Szczodre gody - Kobr, Michael; Klüpfel, Volker - ebook
Wydawca: BC Edukacja Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 461 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczodre gody - Kobr, Michael; Klüpfel, Volker

Pokryty śniegiem górski pensjonat, tajemnicze morderstwo, nieznośny doktor Langhammer – komisarz Kluftinger znów na tropie! Nowa książka bestsellerowego duetu: Volker Klüpfel i Michael Kobr.

Dla państwa Kluftingerów ma to być krótki, odprężający wypoczynek w górach, którym chcą się cieszyć mimo towarzystwa dość specyficznego małżeństwa Langhammerów. Zimowy weekend w pięknym górskim hotelu w Allgäu z atrakcją w postaci sztuki kryminalnej na żywo zapowiada się naprawdę ciekawie. Niestety początkowa zabawa szybko przeistacza się w rzeczywistość, gdy jeden z gości hotelowych zostaje zamordowany. Kluftinger staje przed nie lada zagadką: zwłoki znajdują się w pokoju zamkniętym od wewnątrz. Na domiar złego szalejąca burza śnieżna wywołuje lawinę, która odcina hotel od reszty świata. Komisarz może liczyć tylko na siebie. To znaczy: prawie…. Do śledztwa miesza się Langhammer. Na domiar złego dochodzenie rozgrywa się w czasie osławionych Szczodrych Godów, o których w górach opowiada się przerażające historie.

Słowiańskie Szczodre gody to okres odpowiadający niemieckim Rauhnächte – 12 nocom między Bożym Narodzeniem a świętem Trzech Króli. Pierwsza z nich (Rauhnacht) rozpoczynała się o 24:00 w Wigilię i trwała do tej samej godziny 25 grudnia. Ostatnia kończyła się 5 stycznia. Po niej następowało święto Trzech Króli.

Tradycja dwunastu nocy prawdopodobnie wywodzi się z roku księżycowego, który liczył 354 dni i był o jedenaście dni (czyli dwanaście nocy) krótszy od roku słonecznego. Wierzono, że w tym czasie zaburzone zostają prawa natury i że nocami domy są nawiedzane przez dusze zmarłych.

Opinie o ebooku Szczodre gody - Kobr, Michael; Klüpfel, Volker

Fragment ebooka Szczodre gody - Kobr, Michael; Klüpfel, Volker







Dla moich trzech dziewcząt

Michi

Dla mojego Promyczka

Volker


Piekielna jazda, część pierwsza

Skulony na tylnym siedzeniu Kluftinger wciągał w płuca ciepłe, wilgotne powietrze. Zmęczonym wzrokiem śledził mijany krajobraz Allgäu, który wydawał mu się tak nierzeczywisty, jakby był makietą kolejki elektrycznej. Aby zwalczyć nudności, od których na czoło wystąpił mu zimny pot, oparł głowę o zaparowaną szybę. Jej chłód przyniósł mu ulgę.

Jeszcze przed kilkoma tygodniami wszystko w jego życiu wyglądało tak pięknie. Wspaniałe babie lato ustąpiło październikowej złotej jesieni. Wprawdzie komisarz mógł cieszyć się nią dopiero, gdy ukazała światu swe zimne, mokre oblicze, ale najważniejsza była ulga, że tegoroczne lato tak szczęśliwe się skończyło. Lato, którego nie zapomni do końca życia…

Również Boże Narodzenie przed tygodniem, które spędził z rodzicami, synem i jego dziewczyną, miało niezwykły, harmonijny przebieg.

– Oj! – Dziura w drodze spowodowała, że jego żołądek na moment niebezpiecznie podskoczył.

– Wszystko w porządku tam z tyłu, w klasie ekonomicznej?

Kluftinger spojrzał w lusterko i potakująco skinął głową. Zamiast twarzy kierowcy dostrzegł tylko parę błyszczących oczu w ogromnych okularach. Spojrzenie, które napotkał, wyrażało obietnicę. Obietnicę, że nadchodzące dni będą piekłem. Jak mógł się na to zgodzić? Jak mógł przyjąć zaproszenie od właścicielki hotelu? Wiedział jednak dokładnie, dlaczego uległ: skorumpowała go perspektywa spędzenia weekendu w górskim hotelu, pośród śnieżnobiałych alpejskich szczytów i błękitnego nieba. Poza tym kobieta właściwie błagała go, żeby przyjechał, bo przecież ostatniego lata uratował jej życie. To fakt. Zresztą nie tylko jej… Pocierając skronie, wrócił myślami do tego najczarniejszego rozdziału w swojej karierze zawodowej. Do przedstawienia amatorskiego teatru, do groźby ataku terrorystycznego… Potrzasnął głową, jakby miało mu to pomóc pozbyć się ponurych myśli.

I dokąd go to wszystko zaprowadziło? Siedział w przegrzanym jeepie gminnego lekarza z Altusried, trzymając bagaż na kolanach i walcząc z nudnościami. Żałował, że jednak się ugiął, kiedy Erika go błagała, a doktor Martin Langhammer nalegał, żeby pojechali – ten ostatni pędził teraz jak wariat swoim małym „zimowym samochodem” po krętej górskiej drodze i nie pozwalał Kluftingerowi otworzyć okna.

– Uwaga! – krzyknął nagle komisarz, gdyż zobaczył, jak jeden z przydrożnych słupków szybko się do nich zbliża.

Langhammer zareagował na to ostrzeżenie gwałtownym skrętem, który sprawił, że żołądek podskoczył Kluftingerowi do samego gardła.

– Bez obaw – odezwał się doktor spokojnym tonem. – Właśnie dlatego jedziemy samochodem terenowym. Wie pan, często mam wizyty domowe na odludziu, więc wyższe zawieszenie nie zaszkodzi.

Kluftinger przetarł dłonią boczną szybę. Przed kwadransem intensywnie zaczął padać śnieg i zdążył już pokryć drogę kilkucentymetrową warstwą białej mazi.

– Tak, przy takiej pogodzie samochód terenowy rzeczywiście jest o wiele bezpieczniejszy. Ale wy pewnie macie całą masę radiowozów z napędem na cztery koła, prawda? – powiedziała Erika, usiłując podtrzymać między mężczyznami rozmowę na temat, który, jak sądziła, jest typowo męski.

– Mhm – mruknął jej mąż, wyraźnie dając do zrozumienia, co sądzi o tej inicjatywie.

– To znaczy… napędu na wszystkie koła to nasz jeep nie ma, prawda, Martinie? – rzuciła z przedniego fotela Annegret Langhammer.

Kluftinger, nasłuchując, wyprostował się, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mu trzymany na kolanach bagaż, a następnie pochylił się do przodu.

– Co? Ma pan jeepa bez napędu na cztery koła? To na czym niby polega jego wyższość nad zwykłym samochodem? Na tym, że właściwie nie ma w nim bagażnika, a walizki trzeba trzymać niemal na kolanach? A może chodzi o to, żeby poczuć wszystkie nierówności drogi jak w chłopskiej furmance? Takie wiejsko-alpejskie klimaty, co? – Szukając poklasku, spojrzał w kierunku Eriki, która jednak nie okazywała zainteresowania tym, o czym rozmawiają mężczyźni, i znudzona wyglądała przez okno.

– Ach, jeszcze pan o tym nie słyszał? – odparł Langhammer, podjąwszy wyzwanie. – To taka nowa japońska moda. Chodzi o redukcję masy i lepszy bilans ekologiczny. Takie samochody nazywa się softroaderami…

Kluftinger prychnął i szyderczo wyszczerzył zęby. Softroader. Przez następny kwadrans w milczeniu napawał się tym słowem i nic nie mogło mu w tym przeszkodzić: ani ciężkie powietrze, ani bagaż, ani ciasnota na niewygodnej tylnej kanapie, ani nawet medytacyjna muzyka będąca mieszaniną świergotu ptaków i dźwięków ulicznego fletu, jaki można usłyszeć na miejskich deptakach.

Nagle doktor wyłączył radio i, patrząc w lusterko, oznajmił:

– No, kochani, koniec spania, czas poćwiczyć szare komórki, zgoda? Musimy potrenować przed czekającą nas w ten weekend trudną zagadką. Zwłaszcza pan, mój drogi. Kto jak kto, ale to właśnie pan może stracić swoją sławę!

„Prymuśnie”, pomyślał Kluftinger. Nie dość, że musi spędzać Sylwestra na tym odludziu na terenach położonych powyżej Oberstdorfu w towarzystwie zarozumiałego lekarza, to jeszcze razem z pozostałymi gośćmi ma wziąć udział w rozwikłaniu jakiejś kryminalnej zagadki. Rzecz jasna, wszyscy oczekują, że rozwiąże ją właśnie on – i to od razu, ma się rozumieć. Właśnie tę obawę potwierdziły słowa wypowiedziane przed chwilą przez doktora.

– Teraz pan, drogi panie Kluftinger! – zawołał Langhammer, czym wyrwał komisarza z zamyślenia. – Do walizki pakuję stetoskop… – Doktor wyczekująco patrzył w lusterko. – No?

Komisarz nie zrozumiał.

– No jasne, że stetoskop. W pańskiej walizce. Przecież jest pan lekarzem.

– Nie, nie, chodzi o zabawę w Pakuję swoją walizkę. Mówię, co do niej pakuję, pan musi to powtórzyć i dodać coś swojego…

Kluftinger tylko pokręcił głową. Jeszcze tego brakowało, żeby wyjść na głupka przed tym konowałem.

– Nie znam tej zabawy! – skłamał, nie siląc się na uprzejmość.

– No nie – odparł Langhammer i zmarszczył czoło. – To niemożliwe! Przecież zna ją każde dziecko! Jeszcze raz: zabawa polega na tym, że każdy wymienia rzeczy, które…

– Stetoskop i plaster pasztetu! Dalej się nie bawię, bo i tak wszystkiego nie zapamiętam!

– Niechże pan da spokój i nie psuje nam frajdy!

Kobiety chętnie przyłączyły się do wspólnej zabawy, ale już po trzydziestu sekundach znów przyszła kolej na doktora.

– Do walizki pakuję stetoskop, plaster pasztetu, maseczkę ogórkową, dwie koszule nocne i piłkę lekarską – wyrecytował z pamięci, demonstracyjnie się nie zastanawiając. – Teraz pan, mój drogi!

– Przecież mówiłem, że się nie bawię, bo nie zapamiętam tych bzdur – mruknął Kluftinger.

– Mąż chyba ma migrenę. To pewnie przez nagłą zmianę pogody, prawda, Pączusiu? – zaszczebiotała Erika.

Kluftinger był wściekły. Migrena. Pączuś. Prymuśnie. Miał ochotę zaraz po dotarciu na miejsce zamówić taksówkę i wrócić do domu. Jedyne, co mogłoby mu w tym przeszkodzić, to koszty takiej eskapady.

– Ach, mój drogi, nie wiedziałem, że miewa pan migreny. W normalnych okolicznościach powiedziałbym, że to stres, ale ponieważ jest pan urzędnikiem, ból głowy musi mieć inną przyczynę.

Po takim dowcipie doktora perspektywa wysokich kosztów powrotu taksówką do domu stała się mniej przerażająca.

– W mojej torbie lekarskiej na pewno znajdziemy coś, co panu pomoże. Bez obaw. Dopóki nie ma pan aury, wszystko jest w porządku. Chyba że ją pan ma?

– Na pewno większą niż twoja! – mruknął Kluftinger, jednak na tyle cicho, że szum silnika zagłuszył jego głos.

– Przy migrenie z aurą ma się zniekształcony obraz lub mroczki przed oczami. Bardzo dziwne uczucie, zapewniam pana.

– Mhm. Nie, w takim razie nie mam, przynajmniej nie w tym momencie. A teraz proszę o chwilę spokoju, żeby… – tu przerwał i, odwracając się do żony ze zgorzkniałą miną, dokończył – …migrena minęła.

– To teraz moja kolej – odpowiedziała z werwą wyraźnie zadowolona Erika. – Do walizki pakuję stetoskop, plaster…

Kluftinger poczuł w nozdrzach zimne powietrze. Prawdopodobnie musiał się zdrzemnąć. Samochód stał przed hotelem, na którego froncie ogromnymi literami wypisano jego nazwę: „Królestwo”. Langhammer już dawno wysiadł.

– Jesteśmy na miejscu! – powiedziała z uśmiechem Erika, co spowodowało, że niezadowolenie Kluftingera ustąpiło łagodnej wyrozumiałości. Tak czy inaczej, nie mógł teraz odjechać i to wcale nie z powodu wysokiej ceny taksówki, lecz raczej ze względu na pewien emocjonalny imperatyw, dzięki któremu przetrwał już niejedną trudną sytuację. Po prostu łatwiej było mu znosić dyskomfort, gdy miał świadomość, że robi to dla Eriki.

Zsunąwszy z kolan torbę podróżną, wysiadł z samochodu. Tymczasem prószący śnieg zamienił się w siekącą zawieję. Komisarz schował głowę w ramiona, odwrócił twarz od wiatru, postawił kołnierz lodenowego płaszcza, a następnie cofnął się, żeby zabrać walizkę Eriki. Langhammer właśnie zaczął podawać pracownikowi hotelu swój dobytek – obok dwóch plastikowych walizek w bagażniku znajdowały się jeszcze dwa kuferki kosmetyczne, sportowa torba, jakiej używają profesjonalni surferzy, dwie pary włochatych śniegowców, kijki trekkingowe i dwa tak zwane miniboby, jeden neonoworóżowy, drugi jaskrawożółty. Niewielka walizka Eriki leżała na samej górze i akurat gdy doktor zamierzał przekazać ją bagażowemu, energicznie wkroczył komisarz.

– Nie, nie, sam ją zaniosę, jest prawie nowa! – zawołał, nie spuszczając wzroku z walizki, którą następnie porwał ze sobą.

W tym czasie Erika i Annegret zdążyły schronić się na ganku. Obładowany Kluftinger właśnie miał do nich dołączyć, gdy usłyszał sapanie. Odwrócił się. Portier próbował wyjąć z bagażnika jedną z dwóch ogromnych walizek Langhammera.

– Krucafuks! – wyrwało się mężczyźnie. – Ależ to ciężkie!

Kluftinger, szczerząc zęby, zawołał do niego:

– Nic dziwnego, w środku jest stetoskop, plaster pasztetu, maseczka ogórkowa, dwie koszule nocne, piłka lekarska, świnka skarbonka, świeca zapachowa, powieść kryminalna, słoik miodu, cztery opakowania chleba pełnoziarnistego, koc z wielbłądziej wełny, szwajcarski scyzoryk, para wełnianych skarpet, odtwarzacz DVD, laptop, poduszka, gra planszowa, dwie płyty DVD, obcinacz do paznokci, olejek do masażu i figurka Anioła Stróża. – Wymieniwszy wszystko, spojrzał z uśmiechem na wciąż zdumionego doktora i pewnie poszedłby dalej, brnąc przez śnieg ze swoimi walizkami, gdyby nie zatrzymał go portier.

– Proszę mi dać chociaż jeden bagaż, przecież jest pan naszym gościem! – powiedział dość opryskliwym tonem mężczyzna i dosłownie wyrwał Kluftingerowi z ręki jego torbę podróżną. Niemrawe „Nie, nie trzeba!” komisarza zagłuszyła zawieja.

Prymuśnie. I co teraz? Nie chodziło nawet o to, że bał się o swój dobytek. Tym, co nie dawało mu spokoju, było pytanie, ile ma zapłacić bagażowemu. Kluftinger, ku niezadowoleniu żony, rzadko wyjeżdżał na urlop, a jeżeli już, to dokądś, gdzie na pewno nie było nikogo, kto nosiłby jego walizki. I co teraz? Kiedyś w jakimś filmie widział, że w Ameryce płacono od liczby bagaży. Czy tutaj też panuje taki zwyczaj? Może w Europie liczy się droga, jaką pokonuje bagażowy? Czy obowiązuje jakiś dodatek alpejski? A jeśli tak, to jaka jest ogólnie przyjęta stawka, żeby z jednej strony się nie skompromitować, a z drugiej niepotrzebnie nie szastać pieniędzmi?

Komisarz niezdecydowanym krokiem ruszył za swoją torbą, trzymając ją nawet za jeden z rogów, aby chociaż w ten sposób nieco odciążyć bagażowego i z czystym sumieniem dać mu potem niższy napiwek.


Zabawę czas zacząć

Po wejściu do holu Kluftingerowi wrócił dobry humor. Hotel był dokładnie w jego guście: duże panoramiczne okna wychodziły na zaśnieżony ogród, podłogę w holu wyłożono jasnym kamieniem, a zadbane wnętrze sprawiało miłe, przytulne wrażenie. Poza tym najwyraźniej nie było tu tanio, co – musiał przyznać – najbardziej go ucieszyło, zwłaszcza że raczej nie mógłby sobie pozwolić na pobyt w tak luksusowym miejscu. Albo by nie chciał, co chyba bardziej odpowiadało prawdzie.

Obszerny hol recepcyjny wieńczył szklany dach, który przyciągał wzrok, kierując go do góry ku czterem pozostałym kondygnacjom. Poszczególne piętra miały formę galerii; za balustradami było widać drzwi ozdobione złotymi tabliczkami z numerami pokojów. Tymczasem niebo nad dachem bardzo się zachmurzyło i zaczęły spadać z niego ciężkie płatki śniegu, które po zetknięciu ze szkłem szybko topniały i ściekały cienkimi strużkami. Był to spektakularny widok, który – jak przypuszczał komisarz – nie potrwa jednak zbyt długo, ponieważ jeśli wkrótce nie przestanie sypać, biała masa całkowicie przykryje szklany dach.

– Pięknie tutaj, prawda? – Erika przytuliła się do męża. Objęła jego ramię, a gdy się do niej odwrócił, spostrzegł, że rozgrywający się nad ich głowami spektakl oczarował również ją.

– Tak, bardzo pięknie – odpowiedział szczerze. Połączenie rustykalnej przytulności emanującej z licznych drewnianych elementów z nowoczesną, przejrzystą architekturą przypadło mu do gustu. Rozejrzał się i zauważył, że Langhammerom też najwidoczniej się tu podoba.

– Całkiem nieźle, co? – zagadnął Kluftinger, nie kryjąc dumy, zwłaszcza że przecież to jemu zawdzięczali ten bezpłatny weekend. Chociaż, szczerze mówiąc, było w tym też trochę zasługi doktora. Ale niewiele.

– Tak, naprawdę wspaniale, drogi przyjacielu. A wszystko to zawdzięczamy panu – odrzekł doktor, przez co komisarzowi zrobiło się trochę wstyd, bo w myślach umniejszył zasługę Langhammera w tym względzie.

– Można? – Mężczyzna, który przedtem niósł walizkę Kluftingera, przeciskał się obok z bagażem Langhammera. Odsunęli się i dopiero teraz zauważyli, że w holu są jeszcze inni goście. Przy jednym z okien siedziała kobieta o surowym wyrazie twarzy i wąskich ustach, mająca jakieś czterdzieści pięć lat i zdaniem Kluftingera wyglądająca na cudzoziemkę. Nie wiedział dlaczego, ale jeśli chodzi o narodowości, prawie nigdy się nie mylił. Z powodu jasnej karnacji i blond włosów postawił na Szwecję lub inny kraj skandynawski. Był ciekaw, czy dobrze wytypował. Obok kobiety siedział młody, wysportowany brunet o długich, związanych w koński ogon włosach, a naprzeciw niego inny mężczyzna, opalony i całkiem siwy. Popijając z filiżanki kawę, poruszał nogami w takt dobiegającej z głośników muzyki. Właśnie, muzyka! Komisarz dopiero teraz zauważył, że hol wypełniały żywe dźwięki, co dodatkowo podkreślało pogodny klimat tego miejsca. Melodia wydawała mu się znajoma. Czy to nie…

– Ach, „Panna Marple” – szepnął mu do ucha jakiś głos. Odwrócił się i spojrzał w uśmiechniętą twarz doktora.

– Proszę?

– Ta melodia. Z serialu „Panna Marple”. Tatata-taataa-taa-tata… naprawdę urocza.

Oczywiście. Teraz sobie przypomniał. Był to temat z filmowych adaptacji książek Agathy Christie, w których rolę detektywa amatora grała ta dziwaczna, otyła staruszka. Organizatorzy rzeczywiście o wszystkim pomyśleli.

– Panie Kluftinger! – Donośny kobiecy głos przetoczył się przez hol, zwracając uwagę pozostałych gości. – Komisarzu Kluftinger! Witam! – Kobieta stojąca za recepcyjną ladą zbudowaną z litego drewna pomachała do niego przyjaźnie.

Erika szturchnęła męża w bok.

– Popatrz, Julia König*.

– Tak, widziałem – odrzekł Kluftinger, który poczuł się zmieszany tym, że uwaga reszty gości skupiła się właśnie na nim. Odmachał pośpiesznie, a następnie razem z żoną szybkim krokiem przeszli przez hol, kierując się ku recepcji. Zanim zdążyli do niej dotrzeć, kobieta wyszła zza lady i uradowana podbiegła do nich.

– Nareszcie – powiedziała i rozpostarła ramiona. – Moi goście honorowi!

Kluftingerowi z jednej strony to schlebiało, z drugiej jednak wprawiało w pewne zakłopotanie – również dlatego, że właścicielka hotelu była bardzo atrakcyjna. Miętowozielony regionalny strój, który miała na sobie, pasował – przynajmniej zdaniem Kluftingera – idealnie do jej ściętych na pazia jasnych włosów i zdrowej, ciemnej karnacji. Jednak wzrok większości mężczyzn najpierw zatrzymywał się na jej obszernym dekolcie – za co Kluftinger oberwał od żony w żebra, a Langhammer musiał przyjąć karcące spojrzenie Annegret.

– Tak się cieszę, że pan przyjechał. Nawet nie ośmieliłam się mieć nadziei, że przyjmie pan moje zaproszenie. Z pewnością jest pan szalenie zajęty. – Julia König była nie do powstrzymania.

– Ach, nie jest aż tak źle – odpowiedział Langhammer, który, przeciskając się obok komisarza, przywitał się z właścicielką hotelu, całując ją dwa razy w policzek. Kluftinger, któremu podobne rytuały wydawały się podejrzane, podał jej jedynie rękę.

– Moja żona – powiedział i wskazał na Erikę. – A to… jego żona – dodał i spojrzał na Annegret, kiedy okazało się, że Langhammer sam nie kwapi się, aby przedstawić swoją lepszą połowę.

– Naprawdę bardzo się cieszę, że mogę poznać tak sławną zawodniczkę – rzekła niemal z czcią w głosie Erika, potrząsając dłonią pani König.

Julia König machnęła ręką.

– Ach, co też pani mówi. Ekszawodniczkę. A do tego wcale nie taką znaną.

– Niech pani nie będzie taka skromna – zaprotestował Kluftinger. – Jakby nie było, była pani mistrzynią olimpijską w… yyy… superzjeździe.

König spojrzała na niego badawczo, ponieważ nie była pewna, czy komisarz mówi serio, czy żartuje. Nie mogąc się jednak doszukać choćby śladu żartu, mruknęła tylko:

– Tak, tak, supergigant to dopiero było coś… ale upłynęło tyle czasu, że prawie nikt już o tym nie pamięta.

– Przecież to było najwyżej pięć lat temu – wtrącił przymilnie Langhammer, co u właścicielki hotelu wywołało udawany chichot.

– Ależ z pana numer! Mnie się wydaje, że minęła cała wieczność. To było w Sarajewie w 1984 roku, miałam wtedy dokładnie dwadzieścia lat. A więc byłam jeszcze dzieckiem, że tak powiem. – Roześmiała się głośno.

– Ja też uwielbiam jeździć na nartach – kontynuował Langhammer, który chyba nie zauważył, że Annegret oparła się znudzona o ladę. – Może moglibyśmy kiedyś chwilę porozmawiać. Chciałbym się poradzić w kwestii doboru odpowiedniego wosku.

– Może lepiej byłoby poradzić się w kwestii skutecznej jazdy pługiem – mruknął Kluftinger, wspominając wspólny wyjazd na narty, po czym pociągnął Erikę w kierunku lady.

Tam usłyszeli, jak pewien elegancko ubrany mężczyzna, któremu komisarz mimo siwych włosów dawał najwyżej czterdzieści pięć lat, głośno skarży się na coś pracownikowi hotelu:

– Myślałem, że skoro hotel jest nowy, to wszystko będzie działać.

Pracownik hotelu, przysadzisty mężczyzna w czerwonej liberii, najpierw poddańczo przeprosił, a następnie dodał bez zastanowienia:

– Ale nasz hotel nie jest nowy, został tylko gruntownie odnowiony.

– Nie musi mi pan tego mówić, przecież wiem – fuknął mężczyzna. – I pewnie dlatego zostawiliście w nim te wszystkie zepsute rzeczy? – Przez cały czas bawił się przy tym złotawo połyskującą komórką. – Od razu wiedziałem, że w ogóle nie powinienem był tu przyjeżdżać. Głupi byłem, że dałem się nabrać na to zaproszenie.

Gdy padło słowo „zaproszenie”, Kluftinger wyostrzył słuch. Nie wiedział, że inni goście również zostali zaproszeni. Nie rozumiał też, jak – skoro ma się wszystko za darmo – można zachowywać się tak, jak mężczyzna obok niego.

Tymczasem stanął przy nich Langhammer, a właścicielka hotelu wróciła na swoje miejsce za ladą. Kiedy skarżący się zauważył, że wszyscy go obserwują, uśmiechnął się przymilnie i w zaskakująco przyjaznym tonie kontynuował:

– Dobrze, rozumiem, że nic się nie da zrobić. To może po prostu skorzystam z hotelowego sejfu tu na dole, skoro mój nie działa.

– Oczywiście, żaden problem, pozwól, że osobiście się tym zajmę – rzuciła nagle Julia König. Jej głos był spokojny, a spojrzenie pewne. Kluftinger był dla niej pełen podziwu za to, że nawet wobec tak nieprzyjemnych typów potrafiła zachować grzeczność. Praca, w której miałby komuś usługiwać, definitywnie nie była dla niego. Zdecydowanie wolał etat w instytucji publicznej, gdzie otwarcie można powiedzieć, co się o kimś myśli.

– Zaraz do ciebie przyjdę i wszystko wyjaśnimy. – Julia König obeszła ladę, próbując udobruchać mężczyznę, który w dalszym ciągu wydawał się zdenerwowany, bo raz po raz na nią syczał, co wyraźnie nie podobało się pracownikowi w liberii. Kiedy się wreszcie uspokoił, odwrócił się do pozostałych. Zorientowawszy się, że nowo przybyli cały czas go obserwują, wyciągnął do nich rękę i, szeroko się uśmiechając, pokazał wszystkim nienaganne uzębienie.

– Weiss. Carlo Weiss. Dzień dobry.

„Pasuje do jego zębów**”, pomyślał komisarz. Podali mu kolejno ręce, choć Kluftinger zrobił to raczej niechętnie. Nie przepadał za ludźmi, którzy traktują innych z góry tylko dlatego, że – jak im się wydaje – ci są od nich niżej postawieni. Weiss, spostrzegłszy wahanie komisarza, rzekł pośpiesznie:

– Przepraszam, trochę się zdenerwowałem. Wie pan, jestem pół-Włochem, co pewnie po mnie widać.

Kluftinger niczego podobnego nie zauważył.

– Właściwie powinienem nazywać się Bianco, wie pan, to Weiss po włosku. – Uśmiechnął się szeroko. – Ale że moi rodzice się nie pobrali, nazywam się jak moja…

Weiss zaniemówił. Twarz najpierw mu stężała, a potem nagle zupełnie zbladła. Ominął wzrokiem Kluftingera i skierował oczy w stronę okna. Komisarz podążył za jego wzrokiem. Goście siedzący przy oknie zrobili to samo. Chmury na zewnątrz nie tylko zgęstniały, ale zrobiły się złowrogo czarne. Śnieg padał tak intensywnie, że graniczący z hotelowym ogrodem las był prawie niewidoczny.

– Ach, nie jest tak źle – powiedział komisarz, chcąc uspokoić mężczyznę. – Zaraz przestanie sypać, pogoda w górach zmienia się bardzo szybko. – Jednak jego słowa zdawały się w ogóle nie docierać do Weissa, który, rzuciwszy szybkie „Przepraszam”, zniknął na schodach.

– Niesympatyczny gość – szepnął Kluftinger do ucha żonie. – Pewnie lekarz – dodał, patrząc na Langhammera.

– Przygotować państwu coś do jedzenia? – spytała właścicielka hotelu, podsuwając im karty meldunkowe.

– Nie, dziękuję. Jeszcze mi trochę niedobrze po… – zaczął Kluftinger.

– Pan komisarz źle znosi jazdę samochodem po alpejskich bezdrożach, nieprawdaż? – wtrącił się Langhammer, poklepując go koleżeńsko po ramieniu. – Typowy góral z nizin, co?

– Przynajmniej nie cholerny niedzielny kierowca – mruknął Kluftinger, wypełniając kartę.

Doktor również zabrał się do wypełniania karty i kiedy Kluftinger zobaczył, że przed swoim nazwiskiem napisał wielkimi literami „DR MED.”, postanowił poprzedzić swoje skrótem „NADKOM. POL. KRYM.”.

– Zarezerwowałam państwu dwa piękne pokoje dwuosobowe obok siebie, mam nadzieję, że to dobrze?

„Tak, jeżeli oddziela je gruby mur”, miał ochotę powiedzieć komisarz, lecz zamiast tego mruknął tylko wymuszone:

– Oczywiście.

– Cieszę się. Pokoje są na pierwszym piętrze, wystarczy wejść schodami na górę i przejść korytarz. Właśnie wnosimy tam państwa bagaże.

– Mam nadzieję, że urządziła nam pani w pokoju śliczne gniazdo uciech – mówiąc to, Langhammer uśmiechnął się do właścicielki hotelu i uszczypnął żonę w pośladek.

Kluftinger akurat kończył wypełniać formularz, tak że usłyszał tylko słowo „gniazdo”.

– Myślę, że w ten weekend może pan zapomnieć o gniazdach, panie Langhammer. Wszystkie będą przysypane śniegiem.

Langhammerowie spojrzeli na niego zdziwieni i zachichotali jak para nastolatków, zanim doktor, nie odwracając oczu od Annegret, odrzekł:

– Na pewno go stopimy, prawda, Gołąbeczko?

Kluftinger wprawdzie nie zrozumiał, co powiedział lekarz, ale z wyrazu jego twarzy wyczytał, że rozmowa potoczyła się w kierunku, w którym na pewno nie zamierzał pójść.

– A więc do roboty – powiedział w końcu i chciał złapać swoją walizkę, żeby zdążyć przed bagażowym, ale tamten okazał się szybszy.


* Niem. König – król (nawiązanie do nazwy hotelu „Królestwo”) [przyp. tłum.].

** Niem. weiss – biały [przyp. red.].


Przemiana

– Do pokoju 105 proszę wnieść tylko torbę i tę małą walizkę, reszta rzeczy z samochodu idzie do pokoju 106 – zakomenderował Kluftinger, otworzywszy drzwi. Tuż za nim czekał bagażowy z wózkiem wyładowanym do granic możliwości. Langhammer, który akurat uchylił drzwi swojego pokoju, skinął potakująco głową i powiedział:

– Zgadza się, mój drogi, moja Gołąbeczka i ja przywykliśmy do pewnego komfortu. W końcu jesteśmy tego warci!

Kluftinger uśmiechnął się z ulgą na myśl o ścianie oddzielającej oba pokoje i wszedł do środka, wyprzedziwszy nie tylko portiera, lecz nawet Erikę. Po przejściu niewielkiego przedpokoju stanął jak wryty. Najwidoczniej weszli do cudzego pokoju, bo telewizor był włączony, słychać było cichą muzykę. Na stoliku nocnym leżał otwarty program telewizyjny, a na nim pilot. Prawdopodobnie lada chwila ktoś wyjdzie z łazienki. Na dodatek nago. Komisarz odwrócił się do wyjścia i pewnie by sobie poszedł, gdyby przelotnie nie spojrzał na telewizor. Nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczył, szturchnął w bok Erikę, żeby ta potwierdziła, że wzrok go nie myli. Teletekst na ekranie oznajmiał ni mniej, ni więcej, tylko: „Serdecznie witamy państwa Kluftingerów!”.

Zobaczywszy przytakującą żonę, nieco się uspokoił, lecz zagadka pozostała nierozwiązana.

– W jaki sposób znaleźliśmy się w telewizji? – wyszeptał pytanie, bo nie chciał, żeby usłyszał je pracownik hotelu. Ten wciąż tkwił w pokoju, zapewne żeby odebrać napiwek. „Prymuśnie”, pomyślał Kluftinger. A więc nadeszła chwila, w której należało podjąć decyzję. Powoli wyjął portfel. W drodze do pokoju postanowił, że jedno euro powinno wystarczyć. Pięćdziesiąt centów za wniesienie bagażu i drugie pięćdziesiąt za brzydką pogodę. Wydał się sobie przy tym bardzo wspaniałomyślny i wielkoświatowy. Rzut oka do portfela ujawnił jednak niespodziewane komplikacje: otóż w środku oprócz trzech jednocentówek znajdowały się jedynie dwie większe monety – pięćdziesiąt centów i dwa euro. W komisarzu rozgorzała wewnętrzna walka: dać pięćdziesiąt centów czy całe dwa euro? Nie, dwa euro za usługę, która trwała najwyżej trzy minuty, to stanowczo za dużo, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że za spędzony tu weekend nie zapłaci ani centa. Ostatecznie walizka Eriki nie była aż tak ciężka. Zresztą pomógł ją nieść, więc była jeszcze lżejsza. Dlatego niewielka złotawa moneta wydała mu się odpowiedniejszą zapłatą niż dwa euro. Pięćdziesiąt centów to dokładnie tyle, ile wcześniej cała marka, która była przecież dużą srebrną monetą. To, że jej współczesny odpowiednik wygląda mniej reprezentacyjnie, wcale nie oznacza, że ma niższą wartość. Poza tym zapomniano wyłączyć radio i sprzątnąć program telewizyjny po poprzednim gościu. Z drugiej strony nie wypadało dać jednego centa. W końcu z wymuszonym uśmiechem wyjął z portfela pięćdziesięciocentówkę i wręczył ją mężczyźnie, potakując głową, jakby chciał przez to powiedzieć, że spokojnie może ją przyjąć, bo przecież na nią zarobił, i że nie musi dziękować, bo to nic takiego…

Portier z niedowierzaniem spojrzał na trzymaną w dłoni monetę i po krótkiej chwili, marszcząc czoło, powiedział:

– Och, nie trzeba było…

Wychodząc z pokoju, wymamrotał pod nosem:

– No, to dziś wieczorem zaszaleję.

Przez chwilę komisarz pomyślał nawet, że może jednak dał mu za mało, ale ostatecznie zwyciężyło w nim oburzenie bezczelnością wychodzącego. Chciał nawet za nim krzyknąć, że kto grosza nie szanuje, ten go niewart, ale porzucił tę myśl. W końcu był tu gościem, a poza tym on umiał się przyzwoicie zachować.

Więc zamiast denerwować się czymś, czego i tak nie mógł zmienić, zajął się tym, co Erika, zawsze kręcąc przy tym głową, nazywała obchodem pokoju.

Najpierw kilkakrotnie upewnił się, czy drzwi prowadzące do pokoju Langhammerów rzeczywiście są zamknięte na klucz. Następnie przejrzał szafy. Ku swojemu zaskoczeniu przekonał się, że nie są puste. Znajdowało się w nich wiele rzeczy, które bardzo zdziwiły komisarza – obok dodatkowego materaca, dwóch zawiniątek, które szybko zidentyfikował jako szlafroki z pantoflami, i łyżki do butów z logo hotelu, którą bezwiednie wsunął do kieszeni marynarki, natknął się na pojedynczą rękawicę z miękkiego materiału. Może do masowania twarzy? W tej samej chwili odkrył na niej złoty napis: „Nadaje się do każdego rodzaju obuwia”. Chrząknąwszy, szybko odłożył rękawicę na miejsce, a pod pachę wsunął praktyczne worki do prania z zamiarem schowania ich do własnej torby.

Odkąd w czasie rozprawy, w której uczestniczył, usłyszał od pewnego sędziego, że znajdujące się w hotelu drobne przedmioty można uznać za upominki dla gości, uważał tego rodzaju zachowanie za zupełnie normalne. Usprawiedliwiwszy się w myślach, rozpoczął studiowanie wiszącego obok drzwi planu ewakuacji. Kiwając głową, mruczał pod nosem jakieś niezrozumiałe dźwięki, którym towarzyszyły nieskoordynowane, jak się zdawało, ruchy prawej ręki.

– Co robisz? – spytała żona, która niespodziewanie znalazła się tuż za jego plecami.

– Hm?

– Spytałam, co robisz! Wyglądasz jak narciarz, który przed zjazdem analizuje trasę.

Kluftinger opuścił rękę.

– Ja? Tak tylko… śpiewałem.

– Akurat.

– Lepiej rozpakuj bagaże – odparł i delikatnie popchnął żonę z powrotem do sypialni. Niech sobie kręci głową, ile chce. On w razie czego będzie wiedział, jak się stąd szybko wydostać. Oczywiście razem z Eriką.

Żeby jej więcej nie prowokować, postanowił kontynuować swój obchód w łazience. Suszarka do włosów działała i przynajmniej z zewnątrz wyglądała na bezpieczną. Chociaż… jeśli chodzi o takie urządzenia, nigdy nic nie wiadomo. Należało z nich korzystać podobnie jak z całej instalacji elektrycznej w pomieszczeniach sanitarnych – ostrożnie. Widział w wannie niejedne zwłoki potraktowane prądem zmiennym. Wprawdzie nigdy nie był to wypadek, lecz zawsze samobójstwo albo morderstwo, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Zarówno gniazdka, jak i lampy pozytywnie przeszły przeprowadzoną naprędce kontrolę wzrokową.

– Masz! – powiedziała Erika, podając mu przez drzwi ich kosmetyczki. Kluftinger podziękował i otworzywszy tę, która należała do żony, szybkimi ruchami umieścił w niej wszystkie małe buteleczki stojące w łazience. Zawsze mieli przy sobie swoje, ale takie, które można było dostać w drogeriach. Te tutaj wyglądały o wiele szlachetniej i przede wszystkim drożej. Szybko ocenił, że samym szamponem można by spokojnie umyć włosy co najmniej trzykrotnie. Na swoim miejscu, w małym koszyczku stojącym na półce, zostawił tylko czepki kąpielowe.

Spojrzawszy w lustro, wzdrygnął się, z trudem powstrzymując krzyk. Żona, która najwidoczniej nie od razu odeszła, teraz wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.

– I niby co to ma być?

Nawet jeśli nie robił nic złego, czuł się tak, jakby Erika właśnie na czymś takim go przyłapała.

– Ja… no… – wyjąkał najpierw, a potem nabrał powietrza i, wypinając pierś, oznajmił: – Zbieram próbki. Przecież są tu po to, żeby z nich skorzystać.

– Tak, zgadza się, ale tutaj, nie w domu.

– To akurat nie ma znaczenia. Wszystko jest… – przerwał. Wypowiadając to zdanie, zauważył, że brzmi ono dziwnie, zwłaszcza że byli tutaj gośćmi. Nie znalazłszy jednak innego zakończenia, powiedział: – …w cenie.

Erika, milcząc, tylko ściągnęła brwi. Nie lubił, kiedy tak robiła. Wychodząc, zapytała jeszcze:

– Dlaczego nie zabierzesz tego tuż przed naszym wyjazdem?

Jego oczy się zwęziły. Czy na pewno chciała poznać powód? Raczej by się jej nie spodobał. Przecież miał do tego prawo; robił tylko to, do czego hotel go właściwie namawiał.

– Bo inaczej codziennie nie dokładaliby nowych – powiedział pewny siebie, z wysuniętym do przodu podbródkiem.

Żona westchnęła i wycofała się za drzwi.

Z ulgą otworzył, a następnie zamknął deskę sedesową. Wszystko było w porządku. Przeszedł z łazienki do sypialni. Erika właśnie kończyła wypakowywać swoją walizkę. Większość rzeczy była już równo poukładana w jednej z szaf.

– Słuchaj, przedmioty wartościowe wkładam do sejfu w szafie. Masz coś do schowania? – spytała bez odwracania się do niego.

– Tylko komórkę. Zdaje się, że na takich wysokościach raczej nie działa. Pieniądze mam w saszetce na szyi!

– W czym? – Erika spojrzała zdziwiona na męża.

– No co?

– Przecież nie jesteśmy w Chicago ani w Palermo. Poza tym ta saszetka jest taka stara! Mam nadzieję, że nie paradujesz z nią w Kempten!

– Jak to? Gdy się jest na urlopie, trzeba pilnować pieniędzy i dokumentów, powinnaś o tym pamiętać. Wystarczy na chwilę się zapomnieć, żeby wylądować w konsulacie – bez papierów, bez pieniędzy, bez kluczy!

– Masz przy sobie klucze?

– W saszetce, jasne – odparł przekornie.

Erika postanowiła dać sobie z tym spokój. Gdyby byli w domu, z pewnością postarałaby się, żeby ten brudny zam­szowy relikt lat osiemdziesiątych, który kupili przed którymś tam wyjazdem do Włoch, dyskretnie zniknął; mężowi wmówiłaby potem, że pewnie gdzieś go zawieruszył.

– Mam tylko nadzieję, że Annegret i Martin jej nie zauważą, bo inaczej pękną ze śmiechu! – powiedziała zrezygnowanym tonem.

– Jeżeli chodzi o doktora, byłaby to niewielka strata! – burknął Kluftinger, zajęty porównywaniem karty napojów z zawartością minibaru. Nigdy nie wiadomo, za co każą potem płacić. Erika pokręciła głową i zauważyła:

– Zostaliśmy tutaj zaproszeni i nie musimy za nic płacić. Myślisz, że będą chcieli się wzbogacić na wodzie mineralnej?

Komisarz nie przerywał swojego zajęcia.

– Wolę być pewny. Jest nawet prosecco. Za siedem euro. Piccolo! W sumie niepotrzebnie, nie sądzisz?

– Podaj mi przy okazji butelkę soku pomarańczowego – poprosiła Erika, wyjmując z walizki strój kąpielowy. – A potem swoją walizkę, to ci ją wypakuję.

– Nie sądzę, żeby to było teraz konieczne.

– Ale co? – dopytywała się Erika.

Komisarz odchrząknął.

– No, to z walizką.

Może uda się tym odwrócić uwagę Eriki i ta zapomni o soku pomarańczowym, zwłaszcza że kosztuje on tylko nieznacznie mniej od szampana. Jednak nie to było problemem. Chodziło o zasadę. Kluftinger nigdy nie korzystał z minibarów i nie zamierzał tego zmieniać. Erika, jeżeli była szczera, również nie. Podobnie jak on pochodziła z ubogiej rodziny i nie lubiła szastać pieniędzmi, a przecież właśnie temu ma służyć według niego instytucja minibaru – opychaniu się, opilstwu i rozrzutności. Cztery euro za jedną dziesiątą litra soku! To nie było ani w jego, ani w jej guście. Tym bardziej zdziwiła go ta prośba. A może żona chciała go tylko sprowokować. Badawczo spojrzał na Erikę. Ta jednak, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami, bardzo powoli i wyraźnie powtórzyła:

– Sok po-ma-rań-czo-wy!

– Jak to, sok pomarańczowy? Daj spokój, nie otwierajmy tego teraz! Naprawdę nie zabrałaś niczego do picia? – Jego pytanie zabrzmiało bardziej grubiańsko, niż się spodziewał.

– No, ale… przecież mieliśmy odpoczywać, a nie oszczędzać. – Ledwo słyszalne łkanie na końcu tego zdania uzmysłowiło mu, że jednak trochę przesadził. Ze spojrzeniem najwierniejszego psa podał jej butelkę z napojem, dodając przy tym:

– Nie musisz wypakowywać moich rzeczy, ostatecznie przyjechałaś odpocząć. Poza tym to tylko dwie noce, więc chyba zostawię swoje rzeczy w torbie. Wyjmę tylko coś do chrupania.

Erika wzięła sok i bez słowa skierowała się w stronę łazienki.

Jej mąż natomiast, mrużąc oczy, rozejrzał się sceptycznie po pokoju, jakby chciał sprawdzić, czy nikt nie patrzy, i jednym ruchem wsunął do torebki Eriki otwieracz do butelek, będący połączeniem zwykłego otwieracza i korkociągu. Miało to definitywnie zakończyć dyskusję o minibarze.

Stękając, usiadł na swojej połowie łóżka. Szybko postanowił, która to będzie – od okna, jak w domu. Wprawdzie znajdowała się po lewej stronie, należącej do Eriki, ale okno i drzwi były ważniejsze od prawej czy lewej strony. Sypiali tak, odkąd się pobrali, niezależnie od tego, czy byli w domu, czy – choć niezmiernie rzadko, a w jego przypadku wręcz niechętnie – poza domem. Raptem odrzucił kołdrę, która ku jego niezadowoleniu była zbyt mocno wciśnięta pod materac. Nagłe uczucie gorąca w stopach sprawiło, że postanowił wysunąć je spod okrycia.

Najgorsze w tego rodzaju posłaniu było jednak to, że tworzyła je pikowana kołdra zawinięta w luźną poszewkę, która w nocy zawsze się zsuwała. Komisarz nie wiedział, dlaczego tak się działo. Wiedział tylko, że rano zwykle budzi się wtulony w nieobleczone okrycie, którego wcześniej używało niezliczenie wielu gości, mając jeden z jego rogów bezpośrednio na twarzy. Westchnął i jeszcze raz poprawił kołdrę. Uważał przy tym, żeby nie naruszyć połowy Eriki, która wprost uwielbiała takie posłania.

Ułożywszy prześcieradło tak, jak chciał, wziął w końcu swoją torbę, odsunął suwak i przełożył do stojącej obok szafki znajdujące się w niej dwa opakowania markizów, torebkę mieszanki studenckiej, tabliczkę czekolady, dużą porcję żelków i puszkę „orzeszków”, jak zwykł nazywać swoje ulubione prażone pistacje, których okruchy w łóżku nieraz doprowadzały Erikę do białej gorączki. Akurat odkładał torbę, kiedy żona wyszła z łazienki z rękami opartymi na biodrach.

– Dałbyś spokój z tymi głupotami! – westchnęła. – Już i tak toleruję różne twoje dziwactwa, więc proszę, weź się choć trochę w garść!

Komisarz pytająco spojrzał na żonę. Nie miał pojęcia, co tym razem zbroił.

– Tylko nie udawaj! Jeżeli już zabierasz wszystko z łazienki, włóż to przynajmniej do swojej torby, a nie do mojej kosmetyczki. Co niby mam z tym teraz zrobić? W domu jest tego tak dużo, że szafka w łazience pęka w szwach. Niektóre rzeczy pamiętają jeszcze lata osiemdziesiąte! Czy to aby nie jest kradzież?

– Co za bzdury, jaka kradzież?! – odparł obrażonym tonem. – To są upominki dla gości. Gdybyśmy ich nie wzięli, tylko zignorowali, byłoby to bardzo nieuprzejme, powinnaś o tym pamiętać. Chciałem ci tylko zrobić przysługę, żebyś w podróży zawsze miała coś przy sobie, a tu proszę…

Erika ani myślała dać się nabrać na sztuczkę w stylu „zrobiłem to tylko dla ciebie”.

– „Coś przy sobie”, wszystko jasne. Do dziś mam w torebce sól i pieprz z naszych wielkanocnych zakupów w Monachium. Pamiętasz, wypchałeś mi nimi torebkę w tej fast foodowej restauracji. Wszystkie saszetki się otworzyły, ale nie odezwałam się ani słowem, bo zawsze masz tyle na głowie i wolałam się nie skarżyć. Ty i to twoje dziwne zbieractwo… to jakaś mania.

– Mania, co za brednie. Przykładowo: to z solą i pieprzem jest zwyczajnie bardzo praktyczne. I uprzejme – oznajmił głosem cierpiętnika.

– Uprzejme? – zainteresowała się Erika, nie ukrywając, że słowa męża bardziej ją zaintrygowały, niż zdenerwowały.

– Tak, uprzejme. Wyobraź sobie, że idziemy do jakiejś wykwintnej restauracji…

– Czego prawie nigdy nie robimy – wtrąciła.

– To akurat nieistotne. Wiesz, że nie zawsze możemy, bo jestem tylko…

– …urzędnikiem niższego szczebla, wiem. I co dalej?

– W restauracji okazuje się, że zapiekanka jest mało pikantna…

– …ach, jemy zapiekankę w wykwintnej restauracji. Pycha. Nareszcie coś innego!

– Tak czy inaczej: przecież nie wypada prosić o sól czy pieprz. Zamiast tego można sięgnąć do torebki i dyskretnie doprawić potrawę.

Erika, kręcąc głową, chwyciła swoją torebkę.

– Zaraz ci pokażę, jaki bałagan zostawiły te twoje awaryjne przyprawy w…

Jej oczy się rozszerzyły. Coś wyraźnie przykuło jej uwagę. Kluftinger przełknął ślinę. Otwieracz! Teraz na pewno znalazł się w poważnych tarapatach.

– Nie, no to już chyba…

Wtem dało się słyszeć pukanie do drzwi. Erika, zawieszając głos, szepnęła tylko, że jeszcze o tym porozmawiają, a następnie całkiem naturalnie się uśmiechnęła i poprosiła męża, żeby otworzył.

Kluftinger spełnił prośbę i po chwili patrzył w niebieskie oczy właścicielki hotelu, która stała przed nim, trzymając w rękach całą stertę ubrań. Zmierzył je badawczym wzrokiem, po czym usłyszał głos Julii König:

– Mogę wejść?

– Ależ oczywiście, proszę, to znaczy przepraszam. – Odsunął się na bok, a König, minąwszy go, szybkim krokiem weszła do pokoju, gdzie położyła ubrania na jednym z krzeseł.

– To bardzo miło z pani strony, ale właściwie mamy wystarczająco dużo swoich rzeczy. Również na zimne dni zabraliśmy…

Przerwała mu:

– Nie, nie, to nie tak – powiedziała ze śmiechem. – To ubrania na dzisiejszy wieczór.

– Jak to ubrania? – spytała Erika.

– No tak, naturalnie, jeszcze państwu o tym nie mówiłam, bo to miała być niespodzianka. A więc: nasza dzisiejsza zabawa ma się odbyć w autentycznych kostiumach. Inni jeszcze o tym nie wiedzą, bo kostiumy zostawimy im w pokojach, gdy wszyscy zejdą na powitalny koktajl. Ale byłoby wspaniale, gdyby państwo zechcieli od razu założyć swoje, żeby inni mogli to zobaczyć. Jesteście przecież doświadczonymi aktorami, o czym sama mogłam się przekonać.

Kluftinger machnął ręką.

– O nie, z tymi aktorami to jednak trochę…

– Niech pan nie będzie taki skromny, panie Kluftinger. Widziałam przecież… przynajmniej do czasu tego… incydentu. – Właścicielka hotelu spostrzegła, że ten temat był dla obojga nieprzyjemny i, ożywiwszy się, ciągnęła: – W każdym razie mam tu wspaniały garnitur, w sam raz dla mistrza detektywów.

Kluftinger zmarszczył czoło.

– Dobrze pan słyszał. Miałabym prośbę, żeby zechciał pan w naszej zabawie zagrać rolę Herkulesa Poirota. Myślę, że goszcząc tak znakomitego śledczego…

Komisarz lekko się zaczerwienił. Bardzo schlebiało mu to, co słyszał.

– Ach, pani König, wie pani…

– A więc, zrobi to pan?

Zastanowił się chwilę i w końcu odpowiedział:

– Chętnie.

Zawsze lubił powieści detektywistyczne, w każdym razie kiedyś, gdy jeszcze regularnie czytał, a więc w młodości, zwłaszcza kryminały Arthura Conan Doyle’a i Agathy Christie, chociaż i te najczęściej dlatego, że mama, widząc go czytającego, zwykle robiła mu w nagrodę jego ulubioną potrawę – kluski z serem i cebulką. Mimo to nie został, o czym po cichu marzyła, molem książkowym. Zawsze, niezależnie od serowych klusek, wolał bawić się z kolegami gdzieś na wsi, niż siedzieć w domu. Wcześniej w każdym razie…

Stworzona przez Agathę Christie postać sławnego detektywa była mu więc doskonale znana. Również z filmów, ma się rozumieć. Poza tym ucieszył się z możliwości wykorzystania swojej wiedzy również aktorsko. Tak czy inaczej rola, w którą miał się wcielić, była znacząca, nawet gdyby miała się potwierdzić jego obawa: ta mianowicie, że to właśnie on ma rozwikłać „sprawę”, tudzież to, co miało się wydarzyć dzisiejszego wieczoru.

– Cudownie, właśnie tego się po panu spodziewałam. – Julia König opromieniła go swoim spojrzeniem, powodując, że opuściły go wszystkie wcześniejsze wątpliwości. – A więc widzimy się o osiemnastej w salonie na powitalnym koktajlu?

Przytaknął. Już samo słowo „salon” przeniosło go do czasów, w których rozgrywały się tamte powieści, do przełomu wieków albo do lat dwudziestych, kiedy przez spowite mgłą angielskie hrabstwa i kręte uliczki Lazurowego Wybrzeża jeździło się dorożkami lub automobilami. I kiedy przywiązywało się dużą wagę do odpowiedniego stroju, w związku z czym on sam, gdy tylko właścicielka hotelu opuściła pokój, zajął się oglądaniem pozostawionych przez nią ubrań.

– Spójrz, jaka piękna suknia – zawołała radośnie Erika, podnosząc błyszczący, niebieski materiał ozdobiony koronką. Kluftinger tylko skinął głową, dodając jeszcze szybkie: „Mhm, wspaniała”, bo właśnie uważnie przyglądał się rzeczom przygotowanym dla siebie: kremowemu garniturowi, kamizelce i czarno-białym butom, które wyglądały jak żywcem wyjęte z jakiegoś filmu o mafii. Nie brakowało nawet monokla i zegarka na łańcuszku ani kunsztownie podkręconych wąsów wraz z klejem.

– Pani König rzeczywiście o wszystkim pomyślała. – Erika uśmiechnęła się do męża. – Chodź, przygotujmy się szybko, żebyśmy jeszcze zdążyli przymierzyć te rzeczy.

Właścicielka hotelu dokonała tego, co komisarzowi na pewno by się już dziś nie udało – Erika była całkowicie udobruchana. Kluftinger zniknął w łazience, żeby przymierzyć swój kostium. Po dziesięciu minutach, przebrany i z wąsem pod nosem, stanął w drzwiach.

– I jak?

– Wyglądasz… – Erice chyba naprawdę zabrakło słów, bo dopiero po chwili dokończyła nieco ochrypłym głosem: – …wspaniale.

Kluftinger przeglądał się w dużym lustrze przymocowanym do drzwi szafy, niedowierzając własnym oczom. Wyglądał naprawdę bajecznie; w reakcji żony nie było cienia przesady. Z kciukami wetkniętymi w kieszonki kamizelki przypominał trochę, również posturą, Petera Ustinova grającego legendarnego detektywa. Za sprawą podkręconego wąsa podobieństwo było jeszcze większe. Ciemnobrązowa muszka i chusteczka w kieszonce garnituru dopełniały obrazu.

– Tak, masz rację, ten kostium jest…

– A co powiesz o mnie?

Komisarz, zbity z tropu, odwrócił się.

– Naturalnie, przepraszam, ty też jesteś, nie no, naprawdę…

– Dobrze, już dobrze, mój ty mistrzu detektywów – powiedziała Erika i pocałowała męża w policzek. Wiedziała, że ten swoisty bełkot był największym komplementem, na jaki mógł się zdobyć. Co więcej, uważała, że był całkowicie uzasadniony – miała na sobie długą granatową suknię na ramiączkach z dekoltem obszytym koronką, jej dłonie skrywały sięgające powyżej łokci rękawiczki z ciemnego aksamitu, a głowę zdobił ekstrawagancki, również granatowy, kapelusz.

– Myślę, że możemy się tak pokazać.

– Ależ naturellement, madame – odrzekł Kluftinger, naśladując przy tym silny francuski akcent. – Idziemy po Lang’amme­rów?

Erika, śmiejąc się, chwyciła go pod ramię.

Chwilę później komisarz pukał do sąsiednich drzwi, na których widniał numer 106.

– No, jest pan wreszcie. Myśleliśmy już, że… – Langhammer nagle przerwał i wpatrując się w Kluftingera, powiedział lekceważąco: – Czyżby niechcący zabrał pan ze sobą walizkę swojego dziadka?

Wtedy komisarz odsunął się na bok, odsłaniając stojącą za nim Erikę.

– Eriko… ty… to znaczy… ty też?

– Nie podobają ci się nasze stroje? – spytała nieco urażonym tonem, co wprawiło Kluftingera w jeszcze lepszy nastrój, bo znaczyło, że i ona zauważyła arogancję doktora.

Langhammer, odzyskawszy równowagę, odrzekł:

– Ależ oczywiście, moja droga. Oboje wyglądacie po prostu fantastycznie. Jak z amerykańskiego filmu, nieprawdaż, Gołąbeczko? Eriko, w takim stroju na pewno zrobisz na dole furorę, a nas w ogóle nie zauważą.

Komisarz nie mógł pozbyć się wrażenia, że ostatnie zdanie, które wypowiedział Langhammer, zdradzało jego prawdziwe odczucia. Uśmiechnął się tylko i, patrząc na sztruksowy garnitur doktora, powiedział z francuskim akcentem:

– Powinien pan wiedzieć, co się nosi w towarzystwie, monsieur. To jak, widzimy się w salonie? Gdyby mnie pan szukał, proszę pytać o… Herkulesa Poirota. Chodź, kochanie, idziemy!

Wypowiedziawszy te słowa, podkręcił sztucznego wąsa, a następnie, podawszy ramię Erice, odszedł paradnym krokiem, pozostawiając Langhammera bezradnie wpatrzonego w jego plecy.


Dziwny żart

Pojawienie się Kluftingerów w salonie wywołało prawdziwe poruszenie, zwłaszcza że zrobili małą rundkę dookoła pomieszczenia, prezentując swoje kostiumy, a komisarz wypowiedział nawet kilka trafnych uwag z francuskim akcentem, czego, gdyby nie przebranie, pewnie by nie zrobił. Co ciekawe, chowając się za maską, jak podczas przedstawienia teatru amatorskiego w rodzinnym Altusried, stawał się innym człowiekiem. Czasem nawet takim, jakim w głębi duszy chciał być. Wtedy nie bał się występować przed publicznością liczącą więcej niż dziesięć osób – było nie było, widownia amfiteatru mieściła dwa i pół tysiąca widzów. Wówczas, pewny siebie, mógł nawet prawić komplementy obcym kobietom. Tak było i teraz: nie był sobą, był Herkulesem Poirotem. W każdym razie dość udaną, jak sądził, południowoniemiecką wersją belgijskiego detektywa.

Paradując wśród gości, zdążył się im przyjrzeć. Naliczył około tuzina osób. Około, ponieważ nie był pewny, kto z obecnych należy do personelu, a kto nie. Przekonanie, że Herkules Poirot na pewno by na to wpadł, wyciągając wnioski z pozornie nieistotnych, a nawet niedorzecznych faktów, takich jak długość paznokci czy kształt obcasów, sprawiło, że był sobą rozczarowany. On, Kluftinger, musiał zaczekać, aż się sobie przedstawią. Tymczasem wszyscy stali w półkolu, skupieni wokół niego i Eriki, i komplementowali ich stroje. Blondynka spod okna z wyraźnym – a jakże – niderlandzkim akcentem wykrzyknęła nawet: „Wyhlodasie naprawde śliśnie! Sjuper!”, co komisarz skwitował lekceważącym machnięciem ręki. Komentarz blondynki na dobre rozbawił Erikę, a długowłosego sportowca, który w międzyczasie objął Holenderkę, zmusił do gromkiego śmiechu. Wyglądało na to, że są parą, chociaż, jak szacował komisarz, mężczyzna był o dobre dwadzieścia lat młodszy od kobiety. Siwowłosy również był w pobliżu i z uznaniem klaskał w dłonie.

Właśnie w tym momencie na schodach pojawili się Langhammerowie. Twarz doktora, Kluftinger z łatwością to dostrzegł, wyrażała najgłębsze niezadowolenie z zainteresowania, jakie towarzystwo okazywało komisarzowi i jego żonie.

Tylko jeden z gości siedział nieco z boku przy elegancko nakrytym stoliku. Kluftinger rozpoznał w nim tego, który tak nieprzyjemnie skarżył się w recepcji.

– Szanowni państwo, drodzy goście, czy mogę prosić o chwilę uwagi? – Julia König, klaszcząc w dłonie, skupiła na sobie zainteresowanie. Zebrani odwrócili się do właścicielki hotelu, która, by wygłosić mowę powitalną, stanęła na tle kominka zbudowanego z dużych naturalnych kamieni, zajmującego główne miejsce w salonie. W środku tańczyły płomienie, ale nie z palących się polan, lecz z czegoś w rodzaju gazowego palnika umieszczonego za szklaną szybą. Kluftinger dojrzał w tym kolejny imponujący związek nowoczesności z rustykalną tradycją – chociaż prawdziwego ognia w kominku nie sposób niczym zastąpić.

– Ależ szykownego mężczyznę ma pani u swego boku – dał się nagle słyszeć jakiś szept.

Kluftinger dwa razy odwrócił głowę, żeby upewnić się, czy ten głos naprawdę należy do osoby stojącej obok jego żony. Była to młoda, atrakcyjna kobieta koło trzydziestki, ubrana w obcisłą czerwoną sukienkę ze streczu, która mocno podkreślała jej kobiece kształty.

Gdy spostrzegła, że komisarz ją usłyszał, uśmiechnęła się do niego i, podając mu dłoń, rzekła:

– Gertler, Aleksandra Gertler. – W jej spojrzeniu było coś wyczekującego, lecz Kluftingerowie nie reagowali, wówczas dodała: – Na pewno znają mnie państwo z radia.

Kluftinger przecząco pokręcił głową.

– Nie, ja słucham tylko Programu 1 – odrzekł takim tonem, jakby to było najoczywistsze na świecie.

Erika popatrzyła na niego pełnym wyrzutu wzrokiem i powiedziała:

– Naturalnie, pani Gertler.

Z jej tonu komisarz wywnioskował, że ona również nie wie, z kim mają przyjemność.

– Bardzo się cieszę, że wszyscy państwo przyjęli moje zaproszenie. Pragnę też serdecznie pogratulować laureatom konkursu! – Ostatnie słowa Julii König przykuły szczególną uwagę zgromadzonych. „A więc jednak”, pomyślał Kluftinger, „inni również zostali zaproszeni”.

– A więc inni też zostali zaproszeni – szepnął mu do ucha Langhammer, który stanął tuż za komisarzem.

– W rzeczy samej, nie wiedział pan o tym? – odparł Kluftinger.

– Chciałabym krótko przedstawić państwu nasz program – ciągnęła właścicielka hotelu. – A następnie zaprosić wszystkich na kieliszek czegoś mocniejszego.

Rozległy się oklaski.

– A więc, jak państwo wiedzą, zostali państwo zaproszeni, aby, biorąc udział w kryminalnej zabawie, zainaugurować działalność naszego nowego hotelu, który po męczącym okresie remontu znów może przyjmować gości, dając nam okazję do świętowania. Wszystko jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy. – Gdy to mówiła, wyciągnęła ręce przed siebie, nie wskazując jednak niczego konkretnego.

Znowu rozległy się oklaski.

– Mówiąc „my”, mam na myśli siebie i mój zespół: a więc mojego portiera, którego wszyscy państwo już znają. – Dopiero gdy wskazała za siebie, Kluftinger zauważył, że przy znajdującym się tam skąpo oświetlonym stoliku siedzi jeszcze kilka osób. Jedną z nich był mężczyzna w czerwonej liberii, który właśnie wstał, aby delikatnie się ukłonić.

– Ferdynand Sacher postara się spełnić wszystkie państwa życzenia. Podobnie jak Arndt Vogel, chociaż w jego przypadku można mówić o nieco większej sile. – Z miejsca podniósł się młody wysportowany mężczyzna w białych spodniach i białej koszuli. – Arndt jest mianowicie naszym masażystą – powiedziała König z tajemniczym uśmiechem. Erika i Annegret wymieniły radosne spojrzenia.

– I co pan na to, panie Kluftinger? Masażysta! Nasze zmęczone członki znów będą jak nowe!

Kluftinger, marszcząc czoło, spojrzał na doktora.

– Niech mi pan tylko nie wmawia, że od czasu do czasu nie oddaje pan swojego… ciała astralnego w ręce fachowca!

Zanim komisarz zdążył odpowiedzieć, głos ponownie zabrała König:

– Chciałabym jeszcze dzisiaj, nieco później, przedstawić państwu pracowników naszego serwisu hotelowego, w tym obsługę pralni. Teraz wszyscy są zajęci przygotowywaniem Kolacji dla trupa***, że pozwolę sobie zacytować tytuł znanego kryminału.

Ponieważ nikt się nie zaśmiał, Kluftinger wyszedł z założenia, że – podobnie jak on – nikt z gości go nie znał.

– Nie ukrywam, bo zapewne czytają państwo prasę, że w ostatnich latach nie mieliśmy z Klausem szczęścia w interesach. – Mówiąc to, König skierowała wzrok w głąb holu, gdzie w źle skrojonym garniturze stał oparty o ladę jakiś blady mężczyzna o zmęczonych oczach, który spojrzał na zebranych spod opadających na czoło rzadkich włosów i potakująco skinął głową.

Kluftinger rozpoznał w nim bagażowego. Z tego, co powiedziała König, wywnioskował, że mężczyzna może być jej wspólnikiem, partnerem, a nawet mężem, chociaż to ostatnie wydawało się raczej mało prawdopodobne, bo chyba był od niej o co najmniej dwadzieścia lat starszy. Jednak jeszcze bardziej zastanowiło komisarza to, że ów Klaus zajmował się tu noszeniem walizek.

– Ale te czasy minęły – kontynuowała König – bo postanowiliśmy zacząć wszystko od nowa. Nowe wyposażenie i czterogwiazdkowy standard to dopiero początek. Dzięki państwa życzliwej pomocy i dobrej opinii na pewno odniesiemy sukces.

Właścicielka hotelu przerwała, jakby czekała na oklaski, ale ponieważ nikt się nie poruszył, mówiła dalej:

– Proponujemy nieco inną rozrywkę niż reszta hoteli. Jako jedyni w Allgäu organizujemy coś, co nazywamy Weekendem z zagadką kryminalną, i nie chodzi przy tym o zwyczajny teatr, w którym goście są jedynie widzami. Zależy nam na tym, aby aktywnie w nim uczestniczyli, a więc wcielali się w role, prowadzili śledztwo, zgadywali…

– …i umierali.

Przez salon przeszedł pomruk. Wszyscy odwrócili głowy w stronę, z której dotarł głos i przerwał Julii König. Trochę z boku, przy jednym ze stolików, siedział mężczyzna z drinkiem w dłoni.

– Doprawdy, co za dziwne poczucie humoru… – wycedziła Annegret, a jej mąż, podobnie jak kilku innych gości, pokręcił z dezaprobatą głową.

W innych okolicznościach ta uwaga mogłaby zostać uznana za żart, ale powaga, z jaką Carlo WeissKluftinger właśnie przypomniał sobie jego nazwisko – ją wypowiedział, nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Julia König nie traciła jednak dobrego nastroju i opanowania, co ponownie wprawiło komisarza w zachwyt.

– Zgadza się, Carlo, i umierali. Oczywiście tak, aby nikomu nie spadł włos z głowy, nieprawdaż, szanowni państwo? W „Królestwie” może, a nawet powinna płynąć krew, ale jedynie sztuczna. Jeżeli ktoś chciałby sobie postrzelać, to proszę, ale tylko z pistoletów do zabawy. Naszym życzeniem jest, by państwo dobrze się u nas bawili i opowiedzieli o tym innym. Martwi do niczego mi się państwo nie przydadzą.

Goście wybuchnęli śmiechem.

– Widać, zna tego nudziarza – szepnęła Erika mężowi do ucha. Kluftinger również zauważył, że König zwróciła się do mężczyzny po imieniu, chociaż z drugiej strony nie było w tym nic nadzwyczajnego, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że większość gości zaprosiła osobiście. Ten nie wyglądał jednak na kogoś, kto uczestniczył w jakimś konkursie.

Jeszcze raz zlustrował Carla Weissa, który śmiał się teraz z innymi; widocznie zrozumiał, że jego żart nie był zanadto udany. Mężczyzna podniósł się i stanął obok wspartej na lasce kobiety w mniej więcej tym samym wieku. Szepnął jej coś do ucha i pogłaskał po plecach, ale ona ani nie odwróciła się do niego, ani nie zareagowała w żaden inny sposób.

– Francesca – wycedził w jej stronę Weiss, ale kobieta odsunęła się od niego, tak że Kluftinger mógł dostrzec jej prawy profil. Zamarł na chwilę, bo widok był straszny: jej policzek był cały w bliznach, a skóra wyglądała tak, jakby odlano ją z wosku. Oparzenie najwyższego stopnia, przeleciało mu przez głowę. Erika widocznie też zauważyła blizny, bo jej dłoń wbiła się na moment w jego ramię.

Po chwili Julia König znów skierowała na siebie ich uwagę:

– Zanim zaczniemy, chciałabym krótko przedstawić państwu zasady naszej zabawy. A więc: żebyśmy wszyscy mogli aktywnie uczestniczyć w nadchodzących wydarzeniach, przydzielimy państwu role. Za chwilę rozdamy kartki, z których będą państwo mogli je odczytać. Klaus?

Mężczyzna o bladej twarzy, westchnąwszy, poruszył się i powłóczystym krokiem z lekko pochyloną głową podszedł do König. Gdy do niej dotarł, ta oparła się o jego ramię i powiedziała:

– To, jak już mówiłam, Klaus Anwander, mój mąż. Podobnie jak ja służy państwu pomocą we wszystkich sprawach. Gdyby państwo czegoś potrzebowali, proszę zgłosić to do nas. A teraz proszę, abyście nie pokazywali innym swojej kartki z rolą. W końcu chodzi o wykrycie mordercy, a do tego potrzebny jest dobry nos, a nie oszustwo. Poza tym wszyscy chcemy się dobrze bawić, prawda?

Goście przytaknęli.

– Przejdźmy zatem do honorowego gościa naszego wieczoru.

Komisarz z zainteresowaniem rozejrzał się po zebranych.

– Panie Kluftinger? – Właścicielka hotelu poprosiła go do siebie.

Zmieszany, podszedł do König. Nie miał pojęcia, że jest gościem „honorowym”.

– Ależ proszę przyprowadzić też swoją małżonkę – dodała takim tonem, że się zaczerwienił. Niezdarnym skinieniem przywołał do siebie Erikę, co niektórzy z obecnych skwitowali chichotem.

– Pan Kluftinger to najsłynniejszy detektyw w Allgäu – oznajmiła König, czym wywołała poruszenie wśród reszty gości. Komisarz, zakłopotany, patrzył w podłogę.

– Zagra naturalnie mistrza detektywów. Być może już go państwo rozpoznali?

– Herkules Poirot! Herkules Poirot! – wykrzyknął Langhammer i podskoczył przy tym jak uczeń, który zna odpowiedź, a następnie, szczerząc zęby, rozejrzał się po zebranych.

– Bardzo dobrze, doktorze Langhammer. Widać, orientuje się pan w świecie znanych kryminałów.

Doktor, bez cienia zażenowania, odpowiedział udawanie skromnym tonem:

– Ach, wie pani… czytało się to i owo.

– Żeby mogli państwo lepiej wczuć się w atmosferę tamtych czasów, właśnie w tej chwili do państwa pokoi wnoszone są odpowiednie kostiumy.

Ponownie rozległy się oklaski.

– Lecz najpierw podzielimy się na role. – König poprosiła męża o podanie kartek, a następnie, zwracając się do każdego po nazwisku, zaczęła rozdawać je gościom. Kluftinger skorzystał z okazji, żeby jeszcze raz dokładnie przyjrzeć się zebranym. Miał przed sobą barwną grupę zgromadzonych przypadkowo postaci i był ciekaw, jakie historie skrywają ich twarze. Właściwie nie był osobą, która na urlopie chętnie nawiązuje nowe znajomości. Za to jego żona wprost przeciwnie, bo zwykle już pierwszego dnia przyprowadzała do stolika jakichś znajomych z holu czy basenu. Ale tym razem było inaczej – wszyscy mieli uczestniczyć w zabawie, co nieuchronnie prowadziło do bliższej znajomości.

– Pan nie potrzebuje kartki z rolą, panie komisarzu – wyjaśniła König, gdy przechodziła obok Kluftingera.

Kiedy podawała kartkę Langhammerowi, komisarz zauważył, że ten, zanim ją rozłożył, przyjrzał się dyskretnie mężczyźnie o siwych włosach, do którego właścicielka zwróciła się per „panie Eckstein”. Potem zajrzał do swojej kartki i zadowolony wyszczerzył zęby.

– Drodzy państwo! – König powtórnie klasnęła w dłonie. – Jeżeli wszyscy znają już swoje role, proponuję przystąpić do milszej części naszego wieczoru. Proszę tylko, żebyście nie zdradzali swojej „tożsamości”. I jeszcze jedno: po koktajlu zapraszam wszystkich do swoich pokoi, gdzie będziecie mogli się przebrać, bo za około… – spojrzała na potężny zegar stojący naprzeciw kominka – godzinę podamy kolację. A ponieważ przygotowaliśmy dla państwa małą niespodziankę, proszę o punktualne przybycie. Zdradzę tylko tyle: zatrudniliśmy dwóch aktorów, którzy poprowadzą naszą zabawę i odegrają kilka scenek tytułem wprowadzenia… ale chyba powiedziałam już o wiele za dużo. Herbercie?

Odwróciła się do kelnera, który dokładnie w tej chwili, pokonawszy po drodze wahadłowe drzwi prowadzące najprawdopodobniej do kuchni, zjawił się z ogromną tacą pełną małych kieliszków. Gdy tylko taca znalazła się na barze, König wraz z mężem napełnili kieliszki. Następnie właścicielka hotelu podniosła tacę i, podchodząc do każdego z gości, sama zaczęła serwować alkohol, co bardzo się Kluftingerowi spodobało. Wyobraził sobie Langhammera prowadzącego podobny hotel. Przypuszczalnie co godzinę kazałby się obnosić w lektyce po holu i oddawać sobie hołd. Najwyraźniej Julia König była ulepiona z innej gliny.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com