47,90 zł
Wreszcie nadszedł dzień ślubu.
Królowa dżinnów i tajemniczy władca Tulanu mają wziąć ślub podczas ceremonii pełnej magii – ale Cyrus, związany krwawą przysięgą ze swoją narzeczoną, nie znajduje w tym związku żadnego powodu do świętowania. Coraz bardziej zakochuje się w jedynej osobie, która z mocy przysięgi jest zobowiązana go zabić.
Spętana starożytną, niezłomną magią Alizeh może wypełnić proroctwo i wyzwolić swój lud tylko wtedy, gdy dopilnuje, by Cyrus zginął z jej ręki. On zaś musi cierpliwie czekać na swój kres, podczas gdy książę Kamran zbliża się nieubłaganie, gotów zająć jego miejsce u boku Alizeh.
Widmo morderstwa staje się coraz bardziej realne, a tymczasem legendarny ślub ściąga na nich śmiertelnie niebezpieczną uwagę. By przygotować się do wojny i ochronić swój lud, Alizeh musi wreszcie w pełni przebudzić swoją magię i wyprzedzić wrogów, którzy zrobią wszystko, by ją powstrzymać.
Alizeh i Cyrus, wraz z Kamranem i przyjaciółmi z Ardunii, muszą uciec na grzbietach smoków, by rozpocząć niebezpieczną wyprawę w legendarne góry Aryi, gdzie czeka na nich ogrom prawdy, magicznych odkryć i nowych sprzymierzeńców. Każda lojalność zostanie wystawiona na próbę, każda ciemność – obnażona, a gdy wstrząsające sekrety króla w końcu wyjdą na jaw...
Nic i nikt nie będzie już takie same.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 434
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: Every Spiral of Fate
Copyright © 2025 by Tahereh Mafi
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Weksej, 2026
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska
Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Dymkowska
Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska
Korekta: Magdalena Owczarzak, Sandra Popławska
Ilustracja na okładce: Alexis Franklin
Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-62-8
Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
WE NEED YA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.weneedya.pl
Cyrus był w piekle.
Nie miał poczucia świadomości; nie potrafił powiedzieć, w jakiej krainie się znalazł. Czuł tylko, że powoli zalewa go ciemność; dym wdarł się do dróg oddechowych, złowrogie przeczucie zaciskało się wokół kości.
Diabeł był blisko.
Cienie poruszały się dookoła, zakradały do oczu; czarne smugi zwijały się na obrzeżach pola widzenia niczym plugawe języki. W uszach brzęczały dźwięki mrożące krew w żyłach, wszystko spowijał odór śmierci; przez mrok jego umysłu przedzierały się snopy światła, co jeszcze bardziej go dezorientowało. Głowa ciążyła mu od majaków, usychał z pragnienia, był na wpół ślepy. Rytmiczne skurcze szarpały go za kończyny, za oczami pulsował ostry ból, źrenice szybko się rozszerzały. Czuł się tak, jakby jego umysł i ciało stanowiły osobne byty, jakby jego fizyczna postać tkwiła gdzie indziej, może po drugiej stronie pokoju. Dotarło do niego, jakby z oddali, że nie ma na sobie pełnego odzienia.
Nie wiedział, gdzie jest.
Ledwo miał świadomość, kim jest.
– Cyrus?
Drgnął gwałtownie na dźwięk własnego imienia i cofnął się odruchowo. Nogi zaplątały mu się w miękkie prześcieradła, głowa napotkała twardy opór, a po czaszce rozszedł się ból.
Jej głos.
Bardziej ją poczuł, niż zobaczył, jej sylwetka rozmazała się przed nim, jakby widziana przez spaczone szkło. Nie powinno jej tu być. Wzrok go zawodził, myśli przytłaczał żar. Walczył o oddech.
Czy on śnił?
Nie potrafił już oddzielić dnia od nocy; gorączka mąciła mu w głowie. Cyrus dobrze wiedział, po czym rozpoznać diabła; nauczył się przewidywać te przerażające chwile, które poprzedzały nadejście Iblisa, zapowiadały okrucieństwo i rozlew krwi. Ta halucynacja była bez wątpienia jakimś parszywym skrzywieniem rzeczywistości albo nowym, potwornym wstępem do tortur. Cyrus nie chciał zbrukać istoty Alizeh skazą diabła, nie chciał, by znalazła się choćby w pobliżu zgniłego oddechu napierającego na jego zmysły, rozchodzącego się po skórze…
Zesztywniał. Żołądek podszedł mu do gardła; narastało w nim znajome przerażenie, a wraz z nim wzbierała odraza…
– Nie – krzyknął. – NIE…
– Twą duszę chcieliśmy splamić – wyszeptał diabeł – obmyć przez krew i dług. Twój umysł chcieliśmy omamić, zakuć w żałości ból…
– Odejdź – powiedział rozpaczliwie Cyrus. – Odejdź ode mnie…
– Ot tak złamaliśmy ci serce – ciągnął Iblis – powody swoje mamy. Te lata milczenia i gniewu, samotność już za nami…
– Ale ja nie chcę cię opuszczać…
Oddech uwiązł mu w gardle. To był jej głos, znowu.
Boże, jej głos.
Teraz zdawało mu się, że ją widzi – że widzi ją przed sobą niby pryzmatyczne widmo o roztartych konturach, całą zalaną światłem. Zamrugał, a za nią okno otworzyło się na oścież, jakby przydając jej skrzydeł, i wtedy zrozumiał, choć serce łomotało mu rozpaczliwie w piersi, że nie może już ufać własnym oczom.
– Na zawsze już będziesz nasz – wyszeptał Iblis.
Czy to był sen?
W przypływie paniki Cyrus przebiegł niewidzącym spojrzeniem po pomieszczeniu, ale głosy nie chciały umilknąć…
– Na zawsze już będziesz nasz – powtórzył diabeł – rzadko uczciwie gramy…
– Proszę – powiedziała – pozwól mi zostać…
– Lecz winszujemy ci szczerze, królu niechętny, niechciany…
– Niczego od ciebie nie chcę – krzyknął. – Odejdź… odejdź…
– Cyrus…
Znowu gwałtownie się cofnął i jeszcze raz uderzył głową o twardą powierzchnię, aż za gałkami ocznymi rozbłysnął ból.
– Chcę ci tylko pomóc – powiedział anioł, ruszając nagle w jego stronę.
Cyrus wziął rwany oddech.
Wyglądała tak, jakby była bezcielesnym kręgiem światła, rozwarstwieniem blasku, i w tym momencie zrozumiał, że to jego sny sączą się do rzeczywistości… że całkiem postradał zmysły…
Oszalał.
– Nigdy nie przyszło nam przegrać, na gwiazdy przysięgamy. Nigdy nie weźmiesz dziewczyny, jej los jest z naszym związany…
– NIE – wykrzyknął. Czuł się obłąkany, rozgorączkowany. – Odejdź ode mnie… Zostaw mnie w spokoju…
– Lecz winszujemy ci szczerze, królu niechętny, niechciany. Na zawsze już będziesz nasz, czasem uczciwie gramy…
– Nie opuszczę cię – powiedziała, choć nie wiedział, skąd dobiega głos. Jej twarz była całkowicie nierozpoznawalna, zacierała się w promiennym świetle. – Nie porzucę cię w tym stanie…
Cyrus cały się trząsł, stracił panowanie nad własnym ciałem.
– Och, błazen raduje się wielce, widząc twoje strapienie! W zamian za to wypełni twoje wielkie pragnienie…
– Nie chcę od ciebie niczego poza tym, co mi się należy! – wybuchnął, oddychając ciężko. Kropla potu potoczyła się po jego gardle i rozprysła na obojczyku. – Odejdź ode mnie…
Diabeł się przybliżył, a Cyrus zastygł w napięciu, przeszywany odrazą, podczas gdy mroczne szemranie wnikało w niego coraz głębiej.
– By podróż była łatwiejsza – rzekł cicho Iblis – by moc sławetną odnaleźć, damy dziewczynie wziąć książkę, za chwilę się to stanie…
– Co się dzieje? – spytał anioł. – Powiedz mi, co jest nie tak…
Podeszła jeszcze bliżej, a Cyrus odskoczył od jej pałającej łuny, spadł z jakiejś półki i runął ciężko na ziemię.
– Przestań – krzyknął zduszonym głosem. – Przestań…
Jego ciało zaplątało się w jakąś tkaninę, więc zaczął szarpać za materiał z obłąkańczą wściekłością, której nie potrafiłby wyjaśnić.
– Przerwiemy nasze tortury. Skończy się krwi toczenie. Nie chcemy cię dłużej dręczyć. Damy ci już wytchnienie…
– Cyrus…
– Niczego mi nie dasz – wydusił, walcząc z prześcieradłami. – Nie chcę od ciebie niczego poza tym, co mi się należy…
– Proszę…
– Winszujemy ci szczerze, królu niechętny, niechciany; ot tak złamaliśmy ci serce, powodów uczciwych nie mamy…
– ODEJDŹ… ODE MNIE… – wrzasnął.
Alizeh szyła w kuchni przy świetle gwiazd i ognia, siedząc – jak to często robiła – skulona wewnątrz kominka. Skośne promienie księżyca wpadały przez okna o przeszkleniach w romby i spowijały ją srebrzystym blaskiem, podczas gdy ona zręcznie wyszywała złocone róże, a metaliczne nici migotały na tle płomieni. Jej ręce poruszały się ze zwodniczą wprawą, a wyćwiczone gesty nadawały tej uciążliwej pracy pozór tak niewielkiego wysiłku, że niejeden zapatrzony idiota nabierał śmiałego przekonana, iż sam mógłby uszyć komplet ślubny w ciągu paru godzin, gdyby tylko miał na to czas.
– To wcale nie wygląda na trudne – zwrócił się chłopiec stajenny do woźnicy, z twarzą przyklejoną do szyby. Chłopak zamrugał, zamazując szkło pod jednym z szeroko otwartych oczu. – Szybkie i proste, nie? Nie wiem, o co wszyscy robią tyle hałasu.
Woźnica, szpakowaty mężczyzna, który pewnego razu zasłużył sobie na uśmiech Alizeh, i to w biały dzień, trzepnął chłopaka, po czym pociągnął go z powrotem do stajni. – Niewdzięczny dureń – wymamrotał, rzucając groźne spojrzenie na grupkę nowo przybyłych gapiów, którzy wpychali się na zwolnione miejsca przy oknie.
Byli to kolejno kowal, pasterz i łuczarz, ale akurat teraz porzucili swoje rzemiosło na rzecz pospolitego zajęcia polegającego na przylepianiu policzków i nosów do królewskiego okna. Od czasu do czasu ciepłe tchnienie wymienianych plotek mgliło widok na przedmiot wszystkich ich rozmów; niemal słychać było pisk rękawa przecierającego kręgi na szybie.
Alizeh zdołała się uśmiechnąć.
Może byłaby skłonna uznać tę sytuację za zabawną, gdyby nie to, że każde okno, w które spoglądała, przedstawiało taki sam obraz: twarze wciśnięte w ramy jak ciasto, zęby stukające o szprosy w rytm poruszających się warg, palce szukające oparcia, podczas gdy ciało wyciągało się dla lepszego widoku. Zasłony okazały się bezużyteczne w obliczu niezmordowanej ciekawości służących, którzy postrzegali tkaniny jako przeszkodę możliwą do pokonania dzięki dobrym manierom: po prostu pukali w zaciemnione okna, aż ktoś podszedł i odsunął kotarę. Niewidzialność na nic by się nie zdała, bo obserwatorzy Alizeh stanowili zdrową mieszankę dżinnów i glinów; i choć mogłaby szukać ukrycia w wyżej położonych komnatach zamku, bała się oddalać zbytnio od Cyrusa, który po złożeniu makabrycznej przysięgi krwi został przeniesiony do łatwo dostępnego pokoju gościnnego na niższym piętrze. Wolałaby, oczywiście, schować się przed spojrzeniami u jego boku – ale ponieważ to już nie wchodziło w grę, została zmuszona poszukać schronienia w tym, co znajome.
Alizeh odsunęła się nieco od płomieni, bo teraz, gdy wrząca krew Cyrusa płynęła w jej żyłach, odczuwała mniejsze pragnienie, by wrzucić swoje zazwyczaj tak przemarznięte ciało w ogień. W zasadzie to od niedawna doświadczała całkiem nowego uczucia: chwilami robiło jej się wręcz gorąco.
Wzięła oddech, zatrzymała igłę, wygładziła materiał i przypomniała samej sobie, że powinna podnieść wzrok na publiczność.
Kucharka siedziała przy długim drewnianym stole przecinającym pomieszczenie na pół, twarz miała opartą na dłoniach i gapiła się, zapominając o mruganiu. Stadko snod wciskających się do kuchni urosło w ciągu ostatniej godziny; teraz stał przed nią pełen tuzin zapatrzonych postaci. Lokaje rozpłaszczali się na ścianach; zadomowiona kotka rzuciła jej krzywe spojrzenie, przemykając obok; kamerdyner stał znieruchomiały, z paczkami w dłoniach, przed drzwiami do spiżarni.
Alizeh ściągnęła ramiona w tył i uzbroiła się w cierpliwość na te niegodne zachowania. Uniosła dłoń, by dać do zrozumienia, że widzi liczne spojrzenia skierowane na nią, a nawet spróbowała posłać uśmiech w kierunku mglących się okien, chociaż trzy szpilki, które trzymała w zębach, trochę zepsuły efekt.
Mimo wszystko w odpowiedzi na jej pozdrowienie szmer nierozpoznawalnych głosów nagle stał się bardziej chaotyczny. Pięści zaczęły uderzać w skrzydła okienne; palce stukały w szyby. Kucharka oparła się na krześle, aż drewno zaskrzypiało. Snody się cofnęły i rozpierzchły jak przestraszone ptaki. Kot zrobił ostrożny krok w jej stronę, gotowy na przejęcie jej miejsca w pobliżu ognia.
Alizeh odkaszlnęła, po czym spuściła wzrok.
Spędziła na służbie tyle lat, że zaczęła postrzegać palenisko jako przedłużenie samej siebie. Nieświadomie zbudowała sobie pozytywne skojarzenia z rozmaitymi kuchennymi dźwiękami – odgłosami krojących noży, wody gotującej się w czajnikach, szorujących szczotek. Wciąż pamiętała zapach suszonych ziół, pryskanie soku z cytryny, szczypanie pasty do polerowania miedzi. Uwielbiała woń mlecznego mydła, trzaskanie płonącego ognia, obłoki mąki. Cicha, czysta kuchnia przez długi czas stanowiła miejsce, gdzie jako snoda pozbawiona własnego domu mogła się schronić pod koniec trudnego dnia.
A na niebiosa, ostatnie dni były dla niej niezwykle trudne.
Problem w tym, że nikt poza nią nie wiedział o tych zwyczajach. I z pewnością nikt nie potrafił zrozumieć potrzeby znalezienia oparcia w czymś – czymkolwiek – znajomym, bez względu na stosowność takiego postępowania. Choć z drugiej strony chyba można było wybaczyć służącym zdumienie zachowaniem legendarnej królowej dżinnów, skoro Alizeh została im przedstawiona dopiero niedawno, a od tamtej pory na prawie miesiąc zniknęła bez wieści w Siedzibie Widzących.
Teraz zaś wielkimi krokami zbliżał się ślub, a przyszła królowa Tulanu ujawniła się w pełni królewskiej służbie, wystawiając się, wreszcie, na wyczekiwane z zapartym tchem oględziny.
Ich rezultat pozostawał wciąż niepewny.
Choć wszyscy stwierdzali zgodnie, że przyszła panna młoda może się poszczycić oszałamiającą urodą, nie udało im się jeszcze ustalić, czy weszła w posiadanie zdrowego rozsądku.
Albo serca króla, na ten przykład.
To pomyślawszy, Alizeh wypuściła gwałtowny oddech, przez co wzbiła w powietrze kłęby popiołu.
Być może, uznała, czas się oddalić.
Z wielką starannością pozbierała swoje igły i pasmanterię, po czym zatrzasnęła wszystko w ozdobnej skrzynce na przybory do szycia, którą otrzymała w ciągu zaledwie kilku minut, gdy poprosiła o nią ochmistrzynię. Delikatnie zwinęła w rękach połyskujący materiał podbitej jedwabiem peleryny, która była już właściwie gotowa. Przez kilka ostatnich dni pracowała niestrudzenie, a to okrycie stanowiło już ostatnią część kompletu; przycięcie wystających nitek mogła zostawić na rano.
Alizeh wstała i strzepnęła spódnice.
Kucharka poderwała się na nogi tak prędko, że wywróciła krzesło.
– Wasza Miłość – powiedziała i dygnęła.
Po czym się skłoniła. A potem, po chwili zastanowienia, zasalutowała.
– Proszę, usiądź – rzekła łagodnie Alizeh. – Nie kłopocz się mną.
Na dźwięk jej głosu snody zapiszczały, lokaje niemal wybiegli z pokoju, a kamerdyner chwycił się za podstarzałe serce, upuścił paczki i zgiął się wpół.
Alizeh usiłowała wciąż się uśmiechać z gracją godną królowej.
– Jestem niezmiernie wdzięczna za wszystko, co zrobiliście w ramach przygotowań do jutra – oznajmiła zgromadzonej służbie, dbając o to, by podczas wypowiadania tych słów spoglądać również na okna. – Jest mi ogromnie przykro z powodu opóźnień. Co prawda mówiłam to już wiele razy, ale mam nadzieję, że wiecie, jak bardzo się cieszę na dołączenie do waszego dworu. Nie mogę się doczekać, aż lepiej was wszystkich poznam, w swoim czasie.
– Oczywiście, Wasza Miłość – odparł kamerdyner, nadal zgięty w pasie. Potem, z wahaniem, ze wzrokiem wciąż wbitym w posadzkę, spytał: – Czy jesteś pewna, że król się jutro zjawi?
Policzki Alizeh zapłonęły.
Właśnie szykowała dyplomatyczną odpowiedź na to pytanie, gdy do kuchni wmaszerowała z naręczem obrusów ochmistrzyni, niejaka pani Zaynab. Kobieta krzyknęła na jej widok i cofnęła się pod ścianę.
– Wasza Miłość – powiedziała zduszonym głosem. – Błagam o wybaczenie, nie spodziewałam się…
– Przepraszam – przerwała Alizeh, która aż zesztywniała z niechęci do samej siebie. – Nie zamierzałam wprawiać służby w zakłopotanie. – Zniżyła głos, choć głowę nadal trzymała uniesioną. – Proszę mi wybaczyć.
I opuściła pomieszczenie z najwyższą godnością, na jaką było ją w tym momencie stać.
Alizeh czuła się potwornie głupio.
Szła przez korytarz popychana gniewem, który ostatnio towarzyszył jej nieustannie, każdego dnia karmiony frustracją, jakiej nigdy dotąd nie zaznała. Wszystkie te uczucia były dla niej nowe, a co za tym idzie, niezrozumiałe; nie przywykła do tego zapierającego dech drżenia, do tego rodzaju bólu i lęku, które teraz ciągle ją prześladowały. Nikogo poza samą sobą nie mogła winić za to, że służba nie wie, co o niej myśleć; Alizeh nie chciała zaburzać porządku rzeczy. Po prostu…
Cóż, czuła się wyczerpana nerwowo.
Czuła się wyczerpana nerwowo i nie wiedziała, jak sobie pomóc. Potrzebowała miejsca, w którym mogłaby się schować; pragnęła odpoczynku od ciekawskich spojrzeń i odmętów plotek, a była przekonana, że o tak późnej godzinie nie zastanie w kuchni nikogo. Najwyraźniej zapodziała gdzieś zdrowy rozsądek.
Zbyt mocno skupiła się na tym, że jutro ma wyjść za mąż, i jakimś cudem zapomniała o logistyce związanej z tym zamążpójściem.
Dwór był pogrążony w szale przygotowań.
Alizeh czuła, że nie ma dokąd uciec przed ciężarem własnych myśli.
Samo to, że na świecie zapanował chaos, wystarczyłoby, żeby porzuciła wszelką nadzieję na ujarzmienie swoich licznych lęków dotyczących przyszłości. Tłumy wylewające się poza granice ziem Widzących urosły do niewyobrażalnych rozmiarów, a zewsząd wciąż nadciągali ludzie – tak dżinni, jak i glini. Wielu przybywało po to, by złożyć przysięgę wierności Alizeh, ale jeszcze liczniejsi chcieli tylko zobaczyć królewskie zaślubiny. Było to doprawdy żenujące, że już tyle razy musieli przełożyć ceremonię.
Jednak każde opóźnienie sprowadzało tylko większe tłumy.
Gdyby nie Widzący, którzy podjęli się zapanowania nad potężną masą ludzi, Alizeh nie wiedziała, jak udałoby się utrzymać w ryzach to piekielne zbiegowisko. Ogromnie ją martwiło, że od czasu ostatniego zamachu na jej życie nie pokazała się swojemu ludowi ani do niego nie przemówiła. Ale dopóki nie zdobyła korony, i tak nie miała prawa do nikogo przemawiać – nie miała też nic do powiedzenia.
Potrzebowała swojej magii. Potrzebowała imperium. Potrzebowała…
Wielkie nieba, niedługo miała wyjść za mąż.
Alizeh czuła, jak narasta w niej gniew, co przydarzało jej się ostatnio co chwilę. To był ostatni wieczór przed jej ślubem, a ona nigdy nie przypuszczała, że może się okazać tak ponury. Czuła się samotna, zagubiona i roztrzęsiona, a jedyny człowiek, z którym chciała porozmawiać, odmawiał jej kontaktu.
A wręcz zabronił jej wstępu do swoich komnat.
Drgnęła na dźwięk kilku zduszonych okrzyków; była tak głęboko pogrążona w myślach, że nawet nie zauważyła, kiedy weszła prosto do wielkiej sali, gdzie tuzin zabieganych służących zastygł bez ruchu na jej widok, a kilkoro padło z okrzykiem na kolana.
Alizeh się zatrzymała.
– Dobry wieczór – powiedziała, zmuszając się do spokoju i uśmiechu. – Nie kłopoczcie się, proszę, moją obecnością. Możecie wrócić do swoich zadań.
Nastąpiła chwila ciszy, zanim snody, powoli i ostrożnie, się ożywiły.
Tak jakby całe pomieszczenie wypuściło wstrzymywany oddech.
Pomimo licznych ostrzeżeń Hazana, żeby nie włóczyła się sama korytarzami, Alizeh uznała za niepraktyczne, by zawsze czekać na osobę do towarzystwa, i za mało pomocne, by myśleć o tym, że wszyscy próbują ją zabić. Poza tym służący potrzebowali czasu, żeby się z nią oswoić, a ona z nimi. W końcu ten pałac miał się stać jej domem…
Ta myśl raziła ją jak piorun.
Jej serce przyspieszyło, a skóra zaczęła nieprzyjemnie mrowić.
Ten pałac miał się stać jej domem.
Wkrótce zostanie panią tego zamku: służba przejdzie na jej rozkazy, ziemia – w jej władanie, obywatele – pod jej rządy. To wszystko będzie należało do niej, chociaż miała zabić własnego męża, zanim zdążyłaby po cokolwiek z tego sięgnąć.
Nagle zrobiło jej się niedobrze.
Przeszywana niepokojem, ruszyła na oślep do fotela przy rozpalonym kominku, mając świadomość, że niewidoczne oczy snod śledzą każdy jej ruch.
Myśl o tym, że jeszcze niedawno należała do nich, wydawała jej się surrealistyczna.
Był taki czas w jej życiu, kiedy gorliwie się starała o takie zatrudnienie. Szansa na szorowanie podłóg pod solidnym dachem bezpiecznego domu zdawała się o niebo lepsza od powolnego gnicia na ulicy. Tiulowa maska, którą jako snoda zasłaniała oczy i nos, całkowicie określała jej pozycję życiową, sprowadzając ją do nic nieznaczącego, niewidocznego cienia.
Och, jak wielkie zdawały się wtedy jej lęki.
Dawniej Alizeh żywiła przekonanie, że zdobycie przepowiadanej mocy i pozycji przyniesie jej ochronę. Wtedy była wątłym drzewem, które lękało się poruszyć gałęziami pozbawionymi owoców; teraz jednak, obciążona ich mnóstwem, obawiała się, że cała ta obfitość zgnije, bała się ostrza, które mogłoby ją ściąć za to, że odważyła się zakwitnąć. Dopiero teraz zaczynała zdawać sobie sprawę, że wraz ze zmieniającymi się kolejami życia lęki wcale nie znikają.
Tylko się komplikują.
Zaczerpnęła tchu i usiadła w miękkim fotelu o wysokim oparciu, blisko trzaskającego ognia. Starannie złożyła na kolanach jedwabną pelerynę i przybornik do szycia, po czym przymknęła oczy z wycieńczenia.
Na olbrzymim żyrandolu pod sufitem migotały świece; w zwieńczonych łukami wnękach kryjących zaciemnione okna jaśniały światła lamp; pod jej stopami połyskiwały jedwabne nici puszystych, kunsztownych dywanów. Komnata była wspaniale urządzona, zaaranżowana wokół potężnego kominka z kamiennym gzymsem, umeblowana eleganckimi sprzętami o miękko wyściełanych siedzeniach stworzonych zarówno z myślą o wygodzie, jak i o pięknie. Alizeh nieraz miała ochotę skulić się przy ogniu w tej sali i odpocząć, ale na otwartych przestrzeniach nie cieszyła się zbyt dużą – jeśli w ogóle jakąkolwiek – prywatnością, więc musiała utrzymywać na twarzy pogodny uśmiech, by nie wzbudzać nowych plotek.
Dziś jednak to wszystko zdawało się pozbawione znaczenia.
Nie chciała wracać do zimnego pokoju gościnnego, który ostatnio zajmowała, żeby być bliżej Cyrusa. Czuła, że oszaleje, jeśli będzie zmuszona spędzić choćby minutę więcej na wpatrywaniu się w tę samą pustą ścianę i wyobrażaniu sobie jego udręki. Jak mogła liczyć na odpoczynek, skoro była świadoma jego cierpienia? Jak mogła się uspokoić, gdy łączące ich więzy pulsowały w niej równie namacalnie jak własne serce?
Nawet teraz jego krew tętniła w jej żyłach, gorąca i przyprawiająca o zawrót głowy. Wiedziała, że choćby straciła wzrok i słuch, wciąż byłaby w stanie odnaleźć drogę do niego; uświadomiła sobie, że jeszcze przed chwilą mimowolnie podążała w jego stronę.
Ogarniała ją desperacja.
Nie widziała Cyrusa od czterech dni.
W następstwie zupełnie niespodziewanych dla niej zdarzeń enigmatyczny król Tulanu, który przechodził teraz bodaj najstraszliwszy etap ich niedawno zawartego przymierza krwi, nie dopuszczał do siebie nikogo poza Hazanem. Jeśli z kimkolwiek w ogóle się komunikował, to tylko przez Hazana.
Nikogo innego nie przyjmował.
To Hazan trzymał straż przy drzwiach apartamentu gościnnego i skłaniał głowę przepraszająco, gdy zagradzał Alizeh drogę; to Hazan uprzejmie, acz stanowczo poprosił ją o zachowanie dystansu; to Hazan odprawiał ją raz po raz, choć powtarzała z naciskiem, że Cyrus cierpi – że jej bliskość przyniosłaby mu ulgę w mękach, jakie magia zadawała jego ciału.
Hazan nie dawał się przekonać.
Nie chciał się też rozwodzić nad stanem króla. Prosił ją tylko uprzejmie o wybaczenie i cierpliwość, po czym stawiał twardą granicę i informował, że Cyrus potrzebuje jeszcze jednego dnia na powrót do siebie…
A potem kolejnego; i kolejnego.
Już trzy razy przekładali zaślubiny.
Alizeh nigdy nie przypuszczała, że kiedyś nastąpi taki dzień – dzień, w którym tak bardzo się wścieknie na Hazana, że będzie miała ogromną ochotę okładać go pięściami. Krzyczeć na niego.
Walczyć z nim.
Minęły cztery dni, a król nie dawał znaku życia.
Alizeh znowu nabrała powietrza dla uspokojenia, wdychając przy tym oszałamiającą woń bujnego kwiecia. Zaczarowane róże Cyrusa wdzierały się do zamku przez szpary w ramach okiennych i pełzły dalej po ścianach i sufitach, spuszczając łzy płatków na każdą powierzchnię. Miękkie różowe zaspy piętrzyły się w umywalkach i korytarzach, spływały po schodach, nawiewały do salonów i sypialni.
Zapanowanie nad ciągłą koniecznością sprzątania doprowadzało Sarrę, królową matkę, do stanu bliskiego furii.
Alizeh podniosła wzrok, gdy jeden z kwiatów odbił się od jej policzka. Jej dłonie, rozłożone na kolanach, jakby w modlitwie, napełniały się powoli płatkami. Nie potrafiła stwierdzić, czy róże, które nieustannie jej o nim przypominały, poprawiają czy pogarszają jej nastrój.
Chyba jedno i drugie.
Naturalnie nie miała jak poprosić Cyrusa o odwołanie zaklęcia, które rzucił na całe miasto.
Cztery dni.
Torty ślubne zostały przyozdobione i zjedzone, ponownie przyozdobione i zjedzone; karty dań zdążono opracować i odrzucić; noże odwieszono na haczyki, a utuczone kurczaki gdakały znacznie dłużej, niż się spodziewano. Tace z jedzeniem dla króla często wracały do kuchni nietknięte; nieotwarte listy i wygniecione paczki piętrzyły się chybotliwymi stosami w schowku kamerdynera; tymczasem zarówno arystokracja, jak i pospólstwo byli odprawiani przy bramie pośród niezręcznych przeprosin.
Jednak drugiego dnia odosobnienia króla zaczęły się dziać jeszcze dziwniejsze rzeczy.
– Czy mogę… Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym się dosiadł?
Alizeh wróciła do rzeczywistości i podniosła wzrok, zaskoczona dźwiękiem znajomego głosu.
Din spoglądał na nią z góry, wysoki, wąski i sztywno uśmiechnięty, z dłońmi schowanymi w kieszeniach spodni. Miał na sobie grubo dziergany ciemnoczerwony sweter ze stójką, do której były przymocowane para okularów w cienkiej oprawce, dwa klipsy do papieru oraz karteczka starannie złożona na czworo, przypięta trzecim klipsem.
– Tak, oczywiście – odparła żarliwie Alizeh. W miarę jak zaskoczenie ustępowało, wracała do niej łagodność. – Proszę, usiądź.
Din rzadko wynurzał się z warsztatu.
Aptekarz spędzał swoje dni na pracy w doborowym towarzystwie pałacowego alchemika, czy raczej alchemiczki – tyczkowatej kobiety o imieniu Ayla. Z wyglądu równie wysoka i żylasta jak on, była osobą oschłą i nieustępliwą, której szorstka efektywność miała dla arduńskiego aptekarza podobny powab jak deszcz dla róż.
Zadzierzgnęła się między nimi natychmiastowa przyjaźń.
Tutaj, w Tulanie, gdzie aptekarze i alchemicy mieli dostęp do większych zasobów magii, Din zachłysnął się nowym entuzjazmem dla własnej profesji. Pod przewodnictwem Ayli uczył się bardzo wiele o sporządzaniu mikstur i eliksirów; co wiązało się z tym, że Alizeh rzadko widywała go dłużej niż na chwilę, codziennie bowiem uciekał do pracowni z błyszczącym spojrzeniem szalonego wynalazcy.
Nigdy wcześniej nie widziała, żeby był taki szczęśliwy.
Alizeh przyjrzała się przyjacielowi, który zajął drugi fotel stojący w pobliżu ognia, i zaczęła się zastanawiać, co mogło go skłonić do tej wizyty – innymi słowy: czy przyszedł ją o coś poprosić.
Ku jej zaskoczeniu nic nie powiedział.
Zamiast rozmawiać, pogrążyli się we wspólnym milczeniu, tylko drewno strzelało i trzaskało między nimi w kominku. Din odchrząknął lekko, po czym zwrócił spojrzenie na sufit, śledząc wzrokiem drogę różanych pnączy, które coraz bardziej opanowywały komnatę. Nieuważnie, jakby już do tego przywykł, strzepnął zabłąkany płatek z włosów, a potem dwa kolejne ze swetra. Wskazał ruchem głowy na połacie okien.
– To co, nadal nie rozwiązaliśmy problemu pająków? – rzucił.
Alizeh pokręciła głową z tłumionym westchnieniem.
Uniósł brew.
– A co ze świerszczami?
– Wróciły – odparła. – Zawsze wracają.
– Ale czasem odchodzą?
Pokiwała głową i wtedy kątem oka spostrzegła parę snod kręcących się w pobliżu. Napięcie w jej wnętrzu zwinęło się w ciaśniejszy kłębek.
Din zmarszczył brwi i oparł się w fotelu.
– Osobliwe – mruknął, jakby do siebie.
– Bardzo – przyznała, obawiając się powiedzieć więcej.
Drugiego dnia nieobecności Cyrusa zauważono jasnozielone świerszcze latające wokół opuszczonego przez niego skrzydła zamku. Gromadziły się i rozpierzchały niepokojącymi tchnieniami. Jakby samo to nie było wystarczająco dziwne, w następnej kolejności w pałacu zaroiło się od trzmieli, które rozpraszały się tylko po to, by odpocząć na różach króla, po kilka kosmatych ciałek na jednym kwiecie. Niedługo później we wszystkich drzwiach i oknach zajęły miejsca gromady pająków, które zaczęły spuszczać się z framug niczym wisiory i obijać delikatnie o szyby, huśtane wiatrem.
Z początku uważano to wszystko tylko za niefortunne plagi, bowiem pomimo wysiłków służby owadów i pajęczaków nie dało się trwale przepędzić.
Później jednak ogrodnik odkrył stado lisów, które o zmroku zasiedliły trawnik; każdy przyniósł w zębach morelę i złożył ją po cichu na trawie. Następnie zjawiła się chmara kruków – setki czarnych skrzydlatych kleksów, które wylądowały jednocześnie na dachu, trzepiąc hałaśliwie o belki i dachówki. Potem, co wzbudziło największy niepokój, nadciągnęły dziesiątki węży, które rozpełzły się po stromych murach zamku, wijąc się niczym mrowie lśniących sierpów.
Tego już serce ogrodnika nie wytrzymało – biedak zemdlał z przerażenia.
Alizeh natychmiast wezwała aptekarza.
Tamtego dnia to właśnie Din sporządził wyciąg, który postawił ogrodnika na nogi. To Din spojrzał Alizeh prosto w oczy pośród całego tego zamieszania, posyłając jej niewypowiedziane pytanie.
– Dziś rano, niedługo po świcie pod tylnym wejściem pojawiła się pantera śnieżna – oznajmiła teraz Alizeh, zwracając wzrok na Dina. – Kucharka wracała akurat z targu i zastała zwierzę siedzące pod drzwiami, zajęte wylizywaniem łap. Ono też przyniosło nadgryzioną morelę i zostawiło ją na progu.
– Znowu morele?
– Tym razem tylko jedna – odparła.
Wydał odgłos zadumy.
– Podobno pantera wyglądała dość groźnie – dodała Alizeh. O tym mogła chyba bezpiecznie opowiedzieć, skoro służba i tak znała tę historię. – Krzyk kucharki obudził pół zamku.
Din podniósł brwi.
– To kucharka tak krzyczała dziś rano? Sądziłem, że to Sarra.
– Cóż – powiedziała nieobecnym głosem Alizeh. – Ostatnio trudno stwierdzić, kto krzyczy.
Trzeciego dnia nieobecności króla snody natknęły się z piskiem na cały sejmik sów, które usadowiły się na stołach i krzesłach w opuszczonych komnatach Cyrusa i po cichu pożerały martwe myszy, mrugając swoimi niepokojącymi oczami. Wtedy też zgłoszono kolejne morele; ponoć pół tuzina tych owoców gniło powoli na bezcennych dywanach. Mądrym ptakom nawet nie drgnęły skrzydła, gdy spanikowana służba zaczęła machać na nie ścierkami, i właśnie ta niecodzienna reakcja uświadomiła wszystkim, że zwierzęta mogą na coś czekać.
Ale na co – tego nie wiedział nikt.
Żadne ze stworzeń nie zachowywało się agresywnie; wszystkie okazywały cierpliwość i nie dawały się przekonać do odejścia, niezależnie od tego, ile razy miotła zgarniała z okna całą girlandę ośmionogich ozdób.
Oczywiście Alizeh przyszło na myśl, że wszystkie te istoty mogą szukać Cyrusa – nić rozpięta między ich przybyciem a jego odosobnieniem zdawała się na tyle namacalna, by wskazywać na jakiś związek. Co więcej, Alizeh wyraźnie pamiętała, że przy którejś okazji widziała niedojedzoną morelę w jego prywatnej komnacie.
To wspomnienie, wypowiedziane na głos, nie stanowiło jednak mocnego dowodu.
Przecież wielu ludzi jada morele, prawda?
Trudno jej było to stwierdzić; sama nigdy nie jadła moreli. Większy problem tkwił w tym, że cała ta teoria nie miała zbyt wielkiego sensu. Jaki powód mogłaby mieć chmara świerszczy, by martwić się miejscem przebywania jakiegokolwiek króla?
Samo to pytanie zdawało się absurdalne.
Nawet Sarra, niezrównoważona królowa matka, najwyraźniej nie mogła się zdecydować, czy odosobnienie syna wzbudza w niej raczej podejrzenia czy radość. Co gorsza, nie było odpowiedniej osoby, do której można by się zwrócić z prośbą po pomoc, i nikt nie potrafił dostarczyć gotowego wyjaśnienia. Widzących wzywano na próżno – kapłani i kapłanki odmawiali odpowiedzi na temat zwierzyńca ani też nie zamierzali go usuwać. Poranna wizyta długonogiej pantery śnieżnej była co prawda głęboko niepokojąca, ale nie budziła w królewskiej służbie aż takiego lęku jak stado olbrzymich smoków, które codziennie przemierzały tereny pałacowe, wzbudzając swoimi grzmiącymi krokami potężne drganie ścian. Bestie gniewnie biły łapami w miękką trawę, rozdzierały pazurami ziemię i raz po raz osmalały strzeliste wieże ognistymi rykami.
– Myślisz, że chcą go zjeść? – zastanawiała się na głos Huda poprzedniego dnia, gdy zdejmowała z kamiennego muru małego węża. Gad na nią spojrzał, a ona przyglądała się z fascynacją, jak wysuwa i chowa cieniutki język. – Nie potrafię powiedzieć, czy są zadowolone z tego, że Cyrus wydaje się martwy, czy wkurzone, że same nie zdążyły go zabić.
Jakby w odpowiedzi, jeden ze smoków ryknął tak gwałtownie, że prawie podpalił pałac.
Huda się wzdrygnęła, zwiało jej włosy z twarzy.
Upuściła małego węża na ziemię i z szeroko otwartymi oczami zwróciła się do Alizeh:
– To był zbieg okoliczności, prawda?
Wyglądało to raczej na zły znak.
– To co, jesteś gotowa? Na jutro?
Alizeh wróciła do chwili obecnej, sprowadzona przez nosowy dźwięk głosu Dina, który wyraźnie silił się na naturalność.
Wpatrzyła się w przyjaciela z rosnącą uważnością i zamrugała lekko, gdy wyczytała z jego oczu zmartwienie. Dotarło do niej – zauważyła to w napięciu jego dłoni, mocno ściśniętych na kolanach, a potem w ociężałości rysów twarzy, gdy spojrzał prosto na nią – że przysiadł się do niej wyłącznie po to, by zaoferować wsparcie. Ten gest był zarazem drobny i wielki, a zawarta w nim życzliwość nadeszła tak niespodziewanie, że zapora, którą Alizeh starannie wznosiła w swoim wnętrzu, nagle runęła. Jej serce zalały lęk i trwoga.
Połowa dworskich plotek krążyła ostatnio wokół pytania, co takiego zrobiła Alizeh, że król nagle zniknął. Wiele rubryk w lokalnych gazetach poświęcono hipotezom, że Cyrus cierpi na fatalny przypadek wyrzutów sumienia. W końcu przybycie królowej dżinnów do Tulanu spowodowało olbrzymie poruszenie nie tylko w narodzie, lecz także na całym świecie. Wielokrotne publiczne przekładanie daty ślubu doprowadziło licznych komentatorów do przypuszczeń, że król po prostu porzuci ją przy ołtarzu, i wyglądało na to, że niewielu go za to potępi.
Prawda była taka, że Alizeh zaczynała podzielać ich wątpliwości.
– Nie – szepnęła w odpowiedzi, ledwo zdobywając się na odwagę, by wypowiedzieć to słowo. A potem jeszcze ciszej dodała: – Boję się, że Cyrus się nie zjawi.
Aptekarz westchnął, nie okazując zaskoczenia, choć jego czoło jeszcze bardziej się zmarszczyło.
– Nadal się z nim nie widziałaś?
Alizeh zerknęła w obie strony, po czym pokręciła głową.
– Nie chce mnie wpuścić.
Pomimo nienaruszalnych więzów przysięgi krwi zaczęła się zastanawiać, czy Cyrus nie zmienił zdania. Wiedziała, że z logicznego punktu widzenia jej niepewność jest bezsensowna, bo król był fizycznie niezdolny do cofnięcia danego słowa, ale nie wiedziała, co myśleć o jego nieobecności i licznych zwłokach, a Hazan nie rzucał zbyt dużo światła na tę sprawę. Zapewnił ją tylko, że Cyrus stanie jutro przy ołtarzu.
Obiecał jej to.
Ale w poprzednich dniach też obiecywał.
Alizeh raz po raz obracała w głowie niedawne wydarzenia, rozpaczliwie usiłując połączyć przyczynę ze skutkiem. Pierwszego wieczoru po złożeniu przysięgi krwi odmówiła opuszczania Cyrusa. Spała na fotelu w pokoju gościnnym, czuwając nad nim, tak by świeżo zadzierzgnięte więzy sprawiały mu jak najmniej cierpienia. O świcie zbudziła się na dźwięk jego krzyku i pospieszyła na pomoc. Przeżyli w jej odczuciu niezwykle intymną chwilę, zanim wreszcie uległ, po raz kolejny, senności – zupełnie zaskoczyło ją więc to, że gdy jego spojrzenie wylądowało na niej w świetle dnia, niemal postradał zmysły.
W gwałtownym wybuchu emocji zaczął się przed nią cofać, tak jakby groziła mu mieczem. Kazał jej się wynosić z komnaty. Alizeh była wstrząśnięta.
– Ale ja nie chcę cię opuszczać – powiedziała. – Proszę, pozwól mi zostać…
– Niczego od ciebie nie chcę – wykrzyknął rozpaczliwie. – Odejdź! Odejdź…
– Chcę ci tylko pomóc – powiedziała przelękniona, ruszając w jego stronę.
– Nie – zawołał ze wzrokiem szklącym się od gorączki. – Odejdź ode mnie… Zostaw mnie w spokoju…
Pokręciła głową, walcząc ze łzami.
– Nie opuszczę cię. Nie porzucę cię w tym stanie…
– Nie chcę od ciebie niczego poza tym, co mi się należy! – krzyknął do niej. – Odejdź ode mnie…
– Co się dzieje? – spytała z dudniącym sercem.
Wszystko wydawało się nie tak. Wszystko było nie tak. Nie mogła pojąć, dlaczego powiedział „co mi się należy”.
Czy miał na myśli jej zobowiązanie, że wyjdzie za niego za mąż?
Czy może obietnicę, że go zabije?
Jakim cudem tak wiele mogło się zmienić w tak krótkim czasie? Wyraźnie dostrzegała, że sam jej widok wywołuje w nim pogardę, i domyślała się tylko, że gniewa się na nią z powodu tego, co mu uczyniła… czym musiał się przez nią stać…
Ale jej instynkt wołał, że coś tu nie gra.
– Powiedz mi, co jest nie tak – poprosiła i bez namysłu wyciągnęła do niego rękę.
Szarpnął się w tył, tak że zaplątał się w prześcieradła i prawie spadł z łóżka.
– Przestań – powiedział. – Przestań…
– Cyrus…
– Niczego mi nie dasz – rzucił wściekle. – Nie chcę od ciebie niczego poza tym, co mi się należy…
Ogarnęła ją nagła panika.
– Proszę…
– ODEJDŹ ODE MNIE – krzyknął.
Alizeh, ze szlochem uwięzionym w gardle, niemal wybiegła z komnaty.
Oczywiście było wiele rzeczy, którymi mogła zająć sobie czas.
Choćby planowanie zaślubin i przygotowania do podróży. Pozwoliła sobie wejść do komnat Cyrusa, z łatwością wydobyła Księgę Arii z zamkniętej gabloty i od tamtej pory ślęczała nad stronicami, usiłując sobie wyobrazić poślubną wyprawę w legendarne góry. Sama ceremonia opóźniła się już tak bardzo, że nie mogła znieść myśli o dalszym odkładaniu podróży, która była przecież o wiele ważniejsza. Oznajmiła Hazanowi, że chce wyruszyć do Ardunii następnego ranka po zaślubinach, i miała tylko nadzieję, że jej plany nie zostaną znowu pokrzyżowane. Narastało w niej desperackie pragnienie, by sięgnąć po własną magię. By się na coś przydać. By wreszcie coś zrobić, zamiast tylko nurzać się w żałości.
Narastała w niej desperacja i tyle.
Dzień po dniu próbowała się dostać do Cyrusa; zapominając o dumie, błagała u jego drzwi o wstęp, zaklinała Hazana, żeby pozwolił jej udzielić mu pomocy…
Wszystko na marne.
Tymczasem miała do zrobienia wiele rzeczy i równie wiele sama sobie wynajdowała – nigdy nie było ich jednak dość, by uciszyć jej lęki. Wiedziała, że Cyrus straszliwie cierpi pod jej nieobecność. Sam fakt, że wybrał dosłowną mękę zamiast jej towarzystwa, stanowił chyba największą ujmę na jej honorze i w końcu sprawił, że wszystko zaczęło ją męczyć.
Nie znajdowała sił nawet na widywanie się z przyjaciółmi.
Gniewała się na Hazana. Miała dość szyderstw Kamrana; nużyła ją nawet Huda, która nie zgadzała się z Kamranem niemal we wszystkim oprócz zdania na temat Cyrusa. Omid, którego towarzystwo mogłoby okazać się dla niej miłe, spał. A Din…
Zesztywniała na dźwięk szeleszczącego papieru. Wynurzyła się powoli ze swoich rozmyślań.
Din rozłożył kwadrat pergaminu, który miał dotąd przypięty do swetra, potem zdjął okulary ze stójki i zahaczył je sobie o uszy.
– Wydaje mi się, że mam receptę na twoje problemy – powiedział z roztargnieniem. – Jeśli tylko mogę sobie pozwolić na tę śmiałość, żeby ci ją przedstawić.
Alizeh wyprostowała się w fotelu.
– Receptę? – powtórzyła.
– Tak – potwierdził.
– Masz na myśli coś w rodzaju trucizny?
– Słucham? Nie…
– Jakiś eliksir? – Zmarszczyła brwi, zniżając głos. – Dinie, powinieneś wiedzieć, że ból związany z przysięgą krwi nie ustąpi pod wpływem środków pokrzepiających…
– Słucham? – zdziwił się ponownie. – Nie, wiem, że…
Wyciągnęła szyję, żeby spojrzeć na trzymaną przez niego kartkę.
– W takim razie, co to jest?
– To? – Odsunął się od niej i popatrzył na swój kawałek papieru. – To zamówienie na nowe zlewki, które miałem złożyć dziś rano. – Pokręcił głową i złożył z powrotem kartkę. – Przypiąłem sobie do swetra, a i tak zapomniałem wysłać.
Alizeh opadła z powrotem na fotel.
– Ach.
– Nie – rzucił krótko. – Rozwiązanie twoich problemów siedzi w mojej głowie. Nie miałem potrzeby go zapisywać.
– Ach.
Jeszcze raz starannie przypiął złożony kawałek pergaminu klipsem i oświadczył:
– Musisz do niego pójść.
Alizeh, która wyczekiwała w napięciu jego słów, poczuła się, jakby rozczarowanie spuściło z niej powietrze.
Rzuciła na przyjaciela znużone spojrzenie.
– Już próbowałam – odparła, zwracając wzrok na dłonie, w których wciąż gromadziły się płatki. A potem, najciszej jak tylko mogła, dodała: – Próbowałam raz po raz. Nic to nie zmieniło. Dał mi aż nazbyt wyraźnie do zrozumienia, że nie życzy sobie mnie widzieć.
– Moja droga – powiedział Din, zsuwając cienkie oprawki okularów na czubek nosa, żeby na nią spojrzeć. – Kiedy człowiek płonie, nie pyta się go o zgodę na ugaszenie. Sądzę, że odzyskasz spokój dopiero wtedy, gdy wejdziesz do niego siłą.
Cyrus nie miał nastroju na przedstawienia.
Krążył po komnacie, nieubrany i niespokojny, jak tygrys w klatce. Na jego skórze lśniła warstewka potu, pierś unosiła się ciężko, gdy z trudem oddychał. Oczy miał szkliste od choroby, szczękę zaciśniętą, brwi ściągnięte, skórę ziemistą. Czuł się pusty z wyczerpania i głodu, spodnie wisiały mu luźno na biodrach. Nie jadł od kilku dni, bo jego żołądek nie potrafił nic w sobie zatrzymać. Cyrus raz po raz przemierzał pokój wzdłuż, to ściskając, to rozluźniając pięści, podczas gdy uderzenia bólu, niczym stalowe pasy, kruszyły jego kości, a wraz z upływem godzin udręka słabła jedynie w znikomym stopniu. Nie mógł spać. Nie potrafił ustać bez ruchu. Magia na nic się teraz nie zdawała, pomagała mu tylko trzymać oczy otwarte i odpierać ten rodzaj obłędu, który rodzi się z ostrego niedoboru snu. Wyłącznie dzięki wieloletniemu szkoleniu u Widzących miał w sobie dość samokontroli, by znosić tę mękę bez rozdarcia Hazana na strzępy.
– To ostatni wieczór przed waszym ślubem – mówił dżinn. – Czy nie mógłbyś oszczędzić jej poczucia…
– Ostrzegam cię, Hazan, jeśli nie przerwiesz tej tyrady, nie ręczę za to, co się stanie z twoją głową.
– Z moją głową?
– Oddzielę ją od ciała – zagrzmiał Cyrus, choć zaraz syknął pod kolejnym naporem okrutnego bólu.
Hazan tylko spojrzał na niego groźnie.
– Jesteś skończonym idiotą. Przecież to cię zabije. Nie jesz… nie śpisz. A ona chce ci tylko dać odrobinę wytchnienia, nic więcej…
Cyrus zadrżał i zagryzł zęby pod wpływem przeciągającego się ataku. Wydłużył kroki, walcząc o oddech, a strużki potu spłynęły mu po obojczykach i dalej, krętą ścieżką po mocnej piersi. Jedynie ten żałosny stan mógł go skłonić do udzielenia odpowiedzi, która choć trochę zbliżała się do prawdy.
– Nie masz pojęcia, co mogłoby mi dać wytchnienie – wydusił. – Nigdy nie zrozumiałbyś, dlaczego wolę tę torturę… – Zacisnął szczękę, gdy ból się wzmógł. – …od męki jej towarzystwa.
Hazan postąpił naprzód z płomiennym spojrzeniem.
– Nic nie wiesz o tym, co mógłbym zrozumieć, ani o piekle, jakie znosiłem – powiedział, a jego głos podniósł się niebezpiecznie. – Nie brak mi współczucia, głupcze. Wiem, że ją kochasz. Mam oczy i widzę, jak na nią patrzysz. Dysponuję sprawnym umysłem…
– A mimo to nie potrafisz sobie wyobrazić…
– Potrafię sobie doskonale wyobrazić! – krzyknął Hazan, przerywając mu. – Uważasz mnie za półgłówka albo za kanalię? Jak myślisz, dlaczego trzymam ją z dala od ciebie? Z jakiego innego powodu mógłbym być na tyle głupi… na tyle nielojalny… żeby pozwalać ci na tę zgryzotę? Właśnie dlatego, że potrafię sobie wyobrazić, jaką mękę musi sprawiać ci jej dotyk, kiedy wiesz, że masz zginąć z tej samej ręki, która mogłaby otrzeć twoje rozpalone czoło!
Dopiero po tych słowach Cyrus się zatrzymał – na własną zgubę.
Niemal runął na podłogę, walcząc o utrzymanie równowagi, po czym przełknął ślinę z wysiłkiem i uniósł głowę, a gdy wreszcie udało mu się spojrzeć na Hazana, miał wrażenie, jakby widział go po raz pierwszy: zimny ogień w oczach dżinna nabrał nowego znaczenia.
Ten człowiek skrywał wiele sekretów.
Cyrus chciał powiedzieć więcej – spierać się – ale jego ciało zatrzęsło się niebezpiecznie pod wpływem udręki. Gdy zatrzymał się w ruchu, nagle stracił pewność, czy jest na tyle zdrów, by ustać na nogach. Walczył o oddech, a galwaniczne skurcze biły go w pierś. Czuł, że może zginąć od tego napięcia, na skutek wielu dni nieprzerwanej tortury. Jego umysł zdawał się przeszywany na wylot; zęby go bolały. Czuł się otumaniony. Pijany. Pokręcił głową i sam ten wysiłek wiele go kosztował.
– Nie mogę znieść jej widoku – wydyszał.
Hazan tylko mu się przyglądał.
– Wiem.
– Nie jestem dość silny, żeby przeżyć jej obecność… ona nie rozumie, że jestem tylko człowiekiem z krwi i kości…
– Cyrus?
Dźwięk jej głosu go dobił. Cyrus przyjął ten cios prosto w brzuch, niemal zgiął się wpół i na oślep wyciągnął rękę do ściany, żeby się przytrzymać.
– Nie…
– Cyrus – zawołała, pukając – wpuść mnie natychmiast albo wyważę drzwi!
– Każ jej odejść – powiedział Cyrus, rozglądając się w panice po komnacie. – Nie chcę, żeby się do mnie zbliżała…
– Dość – odparł gniewnie Hazan. – Nie mogę ci dłużej na to pozwalać. Nie chcę już tłumaczyć twojego zachowania. Wyrządzasz sobie nadmierną krzywdę, a przy tym kładziesz na szali obietnice, które jej złożyłeś…
– Cyrus – zawołała po raz trzeci, dobijając się mocniej. – Zachowujesz się niedorzecznie. Daję ci ostatnią szansę na otwarcie tych drzwi.
– Nie – powiedział głośno, a przed oczami rozbłysło mu światło. – Proszę. Nie chcę, żeby mnie zobaczyła… nie w tym stanie…
Nie powinien był się zatrzymywać.
Miał wrażenie, jakby pomieszczenie usuwało mu się spod stóp. Cierpienie odpierane od kilku dni nagromadziło się i w jednej chwili na niego spadło. Usłyszał grzechot klamki, zobaczył gromy w oczach Hazana. Wszystko zarazem przyspieszyło i spowolniło, dudnienie w głowie stało się tak głośne, jakby pochodziło spoza niego, wprost ze ścian…
Drzwi padły na posadzkę z donośnym trzaskiem, uwolnione z zawiasów.
– Przepraszam – powiedziała Alizeh ze skrępowaniem. – Próbowałam cię ostrzec. Na pewno ktoś będzie w stanie naprawić zniszczenia, a jeśli nie…
Wydała zduszony okrzyk.
Cyrus najpierw usłyszał jej szok, dopiero później zobaczył twarz, a sam ten widok odczuł jako śmiercionośny cios i źle go zniósł. Nie był w stanie na nią patrzeć; nie był w stanie oderwać od niej wzroku. Sama jej uroda zdawała się przemocą, napastowała jego nadwątlone zdolności samoobrony, choć w miarę jak się zbliżała, kajdany bólu opadały. Była lekiem na wszystkie jego dolegliwości, warkoczem splecionym ze światła i furii, przyczyną choroby i uzdrowieniem. Nawałnica brutalnych ciosów spadających na jego ciało przycichła w jej obecności do głuchego pomruku, a pośród nieważkości, jaką przyniosła ulga, Cyrus niemal padł na kolana, zanim Hazan chwycił go pod ramiona. Dobrze zatem, że był zbyt oszołomiony, by pamiętać o dumie. Dżinn dźwignął go, na miękkich nogach, w stronę łóżka, gdzie Cyrus padł na materac, pokonany. Lekkie drżenie wciąż poruszało jego kończynami, a gorączka pulsowała we krwi, ale wreszcie, po czterech dniach, zamknął oczy.
Poczuł, jak jego świat się przechyla, gdy Alizeh usiadła lekko obok niego, a resztki oddechu opuściły jego ciało, kiedy położyła swoją niewielką, chłodną dłoń na jego czole. Nie potrafił stwierdzić, czy umiera z przyjemności czy z bólu. Na jedno wychodziło.
– Wybacz mi, Wasza Miłość – rzekł cicho Hazan. – Nie powinienem był ci radzić, żebyś trzymała się z daleka.
– Hazan – rozległ się jej szept. Słychać w nim było nietypową wściekłość. – Wynoś się stąd.
1 Wszystkie trzy teksty w przekładzie własnym tłumaczki.
