Gwiazda Południa - Jules Verne - ebook
Wydawca: Masterlab Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gwiazda Południa - Jules Verne

Powieść rozgrywa się w Południowej Afryce wśród pól diamentowych dystryktu Griquland i traktuje o poszukiwaniach i perypetiach związanych z zaginięciem tytułowej Gwiazdy Południa – wielkiego 243 karatowego (48,6 g) diamentu.Tagi: po polsku, polskie, przygodowe, bestseller

Opinie o ebooku Gwiazda Południa - Jules Verne

Fragment ebooka Gwiazda Południa - Jules Verne






Strona redakcyjna

Spis treści

ISBN: 978-83-7991-034-2
Licencja: Tekst z domeny publicznej.
Źródło: Polska Biblioteka Internetowa
Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2013.
Na podstawie publikacji z roku 1884.
Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne - zgodnie z oryginałem.
Zdjęcie na okładce: Naseer Haider Siddiqui
 
MASTERLAB
Wydawanie i konwersja ebooków
E-mail: biuro.masterlab@gmail.com
www.masterlab.pl
Białobrzegi

Poland


ROZDZIAŁ I. „ACH, CI FRANCUZI!"

 

— Proszę, słucham pana!

— Mam zaszczyt prosić pana o rękę panny Watkins, pańskiej córki.

— O rękę Alicji?

— Tak, proszę pana. Widzę, że moja prośba pana dziwi. Niech mi pan jednak wybaczy, jeśli wyznam, że trudno mi zrozumieć, dlaczego wydaje się ona panu tak niezwykła. Mam lat dwadzieścia sześć. Nazywam się Cyprian Méré. Jestem inżynierem górnikiem, a politechnikę skończyłem z  drugą lokatą. Rodzina moja cieszy się zasłużonym szacunkiem, choć nie jest bogata. Konsul nasz w Capetown może to wszystko potwierdzić, jeśli tylko pan sobie życzy; opinię o mnie wydać także może mój przyjaciel Pharamond Barthes, słynny myśliwy, którego zna pan dobrze, podobnie jak wszyscy mieszkańcy Griqualandu. Zostałem tu wydelegowany przez Akademię Nauk i przez rząd francuski. W roku ubiegłym otrzymałem w Instytucie nagrodę imienia Houdarta za pracę o chemicznym składzie skał pochodzenia wulkanicznego w Owernii. Sądzę, że moje sprawozdanie o kopalniach diamentów w dolinie rzeki Vaal, będące już na ukończeniu, również może liczyć na życzliwe przyjęcie ze strony świata nauki. Po powrocie z mej obecnej misji będę mianowany profesorem Akademii Górniczej w Paryżu; wynająłem już nawet mieszkanie w domu przy ulicy Uniwersyteckiej 104, na trzecim piętrze. Pensja moja zwiększy się od nowego roku do czterech tysięcy ośmiuset franków. Nie są to, oczywiście, bajońskie sumy, ale gdy się doda do tego moje poboczne zarobki — ekspertyzy, nagrody, artykuły do pism naukowych — ogólny mój' dochód wyniesie prawie dwa razy tyle. Dodam jeszcze, że wymagania mam bardzo skromne, tak że nie potrzeba mi nic więcej, żeby się czuć zupełnie szczęśliwym. Panie Watkins, mam zaszczyt prosić o rękę pańskiej córki.

Wystarczyło usłyszeć pewny, zdecydowany ton tego małego przemówienia, aby zdać sobie sprawę, że Cyprian Méré ma zwyczaj iść zawsze prosto do celu i wyrażać się bez. ogródek.

Twarz jego potwierdzała wrażenie, jakie wywoływał jego sposób mówienia. Była to twarz młodzieńca zajętego zasadniczo poważnymi problemami naukowymi i nie poświęcającego drobiazgom towarzyskiego życia ani chwili ponad to, czego wymagała konieczność.

Włosy miał kasztanowate, przycięte na jeża, i niemal przy skórze ostrzyżoną, jasną brodę; nosił skromne, podróżne ubranie z popielatego płótna; tani słomkowy kapelusz położył grzecznie na krześle wchodząc do pokoju, mimo że jego gospodarz miał głowę nakrytą z charakterystyczną dla rasy anglosaskiej bezceremonialnością. Wszystko w Cyprianie Méré świadczyło o umyśle poważnym, a jego jasne spojrzenie mówiło, że miał serce czyste i prawy charakter.

Trzeba dodać ponadto, że ten młody Francuz mówił tak znakomicie po angielsku, jakby długi czas mieszkał w rdzennie brytyjskich hrabstwach Zjednoczonego Królestwa.

Pan Watkins słuchał go paląc długą fajkę, rozparty w drewnianym fotelu, z nogą złożoną na trzcinowym stołeczku, z łokciem na prostym kuchennym stole, na którym stał dzbanek z dżynem i szklanka do połowy napełniona tym mocnym napojem.

Osobnik ten miał na sobie białe spodnie, kurtkę z grubego, granatowego płótna i żółtawą flanelową koszulę; był bez krawata i bez kamizelki. Pod olbrzymim filcowym kapeluszem, który zdawał się przyśrubowany na stałe do jego siwej głowy, widniała okrągła twarz tak obrzękła i czerwona, jak gdyby pod skórę wstrzyknięto porcję porzeczkowej galarety. W tej niezbyt miłej' fizjonomii, porośniętej z rzadka kępkami sztywnych włosów, tkwiły małe, szare oczka, z których nie wyglądało nic, co przypominałoby dobroć czy wyrozumiałość.

Trzeba jednak od razu powiedzieć na usprawiedliwienie pana Watkinsa, że cierpiał okropnie na podagrę, co zmuszało go do. trzymania nogi wyciągniętej i poowijanej w szmaty, a wiadomo, że podagra — tak w Afryce południowej, jak i w innych krajach — nie przyczynia się do złagodzenia charakteru ludzi, w których stawy wpija się swymi kłami.

Scena ta rozgrywała się w parterowym pokoju na farmie pana Watkinsa, w okolicach 29 stopnia szerokości geograficznej na południe od równika i koło 22 stopnia długości, na wschód od Południka Paryskiego, na granicy zachodniej Wolnego Państwa Oranie, na północ od brytyjskiej Kolonii Przylądkowej, w centrum południowej, anglo-holenderskiej Afryki . Obszar ten, którego granicę stanowi prawy brzeg rzeki Oranie, na południowym krańcu wielkiej pustyni Kalahari, od kilkunastu lat nazwany został — i nie bez powodu — „Polami Diamentowymi".

Pokój, w którym odbywała się wyżej przytoczona dyplomatyczna rozmowa, odznaczał się z jednej strony przesadnym zbytkiem niektórych mebli, z drugiej — rażącym ubóstwem innych szczegółów urządzenia. Podłogę na przykład stanowiło klepisko z ubitej ziemi, ale w paru miejscach było ono przykryte puszystymi dywanami i kosztownymi skórami. Na nie otapetowanych ścianach wisiała cenna broń wszelkiego rodzaju, wspaniały zegar z kunsztownie cyzelowanego brązu, pięknie oprawione angielskie sztychy. Kanapa kryta aksamitem stała koło stołu z surowego drzewa, nadającego się co najwyżej do potrzeb kuchennych. Fotele sprowadzone z Europy daremnie wyciągały ramiona do pana Watkinsa, który wolał stary, drewniany zydel niegdyś własnoręcznie sklecony. W całości jednak nagromadzenie kosztownych przedmiotów — a szczególnie wielka ilość porozrzucanych na wszystkich meblach skór panter, lampartów i żyraf — wywierało wrażenie jakiegoś barbarzyńskiego przepychu.

Widać było zresztą z samego ukształtowania sufitu, że nie było nad nim piętra i że na dom składał się tylko parter. Jak wszystkie miejscowe domy zbudowano go częściowo z desek, częściowo z gliny, a lekki szkielet dachu przykryto arkuszami karbowanej blachy cynkowej.

Widoczne było również, że dom ten niedawno został ukończony. Wystarczyło bowiem wychylić się przez okno, żeby zobaczyć po prawej i po lewej stronie pięć czy sześć porzuconych budowli w tym samym rodzaju, różniących się między sobą jedynie wiekiem i stopniem zrujnowania. Były to wszystko domy, które pan Watkins kolejno budował, zamieszkiwał i opuszczał, stosownie do zmian zachodzących w jego stanie posiadania; każdy z nich oznaczał niejako kolejny szczebel jego fortuny.

Najdalej położona siedziba była po prostu sklecona z darni i zasługiwała najwyżej na nazwę budy. Następna była z gliny, trzecia — z gliny i desek, czwarta — z gliny i cynku; widzimy, jaką to gamę coraz wyższych tonów pozwoliły przejść panu Watkinsowi przypadki jego kariery.

Wszystkie te budynki, mniej lub więcej zniszczone, wznosiły się na niewielkim wzgórzu położonym przy zbiegu rzek Vaal i Modder, dwóch głównych dopływów rzeki Oranie w tej części Afryki południowej. Wokoło, jak okiem sięgnąć, rozciągała się na południowy zachód i na północ naga i smutna równina. W krainie Veld — jak nazywają tę okolicę jej mieszkańcy — ziemia jest czerwonawa, sucha, niepłodna, pokryta pyłem, zaledwie miejscami usiana rzadką trawą i kępami krzaków.

Tutaj właśnie znajdują się pokłady obfitujące w diamenty; główne tereny eksploatacji nazywają się: Du Toit's Pan, NewRush i najbogatszy może ze wszystkich — Vandergaart-Kopje. Te kopalnie odkrywkowe, znajdujące się niemal pod samą powierzchnią ziemi, objęte ogólną nazwą „dry-diggins", czyli „kopalni suchych", dostarczyły od roku 1870 kamieni o wartości ogólnej mniej więcej czterystu milionów. Pola te skupione są wewnątrz kręgu, którego promień nie wynosi więcej jak dwa do trzech kilometrów. Widać je było doskonale przez lornetkę 2 okien farmy pana Watkinsa, oddalonej od nich o jakie cztery mile angielskie .

Słowo „farma" nie było zresztą właściwą nazwą dla posiadłości pana Watkinsa: wokoło nikt by nie dostrzegł najmniejszego śladu jakichkolwiek uprawnych pól. Jak prawie wszyscy tak zwani farmerzy w tych okolicach południowej Afryki pan Watkins był raczej pasterzem na wielką skalę, właścicielem stad wołów, kóz i owiec niż zarządzającym gospodarstwem rolnym.

Jednakże pan Watkins nie odpowiedział jeszcze na prośbę tak grzecznie, ale i jasno wyrażoną przez Cypriana Méré. Po namyśle trwającym co najmniej trzy minuty zdecydował się wreszcie wyjąć fajkę z kącika ust i wypowiedzieć zdanie mające niewątpliwie bardzo odległy związek z omawianą sprawą.

— Myślę, że pogoda się zmieni, drogi panie. Nigdy chyba moja podagra tak mi nie dokuczała jak dziś od samego rana!

Młody inżynier zmarszczył brwi i na chwilę odwrócił głowę, by się opanować i nie okazać głębokiego zawodu.

— Może lepiej by było, gdyby pan przestał pić dżyn, panie Watkins — odpowiedział dość sucho, wskazując na kamienny dzbanek szybko opróżniany przez gospodarza.

— Przestać pić dżyn?! Na Jowisza! Dobre sobie! — wykrzyknął farmer. — Czy to kiedy dżyn zaszkodził porządnemu człowiekowi? Tak, wiem, co pan ma na myśli! Chce mi pan powiedzieć o tej recepcie, którą dał jakiś lekarz pewnemu lordowimajorowi cierpiącemu na podagrę! Zaraz, jak ten lekarz się nazywał?... Abernethy, zdaje się. „Chce pan być zdrów? — pytał swego pacjenta. — To niech pan żyje za szylinga dziennie i niech pan tego szylinga zarobi pracą własnych rąk!" To wszystko bardzo pięknie, ale — na naszą starą Anglię! — po cóż by człowiek dorabiał się majątku, żeby potem żyć za szylinga dziennie? To są głupstwa niegodne tak mądrego człowieka jak pan, panie Méré! Więc, proszę bardzo, niech mi pan już o tym nie wspomina. Widzi pan, jeśli o mnie chodzi, to wolałbym raczej od razu położyć się do grobu. Dobrze zjeść, wypić sobie, wypalić dobrą fajkę, ile razy przyjdzie mi ochota — to jedyne moje radości w życiu. A pan by chciał, żebym się tego wyrzekł.

— Och, wcale mi na tym nie zależy — odpowiedział szczerze Cyprian. — Przypominam panu tylko pewne wskazanie higieny, które wydaje mi się słuszne. Ale dajmy spokój temu tematowi i wróćmy, jeśli pan pozwoli, do właściwego celu mojej wizyty.

Pan Watkins, przed chwilą tak wielomówny, pogrążył się znów w milczeniu, wypuszczając z fajki lekkie kłęby dymu.

W tej chwili otworzyły się drzwi i weszła młoda dziewczyna niosąc tacę ze szklanką. Śliczna ta osóbka wyglądała uroczo w dużym czepcu, jaki noszą farmerki w tych okolicach; ubrana była w skromną płócienną suknię w kwiaty. Mogła mieć dziewiętnaście lub dwadzieścia lat; jej bardzo biała cera, miękkie jasnoblond włosy, duże, niebieskie oczy, twarz nacechowana słodyczą i wesołością — stanowiły prawdziwy obraz zdrowia, wdzięku i pogody.

— Dzień dobry panu, panie Méré! — rzekła po francusku, z lekkim jednak angielskim akcentem.

— Dzień dobry, panno Alicjo! — odpowiedział Cyprian Méré powstawszy na widok dziewczyny i skłoniwszy się przed nią.

— Widziałam, jak pan wchodził — ciągnęła panna Watkins, odsłoniwszy w uśmiechu śliczne, białe zęby — a ponieważ wiem, że pan nie lubi tego paskudnego dżynu mojego ojczulka, przynoszę panu świeżej oranżady. Myślę, że będzie panu smakowała.

— To naprawdę za wiele uprzejmości z pani strony, panno Alicjo!

— Ale, ale, nigdy pan nie odgadnie, co mój struś Dada połknął dziś z rana — podjęła ze swobodą. — Moją kulę do cerowania pończoch! Tak, kulę z kości słoniowej! Jest przecież dosyć duża, pan ją widział nieraz, panie Méré; odziedziczyłam ją w spadku po bilardzie w New-Rush!. No i mówię panu, ten łakomczuch Dada połknął ją, jakby to była pigułka! Naprawdę, czuję, że kiedyś umrę ze zmartwienia przez to nieznośne ptaszysko!

W niebieskich oczach panny Watkins, kiedy tak mówiła, czaiło się tyle wesołych iskierek, że ten ponury prognostyk nie wydawał się prawdopodobny nawet w odległej przyszłości. Nagle jednak, dzięki intuicji właściwej kobietom, uderzyło ją milczenie ojca i młodego inżyniera; doznała wrażenia, że obaj są skrępowani jej obecnością.

— Zdaje się, że panom przeszkadzam — rzekła. — Jeżeli macie ze sobą jakieś sekrety, których nie mogę usłyszeć, to sobie idę. Zresztą, naprawdę nie mam czasu. Muszę jeszcze popracować nad moją sonatą, zanim zajmę się obiadem. Rzeczywiście, nie jesteście dziś rozmowni, moi panowie! Zostawiam was z waszymi ciemnymi knowaniami.

Skierowała się do drzwi, ale zawróciła jeszcze i dodała z wdziękiem, jakkolwiek temat był nader poważny:

— Panie Méré, kiedy będzie pan chciał przepytać mnie z tego, czego nauczyłem się o tlenie, jestem do pańskiej dyspozycji. Już trzy razy przeczytałam rozdział z chemii, który mi pan zadał, i ten „gaz bezbarwny i nie posiadający smaku" nie ma dla mnie żadnych tajemnic.

Powiedziawszy to panna-Watkins wykonała piękny dyg i zniknęła. W chwilę potem dźwięki doskonałego fortepianu, dolatujące z jednego z najdalszych pokoi, oznajmiły, że dziewczyna oddaje się z zapałem ćwiczeniom muzycznym.

— A więc, panie Watkins — rzekł Cyprian, któremu to urocze zjawisko byłoby przypomniało o jego prośbie, gdyby w ogóle był w stanie o niej zapomnieć — czy będzie pan łaskaw odpowiedzieć mi na to, o co miałem zaszczyt pytać przed chwilą?

Pan Watkins wyjął z ust fajkę, splunął uroczyście na ziemię, następnie gwałtownie podniósł głowę i kierując na młodego człowieka badawcze spojrzenie, rzekł:

— Czy pan może już mówił z nią o tym wszystkim, panie Méré?

— O czym? Z kim?

— O tym, co mi pan teraz powiedział... z moją córką...

— Za kogo pan mnie bierze, panie Watkins? — oburzył się młody inżynier tak gorąco, że nie można było wątpić w jego szczerość. — Jestem Francuzem, proszę pana! Niech pan o tym nie zapomina. To znaczy, że nie ośmieliłbym się nigdy mówić o małżeństwie z córką pana bez pańskiego upoważnienia. Wyraz oczu pana Watkinsa złagodniał i od razu język mu się rozwiązał.

— No, to doskonale! Porządny z pana chłopak! Muszę powiedzieć, że spodziewałem się po panu takiej właśnie dyskrecji w stosunku do Alicji — powiedział tonem nieomal przyjaznym. — No więc, skoro można mieć do pana zaufanie, musi mi pan teraz dać słowo, że również i w przyszłości nic pan jej o tym wszystkim nie powie!

— A to dlaczego, proszę pana?

— Bo to małżeństwo jest niemożliwe i najlepiej będzie, jeśli pan to sobie od razu wybije z głowy — odpowiedział pan Watkins. — Panie Méré, pan jest uczciwym młodym człowiekiem, prawdziwym dżentelmenem, świetnym chemikiem, doskonałym profesorem, ma pan nawet przed sobą wielką przyszłość — nie wątpię o tym.— ale nie dostanie pan mojej córki, ponieważ mam co do niej inne plany.

— Jednakże, panie Watkins...

— Niech pan nie nalega. To nic nie pomoże! — odparł farmer. — Gdyby pan był nawet księciem i parem Anglii, to i tak nie dogadzałby mi pan! A pan nawet nie jest obywatelem angielskim! I w dodatku oświadczył mi pan z całą szczerością, że nie posiada pan żadnego majątku! No, niech się pan sam zastanowi, czy mógłby pan na serio uwierzyć, że po to tak wychowałem Alicję, po to wystarałem się dla niej o najlepszych profesorów z Victorii i z Bloemfontein, aby potem, kiedy skończy dwadzieścia lat, pozwolić jej jechać do Paryża, mieszkać gdzieś przy ulicy Uniwersyteckiej, na trzecim piętrze, z jakimś panem, którego języka nawet nie rozumiem! Niech pan tylko pomyśli o tym, panie Méré, i niech się pan postawi na moim miejscu. Niech pan sobie wyobrazi, że jest pan farmerem Johnem Watkinsem, właścicielem kopalni Vandergaart-Kopje, a ja panem Cyprianem Méré, młodym uczonym wysłanym z misją naukową do południowej Afryki! Niech pan sobie wyobrazi siebie w tym domu, siedzącego tu, w tym fotelu, przy szklance dżynu, palącego fajkę napchaną hamburskim tytoniem; czy pogodziłby się pan choćby przez jedną minutę z myślą oddania mi swojej córki za żonę?

— Oczywiście, panie Watkins — odpowiedział Cyprian bez wahania — gdybym tylko widział w panu zalety mogące zapewnić jej szczęście.

— No, to byłby pan w błędzie, drogi panie, w grubym błędzie! — odparł pan Watkins. — Postąpiłby pan jak człowiek, który nie byłby godzien posiadać kopalni Vandergaart-Kopje, a raczej nigdy by jej w ogóle nie mógł posiadać! Bo, ostatecznie, cóż pan sobie myśli? Czy mnie ta kopalnia sama spadła z nieba? Czy pan myśli, że nie trzeba było dużo rozumu i dużo energii, zęby ją wynaleźć, a zwłaszcza żeby zapewnić sobie jej posiadanie? Otóż widzi pan, panie Méré, tym właśnie rozumem, którego dowiodłem w pamiętnych i decydujących okolicznościach, kiedy chodziło o kopalnię, kieruję się we wszystkich sprawach mojego życia, a szczególnie tam, gdzie chodzi o moją córkę. I dlatego powtarzam panu: niech pan to sobie wybije z głowy. Alicja nie dla pana!

Po tej tryumfalnej konkluzji pan Watkins chwycił za szklankę i wychylił ją jednym haustem. Młody inżynier, zdruzgotany, nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Widząc to pan Watkins zaczął go dalej pogrążać.

— Ach, ci Francuzi! Wy jesteście nadzwyczajni! — mówił.— W nic nie wątpicie, słowo daję! Jak to może być? Zjawia się pan tu trzy miesiące temu, w samym środku Griqualandu, jakby pan spadł z księżyca, przychodzi pan do spokojnego człowieka, który, jak żyje, nigdy o panu nie słyszał, który przez te trzy miesiące nie widział pana więcej niż dziesięć razy, i mówi mu pan: „Panie Johnie Stapleton Watkins, ma pan uroczą córkę, idealnie wychowaną, uznaną za perłę w całym kraju, a w dodatku — co nie pogarsza chyba sprawy — jedyną spadkobierczynię najbogatszej kopalni diamentów na obu półkulach! Ja jestem panem Cyprianem Méré z Paryża, inżynierem, i mam cztery tysiące osiemset franków pensji. Bardzo proszę, żeby pan dał mi tę panienkę za żonę, abym ją zawiózł na koniec świata i aby ojciec nic już o niej nie słyszał, chyba czasami za pośrednictwem poczty czy telegrafu!" I pan uważa to za zupełnie naturalne? Ja to uważam za coś niesłychanego!

Cyprian wstał. Był bardzo blady. Wziął kapelusz do ręki i zamierzał wyjść z pokoju.

— Tak, to coś niesłychanego! — powtórzył farmer. — Ja nie owijam niczego w bawełnę, jestem Anglikiem starej daty, proszę pana! Tak jak mnie pan widzi, byłem biedniejszy od pana, tak, znacznie biedniejszy! Czego ja nie robiłem! Byłem majtkiem na statku handlowym, polowałem na bizony w stanie Dakota, byłem górnikiem w Arizonie, pasałem stada owiec w Transwalu... Poznałem i upał, i zimno, i głód, i najcięższą mordęgę! Przez dwadzieścia lat pracowałem w pocie czoła na ten suchar, co zastępował mi obiad. Kiedy się ożeniłem z nieboszczką panią Watkins, matką Alicji, która była córką Boera — Francuza z pochodzenia jak pan, mówiąc nawiasem — to we dwoje nie mieliśmy nawet na to, żeby wyżywić kozę. Ale pracowałem! Nie traciłem nadziei! Teraz jestem bogaty i chcę używać owoców swojej pracy. A nade wszystko pragnę zatrzymać córkę przy sobie żeby mnie pielęgnowała w chorobie i żeby mi grała wieczorami na fortepianie, kiedy mi się nudzi. Jeśli wyjdzie za mąż, to tutaj, na miejscu, za jakiegoś chłopca stąd, tak bogatego jak i ona, za farmera albo górnika takiego jak my, za takiego, co nie będzie mi gadał, że zabierze ją nie wiedzieć dokąd, żeby biedę klepała gdzieś na trzecim piętrze, w jakimś kraju, gdzie nigdy noga moja nie postanie! Ona wyjdzie za Jamesa Hiltona na przykład albo za jakiegoś innego zucha w tym guście. Pretendentów jej nie brak, zapewniam pana! Wyjdzie za porządnego Anglika, który się nie boi wypić szklanki dżynu i który dotrzyma mi towarzystwa, jak sobie palę fajeczkę!

Cyprian trzymał już rękę na klamce. Chciał wyjść z  tego pokoju, w którym zaczynał się dusić.

— No, tylko bez urazy! — zawołał za nim pan Watkins. — Ja wcale nie mam do pana pretensji, panie Méré, i zawsze będę pana chętnie widział jako lokatora i jako przyjaciela! O, właśnie dziś wieczór mamy parę osób na obiedzie. Może pan zechce przyjść?

— Nie, dziękuję panu — odpowiedział zimno Cyprian. — Mam dużo korespondencji do załatwienia przed jutrzejszą pocztą.

I wyszedł.

— Ach, ci Francuzi! To niesłychane! — powtarzał pan Watkins zapalając na nowo fajkę od żarzącego się smołowanego sznurka, który miał zawsze pod ręką.

I nalał sobie następną, pełną szklankę dżynu.

 


ROZDZIAŁ II. NA POLACH DIAMENTOWYCH

 

W odpowiedzi danej młodemu inżynierowi przez pana Watkinsa najbardziej upokarzające było to, że pod całą brutalnością formy Cyprian mimo woli dostrzegał wiele słuszności. Dziwił się nawet teraz, po dłuższym zastanowieniu, że sam nie przewidział obiekcji, jakie rnoże przeciwstawić mu farmer, i skutkiem tego naraził się na tak przykrą odmowę.

Faktem było, że nigdy dotychczas nie myślał o dystansie, który różnice majątkowe, różnice narodowości, wychowania i środowiska wytworzyły między nim a Alicją. Przyzwyczaił się od pięciu czy sześciu już lat traktować minerały ze ściśle naukowego punktu widzenia i diamenty były w jego oczach po prostu okazami jednej z odmian węgla, nadającymi się co najwyżej na eksponaty do muzeum Akademii Górniczej. Poza tym, ponieważ We Francji obracał się w środowisku znajdującym się na znacznie wyższym poziomie niż środowisko Watkinsów, nie uświadamiał sobie, jak wielką wartość z punktu widzenia kupieckiego przedstawia kopalnia farmera; nie pomyślał więc ani przez chwilę, że mogłaby istnieć dysproporcja między córką właściciela tej kopalni a francuskim inżynierem. Gdyby nawet stanął przed nim taki problem, prawdopodobnie ze swego punktu widzenia, jako paryżanin i świetny absolwent politechniki, sądziłby raczej, że to on znajduje się na krawędzi tego, co ludzie zwykli nazywać „mezaliansem".

Gburowata replika pana Watkinsa wyrwała go boleśnie z tych złudzeń. Cyprian miał zbyt wiele zdrowego rozsądku, żeby nie widzieć jej solidnych podstaw, i za wiele uczciwości, żeby wpaść w gniew z powodu wyroku, który w gruncie rzeczy uważał za słuszny. Ale cios nie był wskutek tego mniej bolesny i teraz kiedy musiał wyrzec się Alicji, odczuł nagle, jak drogą stała mu się ta dziewczyna w ciągu niespełna trzech miesięcy. Tak, znał ją dopiero od trzech miesięcy, od chwili swego przyjazdu do Griqualandu.

Jakże dalekie wydawało mu się już to wszystko! Pamiętał ten dzień, kiedy podczas straszliwego upału, w tumanach kurzu docierał wreszcie do kresu swojej długiej podróży na drugą półkulę. Wylądował tu ze swym przyjacielem Pharamondem Barthesem, dawnym kolegą szkolnym, który już po raz trzeci przyjeżdżał dla rozrywki do Afryki na polowanie i rozstał się z nim w Capetown. Pharamond Barthes. udał się do kraju Basutów, gdzie chciał zebrać oddziałek wojowników murzyńskich, mających towarzyszyć mu jako eskorta podczas wypraw łowieckich w głąb lądu. Cyprian zajął miejsce w ciężkim, zaprzężonym w czternaście koni wozie, służącym za dyliżans na drogach Vel-du, i wyruszył w stronę Pól Diamentowych.

Pięć czy sześć wielkich skrzyń — całe laboratorium chemiczne i mineralogiczne, z którym byłby wolał się nie rozstawać — stanowiło bagaż młodego uczonego; ale na wehikuł nie przyjmowano więcej niż pięćdziesiąt kilogramów na podróżnego i Cyprian musiał umieścić cenne skrzynie na wózku zaprzężonym w woły, mającym dostarczyć je do Griqualandu w tempie przypominającym podróże za czasów Merowingów . Dyliżans, do którego wsiadł młody inżynier, był zwykłym wozem wyposażonym w ławki na dwanaście osób; nakryty był płócienną budą i toczył się na czterech olbrzymich kołach, wiecznie mokrych z powodu licznych rzeczułek, przez które musiał przeprawiać się w bród.

Jak okropnie trzęsło w tym prymitywnym wehikule, na tych bardziej jeszcze prymitywnych drogach! Za ławki służyły po prostu pokrywy skrzyń, gdzie chowano drobne pakunki podróżnych; nieszczęśnik, który na nich siedział przez cały, nieskończenie długi tydzień, tłukł o nie z siłą parowego młota. Nie podobna było czytać, spać ani nawet rozmawiać w czasie drogi. W dodatku większość podróżnych kopciła tytoń dniem i nocą jak kominy fabryczne, piła bez żadnego umiarkowania i spluwała na boki.

Cyprian Méré znalazł się wśród zbiorowiska ludzi będących typowymi przedstawicielami tej koczowniczej rasy, której członkowie, pochodzący ze wszystkich stron świata, zjawiają się natychmiast wszędzie tam, gdzie zasygnalizowano istnienie złota czy diamentów. Był tu neapolitańczyk, niezdarny dryblas o długich, czarnych włosach, pergaminowej cerze i oczach nie budzących zaufania, przedstawiający się jako Hannibal Pantalacci; Żyd portugalski, nazwiskiem Nathan, ekspert w dziedzinie brylantów, siedzący cicho w kącie i patrzący na ludzi okiem filozofa; górnik z Lancashire, Tomasz Steel, wielki chłop z rudą brodą i potężnym grzbietem, który porzucił węgiel, żeby szukać szczęścia w Griqualandzie; był Niemiec, Herr Friedel, przemawiający tonem wyroczni i wiedzący już wszystko, co dotyczyło eksploatacji pól diamentowych, choć nigdy nie widział diamentu wydobytego ze złoża; był pewien Jankes o wąskich wargach, prowadzący rozmowę jedynie ze swoją oplataną butelką; prawdopodobnie jechał z zamiarem otworzenia koło pól diamentowych jednej z tych knajp, gdzie przepada zwykle większa część zarobków górnika. Farmer znad rzeki Hart, Boer z Wolnego Państwa Oranie, handlarz kością słoniową jadący do kraju Namaqua, dwóch kolonistów z Transwalu i Chińczyk — imieniem Li, jak na Chińczyka przystało — dopełniali tego zbiorowiska najbardziej różnorodnego, nieporządnego, hałaśliwego i podejrzanego, z jakim kiedykolwiek dane było zadawać się przyzwoitemu człowiekowi.

Cypriana z początku bawiły ich fizjonomie i obyczaje, wkrótce jednak poczuł się tym wszystkim bardzo zmęczony. Interesował go jeszcze tylko Tomasz Steel ze swoją bujną naturą i żywiołowym śmiechem oraz Chińczyk Li o łagodnych, kocich ruchach. Natomiast ponure żarty i wisielcza twarz Pantalacciego budziły w nim nieprzezwyciężony wstręt.

W ciągu dwóch czy trzech dni jedną z ulubionych facecji tego osobnika było przyczepianie do warkocza, który zwisał na plecach Chińczyka zgodnie z obyczajem jego kraju, różnych przedmiotów, jak kępek trawy, głąbów kapuścianych, ogona krowiego lub końskiej łopatki znalezionej po drodze.

Li niewzruszenie odczepiał przedmiot wiszący u długiego warkocza, nie dając do poznania ani słowem, ani gestem, ani nawet spojrzeniem, że te żarty przekraczają, jego zdaniem, granice przyzwoitości. Żółta twarz i małe, skośne oczka zachowywały niezmącony spokój, tak jakby to wszystko dotyczyło kogo innego. Można było sądzić doprawdy, że nie rozumiał ani jednego słowa z tego, co mówiono w tej istnej arce Noego toczącej się w stronę Griqualandu.

Wreszcie jednak Cypriana rozgniewał upór, z którym Pantalacci wybierał sobie wciąż nieszczęsnego Li jako ofiarę, i powiedział mu to bez ogródek. Tamten miał już na ustach jakąś impertynencję, ale jedno słowo Tomasza Steela wystarczyło, żeby przezornie zachował swój sarkazm dla siebie.

— Nie, stanowczo nie godzi się postępować tak z tym biedakiem, który nawet nie rozumie, co pan mówi — dodał poczciwy górnik wyrzucając już sobie, że przed chwilą śmiał się wraz z innymi.

Na tym więc sprawa się skończyła; ale w chwilę potem Cyprian ze zdziwieniem spostrzegł w skierowanym na siebie, inteligentnym i ironicznym spojrzeniu Chińczyka coś, co niedwuznacznie wyrażało uczucie wdzięczności. Przyszło mu wtedy na myśl, że Li prawdopodobnie rozumie więcej po angielsku, niż można było przypuszczać.

Jednak na następnym postoju na próżno usiłował nawiązać z nim rozmowę. Chińczyk pozostał niewzruszony i niemy. Od tego czasu ten dziwny człowiek zaczął intrygować młodego inżyniera jak zagadka, którą należy rozwiązać. Toteż Cyprian często pogrążał się w obserwacji żółtej, wygolonej twarzy, ust rozciętych jakby ostrzem szabli, w których błyskały bardzo białe zęby, małego, zadartego noska, szerokiego czoła i skośnych oczu, prawie zawsze osłoniętych powiekami, jakby dla ukrycia przebiegłego spojrzenia.

Ile lat mógł mieć Li? Piętnaście, czy sześćdziesiąt? Nie podobna było tego określić. Jego zęby, spojrzenie, włosy czarne jak sadze przemawiały raczej za młodością; natomiast zmarszczki na czole, na policzkach i w kącikach ust zdawały się świadczyć o wieku już dość podeszłym. Był małego wzrostu, szczupły, na pozór zręczny, ale miał jednak w ruchach coś starczego i jak gdyby „babskiego".

Czy był bogaty, czy biedny? Pytanie to również nastręczało wiele wątpliwości. Jego szare, płócienne spodnie, bluza z żółtego fularu, czapeczka pleciona ze sznurka, obuwie z filcowymi podeszwami i pończochy nieskazitelnej białości mogły należeć zarówno do mandaryna, jak i do człowieka z ludu. Bagaż jego składał się z jednej tylko skrzynki z czerwonego drzewa, na której widniał adres wypisany czarnym atramentem: „H. Li z Kantonu, udający się do Copetown".

Chińczyk był poza tym niezwykle czysty, nie palił, pił tylko wodę i korzystał z każdego postoju, żeby jak najstaranniej ogolić sobie głowę. Cyprian, nie mogąc niczego więcej się o nim dowiedzieć, dał wreszcie za wygraną i przestał się zajmować tą żywą zagadką.

Dni tymczasem płynęły, narastała ilość przebytych mil. Konie szły nieraz dobrym kłusem, czasami jednak wydawało się niemożliwością zmusić je do przyśpieszenia kroku. Ale mimo to podróż powoli dobiegała końca i pewnego dnia dyliżans zajechał do Hopetown. Jeszcze jeden etap i minęli Kimberley. Potem na horyzoncie ukazały się drewniane chałupki. Było to New--Rush.

Tutejsze obozowisko górników nie różniło się niczym od osiedli w tych wszystkich krajach, gdzie wkracza dopiero cywilizacja, od owych miast zbudowanych prowizorycznie, wyrastających spod ziemi jakby pod wpływem czarów. Domki sklecone z desek, przeważnie bardzo małe i podobne do budek dozorców w europejskich składach materiałów budowlanych, kilka namiotów, około tuzina kawiarni i knajp, sala bilardowa, „Alhambra" czyli sala przeznaczona na tańce, story, czyli sklepy z artykułami pierwszej potrzeby — oto co przede wszystkim zwracało uwagę widza.

W sklepach znaleźć można było wszystko: ubrania i meble, obuwie i szyby do okien, książki i siodła, broń i materiały włókiennicze, miotły i naboje, kołdry i cygara, świeże jarzyny i lekarstwa, pługi i mydła toaletowe, szczotki do paznokci i mleko w puszkach, patelnie i litografie, jednym słowem wszystko prócz nabywców. Ludność obozu bowiem była jeszcze o tej porze zajęta w kopalni położonej o trzysta czy czterysta metrów od New--Rush.

Cyprian Méré, jak wszyscy nowoprzybyli, pośpieszył tam, gdy tymczasem w baraku zwanym pompatycznie „Hotel Continental" zaczęły się przygotowania do obiadu.

Było około szóstej po południu. Na horyzoncie słońce otulało się już lekką, złotą mgłą. Młody inżynier zwrócił znów uwagę na to, co zastanawiało go już nieraz, że tarcza słońca, podobnie jak i księżyca, na tych szerokościach geograficznych wydaje się olbrzymia; zjawisko to nie zostało jeszcze dostatecznie wyjaśnione. Zachodzące słońce wydawało się co najmniej dwa razy większe tutaj niż w Europie.

Ale widok bardziej jeszcze niezwykły czekał Cypriana w samej kopje, czyli na polu diamentowym. W początkowym okresie robót kopalnia stanowiła niewielki, spłaszczony pagórek wznoszący się pośród równiny tak gładkiej jak morze w czasie zupełnej ciszy. Ale teraz był to raczej olbrzymi lej, którego brzegi miały kształt elipsy. Obszar ten zawierał nie mniej niż trzysta czy czterysta tak zwanych claims, czyli działek o bokach liczących trzydzieści jeden stóp. Właściciele eksploatowali je w sposób dowolny.

Praca zresztą polega po prostu na tym, żeby za pomocą kilofa i łopaty wydobywać ziemię — mieszaninę" czerwonawego piasku i żwiru. Po wydobyciu na powierzchnię przenosi się ją na specjalne stoły, gdzie podlega płukaniu, tłuczeniu, przesiewaniu i jak najbardziej skrupulatnym oględzinom dla sprawdzenia, czy nie zawiera drogich kamieni.

Poszczególne szyby — jako że są kopane niezależnie jeden od drugiego — tworzą, oczywiście, doły o różnej głębokości. Niektóre z nich sięgają na sto lub więcej metrów w głąb, inne — zaledwie na piętnaście, dwadzieścia lub trzydzieści metrów.

Ażeby ułatwić pracę i poruszanie się na polu diamentowym, każdy przedsiębiorca zobowiązany jest zarządzeniem władz do pozostawienia co najmniej siedmiu stóp nienaruszonej ziemi z jednej strony swojego dołu. Ta przestrzeń, łącząca się z drogą tej samej szerokości, pozostawioną przez sąsiada, tworzy jakby groblę będącą na tym samym poziomie, co nieeksploatowany grunt. Na tej podstawie umieszczone są w poprzek belki wystające z obu stron mniej więcej na metr, co nadaje temu przejściu szerokość wystarczającą na to, żeby dwa wózki mogły mijać się swobodnie.

Niestety jednak, przedsiębiorcy, nie bacząc na trwałość tej wiszącej drogi ani na bezpieczeństwo górników, drążą stopniowo boczne ściany dołów w miarę ich pogłębiania, tak że grobla nabiera coraz to bardziej kształtu odwróconej, stojącej na swym czubku piramidy, przewyższającej miejscami wieże katedry Notre-Dame w Paryżu. Skutki tego łatwo przewidzieć: ściany ziemne walą się często bądź w okresie deszczów, bądź przy raptownych zmianach temperatury, które powiększają szczeliny w ziemi.

Cyprian Méré, zbliżając się do kopalni, zobaczył z początku tylko pełne lub puste wózki krążące po wiszących drogach. Ale gdy znalazł się dość blisko brzegu, aby zajrzeć w głąb tego jak gdyby kamieniołomu, zobaczył pracujących z zapałem górników należących do wszelkich możliwych ras i różniących się między sobą kolorem skóry i ubiorem. Byli tam Murzyni i biali, Europejczycy i Afrykanie, Mongołowie i przedstawiciele rasy celtyckiej. Przeważnie byli oni prawie zupełnie nadzy, co najwyżej odziani w płócienne spodnie i flanelowe koszule, czasami w krótką, bawełnianą spódniczkę; na głowach mieli słomiane kapelusze, często ozdobione strusimi piórami.

Wszyscy ci ludzie napełniali ziemią skórzane kubły, które windowano do góry na linach skręconych z drutu za pomocą pasów z krowiej skóry, nawijanych na lekkie drewniane bębny. Na powierzchni szybko opróżniano kubły wsypując ich zawartość do wózków, po czym puste wiadra wędrowały z powrotem na dół, by za chwilę powrócić z nowym obciążeniem.

Długie, żelazne liny, rozpięte na ukos ponad równoległościanami dołów, nadają tym odkrywkowym kopalniom diamentów wygląd bardzo osobliwy. Można by sądzić, że to boczne nici pajęczyny utkanej przez jakiegoś olbrzymiego pająka, którego praca została nagle przerwana.

Cyprian bawił się jakiś czas obserwowaniem tego ludzkiego mrowiska, po czym wrócił do New-Rush, gdzie wkrótce zabrzmiał dzwonek w hotelowej jadalni. Przy stole musiał słuchać przez cały wieczór albo opowieści o nadzwyczajnych znaleziskach, o górnikach nędznych jak Hiob, których nagle wzbogacił jeden jedyny diament, albo przeciwnie — skarg na niezwykłego pecha, na chciwość pośredników, na nieuczciwość Kafrów pracujących w kopalni i kradnących co najpiękniejsze kamienie. Poruszano też inne sprawy, ściśle zawodowe; mówiono wyłącznie o diamentach, karatach, o setkach funtów szterlingów.

W ogóle jednak całe to zbiegowisko robiło wrażenie raczej nędzne i na jednego szczęściarza, zamawiającego hałaśliwie butelkę szampana, aby „oblać" chwilę powodzenia, widziało się ze dwadzieścia posępnych twarzy, których właściciele popijali jedynie cienkie piwo.

Od czasu do czasu jakiś kamień przechodził z rąk do rąk wokół stołu; ważono go w dłoni, oglądano, oceniano, po czym wracał do kieszeni swego właściciela. Szarawy, matowy kamyk nie mający więcej blasku od kawałka krzemienia toczonego przez byle strumyk — oto jak wygląda diament w stanie naturalnym.

Z nadejściem nocy zapełniły się kawiarnie i te same rozmowy, te same dyskusje, które uprzyjemniały obiad, ciągnęły się znowu przy kieliszku dżynu lub wódki.

Młody inżynier położył się wcześnie do łóżka, które mu wyznaczono w namiocie rozpiętym obok hotelu. Usnął szybko przy odgłosach zabawy pod gołym niebem urządzonej w sąsiedztwie przez górników Kafrów i przy przenikliwych dźwiękach kornetu, który przygrywał panom o białej skórze oddającym się popisom tanecznym w pobliskim lokalu.

 


ROZDZIAŁ III. TROCHĘ WIADOMOŚCI NAUKOWYCH UDZIELONYCH MIMOCHODEM

 

Młody inżynier — trzeba to zaraz zapisać na jego dobro — nie przybył do Griqualandu, aby spędzać czas w tej atmosferze chciwości i pijaństwa, wśród kłębów tytoniowego dymu. Polecono mu wykonać plany topograficzne i geologiczne niektórych okolic kraju, zebrać okazy skał i próbki ziemi z terenów, w których znajdują się diamenty, i przeprowadzić na miejscu różne drobiazgowe badania. Przede wszystkim musiał więc zdobyć spokojne mieszkanie, gdzie mógłby urządzić laboratorium, mogące mu służyć, jeśli można się tak wyrazić, za bazę wypadową w zamierzonych wyprawach po całym okręgu górniczym.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.