Zwycięzca jest sam - Paulo Coelho - ebook
Opis

Festiwal filmowy w Cannes. 24 godziny. Ciemne strony życia w świetle jupiterów.

Cała plejada postaci z wielkiego świata: producenci filmowi, aktorzy, dyktatorzy mody, supermodelki, a także początkujące gwiazdki filmowe, gwiazdy, których splendor już nieco przygasł i tłum tych, którzy grzeją się w blasku sławy, władzy i bogactwa.

Porządek tego „pięknego, wspaniałego” świata burzy nagłe wtargnięcie Igora, rosyjskiego multimilionera, owładniętego obsesją na punkcie swojej byłej żony, która odeszła ze znanym projektantem mody.

Igor, zraniony do żywego nie cofnie się przed niczym, by odzyskać miłość ukochanej…

Zwycięzca jest sam to wierny portret współczesnego świata, w którym blichtr, próżność i obłuda, wyparły prawdziwe wartości, w którym człowiek w pogoni za złudnym szczęściem w świetle jupiterów zatracił poczucie dobra i zła, zagubił siebie.

Paulo Coelho przypomina nam, że czasem warto wybrać drogę mniej uczęszczaną.

„Niektórzy są wiecznie niezadowoleni.

Kiedy maja niewiele, chca więcej.

Jeśli mają dużo, chcą jeszcze więcej.

A kiedy już to osiągną, tęsknią

Za prostym, skromnym życiem”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 455

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


tytuł oryginału

O Vencedor Está Só

koncepcja graficzna

Michał Batory

zdjęcie Autora

AP Photo/Jeff Christensen

redakcja i korekta

Bogna Piotrowska

przygotowanie

PressEnter

© 2008 by Paulo Coelho

© for the Polish edition by Drzewo Babel, Warszawa 2009

This edition was published by arrangements with Sant Jordi Asociados, Barcelona, Spain.

All rights reserved

www.paulocoelho.com

ISBN 978-83-89933-69-0

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

[email protected]

www.drzewobabel.pl

O Maryjo, bez grzechu poczęta,

módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy. Amen.

Potem rzekł do swoich uczniów: „Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? Jeśli więc nawet drobnej rzeczy nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne? Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują i nie przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich.

ŁUKASZ XII; 22-27

Ty, który teraz mnie obejmujesz, kimkolwiek jesteś,

Wiedz, że bez jednej rzeczy, wszystko będzie bez sensu,

I zanim posuniesz się dalej, lojalnie ostrzegam,

Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz,

lecz kimś całkiem innym.

Kim jest ten, co chciałby zostać mym uczniem?

Kto chciałby pretendować do mego serca?

Droga jest podejrzana, cel niepewny, być może zgubny,

Musiałbyś wszystko rzucić, a ja, zapewne, stałbym się

twoim jedynym i wyłącznym wzorem do naśladowania,

Nawet wtedy twój nowicjat byłby długi i wyczerpujący,

Musiałbyś zrezygnować z dawnej koncepcji życia

i wyrzec się wszelkich, przyjętych powszechnie zasad,

Dlatego już teraz oszczędź sobie fatygi,

zabierz rękę z mojego ramienia i pozwól mi odejść,

Odstąp ode mnie i idź swoją drogą.

WALT WHITMAN

Dla N. D. P.,

która zstąpiła na ziemię,

żeby pokazać nam drogę Dobrej Walki

Jednym z powtarzających się w moich książkach tematów jest kwestia zapłacenia ceny za własne marzenia. Do jakiego stopnia jednak nasze marzenia mogą zostać zmanipulowane? Zdajemy sobie sprawę z tego, że w ciągu ostatnich dekad żyjemy w kulturze promującej sławę, pieniądze i władzę. Wielu z nas pozwoliło sobie wmówić, że są to wartości godne wszelkich poświęceń. Niewielu zorientowało się, że ludzie, którzy nami manipulują – wpędzając nas w pułapkę bez wyjścia – pozostają zwykle anonimowi. Sami manipulatorzy bowiem zdają sobie doskonale sprawę z tego, że najbardziej efektywnym sposobem sprawowania władzy jest rządzenie z ukrycia – niezauważalne dla manipulowanych do czasu, kiedy jest już zbyt późno, a sami zainteresowani znajdują się w sytuacji bez wyjścia. Właśnie o takiej pułapce mówi ta książka.

Troje z czterech głównych bohaterów powieści pod tytułem Zwycięzca jest sam pozwala na manipulowanie swoimi marzeniami:

Igor – rosyjski milioner, który wierzy, że można usprawiedliwić zabójstwo popełnione w dobrej intencji, takiej jak ulżenie ludzkiej nędzy, czy zdobycie utraconej kobiety.

Hamid – dyktator mody, który rozpoczyna karierę pełen najlepszych intencji, żeby następnie paść ofiarą systemu, który pragnął wykorzystać do swoich celów.

Gabriela – aktorka, która – jak większość współczesnych ludzi – uważa, że sława jest celem samym w sobie i ostateczną nagrodą przyznawaną w świecie, gdzie statut celebryty staje się najwyższym osiągnięciem życiowym.

Ta powieść to nie thriller – to raczej wierny portret współczesnego świata.

Paulo Coelho

3:17

Beretta Px4 jest niewiele większa od telefonu komórkowego, waży około 700 gramów i można z niej oddać 10 strzałów. Ma wiele zalet: jest mała i lekka, łatwo ją ukryć w kieszeni, a jej małokalibrowy pocisk, zamiast przebić ciało ofiary na wylot, niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze.

Niewątpliwie ugodzony pociskiem tak małego kalibru ma spore szanse na przeżycie. Często kula nie narusza żadnej ważnej arterii, a ofiara ma czas zareagować i obezwładnić przeciwnika. Jeśli jesteś dobrym strzelcem, masz do wyboru: mierzyć między oczy lub prosto w serce i zabić na miejscu, albo celować pod odpowiednim kątem w okolice żeber, a wtedy minie trochę czasu, zanim ofiara sobie uświadomi, że została śmiertelnie postrzelona – spróbuje się bronić, uciekać, wołać o pomoc. To właśnie największa zaleta tej broni: ofiara ma dość czasu, żeby zobaczyć twarz mordercy. Wolno traci siły – krwawienie zewnętrzne nie jest obfite – aż pada na ziemię, nie do końca rozumiejąc, co się właściwie stało.

To nie jest broń zawodowca. „Pasuje do damskiej torebki, a nie do agenta”, usłyszał James Bond od funkcjonariusza brytyjskiego wywiadu.

Ale jego to nie dotyczy. Dla jego celów to idealna broń. Kupił Berettę na czarnym rynku, żeby zatrzeć ślady. W magazynku ma pięć kul, ale zamierza użyć tylko jednej – tej, której wierzchołek ma wyryty pilniczkiem do paznokci krzyżyk. Trafiając w cel, taki pocisk rozpryśnie się na cztery części.

Pistoletu użyje tylko w ostateczności. Istnieje tyle innych sposobów zniszczenia czyjegoś świata. A kiedy informacja o odnalezieniu pierwszej ofiary dotrze do niej z wiadomości, pewnie szybko zrozumie, że to dla niej unicestwił jeden wszechświat, że zrobił to w imię miłości i że nie chowa do niej urazy. Że przyjmie ją z powrotem, machnie ręką na ostatnie dwa lata, nie zada żadnych pytań.

Pół roku snucia planów powinno przynieść pożądany skutek, ale o tym przekona się ostatecznie jutro rano. Starożytne greckie Furie spłyną na czarnych skrzydłach na ten biało-błękitny pejzaż pełen diamentów i botoksu, i szybkich dwuosobowych aut. Za sprawą kilku gadżetów, które przywiózł tu z sobą, w jednej chwili wszystkie marzenia o potędze, sukcesie, sławie i mamonie prysną jak bańka mydlana.

Mógłby już pójść do swojego pokoju, bo to, co chciał zobaczyć, ujrzał o 23:11, chociaż gotów był czekać znacznie dłużej. Wszedł mężczyzna w towarzystwie pięknej kobiety, oboje w wieczorowych strojach. Pewnie udawali się na jedno z tych galowych przyjęć, które zwykle przyciągają większe tłumy niż premiery prezentowanych na festiwalu filmów.

Igor zasłonił twarz jedną z francuskich gazet (rosyjski dziennik mógłby wzbudzić jej czujność). Nie chciał, żeby go zauważyła, ale zabieg okazał się zbyteczny. Nigdy nie rozglądała się wokół – jak każda kobieta uważająca się za królową świata. Takie kobiety żyją, żeby błyszczeć i starają się nie patrzeć na inne, bo widok cudzych brylantów i sukni można przypłacić depresją, złym humorem i poczuciem niższości. Nawet jeżeli własna garderoba i dodatki kosztowały prawdziwą fortunę.

Jej towarzysz, szpakowaty, świetnie ubrany mężczyzna, podszedł do baru i zamówił szampan – obowiązkowy aperitif przed nocą spotkań, nowych kontaktów, dobrej muzyki i wspaniałych widoków na plażę i jachty zakotwiczone w porcie.

Zauważył, że mężczyzna potraktował kelnerkę bardzo uprzejmie, grzecznie podziękował, zostawił suty napiwek.

Znali się wszyscy troje. Jego serce przepełniła radość, poczuł przypływ adrenaliny we krwi. Jutro ona dowie się o jego obecności i prędzej czy później ich drogi się skrzyżują .

Bóg jeden wie, co wyniknie z tego spotkania. Jeszcze w Moskwie Igor ślubował przed relikwią Marii Magdaleny, sprowadzoną na jeden tydzień do stolicy Rosji. Tkwił w kolejce przez całe pięć godzin, a kiedy już stanął przed relikwiarzem, wszystko wydało mu się zaaranżowane przez kapłanów. Wolał jednak nie ryzykować i nie złamał złożonej wcześniej przysięgi. Prosił więc o opiekę i pomoc w osiągnięciu celu, bez niepotrzebnych cierpień. Obiecał, że po pomyślnym zakończeniu misji i po powrocie do ojczyzny zamówi złotą ikonę u znanego malarza z monastyru w Nowosybirsku.

O trzeciej nad ranem w barze hotelu Martinez śmierdzi papierosami i potem. Jimmy odszedł już od pianina (Jimmy nosi na każdej stopie but innego koloru), a kelnerka słania się ze zmęczenia, ale goście nie opuszczają baru, gotowi czekać w hotelowym lobby nawet do rana, aż w końcu coś się wydarzy!

Od początku festiwalu minęły już cztery dni, a tak naprawdę nic się jeszcze nie wydarzyło. Siedzący przy stolikach mają jedno wspólne życzenie: spotkać Wielkich tego świata. Piękne kobiety czekają na producenta, który się w nich zakocha i zaproponuje dużą rolę w filmie. W głębi siedzi grupa aktorów. Rozmawiają, śmieją się, udając, że ta gra ich nie dotyczy, ale nie spuszczają oka z drzwi wejściowych.

Ktoś przyjdzie. Ktoś musi przyjść. Z głowami pełnymi pomysłów i listami filmów wideo zrealizowanych podczas studiów, początkujący reżyserzy, którzy przeczytali wszystko o fotografii i pisaniu scenariuszy, czekają na cud. Może ktoś ważny, wracający z przyjęcia, zahaczy o hotelowy bar, przysiądzie się do ich stolika, poprosi o kawę, zapali papierosa i znudzony monotonią zawsze takich samych bankietów, zainteresuje się nową propozycją.

Cóż za naiwność!

Gdyby rzeczywiście ktoś taki miał się pojawić, to nie po to, żeby wysłuchiwać o „nowym ujęciu znanego tematu”. No cóż, nadzieja jest matką głupich. Ci, od których cokolwiek zależy, od wejścia omiatają spojrzeniem wszystko dookoła i udają się do swoich apartamentów. Niczym się nie martwią, niczego się nie obawiają. Superklasa nie wybacza zdrady i każdy wybraniec zna własne możliwości. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, nie wspinali się na szczyty depcząc po cudzych karkach. A jeżeli coś zaskakującego i interesującego w świecie filmu, muzyki czy mody wciąż czeka na odkrycie, prędzej czy później zostanie odkryte, ale na pewno nie przy stoliku w hotelowym barze.

Wybrańcy z Superklasy kochają się teraz z gotowymi na wszystko dziewczynami, którym udało się wedrzeć na bankiet bez zaproszenia. Zmywają makijaż, przyglądają się swoim zmarszczkom i zastanawiają się, czy już nie czas na następną operację plastyczną. Przeglądają Internet w poszukiwaniu newsów z minionego dnia. Połykają niezastąpione pigułki nasenne i popijają herbatą, gwarantującą szybkie schudnięcie. Odhaczają w formularzu hotelowym zestaw śniadaniowy do pokoju, a potem zostawiają go na klamce obok wywieszki „Nie przeszkadzać”. Zamykają oczy. Myślą: „Mam nadzieję, że szybko zasnę. Jutro pierwsze spotkanie o dziesiątej”.

Każdy jednak wierzy, że Wybrańcy przesiadują w barze hotelu Martinez, a to daje jakiś cień szansy.

Nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, że Wybrańcy rozmawiają tylko z Wybrańcami. Że od czasu do czasu spotykają się, żeby zjeść i napić się w swoim gronie, a jednocześnie rozbudzić w innych iluzoryczne przekonanie, że do wielkiego świata może wstąpić każdy, kto ma dosyć odwagi, żeby dążyć do celu. Spotykają się, żeby zapobiegać wojnom, na których mogą stracić i żeby rozbudzać konflikty między państwami i korporacjami, jeżeli da im to więcej władzy i pieniędzy. Spotykają się, żeby udawać, że są szczęśliwi, chociaż w rzeczywistości są niewolnikami własnego sukcesu. Żeby stale walczyć o wpływy i bogactwo, chociaż te przekraczają już wszelkie wyobrażenia. Bo w swej próżności Superklasa ściga się z samą sobą o to, kto zajmie najwyższy szczyt.

W idealnym świecie Wybrańcy rozmawialiby z początkującymi aktorami, reżyserami, stylistami, pisarzami, wszystkimi, którzy z przekrwionymi z braku snu oczami siedzą jeszcze przy barze, czekając na cud i zastanawiają się, jak wrócić do wynajętych z dala od centrum pokoików. Z tymi, których jutro od samego rana czeka nowy maraton błagalnych próśb o spotkanie, o chwilkę czasu, choćby w biegu, choćby na schodach.

W świecie realnym Wybrańcy są o tej porze w swoich apartamentach, sprawdzają pocztę elektroniczną, narzekają na bankiety, które niczym się od siebie nie różnią, martwią się, że któraś z pań miała większe brylanty, a jacht rywala bogatszy wystrój.

Igor nie rozmawia z nikim. Nie zależy mu na towarzystwie. Zwycięzca jest sam.

Igor jest właścicielem i prezesem pewnej dobrze prosperującej sieci telefonii komórkowej w Rosji. Z rocznym wyprzedzeniem zarezerwował najlepszy apartament w Martinezie, co zobowiązuje do opłacenia dwunastu dób hotelowych z góry, choćby gość zamierzał spędzić w hotelu tylko jedną noc. Przyleciał po południu prywatnym odrzutowcem, wziął prysznic i zszedł do baru, żeby zobaczyć jedną, jedyną scenę.

Przez jakiś czas nagabywały go aktorki, aktorzy i reżyserzy, aż wpadł na doskonały pomysł, żeby się od nich uwolnić:

– Nie mówię po angielsku. Przepraszam, jestem Polakiem.

Albo:

– Nie mówię po francusku. Przepraszam, jestem Meksykaninem.

Kiedy ktoś zwrócił się do niego po hiszpańsku, zastosował inną taktykę. Zaczął wpisywać w notesie kolumny cyfr, żeby nikt go nie wziął za dziennikarza (takim interesują się wszyscy), ani za człowieka związanego z przemysłem filmowym. Obok położył rosyjski tygodnik ekonomiczny (w końcu któż tu odróżni rosyjski od polskiego, czy hiszpańskiego?) z banalną fotografią finansisty na okładce.

Bywalcy baru, którzy uważają się za znawców rodzaju ludzkiego, pozostawiają Igora w spokoju. Kiedy odprawił piątą z kolei kobietę, która, tłumacząc się brakiem wolnych miejsc, dosiadła się do jego stolika i poprosiła o wodę mineralną, wszyscy już wiedzieli: ten samotny facet nie należy do świata filmu czy mody. Nie ma co nim sobie głowy zaprzątać, bo to „Pachnidło”.

„Pachnidło” to w żargonie aktorek (lub „gwiazdeczek”, jak nazywa się je na festiwalu) bogaty facet, który przyjeżdża do Cannes na podryw. Podobnie jak z perfumami, łatwo zmienić markę, a od czasu do czasu można natrafić na prawdziwy skarb. Aktorki oblegają „Pachnidła” w dwa ostatnie dni festiwalu, o ile wcześniej nie znalazły kogoś interesującego ze świata filmu. Dlatego temu nieznajomemu, z wyglądu bogatemu mężczyźnie, odpuszczą jeszcze jeden dzień. Tyle że w końcu lepiej wyjechać z festiwalu w męskim towarzystwie (a ten egzemplarz pewnie da się przerobić na producenta filmowego), niż na następnej imprezie powtarzać ten sam rytuał: pić, uśmiechać się (zwłaszcza się uśmiechać) i udawać, że nie są zainteresowane nikim szczególnym, chociaż serce bije przyspieszonym rytmem, wskazówki zegarka pędzą jak szalone, galowe noce już się kończą, a wciąż nikt ich nigdzie nie zaprosił. Tymczasem „Pachnidła” już dawno mają zaproszenia w kieszeni.

Znają na pamięć wszystko, co „Pachnidła” mają im do powiedzenia i udają, że w to wierzą:

„Mogę odmienić twoje życie”.

„Niejedna kobieta chciałaby znaleźć się na twoim miejscu”.

„Jesteś jeszcze bardzo młoda. Pomyśl jednak o przyszłości. Pora zainwestować w siebie”.

„Jestem żonaty, ale żona...” (po czym następuje jedna z kilku wersji: „jest chora”, „zagroziła, że popełni samobójstwo, jeśli ją zostawię” itd.)

„Jesteś księżniczką i zasługujesz na to, żeby cię traktować jak księżniczkę. Właściwie przez całe życie czekam właśnie na ciebie. Nie wierzę w przypadki, musimy dać sobie szansę”.

Ciągle ta sama śpiewka. Jedyne zmienne, to wartość prezentów, które uda się wydrzeć (najlepiej biżuteria, którą najłatwiej spieniężyć), ilość zaproszeń na przyjęcia na luksusowych jachtach, zgromadzonych wizytówek, kart wstępu na wyścigi Formuły 1, gdzie spotykają się ci sami ludzie i gdzie przy odrobinie szczęścia pojawi się wreszcie wielka szansa.

Mianem „Pachnidła” młodzi aktorzy określają także wiekowe milionerki po operacjach plastycznych i zastrzykach botoksu, znacznie mądrzejsze od panów. One nigdy nie tracą czasu: zjeżdżają w ostatnie dni festiwalu i dobrze wiedzą, że cały sekret tkwi w dobrze zasilonym koncie bankowym.

Męskie „Pachnidło” łudzi się, że podbiło serce długonogiej piękności i może teraz manipulować nią do woli. Damskie „Pachnidło” ufa jedynie mocy swoich brylantów.

Igor nic o tym nie wie. Jest tu po raz pierwszy. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu odkrył jedynie, że nikogo w gruncie rzeczy film nie interesuje, oczywiście poza tymi, którzy obsiadają w tej chwili hotelowy bar. Przewertował kilka czasopism i otworzył kopertę, w której jego sekretarka umieściła zaproszenia na najważniejsze imprezy. Nie znalazł wśród nich żadnego na filmową premierę. Przed przyjazdem do Francji próbował dowiedzieć się, jakie filmy konkurują o główną nagrodę, ale bez skutku. W końcu przyjaciel uspokoił go:

– Zapomnij o filmach. Cannes jest festiwalem mody.

Moda. Czym jest właściwie moda? Czy to coś, co zmienia się zgodnie z porami roku? Czy rzeczywiście zjechali się tu ze wszystkich stron świata, żeby popisać się swoją garderobą, biżuterią i całą kolekcją butów? Nie rozumieją w czym rzecz. „Moda” to sposób na wyartykułowanie pewnego komunikatu: ja także należę do twojego świata. Noszę ten sam mundur, co twoje wojska, nie strzelaj więc.

Od czasów jaskiniowych moda jest jedynym, powszechnie zrozumiałym językiem, nawet wśród zupełnie obcych sobie ludzi, którzy zdają się w ten sposób mówić: „Ubieramy się tak samo, należę do twojego szczepu, zewrzyjmy więc szeregi przeciwko słabeuszom, a przeżyjemy”.

Do Cannes zjeżdżają ludzie, dla których moda jest wszystkim. Co pół roku wydają fortunę na jakiś drobiazg, który podkreśli ich pozycję w ekskluzywnym plemieniu bogaczy. Gdyby odwiedzili Dolinę Krzemową, gdzie multimilionerzy z branży informatycznej noszą plastikowe zegarki i sprane dżinsy, zrozumieliby może, że świat się zmienił. W tym zakątku planety wszyscy są równi, nikt nie przejmuje się wielkością diamentów, marką krawata, czy modelem skórzanej aktówki. Zresztą jedwabne krawaty i skórzane aktówki nie istnieją w Dolinie Krzemowej. Tymczasem pobliskie Hollywood, wciąż wpływowe, choć nie tak jak dawniej, podtrzymuje wciąż powszechną wśród naiwnych wiarę w znaczenie modnych kreacji, szmaragdowych kolii i gigantycznych limuzyn. A ponieważ zdjęcia takich artykułów zapełniają strony kolorowych czasopism, nikt nie odważy się podnieść ręki na przynoszący bilionowe dochody przemysł reklamowy, na handel bezużytecznymi artefaktami, tworzenie niepotrzebnych trendów, na produkcję wiecznie tych samych kremów w zmieniających się opakowaniach.

Śmiechu warte. Igor gardzi tymi ludźmi, zepsutymi do cna, których decyzje wpływają na losy milionów uczciwie pracujących mężczyzn i kobiet. Robotników, którzy żyją godnie i cieszą się, że dopisuje im zdrowie, mają dach nad głową i są kochani przez swoich najbliższych.

Kiedy wszystko biegnie swoim rytmem, gdy rodziny gromadzą się przy stole, żeby się wspólnie posilić, pojawia się widmo Superklasy, sprzedającej niemożliwe do zrealizowania sny o przepychu, urodzie, władzy. A skutkiem jest rozpad rodziny.

Ojciec bierze nadgodziny, żeby kupić synowi modne adidasy, bo w przeciwnym wypadku jego dziecko czeka w szkole ostracyzm. Żona roni ukradkiem łzy, bo nie stać ich na markowe ciuchy. Zamiast poznawać prawdziwe wartości wiary i nadziei, nastolatki marzą o karierze piosenkarskiej lub filmowej. Dziewczyny z prowincji ciągną do wielkich miast, gotowe zrobić wszystko, absolutnie wszystko, żeby sobie sprawić jakieś świecidełko. Świat, który powinien dążyć ku sprawiedliwości, zaczyna się kręcić wokół dóbr materialnych, które za pół roku nie będą już nic warte i trzeba je będzie zastąpić tym, co modne. Tylko dzięki temu te odpychające kreatury, które teraz spotkały się w Cannes, wciąż zajmują miejsce na szczycie.

Igor jest poza zasięgiem tej destruktywnej mocy. Wykonuje pracę, której każdy mu zazdrości. Dziennie zarabia tyle, ile z trudem zdołałby wydać w ciągu roku, nawet gdyby pozwolił sobie na wszystkie możliwe przyjemności – legalne i nielegalne. Może zdobyć każdą kobietę, i to wcale nie dzięki bogactwu. Sprawdzał to wielokrotnie i zawsze odnosił sukcesy. Właśnie skończył 40 lat, jest w świetnej formie, cieszy się doskonałym zdrowiem, co potwierdzają wykonywane co roku kompleksowe badania lekarskie. Nie ma długów. Nie musi nosić designerskich ubrań, jadać w modnych restauracjach, spędzać wakacji na plażach, gdzie spotyka się światowa śmietanka, czy kupować zegarka reklamowanego przez gwiazdę sportu. Wolno mu podpisywać milionowe kontrakty długopisem za parę groszy, nosić wygodne, eleganckie marynarki uszyte na miarę w małym zakładzie krawieckim, który sąsiaduje z jego biurem. Wolno mu robić to, na co ma ochotę i nie musi nikomu udowadniać, że jest człowiekiem bogatym. Ma interesującą pracę i kocha to, co robi.

Być może na tym polega jego problem: ciągle kocha to, co robi. Jest pewien, że to właśnie dlatego kobieta, którą kilka godzin wcześniej zobaczył w barze, nie siedzi z nim przy stoliku.

Dla zabicia czasu Igor pozwala biec swoim myślom swobodnie. Prosi Kristellę o kolejnego drinka – imię dziewczyny poznał przed godziną. Przy barze zrobiło się luźniej (goście hotelowi spożywali kolację). Zamówił szklaneczkę whisky. Powiedziała, że wydaje się smutny. Że powinien coś zjeść dla poprawy humoru. Podziękował jej za troskę. Poczuł się od razu lepiej wiedząc, że ktoś okazuje zainteresowanie stanem jego ducha.

Prawdopodobnie jako jedyny w barze zna imię kelnerki. Pozostałych gości interesują tylko nazwiska – i stanowiska – tych, którzy rozsiedli się przy stolikach i w fotelach.

Stara się skoncentrować, ale minęła już trzecia nad ranem. Piękna kobieta i szarmancki mężczyzna – nawiasem mówiąc, fizycznie bardzo do niego podobny – nie wrócili. Pewnie poszli prosto do swojego apartamentu i teraz się kochają. A może piją jeszcze szampana na pokładzie któregoś z jachtów, gdzie zabawa zaczyna się dopiero wtedy, kiedy wszystkie bankiety w mieście dobiegną już końca. Może jednak leżą w łóżku, czytają kolorowe pisma i nawet na siebie nie patrzą.

Zresztą to nie ma żadnego znaczenia. Igor jest sam, zmęczony i bardzo senny.

7:22

Budzi się o 7:22. Chętnie by jeszcze pospał. Wciąż czuje zmęczenie, daje się we znaki różnica czasu między Moskwą i Paryżem. W swoim biurze zdążyłby już odbyć dwa lub trzy spotkania z podwładnymi i przygotowywałby się do lunchu z nowym klientem.

Teraz stoi przed nim inne zadanie: znaleźć ofiarę i poświęcić ją w imię miłości. Wystarczy jedna, jedyna ofiara, a Ewa zrozumie przesłanie jeszcze tego samego poranka.

Bierze prysznic, schodzi na dół na kawę do zupełnie pustej restauracji. Potem rusza bulwarem Croisette, przy którym stoją największe luksusowe hotele. Na ulicy pusto – jedno pasmo jezdni zarezerwowane dla pojazdów uprzywilejowanych, na drugim, otwartym dla samochodów, też nie ma ruchu, bo mieszkańcy jeszcze nie wyjechali do pracy.

Nie czuje żalu. Ma już za sobą najtrudniejszy etap, kiedy cierpienie i nienawiść nie dawały mu spać. Dziś potrafi nawet zrozumieć postępowanie Ewy: monogamia jest przecież mitem, na siłę wbijanym człowiekowi do głowy. Dużo na ten temat czytał. Rzecz nie w nadprodukcji hormonów, lecz w zwykłej próżności. Chodzi raczej o pewną konfigurację genetyczną występującą u prawie wszystkich gatunków.

Badania na ojcostwo prowadzone na ptakach, małpach i lisach dowodzą, że mimo łączenia się w pary przypominające małżeństwo, zwierzętom tym obce jest pojęcie wierności. W 70% zbadanych przypadków, potomstwo takich par to bastardzi. Igor zachował w pamięci jeden passus z książki profesora Davida Barasha, psychologa z University of Washington w Seattle:

„Powiada się, że tylko łabędzie są wierne, ale i to jest wierutnym kłamstwem. Jedynym gatunkiem, który nie popełnia cudzołóstwa, jest pasożyt o nazwie Diplozoon paradoxus. Dwa młode osobniki spotykają się we wczesnej fazie rozwoju i zrastają ze sobą, tworząc jeden organizm. Wszystkie inne zwierzęta są zdolne do zdrady”.

Dlatego o nic Ewy nie obwinia – kierował nią instynkt wpisany w geny ludzkiej rasy. Została jednak wychowana w określonych realiach społecznych, dlatego z pewnością czuje się winna i sądzi, że on już jej nie kocha i nie jest w stanie jej wybaczyć.

To nieprawda. Jest gotów na wszystko, włącznie z wysyłaniem sygnału, że zburzył czyjś świat, po to jedynie, żeby zrozumiała, że czeka na nią, chętnie zapomni o przeszłości i nie będzie zadawał żadnych pytań.

Na deptaku przy jednej z ławek jakaś dziewczyna rozkłada kramik ze świecidełkami i pamiątkami w dość tandetnym guście.

Tak, to moja ofiara, pierwszy sygnał dla Ewy, z pewnością właściwie odczytany przez odbiorcę. Igor przygląda się dziewczynie z rozrzewnieniem, a ona nawet się nie domyśla, że jeżeli wszystko ułoży się pomyślnie, za chwilę jej dusza uleci w niebo, wreszcie wolna od idiotycznego zajęcia, które nigdy nie da jej spełnienia najskrytszych marzeń.

– Ile to kosztuje? – pyta płynnie po francusku.

– Co pan wybrał?

– Wszystko.

Niespełna dwudziestoletnia dziewczyna uśmiecha się.

– Nie pierwszy raz to słyszę. Teraz będzie: „Może się przejdziemy? Jesteś piękna, marnujesz się tutaj. Jestem...”

– Nie, nie pracuję w filmie. Nie zrobię z ciebie aktorki i nie zmienię twojego życia. Nie interesują mnie te świecidełka. Chcę po prostu z kimś porozmawiać. Możemy to zrobić tutaj.

Dziewczyna spuszcza wzrok.

– Te świecidełka to dzieło moich rodziców. Wcale się nie wstydzę tego, co robię. Pewnego dnia ktoś pozna się na ich wartości. Niech pan sobie już idzie. Na pewno znajdzie się ktoś, kto pana chętnie wysłucha.

Igor wyjmuje z kieszeni plik banknotów i kładzie je przed nią delikatnie.

– Przepraszam, zachowałem się niegrzecznie. Chciałem tylko sprawdzić, czy uda mi się coś utargować. Jestem Igor Malev. Przyjechałem wczoraj z Moskwy i wciąż odczuwam różnicę czasu.

– Mam na imię Olivia – odpowiada dziewczyna, udając, że wierzy w jego kłamstwa.

Nie pytając o pozwolenie, siada obok niej. Dziewczyna odsuwa się nieznacznie.

– O czym chce pan rozmawiać?

– Weź najpierw pieniądze.

Olivia zastanawia się. Rozgląda się wokół, uznaje, że nie ma powodu do strachu. Wolnym dla ruchu pasmem suną pierwsze samochody, w kierunku plaży maszerują młodzi ludzie, do ich ławki zbliża się para staruszków. Dziewczyna wkłada pieniądze do kieszeni – nie przelicza ich, doświadczenie nauczyło ją oszacować przybliżoną kwotę jednym spojrzeniem. Jest tego dużo więcej, niż przyniósłby całodzienny utarg.

– Dziękuję – mówi Rosjanin. – O czym chcę z tobą rozmawiać? Właściwie o niczym ważnym.

– Musi pan tu być z jakiegoś powodu. Nikt bez przyczyny nie przyjeżdża do Cannes o tej porze roku, kiedy życie w mieście staje się nie do zniesienia zarówno dla mieszkańców, jak i dla turystów.

Igor spogląda na morze i zapala papierosa.

– Palenie szkodzi.

– Co jest dla ciebie sensem życia? – pyta, nie reagując na jej uwagę.

– Miłość.

Olivia uśmiecha się. Cudowny początek dnia – rozmowa o sprawach głębszych niż ceny pamiątek lub stroje.

– A dla pana? – pyta.

– Miłość, oczywiście. Dawniej liczyły się też pieniądze, bo chciałem pokazać moim rodzicom, na co mnie stać. Udało mi się i dzisiaj są ze mnie dumni. Spotkałem kobietę ideał, pobraliśmy się, chciałbym mieć dzieci, czcić Boga i wypełniać jego wolę. Dzieci niestety nie mam.

Olivia ma ochotę zapytać dlaczego, ale nie wypada. Mężczyzna kończy rozpoczętą myśl:

– Postanowiliśmy zaadoptować dziecko. Myśleliśmy o tym dwa, trzy lata. Ale wciąż coś się działo – podróże, przyjęcia, spotkania, negocjacje.

– Kiedy się pan do mnie przysiadł, myślałam, że mam do czynienia z jednym z tych ekscentrycznych milionerów, którzy szukają przygód. Tymczasem dobrze mi się z panem rozmawia.

– Myślisz czasami o przyszłości?

– Myślę. I chyba mam podobne marzenia. Oczywiście też chciałabym mieć dzieci – nie chce zranić swego rozmówcy. – ...jeżeli to będzie możliwe, rzecz jasna. Czasami Bóg ma inne plany.

On wydaje się nie słyszeć odpowiedzi.

– Na festiwal przyjeżdżają tylko milionerzy?

– Milionerzy, ludzie, którzy uważają się za milionerów i tacy, którzy milionerami chcą zostać. Przez kilka dni ta część miasta przypomina wielki dom wariatów. Każdy zachowuje się tak, jakby był pępkiem świata. Może z wyjątkiem osób naprawdę ważnych – ci bywają sympatyczni i nie muszą nic nikomu udowadniać. Nieczęsto kupują u mnie, ale przynajmniej uśmiechną się, powiedzą kilka miłych słów i odnoszą się do mnie jak do człowieka. A co pan tutaj robi?

– Bóg stworzył świat w sześć dni. Ale czym właściwie jest świat? Tym, co widzimy ty i ja. Kiedy ktoś umiera, unicestwieniu ulega jedna cząstka kosmosu. Wszystko, co czuł, czego doświadczył, co poznał znika na zawsze wraz z jego odejściem, tak jak znikają łzy w deszczu.

– „Jak łzy w deszczu”... Widziałam film, w którym pada ta kwestia. Nie pamiętam tylko tytułu.

– Nie przyjechałem, żeby płakać. Jestem tu po to, żeby wysłać sygnał pewnej kobiecie, którą kocham. To wymaga unicestwienia kilku światów.

Nic jej nie zaniepokoiło. Przeciwnie – roześmiała się. Ten dobrze ubrany, mówiący nienagannie po francusku, przystojny mężczyzna wcale nie wygląda na szaleńca. Nareszcie jakaś odmiana. Tyle się już nasłuchała: jesteś piękna, marnujesz się tutaj, ile kosztuje to, czy tamto, bardzo to drogie, przejdę się po mieście i wrócę trochę później (to nigdy nie następowało). Rosjanin miał przynajmniej poczucie humoru.

– Dlaczego trzeba unicestwiać świat?

– Żeby odbudować swój własny.

Olivia chciałaby go jakoś pocieszyć, ale boi się, że jak zwykle usłyszy: „Mogłabyś nadać sens mojemu życiu”. A wtedy uzna rozmowę za zakończoną, bo inaczej widzi swą przyszłość. Poza tym, czy to nie głupie doradzać komuś dużo starszemu i bardziej doświadczonemu?

Dobrze byłoby jednak dowiedzieć się więcej o jego życiu. Zapłacił przecież – i to dużo – za jej czas.

– Jak się pan chce za to zabrać?

– Znasz się na żabach?

– Na żabach?

– Jak dowodzą badania, żaba umieszczona w naczyniu wypełnionym wodą z jej własnego stawu zachowuje się zupełnie biernie przez cały czas, gdy podgrzewa się tę wodę. Nie reaguje na stopniowy wzrost temperatury, na zmianę warunków. I gdy temperatura osiągnie punkt wrzenia – zdycha. A przecież gdyby ją wrzucić do wrzątku, z całych sił będzie próbowała wyskoczyć, poparzona, ale żywa.

Olivia nie ma pojęcia, co to ma wspólnego z unicestwianiem świata.

– Zachowywałem się kiedyś, jak ta ugotowana żaba – ciągnie Igor. – Nie zauważałem zmian. Zdawało mi się, że wszystko jest w porządku, a to co złe szybko minie. Żyć mi się odechciało, bo straciłem to, co najważniejsze w życiu i zamiast zareagować, tkwiłem ciągle w wodzie, której temperatura podnosiła się z minuty na minutę.

– Co takiego pan stracił? – zdobywa się na odwagę Olivia.

– Prawda jest taka, że niczego nie straciłem. Los czasami rozdziela bliskich sobie ludzi, żeby uświadomić im, ile dla siebie znaczą. Ostatniej nocy na przykład widziałem swoją żonę w towarzystwie innego mężczyzny. Wiem, że chce do mnie wrócić. Wiem, że wciąż mnie kocha, ale brak jej odwagi, by uczynić ten pierwszy krok w moją stronę. Niektóre ugotowane żaby wierzą, że liczy się przede wszystkim posłuszeństwo, a nie umiejętność korzystania z własnych doświadczeń: ten, kto potrafi, przewodzi, a ten, kto ma dobrze w głowie, posłusznie wykonuje rozkazy. Jaki stąd morał? Taki oto, że lepiej się poparzyć, ale wyjść z opresji żywym i gotowym do działania. A ty chyba możesz mi w tym pomóc.

Olivia próbuje sobie wyobrazić, co mu chodzi po głowie. I co to za kobieta, która rzuca tak interesującego mężczyznę, znającego się na sprawach, o których dotąd nic nie wiedziała? Mimo młodego wieku, Olivia wie dobrze, że miłość nie kieruje się logiką. Jej chłopak bywa brutalem, nie raz ją już uderzył, a mimo to nie przeżyłaby jednego dnia bez niego.

O czym to rozmawialiśmy? O żabach. O tym, jak mogłaby mu pomóc. Ale to niemożliwe. Lepiej zmienić temat.

– W jaki sposób chce pan zniszczyć świat?

Igor wskazuje jedyny dopuszczony do ruchu pas jezdni przy bulwarze Croisette.

– Powiedzmy, że nie chcę, żebyś poszła na przyjęcie, lecz nie mogę ci tego zabronić. Czekam więc na godziny szczytu i porzucam samochód pośrodku tej jezdni. W dziesięć minut wzdłuż plaży powstanie gigantyczny korek. Kierowcy pomyślą: „To pewnie jakiś wypadek” i będą cierpliwie czekać. Po piętnastu minutach przybędzie policja i pomoc drogowa z autolawetą, żeby usunąć przeszkodę.

– To się tu często zdarza.

– Ale wyobraź sobie, że zanim zostawiłem samochód, rozsypałem naokoło gwoździe i kawałki grubego szkła – ostrożnie, żeby nikt nie zauważył. Wszystkie pomalowane na czarno, żeby nie było ich widać na asfalcie. Laweta wjeżdża na gwoździe, z opon uchodzi powietrze. Mamy więc już dwie zawalidrogi, a gigantyczny korek sięga aż na przedmieścia, gdzie pewnie mieszkasz.

– Ma pan bujną wyobraźnię. Ale i tak dla mnie to najwyżej godzinne spóźnienie.

– Mam też w zanadrzu inne sposoby – uśmiecha się Igor. – Powiedzmy, że zbiera się tłum śpieszących z pomocą, a ja rzucam mały pojemnik z gazem łzawiącym pod koła lawety. To na pewno wywoła panikę. Wsiadam szybko do samochodu i uruchamiam silnik, a jednocześnie rozlewam na tapicerkę trochę benzyny do zapalniczek i podpalam. W ostatniej chwili wyskakuję z wozu i oglądam scenę z boku: płomienie ogarniają samochód, sięgają do zbiornika z paliwem. Zbiornik wybucha i ogień przenosi się na następny samochód. Reakcja łańcuchowa. A do tego wszystkiego starczy jeden samochód, kilka gwoździ, granat łzawiący i niewielka ilość benzyny do zapalniczek...

– ...coś w tym rodzaju – Igor wyjmuje z kieszeni marynarki małą probówkę z odrobiną płynu. – Powinienem był to zrobić, kiedy Ewa zamierzała odejść. Opóźnić jej decyzję, zmusić, żeby przemyślała wszystko raz jeszcze, żeby rozważyła konsekwencje. Jeśli człowiek ma czas zastanowić się nad podjęciem decyzji, najczęściej rezygnuje. Żeby podjąć pewne kroki, potrzeba wielkiej odwagi. Byłem jednak zbyt dumny, myślałem, że jej przejdzie, że zrozumie swój błąd. Jestem przekonany, że teraz żałuje i chce do mnie wrócić. Ale żeby wróciła muszę unicestwić kilka światów.

Wyraz jego twarzy ulega nagłej zmianie. Olivii przestała się już podobać jego historia. Podnosi się z ławki.

– Muszę wracać do pracy.

– Zapłaciłem, żebyś mnie wysłuchała. Dałem ci więcej pieniędzy niż twój utarg.

Dziewczyna wkłada rękę do kieszeni, żeby wyjąć zwitek banknotów i w tej samej chwili widzi pistolet wymierzony prosto w jej twarz.

– Siadaj.

W pierwszej chwili chce uciekać. Para staruszków zbliża się wolnym krokiem.

– Nawet nie próbuj – ostrzega, jakby czytał w jej myślach. – Nie zastrzelę cię. Usiądź przy mnie i wysłuchaj do końca. Nie rób niczego głupiego, a nie użyję broni.

Różne myśli przelatują jej przez głowę. Może lepiej uciekać – ale ze strachu nogi się pod nią uginają.

– Siadaj – powtarza mężczyzna. – Nie strzelę, jeśli zrobisz, co ci każę. Obiecuję.

To szaleństwo strzelać w jasny dzień. Coraz więcej samochodów, coraz więcej ludzi udaje się na plażę, coraz więcej osób na chodnikach. Lepiej zrobić, jak każe. Zresztą nic innego jej nie pozostaje, bo robi się jej słabo.

Musi go przekonać, że nic z jej strony mu nie grozi. Musi wysłuchać do końca lamentu zdradzonego męża. A za chwilę pojawi się policjant – zwykle o tej porze tędy przechodzi. Wtedy rzuci się na ziemię i zacznie wzywać pomocy.

– Wiem dobrze, co czujesz – uspokaja mężczyzna. – Strach tak samo się objawia od zarania dziejów, od czasów, kiedy człowiek walczył z dzikimi bestiami o przeżycie: krew odpływa z twarzy, spod naskórka, co zmniejsza utratę krwi w przypadku powierzchownego zranienia, stąd bladość na twarzy. Następuje rozkurcz jelit i wydalanie ich zawartości, co chroni organizm przed skażeniem substancjami toksycznymi. Kończyny odmawiają posłuszeństwa, ciało zastyga w bezruchu, żeby nie prowokować napastnika nagłymi ruchami.

„To jakiś koszmarny sen”, myśli Olivia. Wspomina swoich rodziców. Zwykle siedzieliby obok niej na bulwarze, ale licząc na spory ruch, spędzili całą noc przy pracy, a teraz należał się im odpoczynek. Kilka godzin wcześniej kochała się ze swoim chłopakiem, mężczyzną jej życia, chociaż zdarza mu się podnieść na nią rękę. Tej nocy w tej samej chwili mieli orgazm, po raz pierwszy od bardzo dawna. Po śniadaniu nie wzięła prysznica. Czuła się wolna, pełna energii, zadowolona z życia.

Nie, to dzieje się naprawdę. Trzeba zachować spokój.

– Porozmawiajmy. Zapłacił pan za rozmowę. Nie zamierzam uciekać.

Igor przystawia lufę do żeber dziewczyny. Para staruszków przechodzi obok, spoglądają na nich, nie dostrzegają nic niezwykłego. Jak zwykle, młoda Portugalka o gęstych, czarnych brwiach i dziecinnym uśmiechu uwodzi jakiegoś mężczyznę. Nie pierwszy to raz, a ten, sądząc po stroju, musi mieć wypchany portfel.

Olivia próbuje oczami dać im jakiś sygnał. Jej towarzysz pozdrawia ich wesoło.

Przechodzą bez słowa. Nie rozmawiają z nieznajomymi. Nie zadają się z ulicznymi handlarzami.

– Porozmawiajmy – Rosjanin przerywa ciszę. – Nie zatrzymam ruchu ulicznego, obiecuję. Moja żona domyśli się, że przyjechałem, jak tylko zacznie otrzymywać sygnały. Nie zrobię tego, co wydaje się oczywiste. Nie pójdę do niej. To ona musi przyjść do mnie. Nie ma innej możliwości.

– Mogę jej przekazać wiadomość od pana. Proszę powiedzieć, gdzie się zatrzymała.

Mężczyzna wybucha śmiechem.

– Cierpisz na chorobę młodości: wam młodym wydaje się, że jesteście mądrzejsi od innych. Przecież gdybym pozwolił ci odejść, pierwsze kroki skierowałabyś na posterunek policji.

Olivia czuje, jak krew w niej zastyga. Czy będę tu siedzieć cały dzień? A może ją zastrzeli, bo zna jego twarz?

– Obiecał pan nie strzelać.

– Obiecałem i dotrzymam słowa. Ale nie bierz mnie za idiotę i zacznij się zachowywać jak dorosła.

Ma rację. Dorosła kobieta opowiedziałaby mu o swoim życiu. Być może uda jej się wzbudzić współczucie, wszak nie jest to uczucie obce nawet szaleńcom. Warto go przekonać, że i jej sytuacja nie przedstawia się różowo.

Obok nich przebiega chłopak z iPodem w uszach. Oddala się w szybkim tempie. Nawet nie zerknął w ich stronę.

– Żyję z człowiekiem, który zamienił moje życie w piekło i nie potrafię się od niego uwolnić.

Wyraz oczu Igora zmienia się nagle.

Chyba znalazła sposób na wydostanie się z pułapki. „Zachowaj ostrożność. Nie poddawaj się. Myśl o kobiecie, która go poślubiła. Bądź szczera”.

– Odsunął mnie od moich przyjaciół. Jest bardzo o mnie zazdrosny, a sam ugania się za kobietami. Ciągle mnie krytykuje, mówi, że brak mi ambicji. Zabiera wszystko, co zarobię.

Mężczyzna milczy, zapatrzony w morze. Deptak zaroił się od przechodniów. Co by się stało, gdyby wstała i zaczęła uciekać? Czy zastrzeliłby ją? Czy to na pewno prawdziwa broń?

Czuje, że dotknęła tematu, który może go interesować. Lepiej nie ryzykować, żeby nie popełnić jakiegoś głupstwa. Jeszcze przed chwilą w jego wzroku było tyle okrucieństwa.

– Mimo wszystko nie potrafię od niego odejść. Nawet gdybym spotkała kogoś lepszego, bogatszego, za nic bym go nie rzuciła. Nie jestem masochistką, jego znęcanie się nade mną nie sprawia mi przyjemności, po prostu go kocham.

Znowu poczuła lufę pistoletu. Musiała powiedzieć coś niewłaściwego.

– Nie jestem kanalią jak twój luby – cedzi słowa pogardliwym tonem. – Długo i ciężko pracowałem na to, co dziś mam. Nieraz odbierałem cięgi od życia. Walczyłem uczciwie, choć często bezkompromisowo. Zawsze byłem dobrym chrześcijaninem. Mam wpływowych przyjaciół. Nigdy nie okazałem się niewdzięcznikiem. Krótko mówiąc, nigdy niczego złego nie zrobiłem. Nigdy nie skrzywdziłem nikogo, kto stanął mi na drodze. Zawsze zachęcałem żonę do robienia tego, na co ma ochotę. I co z tego mam? Zostałem sam. Oczywiście zabijałem, kiedy wysłano mnie na tę głupią wojnę, ale nigdy nie straciłem kontaktu z rzeczywistością. Nie należę do tych straumatyzowanych weteranów wojennych, którzy wpadają do restauracji i opróżniają magazynek karabinu maszynowego. Nie jestem terrorystą. Mógłbym powiedzieć: życie obeszło się ze mną niesprawiedliwie, okradło mnie z tego, co najważniejsze, z miłości, ale są inne kobiety i wcześniej czy później ból rozłąki przeminie. Ale nie mogę. Znudziła mi się rola powoli zdychającej we wrzątku żaby.

– Skoro wie pan, że na świecie są inne kobiety, a ból nieodwzajemnionej miłości przemija, czym się pan martwi?

Teraz zachowywała się jak dorosła kobieta. Sama się dziwiła, że tak spokojnie rozmawia z szaleńcem.

Mężczyzna waha się przez chwilę.

– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Może zbyt często mnie porzucano. Może chcę dowieść samemu sobie, na co mnie stać. A może po prostu dla mnie istnieje ta jedna jedyna? Mam pewien plan.

– Jaki plan?

– Już ci mówiłem: burzyć kolejne światy, aż ona zrozumie, ile dla mnie znaczy. Aż pojmie, że zrobię wszystko, żeby ją odzyskać.

Policja!

Oboje widzą zbliżający się wóz policyjny.

– Przepraszam – mówi mężczyzna. – Chciałem porozmawiać z tobą dłużej, ale życie i ciebie nie oszczędza.

Olivia wie, że to koniec. Nie ma już nic do stracenia, próbuje więc wstać z miejsca, ale czuje dłoń nieznajomego na prawym ramieniu, jak gdyby tulił ją w czułym uścisku.

Samozaszczita biez Orużja, w skrócie Sambo, to znana wśród Rosjan sztuka walki, sztuka szybkiego likwidowania przeciwnika przy użyciu rąk. Rozwinęła się na przestrzeni wieków, w czasach, kiedy ludy wschodu broniły swego terytorium przed najeźdźcami. Przypomniał sobie o niej sowiecki aparat bezpieczeństwa i szeroko wykorzystywał do szybkiego pozbywania się ludzi niewygodnych. Podjęto nawet próbę wprowadzenia Sambo do programu Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Na szczęście wysiłki Rosjan, którzy jako jedyni w świecie potrafili się tą techniką posługiwać, spełzły na niczym.

I dobrze. Dzięki temu niewielu potrafi to robić.

Prawym kciukiem Igor uciska tętnicę szyjną Olivii, odcinając dopływ krwi do mózgu, lewą ręką określony punkt w okolicach jej pachy, wywołując paraliż wszystkich mięśni. Żadnych konwulsyjnych ruchów. Wystarczy odczekać dwie minuty.

Dziewczyna wygląda, jakby spała w jego ramionach. Radiowóz przejeżdża za ich plecami, pasmem dla pojazdów uprzywilejowanych. Policjanci nawet nie zauważają obejmującej się pary. Mają inne problemy na głowie – przede wszystkim pilnować, żeby ulice były przejezdne – zadanie niemożliwe do spełnienia w obecnych warunkach. Właśnie nadeszła wiadomość, że pijany milioner rozbił wóz kilka kilometrów stąd.

Z głową dziewczyny wspartą na ramieniu, Igor pochyla się i sięga po rozpostartą na ziemi chustę, na której wyeksponowane były wątpliwej klasy błyskotki. Sprawnie składa materiał i przygotowuje z niego zaimprowizowaną poduszkę.

Upewnia się, że nikt ich nie widzi, a potem delikatnie układa nieruchome ciało dziewczyny na ławce. Olivia wydaje się spać, śnić o przepięknym letnim dniu, albo o znęcającym się nad nią ukochanym.

Tylko para staruszków widziała ich razem. A gdyby nawet policja uznała, że to morderstwo – co mało prawdopodobne ze względu na brak widocznych śladów – staruszkowie opiszą sprawcę jako blondyna, a może szatyna, starszego lub młodszego niż w rzeczywistości. Nie ma najmniejszych powodów do paniki. Ludzie nigdy nie zwracają uwagi na to, co się wokół nich dzieje.

– No widzisz, dotrzymałem słowa. Nie strzeliłem – szepce, składając pocałunek na czole śpiącej.

Odchodzi wolnym krokiem. Po chwili czuje straszliwy ból głowy. Normalna reakcja: po ekstremalnym napięciu krew napływa do mózgu ze wzmożoną siłą.

Mimo to jest szczęśliwy. Wcielił w życie pierwszy punkt misternego planu.

Rzeczywiście jest w stanie dopiąć swego. Ma też dodatkowe powody do zadowolenia: wyzwolił biedną duszę ze słabego ciała, uwolnił duszę, która nie potrafiła się oprzeć przemocy pospolitego tchórza. Gdyby to miało trwać dłużej, dziewczyna wpadłaby w depresję, straciła dla siebie szacunek, całkowicie uległaby woli kochanka.

Z Ewą jest inaczej. Zawsze samodzielnie podejmowała decyzje. Wspierał ją moralnie i finansowo, kiedy postanowiła otworzyć własny butik. Podróżowała, kiedy i ile zapragnęła. Był wzorowym mężem. A mimo to popełniła błąd: nie potrafiła docenić jego miłości, ani jego wyrozumiałości. Jednak liczył, że dotrą do niej wysłane przez niego sygnały. Przecież w dniu, w którym odeszła, poprzysiągł zniszczyć cały świat, żeby ją odzyskać.

Wyjmuje tanią komórkę na kartę, którą kupił tylko po to, żeby wysyłać do niej wiadomości. Wystukuje krótkiego esemesa.

11:00

Podobno wszystko zaczęło się od nikomu nieznanej francuskiej dziewiętnastolatki, która w bikini pozowała fotografom na plaży podczas festiwalu w Cannes w 1953 roku. W krótkim czasie stała się gwiazdą, a imię Brigitte Bardot obrosło legendą. Odtąd każda dziewczyna wierzy, że jej się też uda. Żadna nie ma pojęcia o aktorstwie, wszystkie liczą tylko na własną urodę.

To dlatego długonogie tlenione blondynki pokonują tysiące kilometrów, żeby znaleźć się w Cannes, całymi dniami leżeć plackiem na plaży i czekać, aż ktoś je sfotografuje i odkryje. Chcą uniknąć pułapki, jaka nieuchronnie czeka każdą kobietę: roli wzorowej gospodyni, rano odprowadzającej dzieci do szkoły, wieczorem czekającej na męża z kolacją, a przez resztę dnia pilnie obserwującej sąsiadów, żeby zebrać materiał do plotek z przyjaciółkami przy kawie. Długonogie blondynki pragną sławy, świateł reflektorów i przepychu. Chcą wzbudzać zazdrość wśród mieszkańców miasteczek, z których pochodzą, wśród dziewczyn i chłopaków, którzy traktowali je z góry i nawet przez myśl im nie przeszło, że kiedyś brzydkie kaczątka zamienią się w piękne łabędzie. Kariera w fabryce snów to jedyny cel, który się liczy. Nawet jeżeli trzeba się zapożyczać na silikon czy seksowne kiecki. Szkoła aktorska? Bzdura! To zbędne. Wystarczy ładna buzia i kontakty. Kino czyni cuda. Pod warunkiem, że uda ci się wejść do świata X muzy. Zrobią wszystko, żeby się wyrwać z małomiasteczkowej monotonii. Milionom ludzi nie przeszkadza takie życie, niech więc sobie tam siedzą. Ale jeśli przyjeżdżasz do Cannes, zostaw strach w domu i bądź gotowa na wszystko: na podejmowanie ryzykownych decyzji, na kłamanie, kiedy wymaga tego sytuacja, na zaniżanie wieku, na uśmiechanie się do tych, którymi się brzydzisz, na interesowanie się tymi, którzy cię nudzą, na mówienie „kocham” bez względu na konsekwencje, na wbijanie przysłowiowego noża w plecy przyjaciółce, która ci kiedyś podała pomocną dłoń, a obecnie stała się znienawidzoną rywalką. Przyj do przodu, wyzbądź się wszelkich skrupułów i poczucia wstydu. Nagroda zrekompensuje wszystkie poniesione ofiary.

Sława. Blask i przepych.

Takie rozważania irytują Gabrielę. Nie najlepszy początek dnia. Zwłaszcza kiedy ma się kaca.

Jedno jest pocieszające: tym razem nie obudziła się w łóżku w apartamencie pięciogwiazdkowego hotelu, obok faceta, który ciska jej ciuchy w twarz i każe się wynosić, bo ma ważniejsze sprawy na głowie.

Podnosi się z posłania i rozgląda po mieszkanku w poszukiwaniu przyjaciółek. Oczywiście już wyszły. Oblegają teraz bulwar Croisette, baseny i hotelowe bary, próbują dostać się na jachty i proszone obiady. Na podłodze małej kawalerki, wynajętej za istną fortunę na okres festiwalowy, leży pięć materacy. Wokół nich porozrzucane ubrania, bielizna, walają się dziesiątki butów i wieszaki. Żadnej nie przyszło do głowy, żeby to pozbierać i ułożyć w szafach.

„Ubrania zabierają więcej miejsca niż ludzie”.

O czymś z kolekcji Saaba, Lagerfelda, Versacego czy Gallianiego mogą tylko marzyć. Żadnej z nich nie stać na taki luksus. Ale i tak to, co mają, zaścieła całą powierzchnię mieszkania: bikini, minispódniczki, krótkie koszulki, buty na platformie, tony kosmetyków.

„Kiedyś będę się ubierała, jak zechcę. Potrzebuję tylko jednej jedynej szansy”.

Dlaczego potrzebuje tej szansy?

To bardzo proste. Bo wie, że jest najlepsza, i to wbrew temu, że  jej kiepskie wyniki w szkole rozczarowały rodziców. W końcu dowiodła samej sobie, że potrafi radzić sobie z trudnościami, porażkami i frustracjami. Urodziła się, żeby błyszczeć i zwyciężać. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

„A kiedy już osiągnę to, o czym zawsze marzyłam, zapytam siebie: kochają mnie dla mnie samej, czy też dlatego, że jestem sławna?”.

Zna kilku znanych aktorów teatralnych, którzy mimo odniesionego sukcesu poza sceną są nieszczęśliwi, pełni wątpliwości, niepewni jutra. Wybrali aktorstwo, by wcielać się w inne postacie i żyją w obawie przed jednym fałszywym krokiem, który może przekreślić ich kariery.

„Ja jestem inna. Zawsze byłam sobą”.

Czy to prawda? A może na jej miejscu każda dziewczyna pomyślałaby tak samo?

Wstaje i parzy sobie kawę. W kuchni panuje straszliwy bałagan. Żadna z dziewczyn nie wpadła na pomysł, żeby po sobie pozmywać. Nie rozumie, czemu obudziła się w tak fatalnym nastroju i skąd biorą się wszystkie wątpliwości. Jest dobra w tym, co robi, całą duszą poświeciła się swojej pracy, a wygląda na to, że nikt nie dostrzega jej talentu. Zna ludzką naturę. Wie, że przed walną bitwą musi szukać sprzymierzeńców wśród mężczyzn, i że koniecznie trzeba się pośpieszyć. Ma dwadzieścia pięć lat i za chwilę będzie za stara na karierę w fabryce snów. Mężczyzn może podsumować w trzech punktach:

nie są tak zdradliwi jak kobiety,

nigdy nie zwracają uwagi na damski strój – zawsze rozbierają kobietę wzrokiem,

wystarczą ładne piersi, uda, pośladki i płaski brzuch, a już masz ich u swoich stóp.

Ponieważ powyższe punkty nie są też obce jej rywalkom, Gabriela przywiązuje szczególną wagę do punktu trzeciego. Uprawia aerobik, biega, unika cudownych diet i pozornie wbrew logice ubiera się z dyskretną elegancją. Do tej pory to się sprawdzało i uchodziła za młodszą niż w rzeczywistości. Ma nadzieję, że zadziała także w Cannes.

Piersi, pośladki, uda. Niech się gapią do woli, ale pewnego dnia pokaże im, na co ją stać.

Popija kawę w zadumie. Chyba już wie, czemu przypisać brak humoru. Miasto jest pełne najpiękniejszych kobiet świata! Sama nie jest brzydka, ale w porównaniu z nimi nie ma żadnych szans. Dlatego musi szybko zdecydować, co robić dalej. Długo się wahała, czy w ogóle przyjechać. Ma niewiele pieniędzy i mało czasu, żeby załatwić kontrakt. Przez dwa pierwsze dni chodziła po agencjach, rozdawała swoje CV i zdjęcia. Wszystko, co zdołała osiągnąć, to zaproszenie na wczorajszy bankiet w kiepskiej restauracji z piekielnie głośną muzyką. Nie pojawił się na nim nikt z Superklasy. Dla kurażu wypiła trochę za dużo. Skończyło się na tym, że nie wiedziała, gdzie jest i co robi. Wszystko wydawało jej się dziwaczne – Europa, sposób, w jaki ludzie się ubierają, różnorodność języków, przyklejone uśmiechy. Wśród bębniącej muzyki, wywrzaskiwanych plotek o cudzym życiu i pomstowania na klasy uprzywilejowane, każdy z obecnych marzył tylko o tym, żeby się znaleźć na którymś z największych bankietów.

Gabriela ma dość rozmów o tzw. niesprawiedliwości klas uprzywilejowanych. Wybrańcy są po prostu tacy, jacy są i kropka. Zadają się z tymi, z którymi chcą i nie muszą się przed nikim tłumaczyć. Dlatego Gabrieli potrzebny jest plan. Wiele innych dziewczyn, którym przyświeca ten sam cel (bez krzty talentu, rzecz jasna), biega po mieście, na prawo i lewo rozdając swe CV i zdjęcia. Producenci filmowi zgromadzili już pewnie stosy papieru, filmów na DVD i wizytówek.

Jak wyróżnić się z tej całej masy?

Musi pomyśleć. To ostatnia szansa. Wszystko wydała na podróż. No i, nie da się ukryć, starzeje się. Ma już aż dwadzieścia pięć lat. To naprawdę ostatni dzwonek.

Dopijając kawę wygląda przez kuchenne okienko na ślepą uliczkę na dole, na sklep tytoniowy i dziewczynkę jedzącą czekoladę. Tak, to jej ostatnia szansa. Ma nadzieję, że wszystko zakończy się pomyślnie, nie tak, jak podczas jej debiutu scenicznego.

Wraca do przeszłości. Przypomina sobie jedenastoletnią uczennicę jednej z najdroższych szkół w Chicago, dziewczynkę przygotowującą się do wyjścia na scenę. Jej późniejsze pragnienie zwycięstwa nie narodziło się z gromkich oklasków zgromadzonej na szkolnym przedstawieniu publiczności: matek, ojców, krewnych, nauczycieli.

Wszystko potoczyło się inaczej. Grała Szalonego Kapelusznika w Alicji w Krainie Czarów. Tę jedną z najlepszych ról otrzymała pokonując w castingach wiele koleżanek i kolegów.

Jej pierwsza kwestia brzmiała: „Powinnaś ostrzyc sobie włosy”. Na co Alicja odpowiadała: „A pan powinien oduczyć się robienia przycinków, panie Kapeluszniku”.

Kiedy po wielu próbach nadszedł długo oczekiwany moment, miała taką tremę, że pomyliła tekst i rzekła: „Powinnaś przedłużyć sobie włosy”. Dziewczynka grająca Alicję spokojnie wypowiedziała swą kwestię i nikt na widowni niczego nie zauważył. Ale Gabriela wiedziała, że się sypnęła, i ze zdenerwowania straciła głos. Bez Szalonego Kapelusznika nie mogli kontynuować. Przez chwilę zapanowała konfuzja, a potem na znak nauczycielki kurtyna opadła. Z zalaną łzami buzią Gabriela uciekła ze sceny i ze szkoły, podczas gdy po przerwie młodzi aktorzy przeszli od razu do sceny krykieta u Królowej. Ale o tym dziewczynka dowiedziała się następnego dnia, i chociaż nauczycielka pocieszała dzieci, że nie miało to żadnego wpływu na całość przedstawienia, bo w historii Alicji w Krainie Czarów brak wszelkiej logiki, Gabriela była zdruzgotana, a do tego podczas przerwy dzieci dały jej niezły wycisk.

Nie po raz pierwszy wdała się w bójkę z rówieśnikami. Nauczyła się bronić przed silniejszymi i atakować słabszych, zdarzało się to przynajmniej raz w tygodniu. Tym jednak razem poddała się karze bez słowa skargi, bez jednej łzy. Napastników tak zaskoczyła jej reakcja, że szybko dali sobie spokój, bo chcieli zobaczyć jej łzy, usłyszeć krzyki. A że przyjmowała razy z pokorą, szybko stracili motywację. Tymczasem po każdym celnym ciosie, Gabriela powtarzała sobie w duchu: „Zostanę wielką aktorką. Kiedyś tego pożałują”.

Kto twierdzi, że dzieci nie są w stanie decydować o swojej przyszłości?

Dorośli.

Bo kiedy dorastamy, nabieramy przekonania, że posiedliśmy wszystkie rozumy i zawsze mamy rację. Podobne przeżycia na pewno były udziałem niejednego dziecka grającego w szkolnych przedstawieniach, a po takim doświadczeniu prawie każde na zawsze rezygnowało z kariery aktorskiej, ze świateł jupiterów i oklasków publiczności. Ale nie Gabriela, która do jedenastego roku życia nie przegrała żadnej batalii, i należała do najbystrzejszych, najładniejszych i najlepszych uczennic w klasie. Podjęła decyzję: „Ja im jeszcze pokażę!”.

Odpowiadać ciosem na cios to jedno, ale nosić w sobie przez całe życie ślady porażki to sprawa daleko poważniejsza. Jak wiadomo, przeżyte w dzieciństwie głupie sypnięcie się w szkolnym przedstawieniu, potknięcie się w tańcu, komentarze o patykowatych nogach, czy kapuścianej głowie, mogą mieć dwojaki skutek.

Niektórzy wybierają zemstę i starają się osiągnąć jak najlepsze rezultaty w dziedzinie, w której uchodzili za słabeuszy. „Jeszcze mi pozazdrościcie”, myślą.

Jednak większość godzi się z porażką i od tej pory wszystko układa się coraz gorzej. Brak im wiary w siebie, z pokorą przyjmują przeciwności losu (chociaż marzą o wolności). Pobierają się, żeby dowieść, że nie są tak brzydcy, jak to wmawiali im koledzy (chociaż sami uważają się za wyjątkowo nieatrakcyjnych). Płodzą dzieci, żeby nikt nie posądził ich o bezpłodność (chociaż nigdy nie chcieli potomstwa). Dobrze się ubierają, żeby nikt ich nie posądził o brak smaku (chociaż dobrze wiedzą, że wszyscy krytykują ich wygląd).

Po tygodniu epizod ze szkolnego przedstawienia poszedł w zapomnienie. Gabriela poprzysięgła sobie, że kiedyś wróci do szkoły jako światowej sławy aktorka, otoczona asystentami, ochroniarzami, fotografami i tłumem fanów. Zagra w Alicji w Krainie Czarów, a dochód z przedstawienia przeznaczy na sieroty. Będą o niej pisać wszystkie gazety, a dawni koledzy szkolni powiedzą: „Graliśmy z nią w tej samej sztuce!”

Matka chciała, żeby została chemikiem. Po ukończeniu szkoły średniej, rozpoczęła więc studia w Instytucie Technologii w Illinois. W ciągu dnia uczyła się o proteinach i strukturze benzenu, a wieczorami obcowała z Ibsenem, Cowardem i Szekspirem. Z pieniędzy otrzymywanych od rodziców na zakup odzieży i książek, opłacała szkołę teatralną, gdzie pracowała pod kierunkiem najlepszych mistrzów. Zbierała sporo pochwał. Śpiewała (bez wiedzy rodziców) w chórku z grupą rockową i tańczyła taniec brzucha w przedstawieniu Lawrence z Arabii.

Przyjmowała każdą propozycję w nadziei, że pewnego dnia wśród publiczności znajdzie się ktoś, kto zaproponuje jej prawdziwe przesłuchanie. A wtedy jej starania i walka o miejsce w świetle jupiterów zostaną uwieńczone sukcesem.

Mijały lata. Gabriela grała w reklamach telewizyjnych pasty do zębów, pracowała jako modelka. Raz o mało nie przyjęła propozycji pracy jako hostessa towarzysząca biznesmenom. Bardzo potrzebowała wtedy pieniędzy na przygotowanie portfolio dla najpoważniejszych agencji w Stanach Zjednoczonych. Na szczęście Bóg czuwał, a nigdy nie straciła wiary w Niego. Tego samego dnia zaproponowano jej statystowanie w wideoklipie japońskiej piosenkarki, który kręcono pod wiaduktem napowietrznej linii kolejowej przecinającej Chicago. Zarobiła wyjątkowo dużo, bo producenci wykorzystali nieznajomość rynku zagranicznego klienta. Dzięki temu sfinansowała wymarzone portfolio, które kosztowało dużo więcej, niż sobie wyobrażała.

Zawsze powtarzała sobie, że to początek kariery, tymczasem dni i miesiące mijały w zawrotnym tempie. W szkole teatralnej miała szansę na rolę Ofelii w Hamlecie, ale życie zaoferowało jej jedynie reklamy dezodorantów i kremów do pielęgnacji ciała. Chodziła po agencjach ze swoim portfolio i listami polecającymi od profesorów, przyjaciół i ludzi, z którymi pracowała. Wszędzie spotykała tłumy dziewczyn jak ona, uśmiechniętych i nienawidzących się nawzajem, gotowych na wszystko, byle „zaistnieć” – jak to się mówi w tych kręgach.

Godzinami czekała na swoją kolejkę, czytając o medytacji i pozytywnym myśleniu. W końcu zasiadała w fotelu przed agentem (mężczyzną lub kobietą), który odkładał na bok listy polecające i bez słowa komentarza przeglądał fotosy. Zapisywał jej dane, z rzadka po jakimś czasie zapraszał na przesłuchania, z których jedno na dziesięć kończyło się pomyślnie. Z całym swoim talentem (bo ciągle wierzyła, że ma talent) stawała przed kamerami i grupą źle wychowanych ludzi, którzy rzucali rozkazy: Rozluźnij się! Uśmiech! Obrót w prawo! Opuść głowę! Zwilż wargi!

A jaki był tego efekt? Kolejna reklama nowej marki kawy.

A co się działo jeśli agent nie dzwonił? Czuła się odrzucona. Z czasem nauczyła się z tym żyć. Uznała porażki za próbę wytrwałości i wiary we własne siły. Nie dopuszczała do siebie prawdy, że szkoła teatralna, listy polecające, wszystkie wymienione w CV rólki na trzeciorzędnych scenach, nie miały absolutnie...

Dzwoni komórka.

... żadnego znaczenia.

Komórka ciągle dzwoni.

Jest wciąż daleko myślami, kiedy tak patrzy na sklep tytoniowy i dziewczynkę zajadającą czekoladki, kiedy nagle wraca do teraźniejszości i chwyta za telefon.

Głos po drugiej stronie informuje, że za dwie godziny ma się stawić na przesłuchanie.

Idzie na przesłuchanie!

W Cannes!

Opłaciło się przelecieć ocean, wylądować w obcym mieście, gdzie hotele są przepełnione, poznać na lotnisku dziewczyny takie jak ona (jedna Polka, dwie Rosjanki i Brazylijka), błąkać się od drzwi do drzwi w poszukiwaniu noclegu, płacić fortunę za nędzne mieszkanko. Wreszcie się udało – po latach bezowocnych spotkań z agentami w Chicago, w Los Angeles, po drobnych epizodach i występach w reklamie, po wszystkich przeżytych upokorzeniach, odnalazła swą przyszłość w Europie!

Za dwie godziny?

Nie może pojechać autobusem, bo nie zna rozkładu. Mieszka na szczycie stromego wzgórza i dotąd była w centrum tylko dwa razy – żeby zanieść swoje portfolio agentom i na tym koszmarnym bankiecie ostatniej nocy. Na dole łapała okazję – zatrzymywali się samotni panowie w drogich kabrioletach z podniesionym dachem. Każdy wie, że w Cannes jest bezpiecznie, a uroda pomaga w tego rodzaju sytuacjach. Dziś jednak nie może ryzykować, problem transportu musi sama rozwiązać. Na castingu punktualność to podstawa. Tego ją nauczyły kontakty z agencjami aktorskimi. Poza tym, jak zdążyła zauważyć, miasto jest zwykle zakorkowane. Trzeba się więc ubrać i ruszać jak najszybciej. W dziewięćdziesiąt minut powinna dotrzeć do hotelu, w którym zatrzymał się producent. Zapamiętała ten hotel, bo biegając wczoraj po mieście w poszukiwaniu swojej szansy, również i tam zachodziła.

Teraz odwieczny problem: „W co się ubrać?”

Rzuciła się na walizkę. Wybrała dżinsy od Armaniego, wyprodukowane w Chinach i kupione na bazarze w Chicago za jedną piątą ceny. Nikt nie powiedziałby, że to podróbka. Wiadomo, że 80% swojej produkcji chińskie fabryki wysyłają do firmowych sklepów, a pozostałe 20%, nazwijmy to nadwyżką, jest sprzedawane „na boku” przez samych zatrudnionych.

Do tego biała koszulka DKNY, dużo droższa od spodni. Wierna swoim zasadom wie, że dyskretny styl się opłaca. Precz z kusymi spódniczkami i głębokimi dekoltami. Musi się wyróżnić z tłumu innych dziewczyn na castingu.

Zastanawia się jeszcze nad makijażem. W końcu wybiera jasny podkład i subtelny odcień kredki do ust. Straciła na to cenny kwadrans.