuć ich słodki zapach, na łąkach podziwiał jaskry i dmuchawce. Minął las jeden, drugi, minął rozlewiska rzeczki Iłowicy. Szukał cienia lip, klonów, dębów i topoli. Upał w lesie był mniejszy i pozwalał odetchnąć od niemiłosiernego chwilami żaru słońca.

– Ach, jak dobrze by było malować te nasze Krzemienieckie Góry. Może by to był lepszy interes, sprzedawać nawet nieduże obrazki. Nie tylko w Szumsku, ale i w Dubnie, Krzemieńcu, nawet Ostrogu, a może i w Równem – mówił do siebie, gdy znalazł się na wzgórzu i rozejrzał się dokoła. Patrząc na rozpościerające się przed nim krajobrazy, miał wrażenie, jakby poruszał się po świecie z bajki.

– I czego człowiekowi więcej potrzeba – westchnął. – Czy nie wystarczy do szczęścia to powietrze i te widoki godne najpiękniejszego i najprawdziwszego królestwa? I nie ma w tym żadnej przesady, gdyż tutaj, w tych stronach, bywali kiedyś i panowali wielcy książęta i królowie.

Minął już Waśkowce, w Kutach, gdzie przekroczył rzeczkę Kutjankę, była dopiero połowa drogi. Minął Drygany, Marynki, Hucisko Pikulskie i Piaseczną.

Dopiero gdy znajdował się wśród ludzkich siedzib, przypominał sobie, że ma w plecaku towar. Stawał przed zabudowaniami i czy kogo spotkał za płotem na podwórzu, czy nie, wołał, jak mógł najgłośniej, śpiewnym głosem:

– Igły, nici, naparstki, nożyczki!

Jak dojdę do Kamiennej Góry, to wreszcie odpocznę, a jak będzie na miejscu Adolko, to będzie można pogawędzić, jak zawsze – pomyślał, gdy jego oczom ukazały się pierwsze zabudowania kolejnej wsi. Dobrze byłoby mieć konia i wózek, ja już za stary chodzić na piechotę.

Szedł samym środkiem pustej drogi przez jakby wyludnioną wieś.

Wszyscy w polu, jak wszędzie – pomyślał. Chyba i tu nie zarobię.

Szedł od jednej zagrody do drugiej i przystanąwszy przy zamkniętej bramie, wołał:

– Igły, nici, nożyczki, napaaarstki!

Dziadek Ado, zrywający właśnie w sadzie wiśnie, już z daleka usłyszał to jego zawodzenie – tak pomyślał z początku i tylko przez chwilę, jakby z lekką kpiną, ale już po chwili myślał o niezapowiedzianym gościu z jakimś miłym ciepłem.

Aha, nasz Żyd Moszko znowu dziś robi interesy.

Posłyszał, jak skrzypnęła furtka przy bramie, a po chwili go zobaczył.

– Adolku, czy pozwolisz, że ja koło ciebie trochę posiedzę i odpocznę?

Mały i szczupły dziadek Ado przenosił się z gałęzi na gałąź lekko niczym ptak. Moszko przypatrywał mu się niemal z podziwem.

– A gdzie reszta twoich domowników?

– W polu na górze.

– Tam upał jak w piekle. A ty nie pofruń, Adolku do samego nieba, bo kto narwie wiszni – zażartował.

Mnie tam jeszcze nie tak spieszno!

– A dobre te wiszni?

– Wiszni, jak wiszni, soczyste i trochę kwaśne, a tylko niektóre trochę słodkie.

– A ty mnie możesz trochę ich dać? Wiszni dobre, jak chce się pić. A mnie chce się pić jak na pustyni.

– Dać ci wiszni nie bardzo mogę, ale możesz wejść na drzewo i sobie narwać.

– A ja się bardzo boję spaść z drzewa.

– Oj, coś mnie się widzi, że ty się nie boisz, tylko się lenisz.

On nie chwyci się żadnej, nawet lekkiej roboty, tylko mu w głowie lekki interes, choćby byle jaki handelek – pomyślał dziadek Ado bez złośliwości, ale taka jego natura i taki jego los – i dodał:

– Toż to nie jest wysoko, a nawet jak spadniesz na trawę, to trawa miękka. I nic sobie nie zrobisz. A ty dziś pieszo aż z Szumska?

– A jakże, z samego Szumska. Ale ty, Adolku, pomyśl, jakie to jest ryzyko, wejść mnie na drzewo, a mnie na takie ryzyko nie stać, bo nie będzie miał kto dać mi jeść, jak ja będę inwalid.

– To kupisz sobie wózek i konia, choćby na borg, i dalej będziesz mieć handelek, a nie będziesz musiał robić pieszo tyle kilometrów co dziś. Wiem to, bo póki nasza parafia była w Szumsku, nieraz trzeba było pieszo z Kamiennej Góry udać się na nabożeństwo.

Gdy tak sobie rozmawiali, niczym jakiś duch pojawił się za płotem jeszcze jeden siwy starzec. Był to Wasyl, przyjaciel dziadka Ado z Majdanu, sąsiedniej, ale dość odległej wsi.

Co go dzisiaj tutaj przyniosło w taki upał aż z Majdanu – pomyśleli niemal równocześnie obydwaj.

Tych trzech starców nieraz przypominało trzech mędrców zasiadających często w sadzie na długie i pełne namiętności rozmowy. Jakkolwiek nieraz się posprzeczali, a nawet pokłócili, nie mogli żyć bez siebie. Gdy dłużej się nie widzieli, każdy czuł, że czegoś mu brakuje i prędzej czy później musiało dojść do kolejnego spotkania.

Prowadzili z sobą od wielu lat bardzo trudne rozhowory. Ich spotkania i dyskusje przypominały najczęściej próby pogodzenia wody, piasku i ognia. I mieli rację, gdyż wszystkie te trzy żywioły są równie potrzebne i ważne dla świata.

Jednak od niedawna czuli, że w powietrzu nad tą ziemią wisi jakiś niewyobrażalnie groźny kataklizm, a ludziom jest coraz trudniej się porozumieć, jak obronić się przed najgorszym. Bowiem Moszko sympatyzował z Sowietami, Wasyl z Niemcami, a tylko dziadek Ado ujmował się za Polską. Gdy zaczynali dotykać nabrzmiałych spraw, dwaj pierwsi nie zostawiali suchej nitki na Polsce, także niewątpliwie z powodu wielu błędów, jakie popełniali ci, którzy Polską rządzili. Ale rządzenie Rzeczpospolitą, niezwykle skomplikowanym i pełnym narosłych przez wieki sprzeczności żywym organizmem, na wielu odcinkach przypominało trudne zadanie rozwiązywania kwadratury koła, a najbliżsi sąsiedzi, mający swoje interesy i nie zawsze czyste intencje, zdawali się te trudności Polski pomnażać i wykorzystywać do swoich celów.


Wołyńraj

Działo się to niemal dokładnie w centrum magicznego trójkąta wyznaczanego przez trzy perły ziemi wołyńskiej. Są nimi trzy starodawne grody i miasta – sławetny swoją starocerkiewną Biblią Ostróg na południowym wschodzie, na południowym zachodzie malowniczy Krzemieniec, który wydał wieszcza Słowackiego, i wreszcie słynne z wielkich targów, zwanych kontraktami, Dubno na północnym zachodzie. Tu na skraju Gór Krzemienieckich i lasów książąt Lubomirskich, jakby w samym sercu wołyńskiej ciszy, leżała kiedyś nieduża i niemała wieś Kamienna Góra. Leżała na uboczu głównych szlaków łączących większe miejscowości. Toteż rzadko widziało się przybywającego do niej kogoś obcego.

Niektóre rozrzucone po polach kamienie były tam tak wielkie, że przypominały zaklęte w skałę domy mieszkających tu w zamierzchłych czasach wielkoludów, a góry w rozległych labiryntach swoich szczelin kryły pieczary smoków i innych potworów, zamieszkujących te strony w mitycznych czasach panowania olbrzymów przed ostatnim potopem. Niektórzy mówili, że Kamienna Góra była wtedy stolicą przedpotopowego rajskiego księstwa Wołyńraju.

Gdziekolwiek dalej chciało się z Kamiennej Góry dostać pieszo czy pojechać konno, trzeba było pokonać rozlegle lasy, jary i góry. Najbardziej górzysta i malownicza droga prowadziła do Krzemieńca poprzez zbocza gór Unijas i Stożek, na których wierzchołkach wznosiły się kiedyś dawne grodziszcza. Oprócz książąt bywali tam nawet królowie, tacy jak Bolesław Chrobry, Bolesław Śmiały i Władysław Jagiełło.

Największe połacie lasów ciągnęły się w kierunku Dubna, dokąd trzeba było jechać konno albo iść piechotą przez Lubomirkę i Kiryłowkę.

Każda z tych wsi była kiedyś niczym wyspa rzucona na morze stepu i lasu, rozpościerające się pomiędzy Górami Dermańskimi leżącymi na północy i Górami Krzemienieckimi na południu. Od niepamiętnych czasów był to archipelag wysp szczęśliwych. Chroniony od lodowatych wiatrów północnych mórz i przed spiekotą podolskich skał, miał klimat łagodny i to odbijało się w charakterze ludzi tu mieszkających. Jeśli czasami zdarzało się tu coś złego, a czasem nawet strasznego, to przychodziło z zewnątrz.

Nie było na świecie piękniejszej krainy od Wołynia do czasu pierwszej wielkiej wojny – mówił dziadek Ado.

Gdy wybuchła pierwsza wielka wojna, wtedy wydawało się, jakby wkoło zadrżał ze zgrozy cały świat. I w ludziach też coś się zatrzęsło. Od tej wojny nigdy już nie wrócił spokój w ich dusze. Świat okazał się nie tylko, jak dotychczas, anielsko piękny, ale i chwilami stawał się szatańsko groźny. Gdy się wojna kończyła, niczym duchy z innego świata, straszni żołnierze z różnych stron dopiero się tutaj zjawili. Jakby skądś ciągnęli na mający się odbyć gdzieś niedaleko Sąd Ostateczny.

Tutejsi ludzie patrzyli ze strachem zza płotów zagród czy zza maleńkich szybek drewnianych chat na pola, na których czasami bez sensu pojawiali się tamci żołnierze, aby po jakimś czasie zniknąć na horyzoncie. Ciągnęli całymi dniami pieszo, konno, całymi tysiącami w wielokolorowych mundurach na wozach i w śmiesznych tylko z pozoru, a zarazem naprawdę groźnych tankietkach. Z karabinami zawieszonymi niedbale na plecach albo trzymanymi z jakąś czujną gotowością w rękach i armatami ciągniętymi przez konie. Niemieccy, rosyjscy, austriaccy żołnierze pojawiali się nie wiadomo jak i skąd, i nie wiadomo jak i gdzie znikali, a ich fale zlewały się czasem z falami zboża, stepu czy łąk. Ludzie słuchali dalekich i bliższych wystrzałów, które napełniały ich serca grozą nie mniejszą aniżeli grzmoty podczas gwałtownych wiosennych i letnich burz. Wojna przychodziła i odchodziła pod różnymi postaciami i w różnych przebraniach, budząc nie mniejsze zaciekawienie i niepokój. Potem wojna ucichła i obcy żołnierze nieoczekiwanie zniknęli, i już się więcej nie pojawili.

Pewnego dnia, niczym jakiś cud, bo przecież od ponad stu lat nie było już Polski, pojawili się na Wołyniu żołnierze polscy w błękitnych mundurach z orzełkami na czapkach i biało-czerwonymi proporczykami.

– To żołnierze naszego generała Hallera przybyli aż z Francji. Od teraz będzie na Wołyniu znowu Polska – szeptali ludzie.

– Czomu Polszcza, a nie samostijna Ukraina? – pytali inni.

– Dlatego, że tu i przed zaborami była Polska, a samostijnoj, czyli niepodległej Ukrainy nigdy nie było – usłyszeli.

Ale szcze bude!4 odpowiadali im niektórzy.

Polacy obronili Lwów przed atakującymi ich od 1 listopada 1918 roku oddziałami ukraińskimi. Kilkunastoletnie Orlęta, oddając młode życie za Lwów, swoją śmiercią przywróciły Polsce nie tylko ziemię lwowską, ale i Wołyń. Dziś ich jasne groby na Łyczakowie stanowią widomy znak tamtego czasu spełnionej nadziei. Niestety, spełnionej zaledwie na lat dwadzieścia i jeden rok.

Z Wołynia w czasie I wielkiej wojny ustąpili Rosjanie pod naporem Niemców. Gdy wycofali się Niemcy, wkroczyła na Wołyń armia Hallera, a wojska Piłsudskiego zajęły Kijów. Gdy natarcie bolszewików przełamało linie polskie, nastąpił odwrót wojsk polskich. Przymierze Piłsudskiego z atamanem Petlurą nie wzmocniło frontu antybolszewickiego, gdyż większość Ukraińców stanęła po stronie rewolucji bolszewickiej. Petlura okazał się zbyt słabym sojusznikiem i Polska została sama z nawałą bolszewicką. Polacy musieli opuścić Kijów i wycofać się za Bug. Całą Ukrainę zajęli bolszewicy. Gdy w Niemczech wybucha rewolucja bolszewicka, Moskale parli na zachód, aby połączyć swoje siły z bolszewikami niemieckimi. Tak w lipcu roku 1920 znaleźli się aż pod Warszawą i zagrozili całej Europie. Polska odtworzyła wtedy swoje siły i stał się cud nad Wisłą. Polacy obronili swoją stolicę. Potem jakimś nadludzkim impetem wyrwali z bolszewickiej paszczy cześć Wołynia po Ostróg, Zbrucz. Ale nie mieli dość siły, aby wyrwać bolszewikom całą Ukrainę. Tym bardziej, że również musieli sobie poradzić w konflikcie z Niemcami o Pomorze, Warmię i Mazury, Śląsk i Wielkopolskę, a z Czechami o ziemię cieszyńską, gdy Czesi wykorzystując naszą trudną sytuację, zajęli wtedy Śląsk Cieszyński.

– Polacy i Moskale w roku 1921 dokonali rozbioru Ukrainy – mówi w pewnej chwili Sergij, trzydziestotrzyletni pisarz i poeta z Szumska. Dziadek Ado i ojciec Alfa, Bronisław, do roku 1939 często jeździli do Szumska na jarmarki. Wyrabiali drewniane koła do wozów konnych, niecki, kosze i koromysła oraz wozili na targ do Dubna i Szumska. W dzieciństwie nasłuchał się na ten temat wielu opowieści.

Alf jest zaskoczony słowami Sergija i kiwa głową z dezaprobatą.

To nie było tak.

Przez jakiś czas szuka w swojej pamięci i rozpoczyna wykład:

– Traktat ryski zawarty w marcu roku 1921 z Sowietami to nie był rozbiór Ukrainy, jak twierdzą niektórzy. Nie mając wsparcia w Ukraińcach przeciwko bolszewikom, Polacy byli za słabi, aby tylko swoimi siłami zrealizować ideę federacji polsko-ukraińskiej. Zarzut, że był to rozbiór Ukrainy pomiędzy bolszewików i Polskę, jest niesłuszny: po pierwsze, gdyż nie było jeszcze państwa ukraińskiego, dopiero były pierwsze próby jego utworzenia, a ponadto Ukraina sama oddała się w ręce bolszewików, nie przeciwstawiając się nawale armii Budionnego, a Polska sama ledwo się obroniła w tamtych dniach pod Warszawą, co nazwane zostało cudem nad Wisłą, który uratował Europę przed moskiewskim bolszewizmem. Niemcy były również objęte rewolucją typu bolszewickiego i gdyby nie polska zapora, połączone bolszewickie moskiewsko-niemieckie siły zalałyby całą Europę.

Dziadek Karol poległ w tych walkach z bolszewikami i został pochowany w Szumsku nad rzeczką Wilią, leżącym niemal pośrodku drogi pomiędzy Ostrogiem a Krzemieńcem, w odległości około trzydziestu kilku kilometrów od jednego i od drugiego.

Latem roku 1939 odbyła się w Szumsku podniosła patriotyczna uroczystość. Oddział Wschodniego Korpusu Ochrony Pogranicza pragnął publicznie podziękować i uczcić fakt, że otrzymał w darze trzy cekaemy od ludności. Jeden z nich podarował związek masarzy i rzeźników, drugi ciężki karabin maszynowy podarował związek mleczarzy, a trzeci piekarze ziemi szumskiej. Na plac pod kościołem p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP wmaszerowały trzy pododdziały żołnierzy. Na komendę dowódcy ustawiły się w równych szeregach kompanie KOP z pobliskich Dederkał i Suraża, prezentując broń. Wierzchołki karabinów błyskały ostrzami obnażonych bagnetów. Biało-czerwone proporczyki i flagi powiewały w słońcu na lekkim wietrze. W kościele żołnierze wzięli udział w nabożeństwie i przyjęli eucharystię. Białe mury i wieże kościoła dawały podniosłe tło tej manifestacji.

Czy ktoś z obecnych wtedy mógł pomyśleć, że tutaj takiej uroczystości nie zobaczy już nigdy za swego życia? Że za niecałe cztery lata mury tego kościoła pogrzebią garstkę przerażonych uciekinierów, Polaków, ale także setki ich uratują od kul, siekier i noży, skierowanych przeciwko nim przez najbliższych sąsiadów?


Bronek i Ołeksandra

Ledwo otworzył oczy, a już go coś ciągnęło na dwór, chociaż widoczna za oknem czerwonawa łuna brzasku dawała znać, że słońce dopiero próbuje wydostać się na świat zza góry na skraju lasu.

Bronek miał przed oczyma panoramę łąk, lasów i pól rozciągającą się z góry dziadka Karola. Czuł się dziedzicem niemal wszystkiego, co było w zasięgu wzroku. Miał odziedziczyć majątek dziadka Mariana i dziadka Karola. Wielkie połacie ziemi ornej, łąk, pastwisk i lasów.

– My ciebie, synu, nie poznajemy. Co z tobą się stało? Chodzisz od jakiegoś czasu jak zaczadziały.

Sięgał właśnie po czapkę. W pewnej chwili poczuł się jakby osaczony i chciał wyrwać się z klatki izby, gdzie nagle zrobiło mu się jakoś duszno. Rodzice popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

Nie wychodź, póki nie porozmawiamy.

Spodziewał się tej rozmowy, ale nie czuł się jeszcze przygotowany.

– Ty wiesz, że my tobie źle nie życzymy. Dlatego martwimy się. Czy ty zdajesz sobie z tego sprawę? – ojciec ściszył głos. – Przecież ta Ukrainka może przynieść nieszczęście dla ciebie i naszej rodziny.

Wypowiedział te słowa nienaturalnie, przytłumionym głosem, jakby sama myśl o czymś takim odbierała mu dech i budziła grozę.

Bronek nie wytrzymał jego piorunującego spojrzenia i popatrzył na matkę. Jej twarz, mimo nadchodzącej burzy, była pogodna jak na obrazie Matki Boskiej wiszącym nad łóżkiem.

Widać było po jego twarzy, że jest zakłopotany i zaskoczony, ale udaje zdziwienie.

Nie wiem, co macie na myśli.

Nie coś, tylko kogoś. Imię Ołeksandra nic ci nie mówi?

Już wszystko wiedzą. Ale skąd, jeśli nikomu nie mówiłem? Jeszcze przez chwilę zawahał się, czy powiedzieć prawdę. Może i lepiej będzie już dziś mieć tę rozmowę za sobą.

Bronił się jednak miękko, jakby bez przekonania.

– Jaka z niej Ukrainka? Ona jest przecież z rodziny Lewickich z Majdanu.

– Lewyćkych! – odparował ojciec z niepozbawionym złośliwej satysfakcji naciskiem na „-yć”.

– Oni tam już się tak pomieszali, że dziś ciężko odróżnić, kto z nich Lewicki, a kto Lewyćkij – odezwała się pojednawczo matka.

Nieogolony ojciec Ado przypominał Jezusa z obrazu nad łóżkiem. Żylaste, ciemne dłonie opierał z determinacją o krawędź masywnego dębowego stołu.

– Ty, Cela, jego nie broń. Dobrze wiesz, że z jego chodzenia do Majdanu może być tylko nieszczęście.

Co ojciec ma na myśli?

– Także to, że ktoś może tam poczęstować ciebie nożem pod żebra. Na zabawie albo przy innej okazji. A bo to mało tam gadów?

– O jakich gadach ojciec gada?

– Ty nie udawaj, że nie wiesz i mnie nie przedrzeźniaj. Masz tam przestać łazić!

Ale dlaczego mam przestać chodzić tam, gdzie mi się najbardziej podoba?

– Ona nie dla ciebie. Nie dość, że Ukrainka, to jeszcze goła i bosa. Stać cię na coś lepszego.

– Mam tutaj gnić na miejscu po robocie i nigdzie nie ruszać się?

– Ojciec dobrze ci radzi, żebyś uważał na siebie, bo o nieszczęście nie trudno. Czemu nie chodzisz, jak kiedyś, do naszej świetlicy w Kamiennej Górze albo do Starej Huty czy Huty Majdańskiej, na Pikulskie Hucisko, a nawet do Hurbów, chociaż to już daleko.

– Tak mówicie, jakby w polskich wsiach nie było bójek, rannych, a nawet trupów na naszych zabawach! A bo to raz słyszałem, jak to sobie niby żartował wujek Adaś? „Co to za zabawa, jak nie ma dwóch trupów?!” – krzyknął, przedrzeźniając wujka z gorzką ironią.

– Ale jest wielka różnica, czy trafisz na zawieruchę między obcymi, czy między swoimi. Ty jeszcze mało o tym wiesz. Zapytaj starszych, ilu naszych nie wróciło nigdy do domu z ukraińskich wiosek. I nie znaleźli się winni.

– Ale ja w Majdanie nie mam wrogów.

Tego nigdy nie bądź pewny.

Popatrzył na obrazy świętych. Oni jedni mnie rozumieją i wiedzą, że inaczej już być nie może.

– Niedoczekanie, ażeby Ukrainka zamieszkała w tym domu! – głos ojca zasyczał jak skóra przypalana na ogniu.

– Chcecie, czy nie, ja i tak z nią się ożenię! – zawołał niespodziewanie i wybiegł.

Szybko się ubrał i gdy wyszedł z domu, posłyszał, jak konie radośnie zarżały. Umył się przy studni, parskając i rozchlapując na boki wodę. Czuł, jak jej rześkość mu się udzielała. Muskuły jego karku, szerokich piersi i pleców, rąk i nóg naprężały się jak struny.

Stanął boso na łące i czując przyjemny chłód rosy, kosił trawę.

Zimą czasami wyskakiwał boso na lód, boso biegał po śniegu.

Był wolny od głodu pieniędzy, chciwości. Nie za wysoki i nie za niski. Raczej szczupły, lecz muskularny i żylasty. Niektórzy mawiali, że był aż za dobry dla ludzi, nieumiejący odmawiać przysługi, toteż czasami wykorzystywany. Kto potrzebował pomocy, zazwyczaj szedł do Bronka. Toteż nigdy nie brakowało mu pracy.

Gdzie podział się ten dom, w którym było tak bezpiecznie, a czasami aż słodko? Gdyby żył dziadek Karol, choćby nie wiem co, nie pozwoliłby mnie tknąć i nie zostawiłby mnie samego. Jemu mógłbym opowiedzieć nawet o Oleńce, jak to się stało. Wszystko, od samego początku.

Zaczął przypominać sobie niektóre sceny z dzieciństwa.

Siedlibyśmy na piecu z dziadkiem i śmiali się z byle czego. Na przykład z tego, jak Barnacka uwierzyła, że na targu drożej można sprzedać jajka gotowane. Potem byśmy zaśpiewali jakąś piosenkę. Na przykład o rycerzach z przygranicznych stanic. Rozkruszyłby mi orzecha. Potem zacząłby opowiadać o dalekich krajach. Albo o wojnie rosyjsko-japońskiej. On jeden ze swojej drużyny nie zginął. Wierzył, że chroni go myśl, iż musi zobaczyć swego syna, który nie zdążył urodzić się przed jego wyjazdem na wojnę. Jak w Mongolii znalazł wielki skarb, z którym wracał do domu przez Syberię i Ural. To był cały worek złota! Gdy patrol na granicy zapytał go, co ma w tym worku, on odpowiedział – złoto! Żołnierze roześmiali się i nie kazali otwierać worka.

Rodzice Bronka po tej ostatniej rozmowie zdziwili się i przestraszyli. Dotąd łagodny i posłuszny syn po raz pierwszy wykazał taki upór i zdecydowanie.

Gdy zostali sami, każde z nich pogrążyło się na chwilę w swoje własne milczenie.

Ej, matka, to już nie jest jego kolejny kaprys. To coś gorszego!

– Czemu jesteśmy w gorącej wodzie kąpani? Na razie dajmy im spokój, przecież ona jest jeszcze za młoda do żeniaczki.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com