Gwiazda z czekolady - Agata Hołod - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gwiazda z czekolady - Agata Hołod

Emi to zamknięta w sobie szesnastolatka, która wbrew pozorom nie jest taka jak wszyscy. Osamotniona, a równocześnie pełna wyrzutów do całego świata, zbudowała wokół siebie skorupę jako reakcję na brak akceptacji ze strony rówieśników. Stworzyła swój mały, jednoosobowy świat, w którym jest miejsce na frustracje, napady wściekłości oraz rozmyślania, często zabarwione nutą psychologii i filozofii.

 

Nadchodzi dzień wycieczki klasowej, od której tym razem Emi nie może się wykręcić. Pełna niechęci decyduje się jechać. Nie wie jednak, że ten szkolny wyjazd na zawsze zmieni jej życie.

Opinie o ebooku Gwiazda z czekolady - Agata Hołod

Fragment ebooka Gwiazda z czekolady - Agata Hołod





Strona redakcyjna


I

Znowu dzisiaj płakałam. Rzuciłam się na łóżko i zaniosłam się histerycznym szlochem. Nie mogłam już wytrzymać, czułam, że to wszystko za dużo jak na moje siły. Jakby na przekór podłemu humorowi, z radia stojącego na półce regału leciała akurat najbardziej skoczna piosenka, jaką znałam. W tej chwili chciałam się schować, odciąć się od świata, po prostu zniknąć. Wtuliłam się w starego, pluszowego kotka. Pamiętam tego kotka. Dostałam go od rodziców w pierwszym dniu szkoły. Wspomnienia tamtej chwili są wciąż bardzo wyraźne – mała dziewczynka, z wielkimi niebieskimi kokardami we włosach. A może zielonymi? Stałam w dziecięcym pokoju i dygocząc z podekscytowania, przyjmowałam śliczną maskotkę. Tuż obok w łóżeczku spała Ida.

Dwie rzeczy zadecydowały o tym, że w tym czasie byłam pełna dziecięcej radości: siostrzyczka i szkoła. Ta cudowna szkoła, która wita codziennie srebrzystym dźwiękiem dzwonka i zaprasza na wspólną wycieczkę do krainy wiedzy, jak to zwykłam mówić każdemu, kogo spotkałam. Musiało to bardzo osobliwie wyglądać – śmieszna, szczerbata siedmiolatka opowiadająca takie rzeczy z całkowitą powagą. Wtedy byłam szczęśliwa. Przez trzy lata wszystko było wspaniale. Potem urodziła się Zosia – i kolejna wielka radość. A później wszystko zniknęło.

Zazdroszczę obu moim młodszym siostrom. Chciałabym być wciąż dzieckiem. Śmieszą mnie te wszystkie teksty w rodzaju „starszym jest lepiej, bo więcej im wolno”. Dobrze, mogę zgodzić się z tym, że przyjemnie jest czasem iść na samotny spacer lub zrobić coś zupełnie samemu. Jednak to nie przyćmiewa faktu, iż dziecko jest najszczęśliwszą osobą na świecie. Najlepiej to widzę, obserwując Zosię i Idę – moje siostry. Są chronione przed całym złem tego świata, żyją w przekonaniu, że składa się on tylko z różowych cukierków, nie mają żadnych problemów. Ile bym dała, by być znowu w ich sytuacji, by trwać w takim błogim poczuciu, że wszystko jest wspaniałe i piękne, że każdy jest zawsze uśmiechnięty, że najważniejsza jest zabawa, że nie ma żadnych nieszczęść, a jeśli są, to nie dotyczą mnie, dzieją się jakby w innej płaszczyźnie, w odrębnej rzeczywistości... Że są ludzie, którym należy współczuć i pomagać, jednak mnie samej nie dotknie żadne zło.

Niemniej jednak zdawałam sobie sprawę z tego, jak to wszystko wygląda – czas beztroski minął. A teraz już mogę tylko przypatrywać się moim siostrom w milczeniu i cicho marzyć o tym, by cofnąć czas, a potem go zatrzymać. Nawet pogodziłam się z brutalnym faktem, że lata biegną w zastraszającym tempie i żadna ludzka siła ich nie zatrzyma.

Dobrze wiedziałam, jak to wszystko wygląda. Pęka. Musi pęknąć.

Teraz z radia popłynęła melancholijna, smutna melodia. To jeszcze bardziej pogorszyło mój humor. Na pół świadoma, zaczęłam zasypiać, pozwalając łzom obsychać na mojej twarzy.

***

Obudziłam się w nocy. Nie miałam pojęcia, która mogła być godzina, a zresztą w ogóle mnie to nie interesowało. Wysunęłam się spod kołdry, podeszłam do okna i odsunęłam niebieską zasłonę. Wdrapałam się na dobudówkę biurka i oparłam plecami o szafę. Zawsze tak robiłam i mogłam spędzać godziny na wpatrywaniu się w przestrzeń za oknem. Albo w niebo. Teraz było rozgwieżdżone jak nigdy – aż rozchyliłam usta ze zdumienia. Wpatrywałam się w nie oczarowana, a w mojej głowie kłębiły się myśli. Niektórych gwiazd już nie ma. Czy to nie dziwne? Czy coś, co jest widoczne i takie oczywiste, może nie istnieć? Przeminęło bezpowrotnie. Właściwie to chyba wszystko jest podobne do gwiazd. I tak kiedyś się skończy. Chociażby nawet dalej oko mogło to zarejestrować, chociażby było namacalne... Tak jak ja. Jestem i egzystuję. I tylko tyle mogę powiedzieć o moim obecnym stanie.

Zza ściany rozległ się płacz dziecka sąsiadów. Zaraz potem dobiegł mnie odgłos kroków oraz kilka uspokajających słów. Przypomniałam sobie siebie w takim wieku. Ilekroć przebudzałam się w nocy, bo przyśniło mi się coś złego, rodzice zawsze przybiegali do mojego pokoju i zostawali tak długo, aż ponownie nie zasnęłam. Mama śpiewała kołysanki, tata opowiadał specjalne bajeczki, najczęściej wymyślane na poczekaniu. To było takie cudowne! Potem przyszedł czas Idy i Zosi, chociaż przyznaję, że Zosia wyjątkowo spokojnie przechodzi ten okres. Płacz za ścianą ucichł. Ja też nie mogłam już płakać. Nie chciałam.

Nagle jedna z gwiazd zaczęła mrugać intensywnie, a potem spadła, przecinając niebo jak błyskawica. Niektórzy ludzie, a nawet większość, natychmiast wypowiedzieliby życzenie. Ja nie byłam na tyle głupia, by uwierzyć, że to, czego prawdopodobnie już nie ma, może mieć jakikolwiek wpływ na moje życie. I tak nic nie jest w stanie spełnić moich marzeń. Chwilę później po gwieździe nie pozostało nawet wspomnienie. Nikt chyba nie zauważył, że na niebie jest o jeden świecący punkcik mniej. Cicho westchnęłam, czując, że oczy same mi się zamykają. Trwałam tak bez ruchu i tylko patrzyłam, i patrzyłam, aż w końcu zaczęłam zasypiać na siedząco. Zwlokłam się więc z szafy i doczłapałam do łóżka. Wiedziałam, że jutro rano będę nieprzytomna, jednak nie przejmowałam się tym teraz zbytnio. Zasnęłam od razu.

***

Wstałam tylko dzięki szczekaniu dalmatyńczyka z parteru, który codziennie rano zaczyna swój koncert, ujadając tak przeraźliwie, że słychać go w całej klatce schodowej. Powoli wygramoliłam się z łóżka, ziewając co chwilę ze zmęczenia. Przetarłam oczy i otworzyłam szafę, szukając czegoś do ubrania. Następnie zbliżyłam się do drzwi, wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę łazienki. Ida i Zosia też już nie spały. Zosia bawiła się z Daktylem, jednocześnie oglądała bajkę o niebieskim psie i się śmiała. Ida pakowała do tornistra podręcznik i opowiadała coś wesołego. Spróbowałam się uśmiechnąć. Często udawałam, że jestem szczęśliwa – choć tak naprawdę rzadko byłam, ale przed swoją rodziną starałam się to ukrywać.

– Emi! – Zosia oderwała oczka od przesuwających się na ekranie kolorowych, pogodnych obrazków, na których dominowała postać sympatycznego zwierzątka.

„Teraz robią naprawdę ładne rzeczy dla dzieci” – pomyślałam, patrząc na błękitny pyszczek rozkosznego szczeniaka na ekranie. I zaraz sama siebie wyśmiałam za te myśli. To przecież wyglądało tak, gdyby moje dzieciństwo przypadało na okres cukru na kartki i czasy, kiedy na jeden dziesięciopiętrowy wieżowiec przypadał jeden czarno-biały telewizor wątpliwej jakości.

– Cześć! – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. – Od dawna nie śpisz?

– Od godziny. – Zosia z powrotem zaczęła śledzić uważnie bajkę. Daktyl, przywitawszy się dwoma głośnymi szczeknięciami, doczekał się należnej porcji głaskania po brzuchu i za uszami. Wrócił do małej, która natychmiast wzięła go na kolana.

– Nie wiesz, co tracisz! – westchnęłam. – Ja na twoim miejscu wylegiwałabym się w łóżku do dwunastej albo i jeszcze dłużej.

– Aha. – Zosia przyjęła to do wiadomości, podciągnęła kolana pod siebie i oparła na nich brodę.

– I potem byś miała połowę dnia straconą – włączyła się do rozmowy Ida. – Ja lubię wcześniej wstawać.

– Ty musisz – zauważyłam. – Do szkoły.

– Właśnie dlatego lubię! – Siostra klasnęła w ręce.

Zaśmiałam się cicho. Biedaczka, nie zna jeszcze szkoły. Albo szczęściara – z tego samego powodu. Zresztą może jej tak zostanie. Oby!

Weszłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Udawany uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy. Tu nie musiałam kryć swoich emocji. Całe szczęście! Czasem już nie dawałam rady odgrywać wesołej, pełnej życia nastolatki. Odkręciłam kurek i ochlapałam twarz zimną wodą. Nie przejmowałam się tym, że zimna, nawet nie zwróciłam na to uwagi. Osuszyłam twarz i spojrzałam w lustro. Widok nie był zachwycający. Nigdy nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Oczywiście, każda szesnastolatka ma podobny problem. Ale nie w takim stopniu – ja jestem stanowczo za chuda i za wysoka. Mam zbyt bladą cerę i zbyt mały nos. I zbyt odstające uszy.

Zmarszczyłam ciemne brwi i przejechałam tuszem po rzęsach. Nic nie pomogło. Wielkie oczy jednak za nic nie dawały się upiększyć. Trudno. Przeczesałam ręką bardzo puszyste, czarne włosy. Regularnie je podcinałam, ale nigdy nie były krótsze niż do pasa, nigdy też się nie skręcały, nie falowały. Wszystkie identyczne, zawsze w ładzie, zdawały się idealnie równo spływać wzdłuż szyi i ramion, okalając nieciekawą twarz. Odkąd pamiętałam, ciągle tak samo. Wciągnęłam na siebie dżinsy i szary sweter, które przywlokłam z pokoju. Już nawet nie patrzyłam na swoje odbicie, przecież i tak to niczego nie zmieni. Otworzyłam drzwi i ziewając, poczłapałam do kuchni. Ida już pewnie tam była, bo teraz w pokoju została sama Zosia, w dalszym ciągu skulona na fotelu, z Daktylem na kolanach.

Zeszłam po schodach, odprowadzana błyszczącym radością wzrokiem Zosi. Z kuchni dochodziły przyjemne zapachy. Weszłam do środka.

– Dzień dobry, córeczko! – Mama stawiała właśnie talerz z grzankami na stole. Ida natychmiast sięgnęła po jedną.

Usiadłam i nałożyłam sobie śniadanie.

– Jedz! Nie smakuje ci? – ponagliła mama.

– Smakuje... Tylko jestem... – Ugryzłam mały kawałek tosta.

– Zmęczona? – podpowiedziała mama.

– Mhm. – Muszę przyznać, że tosty naprawdę mi smakowały. Może to dlatego, że byłam głodna. Zawsze rano jestem, a na dodatek wczoraj nie zjadłam kolacji.

– Nie martw się – pocieszyła mama, spoglądając na mnie znad dwóch kubków kakao. – Rano każdy jest zmęczony, kiedy musi wstawać. A kiedy nie musi, zrywa się skoro świt i już nie może zasnąć.

– Niestety – mruknęłam.

– Czemu „niestety”? – Mama zrobiła zdziwioną minę. – To jak najbardziej normalne zjawisko! No już, Emi, głowa do góry. – Kubek z parującym kakao wylądował koło mojego talerza. – Chcę widzieć uśmiech na twarzy! Przecież taki drobiazg jak godzinka mniej snu nie może odjąć humoru mojej kochanej córeczce! Zawsze byłaś taka pogodna i roześmiana. Na drugi raz położysz się wcześniej, prawda? – Mama spojrzała na nas pogodnie. – Iduniu, jedz, Zosi zrobię potem, jak wy już pójdziecie. Skończy się akurat bajka, spokojnie zjemy, do pracy idę przecież dopiero za dwie godziny. Emi, ty też się pospiesz, bo nie zdążysz na lekcje. Zjadaj i zmykaj do szkoły! I uśmiechnij się do mnie, tak ładnie się uśmiechasz! Przecież widzę, że jesteś smutna. Co się takiego stało, skarbie? Na pewno problem tylko wydaje ci się duży, a w rzeczywistości taki nie jest. Pomyśl tylko, co też może być nie tak? Jesteś fajną dziewczyną, potra...

– Przestań! – krzyknęłam, podrywając się z miejsca. Dopiero po chwili usłyszałam siebie, ale nie zamierzałam skończyć. – Nic mi się nie stało! Jestem po prostu, normalnie i najzwyczajniej w świecie padnięta, więc przestań w końcu pytać!!! Nigdy nie odczuwałaś zmęczenia?! Daj mi spokój! Wychodzę, bo rzeczywiście się spóźnię! – Niewiele myśląc, wybiegłam z kuchni, chwyciłam niespakowaną do końca torbę i trzasnęłam drzwiami. Nie reagowałam na wołania mamy i Idy. Szłam szybkim krokiem, wściekła na cały świat. Bo czy mama naprawdę musi robić jakąś psychoanalizę? Czy musi przeprowadzać ze mną wywiad? Co niby jest nie tak? Śmieszne!

Chciało mi się wrzeszczeć. Prawie całą drogę do szkoły pokonałam szybciej niż zazwyczaj. Dopiero stojąc na przejściu dla pieszych, zreflektowałam się. Złość mi przeszła, trochę ochłonęłam. Wtedy dopiero poczułam wstyd za swój wybuch.

„Przecież mama chciała dobrze” – pomyślałam.

Nie mogła wiedzieć, jaka jest prawda. Każdy normalny rodzic martwi się o swoje dziecko, szczególnie gdy zachowuje się ono niepokojąco. A nie oszukujmy się – moje zachowanie było niepokojące. Mama musiałaby być ślepa, głucha i cierpieć na jakieś zaburzenia, by nie wyczuć, że coś jest nie w porządku. „Ale – zastanawiałam się – co właściwie było nie tak? Nic się nie zmieniło, od co najmniej sześciu lat w moim życiu nie wydarzyło się nic niezwykłego, pomijając narodziny Zosi. Wszystko przez cały czas odbywało się tak samo. Więc co było nie tak?” – pytałam samą siebie.

Natychmiast przyszła odpowiedź.

„Całe te sześć lat było niedobrze” – przeleciało mi przez myśl.

Ale co? Tak jak każdy młody człowiek – chodzę do szkoły, na angielski, odrabiam lekcje, lubię słuchać muzyki... Nie, nie jestem do końca przykładem klasycznego schematu nastolatki. Wiem o tym. Nie mam pojęcia od kiedy. Chyba zawsze przeczuwałam, że coś nie gra, że nie jest ze mną do końca tak, jak z ludźmi z mojej klasy. Tylko wcześniej łudziłam się, że tylko tak mi się wydaje, że wmawiam sobie jakieś niestworzone historie, że buduję nieistniejące scenariusze... Nie, jest dokładnie tak, jak myślałam.

Po prostu wszystko działało na jednej zasadzie – jest klasa, są inni szesnastolatkowie i jestem ja. Tylko tyle. Aż tyle. I oczywiście – wszystkie konsekwencje takiego stanu rzeczy: reszta młodzieży, oprócz tego, że chodzi do szkoły, na angielski, odrabia lekcje, lubi słuchać muzyki to w wolnym czasie spotyka się z kimś, chodzi z kimś gdzieś, odwiedza kogoś bądź ktoś ją odwiedza. A ja w wolnym czasie siedzę sama w domu lub włóczę się samotnie po całym mieście. No nie całkiem sama, mam w końcu rodzinę, często też towarzyszy mi Daktyl. Ale nie o to przecież chodzi!

Chciało mi się śmiać na myśl o tym, jaka byłam kiedyś naiwna. Wydawało mi się, że nie ma problemu, a problem był i jest nadal. I nie można na to nic poradzić. Nic?

Weszłam do szkoły. Ot, zwykła, przeciętna szkoła – budynek z zewnątrz był nieokreślonego koloru – coś pomiędzy żółtym a pomarańczowym. W środku po lewej stronie znajdowało się skrzydło przeznaczone dla gimnazjum, pomalowane na seledynowo. Z błękitną częścią dla liceum, po prawej stronie wejścia, łączył je korytarz. Na każdej przerwie okupowała go młodzież, głównie licealiści, ale zdarzały się też grupki przestraszonych dzieci, uczących się w pierwszej gimnazjalnej, którym się wydaje, że pokażą swoją „dorosłość”, siedząc w wąskim przejściu łączącym dwa środowiska, dwie różne szkoły – wbrew pozorom nie tak całkiem odległe od siebie, jak to wszyscy twierdzą. Osobiście nie wydaje mi się, żeby siedzenie gdziekolwiek świadczyło o czyjejś dorosłości, aczkolwiek nie wypowiadam się na ten temat. Mnie tam pierwszacy w ogóle nie przeszkadzają.

Nie spiesząc się, skierowałam się w prawo i przecisnęłam przez tłumy chłopaków i dziewczyn ubranych w najrozmaitszy sposób. Dotarłam w końcu do swojej klasy. Wzięłam kilka oddechów i pchnęłam drzwi.

Byli już wszyscy, ale mało kto siedział na swoim miejscu. Panował ogólny harmider, każdy coś mówił, każdy coś opowiadał, każdy z czegoś się śmiał. To, że jakaś osoba znajduje się na drugim końcu sali, wcale nie przeszkadzało w prowadzeniu z nią rozmowy. Niektórzy siedzieli na ławkach, inni wyglądali przez okno, jeszcze inni pisali coś na tablicy. Moje wejście pozostało niezauważone. Albo nie zwrócono na to uwagi.

– Cześć – mruknęłam i ruszyłam do swojej ławki.

Dopiero teraz odpowiedziało mi może pięć głosów. Nie zastanawiałam się, do kogo należały. Usiadłam na swoim miejscu i wypakowałam podręcznik do matematyki. Ćwiczenia i zeszyt zostały w domu.

Zawsze siedzę sama. W klasie jest nieparzysta liczba osób i tylko wtedy, kiedy ktoś choruje, czasem siadam na jego miejscu.

– Zrobiłaś pierwsze zadanie? – Monika przerwała ożywioną rozmowę z Krzyśkiem, Wojtkiem i Anitą i odwróciła się do mnie, zarzucając swoimi włosami koloru gorzkiej czekolady. Nie zrobiła tego specjalnie. Po prostu tak jakoś wyszło. Monika była ładna. Tak jak wszystkie inne dziewczyny z mojej klasy. Wszystkie ubierały się fajnie – nie tandetnie, pokazując jak najwięcej gołego ciała i obnosząc się w całości w kolorze różowym. Tylko tak po prostu – widać było, że żadna z nich nie ma świra na punkcie strojów i że moda nie jest jedynym sensem ich istnienia. Korzystały z niej na swoje potrzeby, co w rezultacie dawało świetny efekt.

Ja już dawno przestałam przejmować się się tym, jak wyglądam. Gdzieś w drugiej gimnazjum odkryłam, że to i tak jest bez sensu. Nie mam po co tak o to dbać. Zaczęłam nosić zwykłe, mało wymyślne ciuchy.

– Nie – odpowiedziałam Monice. – Zapomniałam o matmie. W ogóle nie zajrzałam do zeszytu. A co jeszcze było zadane?

– O rany! – włączył się Wojtek. – No to masz problem, Emi. W domu trzeba było przerobić pół podręcznika, do tego dwie strony ćwiczeń i powtórzyć na dzisiejszy sprawdzian – tak żeby nam się przypadkiem nie nudziło.

Psia kość! Matmy z reguły nie umiem – gdy mam podręcznik, coś tam stworzę, ale przed każdą klasówką muszę spędzić kilka godzin nad tematem, by zdołać coś sensownego wyprodukować z pamięci. A ostatni zapis w moim zeszycie pochodzi sprzed tygodnia i uwzględnia tylko półtora zadania. Resztę kartek pokrywały rysunki postaci oraz tego, co się działo za oknem. No to jedynka murowana! Otworzyłam książkę i zaczęłam gorączkowo przerzucać strony, w rozpaczliwej nadziei, że mój mózg cudem zapamięta strzępek informacji, a potem wydarzy się kolejny cud i na sprawdzianie będzie pytanie, w którym mogę owe wiadomości wykorzystać. I dostanę przynajmniej kilka punktów albo – o, słodka fantazjo! – zaliczę na dopuszczający.

– Chyba nic ci to nie pomoże – mruknął Krzysiek i wszyscy czworo się odwrócili, zagłębiając na powrót w przerwanej rozmowie.

Wiedziałam, że Krzysiek ma rację, bo nic nie rozumiałam z tematu, który autorzy podręcznika starali się wytłumaczyć żądnej wiedzy młodzieży, mniej więcej tak, jak się tłumaczy dziecku, że przed jedzeniem należy umyć rączki, a gdy się skończy, powiedzieć ładnie „dziękuję” i odstawić talerzyk. Cóż, chyba dzisiejszy dzień nie zaczął się najlepiej. Chociaż z drugiej strony – co mi po ocenie z matematyki? Wystarczy zdać! Co mi w ogóle po ocenach w liceum? Trzeba tylko opanować materiał z przedmiotów, które będę zdawać na maturze.

Na razie nie mam pojęcia, na jakie studia chciałabym iść. Jestem w klasie humanistycznej, więc na pewno nie będzie to żadna fizyka, chemia czy coś podobnego, aczkolwiek nie mam pojęcia, co konkretnie mogłabym studiować. Na szczęście do takich wyborów mam jeszcze całe trzy lata.

Zadzwonił dzwonek. Nawet w tym hałasie wszyscy go usłyszeli i powoli zaczęli ruszać na swoje miejsca. Westchnęłam i zamknęłam książkę – będzie, co ma być.

Drzwi się otworzyły i do sali wszedł matematyk, pan Rotecki, korpulentny czterdziestolatek z łysinką na głowie, zawsze ubrany w za małe marynarki w ciemnych, stonowanych barwach. Skojarzyło mi się, że podobne kolory wybieram ja.

– Dzisiaj, jak wszyscy wiemy, czeka nas sprawdzianik – przypomniał na przywitanie.

Po klasie przeszedł pomruk niezadowolenia. Rotecki zaczął rozdawać arkusze papieru. Po piątym z kolei uciszaniu klasy wreszcie zapadła cisza.

***

Tak jak się spodziewałam, sprawdzian poszedł mi gorzej niż fatalnie. Na piętnaście zadań prawidłowo rozwiązałam tylko dwa, przy czym w jednym trzeba było wybrać prawidłową odpowiedź spośród czterech propozycji. Oprócz tego coś tam napisałam w trzech następnych, ale to, czy moje obliczenia można chociaż w małym stopniu uznać za poprawne, pozostaje dużą wątpliwością. Wszystkie pozostałe polecenia wykraczały daleko poza moje umiejętności i po prostu nie miałam pojęcia, jak się za nie zabrać. Gdy zadzwonił dzwonek, nie uczestniczyłam w zbiorowym marudzeniu o dodatkowy czas. Przeciwnie, gdy tylko usłyszałam zbawienny dźwięk, szczerze uradowana podniosłam się z miejsca i nie patrząc ani przez chwilę dłużej na sprawdzian, pospieszyłam do biurka Roteckiego i wręczyłam mu kartkę. Gdy dostałam pozwolenie na wyjście, natychmiast opuściłam salę. Sprawdzian z matematyki należał do przeszłości.

Na przerwach zawsze przesiaduję albo pod klasą, w której mamy następną lekcję, albo na małej ławce na korytarzu. Przeważnie mam ze sobą coś do czytania, a czasami – naprawdę rzadko – wdaję się w luźną rozmowę z ludźmi z klasy. Byłam zła, że wybiegłam z domu, nie zapakowawszy porządnie torby, bo teraz nie miałam żadnej książki, w którą mogłabym się zagłębić. Usiadłam więc przed drzwiami sali biologicznej i zaczęłam się tępo wpatrywać w ścianę. Chyba nie ma głupszego zajęcia! Podkuliłam kolana pod brodę i patrzyłam na tłum licealistów, przemieszczający się z jednego końca szkoły na drugi, wśród rozmów i głośnego śmiechu. Z wyglądu poznawałam prawie wszystkich. Przez trzy lata można się tego nauczyć. Przez trzy lata można też poznać – przynajmniej swoją klasę – na wskroś. Niestety, z tym już jest w moim przypadku gorzej.

Klasa ma prawie taki sam skład jak ta gimnazjalna, a tamta z kolei – podobny do tego z podstawówki. Wychodzi więc na to, że przez prawie dziesięć lat codziennie widuję te same piętnaście-dwadzieścia osób. Lecz wiem o nich mniej więcej tyle, ile można się dowiedzieć o ludziach w trakcie najwyżej trzech miesięcy przelotnej znajomości. Przykre.

W trzeciej gimnazjum myślałam nawet o zmianie szkoły. Chciałam zamknąć dawny etap życia. Zacząć pracować na nową kartę, od zera, tam, gdzie wszyscy będą nowi – tak jak ja. Interesowałam się tym trochę, przeglądałam ofertę liceów w naszym mieście. Znalazłam kilka niezłych, na te bardziej prestiżowe nie zwracałam uwagi. Jednak w końcu wyszło tak, że nie poszłam do żadnego z nich, tylko zostałam w swojej starej budzie. Do dziś nie wiem dlaczego. Myślę, że wpływ na to miało kilka czynników – niezbyt zachwycający wynik z egzaminów, perspektywa dalekich dojazdów, zagapienie się na terminy składania wniosków o przyjęcie... W końcu dotarło do mnie, że figuruję na liście razem z dwudziestoma starymi koleżankami i kolegami. Doszło tylko pięć nowych osób, które w przeciągu tygodnia zaaklimatyzowały się w grupie i teraz nikt już nie pamięta, że dołączyły dopiero w tym roku.

Przez całe wakacje byłam przybita. Nie potrafiłam się cieszyć ani z wyjazdu pod namiot, ani z obozu w górach, ani nawet z rodzinnej wycieczki do Włoch. Oczywiście maskowałam swoje niezadowolenie, by nie psuć innym wypoczynku – szczególnie we Włoszech, gdyż dobrze wiedziałam, że Zosia i Ida czekały na tę wycieczkę całe dwa miesiące. Do szkoły poszłam z nikłą nadzieją, że może teraz wszystko się zmieni, może w liceum będzie inaczej. Niestety – jedyną zmianą były lekcje w innej części budynku, wychowawca i kilka nowych przedmiotów. No i te pięć osób w klasie.

Na początku było źle. Perspektywa kolejnych trzech lat mnie przerażała. Żałowałam, że się nie przeniosłam. Wolałabym być w każdym, nawet najgorszym ogólniaku, w zawodówce, gdziekolwiek. Wszędzie – tylko za jedną cenę. Niestety, prawda była okrutna. Zostałam tutaj.

– Jak ci poszło? – Moje rozmyślania przerwała Majka.

Rzuciła plecak jak gdyby nigdy nic i klapnęła na podłogę obok mnie. Spojrzała wesołymi brązowymi oczami. Majka zawsze była uśmiechnięta i radosna. Stanowimy zupełne przeciwieństwa. Chciałabym być taka jak ona. Z tym, że ona ma powody ku temu, by tak się zachowywać. Ja nie. To jest ta różnica.

– Źle – wzruszyłam ramionami. – A nawet gorzej niż źle.

– Mnie tak średnio – zaśmiała się Majka. – Nie zrobiłam ostatnich dwóch zadań, kolejnych dwóch nie jestem pewna...

– Ja nie zrobiłam dziesięciu – przerwałam jej.

Maja wytrzeszczyła oczy.

– To dlaczego tak szybko wyszłaś? – Mikołaj i Dagmara dosiedli się do nas. Dagmara spojrzała na mnie podejrzliwie.

– Bo nie wiedziałam nawet, jak obliczyć dane. Dla mnie równie dobrze mogłoby tam być polecenie odczytania chińskiego opowiadania, przetłumaczenia go na rosyjski i dokonania rozbioru zdań w języku suahili – odparłam.

– To rzeczywiście nie licz na sensową ocenę – zaśmiał się Mikołaj.

– No coś ty?! – zapewniałam. – Nic mnie to nie obchodzi!

Spokojnie przyjmowałam do wiadomości widok zszokowanych spojrzeń moich znajomych. Chciałam im tłumaczyć, że przecież na studiach nikt nie będzie patrzył na moje oceny z matematyki z pierwszej klasy liceum. Ale odpuściłam wysilanie się, by cokolwiek wyjaśniać. Na drugi raz muszę trzymać język za zębami. A teraz jedynym moim marzeniem było ciepłe łóżko z miękką kołdrą. Jedynym realnym marzeniem.

***

Po lekcjach miałam odebrać Idę ze szkoły. Zazwyczaj robiła to mama, dziś jednak miała do załatwienia jakąś sprawę w banku. Ida chodziła do trzeciej klasy w mojej starej podstawówce. Kończyła lekcje bardzo wcześnie i była stałym gościem w świetlicy, w której przesiadywała nieraz po kilka godzin. Nie przeszkadzało jej to jednak zupełnie – przeciwnie, uwielbiała tam chodzić. Zresztą wcale jej się nie dziwię – są koleżanki, są zabawki, nie trzeba robić lekcji, nie ma żadnych innych obowiązków... Pomijając fakt, że w wieku Idy człowiek w ogóle nie ma poważniejszych zajęć. Jeśli więc chodzi o nią, to wszystko było całkowicie zrozumiałe. Ja – mimo iż w najwcześniejszych latach mojej kariery w szkole nie byłam zbytnio osamotniona – nie musiałam codziennie biegać do świetlicy po zajęciach z tej prostej przyczyny, że zawsze odbierała mnie babcia. Zmarła kilka lat temu, gdy Zosia miała roczek. Dzięki babci do trzeciej klasy miałam zapewnioną należytą opiekę zaraz po lekcjach, a już rok później byłam na tyle duża, że mogłam wracać do domu sama. Wtedy też skończyła się sielanka i nagle na każdej przerwie zaczęła mi doskwierać samotność. To w wielkim stopniu przyczyniło się do ogromnej nienawiści, jaką od tego czasu żywię do szkoły.

Zapukałam do drzwi świetlicy i weszłam do środka. Wśród ogromnej liczby kartonów z najróżniejszymi zabawkami, pomiędzy półkami i regałami, siedziała moja siostra, oglądając coś z koleżankami. Na początku w ogóle nie zauważyła mojego przybycia, dopiero świetlicowa opiekunka, zwana przez dzieci panią Krysią, zawołała Idę.

Widziałam, jak radosny uśmiech znika momentalnie z siostrzanej buzi, a jego miejsce zajmuje smutek i rozczarowanie. Ida powoli podniosła się z krzesełka, pożegnała z grupką koleżanek i wyszła za mną, oglądając się co i rusz za siebie.

– Musiałaś już przychodzić? – zapytała ze smutkiem w głosie, zakładając na plecy tornister.

– Dziękuję – odpowiedziałam jej ironicznie. – I to się nazywa radość na widok swojej ukochanej siostry?

– Ale my tak fajnie się bawiłyśmy! – tłumaczyła się mała.

Stanęłam w miejscu.

– Jak chcesz, to możesz wracać – powiedziałam, patrząc na Idę uważnie. – Zarezerwujesz sobie miejsce na jutro.

– Nie! Nie trzeba, ja tylko tak... – zaczęła się jąkać.

Zrobiłam kilka kroków do przodu.

– Emi? – Ida dogoniła mnie. – Jesteś zła?

Oczywiście, że nie byłam zła! Spojrzałam na małą, przerażoną twarzyczkę, wyczekującą odpowiedzi. Siostra zrobiła tak żałosną minę i wyglądała w tej chwili tak rozkosznie, że nie mogłam jej dłużej trzymać w niepewności.

– Pewnie, że nie – wzięłam ją za rękę. – Ani ciut!

– To dobrze – wyraźnie jej ulżyło.

Przez chwilę szłyśmy w milczeniu. Kątem oka przypatrywałam się Idzie podskakującej przy moim ramieniu. Śmieszne kucyki fruwały wkoło jej głowy. Była wyjątkowo drobnym dzieckiem – za niskim i za szczupłym jak na swoje dziewięć lat. Ida wyraźnie wdała się w mamę. Tak samo jak ona ma piękne niebieskie oczy, złote, pofalowane włosy i kształtny, lekko zadarty nosek. Z kolei Zosia to wykapany tata – śmiejące się, zielone oczy, podkręcone, ciemne włoski, nawet taki sam pieprzyk na prawym policzku. Ja natomiast nie jestem podobna do nikogo z rodziny. Przynajmniej do nikogo, kogo znam. Bywa.

– Wiesz... – zaczęła Ida swoim piskliwym głosem, wyrywając mnie z zamyślenia. – Jutro w szkole będziemy malować! Pani powiedziała, że mamy przynieść kredki, bo będą rysunki. Wtedy Piotrek się zapytał, co będzie do narysowania. Pani odpowiedziała, że to niespodzianka, no i wszyscy się zastanawialiśmy, co to takiego. A Daria obiecała, że przyniesie swoje kredki! Mają trzydzieści kolorów, są prawie tak fajne jak twoje, wiesz? Powiedziała, że będziemy mogły rysować nimi razem, w końcu to moja przyjaciółka! No i idziemy do kina – wszyscy razem, w czwartek. Mama powiedziała, że kupi mi paprykowe chipsy i Twixa, ale...

Wyłączyłam się. Nie słuchałam już tego, o czym mówi Ida, ale tego jak mówi. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu człowieka. Byłam pełna podziwu, że można tak ogromnie cieszyć się z takich małych rzeczy. Jakieś chrupki, batonik, możliwość porysowania czy wyjście do kina może wywołać taką radość tylko u dzieci. Podziwiałam je za to. Dzieci nie zdają sobie ze wszystkiego sprawy. Wydaje im się, że to całkiem naturalne. A nie jest, nie dla zwykłych ludzi. Nie chciało mi się wierzyć, że ja kiedyś zachowywałam się tak samo. Równocześnie wiedziałam, że tak było. Jak przez mgłę widziałam siebie, skaczącą z radości po całym domu, gdyż rodzice obwieścili, że z okazji moich ósmych urodzin na cały dzień zabierają mnie i roczną Idę na „wyprawę”. Spędziliśmy wtedy kilka wspaniałych godzin w mieście i w parku. Dostałam różowy balonik, lody i książeczkę, a na obiad poszliśmy na pizzę, karmiąc wcześniej Idę jakąś papką dla bobasów. W głowie pojawiło się inne wspomnienie. Niecały tydzień później miałam zorganizowane przyjęcie urodzinowe. Przyszło pięć koleżanek z klasy i z podwórka. Był tort, chipsy, czekoladki i różne konkursy. Wiadomo, każdy się cieszy z urodzin. Ale to była inna radość, pełna, jaką tylko dziecko może odczuwać. To były przedostatnie takie urodziny. Rok później przyszły te same koleżanki i było tak samo fajnie. A potem czar prysnął. W czwartej klasie podstawówki każda z dziewczyn znalazła sobie nową przyjaciółkę. Nie obraziły się się na mnie. Nie pokłóciłyśmy się. Po prostu tak jakoś wyszło. Nie miałam im tego za złe, nie czułam do nich żalu. No może przez chwilę...

Doszłyśmy z Idą do domu. Zapłaciłam opiekunce, która siedziała z Zosią w czasie naszej nieobecności i odgrzałam siostrze obiad. Sama nie miałam na niego ochoty, więc zrobiłam sobie kanapkę. Dowlokłam się do pokoju i padłam na łóżko.


II

Następnego dnia na godzinie wychowawczej padło hasło „wycieczka”. Wprawdzie wiadomo było wcześniej, że gdzieś tam i kiedyś tam pojedziemy, jednak nie znaliśmy żadnych konkretów. To jedno małe słowo wywołało wielki entuzjazm w całej I a. No prawie w całej, w końcu ja też należę do tej klasy. A raczej moje nazwisko figuruje w dzienniku, a nauczyciele uwzględniają moją osobę w liczbie odbijanych sprawdzianów i podczas odpytywania. Mała różnica.

Nuśka, czyli nasza wychowawczyni Izabela Nusińska, podejmowała próby przedarcia się przez wrzask dwudziestu pięciu gardeł. Ponieważ jej starania okazały się bezskuteczne, usiadła przy biurku i jak gdyby nigdy nic zaczęła przeglądać prace z historii, którą z entuzjazmem wykładała wszystkim „humanom” i „biolchemom” – łącznie sześciu różnym klasom. By Nuśka tak po prostu poddała się bez walki, musi dojść do czegoś naprawdę poważnego. Przez dziesięć minut klasa ryczała i huczała jak opętana, aż wreszcie, gdy dziwiłam się już, że w drzwiach nie pojawił się ktoś, by zobaczyć, czy tu naprawdę obdzierają kogoś ze skóry, nasza wychowawczyni wstała i wrzasnęła tak donośnie, że głosy momentalne ucichły. Nuśka ma swoje sposoby, by przywołać nas do porządku.

– Tak lepiej. – Wychowawczyni odezwała się swoim zwykłym, przyjaznym tonem, po którym można było przypuszczać, że jest wyrozumiałą i cierpliwą osobą. – Wycieczka nie jest jeszcze niczym pewnym, dlatego – tu Nuśka zwęziła oczy i skupiła na sobie wzrok wszystkich uczniów, w tym i mój – musicie utwierdzić mnie w przekonaniu, że chcę z wami pojechać.

– Chce pani! – ryknął Wojtek. – Na pewno!

– Na razie tak – przyznała Nuśka, mierząc Wojtka znaczącym spojrzeniem.

– Pani profesor nas przecież lubi! – wyrwał się Mikołaj, posyłając jeden z tych swoich denerwujących uśmiechów.

– Bo my jesteśmy grzeczni! – dodał Kuba.

– Wyjątkowo grzeczni – potwierdziła Nuśka, a ja nie byłam pewna, czy mówi to tak do końca ironicznie.

W klasie znowu podniósł się szum. Z doświadczenia wiem, że każdemu, kto by umiał utrzymać całkowitą ciszę wśród naszej grupy, należałaby się Pokojowa Nagroda Nobla – przyznana bez mrugnięcia oka. Niestety, nasza wychowawczyni na to prestiżowe wyróżnienie będzie musiała poczekać.

– Wycieczka – kontynuowała, ignorując szmery pochodzące z przyciszonych, acz entuzjastycznych rozmów prowadzonych przez większą część moich kolegów i koleżanek – odbędzie się równo za dwa tygodnie. Jedziemy na dwa dni i jedną noc, wspólnie z klasą biologiczno-chemiczną. Ponieważ wiem, co się dla was najbardziej liczy podczas takich wypraw, nakłoniłam dyrekcję na pozwolenie na wyjazd w stu procentach wypoczynkowy.

– Czyli po żadnych muzeach i różnych takich nie będziemy się wlec? – nie dowierzała Dagmara.

– Nie odwiedzimy żadnych muzeów ani nie będziemy zwiedzać zabytków – poprawiła z naciskiem Nuśka, patrząc na Dagmarę z ukosa. – Zgadza się, Dagmarko, nie będziemy się wlec po żadnych muzeach i różnych takich, jak to powiedziałaś.

– Aha... – Dagmara zarumieniła się lekko z zakłopotania. – To chyba... znaczy – bardzo fajnie!

– Ale to tak naprawdę? – Amelka z niedowierzaniem wytrzeszczyła śliczne zielone oczy.

– Nie bądź niegrzeczna! – wygłupiał się Marcin. – Jak pani profesor mówi, że tak będzie, to tak będzie!

– Właśnie! – przyłączył się Wojtek. – Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?

– Ojej! – Amelka zachichotała – O nie! Co ja teraz zrobię?

– Wstydź się! – Przedstawienie trwało, kontynuowane przez Mikołaja.

– Zaraz zamknie się w sobie, jak nie przestaniecie! – wyrwał się Radek.

– I będziemy mieć tragedię! – Magda teatralnie złapała się za głowę.

A ja skuliłam się w swojej ławce. Czasami naprawdę nie rozumiałam, o co chodzi mojej klasie. Denerwowały mnie bezsensowne odzywki. Zachowywali się jak smarkacze, a nie licealiści. Wydawali mi się teraz tacy żałośni! Poczułam ukłucie w sercu. Wstydzę się, ale doskonale wiedziałam, iż wolałabym być częścią klasy ze wszystkimi tego konsekwencjami, właśnie w postaci głupawych zachowań niż tylko zbędnym dodatkiem do niej.

Nuśka najwyraźniej była przyzwyczajona do wszelkich zagrywek młodzieży, gdyż puściła przekomarzanki mimo uszu. Podziwiam ją.

– Skoro więc program wycieczki albo raczej jego brak jest całkowicie jasny – powiedziała, wstając z krzesła – zapiszcie proszę, że zebranie z rodzicami w sprawach wycieczki odbędzie się w piątek...

– A po co zebranie?! – wrzasnął Wojtek, bezczelnie wcinając się wychowawczyni w pół słowa. – Starzy wspomagają nasze portfele, dają nam ładnie jedzonko i buzi w czółko i wreszcie – witaj, wolności!

– Racja! – potwierdził Krzysiek, który, o dziwo!, do tej pory siedział cicho i dzięki mu za to! – Chyba nie muszą wiedzieć nic więcej poza tym, że przez dwa cudowne dni będziemy leniuchować na jakiejś wsi, bez jakiegokolwiek zrzędzenia z ich strony!

– Zebranie odbędzie się w piątek o siedemnastej – powtórzyła z naciskiem Nuśka, a ja dałam jej kolejne punkty za opanowanie, gdyż gdybym była na jej miejscu, nie wytrzymałabym. Bo kim w końcu są ci kretyni, by gadać takie rzeczy?!

– Chciałabym – kontynuowała Nuśka – by na zebraniu pojawili się wszyscy rodzice. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że pracują i ktoś może nie być obecny z przyczyn niezależnych. Chciałabym też – tu na chwilę urwała, lecz zaraz podjęła wątek, jakby wolniej i ciszej – by na naszą wycieczkę pojechał każdy z was. – Tutaj wychowawczyni spojrzała na mnie spokojnym wzrokiem. Poczułam falę gorąca.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.