Frustracja. Zawodowy zabójca - Tusch, Manuel; Kitz, Volker - ebook
Wydawca: BC Edukacja Kategoria: Specjalistyczne Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 265

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Frustracja. Zawodowy zabójca - Tusch, Manuel; Kitz, Volker

Właściwie nie ma człowieka, który byłby naprawdę zadowolony ze swojej pracy. Potwierdzają to oficjalne statystyki – ponad 85% osób czynnych zawodowo chciałoby zmienić miejsce pracy!
Autorzy książki – Volker Kitz i Manuel Tusch – zbadali dokładnie, co unieszczęśliwia pracowników. Doszli do zadziwiającego wniosku, że miejsca pracy niczym się od siebie nie różnią, a przyczyny frustracji zazwyczaj tkwią w nas samych. I nieważne jest, dla kogo się pracuje… Zrozumienie kilku prostych prawd dotyczących środowiska zawodowego, innych ludzi, a przede wszystkim własnych reakcji związanych z życiem zawodowym sprawi, że docenimy pracę, którą mamy i przestaniemy się zastanawiać, czy ją zmienić.

Opinie o ebooku Frustracja. Zawodowy zabójca - Tusch, Manuel; Kitz, Volker

Fragment ebooka Frustracja. Zawodowy zabójca - Tusch, Manuel; Kitz, Volker






Wydano na licencji Campus Verlag GmbH

Tytuł oryginału: Das Frustjobkillerbuch
Autorzy:Volker Kitz, Manuel Tusch

Przekład z języka niemieckiego: Beata Moryl
Redakcja i korekta:Olga Gorczyca

Projekt okładki: Tomasz Janeczko
Skład:Paweł Niemiro

Zdjęcie na skrzydełku: © Mareike Foecking

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystywania niniejszej książki lub jej części do celów innych niż prawnie ujęte bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Zgodnie z prawem autorskim, bez uprzedniej zgody wydawcy zabrania się powielania, zapisywania oraz zamieszczania dzieła lub jego części w sieci komputerowej, a także w wewnętrznej sieci szkół i innych placówek oświatowych.

© Campus Verlag GmbH, Frankfurt am Main 2008
© BC Edukacja Sp. z o.o., Warszawa 2009

Wydawnictwo BC.edu
Warszawa 2009

Wydanie I

Druk i oprawa: Opolgraf SA

ISBN 978-83-61655-35-0

Gdyby ktoś ci powiedział…

…że istnieje praca, którą mógłbyś pokochać z całego serca, która jest dla ciebie stworzona i idealnie pasuje do twojego stylu życia – czy nie wzbudziłoby to w tobie nadziei?

Gdyby ktoś ci obiecał, że ma dla ciebie pracę, która przyniesie ci wystarczająco dużo pieniędzy, a do tego uznanie, poczucie celowości działania i radość, w której będziesz bez problemu dogadywać się z szefem i współpracownikami – czy nie zacząłbyś słuchać tej osoby?

Czy nie warto by było poświęcić jednej chwili twojego życia, aby zmienić jego resztę? Aby lepsze stały się wszystkie te dni, godziny, minuty i sekundy, które wypełnisz pracą i które bezpowrotnie przesypują się w klepsydrze twojej egzystencji.

A gdyby ktoś w końcu wyjaśnił ci, dlaczego nie musisz już szukać idealnej pracy – a tak właśnie jest, wcale nie musisz już szukać, bo wszystko, czego potrzebujesz, masz już od dawna, musisz tylko poznać kilka trików, za pomocą których twój umysł z tobą igra – czy to nie uratowałoby ci życia w dosłownym tego słowa znaczeniu? Czy nie uwolniłoby cię od niekończących się rozczarowań, smutku i pustki?

MY CI TO OBIECUJEMY!

Wiemy, że to wielka i niespotykana obietnica. Jednak jesteśmy pewni, że potrafimy jej dotrzymać.

Doświadczenie przekonało nas, że można wieść udane życie zawodowe. Jesteśmy szczęśliwi, że możemy przekazywać tę wiedzę innym.

Przez dwa lata zbieraliśmy materiały do tej książki i rozmawialiśmy z wieloma osobami. Stwierdziliśmy, że właściwie nie ma człowieka, który byłby naprawdę zadowolony ze swojej pracy. Potwierdzają to oficjalne statystyki – ponad 85% osób czynnych zawodowo chciałoby zmienić miejsce pracy! „Niebezrobotni” to ludzie naprawdę sfrustrowani. Wyjaśnia to, dlaczego większość naszych przykładów dotyczy osób nieszczęśliwych. Nie przedstawiamy sytuacji stronniczo, lecz prezentujemy ją tak, jak niestety obecnie wygląda. Rzadko spotyka się ludzi jadących rano metrem do pracy z błyskiem w oczach, wznoszących się ponad kwaśne miny wokół i otoczonych aurą prawdziwego szczęścia. Takie osoby podążają drogą, którą opisaliśmy w tej książce.

Skrupulatnie zbadaliśmy, co unieszczęśliwia nas w pracy. Wiemy także, co trapi ciebie, i możemy cię zapewnić, że nie ma to nic, zupełnie nic wspólnego z pracą, którą obecnie wykonujesz! Nasze badania wykazały coś, co może cię zadziwić – wszystkie miejsca pracy są takie same. Nieważne, dla kogo pracujesz.

Nie stajemy się szczęśliwsi, poszukując wciąż czegoś innego. Jednak możemy znaleźć swój życiowy skarb, jeśli zrozumiemy kilka prostych prawd dotyczących środowiska zawodowego, innych ludzi, a przede wszystkim nas samych. Powinieneś być sam dla siebie na tyle ważny, aby zainteresować się tym, w jaki sposób funkcjonujesz jako człowiek. Możesz się uzdrowić dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu własnej wewnętrznej siły. TYLKO ty możesz to zrobić! W obecnym miejscu pracy!

Pomyśl, czy nie warto spróbować, by uratować własne życie?

Jeśli nie przerwałeś lektury do tego miejsca, to już poczyniłeś pierwsze kroki na drodze do nowego życia. Nie zawracaj! Bądź ciekaw. I miej nadzieję. Istnieją po temu powody.

Życzymy ci, abyś zmienił swój los!

Dziękujemy wszystkim, którzy umożliwili nam przekazanie naszego przesłania – być może okrężnymi drogami – do miejsca, w którym właśnie czytasz tę książkę, w którym los skrzyżował nasze drogi. Szczególne podziękowania należą się:

  • wszystkim osobom, które z nami rozmawiały i opowiedziały nam swoje historie. Ta książka opiera się na waszym życiu.
  • Friedrichowi Dönhoffowi, który we właściwym miejscu i czasie nadał odpowiedni kierunek naszemu przesłaniu.
  • naszej agentce, Barbarze Wenner, która dzięki chłodnemu umysłowi i mądrym radom doprowadziła nasz manuskrypt do stanu, jaki powinien prezentować.
  • wydawnictwu Campus, które od pierwszej chwili uwierzyło w nasze przesłanie i w to, że kilka prostych prawd może uratować komuś życie. Szczególnie dziękujemy naszym redaktorkom, Juliane Meyer i Christiane Meyer, oraz koordynatorce programowej, dr Anette C. Anton. To dzieło „leżało wam na sercu”. I już teraz dziękujemy wszystkim innym pilnym głowom i rękom w wydawnictwie, przez które przejdzie ta książka.

Monachium/Kolonia, marzec 2008

dr Volker Kitz

dr Manuel Tusch


Część 1

Wewnętrzna emigracja – póki frustracja nas nie rozłączy…

Nieważne dla kogo i gdzie pracujesz…

Nieważne, dla kogo i gdzie pracujesz. To prawda o tyle rzadko spotykana, co banalna; o tyle cenna, co bolesna; o tyle otrzeźwiająca, co oswobadzająca. Znajduje się ją u kresu niespokojnych poszukiwań, na końcu drogi wybrukowanej cierpieniem, w społeczeństwie pełnym absurdalnych oczekiwań. Obojętnie, gdzie wykonujesz swą pracę i czym się zajmujesz zawodowo – zawsze zostajesz sam ze swoimi prawdziwymi marzeniami, niespełnionymi oczekiwaniami, a przede wszystkim ze sobą. Żaden pracodawca na tym świecie i żadne miejsce pracy, które już istnieje lub które ktoś dopiero wymyśli, nie może zaoferować ci tego, czego naprawdę szukasz, czego naprawdę pragniesz. I nikt poza tobą nie może naprawić tego, co zepsuło się w twoim życiu.

Wszystko to znajdziesz w sobie. Dlatego jest obojętne, co przeszkadza ci w twojej pracy i doprowadza cię w niej do szaleństwa.

Twoja obecna posada jest prawdopodobnie najlepszą, jaką mogłeś zdobyć. Nie rezygnuj z niej! Zachęcamy cię do tego z całego serca. Może to brzmieć dziwnie i nie odpowiadać dogmatom wpojonym ci przez rodziców, nauczycieli i wszystkich życzliwych ludzi wokół. Wiadomości, które znajdziesz na kolejnych stronach, nie zgadzają się z tym, o czym szepczą doradcy zawodowi, co w różowych barwach przedstawia się nam jako drogę do tak zwanego wymarzonego zawodu, co od dziesięcioleci doradcy do spraw kariery zawodowej i samorealizacji sprzedają masom za duże pieniądze.

My obaj, Volker Kitz i Manuel Tusch, na własnej skórze doświadczyliśmy ponurej codzienności zawodowej. To właśnie te smutne chwile skłoniły nas do napisania tej książki. My też przez długi czas błądziliśmy, wierząc, że na każdego człowieka czeka jego wymarzony zawód, który musi on tylko znaleźć, w którym wszystko jest odpowiednie i dzięki któremu będzie szczęśliwy do końca swego życia, do którego został stworzony i jest wręcz powołany. Sądziliśmy wtedy, że to miejsce pracy jest ukryte gdzieś w olbrzymim labiryncie ślepych uliczek, w którym wzdłuż drogi czyhają niedoskonałe, wstępne etapy naszego właściwego, jeszcze nieodkrytego, wymarzonego zawodu, próbujące ukraść nam cenny czas.

Jednak wydawało się, że życie nie chce poza nie wyjść i że coś zabrania nam zrobić krok ku nowemu, gdzie w końcu będziemy mieć pasujące do nas miejsce pracy, jak to sobie wymarzyliśmy. W trakcie poszukiwań wciąż stykaliśmy się z tymi samymi towarzyszami podróży i zawalidrogami – z rozczarowaniami, konfliktami, gniewem. Wciąż dręczyły nas wątpliwości i czuliśmy ten męczący niepokój: Czy gdzie indziej byłoby lepiej?

W końcu zauważyliśmy, że czekamy na stan, który nigdy nie nastąpi – najlepsze lata naszego życia mijają, a my wciąż wierzymy, że to tylko wstępne starcie. Dlatego zaczęliśmy uważniej analizować wciąż powtarzające się konflikty i rozczarowania, gniew i wątpliwości.

Prowadziliśmy systematyczne badania. W ciągu dwóch lat rozmawialiśmy z wieloma ludźmi – należącymi do różnych grup zawodowych i zajmującymi różne poziomy hierarchii – którzy podobnie jak my błądzili bezradnie. Ludźmi na próżno szukającymi szczęścia w pracy, którzy przy swoim biurku, w swoim garniturze w jodełkę, w kombinezonie robotnika lub w białym kitlu nie znaleźli tego, za czym tak tęsknili. Świat jest ich pełen…

Nasze osobiste doświadczenia potwierdzały się podczas kolejnych rozmów. Zadziwiające, że wszędzie pojawiają się podobne, podstawowe wzory spirali frustracji. To uniwersalne problemy życia zawodowego i ludzkiej psyche. Nie można od nich uciec, zasadzają się głęboko w nas – jako istotach ludzkich – i w strukturach naszego życia zawodowego. Możemy jednak nauczyć się nad nimi panować, zamiast pozwalać, by dominowały nad nami aż do przejścia na emeryturę.

Właśnie o tym traktuje ta książka. Chcemy przekazać ci spokój i pewność, że nic ci nie umknie, jeśli zostaniesz tam, gdzie jesteś. Pragniemy wzbudzić w tobie uzasadnioną nadzieję, że odrobina rozwagi może zmienić sprawy na lepsze.

Czy ty też często wyobrażasz sobie, że rzucasz pracę po wygranej w Lotto?

Poniedziałek rano. Kilka minut po jedenastej. Bez cienia pośpiechu otwierasz drzwi i z parującym kubkiem w dłoni stawiasz stopę na szarej wykładzinie długiego korytarza biurowego. Niezbyt głośno nucisz pod nosem melodyjkę własnej kompozycji.

„Witam! Jaki piękny poranek” – woła recepcjonistka, wyraźnie podkreślając słowo „poranek”.

„Dlaczego poranek?” – pytasz, łagodnie się uśmiechając. – „Jest już prawie południe. Nie wie pani, że zaczynamy pracę o dziewiątej?”

„Tak, dlatego myślałam, że…” – mamrocze sekretarka i niepewnie poprawia na nosie duże okulary w niebieskich oprawkach, po czym odkrywa, że masz na sobie flanelowe spodnie od piżamy, i lustruje je z niedowierzaniem.

Zza rogu wyłania się twój szef z czerwonymi plamami na twarzy. „Panie Kowalski, że też raczył się pan wreszcie pojawić! Nie wie pan, że…”

„…zaczynamy pracę o dziewiątej?” – wpadasz mu w słowo z promiennym uśmiechem na twarzy. – „Oczywiście, wiem! Właśnie powiedziałem to pani Malinowskiej. Jednak dobrze, że pana spotykam, szefie. Chciałbym porozmawiać z panem o perspektywach na przyszłość. Czy może się pan pojawić za kwadrans w moim biurze?”

„Kowalski, mamy tu urwanie głowy. Prezentacja dla zarządu musi być gotowa za pół godziny. A pan spóźnił się o dwie godziny i do tego przyszedł w sportowym stroju. Już dwa tygodnie temu powiedziałem panu, że nie dostanie pan podwyżki. I tak już jest pan dla nas o wiele za drogi, to znaczy – w porównaniu z pana osiągnięciami. Trzeba by ich chyba szukać pod mikroskopem. Czego pan znowu chce?”

„Za kwadrans w moim biurze!” – powtarzasz nadal w dobrym humorze, skręcając za róg. – „Do zarządu wysłałem już e-mail”.

„Do zarządu?” – słyszysz, jak twój szef głośno się zastanawia. Wkrótce potem szeroko otwiera drzwi do twojego pokoju.

Posyłasz mu poirytowane spojrzenie. „Szefie, powiedziałem przecież «za kwadrans»! Znów zachowuje się pan jak małe dziecko. Mam jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia. Zarząd ma jeszcze parę pytań w związku z moim e-mailem”.

„Kowalski, co pan ma z nimi wspólnego? Nie wie pan, że pracownikom nie wolno bezpośrednio komunikować się z zarządem? Wszystko musi się odbywać za moim pośrednictwem. A w ogóle, co to za e-mail?”

„No dobrze, szefie, powiem krótko. Mój e-mail do zarządu, którego kopię wysłałem do wszystkich klientów i akcjonariuszy oraz większych serwisów prasowych, brzmiał następujaco…” – z namaszczeniem i zatroskaną miną wyciągasz kartkę papieru z drukarki i czytasz: „Po wygraniu głównej nagrody w Lotto w sobotni wieczór postanowiłem podjąć kilka rozległych działań restrukturyzacyjnych w moim życiu. Rosnąca presja ze strony wolnego czasu zmusza mnie niestety do usprawnienia mojej organizacji. Nie mogę już dłużej uchylać się od niezbędnej redukcji bezsensownej straty mojego czasu, skoro moim celem jest osiągnięcie konkurencyjnego, międzynarodowego poziomu swobody. Mój wolumen chęci w minionym kwartale odnotował tendencję zniżkową, zwłaszcza w obszarze «coraz głupsze wypowiedzi szefa» oraz «bezsensowne zadania», podczas gdy miesięczne wpływy na moje konto wykazywały jedynie niewielki wzrost. W końcu nie jesteśmy w stanie uniknąć konstatacji faktu, iż zmiany technologiczne czynią nadętych szefów zbędnymi. Z tego względu jestem zmuszony zakomunikować Państwu, że nasza dalsza współpraca przestała być dla mnie wystarczająco lukratywna. W przyszłości skoncentruję swoje działania wyłącznie na lokalizacji na Seszelach, aby rozbudować tam moją główną działalność biznesową – «Prywatną willę». Nikt nie żałuje tej decyzji bardziej niż ja sam, jednak przymus okoliczności zewnętrznych nie pozostawia mi wyboru. Oczywiście dołożę starań, aby moje odejście pociągnęło za sobą jak najmniejsze skutki społeczne – chętnie zaoferuję tymczasowe zastępstwo rekrutujące się z mojego prywatnego personelu domowego. Chciałbym, aby był to znak, że w tych trudnych czasach wszyscy powinni być gotowi do wyrzeczeń…”.

Obudź się! W rzeczywistości siedzisz w swoim biurze i prawdopodobnie coś już ci przeszkodziło, zanim marząc na jawie, zdążyłeś doczytać swój e-mail do końca – zapewne był to nieprzyjemy telefon od szefa. To on poprosił ciebie do swojego biura, a ty oczywiście bez sprzeciwu go posłuchałeś.

Wizja była taka piękna! Niestety w prawdziwym życiu szef znów cię poniżył. Niczego nie potrafił docenić, tylko wciąż narzekał na projekt, nad którym ślęczałeś przez ostatnie trzy dni do późnego wieczora. A teraz masz ponownie zacząć wszystko od początku, a w dodatku skończyć do jutra. Zamknąłeś za sobą drzwi pokoju i jeszcze raz w myślach odegrałeś tę magiczną scenę – porzucenie pracy po wygranej w Lotto! To klasyk każdego dnia wypożyczany w milionach kopii z wyimaginowanej wideoteki przez „pracujący lud” i odtwarzany oczyma wyobraźni. Obsada się zmienia, jednak główną rolę odgrywa zawsze widz.

Wieczorem, w drodze powrotnej do domu, wciąż jeszcze powtarzasz sobie swój tekst, nadal rozdrażniony kłopotami, jakie przyniosły minione godziny. Cyzelujesz słowa, gesty i czekasz, aż w końcu nadejdzie dzień, w którym staniesz się niezależny finansowo i będziesz mógł powiedzieć szefowi kilka słów prawdy… I swoim kolegom, i klientom, i wszystkim, którzy tak utrudniają ci życie… Czekasz na dzień, w którym nareszcie będziesz mógł się wyrwać!

„Dziękuję za przesłanie oferty pracy, jednak po dokładnej analizie zdecydowałem, że…”

Niestety dla większości z nas ten dzień nigdy nie nadchodzi, mimo że bardzo na to liczymy. Znakomita część marzycieli w ogóle nie gra w Lotto, a reszta rzadko skreśla trafnie więcej niż trzy liczby. A ponieważ nadal nie jesteś niezależny finansowo, to twój szef codziennie mówi ci kilka rzeczy do słuchu, a nie odwrotnie.

Narastający gniew osiąga tak dramatyczne rozmiary, że wydaje dziwaczne owoce. Berlińska Agencja odmów umożliwia ludziom wyładowanie swojej frustracji, choć nie na firmie, w której pracują. Oddaje wet za wet i wysyła odmowy do przedsiębiorstw, odpowiadając na jakoby złożone przez nie oferty zatrudnienia – robi to na zlecenie sfrustrowanych uczestników rynku pracy.

„Dziękuję za przesłanie oferty pracy” – do biura renomowanego koncernu niespodziewanie dociera odpowiedź wysłana przez człowieka, z którym firma nie miała dotychczas nic wspólnego. – „Proszę o zrozumienie, ale biorąc pod uwagę mnogość dostępnych mi profesjonalnych ofert pracy, muszę dokonać wyboru. Bardzo mi przykro, ale muszę Państwu zakomunikować, że po dokładnej analizie zdecydowałem, że nie skorzystam z Państwa propozycji”.

Niestety nadawca z reguły nie ma możliwości obserwowania wyrazu twarzy szefa kadr, gdy ten, zdumiony, czyta dalej: „Zapewniam Pana, że moja decyzja nie oznacza negatywnej oceny Pańskiej osoby czy przedsiębiorstwa i jest ściśle związana z moimi kryteriami wyboru. Przykro mi, że nie mogę przekazać Państwu bardziej optymistycznych wiadomości. Życzę powodzenia w przyszłości”.

Stworzona w 2004 roku jako „projekt artystyczny z politycznym zacięciem” Agencja odmów szybko zyskała ogromną popularność. Wielu ludzi skorzystało z jej usług. Sami założyciele byli zdumieni powagą, z jaką ich firmę traktowali zleceniodawcy. Odkryli oni prawdziwą lukę na rynku, włożyli w ręce szarego człowieka broń przeciw wielkiemu światu korporacji – nawet jeśli miało to formę kilku właściwie użytych słów. Miejscowa i zagraniczna prasa przyklasnęła pomysłowi. „Symboliczny akt sprzeciwu wobec fetyszyzacji pracy” wielu ludzi wykorzystało do rozładowania „osobistej frustracji wynikającej z nieudanych prób znalezienia posady i aktualnych stosunków pracy”. Tak wypowiedzieli się dla prasy i stacji telewizyjnych twórcy Agencji odmów, Thomas Klauck i Katrin Lehnert.

Jak wiele wściekłości musiało się nawarstwić w społeczeństwie, by taki pomysł nie tylko powstał, lecz także miał zapewnioną świetlaną przyszłość? Jak wielu osobistych krzywd musieli doświadczyć ludzie, by usługa, która miała być żartem, zaczęła się cieszyć taką popularnością?

Naprawdę sfrustrowani są „niebezrobotni”

Bardzo wiele danych potwierdza to przypuszczenie. Instytut Gallupa co roku za pomocą engagement index (ankiety badającej poziom zaangażowania pracowników) bada, jak bardzo pracownicy są emocjonalnie związani ze swoim miejscem pracy. Wyniki ankiety przeprowadzonej w 2007 roku są druzgocące: 88% osób zatrudnionych na niemieckim rynku pracy nie odczuwa w ogóle więzi z miejscem pracy lub jest to więź o niewielkim natężeniu.

Co piąta osoba w duchu złożyła już wypowiedzenie z pracy, a nawet aktywnie działa wbrew interesom swojego przedsiębiorstwa. [Zgodnie z badaniem „Satysfakcja z pracy 2009” przeprowadzonym przez IIBR ponad połowa Polaków (63%) czuje się zadowolona z obecnego miejsca pracy. Jednak w porównaniu z rokiem 2005 jest to wynik gorszy aż o 10%. Zwiększają się też obawy dotyczące przyszłości zawodowej. 35% respondentów sądzi, że w tym roku ich sytuacja zawodowa się pogorszy – przyp. red. Źródło: http://www.egospodarka.pl/39057,Zadowolenie-Polakow-z-pracy-2009,1,39,1.html, 28.09.2009] Susanne Reinker w swojej książce Rache am Chef (Zemsta na szefie) odkrywa, że niezadowolenie z pracy często kończy się prawdziwą wojną między szefem a pracownikiem. Ważne dokumenty giną na zawsze za zakurzonym regałem – oczywiście przez omyłkę, z powodu małej dekoncentracji – nic dziwnego przy tym obciążeniu pracą. Pikantny e-mail ktoś przesyła do prokuratora i szef ląduje w areszcie śledczym szybciej, niż można by marzyć. Ciekawscy dziennikarze dowiadują się o bulwersujących szczegółach dotyczących wewnętrznych spraw firmy. Od kogo? Od byłego pracownika, który chciał pozostać anonimowy. Badacze nazywają to dość szeroko już rozpowszechnione zjawisko „whistleblowing”. [„Whistleblower” (ang.) – w dosłownym tłumaczeniu oznacza osobę, która dmucha w gwizdek. „Whistleblowing” to zawiadamianie o nieprawidłowościach w firmie, w której się pracuje – przyp. red.] Tysiące osób każdego dnia podnoszą wysokość swojej pensji, stosując „indywidualne wypłaty zysku” – tutaj zgarną stos papieru ksero, tam opakowanie kawy, której akurat zabrakło w domu. Sfrustrowani pracownicy bez cienia wyrzutów sumienia wynoszą z niemieckich biur nawet komputery i sprzęt hi-fi – mijają przy tym po drodze portiera, który przygląda się temu w milczeniu i myśli: „I dobrze im tak!”. Dla przypomnienia jeszcze raz podajmy liczby – 20% wszystkich zatrudnionych aktywnie działa w ten sposób przeciw swojemu szefowi. Zastanów się, ilu z nich pracuje w twojej firmie…

Pozostałe 68% respondentów jedynie w niewielkim stopniu wiąże się emocjonalnie z pracodawcą. [Polski oddział instytutu Great Place to Work opublikował badania, z których wynika, że Polacy nie mają dobrego zdania o własnych szefach. Do najczęstszych zarzutów należą: brak obiektywizmu w ocenie pracowników, niedocenianie ich zaangażowania oraz wpływanie na złą atmosferę w zespole. Co więcej aż trzech na czterech zatrudnionych sądzi, że ich szefowie to kłamcy – przyp. red. Źródło: http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,90439,6952949,Szef__instrukcja_obslugi.html] Wprawdzie nie sabotują oni aktywnie chlebodawcy, jednak beznamiętnie wykonują swoje obowiązki i tylko czekają, by wypić piwo po pracy, a w końcu zapalić cygaro po przejściu na zasłużoną emeryturę. Ich guru jest ekonomistka, Coranne Magier, której poradnik Witaj lenistwo! stał się kultową książką o sztuce nicnierobienia w biurze. „Ten, kto pracuje, jest w błędzie” – brzmi jej hasło, które w formie książki stało się międzynarodowym bestsellerem i znalazło rzeszę wyznawców.

O co tu chodzi?

Jedynie 12% wszystkich pracobiorców w Niemczech zalicza się do trzeciej grupy – osób wykazujących silną więź emocjonalną z chlebodawcą. Tylko tacy ludzie są naprawdę produktywni dla przedsiębiorstwa i ma to konkretne konsekwencje gospodarcze – osoby należące do tej grupy znacznie rzadziej niż inni nie pojawiają się w pracy. Chętnie polecają swoją firmę jako pracodawcę oraz promują jej produkty i usługi. Przedstawiają szefom propozycje wewnętrznych racjonalizacji znacznie częściej niż osoby sfrustrowane – one i tak większość czasu spędzają na dopieszczaniu planów sabotażu. Co interesujące, Index Gute Arbeit 2008 niemieckiego zrzeszenia związków zawodowych również wskazuje na podobny udział procentowy tych, którzy określają swoją sytuację zawodową jako pozytywną – skromne 13%. Większość ocenia swe życie zawodowe źle lub przeciętnie.

W innych badaniach uzyskano zaledwie nieco lepsze wyniki. Międzynarodowy Kelly World at Work Survey dumnie doniósł, że „około połowa” niemieckich pracowników jest zadowolona ze swojej pracy, Niemcy plasują się tym samym nieco poniżej średniej światowej. Prasa podchwyciła to jako doniesienie o sukcesie. A co ty o tym sądzisz? Biorąc pod uwagę, że w Niemczech żyje 40 milionów osób czynnych zawodowo, co oznacza, iż około 20 milionów codziennie boryka się z frustracją w pracy.

Na jakim świecie żyjemy, jeśli to jest dobra wiadomość? Cóż za problemy nawarstwiają się, gdy miliony ludzi tak bardzo nienawidzą swojego miejsca pracy? Jeśli dążą jedynie do tego, by zaszkodzić swojej firmie, a w każdym razie nie przynieść jej żadnych korzyści? Gdy ciągle spoglądają na zegarek, czekając, aż będą mogli w końcu opuścić miejsce udręki? A w nocy zlani zimnym potem przewracają się w pościeli, ponieważ progi sypialni nie powstrzymują frustracji i wściekłości… Dokąd dotarliśmy, skoro depresja stała się chorobą zawodową; nie mówiąc już o cierpieniach fizycznych, jakie powoduje ciągła frustracja?

Od trzech do pięciu milionów bezrobotnych to także problem, którego nie wolno bagatelizować. To straszne, gdy dzień po dniu trzeba od rana do wieczora spędzać czas ze świadomością, że nie jesteś nikomu potrzebny i nikt cię nie docenia. Słusznie, że różne instytucje państwowe od wielu lat starają się przede wszystkim zredukować liczbę bezrobotnych. Jednak o wiele większy problem staje się stopniowo tykającą bombą zegarową, a związane z nim napięcie rozładowuje się jedynie w odosobnionych działaniach:

NAPRAWDE SFRUSTROWANI SĄ „NIEBEZROBOTNI”!

Ich olbrzymia i co dzień rosnąca rzesza zagraża dobrobytowi i zdrowiu całej nacji. Nie tylko bezrobotni czują się zbędni, niechciani i bezwartościowi. To samo odczuwa wielu „niebezrobotnych”. To podobna sytuacja do tej, gdy ktoś czuje się samotny mimo pozostawania w związku uczuciowym z innym człowiekiem.

Niniejsza książka wzywa do tego, by poważniej potraktować także nasze problemy – problemy „niebezrobotnych”. Przede wszystkim to my sami powinniśmy poważniej potraktować własne problemy. Zbyt rzadko badamy, co złego dzieje się w naszym życiu – i co możemy w nim zmienić. A przecież mnóstwo sfrustrowanych „niebezrobotnych” może uleczyć się własnymi siłami!

Jak to zrobić? Odpowiedź znajdziesz w tej książce.

Pozwól jednak, że najpierw przeanalizujemy zawodową codzienność w takim stanie, w jakim znajduje się obecnie. Tylko wtedy naprawdę uda nam się zrozumieć ten problem.

Czy ty też potajemnie czytasz ogłoszenia o pracę?

Czy wiesz, jak szybko i skutecznie dotrzeć do wszystkich swoich dawnych kolegów i koleżanek ze studiów? Do całego roku? Do znajomych z poprzednich firm? Do wszystkich ludzi, z którymi kiedykolwiek zetknąłeś się zawodowo?

Możesz na przykład podczas noworocznego przemówienia prezydenta zakraść się od tyłu, wejść w kadr i pomachać stamtąd do kamery. Albo przejść eliminacje i dostać się do Milionerów. Oba programy ogląda tak wielu widzów, że prawdopodobnie większość dawnych znajomych zgłosiłaby się do ciebie. Jednak w obu przypadkach musiałbyś pokonać kilka przeszkód.

O wiele prostszy jest następujący sposób: zamieść ofertę pracy dotyczącą twojej obecnej posady! Opublikuj ją w rubryce ogłoszeniowej znanej gazety lub na popularnym portalu internetowym. Zdziwi cię, kto się z tobą skontaktuje.

Gdy ja, Volker Kitz, odchodziłem kiedyś z pewnej firmy, ogłoszenie dotyczące stanowiska, które zajmowałem, ukazało się między innymi w branżowym czasopiśmie o dużym nakładzie. Był to poniedziałek, więc około godziny 10:00 wylądowało na biurkach w innych przedsiębiorstwach.

O 10:30 zadzwonił pierwszy telefon. Był to kolega z konkurencji: „Czy to pańskie stanowisko opisano w ogłoszeniu?”. Ledwie zakończyłem rozmowę, zadzwoniła dawna koleżanka ze studiów: „To ciekawe… Co będziesz robił w przyszłości?”. Dalej było tak samo, raz za razem: „Czy znaleźliście już następcę?”, „Dlaczego pan rezygnuje?”. Mój telefon nie milkł ani na chwilę.

Czyżby krąg moich znajomych składał się wyłącznie z bezrobotnych, którzy z konieczności rutynowo czytali ogłoszenia o pracę? Bynajmniej. Wszyscy, którzy do mnie zadzwonili, byli gdzieś zatrudnieni. W ciągu paru godzin przeprowadziłem rozmowy telefoniczne z większą liczbą znajomych z innych przedsiębiorstw niż w ciągu ostatnich czterech tygodni. Mieli dobre posady – wielu z nich dużo lepiej płatne niż ja – spory zakres odpowiedzialności, interesujące zadania i dobre perspektywy rozwoju. Wielu z nich sprawiało wrażenie naprawdę zadowolonych ze swojego życia – w każdym razie wtedy tak myślałem…

Nie chodziło o to, że wszyscy chcieli wziąć udział w rekrutacji na moje miejsce. Ogłoszenie często było jedynie pretekstem, by zatelefonować i dowiedzieć się czegoś o planach dawnego kolegi.

Jednak wszyscy przeczytali ogłoszenie. A wielu zareagowało w tak krótkim czasie, że pozwala to wysnuć tylko jeden wniosek – celowo zaczęli lekturę od działu ogłoszeń, tak jak inni od razu sięgają po dział sportowy. W następnych dniach i tygodniach sytuacja się powtarzała. Nie wszyscy dzwonili od razu, niektórzy odczekiwali i podczas spotkania pytali raczej mimochodem, o co chodzi z tym ogłoszeniem.

Jak sądzisz, dlaczego tak wielu ludzi zajmujących pozornie dobre stanowiska uważnie i systematycznie czytało ogłoszenia o pracę? Bo nie mieli nic lepszego do zrobienia w biurze? Dla zabicia czasu? „Czasopismo leżało na biurku, więc je szybko przekartkowałem” – niektórzy tak uzasadniali swoją decyzję. Wierzysz w to? My uważamy, że takie słowa nie są przekonujące w ustach ludzi, którzy skarżą się na zbyt duże obciążenie pracą, którym ledwo udaje się wykonać przydzielone zadania w wyznaczonym czasie, a wieczorem i tak wracają zbyt późno do domu. A nawet jeśli znaleźli wolną chwilę – jakie jest prawdopodobieństwo, że postanowili się rozerwać, czytając nudne ogłoszenia o pracę? Czy teksty zamieszczone w dziale „Praca” są tak niewiarygodnie zabawne? Na pewno nie – choć niektórzy nie zawahali się podkreślić właśnie tego aspektu: „Uważam, że czytanie ogłoszeń o pracę jest zabawne”. Oczywiście! Któż nie zaliczałby lektury tego typu ogłoszeń do kulturalnych i literackich atrakcji? Gdybyśmy byli na bezludnej wyspie, na której nie istniałyby książki, czasopisma, internet, telewizja – i oczywiście poza nami nie mieszkałby tam żaden inny człowiek, lecz dostępne byłyby tylko ogłoszenia o pracę, ogłoszenia o pracę i jeszcze raz ogłoszenia o pracę – wtedy zrozumielibyśmy taką wypowiedź. Jednak w normalnych warunkach musimy stwierdzić: Nie, nie, przyjaciele! Jest tylko jeden, jedyny powód waszej lektury ogłoszeń o pracę, czy się do tego przyznajecie, czy też nie. Ten, kto je czyta, na pewno czegoś szuka.

To poszukiwanie nie zawsze musi być konkretne i świadome. Można mówić także o poszukiwaniach utajonych, o postępującej powoli niepewności, o lęku, że być może umyka nam coś lepszego. Osoba, która czyta ogłoszenia o pracę, jest niezadowolona ze swojej posady przynajmniej w sposób utajony, nie ma tu pola do innych interpretacji. A może czytasz też ogłoszenia wynajmu mieszkań dla zabicia czasu, nawet jeśli nie zamierzasz się przeprowadzać? Większość ludzi, którzy wtedy nawiązali ze mną kontakt, rzeczywiście wykorzystała tę rozmowę właśnie w tym celu – aby zwierzyć się ze swojego niezadowolenia.

Tę historię można również uzupełnić odpowiednimi liczbami. Czasopismo „Junge Karierre” opublikowało następujące badania firmy zajmującej się doradztwem biznesowym – dr. dr. Heissmanna. Wśród 1525 specjalistów i przedstawicieli kadry kierowniczej przeprowadzono ankietę, w której pytano, czy w najbliższym czasie chcieliby zmienić pracodawcę. Jedynie niecałe 14% respondentów odpowiedziało: „Jestem bardzo zadowolony/-na, w tej chwili nie myślę o zmianie”. Pozostali – a więc ponad 85% (!) – przyznali, że otwarcie lub potajemnie poszukują nowego miejsca pracy. Co ciekawe, podczas badania porównawczego dwie trzecie wszystkich osób odpowiedzialnych za sprawy kadrowe stwierdziło, że ich pracownicy dobrze czują się w firmie. Tak różny może być sposób postrzegania.

A ty? Jak wiele adresów internetowych giełd pracy zapisałeś w „Ulubionych”? Jak wiele profili i formularzy wyszukiwania wypełniłeś? I jak wiele aktualnych CV lub listów motywacyjnych swoich nieostrożnych kolegów odkryłeś w biurze – przy ksero, w koszu na śmieci lub nawet w publicznych folderach na wspólnym serwerze? Czy to nie ciekawe, w jaki sposób przedstawiają się koledzy w swoich listach motywacyjnych? A czy jeszcze bardziej interesujące nie jest to, kto próbuje zmienić pracę? Nierzadko są to ci, po których najmniej byśmy się tego spodziewali, którzy wydają się zawsze zaangażowani i najczęściej całkiem zadowoleni, którzy podczas przerwy na lunch – wbrew wszelkim regułom panującym wśród kolegów – bronią stanowiska szefa. Pozory mylą, a ankiety to potwierdzają – szukają prawie wszyscy!

Być może pomyślisz: „Jakie to smutne…”. Czyżby niemal nikt nie był zadowolony ze swojej pracy?

Jednak nadzieja płynie właśnie z tych ponurych danych, ponieważ właśnie tam kryją się podwaliny poznania. Jeśli je odnajdziesz i zaczniesz budować na nich swoje dalsze życie zawodowe, możesz w końcu poczuć satysfakcję – nawet na stanowisku, które już zajmujesz.

Jeśli tylko w Niemczech kilkadziesiąt milionów ludzi jest aż tak niezadowolonych ze swojej pracy, to czy naprawdę poważnie wierzysz w to, że wszyscy mają niewłaściwe zajęcie, złego szefa lub nieodpowiednich kolegów? Naprawdę sądzisz, że wystarczyłoby zagrać w „komórki do wynajęcia”, przesunąć się o jedno miejsce w prawo lub lewo, troszkę powymieniać się miejscami pracy, szefami, biurami i współpracownikami – i wszystko byłoby w porządku? Nasze miejsca pracy od dawna nie są już posadami na całe życie. Ludzie często mają za sobą cztery, pięć lub więcej różnych karier zawodowych i w żadnej z nich nie byli szczęśliwi. Wpadają z deszczu pod rynnę, lecz zawsze poddają się zwodniczej nadziei, że z następnym szefem wszystko będzie wyglądać zupełnie inaczej! Wprawdzie szefowie przychodzą i odchodzą, a pewne sprawy rzeczywiście się zmieniają, jednak najczęściej nie na lepsze…

Tylko przestępcy lubią swoją pracę

I bez wytchnienia szukamy dalej. Gdzieś musi się przecież znaleźć praca, która nas uszczęśliwi, oraz szef i koledzy, którzy nie będą nam działać na nerwy!

Internetowe giełdy pracy zawierają setki tysięcy ofert – regionalnych, krajowych, światowych. Zapewne myślisz: „Przecież musi być wśród nich taka, która lepiej pasuje do moich umiejętności i skłonności. Przecież muszą istnieć szefowie, którzy bardziej mnie docenią, którzy okażą mi uznanie i zapewnią więcej swobody! I dadzą więcej pieniędzy!”.

I wiesz co? Prawdopodobnie tak jest. Przypuszczalnie wśród milionów posad, które akurat są wolne na całym świecie, istnieje gdzieś ta jedna, która jest lepiej dostosowana do twoich indywidualnych potrzeb niż ta, którą zajmujesz obecnie. Możesz przez parę lat tułać się po kraju, odbywać „tournee rekrutacyjne” i zatrudniać się na okres próbny w różnych przedsiębiorstwach. Co się zmieniło, a co nie, zauważamy przecież zawsze dopiero wtedy, gdy przez jakiś czas wdrażamy się w zawodową codzienność. Być może w końcu będzie nieco lepiej. Jednak to polepszenie sytuacji, które – być może – osiągniesz dzięki dużemu wysiłkowi i niemałej dozie szczęścia, będzie tylko pewnym niuansem. Nie będzie warte inwestycji, jakiej dokonałeś – inwestycji, na którą składają się ciągłe poszukiwania, nieustające wysiłki i wewnętrzne rozdarcie.

W zasadzie stwierdzisz, że w pracy i w kontaktach z szefem wciąż napotykasz te same podstawowe problemy, które zawsze i wszędzie niesie ze sobą kariera zawodowa. Te bariery i napięcia są nierozerwalnie związane z ludzką pracą i przebywaniem w towarzystwie innych osób. Po części są to „osiągnięcia” nowoczesnego życia zawodowego. Nawet gdybyśmy długo zastanawiali się nad tym, co zmieniło się na dobre, a co się pogorszyło, nie uda się nam cofnąć czasu.

Możemy więc w geście rezygnacji całkowicie odwrócić się od rynku pracy, co niektórzy czynią całkiem świadomie. Badanie przeprowadzone w Korei wykazało, że przestępcy byli znacznie bardziej zadowoleni ze swojego zajęcia niż policjanci, którzy powinni ich ścigać i zamykać w więzieniu…

Nowa praca jest jak nowe życie, czyli: Wszędzie znajdziesz rupiecie

Jeśli chcesz pozostać na rynku pracy – i to na tym legalnym – musisz go przyjąć takim, jakim jest – tu i teraz. Jeśli trzeźwo przyjrzysz się sytuacji, to podstawowe problemy związane ze swoją pracą odkryjesz również we wszystkich innych miejscach. Wszędzie znajdziesz zawadzające „rupiecie”, nieważne jak bardzo chcesz od nich uciec. Nasze problemy czasem się maskują, grają z nami w chowanego lub w ciuciubabkę. I ciągle wypada nasza kolej na szukanie.

Następne rozdziały poświęcimy bliższej analizie podstawowych problemów oraz poznaniu ich „masek” i odmian. Wyostrzymy ci wzrok, tak byś mógł przejrzeć kamuflaż stosowany przez problemy – i byś samodzielnie doszedł do następującego wniosku: nieważne, dla kogo pracuję.

Gdy zrozumiesz, że poszukujesz okoliczności zewnętrznych, które nie istnieją i których nie możesz stworzyć, staniesz u progu procesu uzdrowienia, w którym będziemy ci towarzyszyć w drugiej części książki. Wtedy będziesz mógł zakończyć wyczerpujące poszukiwania, zrozumieć siebie i osiągnąć rzeczywiste zadowolenie.

Jednak najpierw zbierzemy kilka ważnych wniosków dotyczących nas samych i naszej pracy.


I tak wybierzesz niewłaściwą pracę (patrząc pod kątem twoich oczekiwań)

Dlaczego wybrałeś pracę, którą aktualnie wykonujesz?

Być może dziś trudno ci już to sobie przypomnieć – jednak musiał istnieć ku temu jakiś powód. Miałeś go już w głowie, gdy podejmowałeś decyzję o nauce określonego zawodu, zdobyciu konkretnego wykształcenia lub wyborze pewnego kierunku studiów. Sam o tym kiedyś zdecydowałeś i działałeś świadomie – mogłeś wprawdzie zostać przymusowo usunięty z listy studentów, jeśli nie opłaciłeś czesnego za semestr lub zmalowałeś coś innego, jednak nikogo na siłę nie zapisuje się na studia. Nikt również nie budzi się nagle rano z umową podjęcia praktyki zawodowej w kieszeni, jeśli jej wcześniej nie podpisał. A umowa o pracę też nie materializuje się sama z siebie.

„Ach, wtedy niewiele się nad tym zastanawiałem” – zapewne powiedzą niektórzy z was. To możliwe. Twój wybór mógł być rzeczywiście decyzją wynikającą z zakłopotania. Mimo to był to twój wybór, to ty podjąłeś działanie. A każdy ludzki czyn ma powód, niezależnie od tego, czy towarzyszy temu jakaś refleksja, czy nie.

Zastanów się przez chwilę: Jakie powody zadecydowały wtedy o tym, co zrobiłeś? Jakie działania i decyzje doprowadziły cię do dzisiejszego miejsca pracy?


Co cię uszczęśliwia?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com