I dobry Bóg stworzył aktorkę - Agata Pruchniewska - ebook
Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 424 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 55 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka I dobry Bóg stworzył aktorkę - Agata Pruchniewska

Agata Pruchniewska jest aktorką, która zagrała w moich dwóch filmach: „Kołysance” i „AmbaSSadzie”. A teraz napisała książkę. O świecie filmu między innymi. Agata wie, o czym pisze. I robi to w zabawny sposób.

Bardzo polecam. Juliusz Machulski

Bardzo dowcipna, a zarazem autoironiczna historia, którą czyta się niemal jednym tchem. Odkrywa wiele aktorskich tajników, czy to ze szkoły teatralnej, czy też z produkcji filmowych, ale dzięki niejednokrotnie ciętemu językowi odziera tzw. polski show-biznes z mitów i stereotypów. Autorka opisuje wiele osób znanych z teatralnych desek i szklanego ekranu, co dodatkowo dodaje opowieści pikanterii. W dobie plotek, tabloidalnych newsów i wielu tego typu publikacji ta książka to lekka, ale zdecydowanie inteligentniejsza od nich pozycja,
którą gorąco polecam. Joanna Koroniewska

Moja koleżanka po fachu, z którą miałam przyjemność spędzić kilka dni na różnych planach zdjęciowych, zaskoczyła mnie i napisała (tak jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie) pełną humoru, lekką, ironiczną i bardzo prawdziwą książkę. Czyta się ją jednym tchem. Zabawne zbiegi okoliczności, trudne początki, rozterki, miłość i cięty dowcip – czego chcieć więcej? Kasia Kwiatkowska

Mnie się podoba.
Zbigniew Zamachowski

 

Opinie o ebooku I dobry Bóg stworzył aktorkę - Agata Pruchniewska

Fragment ebooka I dobry Bóg stworzył aktorkę - Agata Pruchniewska







Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

De­dy­ka­cja

Po­dzię­ko­wa­nia

i do­bry Bóg stwo­rzył ak­tor­kę

Kar­ta re­dak­cyj­na


Pierw­szej za­do­wo­lo­nej czy­tel­nicz­ce.
Mo­jej Ma­mie.


Wszyst­kie po­sta­ci wy­stę­pu­ją­ce w książ­ce są praw­dzi­we.
Sy­tu­acje – nie­ko­niecz­nie.


Dzię­ku­ję pa­ni Mo­ni­ce Szwai za to, że we mnie uwie­rzy­ła i na­mó­wi­ła do na­pi­sa­nia tej książ­ki. Pa­nu Ma­riu­szo­wi Krzy­ża­now­skie­mu za to, że uwie­rzył pa­ni Mo­ni­ce, że war­to we mnie uwie­rzyć.

Dzię­ku­ję Ka­ri­nie Stem­pel-Gan­car­czyk za nie­oce­nio­ną pra­cę, ja­ką wło­ży­ła w re­dak­cję książ­ki.

Dzię­ku­ję wszyst­kim, któ­rzy ze­chcie­li po­móc w re­ali­za­cji zwia­stu­na fil­mo­we­go książ­ki – w szcze­gól­no­ści re­ży­se­ro­wi Fi­li­po­wi Lu­fto­wi, Mag­dzie Ka­rel, Ire­nie Sie­ra­kow­skiej, Zo­si Ko­ło­dziej­czyk i Bart­ko­wi Wa­dze – po­świę­ci­li­ście swój czas, a nie­któ­rzy na­wet za­rost, by mi po­móc – je­ste­ście wspa­nia­li! Dzię­ku­ję też Ju­sty­nie Zie­liń­skiej, Pa­try­cji Dur­skiej, Ma­cie­jo­wi Ma­gow­skie­mu i Paw­ło­wi Lo­ro­cho­wi.

Dzię­ku­ję Lo­so­wi za to, że sta­wia na mo­jej dro­dze lu­dzi tak cie­ka­wych i in­spi­ru­ją­cych, iż moż­na pi­sać o nich po­wie­ści i dzie­je się to wła­ści­wie bez więk­sze­go wy­sił­ku.

I naj­waż­niej­szym lu­dziom na świe­cie – mo­im przy­ja­cio­łom.

Do­brze wie­cie, że bez Was nie by­ło­by nie tyl­ko po­wie­ści o Do­rot­ce, ale w ogó­le nie by­ło­by nic, a gdy­by na­wet coś by­ło – by­ło­by bez sen­su.

Je­ste­ście przy mnie za­wsze. Nie­któ­rzy już od dwu­dzie­stu lat.

Tak, o Was mó­wię. Już Wy wie­cie.

Dzię­ku­ję.

Pru­cha


orot­ka prze­glą­da się w lu­strze i oczy­wi­ście nie jest za­do­wo­lo­na z te­go, co wi­dzi.

Od sie­bie z gó­ry nie­zbyt do­kład­nie mo­gę ją obej­rzeć, ale na mo­je oko wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Su­kien­ka ku­pio­na za gro­sze w lum­pek­sie do­brze na niej le­ży, wło­sy Do­rot­ka za­wsze mia­ła ład­ne i za­dba­ne, twarz mo­że nie za bar­dzo mi się uda­ła (mu­sia­łem się na chwil­kę za­my­ślić), ale za to ma do­bre no­gi. O twarz Do­rot­ka czę­sto ma pre­ten­sje, choć mo­im zda­niem moc­no prze­sa­dzo­ne.

Prze­pra­szam bar­dzo, ale w jed­nej mi­nu­cie przy­cho­dzi na świat ja­kieś sto pięć­dzie­siąt istot, każ­da isto­ta ro­dza­ju żeń­skie­go chcia­ła­by być pięk­na – a na­wet ja pew­nych rze­czy nie prze­sko­czę. Nie je­stem w sta­nie za­jąć się jed­no­cze­śnie ni­mi wszyst­ki­mi, choć sta­ram się każ­dą z nich ob­da­ro­wać po rów­no. Do­rot­ce aku­rat tra­fił się bły­sko­tli­wy in­te­lekt i jesz­cze pa­rę cech, o któ­rych póź­niej. Przy roz­da­wa­niu uro­dy wi­docz­nie mia­łem chwi­lę nie­dy­spo­zy­cji, trud­no. Zresz­tą, w mia­rę upły­wu cza­su Do­rot­ka na­by­ła pew­ne umie­jęt­no­ści, dzię­ki któ­rym jej ob­li­cze zy­sku­je na uro­dzie. Sma­ru­je twarz ja­ki­miś spe­cy­fi­ka­mi, na­kła­da na nią prze­róż­ne ma­zi­dła, wzo­ry i ko­lo­ry i w efek­cie są dni, kie­dy na­wet spe­cjal­nie nie na­rze­ka.

Oczy­wi­ście przez więk­szość cza­su Do­rot­ka ana­li­zu­je swo­je man­ka­men­ty, co, jak już przez ty­sią­ce lat mo­je­go urzę­do­wa­nia zdą­ży­łem za­uwa­żyć, jest do­me­ną więk­szo­ści istot ro­dza­ju żeń­skie­go.

Za­uwa­ży­łem rów­nież, że ze zde­cy­do­wa­nie mniej­szym en­tu­zja­zmem isto­ty ro­dza­ju żeń­skie­go przy­stę­pu­ją do ana­li­zy swo­ich za­let. Zu­peł­nie nie wiem, dla­cze­go. U istot ro­dza­ju mę­skie­go jest wręcz od­wrot­nie. O wie­le ła­twiej im osią­gnąć du­żo wyż­szy po­ziom sa­mo­za­do­wo­le­nia przy mi­ni­mal­nym na­kła­dzie środ­ków wła­snych. Ja­ko twór­ca obu płci mu­szę się przy­znać do po­raż­ki, bo ta dys­pro­por­cja jest dla mnie zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­ła. Przez ty­siąc­le­cia nie uda­ło mi się nic z tym zro­bić.

Ale chodź­my za Do­rot­ką, bo jak nam uciek­nie, to ko­niec.

Nie wie­cie jesz­cze, że Do­rot­ka bar­dzo szyb­ko się prze­miesz­cza.

Wła­ści­wie Do­rot­ka, jak już gdzieś ru­szy, to pę­dzi.

Pę­dzi i te­raz.

Choć, z ra­cji obu­wia, nie­co wol­niej niż zwy­kle.

Ja­ko że wzu­ła obu­wie na pod­wyż­sze­niu na­zy­wa­nym ob­ca­sa­mi, moż­na za­kła­dać, że idzie na spo­tka­nie z kimś, kto da jej pra­cę, al­bo z kimś, kto ob­da­rzył ją ja­kimś głęb­szym uczu­ciem – z me­go do­świad­cze­nia wy­ni­ka, że tak wła­śnie po­stę­pu­ją isto­ty ro­dza­ju żeń­skie­go. Wiem, że są isto­ty żeń­skie, któ­re wkła­da­ją ta­kie obu­wie bez kon­kret­ne­go po­wo­du tu­dzież, jak utrzy­mu­ją, dla przy­jem­no­ści, ale tych jest zde­cy­do­wa­nie mniej.

Na­sza Do­rot­ka z ca­łą pew­no­ścią do nich nie na­le­ży. Je­śli cho­dzi o obu­wie, Do­rot­ka jest zwo­len­nicz­ką wy­go­dy. Sko­ro więc wzu­ła po­wyż­szy mo­del, za­pew­ne zdą­ża na waż­ne spo­tka­nie. Oczy­wi­ście ja, ja­ko Pan i Wład­ca Świa­ta, do­sko­na­le wiem, na ja­kie, z kim, i ja­ki bę­dzie je­go efekt, ale prze­cież nie bę­dę wam te­go mó­wił na po­cząt­ku, bo ja­ki wte­dy był­by sens mo­jej opo­wie­ści? To by­ło­by zde­cy­do­wa­nie za pro­ste, no i po­zba­wi­ło­by was moż­li­wo­ści po­zna­nia bli­żej na­szej bo­ha­ter­ki. Ode­brał­bym wam oka­zję do przy­glą­da­nia się jej roz­ter­kom, do współ­czu­cia jej, do od­czu­wa­nia iry­ta­cji i do ode­tchnię­cia raz czy dwa z po­czu­ciem ulgi, że nie prze­by­wa­cie w jej naj­bliż­szym oto­cze­niu.

Po­zwól­cie więc, że po­zo­sta­wię was z Do­rot­ką, by­ście mo­gli le­piej ją po­znać, a za­raz po tym al­bo znie­na­wi­dzić, al­bo po­ko­chać (jed­no i dru­gie jest rów­nie praw­do­po­dob­ne).

Do­rot­ka ja­ko zbie­racz­ka nie­zwy­kłych hi­sto­rii i ko­lek­cjo­ner­ka dziw­nych lu­dzi jest nie­oce­nio­na. Jest rów­nież zna­ko­mi­tym przy­kła­dem na to, że ko­bie­cy hart du­cha to twór nie­znisz­czal­ny.

Je­stem z Do­rot­ki dum­ny, nie dla­te­go, że sam ją wy­my­śli­łem, ale dla­te­go, że ni­g­dy się nie pod­da­je i nie tra­ci na­dziei.

Oczy­wi­ście zda­rza jej się na ca­łe ty­go­dnie za­ko­pać pod koł­drą.

Oczy­wi­ście ma mo­men­ty, gdy nie po­ma­ga jej nic, po­za Geo­r­ge’em Mi­cha­elem i tar­tą cze­ko­la­do­wą z wi­śnia­mi.

Oczy­wi­ście, że są dni, gdy ma ocho­tę po­ło­żyć się i umrzeć. Bez, no­men omen, zwło­ki.

Ale to tyl­ko drob­ne, chwi­lo­we nie­dy­spo­zy­cje.

Do­rot­ka zresz­tą szyb­ko o nich za­po­mi­na.

Prze­cież tuż za ro­giem cze­ka­ją zu­peł­nie no­we chwi­lo­we nie­dy­spo­zy­cje, na któ­re mu­si być go­to­wa.

Ak­tu­al­nie Do­rot­ka zmie­rza na spo­tka­nie w spra­wie pra­cy.

Usil­nie pra­gnie pod­jąć ja­kieś za­ję­cie, dla za­pew­nie­nia so­bie by­tu w stop­niu przy­naj­mniej pod­sta­wo­wym.

Do­rot­ka nie ma du­żych wy­ma­gań, to trze­ba jej przy­znać, jest przy tym bar­dzo go­spo­dar­na, a do­dat­ko­wo umie zro­bić coś z ni­cze­go. Na przy­kład zu­pę z dwóch po­mi­do­rów, któ­rą je przez trzy dni, a jak tra­fią się go­ście, to jesz­cze ich po­czę­stu­je; al­bo sto­li­czek ze sta­rej skrzyn­ki po jabł­kach, przy­tar­ga­nej ze śmiet­ni­ka. Kie­dy le­piej ją po­zna­cie, zo­ba­czy­cie, że po­sia­da wie­le nie­ty­po­wych umie­jęt­no­ści. Gdy do­pa­da ją chan­dra, mam­ro­cze pod no­sem, że jak na praw­dzi­we­go czło­wie­ka re­ne­san­su przy­sta­ło, umie co nie­co z każ­dej dzie­dzi­ny, ale są to dzie­dzi­ny ni­ko­mu do ni­cze­go nie­po­trzeb­ne. Jed­nak gdy tyl­ko po­pra­wi jej się na­strój, po­tra­fi po­ma­lo­wać w ty­dzień ca­łe miesz­ka­nie wraz z ka­lo­ry­fe­ra­mi, od­na­wia­jąc przy tym drew­nia­ną bo­aze­rię, stół i trzy krze­sła.

Za­py­ta­cie, dla­cze­go tak wszech­stron­nie uzdol­nio­na oso­ba nie prze­bie­ra w pro­po­zy­cjach roz­licz­nych za­jęć? Otóż Do­rot­ka upar­ła się, by być ak­tor­ką.

Upar­ła się na to już dość daw­no te­mu, gdy bę­dąc dziew­czę­ciem, od­kry­ła, że re­cy­to­wa­nie wier­szy­ków pa­trio­tycz­nych na aka­de­miach pro­cen­tu­je do­bry­mi stop­nia­mi oraz wzru­sze­niem u uzna­wa­nych do­tąd za po­zba­wio­ne ja­kich­kol­wiek uczuć po­lo­ni­stek. Zwłasz­cza moż­li­wość wznie­ca­nia u ko­goś sil­nych emo­cji by­ła dla Do­rot­ki efek­tem, któ­re­go się po swo­ich dzia­ła­niach zu­peł­nie nie spo­dzie­wa­ła, a któ­ry to uzna­ła za wiel­ce po­żą­da­ny, zwłasz­cza że by­ła dziew­czyn­ką nie­śmia­łą i kon­sta­ta­cja, iż mo­że mieć ja­ki­kol­wiek wpływ na emo­cje in­nych, oka­za­ła się dla niej ty­leż mi­ła, co szo­ku­ją­ca.

W tym miej­scu mo­że­my na chwil­kę się za­trzy­mać i zer­k­nąć w prze­szłość.

Do­rot­ka ma je­de­na­ście lat, ja­sne wło­sy za­ple­cio­ne w dwa war­ko­cze i wy­stro­jo­na w strój ga­lo­wy re­cy­tu­je na aka­de­mii wiersz Bro­niew­skie­go, któ­ry nie do koń­ca ro­zu­mie, ale za to do­sko­na­le umie na pa­mięć i ro­bi chy­ba od­po­wied­nie mi­ny i od­stę­py we wła­ści­wych miej­scach. Po­zna­je­my to po tym, że po skoń­czo­nej aka­de­mii do Do­rot­ki pod­bie­ga Znie­na­wi­dzo­na Po­lo­nist­ka (skąd ten wie­le mó­wią­cy pseu­do­nim, za­raz wy­tłu­ma­czę) i ze łza­mi w oczach szep­cze:

– Dziec­ko dro­gie… Dziec­ko… Ja­kie to by­ło pięk­ne. Dziec­ko. Masz ta­lent. Dziec­ko. Do­rot­ko… Mu­sisz… Mu­sisz… Do­rot­ko… Tak się wzru­szy­łam… Ja­kie to by­ło pięk­ne. Masz ta­lent, dziec­ko, masz ta­lent.

Do­rot­ka stoi osłu­pia­ła, po pierw­sze dla­te­go, że Znie­na­wi­dzo­na Po­lo­nist­ka wy­da­wa­ła jej się do­tąd oso­bą nie­zdol­ną do ja­kich­kol­wiek cie­płych uczuć i głęb­szych emo­cji, a po dru­gie dla­te­go, że do­tąd nie zda­rzy­ło się, by Znie­na­wi­dzo­na po­zwo­li­ła so­bie wy­gło­sić zda­nie in­ne niż wie­lo­krot­nie zło­żo­ne, na każ­dym kro­ku pod­kre­śla­jąc wa­gę wła­ści­we­go po­słu­gi­wa­nia się pięk­ną pol­sz­czy­zną.

– Ta dziew­czyn­ka ma ta­lent. Na­praw­dę. Niech pa­ni sa­ma po­wie, czy to nie by­ło pięk­ne? Skąd ta­kie ma­łe dziec­ko wie, jak mó­wić ta­ki wiersz? – Do­rot­ka sły­szy, jak Znie­na­wi­dzo­na Po­lo­nist­ka kon­ty­nu­uje wą­tek, zwra­ca­jąc się do Dy­rek­tor­ki Szko­ły.

Do­rot­ka naj­chęt­niej od­po­wie­dzia­ła­by Znie­na­wi­dzo­nej, że nie wie, skąd, ale że nikt jej nie py­ta, to się nie od­zy­wa.

To jesz­cze nie te cza­sy, gdy za­cznie zbie­rać cię­gi za od­zy­wa­nie się bez py­ta­nia i na każ­dy te­mat. Na ra­zie jest do­brze wy­cho­wa­na i trzy­ma ję­zyk za zę­ba­mi, tym bar­dziej że uwa­ża, iż nie ma nic cie­ka­we­go do po­wie­dze­nia.

Po po­wro­cie do do­mu i dłu­gich prze­my­śle­niach Do­rot­ka do­szła do wnio­sku, że pod­świa­do­mie do­ko­na­ła na Znie­na­wi­dzo­nej ja­kiejś prze­dziw­nej ma­ni­pu­la­cji za po­mo­cą Bro­niew­skie­go. Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła Po­lo­nist­ki w ta­kim sta­nie, z roz­wia­nym wło­sem i drżą­cy­mi rę­ka­mi.

Do­rot­ce moż­li­wość oglą­da­nia wszyst­kich znie­na­wi­dzo­nych lu­dzi w ta­kiej kon­dy­cji wy­da­ła się moc­no nę­cą­ca.

Tu mo­że słów pa­rę o tym, czym Po­lo­nist­ka za­słu­ży­ła so­bie na tak skraj­nie nie­przy­jem­ny pseu­do­nim.

Otóż trze­ba wam wie­dzieć, że Do­rot­ka po­bie­ra­ła pod­sta­wo­we na­uki w cie­szą­cej się nie­chlub­ną sła­wą naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nej dziel­ni­cy mia­sta. Znie­na­wi­dzo­na Po­lo­nist­ka zy­ska­ła wśród swo­ich uczniów po­wyż­szy pseu­do­nim w od­po­wie­dzi na fakt, że każ­dą lek­cję ję­zy­ka oj­czy­ste­go roz­po­czy­na­ła od na­stę­pu­ją­ce­go mo­no­lo­gu:

– Wi­taj­cie, dro­gie dzie­ci. Dzi­siaj omó­wi­my so­bie wiersz Bro­niew­skie­go/„Jan­ka Mu­zy­kan­ta”/„No­we sza­ty ce­sa­rza”. Ale za­nim to na­stą­pi, dro­gie dzie­ci, mu­szę wy­ra­zić głę­bo­ką tro­skę o was wszyst­kich, któ­ra mi spę­dza sen z po­wiek. Tak na­praw­dę mam po­czu­cie, że mo­ja pra­ca z wa­mi pój­dzie na mar­ne. Tak, na mar­ne. Mo­że je­den pro­cent z was do cze­goś doj­dzie. Spo­dzie­wam się, że naj­pew­niej bę­dzie to na­sza Mał­go­sia. – W tym miej­scu Do­rot­ka za­wsze mia­ła ocho­tę kop­nąć w kost­kę swo­ją ko­le­żan­kę z ław­ki – Anu­lę, ale zwy­kle Anu­la by­ła pierw­sza i ko­pa­ła Do­rot­kę na znak po­ro­zu­mie­nia. – Mał­go­sia jest z was naj­zdol­niej­sza i ja­ko je­dy­na ma szan­se coś w ży­ciu osią­gnąć. Wam ta­kiej przy­szło­ści nie wró­żę. Nie­wie­le dzie­ci z tej dziel­ni­cy do­brze koń­czy, nie­ste­ty. Przy­kro mi pa­trzeć, gdy moi ucznio­wie sta­cza­ją się na dno i zo­sta­ją zło­dzie­ja­mi i pro­sty­tut­ka­mi. Nie ży­czę wam te­go, mo­je dzie­ci, ale znam ży­cie i nie mam złu­dzeń – wzdy­cha­ła Po­lo­nist­ka i przy­stę­po­wa­ła do lek­cji na te­mat Bro­niew­skie­go/„Jan­ka Mu­zy­kan­ta”/„No­wych szat ce­sa­rza”.

Nie je­ste­ście chy­ba zdzi­wie­ni tym, że po pa­ru ta­kich mo­no­lo­gach pseu­do­nim na­ro­dził się sam? Po­lo­nist­ka za­słu­ży­ła na nie­go, nie tyl­ko trak­tu­jąc więk­szość swo­ich uczniów jak po­ten­cjal­nych prze­stęp­ców, ale rów­nież fa­wo­ry­zu­jąc Mał­go­się, co oczy­wi­ście nie mia­ło żad­ne­go związ­ku z fak­tem, że dwa ra­zy w ty­go­dniu Mał­go­sia po­bie­ra­ła u niej ko­re­pe­ty­cje za od­po­wied­nią gra­ty­fi­ka­cją fi­nan­so­wą.

Co zaś do wróżb po­lo­nist­ki, w ogó­le się nie spraw­dzi­ły. Jan na złość zo­stał fi­zy­kiem ją­dro­wym, Ma­rek neu­ro­chi­rur­giem, Piotr in­ży­nie­rem sa­ni­tar­nym, Krzy­siek biz­nes­me­nem, Ma­ciek ma wła­sną fir­mę trans­por­to­wą, a Ma­riusz sprze­da­je me­ble. Anu­la zna świet­nie trzy ję­zy­ki (w tym grec­ki) i skoń­czy­ła re­so­cja­li­za­cję.

Mał­go­sia na­to­miast stu­dio­wa­ła na pry­wat­nej uczel­ni, któ­ra sły­nie z te­go, że do­sta­je się na nią każ­dy, kto za­pła­ci.

Po dro­dze Do­rot­ka do­ko­na­ła jesz­cze wła­snej ze­msty na Po­lo­ni­st­ce, zgła­sza­jąc się na olim­pia­dę z ję­zy­ka pol­skie­go.

Oj nie, dziec­ko, to nie dla cie­bie, nie dasz so­bie ra­dy, szko­da two­je­go cza­su – po­wie­dzia­ła z tro­ską Po­lo­nist­ka. – Po­za tym nie mam cza­su cię przy­go­to­wać, bo pra­cu­ję już z trze­ma in­ny­mi ucznia­mi, w tym z Mał­go­sią, któ­ra ma naj­więk­sze szan­se.

– Dzię­ku­ję, nie trze­ba – od­po­wie­dzia­ła grzecz­nie Do­rot­ka, wspi­na­jąc się na wy­ży­ny dy­plo­ma­cji, a w głę­bi du­szy ma­jąc ocho­tę roz­wa­lić Po­lo­ni­st­ce ja­kiś cięż­ki przed­miot na ozdo­bio­nej trwa­łą on­du­la­cją gło­wie. – Po­pro­si­łam pa­nią dy­rek­tor, że­by mnie przy­go­to­wa­ła.

Ze­msta oka­za­ła się bar­dzo słod­ka. Tyl­ko Do­rot­ka ukoń­czy­ła olim­pia­dę z suk­ce­sem, miaż­dżąc po dro­dze wszyst­kie Mał­go­sie i in­ne po­ten­cjal­nie ge­nial­ne kan­dy­dat­ki. Po uzy­ska­niu dru­gie­go miej­sca z dzi­ką sa­tys­fak­cją oświad­czy­ła, że Po­lo­nist­ka wię­cej jej na swo­ich lek­cjach nie zo­ba­czy.

Po­wia­da­ją, że ze­msta jest roz­ko­szą bo­gów. Nie do koń­ca wiem, co ma­ją na my­śli z ty­mi bo­ga­mi, ale roz­kosz­na jest na pew­no – by to wie­dzieć, wy­star­czy­ło spoj­rzeć na mi­nę Po­lo­nist­ki i mi­nę Do­rot­ki.

Ale wróć­my do te­ma­tu.

W wie­ku lat je­de­na­stu Do­rot­ka po­sta­no­wi­ła osta­tecz­nie i sta­now­czo, że bę­dzie ak­tor­ką. O tym, co ro­bią ak­tor­ki, mia­ła pew­ne wy­obra­że­nie, wy­nie­sio­ne z go­dzin spę­dzo­nych przed te­le­wi­zo­rem Ru­bin, nie­licz­nych se­an­sów w ki­nie oraz pla­ka­tów w pi­śmie „Pa­no­ra­ma”, któ­re pre­nu­me­ro­wa­ła bab­cia Do­rot­ki. Do­rot­ka nie­zbyt czę­sto by­wa­ła u bab­ci z ra­cji dzie­lą­cej je znacz­nej od­le­gło­ści i szo­ku­ją­cych moż­li­wo­ści pań­stwo­we­go ta­bo­ru ko­le­jo­we­go, ale jak już by­wa­ła, za­wsze w wiel­kiej drew­nia­nej skrzy­ni przy pie­cu cze­ka­ły na nią uło­żo­ne w rów­ny sto­sik, zbie­ra­ne pie­czo­ło­wi­cie przez bab­cię ko­lo­ro­we ga­ze­ty. A w nich pla­ka­ty z ak­tor­ka­mi w pięk­nych wie­czo­ro­wych suk­niach, nie­miesz­czą­cych się w ka­drze fry­zu­rach, ak­tor­ki sie­dzą­ce na ko­niach, ko­niecz­nie i ab­so­lut­nie bia­łych, le­żą­ce na pla­ży w ko­stiu­mach ką­pie­lo­wych, wi­szą­ce w ha­ma­kach i su­ną­ce po scho­dach. Oprócz ak­to­rek w ga­ze­tach by­ły tak­że pla­ka­ty ze zdję­cia­mi gwiazd mu­zy­ki o fry­zu­rach przy­po­mi­na­ją­cych do złu­dze­nia źle wy­su­szo­ne­go mo­pa, w skó­rza­nych kurt­kach na­je­żo­nych ćwie­ka­mi, z twa­rza­mi po­ma­lo­wa­ny­mi w prze­dziw­ne wzo­ry, w dżin­sach z dziu­ra­mi na ko­la­nach i pod­ko­szul­kach z sia­tecz­ki. Wszyst­kie pla­ka­ty Do­rot­ka pie­czo­ło­wi­cie zbie­ra­ła i ob­wie­sza­ła ni­mi sło­mia­ne ma­ty zdo­bią­ce jej nie­wiel­ki po­ko­ik w wie­żow­cu na war­szaw­skiej Pra­dze.

By­ła prze­ko­na­na, że ak­tor­stwo to naj­wspa­nial­sza pra­ca świa­ta. Moż­na ofia­ro­wać lu­dziom emo­cje, któ­rych po­trze­bu­ją, i jesz­cze do­stać za to pie­nią­dze, nie nisz­cząc so­bie przy tym fry­zu­ry i nie gnio­tąc su­kien­ki. Baj­ka.

Po­tem Do­rot­ka od­kry­ła te­atr i zmie­ni­ła zda­nie. Ży­cie ak­to­ra nie wy­da­wa­ło jej się już baj­ką, ale we­so­łą za­ba­wą. Do­rot­ka prze­by­wa­ła w te­atrze we wszyst­kie piąt­ki i so­bo­ty oraz nie­któ­re nie­dzie­le, co­raz bar­dziej za­zdrosz­cząc ak­to­rom te­go, jak świet­nie się ba­wią.

Przy wy­bo­rze li­ceum Do­rot­ka kie­ro­wa­ła się jed­ną my­ślą: czy w szko­le bę­dzie kół­ko te­atral­ne. I zna­la­zła ta­ką, w któ­rej by­ło.

Po­za kół­kiem te­atral­nym w li­ceum Do­rot­ce przy­da­rzy­ło się tak­że po­kaź­ne gro­no ser­decz­nych przy­ja­ciół, któ­rzy po­zo­sta­ną w jej ży­ciu na dłu­gie la­ta. Usły­szy­cie jesz­cze o Ża­bie, Ka­si i Asi. Do­rot­ka cza­sa­mi za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie, czy gdy­by przy wy­bo­rze szko­ły kie­ro­wa­ła się in­ny­mi kry­te­ria­mi i po­bie­ra­ła edu­ka­cję w in­nej pla­ców­ce, też za­war­ła­by tak trwa­łe zna­jo­mo­ści. Ja­koś so­bie nie umia­ła wy­obra­zić, że nie zna Ża­by, Ka­si ani Asi. Ja też so­bie te­go nie wy­obra­żam, dla­te­go za­dba­łem o to, by się spo­tka­ły.

Ale wróć­my do na­szej bo­ha­ter­ki i jej pa­sji. Oka­za­ła się w niej upar­ta i wy­trwa­ła, jak we wszyst­kim, cze­go się po­dej­mo­wa­ła, no, mo­że po­za ćwi­cze­nia­mi na mię­śnie brzu­cha, ale o tym póź­niej.

Nie zre­zy­gno­wa­ła po pierw­szym nie­zda­nym eg­za­mi­nie na stu­dia, gdzie zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie wy­szło na jaw, że nie mó­wi S.

Rok póź­niej się oka­za­ło, że mó­wi, tyl­ko pa­ni z ko­mi­sji się prze­sły­sza­ła.

Do­rot­ka, chcąc prze­trwać rok do ko­lej­nych eg­za­mi­nów, pod­ję­ła pra­cę w pew­nej fir­mie, gdzie no­ca­mi wpi­sy­wa­ła do kom­pu­te­rów to, cze­go ktoś in­ny nie zdą­żył wpi­sać w dzień.

Po ro­ku po­szła na eg­za­mi­ny i choć prze­ży­ła sil­ne za­sko­cze­nie, że mó­wi S, oka­za­ło się, że jed­nak nie ma ta­len­tu.

Oka­za­ło się dość szyb­ko, bo po ja­kichś dwóch mi­nu­tach.

Nie bę­dę ukry­wał, że Do­rot­ka czu­ła się roz­cza­ro­wa­na.

Ko­lej­ny rok spę­dzi­ła, prze­pi­su­jąc no­ca­mi tek­sty na kom­pu­te­rze i za­sta­na­wia­jąc się, co cze­ka ją na trze­cim eg­za­mi­nie.

Do trze­cie­go eg­za­mi­nu za­czę­ła się przy­go­to­wy­wać pół ro­ku wcze­śniej.

Po­pro­si­ła o po­moc ak­to­ra ze swo­je­go ulu­bio­ne­go te­atru i nie bez zna­cze­nia był fakt, że ów ak­tor się Do­rot­ce po­do­bał. Miał świet­ną dyk­cję, był sma­gły, ciem­no­wło­sy i za­baw­ny. Przy tym uwa­żał, że Do­rot­ka ma ta­lent i mu­si się do­stać. Do­rot­ka czer­pa­ła ze spo­tkań z ak­to­rem du­żą przy­jem­ność, po­za oczy­wi­stą ko­rzy­ścią, rzecz ja­sna. Ak­tor wpraw­dzie był nie­co zło­śli­wy i trak­to­wał ją ciut pro­tek­cjo­nal­nie, ale Do­rot­ka wie­le by­ła w sta­nie znieść w imię swo­ich uczuć oraz na­dziei na upra­gnio­ne stu­dia, co sta­no­wi­ło bar­dzo in­ten­syw­ną kom­bi­na­cję.

Kie­dy Do­rot­ki nie przy­ję­to na stu­dia, ak­tor prze­żył szok. A Do­rot­ka uzna­ła, że naj­wyż­sza po­ra dać so­bie spo­kój.

Po­sta­no­wi­ła zo­stać spe­cja­list­ką do spraw tu­ry­sty­ki.

Osta­tecz­nie pra­ca w przy­jem­nym ho­te­li­ku z ba­se­nem nie jest naj­gor­szym, co mo­gło­by się jej przy­da­rzyć. Wpraw­dzie to nie to sa­mo, co mi­stycz­ne prze­ży­cia w te­atrze, ale prze­cież za­wsze mo­gło być go­rzej. Nie wy­obra­ża­ła so­bie na przy­kład sie­bie za la­dą w skle­pie mię­snym.

Zło­ży­ła za­tem nie­zbęd­ne do­ku­men­ty i uda­ła się na eg­za­min. Część pi­sem­ną za­li­czy­ła bez pro­ble­mu, jak na piąt­ko­wą uczen­ni­cę przy­sta­ło. Eg­za­min ust­ny na­to­miast oka­zał się Hi­ma­la­ja­mi trud­no­ści, nie ty­le z uwa­gi na po­ziom me­ry­to­rycz­ny py­tań, co z po­wo­du Oso­by Eg­za­mi­nu­ją­cej.

Do­rot­ce cał­kiem nie­źle szło do mo­men­tu, gdy prze­py­tu­ją­ca ją wą­sa­ta oso­ba ro­dza­ju żeń­skie­go po­le­ci­ła to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu:

– Pro­szę wziąść tą książ­kę.

Do­rot­ka zdę­bia­ła. Oso­ba naj­wy­raź­niej po­ro­zu­mie­wa­ła się w ję­zy­ku Do­rot­ce ob­cym, by­naj­mniej nie po pol­sku, i na sa­mą pod­su­nię­tą przez pra­cu­ją­cą ner­wo­wo wy­obraź­nię myśl o sta­dzie po­dob­nych istot, któ­re bę­dą chcia­ły Do­rot­kę cze­goś na­uczać, Do­rot­ka po­czu­ła sil­ny skurcz w gar­dle i prze­moż­ną chęć od­da­le­nia się z te­go okrop­ne­go miej­sca. Wy­trwa­ła ja­koś do koń­ca eg­za­mi­nu, ale wi­zja prze­ra­ża­ją­ca jak ob­ra­zy Bo­scha po­pchnę­ła ją do czy­nu, któ­re­go mo­gła ża­ło­wać do koń­ca swych dni. Za­bra­ła z kró­le­stwa dziw­nych istot swo­je do­ku­men­ty i po­sta­no­wi­ła za­koń­czyć jesz­cze nie­roz­po­czę­tą edu­ka­cję.

Ma­ma Do­rot­ki by­ła za­ła­ma­na. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że Do­rot­ka do koń­ca ży­cia bę­dzie no­ca­mi wpi­sy­wa­ła coś do kom­pu­te­ra, a dnia­mi od­sy­pia­ła no­ce. Tym spo­so­bem ni­g­dy nie znaj­dzie so­bie na­rze­czo­ne­go oraz nie wyj­dzie za mąż, skut­kiem cze­go na za­wsze po­zo­sta­nie z ma­mą. Czy mo­że być coś gor­sze­go? I dla ma­my, i dla Do­rot­ki? (Oj­ciec Do­rot­ki prze­by­wał cał­kiem gdzie in­dziej i ja­ko ta­ki nie był za­an­ga­żo­wa­ny w spra­wę).

Po­czu­łem, że mu­szę za­in­ge­ro­wać. Pod­su­ną­łem Do­rot­ce pew­ne pi­smo mło­dzie­żo­we, a w nim kon­kurs, któ­ry miał otwo­rzyć drzwi do wiel­kiej ka­rie­ry, gwa­ran­tu­jąc zwy­cięż­czy­ni dar­mo­wą na­ukę w pry­wat­nym Stu­dio dla ak­to­rów. Do­dat­ko­wym plu­sem był fakt, że Stu­dio znaj­do­wa­ło się w in­nym mie­ście niż Do­rot­ka i jej ma­ma, co sku­tecz­nie prze­kre­śla­ło moż­li­wość dal­sze­go pra­co­wa­nia no­ca­mi na kom­pu­te­rze.

Do­rot­ka, nie­wie­le my­śląc, wzię­ła udział w kon­kur­sie, po­je­cha­ła na prze­słu­cha­nia, na któ­rych nikt nie za­uwa­żył, że nie wy­ma­wia S, wszy­scy za to za­uwa­ży­li, że ma ta­lent, i przy­ję­li ją bez żad­nych kom­pli­ka­cji.

I się za­czę­ło.

Do­rot­ka prze­li­czy­ła swo­je oszczęd­no­ści, odło­żo­ne do ma­lo­wa­nej w lu­do­we wzo­ry drew­nia­nej be­czuł­ki peł­nią­cej ro­lę skar­bon­ki, i do­szła do dru­zgo­cą­ce­go wnio­sku, że dwa la­ta pra­cy no­ca­mi przy prze­brzy­dłym kom­pu­te­rze wy­star­czą jej na ja­kieś dwa mie­sią­ce czyn­szu w da­le­kim mie­ście. Na­le­ża­ło bez­zwłocz­nie zna­leźć ta­nie lo­kum.

Ma­ma Do­rot­ki uru­cho­mi­ła krew­nych i zna­jo­mych, na próż­no. Aż do dnia, gdy zu­peł­nym przy­pad­kiem (no, szcze­rze mó­wiąc, nie do koń­ca przy­pad­kiem, wy­sła­łem ją tam z pre­me­dy­ta­cją) tra­fi­ła w skle­pie na pa­nią, któ­rej cór­ka mia­ła ko­le­żan­kę ma­rzą­cą o tym, by od­dać swo­je miesz­kan­ko w mi­łe rę­ce.

Ko­le­żan­ka cór­ki opi­sy­wa­ła miesz­kan­ko ja­ko skrom­ne, o ni­skim stan­dar­dzie (wła­ści­wie to do re­mon­tu, ale co tam dziew­czy­nie trze­ba na po­czą­tek…), za to przy­tul­ne i nie­dro­gie.

Do­rot­ka nie by­ła wy­bred­na i szyb­ko sta­ła się tym­cza­so­wą lo­ka­tor­ką cał­kiem mi­łe­go miesz­ka­nia na obrze­żach gro­du Kra­ka.

Gdy ma­ma Do­rot­ki uda­ła się tam po mie­sią­cu, by po­móc jej w prze­pro­wadz­ce, by­ła chy­ba nie­co roz­cza­ro­wa­na, co Do­rot­ka po­zna­ła po tym, że zro­bi­ła się zie­lo­na na twa­rzy. Mo­że z uwa­gi na czer­nie­ją­cą wan­nę, z któ­rej pła­ta­mi odła­zi­ła far­ba? Prze­cież to nie ko­niec świa­ta. Przy­naj­mniej by­ła w miesz­ka­niu lo­dów­ka, w kuch­ni, to zna­czy kuch­ni ja­ko ta­kiej nie by­ło, bo tam, gdzie kie­dyś by­ła, był po­kój, ale coś na kształt kuch­ni znaj­do­wa­ło się w daw­nym przed­po­ko­ju. Nie by­ło więc przed­po­ko­ju i pro­sto z ko­ry­ta­rza wcho­dzi­ło się do tej ni­by kuch­ni.

Do­rot­ka zna­la­zła so­bie wśród ko­le­ża­nek z no­wej szko­ły kan­dy­dat­kę na współ­lo­ka­tor­kę, bar­dzo mi­łą, bez­kon­flik­to­wą dziew­czy­nę o imie­niu Kry­sty­na, któ­ra zgo­dzi­ła się miesz­kać w mniej­szym po­ko­iku, prze­ro­bio­nym z daw­nej kuch­ni. Kry­sty­na, oglą­da­jąc miesz­ka­nie, wca­le nie zro­bi­ła się zie­lo­na na twa­rzy, a to naj­waż­niej­sze. Ma­ma Do­rot­ki mu­sia­ła ja­koś prze­łknąć roz­cza­ro­wa­nie.

Do­rot­ka i Kry­sty­na ży­ły w peł­nej sym­bio­zie, Kry­sty­na oka­za­ła się bo­wiem oso­bą nie­zwy­kle spo­koj­ną, do­bre­go cha­rak­te­ru i wiel­kie­go ser­ca. Przy tym po­wsta­wa­niu ewen­tu­al­nych kon­flik­tów nie sprzy­jał fakt, że rzad­ko by­wa­ła w do­mu, bo w cza­sie wol­nym od na­uki, któ­re­go (zwłasz­cza zda­niem Do­rot­ki, wciąż spra­gnio­nej no­wych wy­zwań na­uko­wych i ćwi­czeń, by­le nie fi­zycz­nych) mia­ły zde­cy­do­wa­nie za du­żo, Kry­sty­na pod­ję­ła się opie­ki nad pew­ną nie­do­ma­ga­ją­cą sta­ru­szecz­ką, aby móc opła­cić so­bie szko­łę oraz czynsz za ich nie­zwy­kłe miesz­ka­nie. Ten zresz­tą z cza­sem stał się niż­szy na sku­tek fak­tu, że wpro­wa­dzi­ły się do nich jesz­cze dwie ko­le­żan­ki – jed­na nie­szczę­śni­ca, któ­rą gwał­tem wy­rzu­co­no z po­przed­nie­go lo­kum, oraz dru­ga, któ­ra przy­szła z wi­zy­tą i tak już zo­sta­ła.

W tam­tym cza­sie Do­rot­ka za­pa­ła­ła uczu­ciem do ro­syj­skie­go tan­ce­rza o uro­dzie efe­ba, któ­ry na­uczał ich gru­pę tań­ca. Nie wiem, czy wie­cie, że ak­to­rzy mu­szą za­li­czyć i ta­kie przy­jem­no­ści. Mu­szę wam po­wie­dzieć, że jak chcę so­bie po­pra­wić hu­mor po ja­kimś nie naj­lep­szym dniu, zwy­kle za­glą­dam do szko­ły ak­tor­skiej na do­wol­nej pół­ku­li i to za­wsze do­brze mi ro­bi. Szcze­gól­nie po­ciesz­ni są po­cząt­ku­ją­cy ucznio­wie. Te ob­ci­słe ge­try, te sku­pio­ne mi­ny – uwiel­biam. Naj­lep­sze an­ti­do­tum na bo­ską chan­drę.

W każ­dym ra­zie Do­rot­ce Efeb wpadł w oko. Z tań­cem szło jej nie­źle, cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła­by, aby za­ję­cia od­by­wa­ły się w sa­li bez lu­ster. Bar­dzo ją roz­pra­sza­ło to, co wi­dzia­ła, zwłasz­cza w oko­li­cach miej­sca, w któ­rym po­win­na być jej ta­lia. Tym bar­dziej że Efeb był zbu­do­wa­ny pro­por­cjo­nal­nie, a po­nad­to wy­glą­dał na znacz­nie drob­niej­sze­go od Do­rot­ki, co po­tę­go­wa­ło jej fru­stra­cję.

Po upły­wie pa­ru mie­się­cy Do­rot­ka mu­sia­ła jed­nak przy­jąć do wia­do­mo­ści, że Efeb nie jest za­in­te­re­so­wa­ny za­dzierz­gnię­ciem z nią głęb­szej wię­zi i po­prze­sta­ną na re­la­cjach stric­te za­wo­do­wych.

Ja­ko że Do­rot­ka zwy­kła w każ­dej sy­tu­acji szu­kać do­brych stron, tak by­ło i tym ra­zem. Do­szła do wnio­sku, że po­win­na bar­dziej sku­pić się na na­uce, a mniej na flir­tach, zwłasz­cza z pro­fe­so­ra­mi.

Tym bar­dziej że otrzy­ma­ła od jed­ne­go z pro­fe­so­rów, zwa­ne­go Sze­fem, pew­ną pro­po­zy­cję.

Chcesz za­grać w te­le­wi­zji? – za­py­tał Szef któ­re­goś dnia po za­ję­ciach z wier­sza.

„Co za py­ta­nie?” – po­my­śla­ła Do­rot­ka w eks­ta­zie. „Któ­ra po­cząt­ku­ją­ca ak­tor­ka nie chce za­grać w te­le­wi­zji?”.

Oczy­wi­ście, że i Do­rot­ka chcia­ła. Ro­la wpraw­dzie by­ła nie­wiel­ka, wła­ści­wie jed­no zda­nie, ale za to w bar­dzo mi­łym to­wa­rzy­stwie, al­bo­wiem Do­rot­ka mia­ła to­wa­rzy­szyć pew­ne­mu Wiel­kie­mu Ak­to­ro­wi.

Bar­dzo prze­ję­ta po­je­cha­ła do te­le­wi­zji na przy­miar­kę ko­stiu­mu.

Szła i szła strasz­nie dłu­gim ko­ry­ta­rzem, aż wresz­cie do­szła do tej pra­cow­ni, do któ­rej mia­ła dojść. Za­sta­ła tam dwie bar­dzo mi­łe pa­nie, któ­re na­tych­miast ją ubra­ły w okrop­nie cięż­ki ste­laż, a do te­go w su­kien­kę, na­rzut­kę i tyl­ko bu­tów nie mia­ły od­po­wied­nich, bo stwier­dzi­ły, że na ta­kie sto­py to bę­dzie kło­pot.

Do­rot­ce da­ło to do my­śle­nia. Czyż­by wszyst­kie wy­stę­pu­ją­ce w te­le­wi­zji ak­tor­ki mia­ły sto­py mniej­sze od niej? W każ­dym ra­zie sta­nę­ło na tym, że bę­dzie gra­ła we wła­snych bu­tach, by­le nie na ob­ca­sie, bo Wiel­ki Ak­tor jest wpraw­dzie wiel­ki, ale nie wzro­stem, nie wy­pa­da­ło więc, by Do­rot­ka by­ła od nie­go więk­sza, zwłasz­cza w ro­li jed­ne­go z bra­ci na­szych mniej­szych, bo chy­ba za­po­mnia­łem wspo­mnieć, że Do­rot­ka mia­ła grać ku­rę.

Nie ma się co dzi­wić, po­cząt­ki ni­g­dy nie są ła­twe, zwłasz­cza w tym za­wo­dzie. Ja­ko że ku­rza mu­tan­ci­ca nie wcho­dzi­ła w grę, Do­rot­ka uzna­ła, że wy­stą­pi w te­ni­sów­kach. Nie wie­dzia­ła jesz­cze wte­dy, że wy­stę­py w obu­wiu wła­snym sta­ną się wkrót­ce nie­chlub­ną tra­dy­cją, wy­mu­szo­ną przez oko­licz­no­ści i fakt, że przy­szła na świat ze sto­pa­mi jak po­dol­ski zło­dziej, jak czu­le ma­wia­ła jej ma­ma.

Wie­czo­rem Do­rot­ka na mięk­kich no­gach po­szła do te­atru, że­by spo­tkać się z Wiel­kim Ak­to­rem. Spo­tka­nie umó­wił Szef praw­do­po­dob­nie po to, że­by trosz­kę Do­rot­kę ośmie­lić.

Nie bar­dzo wie­dzia­ła, jak się za­cho­wać; w koń­cu Wiel­ki Ak­tor to Wiel­ki Ak­tor, do­tąd wi­dzia­ny wy­łącz­nie w te­le­wi­zji, ale on sam wy­ba­wił ją z kło­po­tu, bo wy­szedł z gar­de­ro­by i na jej wi­dok za­py­tał:

– Prze­pra­szam, czy pa­ni jest ku­rą?

Do­rot­ka po­zna­ła po tym, że to uro­czy, dow­cip­ny i bez­po­śred­ni czło­wiek. Stres opu­ścił ją pra­wie na­tych­miast i rów­nie szyb­ko wró­cił, gdy tyl­ko wy­szła z te­atru i za­czę­ła ana­li­zo­wać swo­je za­cho­wa­nie – co po­wie­dzia­ła, a nie po­win­na, cze­go nie po­wie­dzia­ła, choć wy­pa­da­ło, i cze­go ma nie mó­wić, gdy spo­tka­ją się po­now­nie.

Przy­go­to­wa­ła so­bie ze szcze­gó­ła­mi, co po­wie, a cze­go nie, prze­my­śla­ła do­kład­nie, jak na­le­ży się za­cho­wy­wać w pra­cy na pla­nie, po czym, jak tyl­ko tam tra­fi­ła, wszyst­ko wzię­ło w łeb, mi­mo że każ­dy był dla niej mi­ły: pa­nie cha­rak­te­ry­za­tor­ki, któ­re wy­my­śli­ły fry­zu­rę ich zda­niem wła­ści­wą dla ku­ry, jak­kol­wiek by to nie brzmia­ło, wspo­mnia­ne już uro­cze pa­nie gar­de­ro­bia­ne, pan dźwię­ko­wiec, któ­ry Do­rot­ce przy­pi­nał mi­kro­fon, pan re­ży­ser, Wiel­ki Ak­tor, któ­ry du­żo z nią roz­ma­wiał i w ogó­le nie za­cho­wy­wał się jak gwiaz­da. Do­rot­ka sta­ra­ła się jak mo­gła uda­wać, że gra­nie ku­ry w baj­ce dla dzie­ci to dla niej chleb po­wsze­dni, że to nic strasz­ne­go, że w ogó­le się nie przej­mu­je, że te­le­wi­zja wca­le jej nie onie­śmie­la. I kie­dy już nie­co się uspo­ko­iła, po­ja­wił się ca­ły ta­bun ak­to­rów z ka­pry­sa­mi.

Jed­na ak­tor­ka na­tych­miast się na Do­rot­kę ob­ra­zi­ła, bo Do­rot­ka jej się nie przed­sta­wi­ła. Po­tem Szef wy­tłu­ma­czył Do­rot­ce, że zwy­czaj wy­ma­ga, by mło­dy aspi­ru­ją­cy ak­tor przed­sta­wił się wszyst­kim ko­le­gom z gar­de­ro­by. Do­rot­ka jest wpraw­dzie oso­bą dość kul­tu­ral­ną i ra­czej do­brze wy­cho­wa­ną, ale nie­ste­ty nie po­tra­fi do­ko­ny­wać cu­dów, a wspo­mnia­na ak­tor­ka, gdy Do­rot­ka przy­szła do gar­de­ro­by, by­ła już na pla­nie, za­tem los nie do­star­czył Do­rot­ce spo­sob­no­ści, by do­ko­nać au­to­pre­zen­ta­cji. Gdy ak­tor­ka wró­ci­ła do gar­de­ro­by, na plan za­wo­ła­no Do­rot­kę i tak się przez pół dnia mi­ja­ły. Być mo­że Do­rot­ka po­win­na prze­rwać zdję­cia, aby usa­tys­fak­cjo­no­wać ak­tor­kę przed­sta­wie­niem się, ale ja­koś nie przy­szło jej to do gło­wy. Ak­tor­ka by­ła bar­dzo ob­ra­żo­na i w sce­nach, w któ­rych wy­stę­po­wa­ły ra­zem, de­mon­stra­cyj­nie trak­to­wa­ła Do­rot­kę jak po­wie­trze. Mo­że zresz­tą po pro­stu gra­ła swo­ją ro­lę, w któ­rej to ro­li nie lu­bi­ła kur, kto to wie… Nie­mniej jed­nak Do­rot­ce by­ło bar­dzo przy­kro.

Ale to jesz­cze nic. W ba­jecz­ce gra­ła też pew­na Gwiaz­da. Tej aku­rat Do­rot­ka się przed­sta­wi­ła, jesz­cze w gar­de­ro­bie. Ale i tak nie­wie­le to po­mo­gło. Gwiaz­da gra­ła, gra­ła, aż na­gle prze­sta­ła i wy­szła.

Nikt nie wie­dział, co się sta­ło. Po­zo­sta­łe scen­ki z Gwiaz­dą na­gra­no bez Gwiaz­dy, uda­jąc, że tak ma być.

– Coś ty jej ta­kie­go zro­bi­ła? – za­py­tał wie­czo­rem Szef.

Do­rot­ka zdę­bia­ła.

– To wiel­ka, wspa­nia­ła ak­tor­ka… – wy­sa­pa­ła. – Ja ją bar­dzo sza­nu­ję, co bym jej ni­by mo­gła zro­bić al­bo w ogó­le chcieć jej ro­bić i po co?!

No, przez cie­bie wy­szła z pla­nu – od­po­wie­dział Szef, tro­chę roz­ba­wio­ny, a tro­chę za­sko­czo­ny si­łą wpły­wu Do­rot­ki na Gwiaz­dę.

– Prze­ze mnie? – Do­rot­ka nie mo­gła w to uwie­rzyć. – Prze­cież nie za­mie­ni­ły­śmy ze so­bą ani sło­wa!

– Po­noć Gwiaz­da twier­dzi, że bez­wied­nie, bo oczy­wi­ście nie zro­bi­łaś nic złe­go i ona nie ma do cie­bie pre­ten­sji, broń Bo­że, a więc, że bez­wied­nie emi­tu­jesz ne­ga­tyw­ne wi­bra­cje i Gwiaz­da nie mo­że przy to­bie tu­dzież z to­bą pra­co­wać. Dla­te­go wy­szła – wy­ja­śnił Szef, z ra­cji swo­je­go sta­żu w biz­ne­sie ak­tor­skim nie­spe­cjal­nie zdzi­wio­ny spe­cy­ficz­ną lo­gi­ką Gwiaz­dor­skie­go tłu­ma­cze­nia.

Do­rot­ka po­pa­dła w za­du­mę. W ży­ciu by nie przy­pusz­cza­ła, że coś do Gwiaz­dy emi­tu­je, zro­bi­ło jej się głu­pio i po­czu­ła się win­na, choć tak na­praw­dę nie wie­dzia­ła, w czym rzecz. Przy­znam wam szcze­rze, że z mo­je­go, bo­skie­go punk­tu wi­dze­nia, mu­sia­łem chy­ba coś prze­oczyć. Też nie mam po­ję­cia, co ta­kie­go Do­rot­ka emi­tu­je.

Do­rot­ka wy­nio­sła z tej przy­go­dy jesz­cze jed­no wspo­mnie­nie.

Oprócz Wiel­kie­go Ak­to­ra, Ob­ra­żo­nej Ak­tor­ki i Gwiaz­dy spo­tka­ła jesz­cze jed­ne­go zna­ne­go ak­to­ra, któ­ry jej uświa­do­mił, że w tej pra­cy trze­ba mieć oczy do­oko­ła gło­wy. Kie­dy pierw­szy raz po­czu­ła do­tknię­cie w oko­li­cy ni­skich ple­ców, my­śla­ła, że to przy­pa­dek. Ale że do­tknię­cia się po­wta­rza­ły i to za­wsze, gdy w oko­li­cy był zna­ny ak­tor, do Do­rot­ki do­tar­ła smut­na praw­da, że to je­go ła­pa, bru­tal­nie mó­wiąc, kle­pie ją po tył­ku. Po­wiem wam szcze­rze, tak mię­dzy na­mi, że współ­czu­łem Do­rot­ce, wi­dzia­łem, ja­ką wal­kę to­czą w niej wro­dzo­na de­li­kat­ność i kul­tu­ra oso­bi­sta oraz wpo­jo­ny przez ma­mę sza­cu­nek do osób star­szych od sie­bie ze zwy­kłą chę­cią da­nia ak­to­ro­wi w pysk. I przy­znam, że choć ja­ko Bóg je­stem ab­so­lut­nie prze­ciw­ny prze­mo­cy, w tym przy­pad­ku przy­mknął­bym oko na ewen­tu­al­ny Do­rot­ko­wy rę­ko­czyn. Do­rot­ka jed­nak by­ła bar­dzo dziel­na i za­cho­wa­ła zim­ną krew. Pró­bo­wa­ła pro­wa­dzić uprzej­my dia­log z ak­to­rem, jed­no­cze­śnie wi­jąc się jak w kon­wul­sjach w pró­bach uni­ka­nia je­go ła­py.

Traf chciał, że przy obie­dzie ak­tor do­siadł się do sto­licz­ka Do­rot­ki, a że ła­py za­ję­te miał je­dze­niem, nad­ra­biał atrak­cja­mi wer­bal­ny­mi. Za­sy­py­wał Do­rot­kę moc­no prza­śny­mi dow­ci­pa­mi, skła­dał jej nie­dwu­znacz­ne pro­po­zy­cje, a przy de­se­rze na­wet pró­bo­wał zła­pać ją za ku­rzą pierś. Za­ku­sów na fi­le­ty Do­rot­ka już nie znio­sła i zre­zy­gno­wa­ła z kom­po­tu.

By­łem z niej dum­ny. Mo­gła dać mu w pysk, a za­cho­wa­ła się god­nie i aser­tyw­nie. Współ­cze­śni mi­strzo­wie co­achin­gu bi­li­by jej bra­wo.

To pierw­sze spo­tka­nie z show-biz­ne­sem by­ło dla Do­rot­ki pi­ra­mi­dą wra­żeń.

Po­my­śla­łem, że je­śli po tym wszyst­kim nie zmie­ni zda­nia i się nie prze­kwa­li­fi­ku­je, zna­czy, że już po niej.

Nie zmie­ni­ła zda­nia.

Gdy te­go dnia do­tar­ła na za­ję­cia w szko­le, jej gru­pa po­wi­ta­ła ją wdzięcz­nym gda­ka­niem.

Traf chciał, że by­ły to za­ję­cia spor­to­we, któ­rych Do­rot­ka szcze­gól­nie nie mi­ło­wa­ła.

Za­ję­cia pro­wa­dził Tre­ner, któ­re­go Do­rot­ka pod wpły­wem pierw­sze­go wra­że­nia nie­słusz­nie w my­ślach na­zwa­ła „Dziad­kiem”. Zmy­li­ły ją si­wa bro­da i ły­si­na. Ksy­wa „Dzia­dek” stra­ci­ła na ak­tu­al­no­ści przy pierw­szej se­rii ćwi­czeń, któ­re za­pre­zen­to­wał star­szy pan. Do­rot­ka po raz ko­lej­ny prze­ko­na­ła się, że nie na­le­ży zbyt­nio ufać pierw­sze­mu wra­że­niu.

Szef po­wie­dział po­tem Do­rot­ce, że Tre­ner to le­gen­da pol­skie­go te­atru, mistrz spraw­no­ści fi­zycz­nej, a przy tym znaw­ca prze­róż­nych me­tod tre­nin­go­wych i sztuk wal­ki.

Do­rot­ka do­ce­ni­ła moż­li­wość spo­tka­nia z hi­sto­rią, ale Tre­ner wy­dał jej się dość oschły i su­ro­wy, a przy tym bar­dzo wy­ma­ga­ją­cy, a że Do­rot­ka do naj­spraw­niej­szych nie na­le­ża­ła, nie cze­ka­ła na wspól­ne za­ję­cia ze szcze­gól­nym utę­sk­nie­niem. Mia­ła przy tym po­czu­cie, że Tre­ner trak­tu­je ją pro­tek­cjo­nal­nie i z po­bła­ża­niem, jak każ­de­go, czy­ja spraw­ność ru­cho­wa po­zo­sta­wia­ła wie­le do ży­cze­nia.

Co nie zna­czy, że Do­rot­ka mia­ła­by za­ję­cia opusz­czać, co to, to nie.

Pod­cho­dzi­ła do te­ma­tu z du­żym za­an­ga­żo­wa­niem, mi­mo otwar­tych kpin ze stro­ny Tre­ne­ra, i po­sta­no­wi­ła so­bie, że bę­dzie się sta­rać w mia­rę swo­ich moż­li­wo­ści, bez wzglę­du na je­go szy­der­stwa. Ja­ko iż mia­ła sil­ne po­czu­cie, że Tre­ner jej po pro­stu nie lu­bi, da­ła so­bie spo­kój z wal­ką o je­go wzglę­dy i po­sta­no­wi­ła sku­pić się na wy­zna­cza­nych przez nie­go za­da­niach.

Trze­ba wam wie­dzieć, że Do­rot­ka po­cho­dzi­ła z do­mu o sil­nie za­ko­rze­nio­nych tra­dy­cjach spor­to­wych. Bu­do­wa­nie tę­ży­zny fi­zycz­nej win­na by­ła wy­ssać z mle­kiem mat­ki. Nie­ste­ty, ku roz­pa­czy oboj­ga ro­dzi­ców, już na eta­pie edu­ka­cji pod­sta­wo­wej ujaw­nił się jej sil­ny lęk przed ja­kim­kol­wiek ry­zy­kiem spor­to­wym. Na wi­dok ko­zła na sa­li gim­na­stycz­nej na­sza bo­ha­ter­ka za­mie­ra­ła z prze­ra­że­nia. Przy pró­bie wy­ko­na­nia prze­rzu­tu bo­kiem, zwa­ne­go po­tocz­nie gwiaz­dą, do­sta­wa­ła drga­wek ze stra­chu. Wy­obraź­nia na­tych­miast pod­su­wa­ła jej po­twor­ne ob­ra­zy ewen­tu­al­nych skut­ków tych efek­tow­nych ewo­lu­cji.

Ma­ma Do­rot­ki nie ro­zu­mia­ła jej lę­ków. W mło­do­ści ska­ka­ła przez płot­ki i osią­ga­ła spek­ta­ku­lar­ne suk­ce­sy w spor­tach dru­ży­no­wych oraz tań­cu lu­do­wym i ba­le­cie. Nie po­tra­fi­ła po­jąć, że moż­na bać się ko­zła. Zwłasz­cza ta­kie­go, któ­ry się nie prze­miesz­cza. Pró­bo­wa­ła proś­bą i groź­bą roz­mi­ło­wać cór­kę w ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej.

Nie­ste­ty bez­sku­tecz­nie.

By­ła za­tem wiel­ce za­sko­czo­na, gdy oso­ba Tre­ne­ra obu­dzi­ła w Do­rot­ce uśpio­ne do­tąd am­bi­cje i cór­ka po­przy­się­gła so­bie zre­ali­zo­wać je­go pro­gram choć­by w wer­sji mi­ni­mum.

Mia­ła przy tym głę­bo­ko skry­wa­ną na­dzie­ję, że Do­rot­ka bę­dzie mniej od­por­na na me­to­dy Tre­ne­ra niż na mat­czy­ne su­ge­stie.

Tym­cza­sem Szef po raz ko­lej­ny wy­zna­czył Do­rot­ce za­da­nie i wraz z dwie­ma ko­le­żan­ka­mi z ro­ku wy­słał ją w po­dróż służ­bo­wą do mia­sta Po­zna­nia.

W rze­czo­nym Po­zna­niu, po­za Do­rot­ką i jej dwie­ma ko­le­żan­ka­mi, eki­pę uzu­peł­nia­li Bły­sko­tli­wy Pia­ni­sta oraz pe­wien ak­tor, nie­ja­ki Barszcz.

Dziel­ny czło­wiek, pod­jął po­waż­ne ry­zy­ko, zo­sta­jąc ak­to­rem z ta­kim na­zwi­skiem.

Ale do rze­czy.

Eki­pa po­je­cha­ła tam w ce­lu, nie ma co tu kryć, za­rob­ko­wym, ja­ko te­am roz­ryw­ko­wo-pro­mu­ją­cy pro­duk­ty pew­nej fir­my opo­niar­skiej. A wszyst­ko to w ra­mach tar­gów sa­mo­cho­do­wych. Za­da­niem eki­py by­ło za­in­te­re­so­wa­nie zwie­dza­ją­cych wy­two­ra­mi mar­ki. Szef na­pi­sał pio­sen­ki o opo­nach i sa­mo­cho­dach, a dziew­czy­ny by­ły od te­go, że­by je śpie­wać. Na po­cząt­ku Do­rot­ka czu­ła się tro­chę dziw­nie, ale gdy zo­ba­czy­ła, że wraz z ich eki­pą opo­ny pro­mu­je zna­ny ze­spół roc­ko­wy, po­pu­lar­ny sa­ty­ryk oraz słyn­ni pre­zen­te­rzy te­le­wi­zyj­ni, stwier­dzi­ła, że to­wa­rzy­stwo jest na ty­le do­bo­ro­we, iż nie ma po­wo­dów do wsty­du.

Pie­nią­dze by­ły Do­rot­ce po­trzeb­ne, a sko­ro in­nym, bar­dziej zna­nym od niej, ta­ka pra­ca nie przy­no­si­ła uj­my, to jej tym bar­dziej nie po­win­na.

Do­dam jesz­cze, że śpie­wa­nie sa­mo w so­bie wy­wo­łu­je u Do­rot­ki ta­ki stres (oczy­wi­ście kie­dy śpie­wa ona, nie ktoś tam), że wal­ka, ja­ką prze­pro­wa­dza­ła ze so­bą każ­de­go ran­ka, by­ła tak wy­czer­pu­ją­ca, iż nie mia­ła już si­ły na roz­trzą­sa­nie dy­le­ma­tów mo­ral­nych. Wła­ści­wie, bio­rąc pod uwa­gę jej sto­su­nek do wła­snej mu­zy­kal­no­ści, mu­sia­ła się zgo­dzić na ten wy­jazd w przy­pły­wie za­ćmie­nia umy­sło­we­go lub też z chę­ci zbi­cia for­tu­ny – ina­czej się nie da te­go wy­tłu­ma­czyć.

W każ­dym ra­zie zgo­dzi­ła się i chy­ba nie przy­nio­sła więk­szej szko­dy opo­nom. Po­za fak­tem, że po­wta­rza­li te sa­me ka­wał­ki śred­nio pięt­na­ście ra­zy dzien­nie, przez co czu­ła się nie­co od­móż­dżo­na, wszyst­ko jej się tam po­do­ba­ło.

Miesz­ka­li na osie­dlu Baj­ko­wym (no­men omen) w bar­dzo pięk­nej wil­li, któ­rej wła­ści­ciel­ka każ­de­go dnia przy­rzą­dza­ła śnia­dan­ko o szó­stej ra­no (sześć po­traw na go­rą­co do wy­bo­ru plus da­nia zim­ne...), a wie­czo­rem rów­nie ba­jecz­ną ko­la­cyj­kę. Ro­bi­ła to bez­sze­lest­nie, ni­g­dy na­wet jej nie wi­dzie­li, wszyst­ko po pro­stu na nich cze­ka­ło.

Mie­li do dys­po­zy­cji ca­ły dom, za­tem Do­rot­ka nie mu­sia­ła spe­cjal­nie in­te­gro­wać się z Barsz­czem, któ­ry oka­zał się już pod­czas prób pre­ten­sjo­nal­nym, prze­pra­szam za sło­wo, dup­kiem, i oględ­nie mó­wiąc, nie przy­pa­dli so­bie z Do­rot­ką do gu­stu. Do­rot­ka uzna­ła, że je­że­li fa­cet po­ka­zu­je na pró­bie układ cho­re­ogra­ficz­ny, a ro­bi to tak nie­udol­nie, iż przez mo­ment wszy­scy są­dzą, że się wy­głu­pia, po czym za­do­wo­lo­ny z sie­bie mó­wi:

No cóż, mam chy­ba pra­wo uczyć was te­go, mo­ja dziew­czy­na jest tan­cer­ką – to nie­zbyt do­brze o nim świad­czy. Zwłasz­cza że ja­koś nie wi­dzia­ła związ­ku. Jej ma­ma jest spor­t­smen­ką, a oj­ciec in­ży­nie­rem. Co to ma do rze­czy?

Je­śli cho­dzi o ści­słość, to Do­rot­ka mo­gła­by Barsz­cza uczyć tań­ca, spę­dzi­ła na kur­sach ba­le­tu i tań­ca to­wa­rzy­skie­go ja­kieś osiem lat, ale za­nie­cha­ła dzia­łań w tym ce­lu, aby nie wy­ka­zy­wać się aro­gan­cją i nie pro­wo­ko­wać kon­flik­tów, zwłasz­cza że Barszcz nie wy­glą­dał na ta­kie­go, co ła­two się pod­da­je ja­kim­kol­wiek su­ge­stiom. Nie chcia­ła na­to­miast mieć z nim nic wspól­ne­go po­za pra­cą i ja­koś bez pro­ble­mu się to uda­ło.

Na­wią­za­ła zna­jo­mo­ści z ludź­mi z show-biz­ne­su, któ­rzy rów­nież przy­je­cha­li tam pod szyl­dem mar­ki. Mu­zy­cy roc­ko­wi, któ­rzy miesz­ka­li za ścia­ną, co wie­czór wpa­da­li, że­by po­ga­wę­dzić z Bły­sko­tli­wym Pia­ni­stą na te­ma­ty ar­ty­stycz­ne. Wo­ka­li­sta któ­re­goś ra­zu wy­rwał przy oka­zji wi­zy­ty w ła­zien­ce ce­ra­micz­ną de­skę se­de­so­wą. Trud­no po­wie­dzieć, ja­ka by­ła przy­czy­na te­go ak­tu wan­da­li­zmu. Do­rot­ka mia­ła je­dy­nie na­dzie­ję, że fir­ma opo­niar­ska po­kry­je kosz­ty i go­spo­dy­ni mi­mo wszyst­ko bę­dzie ich po­byt wspo­mi­nać mi­ło.

Pod­czas te­go wy­jaz­du Do­rot­ka od­kry­ła, że wiel­cy te­go świa­ta by­wa­ją nie­obli­czal­ni.

Wró­ci­ła więc z po­dró­ży służ­bo­wej bo­gat­sza o ko­lej­ne cen­ne za­wo­do­we i ludz­kie do­świad­cze­nia. Oraz o cał­kiem po­waż­ne pie­nią­dze i, po­za wra­że­nia­mi zwią­za­ny­mi z Barsz­czem, nie naj­gor­sze wspo­mnie­nia. Swo­ją dro­gą, przy­glą­da­łem się te­mu Barsz­czo­wi i mu­szę Do­rot­ce przy­znać ra­cję, że ma coś z bu­ra­ka.

Na­de­szła po­ra se­sji oraz eg­za­mi­nów na stu­dia.

Do­rot­ka pod­ję­ła już de­cy­zję, że zo­sta­nie tam, gdzie jest, i nie bę­dzie pró­bo­wa­ła szczę­ścia tam, gdzie jej nie chcie­li. Mia­ła plan, że po ukoń­cze­niu szko­ły uda się do pra­cy w te­atrze na pro­win­cji i bę­dzie re­ali­zo­wać się za­wo­do­wo. Wia­do­mo, że wo­la­ła­by pra­co­wać w te­atrze w więk­szym mie­ście, ale sko­ro nie mó­wi S i nie ma ta­len­tu, po­sta­no­wi­ła mie­rzyć si­ły na za­mia­ry i po­zo­stać przy tym, co, jak się wy­da­wa­ło, jest w jej za­się­gu.

Przy­szedł czas na ostat­nie za­ję­cia spor­to­we.

Kto wy­bie­ra się na eg­za­mi­ny do Słyn­nej Szko­ły? – za­py­tał Tre­ner przed za­li­cze­niem. – Wie­cie, że tam uczę. Chcę wie­dzieć, czy już skła­dać re­zy­gna­cję.

Oka­za­ło się, że Do­rot­ka by­ła jed­ną z trzech osób, któ­re nie za­pi­sa­ły się na eg­za­min. W ob­li­czu ta­kie­go ob­ro­tu spraw Tre­ner nie­ocze­ki­wa­nie po­ka­zał ludz­ką twarz.

– Wo­bec te­go zro­bi­my dzi­siaj prób­ny eg­za­min ru­cho­wy. Zo­ba­czy­cie, czym to pach­nie i na co się de­cy­du­je­cie.

Do­rot­ka się ucie­szy­ła, bo my­śla­ła, że jej to nie do­ty­czy i Tre­ner zwol­ni ją do do­mu.

Ale usły­sza­ła:

– Eg­za­min prób­ny do­ty­czy wszyst­kich.

Aha.

Oczy­wi­ście Do­rot­ka zo­sta­ła; z kim jak z kim, ale z Tre­ne­rem dys­ku­to­wać się nie opła­ca­ło. Tre­ner prze­pro­wa­dził eg­za­min, po­in­stru­ował, co stu­den­tów mo­że cze­kać i na co po­win­ni zwró­cić uwa­gę. Do­rot­ce po­wie­dział z wła­ści­wą so­bie de­li­kat­no­ścią:

No cóż, je­śli ja bę­dę cię eg­za­mi­no­wał, to mo­że ja­koś pój­dzie, ale przy in­nych pe­da­go­gach nie masz szans. Nie po­tra­fisz zro­bić na­wet po­ło­wy ćwi­czeń, więc sa­ma ro­zu­miesz. Ja mo­że cię nie za­py­tam o szpa­gat, ale in­ni...

W ogó­le nie przy­jął do wia­do­mo­ści, że Do­rot­ka do eg­za­mi­nu nie przy­stę­pu­je. Wy­słu­cha­ła go więc i po­szła do do­mu.

Po po­łu­dniu za­dzwo­nił na­bz­dy­czo­ny Barszcz z pro­po­zy­cją.

Gram w ta­kim jed­nym pro­gra­mie ka­ba­re­to­wym w te­le­wi­zji – za­mam­ro­tał we wła­ści­wy so­bie ma­nie­rycz­ny spo­sób. – Szu­ka­ją tam we­so­łych tan­ce­rek, więc po­my­śla­łem o to­bie i dziew­czy­nach, sko­ro spraw­dzi­ły­ście się w tej po­znań­skiej ak­cji z opo­na­mi. Trze­ba by po­pra­co­wać nad tym tro­chę, zro­bić pa­rę prób, ale te­le­wi­zja dość do­brze pła­ci. Co ty na to? Dziew­czy­ny już się zgo­dzi­ły.

Do­rot­ka uzna­ła, że nie wi­dzi prze­ciw­wska­zań, i już na­stęp­ne­go dnia po­je­cha­ła na pierw­szą pró­bę. Proś­by Do­rot­ki, kie­ro­wa­ne pod mo­im ad­re­sem przez ca­łą noc, zo­sta­ły wy­słu­cha­ne i to nie Barszcz uczył je tań­czyć, tyl­ko bar­dzo mi­ła pa­ni cho­re­ograf. Dziew­czy­ny pra­co­wa­ły kil­ka dłu­gich dni w wiel­kim po­cie czo­ła, w prze­rwach jeź­dzi­ły na przy­miar­ki ko­stiu­mów i znów wra­ca­ły na pró­bę.

W mię­dzy­cza­sie roz­po­czę­ły się eg­za­mi­ny do Słyn­nej Szko­ły. Do­rot­ka wy­ka­za­ła się sła­bo­ścią cha­rak­te­ru i da­ła na­mó­wić ko­le­gom na ko­lej­ne po­dej­ście. Nie by­ła prze­ko­na­na do tej de­cy­zji, a na­wet mia­ła do sie­bie coś na kształt pre­ten­sji, że tak ła­two ule­gła pre­sji oto­cze­nia, ale ule­gła i już.

Oczy­wi­ście mia­łem w tym swój udział. Zwy­kło się uwa­żać, że mo­je wy­ro­ki są nie­zba­da­ne, ale to nie ozna­cza, że dzia­łam bez pla­nu. W tym przy­pad­ku mu­sia­łem je­dy­nie nie­co uśpić czuj­ność Do­rot­ki, co by­ło do­syć pro­ste, bio­rąc pod uwa­gę na­wał za­jęć i atrak­cji, któ­re przy­pa­dły jej w udzia­le. Dzię­ki te­mu na­sza bo­ha­ter­ka mia­ła zde­cy­do­wa­nie mniej cza­su i ener­gii, by zgod­nie ze swo­ją na­tu­rą gło­śno pro­te­sto­wać prze­ciw­ko po­my­sło­wi ko­le­gów, sta­wać oko­niem oraz ro­bić po swo­je­mu i wbrew. Zu­peł­nie wy­jąt­ko­wo uzna­ła, że nie bę­dzie się awan­tu­ro­wać i pój­dzie na ten eg­za­min. Zna­cie to uczu­cie, gdy wie­cie, że wa­sze dzia­ła­nie z gó­ry ska­za­ne jest na nie­po­wo­dze­nie, ale mi­mo to do­pro­wa­dza­cie je do koń­ca? Coś po­dob­ne­go ko­ła­ta­ło się w Do­rot­ce. Po­sta­no­wi­ła chwi­lo­wo spa­cy­fi­ko­wać wąt­pli­wo­ści. Wpraw­dzie tro­chę jej by­ło szko­da pie­nię­dzy na opła­ce­nie eg­za­mi­nu, któ­re­go wy­nik z gó­ry uzna­wa­ła za oczy­wi­sty, ale że ostat­ni­mi cza­sy za­ro­bi­ła ma­łą for­tu­nę w fir­mie opo­niar­skiej, nie pro­te­sto­wa­ła zbyt in­ten­syw­nie.

Choć to do niej zu­peł­nie nie­po­dob­ne, nie przej­mo­wa­ła się i nie mar­twi­ła na za­pas.

Nie by­ła w ogó­le przy­go­to­wa­na, za­tem nie mia­ła wiel­kich ocze­ki­wań, tym bar­dziej że lu­dzie ze Stu­dio za­czę­li po ko­lei od­pa­dać, a by­li przy­go­to­wa­ni du­żo le­piej. Do­rot­ka wpi­sa­ła na li­stę przy­go­to­wa­nych tek­stów wszyst­kie te, któ­re tak go­rącz­ko­wo szli­fo­wa­ła przed po­przed­ni­mi eg­za­mi­na­mi, a z któ­ry­mi od ro­ku nie mia­ła do czy­nie­nia, oraz te, na któ­rych pra­co­wa­ła w Stu­dio.

Pierw­szy etap eg­za­mi­nu po­zo­sta­wiał ko­mi­sji pew­ną do­wol­ność, mo­gła po­pro­sić o każ­dy tekst z re­per­tu­aru kan­dy­da­ta i do­wol­ną in­ter­pre­ta­cję.

Do­rot­ka na swo­ją ko­lej cze­ka­ła sześć go­dzin i gdy ją po­pro­szo­no, by­ła nie­co spo­co­na z ra­cji pa­nu­ją­ce­go trzy­dzie­sto­stop­nio­we­go upa­łu, nie­co roz­ża­lo­na, bo nie­mal wszy­scy jej ko­le­dzy zdą­ży­li już od­paść po­przed­nie­go dnia, i nie­co zła na sie­bie sa­mą, że da­ła się na to na­mó­wić. Nie by­ła przy­go­to­wa­na, więc ja­kie mia­ła szan­se, sko­ro gdy by­ła, oka­za­ło się, że to za ma­ło?

Mi­nę­ła 21:00, gdy wy­czy­ta­no jej na­zwi­sko. Nie de­ner­wo­wa­ła się, po pro­stu by­ła zi­ry­to­wa­na ca­łą tą sy­tu­acją. Wraz z nią do sa­li we­szła dzien­ni­kar­ka.

Nie masz nic prze­ciw­ko te­mu, praw­da? Ja cię po­tem ład­nie opi­szę, ha, ha. – Ależ oczy­wi­ście, Do­rot­ka nic nie mia­ła, co tam, jed­na oso­ba mniej czy wię­cej...

We­szła więc, a dzien­ni­kar­ka za nią chył­kiem. Ko­mi­sja, ow­szem, zmę­czo­na, ale mi­ła, ja­kiś star­szy pan po­pro­sił Do­rot­kę o frag­ment tek­stu. Po­wie­dzia­ła. Pan na to:

– A ja bym chciał, że­by to pa­ni po­wie­dzia­ła z mi­ło­ścią.

Do­bra, Do­rot­ka mó­wi z mi­ło­ścią, a przy­naj­mniej tak jej się zda­je. Po­wie­dzia­ła dwa sło­wa, a pan na to:

Nie, nie tak, z mi­ło­ścią pro­szę.

No to Do­rot­ka jesz­cze raz. A pan na to:

– Nie, my się nie ro­zu­mie­my, ja pro­si­łem z mi­ło­ścią.

Po­wtó­rzy­li to ja­kieś dzie­sięć ra­zy. W koń­cu Do­rot­ka się zi­ry­to­wa­ła i mó­wi:

Nie wiem, o co pa­nu cho­dzi, ja­koś męt­nie się pan wy­ra­ża.

– Do­praw­dy? – od­po­wie­dział pan. – A ja my­śla­łem, że do­brze się ro­zu­miem z mło­dzie­żą, uczę w tej szko­le już pa­rę ład­nych lat.

– To mo­że czas naj­wyż­szy odejść – od­par­ła Do­rot­ka bez na­my­słu. W ko­mi­sji zro­bił się ja­kiś ruch, eg­za­mi­na­to­rzy za­czę­li coś tam szep­tać mię­dzy so­bą. Do­rot­ka my­śla­ła, że ten pan ją wy­pro­si, ale on naj­spo­koj­niej w świe­cie mó­wi:

– Gdy­by pa­ni jed­nak ze­chcia­ła spró­bo­wać z tą mi­ło­ścią, był­bym wdzięcz­ny.

A na to ja­kiś dru­gi fa­cet:

– To mo­że za chwi­lę, je­śli po­zwo­li­cie, bo ja bym miał proś­bę, że­by pa­ni ten tekst po­wie­dzia­ła do mę­ża, któ­ry na czas nie przy­szedł na obiad. O, tu ko­le­ga bę­dzie mę­żem, tu pa­ni ma mio­tłę, mo­że się pa­ni przy­da, pro­si­my, pro­si­my.

Ko­mi­sja by­ła zmę­czo­na i być mo­że chcia­ła się nie­co za­ba­wić, co zi­ry­to­wa­ło Do­rot­kę jesz­cze bar­dziej, ale fa­cet, któ­ry miał grać jej mę­ża, też był za­wsty­dzo­ny, więc po­my­śla­ła, że nie ma co się ob­ra­żać i trze­ba za­koń­czyć to z god­no­ścią.

Efekt był ta­ki, że go po­go­ni­ła tą mio­tłą, i jak by­ło do prze­wi­dze­nia, pań­stwo w ko­mi­sji świet­nie się ba­wi­ło, pa­trząc na ko­le­gę w bia­łej ma­ry­nar­ce, któ­re­go kan­dy­dat­ka na stu­dent­kę okła­da po ple­cach szczot­ką wy­po­sa­żo­ną w ko­ty ku­rzu. Kie­dy Do­rot­ka za­czę­ła się oba­wiać, że bę­dzie mu­sia­ła go za­tłuc tą mio­tłą, prze­rwa­li jej.

I na­tych­miast po­pro­si­li, aby za­gra­ła, że jest w re­stau­ra­cji, je eska­lop­ki cie­lę­ce i znaj­du­je w nich włos. Rzecz ja­sna, Do­rot­ka nie mia­ła po­ję­cia, czym są eska­lop­ki. Nie wie­dzia­ła na­wet, czym to się je. Na szczę­ście ktoś z ko­mi­sji też nie wie­dział i wy­ra­to­wał ją z opre­sji.

Le­d­wo upo­ra­ła się z eska­lop­ka­mi, mu­sia­ła za­grać ko­ta, któ­ry jest sam w do­mu i tę­sk­ni za pa­nem.

Do­rot­ka za­czy­na­ła od­czu­wać głę­bo­ką bez­na­dzie­ję, ale jak­by te­go by­ło ma­ło, ka­za­li jej jesz­cze za­śpie­wać. Kie­dy skoń­czy­ła z pio­sen­ką, bar­dzo ża­ło­wa­ła, że da­ła się na to na­mó­wić, mia­ła po­czu­cie po­raż­ki i chcia­ła już iść do do­mu. Jed­nak star­szy pan nie po­pu­ścił i dla od­mia­ny po­pro­sił o te kil­ka słów z mi­ło­ścią.

A po­tem był ko­niec.

Tuż za Do­rot­ką wy­szła roz­pro­mie­nio­na dzien­ni­kar­ka i ja­kiś gru­bas, któ­ry wy­glą­dał na se­kre­ta­rza te­go wszyst­kie­go. Gru­bas uśmiech­nął się do Do­rot­ki i po­wie­dział:

– By­ło bar­dzo do­brze.

Och, co ta­ki ko­leś się na tym zna?

Po­wie­dzia­ła mu to, wy­glą­dał na ob­ra­żo­ne­go. „A co mi tam – po­my­śla­ła Do­rot­ka – wię­cej go nie zo­ba­czę”. Wście­kła po­szła na za­ję­cia do Stu­dio.

Opo­wie­dzia­ła wszyst­kim o swo­jej przy­go­dzie, wzbu­dza­jąc ogól­ną we­so­łość. Naj­gło­śniej śmiał się Szef.

Ten star­szy pan to naj­praw­do­po­dob­niej Dzie­kan Stu­le­cia, uko­cha­ny przez stu­den­tów z wie­lu rocz­ni­ków, w tym prze­ze mnie. A my­śla­łaś, że kto to ta­ki?

Do­rot­ka wła­ści­wie sa­ma nie wie­dzia­ła, co my­śla­ła, je­śli w ogó­le.

Kie­dy tak so­bie gwa­rzy­li, przy­szedł ko­le­ga Do­rot­ki z ro­ku, To­mek.

– Idź do Słyn­nej Szko­ły – po­wie­dział z dziw­nym uśmiesz­kiem – bo wy­wie­szo­no już li­stę osób za­kwa­li­fi­ko­wa­nych do na­stęp­ne­go eta­pu.

– Chy­ba cię ro­zum opu­ścił – od­par­ła Do­rot­ka. – A po co ja mam tam iść?

– No, że­by się zo­ba­czyć na tej li­ście – od­parł To­mek z pro­sto­tą – bo ja już wi­dzia­łem.

W ten oto spo­sób Do­rot­ka do­wie­dzia­ła się, że to, co uwa­ża­ła za wiel­ką po­raż­kę, bę­dzie mia­ło ciąg dal­szy. Wpraw­dzie nie uwie­rzy­ła od ra­zu, mu­sia­ła spraw­dzić, czy to nie głu­pi żart, ale kie­dy się upew­ni­ła, za­czę­ła pa­ni­ko­wać.

No bo Dzie­ka­no­wi Stu­le­cia już zdą­ży­ła pod­paść, te­mu w bia­łej ma­ry­nar­ce pew­nie też (ko­ty ku­rzu), o se­kre­ta­rzu ko­mi­sji nie wspo­mi­na­jąc. Po­za tym nie mia­ła w rę­ka­wie żad­ne­go asa na po­zo­sta­łe eli­mi­na­cje, żad­nych tek­stów, nic. A w do­dat­ku za chwi­lę na­gra­nie w tej te­le­wi­zji. Oj, nie­do­brze się sta­ło. Wszy­scy w Stu­dio za­czę­li spon­ta­nicz­nie świę­to­wać po­ło­wicz­ny suk­ces, a Do­rot­ka kom­bi­no­wa­ła, jak to zro­bić, że­by nie wyjść na idiot­kę na tych eg­za­mi­nach. W no­cy wzię­ła się za po­wta­rza­nie tek­stów sprzed lat, choć bez więk­sze­go en­tu­zja­zmu (sko­ro ty­le ra­zy od­pa­dła, bę­dąc le­piej przy­go­to­wa­ną, to ja­ką ma szan­sę na suk­ces, kie­dy nie jest przy­go­to­wa­na wca­le?).

Po kil­ku dniach nad­szedł mo­ment spraw­dzia­nu – dru­gi etap eg­za­mi­nu. Dwie ko­mi­sje w dwóch sa­lach – wy­mo­wy i ru­cho­wa. Coś, co Do­rot­ka lu­bi­ła naj­bar­dziej, no, mo­że do kom­ple­tu bra­ko­wa­ło jesz­cze śpie­wu. Oto cze­ka ją tro­chę se­ple­nie­nia i tro­chę spor­tu pod okiem Tre­ne­ra, gdyż, jak pa­mię­ta­ła, to on pro­wa­dzi eg­za­mi­ny.

Naj­pierw uda­ła się zwe­ry­fi­ko­wać swo­ją wy­mo­wę. We­szła do wska­za­nej sa­li, a tam sie­dzia­ła ak­tor­ka, co się na nią ob­ra­zi­ła w te­le­wi­zji za to, że jej się nie przed­sta­wi­ła. Do­rot­ka ob­la­ła się zim­nym po­tem. Ak­tor­ka chy­ba ją po­zna­ła, bo prze­wrot­nie szep­nę­ła:

– Pro­szę, że­by mi pa­ni za­śpie­wa­ła „Sto lat”, ale tak szcze­rze, od ser­ca…

Do­rot­ka uzna­ła to za spraw­dzian prze­trwa­nia psy­chicz­ne­go, ale jej za­śpie­wa­ła, pa­rę ra­zy, bo pro­si­ła, i w koń­cu ak­tor­ka się od­cze­pi­ła.

– A te­raz pro­szę dla mnie po­wie­dzieć „prze­pió­recz­ka”, „so­sna” i „wro­na” – po­pro­si­ła ja­kaś in­na pa­ni, zresz­tą bar­dzo sym­pa­tycz­na i uśmiech­nię­ta.

Do­rot­ka po­wie­dzia­ła. I wy­szła. Wie­dzia­ła, że je­śli do­sta­ła nie­do­sta­tecz­ny, szan­sa, iż się zre­ha­bi­li­tu­je na eg­za­mi­nie z ru­chu, by­ła ze­ro­wa. Pod sa­lą gim­na­stycz­ną zo­ba­czy­ła tłum dziew­cząt w ob­ci­słych bo­dy bez leg­gin­sów (ta­ki wa­ru­nek ko­mi­sji) oraz chłop­ców w krót­kich spoden­kach bez ko­szu­lek, co sa­mo w so­bie by­ło do­wo­dem wiel­kiej od­wa­gi.

Z sa­li wy­pa­dła wła­śnie ja­kaś dziew­czy­na, bar­dzo za­afe­ro­wa­na.

– Wy­obraź­cie so­bie, że w tań­cu roz­pię­ło mi się bo­dy, a ja nie za­uwa­ży­łam, do­pó­ki mi ko­mi­sja nie zwró­ci­ła uwa­gi! Wy­obraź­cie so­bie!

Do­rot­ka so­bie wy­obra­zi­ła. I po­my­śla­ła, że ko­mi­sja mu­si się na tych eg­za­mi­nach nie­źle ba­wić.

– A jest tam ta­ki star­szy pan z bro­dą? – za­py­ta­ła dziew­czy­nę, prze­ry­wa­jąc jej fa­scy­nu­ją­cą opo­wieść o strip­ti­zie na eg­za­mi­nie (Tre­ner wszak był jej je­dy­ną na­dzie­ją, obie­cał nie pro­sić o szpa­gat).

Dziew­czy­na, wy­trą­co­na ze swo­jej opo­wie­ści, za­my­śli­ła się na pół se­kun­dy.

Jest – po­wie­dzia­ła sta­now­czo i z du­żą pew­no­ścią sie­bie.

„Bo­gu dzię­ki” – po­my­śla­ła Do­rot­ka z ulgą. (Nie ma za co, Do­rot­ko). „Jak jest Tre­ner, to ja­koś mo­że pój­dzie”.

Przy­naj­mniej wie­dzia­ła, cze­go się spo­dzie­wać, co, jak wia­do­mo i wie­lo­krot­nie udo­wod­nio­no, czę­sto jest du­żo lep­sze od nie­pew­no­ści.

Cze­ka­ła i cze­ka­ła, wy­da­wa­ło jej się, że ca­łe wie­ki.

W koń­cu wy­szła przed sa­lę ja­kaś in­na dziew­czy­na, praw­do­po­dob­nie stu­dent­ka, pięk­na jak anioł, o któ­rej Do­rot­ka na­tych­miast po­my­śla­ła, że jest wiel­ką szczę­ścia­rą, bo nie dość, że ob­da­rzo­na nie­ziem­ską uro­dą, to jesz­cze mo­że so­bie stu­dio­wać w Słyn­nej Szko­le, i wy­wo­ła­ła na­zwi­sko Do­rot­ki.

Do­rot­ka we­szła, sprę­ży­ście i po spor­to­we­mu, z oba­wą, czy Tre­ner ją roz­po­zna i czy krok ma od­po­wied­nio sprę­ży­sty i spor­to­wy. Ser­ce jej w pier­si sta­nę­ło i od­mó­wi­ło dal­szej pra­cy, bo pan z bro­dą ow­szem był, ale nie Tre­ner! Do­rot­kę zmro­zi­ło, a ten z bro­dą mó­wi:

– Pro­szę po­dejść do ma­te­ra­ca, wy­ko­nać prze­wrót w tył, po­tem w przód, a po­tem zo­ba­czy­my.

„Tak, zo­ba­czy­my, o ile do­ży­je­my” – po­my­śla­ła so­bie z prze­ką­sem. Fik­nę­ła ten prze­wrót w tył, ale coś jej się z ner­wów po­ro­bi­ło w gło­wie i nią za­ko­le­ba­ło, kie­dy wsta­wa­ła. Na to Bro­da­ty mó­wi:

– To mo­że niech już pa­ni nie ro­bi te­go dru­gie­go, bo jesz­cze so­bie pa­ni krzyw­dę zro­bi.

– Ależ nie, ja­ką krzyw­dę... – za­czę­ła Do­rot­ka.

– Pro­szę opu­ścić ma­te­rac.

Opu­ści­ła więc ma­te­rac ze świa­do­mo­ścią klę­ski. Wy­obra­ża­ła so­bie przy tym, co oni so­bie o niej my­ślą i co na­pi­szą w ra­por­cie. Przed wej­ściem do sa­li sły­sza­ła opo­wieść o dziew­czy­nie, o któ­rej na­pi­sa­li, że jest ma­ło mu­zy­kal­na i sła­bo tań­czy, a ona skoń­czy­ła szko­łę ba­le­to­wą. Wy­obra­zi­ła so­bie opi­nię na swój te­mat. Ale eg­za­min trwał. Po­de­szła do pia­ni­na, a tam ja­kaś ob­ra­żo­na ba­ba mó­wi:

– Za­gram kil­ka tak­tów, a pa­nią po­pro­szę o wy­kla­ska­nie.

O, test na słuch ryt­micz­ny. Nie jest źle, w tym te­ma­cie aku­rat Do­rot­ka ra­dzi so­bie do­brze. Wy­kla­ska­ła bez pro­ble­mu, a ba­ba na to ob­ce­so­wo:

– Ryt­micz­nie bez­na­dziej­nie.

No, ko­cha­na, to już mo­że bez prze­sa­dy?!

Do­rot­ka się za­go­to­wa­ła, ale nie zdą­ży­ła za­in­ter­we­nio­wać, bo ja­kaś in­na ko­bie­ta wy­ry­wa się zza sto­łu i rze­cze:

– Te­raz pan za­gra kil­ka utwo­rów, a pa­nią pro­si­my o im­pro­wi­za­cję ta­necz­ną.

Te­go też się spe­cjal­nie nie lę­ka­ła, ale pia­ni­sta, na­wie­dzo­ny chy­ba, za­czął grać ja­kieś pa­so­do­ble czy in­ne go­rą­ce ryt­my. Do­rot­ka czu­ła się idio­tycz­nie, plą­sa­jąc sa­mot­nie w wiel­kiej sa­li, ubra­na w bo­dy i nic wię­cej. Pia­ni­sta tym­cza­sem prze­rzu­cił się na po­lo­ne­za, po­tem na kra­ko­wia­ka, a po­tem mu prze­rwa­li. Ka­za­li Do­rot­ce po­bie­gać w kół­ko i po­dzię­ko­wa­li. Do­rot­ka im też, zgod­nie z in­struk­cja­mi Tre­ne­ra, i po­szła. I tak mi­nął dzień dru­gi.

Na­stęp­ne­go dnia Do­rot­ka po­je­cha­ła na pró­bę ge­ne­ral­ną do te­le­wi­zji, póź­niej by­ło na­gra­nie, a po­tem wró­ci­ła do ma­my, do War­sza­wy, bo już nie mia­ła w Kra­ko­wie nic do ro­bo­ty. Wy­ni­ki ogła­sza­no za pa­rę dni, ale, jak się za­pew­ne do­my­śla­cie, po eg­za­mi­nie, któ­ry wam opi­sa­łem, Do­rot­ka nie spo­dzie­wa­ła się zbyt wie­le.

Szcze­rze mó­wiąc, nie za­dzwo­ni­ła na­wet do Słyn­nej Szko­ły, że­by za­py­tać, czy jest na li­ście za­kwa­li­fi­ko­wa­nych do ko­lej­ne­go eta­pu.

– Mo­że byś jed­nak spraw­dzi­ła? – za­su­ge­ro­wa­ła nie­śmia­ło Ma­ma Do­rot­ki. – Tak dla pew­no­ści...

Do­rot­ka bez prze­ko­na­nia wy­krę­ci­ła nu­mer, rów­nież bez więk­sze­go prze­ko­na­nia za­da­ła od­po­wied­nie py­ta­nie i ja­kiś mi­ły pan po­wie­dział, że Do­rot­ka jest na li­ście i że ko­lej­ny eg­za­min ma wte­dy i wte­dy. Do­rot­ka nie bar­dzo słu­cha­ła szcze­gó­łów, za­kła­da­jąc, że pa­nu się coś po­my­li­ło. Po­wie­dzia­ła Ma­mie:

– Wiesz, to mu­si być po­mył­ka, za­dzwoń tam jesz­cze raz i się upew­ni­my.

Ma­ma z wes­tchnie­niem wy­krę­ci­ła nu­mer. Pan na­dal twier­dził, jak wy­żej. Ma­ma by­ła zda­nia, że to nie po­mył­ka i że się cie­szy.

Do­rot­ka za­te­le­fo­no­wa­ła do Edy­ty:

– Za­dzwo­ni­ła­byś do Słyn­nej Szko­ły i za­py­ta­ła, czy je­stem na li­ście, bo mnie się wy­da­je, że się po­my­li­li, co? – po­pro­si­ła.

Ale ty je­steś głu­pia – po­wie­dzia­ła wprost Edy­ta. – Cie­szy­ła­byś się, za­miast kom­bi­no­wać jak koń pod gór­kę. Ale do­bra, za­dzwo­nię i dam ci znać.

Po chwi­li od­dzwo­ni­ła do Do­rot­ki i za­wo­ła­ła:

– Je­steś na li­ście, na pew­no! Ten fa­cet po­wie­dział, że to trze­ci te­le­fon w two­jej spra­wie, że to nie jest po­mył­ka i że­by już mu nie za­wra­cać gło­wy!

Do­rot­ka by­ła w szo­ku. Jesz­cze raz za­dzwo­ni­ła do fa­ce­ta, któ­ry na dźwięk jej na­zwi­ska zro­bił się ner­wo­wy, i za­py­ta­ła, kie­dy ma ten ko­lej­ny eg­za­min, teo­re­tycz­ny. Za ty­dzień, jak się oka­za­ło. Do­rot­ka wró­ci­ła więc do Kra­ko­wa, że­by się przy­go­to­wać. Oka­za­ło się, że w Słyn­nej Szko­le moż­na do­stać ze­sta­wy py­tań eg­za­mi­na­cyj­nych i oczy­wi­ście wszy­scy je już ma­ją oprócz niej. Cien­ki, ko­le­ga ze Stu­dio, za­brał Do­rot­kę na Plan­ty, że­by ra­zem się po­uczy­li. On już wpraw­dzie nie mu­siał, bo od­padł wcze­śniej, ale du­żo umiał i dzie­lił się z Do­rot­ką tą wie­dzą. W cią­gu sze­ściu dni Do­rot­ka opa­no­wa­ła od­po­wie­dzi na 99 ze 100 py­tań. Nie przy­go­to­wa­ła się tyl­ko z „Nie-Bo­skiej ko­me­dii”, bo nie zdą­ży­ła prze­czy­tać.

Wresz­cie po­szła na ten eg­za­min.

Część pi­sem­na prze­bie­gła bez za­kłó­ceń, Do­rot­ka na­pi­sa­ła wy­pra­co­wa­nie o Kie­ślow­skim i pol­skim ki­nie.

Część ust­na od­by­ła się po kil­ku dniach.

Do­rot­ka we­szła do sa­li. Wy­lo­so­wa­ła py­ta­nia. Nie do wia­ry. „Nie-Bo­ska ko­me­dia”.

Pod­szedł do niej ja­kiś po­tar­ga­ny chło­pak, któ­ry no­sił tecz­ki. Do­rot­ka szep­nę­ła do nie­go:

– Sta­ry, po­móż, nie znam te­go tek­stu, wiesz coś na ten te­mat? Bła­gam!

Spoj­rzał na nią jak na wa­riat­kę i po­wie­dział:

Nie wol­no mi te­go zro­bić.

– Świ­nia – od­par­ła Do­rot­ka bez na­my­słu. Chło­pak od­szedł, wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny.

W ko­mi­sji sie­dzia­ły dwie mi­łe pa­nie.

Z pierw­szy­mi py­ta­nia­mi Do­rot­ka so­bie po­ra­dzi­ła.

Ko­mi­sja się zmie­ni­ła, znów na dwie pa­nie, ale od li­te­ra­tu­ry.

Pierw­sze py­ta­nie Do­rot­ka za­li­czy­ła, na­to­miast je­śli cho­dzi o „Nie-Bo­ską...”, zło­ży­ła broń. Pa­nie pro­te­sto­wa­ły, twier­dząc, że Do­rot­ka na pew­no umie, tyl­ko za­po­mnia­ła, że so­bie przy­po­mni, a one po­cze­ka­ją. Do­rot­ka na to, że so­bie nie przy­po­mni, nie ma szans, a one swo­je. W koń­cu jed­na z nich po­wie­dzia­ła;

Nie wie­rzę, że pa­ni te­go nie czy­ta­ła, tak się pa­ni po­ro­bi­ło z ner­wów.

I to był ko­niec eg­za­mi­nu.

„Cóż, wia­ra tej pa­ni w mło­dzież jest chy­ba nie­co nie­dzi­siej­sza” – po­my­śla­ła Do­rot­ka i wy­szła z po­czu­ciem wiel­kiej klę­ski.

Po kil­ku dniach zna­la­zła swo­je na­zwi­sko na li­ście. Po­now­nie prze­ży­ła szok, ale to jesz­cze nie był ko­niec.

Na­stą­pił ostat­ni etap, prak­tycz­ny. Wszyst­ko w jed­nym, wier­sze, pio­sen­ki, tań­ce. Naj­pierw re­je­stra­cja ka­me­rą, po­tem nor­mal­ny eg­za­min.

Do­rot­ka we­szła do sa­li.

Pa­ni (na oko tak oko­ło dzie­więć­dzie­siąt­ki) po­wia­da:

– Ma pa­ni u nas piąt­kę za am­bit­ny wy­bór tek­stów. Tak na po­czą­tek. A więc za­czy­naj­my. Po­pro­si­my o pio­sen­kę.

Do­rot­ka za­śpie­wa­ła, pa­ni jej prze­rwa­ła.

– Wiesz, dziec­ko, o kim ta pio­sen­ka?

– Wiem. O Zu­li Po­go­rzel­skiej.

– Tak, a wiesz, co by­ło naj­więk­szym atu­tem Zu­li?

– Wiem. No­gi.

– No, to jak już śpie­wasz ta­ką pio­sen­kę, to po­każ, ja­kie masz no­gi. Pod­nieś su­kien­kę. Wy­żej, wy­żej. Ojej­ku, a skąd ty masz, dziec­ko, ta­kie strasz­ne si­nia­ki?!

– Kie­dy się do­wie­dzia­łam, że prze­szłam do ko­lej­ne­go eta­pu, pa­dłam na ko­la­na ze szczę­ścia – od­po­wie­dzia­ła Do­rot­ka zgod­nie z praw­dą.

Ko­mi­sja uzna­ła, że to żart, za­re­cho­ta­ła. Pa­ni też.

– To mo­że te­raz frag­ment tek­stu nu­mer 7.

Do­rot­ka mó­wi tekst nu­mer 7 (le­d­wie go pa­mię­ta).

– Do­brze. Po­pro­si­my jesz­cze o wal­czy­ka i już bę­dzie ko­niec. Mam wra­że­nie, że pa­ni się bar­dzo de­ner­wu­je, mo­je dziec­ko. Czy to praw­da?

Tak – sap­nę­ła Do­rot­ka.

Ale tu­taj wszy­scy się de­ner­wu­ją – po­wie­dzia­ła pa­ni bez sen­su.

– Praw­do­po­dob­nie – od­po­wie­dzia­ła Do­rot­ka, bo pa­ni naj­wi­docz­niej ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi.

Ale to stre­su­ją­cy za­wód, bę­dziesz się tak de­ner­wo­wać przed każ­dym wej­ściem na sce­nę, jak bę­dziesz ak­tor­ką?

„Co za py­ta­nie?” – po­my­śla­ła Do­rot­ka.

I bez na­my­słu wy­pa­li­ła:

– Za­sta­no­wię się nad tym, jak już bę­dę ak­tor­ką.

Ja­kiś fa­cet w ko­mi­sji gło­śno się za­śmiał. Pa­ni da­ła za wy­gar­ną. Do­ro­ta od­tań­czy­ła obie­ca­ne­go wal­czy­ka – to­wa­rzy­szył jej ten sam za­krę­co­ny pia­ni­sta co wcze­śniej i ta sa­ma pa­ni od tań­ca. Po wal­czy­ku na­resz­cie Do­rot­ka wy­szła. Na ko­ry­ta­rzu oto­czy­li ją ja­cyś lu­dzie, któ­rych nie zna­ła. Chcie­li wie­dzieć, jak by­ło. Do­rot­ka zre­la­cjo­no­wa­ła, reszt­ką sił, a po­tem wsia­dła do tram­wa­ju i po­je­cha­ła do do­mu.

Te­go la­ta Do­rot­ka wy­jąt­ko­wo da­ła so­bie spo­kój z wa­ka­cyj­ną pra­cą, nie roz­no­si­ła żad­nych ulo­tek, nie sprze­da­wa­ła pism bran­żo­wych, nie pra­co­wa­ła w biu­rze ja­ko asy­stent­ka se­kre­tar­ki, nie pi­sa­ła na prze­brzy­dłym kom­pu­te­rze – czy­li nie ro­bi­ła nic z te­go, czym zaj­mo­wa­ła się we wszyst­kie mi­nio­ne wa­ka­cje.

Po­sta­no­wi­ła od­po­czy­wać i zbie­rać si­ły. Cze­ka­ło ją prze­cież jed­no z więk­szych wy­zwań w ży­ciu.

Oczy­wi­ście mia­ła po­czu­cie, że spo­tka­ło ją coś wy­jąt­ko­we­go, że nie­mal zła­pa­ła Pa­na Bo­ga za no­gi (przy oka­zji chciał­bym za­uwa­żyć, że jest to nie­moż­li­we, jak do­tąd ni­ko­mu się to nie uda­ło i je­stem pe­wien, że ni­ko­mu się nie uda. Do­brze znam się na lu­dziach i wiem, że jak­by już ja­kiś zła­pał, to nie pu­ści, a Bo­ga mu­si wy­star­czyć dla wszyst­kich. Z do­świad­cze­nia wiem też, nie­ste­ty, że wie­lu lu­dzi nie­chęt­nie dzie­li się tym, co do­bre, więc jak na ta­kie­go tra­fi, to ko­niec. Wo­lę nie ry­zy­ko­wać i trzy­mam no­gi przy so­bie).

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.