Ewelina i czarny ptak - Grzegorz Gortat - ebook
Wydawca: Agencja Edytorska EZOP s.c. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 80 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ewelina i czarny ptak - Grzegorz Gortat

Po śmierci matki 9-letnia Ewelina zostaje zupełnie sama, zdana na łaskę obcych nieżyczliwych ludzi. Zgodnie z wolą ojca dziewczynka w ciągu 7 dni musi wybrać swojego prawnego opiekuna. O jej względy zabiegają – dyrektorka sierocińca, pani Bruber, adwokat Vincent Krammer, pastor Martin oraz doktor Sobel, którzy nie cofną się przed niczym, by zawładnąć majątkiem dziewczynki. I kiedy wydaje się, że już nic i nikt nie obroni Eweliny przed ludzką chciwością, nad jej domem zaczyna krążyć Czarny Ptak, a w miasteczku zjawia się dziwna postać – pan Rukkman. Niesamowity nastrój nawiązujący do powieści grozy, świetnie sportretowani bohaterowie i wszechobecna magia to niewątpliwe atuty tej książki, która może zachwycić nie tylko młodego czytelnika.

Opinie o ebooku Ewelina i czarny ptak - Grzegorz Gortat

Fragment ebooka Ewelina i czarny ptak - Grzegorz Gortat





Strona redakcyjna


1 Lodowa pokrywa

Kiedy pogrzeb dobiegł końca, dyrektorka sierocińca nachyliła się nad Eweliną i zapowiedziała:

– Jak się będziesz tak mazać, to trafisz tam, gdzie mama!

– Pani Bruber! – zaprotestował pastor Martin.

– Bo się martwię o to dziewczynisko! Coś mi się zdaje, że jest chorowita jak matka.

Ewelina przez łzy widziała kościstą, szeroką twarz pani Bruber, podobną do dziobatego kamienia. Kamień spadnie i Ewelinę przygniecie.

Pastor Martin podszedł do Eweliny i położył jej rękę na głowie.

– Teraz przynajmniej jest już w niebie... – Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zaczerwienił się i zrezygnował.

– ...chorowita i niejadek – narzekała Bruber. – Ktoś by jeszcze mógł pomyśleć, że dzieci w sierocińcu źle karmią.

Słowo „sierociniec” przypomniało Ewelinie chłód długiej sali z dwoma szeregami jednakowo posłanych, metalowych białych łóżek.

– Nie wrócę do sierocińca! – zaprotestowała.

– A to dlaczego? – Bruber się wyprostowała. Jej długi cień padł na Ewelinę i grobowy kopczyk.

Ewelina zacisnęła powieki. Z całych sił spróbowała sobie wyobrazić mamę, jak wychodzi spod ziemi i wędruje do nieba. Ale niebo było tak wysoko. A pastor Martin nie wyjaśnił, jak człowiek może się tam po śmierci dostać.

W ogóle to zrobiłaby wszystko, by móc mamę zatrzymać. Właśnie to chciała pani Bruber wyjaśnić, ale wiedziała, że nie potrafi.

– Zła, krnąbrna dziewczyna! – syknęła Bruber. – Ciesz się, że masz dokąd pójść!

– Droga pani! – żachnął się pastor. – Dziecko ma dopiero dziewięć lat!

Tymczasem adwokat Kramm wstał z cmentarnej ławki i zbliżał się do nich, spoglądając znacząco na zegarek.

– Właśnie dlatego nie można zostawić jej samopas – skontrowała dyrektorka sierocińca. – Prawda, panie Kramm?

Ewelina przestała płakać. Zupełnie jakby słowa pani Bruber tworzyły lodową pokrywę, pod którą nawet łzy zamarzają.

Kramm z trzaskiem otworzył i zamknął czarną skórzaną teczkę zapełnioną papierami.

– Jeśli nie macie państwo nic przeciwko temu – po wiedział skrzekliwym głosem – proponuję udać się do mojej kancelarii. Najwyższy czas odczytać testament.

W uszach Eweliny słowo „testament” zabrzmiało jak marka perfum albo nazwa proszku do prania. Pani Bruber ożywiła się, chwyciła Ewelinę za rękę i pociągnęła ją ku wyjściu. Ewelina odwróciła głowę, by ostatni raz spojrzeć na kopczyk, ale dochodzili już do bramy i wysokie marmurowe nagrobki przesłaniały jej widok.

Zbliżała się pora niedzielnego obiadu, wąskie zakurzone ulice miasteczka były wyludnione jak przed burzą. Adwokat Kramm, wysoki i chudy niczym ogrodowa tyczka, szedł pierwszy, Bruber, ciągnąc za sobą Ewelinę, próbowała dotrzymać mu kroku. Pastor został nieco w tyle.

Vincent Kramm zajmował piętrową kamienicę na rynku, niemal równie okazałą jak dom doktora Sobla, jedynego w miasteczku lekarza.

Sobel, od trzech lat łączący praktykę lekarską z piastowaniem urzędu burmistrza, już na nich czekał w kancelarii adwokackiej.

– Dziękuję, że mimo niedzieli pan burmistrz stawił się na otwarcie testamentu – powitał go Kramm.

Burmistrz machnął łaskawie ręką, mówiąc:

– Szkoda każdego dnia. Skoro nawet pastor dla przyspieszenia sprawy zgodził się przeprowadzić pochówek w niedzielę...

W gabinecie Kramma wokół okrągłego stolika stało sześć bliźniaczych foteli dla interesantów, miejsce przy oknie zajmowało ogromne biurko z czarnym skórzanym fotelem. Podobny fotel miał w swoim pokoju tata Eweliny. Pozwalał jej siadać za biurkiem i udawać, że pisze za niego pilną korespondencję do kontrahentów na całym świecie. Kontrahent, wyjaśnił przy pierwszej sposobności, to partner, z którym się prowadzi handlowe interesy. Ale nie wszystko, dodawał, można załatwić, pisząc listy. Czasem trzeba samemu udać się w daleką podróż.

U Kramma nikt jej nie poprosił, by usiadła. Burmistrz, pani Bruber i pastor rozsiedli się wokół stolika, Ewelina stała oparta o ścianę obwieszoną głowami dzików i jeleni. Starała się nie myśleć, że pan Kramm sam je upolował.

Vincent Kramm z szuflady biurka wyjął klucz, otworzył nim metalową szafkę w rogu pokoju i z górnej przegródki wydobył dużą zamkniętą kopertę. Doktor Sobel obejrzał pieczęcie i oddał kopertę adwokatowi. Przed jej otwarciem Kramm wygłosił krótką przemowę, w której kolejny raz padło hasło testament, a zaraz potem równie obce dla Eweliny słowa: depozytariusz, uwierzytelnienie, dyspozycja, sygnatura.

Ewelina zrozumiała z tego tyle, że przed każdą daleką podróżą tata przekazywał adwokatowi pewną sumę pieniędzy, by ten w razie potrzeby uczynił z nich użytek zgodnie z treścią przechowywanego w kopercie listu. Kramm, wachlując się wciąż zamkniętą kopertą, objaśniał to z miną dość znudzoną, błądząc wzrokiem wśród jelenich poroży i głów dzików ze szkiełkami w miejsce oczu.

Wkrótce jednak wydarzyło się coś, co sprawiło, że Kramm jak sprężyna poderwał się zza biurka i tonem bardzo ugrzecznionym poprosił Ewelinę, by zajęła jeden z trzech wolnych foteli.


2 Testament

Zaledwie chwilę wcześniej, obracając w dłoniach wciąż zapieczętowaną kopertę, Kramm oderwał wzrok od myśliwskich trofeów, omiótł niewidzącym spojrzeniem Ewelinę i oznajmił:

– Jak zawsze, kiedy wybierał się w podróż, tak i przed ostatnim wyjazdem do Brazylii, mój klient zdeponował u mnie pewną sumę pieniędzy. Złożył też dyspozycję co do ich użycia na wypadek, gdyby w czasie jego nieobecności zaszła taka pilna potrzeba. – Pomijając Ewelinę, omiótł wzrokiem zebranych. – Zgodzą się państwo, że śmierć pani Milicz w pełni wyczerpuje znamiona takiej potrzeby...

Do Eweliny dopiero po chwili dotarło, że słowa „pani Milicz” odnoszą się do mamy. Zrozumiała, że pana Kramma nigdy nie polubi. Podobnie jak doktora Sobla po tym, jak diagnozę „pacjentka z ostrą niewydolnością krążenia” ogłosił z miną badacza, który właśnie odkrył nieznaną wcześniej nauce roślinę.

– Jak państwu wiadomo – mówił dalej adwokat urzędowym tonem – mimo wielokrotnych prób nie udało się nam po dziś dzień z inżynierem Miliczem skontaktować. Zachodzi obawa, że...

– Panie Kramm! – przerwał mu burmistrz. – Do rzeczy!

Kramm nożem do otwierania listów otworzył kopertę, wyjął złożoną na pół kartkę i rozprostował ją na biurku.

– To bardzo krótki tekst – obwieścił, nie kryjąc zdziwienia. Założył okulary i mrużąc oczy, odczytał:

Na czas mojej nieobecności małżonkę moją ustanawiam jedynym dysponentem rodzinnego majątku i aktywów firmy. W przypadku zaś jej śmierci postanawiam, by zdeponowana w kancelarii pana Kramma suma przeszła na wyłączną własność mojej córki. W związku z tym, że Ewelina nie osiągnęła jeszcze pełnoletniości, kierując się dobrem córki i wymogami prawa, zarządzam, by jej prawnym opiekunem ustanowić...

W tym miejscu Kramm przerwał i nerwowym ruchem poprawił okulary. Bruber uniosła się w fotelu, jakby chciała zajrzeć mu w kartkę.

– Więc kogóż to, panie Kramm? Czekamy! – przynaglił doktor Sobel.

Kramm, pochylony nad biurkiem, dokończył niechętnie:

...zarządzam, by jej prawnym opiekunem ustanowić osobę, którą Ewelina sama wskaże w terminie siedmiu dni, licząc od dnia odczytania niniejszego pisma. Którego autentyczność własnoręcznym podpisem potwierdzam...

Zaległa cisza. Kramm krzywił się raz po raz, nie podnosząc wzroku znad kartki.

– Niesłychane! – wysapała pani Bruber.

– Tak, to zmienia postać rzeczy. – Doktor Sobel zmarszczył nos i przyjrzał się Ewelinie, jakby widział ją pierwszy raz.

Kramm tymczasem wyskoczył zza biurka i podsunął Ewelinie jeden z trzech wolnych foteli:

– Panienka czemu nie siada?

– Naturalnie. – Sobel pokręcił głową z dezaprobatą. – Kazać gościowi stać? Doprawdy, dziwne porządki panują w pana kancelarii.

Ewelina czuła, jak spojrzenia obecnych kierują się na nią. Wybrała wolny fotel stojący najdalej od biurka.

Sobel uśmiechnął się do niej:

– W takim stanie rzeczy jest sprawą najwyższej wagi, by panna Ewelina dokonała właściwego wyboru.

– To zrozumiałe – przytaknął pastor. – Od tej chwili wszyscy odpowiadamy przed jej ojcem...

Kramm przerwał mu:

– Wszyscy? Zwracam uwagę, że zapis o wyborze prawnego opiekuna dziewczynki mówi o jednej osobie. – Odchrząknął. – Nie trzeba dodawać, że znajomość prawa byłaby ważkim atutem u takiego kandydata.

– Wolnego, mój panie! – zastopowała go Bruber.

– Głodnemu chleb na myśli – zawtórował jej Sobel. Poprawił się w fotelu. – Skoro to już nie żadna tajemnica, niech i ja zerknę...

Zanim Kramm zdążył zareagować, burmistrz zerwał się na nogi i zgarnął leżący na biurku list.

Bruber pogroziła obu palcem:

– Wstyd! – Zbliżyła głowę do twarzy Eweliny i uśmiechnęła się jak ktoś, kogo rozbolały wszystkie zęby. – Mądra dziewczynka sama wie, co dla niej najlepsze. Prawda, moja droga?

Ewelina wcisnęła się głębiej w fotel.

– Nie wrócę do domu dziecka!

– Oczywiście, że nie! Wprowadzisz się do mnie. Mieszkam samiuteńka, miejsca mam pod dostatkiem.

– Hola, hola, pani Bruber! – Sobel pomachał pismem. – Dziewczynka ma sama zdecydować.

Bruber zbyła go ruchem ręki.

– Oddam ci salonik. Albo pokój z pieskami. Sama wybierzesz.

Ewelina się ożywiła.

– Ma pani pieski?

Bruber pogładziła ją po policzku.

– Z włóczki. Sama zrobiłam. Dekorują sofę w gościnnym pokoju, ale tobie pozwolę się nimi bawić.

Kramm zrobił się czerwony na twarzy. Otworzył okno i poluzował krawat.

– Niby dlaczego miałaby wybrać właśnie panią?

– A kto od trzydziestu lat opiekuje się z urzędu sierotami?

– Nie jestem sierotą! – zaprotestowała Ewelina. – Mam tatę!

– Właśnie – podchwycił Kramm. – Osoba, którą dziś wybierzesz, będzie się tobą opiekować tylko do jego powrotu.

– W tym liście tatuś napisał, że mam siedem dni do namysłu. A siedem dni to cały tydzień.

– Im prędzej wybierzesz, tym szybciej będziemy mogli ci pomóc – wsparł Kramma doktor Sobel.

– I będziesz mogła korzystać ze zdeponowanych przez tatę pieniędzy – dorzucił zachęcająco Kramm.

– Skoro o tym mowa... – Bruber na moment straciła głos. Odchrząknęła i dokończyła: – A właściwie to o jaką sumę chodzi?

– Tajemnica. Wyjawię ją tylko i wyłącznie prawnemu opiekunowi Eweliny – zastrzegł stanowczo Kramm.

– Biedne dziecko! – Bruber skrzywiła usta. – Musimy ją wyrwać jak najszybciej z rąk tego człowieka! Pastor czemu milczy?

– Nic tu po mnie. Nie mam zielonego pojęcia o wychowywaniu dzieci. Może kiedy sam założę rodzinę...

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.