Zostawiłeś mi tylko przeszłość - Adam Silvera - ebook
Opis

Griffin cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Uwielbia Harry'ego Pottera i liczby parzyste. Theo jest fanem Gwiezdnych wojen i wierzy w światy równoległe. W którymś z nich na pewno wciąż żyje. W którymś z nich obaj nadal są szczęśliwi. Jednak nie w tym.

Tworzyli parę idealną. Bajka skończyła się, gdy Theo wyjechał na studia do Kalifornii i poznał nowego chłopaka. Tam też wydarzył się tragiczny wypadek, który zmienił wszystko.

Życie Griffina w jednej chwili przeistoczyło się w równię pochyłą. Jedyne, co mu zostało, to żal i sekrety. Na domiar złego, jego ból jest w stanie zrozumieć tylko Jackson – nowy chłopak Theo z Kalifornii.

Żeby budować jakąś przyszłość, Griffin musi stawić czoło przeszłości. Przeszłości, która wydarzyła się naprawdę, a nie tej, którą chciałby pamiętać.

Adam Silvera stworzył wzruszającą opowieść o miłości, stracie i żalu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: History is All You Left Me

Copyright © 2017 by Adam Silvera

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Zdjęcie Adama Silvery: Margot Wood

Projekt okładki: Liz Casal

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-983-4

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Dla tych, którym wspomnienia utknęły w głowach i sercach.

Pozdrawiam Daniela Ehrenhafta, który mnie odkrył,

oraz Meredith Barnes, która pomogła wszystkim

mnie znaleźć.

Najlepsza ekipa świata.

DROGI CZYTELNIKU,

HURRA!

NOWA POWIEŚĆ ADAMA SILVERY!

W TWOICH RĘKACH!

Od czego zacząć? Jedną z rzeczy, jaka mi się podoba w Zostawiłeś mi tylko przeszłość to fakt, że książka jest zupełnie inna od błyskotliwego debiutu Adama, More Happy Than Not –Raczej szczęśliwy niż nie. To wciąż w stu procentach Adam, oczywiście. Olśniewający rytm jego prozy nie da się pomylić z niczym innym, a wyjątkowy talent do mieszania fikcji z prawdą – magia jego autentyczności – tylko się rozwinął. Trudno mi przypomnieć sobie bardziej autentycznego pisarza od Adama Silvery. To, co najbardziej urzekło mnie w Zostawiłeś mi tylko przeszłość, to odwaga i szczerość Adama, a także oddanie, z jakim zagłębia się w psychikę protagonisty.

Griffin Jennings cierpi na nerwicę natręctw, a sytuacja, w jakiej widzimy go na początku powieści, jest niezaprzeczalnie tragiczna. Jego pierwszy chłopak – którego uważa za jedyną prawdziwą miłość, miłość jego życia – właśnie umarł. Jednak postać Griffina to coś więcej niż tylko portret żałoby. W swojej narracji skacze między przeszłością i chwilą obecną, jest jednocześnie wylewny i tajemniczy; jest skomplikowany, niedoskonały i fascynujący… Krótko mówiąc, jest jedną z najbardziej złożonych postaci, jakie napotkałem w literaturze, nie tylko młodzieżowej.

Nie ma sensu zdradzać nic więcej. Musisz sam, Czytelniku, wkroczyć w świat Griffina, ujrzeć go jego oczami i odkryć wszystkie tajemnice.

Miłej lektury,

Daniel Ehrenhaft

Redaktor naczelny Soho Teen

TERAZ

PONIEDZIAŁEK, 20 LISTOPADA 2016

W alternatywnym wszechświecie wciąż żyjesz, Theo, ale ja pozostaję na tym prawdziwym, gdzie tego ranka masz pogrzeb. Wiem, że podsłuchujesz. I powinieneś wiedzieć, że naprawdę się wkurzyłem, bo przysięgałeś nigdy nie umierać, a jednak oto leżysz w otwartej trumnie. A jeszcze bardziej boli świadomość, że to nie pierwsza złamana przez ciebie obietnica.

Raz jeszcze przypomnę szczegóły tego przyrzeczenia. Złożyłeś je w sierpniu zeszłego roku. Uwierz mi, że nie mówię do ciebie z wyższością, w detalach wspominając tamtą i inne chwile. Wątpię, żebym nawet cię czymś zaskoczył, bo przecież zawsze żartowaliśmy z tego, w jaki dziwny sposób działa twój mózg. Znałeś tyle nieistotnych faktów, że można by wypełnić nimi całe zeszyty, ale od czasu do czasu zapominałeś o czymś ważnym, na przykład o moich urodzinach w tym roku (siedemnasty maja, nie osiemnasty), a do tego nigdy nie ogarniałeś należycie wieczornych zajęć, chociaż kupiłem ci fajny organizer z zombiakami na okładce (który pewnie Sam Wiesz Kto kazał ci wyrzucić). Po prostu chciałbym, żebyś pamiętał pewne rzeczy tak, jak ja je zapamiętałem. A jeśli wspominanie przeszłości wkurza cię teraz – a wiem, że wkurzało, gdy wyjechałeś z Nowego Jorku do Kalifornii – wiedz, że mi przykro, ale nie bądź na mnie zły, że znowu to wszystko przeżywam. Zostawiłeś mi tylko przeszłość.

Złożyliśmy sobie kilka obietnic tamtego dnia, kiedy zerwałem z tobą, żebyś mógł zrobić swoje tam, w Santa Monica, bez oglądania się na mnie. Niektóre z nich skończyły się źle, chociaż nie zostały złamane – na przykład przyrzekłem nie znienawidzić cię, chociaż dałeś mi ku temu wiele powodów, a ty nie przestałeś być moim przyjacielem nawet wtedy, gdy poprosił cię o to chłopak. Jednak tego dnia, kiedy szliśmy z Wade’em na pocztę, żeby wysłać twoje kartony do Kalifornii, ty maszerowałeś tyłem i omal nie wpadłeś pod samochód. Wiedziałem, do czego zmierzamy – chcieliśmy móc znowu odnaleźć siebie nawzajem, kiedy nadejdzie odpowiedni moment, bez względu na wszystko – i kazałem ci przyrzec, że zawsze będziesz o siebie dbał i nigdy nie umrzesz.

– Dobra. Nigdy nie umrę – powiedziałeś wtedy i przytuliłeś mnie.

Jeśli istniała jakaś obietnica, którą mogłeś złamać, to zdecydowanie nie tę. A teraz została godzina do momentu, kiedy będę zmuszony podejść do trumny i pożegnać się z tobą.

Tylko że to nie będzie pożegnanie.

Zawsze będziesz przy mnie, zawsze mnie wysłuchasz. Jednak ujrzenie twojej twarzy po raz pierwszy od lipca i jednocześnie po raz ostatni będzie zupełnie nieznośne; zwłaszcza w niechcianym towarzystwie twojego chłopaka.

Nie będę dzisiaj wspominał jego imienia tak długo, jak to tylko możliwe, dobrze? Jeśli mam mieć jakieś szanse na przetrwanie tego i kolejnych dni, muszę wrócić do samego początku, kiedy to dwóch chłopców zaprzyjaźniło się przy układaniu puzzli. I pokochało.

Dopiero kiedy ci przeszło, wszystko potoczyło się w złym kierunku. To te wydarzenia po naszym rozstaniu sprawiają, że robię się nerwowy. Teraz, gdziekolwiek jesteś, widzisz mnie. Wiem, że jesteś tutaj i obserwujesz mnie, by samemu wszystko poskładać. Nie tylko te wstydliwe czyny doprowadzają mnie do szaleństwa, Theo. Także świadomość, że to jeszcze nie koniec.

WSPOMNIENIA

NIEDZIELA, 8 CZERWCA 2014

Ten dzień przejdzie do historii.

Czas biegnie szybciej niż pociąg, ale dobrze, bo siedzę obok Theo McIntyre’a. Znam go od szkoły podstawowej, kiedy to przyciągnął moje spojrzenie w trakcie przerwy. Pomachał i powiedział: „Pomóż mi, Griffin. Odbudowuję Pompeje”. Oczywiście chodziło o puzzle z Pompejami, składające się ze stu elementów. Wtedy nie miałem pojęcia, czym są Pompeje; myślałem, że Wezuwiusz to kryjówka jakiegoś komiksowego imperatora. Oczarowały mnie dłonie Theo, którymi wybierał elementy według koloru jeszcze przed rozpoczęciem układania, oddzielając granitowe ulice od pokrytych popiołem ruin. Pomogłem mu z niebem, ale zupełnie spartoliłem chmury. Niewiele udało nam się wtedy ułożyć, za to od tamtej chwili staliśmy się sobie bliscy.

Dzisiaj wybieramy się na przejażdżkę z Manhattanu na Brooklyn, żeby sprawdzić, czy ukryte na pchlim targu skarby mają faktycznie tak mocno zawyżone ceny, jak wszyscy mówią. Bez względu na to, gdzie jesteśmy – na Brooklynie czy Manhattanie, w szkole czy w Pompejach – postanowiłem tego nieparzystego dnia przenieść naszą znajomość z Theo na wyższy poziom. Mam tylko nadzieję, że mi na to pozwoli.

– Przynajmniej mamy przedział dla siebie – mówię.

To nawet trochę podejrzane, że jest tu tak pusto. Ale nie kwestionuję tego zrządzenia losu. Jestem zbyt zajęty wyobrażaniem sobie, jakby to było już zawsze dzielić tę czy jakąkolwiek inną przestrzeń z tym wszechwiedzącym miłośnikiem kartografii, puzzli, animacji i testowania ludzkiej cierpliwości. Normalnie w zatłoczonym pociągu siedzimy z Theo bardzo blisko siebie, dotykamy się biodrami i ramionami. To prawie jak przytulanie, tylko że nie muszę tak szybko puszczać. Szkoda, że teraz Theo siedzi naprzeciwko, ale przynajmniej mogę na niego popatrzeć. Spoglądam w te niebieskie oczy, które wszystkim się zachwycają (nawet reklamami wybielania zębów, które wiszą w pociągu); na te jasne włosy, które mokre robią się ciemniejsze; na ten podkoszulek z Gry o tron, który kupiłem mu na urodziny w lutym.

– O wiele trudniej jest gapić się na ludzi, kiedy ich nie ma – oznajmia Theo i patrzy mi w oczy. – Zostałeś mi tylko ty.

– Jestem pewien, że na pchlim targu znajdą się jacyś interesujący ludzie. Na przykład hipsterzy.

– Hipsterzy to nie ludzie, to postaci – poprawia mnie Theo.

– Nie kpij z nich. Niektórzy pod tymi czapeczkami i flanelami skrywają prawdziwe uczucia.

Theo wstaje i robi jakąś marną pompkę na barierce; dzięki umysłowi dostaje najwyższe noty, ale mięśnie ma za słabe, by wyniosły go tak wysoko. Poddaje się i zaczyna podskakiwać między ławkami, niczym jakiś gimnastyk. Wolałbym, żeby zrobił przewrót i usiadł obok mnie. Trzyma się barierki i rozciąga nogę tak, że kładzie ją na przeciwległe siedzenie, a jego koszulka podnosi się tak, że skupiając wzrok na szerokim uśmiechu Theo, mogę jednocześnie zobaczyć fragment nagiej skóry. To może być ostatnia ku temu okazja.

Pociąg kołysze się i zatrzymuje, a my wreszcie wysiadamy.

Manhattan to nasz dom i w ogóle, więc Theo nigdy na niego nie narzeka, ale wiem, że chciałby widzieć więcej graffiti na ścianach, jak w Brooklynie, oświetlanych przez promienie letniego słońca. Po drodze na pchli targ Theo pokazuje swoje ulubione prace: małego chłopca w czerni i bieli, idącego po kolorowych literach układających się w słowo SEN; puste lustro domagające się odnalezienia najpiękniejszej na świecie w idealnie pochylonej kaligrafii, która mogłaby rywalizować z idealnym charakterem pisma Theo; samolot okrążający Neptuna, który jest tak fantazyjny, że nie kręci mi się w głowie od lęku przed lataniem; rycerze siedzący wokół Ziemi jak wokół okrągłego stołu. Żaden z nas nie ma pojęcia, co to miałoby znaczyć, ale i tak jest fajne.

Droga na pchli targ jest długa i gorąca, idziemy aż na East River. Theo zauważa trucka z napojami i wydaje dziesięć dolarów na dwa kubki lemoniady, tylko że ta zaraz się kończy i zostaje nam tylko ssanie kostek lodu, żeby nie umrzeć z przegrzania.

Theo zatrzymuje się przy stoliku z gadżetami z Gwiezdnych wojen.

– Siedemdziesiąt dolarów za zabawkowy miecz świetlny? – rzuca Theo, krzywiąc się.

Wewnętrzny głos Theo jest do bani. To problem.

Czterdziestoletnia sprzedawczyni podnosi wzrok.

– To słynny miecz świetlny – stwierdza beznamiętnie. – Jest rzadki i powinnam życzyć sobie za niego jeszcze więcej.

Napis na jej koszulce głosi: KSIĘŻNICZKA LEIA NIE JEST DAMĄ W OPAŁACH, KTÓREJ SZUKASZ.

Theo odpowiada uśmiechem na jej groźne spojrzenie.

– Czy ktoś tutaj odstawił Obi-Wana i uciął komuś rękę?

Moja wiedza na temat Gwiezdnych wojen jest dość ograniczona, a to samo dotyczy wiedzy Theo na temat Harry’ego Pottera. Jest jedynym znanym mi szesnastolatkiem, który nie interesuje się słynnym czarodziejem. Jednego wieczoru kłóciliśmy się przez całą godzinę o to, kto wygrałby pojedynek między Lordem Voldemortem i Darthem Vaderem. Jestem zaskoczony, że wciąż się przyjaźnimy.

– Pokrywa baterii łatwo wychodzi i dzieci ciągle wkładają ją sobie do ust – mówi kobieta, już nie do Theo, lecz do równie niezadowolonego faceta w jej wieku, który nie może ogarnąć zegarka R2-D2.

– Dobra. – Theo żegna się i odchodzi.

Spacerujemy przez kilka minut (dokładnie cztery).

– To już koniec? – pytam. Jest gorąco, zaraz się rozpuszczę, a do tego przekonaliśmy się już, że niektóre z tych skarbów są nieprzyzwoicie drogie.

– Nie ma mowy – rzuca Theo. – Nie możemy wrócić z pustymi rękami.

– Więc kup coś.

– A może ty mi coś kupisz?

– Nie potrzebujesz tego miecza świetlnego.

– Nie, głupku, kup mi coś innego.

– Mogę założyć, że ty kupisz coś mnie, prawda?

– Brzmi sprawiedliwie – oznajmia Theo i stuka w swój niebezpieczny zegarek słoneczny. Jest naprawdę niebezpieczny i nie powinien go nosić, a ja nie wiem nawet, jak i dlaczego go zdobył. Jego ostre wskazówki podrapały już wystarczająco dużo niczego niespodziewających się ludzi, w tym mnie, by Theo wrzucił to cholerstwo do ognia, a potem pozwał producenta. A jednak on nadal go nosi, bo jest wyjątkowy. – Spotkajmy się przy wejściu za dwadzieścia minut. Gotowy?

– Start.

Theo odbiega, omal nie wpadając na brodatego mężczyznę, który niesie na barkach dziewczynkę. Znika w ciągu kilku sekund. Sprawdzam czas na telefonie – szesnasta osiemnaście, parzyście – i pędzę w przeciwnym kierunku, do labiryntu pełnego pamiątek na sprzedaż. Biegnę między skrzynkami starych tenisówek, obok przekrzywionej wystawki brudnych luster – jak w opuszczonym gabinecie w parku rozrywki, mijam stojaki z kwiecistymi paszminami powiewającymi jak na wietrze z ukrytego wiatraka, a także kosze z muszelkami sprzedawanymi razem z pędzlami malarskimi.

Muszelki są nawet fajne, ale nie krzyczą do mnie: „Theo! Jesteśmy idealne dla Theo!”.

Jakąś minutę później docieram do miejsca, które naprawdę przemawia do mnie językiem Theo. Łapacz snów z wiklinowym kołem zafarbowanym na jego ulubiony odcień zielonego. Cały stolik maleńkich statków w butelkach. Niedawno czytał o misternym budowaniu takich modeli, mając nadzieję wykonać jeden samodzielnie. Tylko że teraz zamiast zwykłego statku chce kosmiczny, bo on wszystko robi w swoim stylu.

Wciąż mam bardzo dużo czasu, całe dwanaście minut. Szkoda, że Theo nie jest większym fanem fantasy, bo znajduję naprawdę kozackie nożyki do listów. W sumie liczę, że zdążył już tutaj dotrzeć i zaskoczy mnie jednym z nich, najlepiej takim z pochewką jak od miecza albo tym z kościaną rączką. Nic nie szkodzi, mam jeszcze mnóstwo czasu… Właściwie to już nie, bo według mojego telefonu zostało tylko dziewięć minut; nieparzysta liczba wzbudza we mnie niepokój, więc znowu biegnę, drapiąc się po dłoni. Jakimś cudem wracam do świata pomyłek. Theo nie przyda się zestaw garnków i patelni śniadaniowych, bo woli jadać płatki z sokiem pomarańczowym. Na pewno nie potrzebuje narzędzi do ogrodu, chyba że razem z nimi można kupić instrukcję, jak za ich pomocą wyhodować gry i programy komputerowe za darmo.

A potem trafiam w dziesiątkę.

Puzzle.

Zerkam jeszcze raz na telefon: zostało sześć minut. Nie czuję już niepokoju, zastąpiła go ekscytacja. Wiem, że Theo nie ma żadnej z tych układanek: ani steampunkowej stodoły lecącej na skrzydłach zbudowanych z fragmentów satelity; ani sani świętego Mikołaja, ciągniętych przez delfiny pod wodą (nie chcę wiedzieć, co jest w tych zapakowanych prezentach, ale chciałbym usłyszeć domysły Theo); ani puzzli 3D w kształcie piłki nożnej – fajnie, że trójwymiarowe, ale niefajnie, że sportowe. Nie jestem pewien, co Theo myśli o puzzlach 3D, ale te konkretne chyba by go nie przekonały.

I nagle bum, mam to. Czwarta układanka z kolei: przeklęty statek piracki. Piraci lądują za burtą, wyrzucani przez silny wiatr i pochłaniani przez wzburzone fale; niektórzy próbują wspiąć się z powrotem, podczas gdy jeden z nich wisi na wysuniętej desce. Wiem, że Theo wymyśliłby do tego obrazka jakąś kapitalną historię. Sprzedawczyni wkłada puzzle do brązowej siatki i chociaż kosztują dziewięć dolarów, daję jej dychę i biegnę z powrotem.

Theo czeka na mnie przy wejściu, oparty o ścianę, żeby schować się w cieniu, niczym wampir, który za późno wstał – a może za wcześnie? Nie dziwię mu się. Obaj jesteśmy solidnie spoceni. Spogląda na swój zegarek słoneczny.

– Zostały tylko dwie minuty! Wynośmy się stąd, zanim obaj staniemy w płomieniach, albo gorzej, spalisz sobie skórę.

Wracamy do metra, a ja mam tylko jedną wskazówkę: pudełko, które jest idealnym sześcianem. Nie potrafię sobie wyobrazić, co mogłoby skrywać. Stacja metra znajduje się pod ziemią, ale w tłumie jest równie nieznośnie, co na słońcu, jakbyśmy rozbili obóz na szczycie wulkanu i zamknęli szczelnie namiot. Jakimś cudem udaje nam się przetrwać sześć minut czekania i gdy otwierają się drzwi pociągu, biegniemy na siedzenie w kącie, by zająć miejsce, zanim zrobi to dwóch kolesi na oko w wieku studenckim. Klimatyzacja działa i wreszcie czuję się bardziej sobą.

– Prezenty? – pyta Theo, celując palcem w moją torbę.

– Ty skończyłeś zakupy wcześniej, więc zaczynasz – mówię, przesuwając nieco nogę, żeby nasze kolana od czasu do czasu przypadkiem się ocierały.

– Nie wiem, co to za pokręcona logika, ale niech ci będzie.

Podaje mi pudełko, które okazuje się zawierać coś niezbyt ciężkiego i grzechoczącego w środku. Otwieram i wyjmuję figurkę samego Rona Weasleya, najlepszego przyjaciela Harry’ego Pottera.

– I co myślisz? – pyta Theo. – Wiem, że to twój ulubiony bohater, więc pewnie już masz jego figurkę, ale pomyślałem, że ta jest całkiem fajna. Zwłaszcza że wydaje się taka poobijana, jakby niejedno przeszła.

Kiwam głową. To prawda: mały Ron Weasley jest nieźle poturbowany, farba odłazi na jego rudych włosach i czarnej pelerynie. Ale to nie Ron jest moim ulubionym bohaterem. Łatwo o ten błąd, bo jego lubię najbardziej z trójki protagonistów – przykro mi, Harry i Hermiono – a przecież nikt nie robi figurek drugoplanowych postaci, które były ważne tylko w jednej książce. A jednak moim najulubieńszym bohaterem w całej serii jest Cedrik Diggory. Właściwie to ze wszystkich książek w ogóle, nie tylko świata Harry’ego Pottera. Kiedy Cedrik zginął na końcu Turnieju Trójmagicznego, płakałem o wiele dłużej, niż miałbym odwagę przyznać. Jego śmierć to bez wątpienia najboleśniejsza strata, jaką przeżyłem. Ale to nic, przecież ja też nie wiem, kogo Theo lubi najbardziej z Gwiezdnych wojen. Powiedziałbym, że Yodę, ale to głupio brzmi, nawet dla mnie. Nieważne, liczą się chęci.

– Super – mówię. – I wcale nie mam jego figurki, więc dzięki.

Zastanawiam się, czy poprzedni właściciel znudził się tą serią i oddał Rona w lombardzie za pięćdziesiąt centów czy coś. Ktoś stracił, by zyskać mógł ktoś inny.

– Dobra, twoja kolej.

Brakuje mi tej pustki, jaka towarzyszyła nam w podróży na Brooklyn. Teraz czuję na sobie wzrok pasażerów przyglądających się naszej wymianie, wysnuwających wnioski na temat tego, co musi nas łączyć. Szkoda, że się mylą. Podwójnie szkoda, że Theo po dzisiejszym dniu będzie zbyt wystraszony, żeby być choćby moim przyjacielem.

Tymczasem wyjmuję z torby układankę i widzę, jak jego oczy otwierają się szeroko.

– Rany, osiemset elementów. Musisz to ułożyć razem ze mną.

– A jaka kryje się za nimi historia?

Theo przygląda się przez chwilę obrazkowi.

– To oczywiście początek apokalipsy zombie.

– Oczywiście. Powiedz mi, jak to się stało, że piraci zostali zarażeni jako pierwsi?

– Wirus zombie istniał od zawsze, ale naukowcy rozumieli, że najlepiej trzymać go jak najdalej od lądu. Doskonale zdawali sobie sprawę, że człowiek jest z natury głupi i znudzony, więc prędzej czy później sprowadzi na świat zagładę, żeby tylko nie iść w poniedziałek rano do pracy. Dlatego umieścili wirusa na wyspie. Nie zdradzę ci jej nazwy, bo aż tak ci nie ufam, Griff. Niestety nie wzięli pod uwagę możliwości wystąpienia tego niezwykle silnego sztormu, który widzisz na obrazku. Burza zniszczyła wyspę i uwolniła wirus do powietrza, a ten w pierwszej kolejności dotarł do piratów. No, właściwie to najpierw zaraził papugę kapitana Hoyta-Sumnera, a ona przeniosła chorobę na pokład Łupieżczej Mary.

Nie mogę już dłużej zachować powagi i się uśmiecham.

– Skąd ty bierzesz te nazwy?

– Nie zmyśliłem jej, wszystko można odnaleźć w źródłach. Mógłbyś poczytać o historii twojej przyszłości – odpowiada Theo.

– A jak się nazywa papuga?

– Fulton, ale wszyscy nazywają ją Zgniłkiem po tym, jak przez nią wszyscy piraci stali się chodzącymi trupami. W późniejszym czasie przemianowali statek na Wstrętnego szwendacza, co wydaje się trafne.

Naprawdę chciałbym spędzić godzinę w jego głowie, powspinać się po tych różnistych trybikach.

– Ci piraci zombie są dość inteligentni, żeby nawigować statek? – dopytuję. – Mamy przerąbane.

– Lepiej dołącz do mnie – odpowiada Theo. – Wiem, jak nas uratować.

Theo zaczyna tłumaczyć różne strategie przetrwania apokalipsy. Będziemy musieli zbudować fortecę gdzieś wysoko, z działami i innymi praktycznymi broniami, na przykład wojskowymi kuszami, którymi można wypuszczać płonące strzały. To łatwe: chyba potrafiłbym takiej używać, tyle się naczytałem książek fantasy. Najwyraźniej będę musiał nauczyć się też gotowania, ponieważ Theo będzie zbyt zajęty trzymaniem warty – jest pewien, że do czasu, aż pojawią się między nami nieumarli, pozna sposób na uniezależnienie się od snu – i nie będzie mógł sam gotować, więc jeśli ja tego nie zrobię, sami staniemy się obiadem.

– Brzmi nieźle, prawda?

– Nie mogę obiecać, że uda mi się przygotować coś zjadliwego, ale w takiej sytuacji nie będziemy mogli wybrzydzać.

Theo wyciąga rękę i uściskiem dłoni przypieczętowujemy naszą umowę, pewni już naszych ról na wypadek pirackiej apokalipsy zombie. Dotyk jego skóry przyprawia mnie o szybsze bicie serca.

– Muszę ci coś powiedzieć – oznajmiam, puszczając jego dłoń.

Pociąg metra jedzie szybko i głośno, a ciekawskie spojrzenia już zdążyły się od nas odwrócić. Wszyscy są pogrążeni we własnych światach.

– Ja też muszę ci coś powiedzieć – stwierdza Theo.

– Kto pierwszy?

– Zagramy w papier, kamień, nożyce?

Obaj pokazujemy kamień.

– Może powiemy to na trzy cztery? – proponuje.

– Nie wydaje mi się, żeby moje coś nadawało się do tego. Ty mów pierwszy.

– Zaufaj mi. Założę się, że chcemy powiedzieć to samo. W ten sposób będzie łatwiej – stwierdza Theo.

Nie zamierzam się kłócić. Może on ma do powiedzenia coś gorszego niż ja i nie będę się czuł tak źle.

– Na trzy?

– Cztery.

Theo uśmiecha się lekko, a potem kiwa głową.

– Raz, dwa, trzy, cztery.

– Chyba tracę rozum – wyrzucam z siebie w tej samej chwili, gdy Theo mówi:

– Podobasz mi się.

Theo rumieni się, jego uśmiech znika.

– Zaraz, czekaj? – Wierci się i gapi przez okno, ale jesteśmy w podziemnym tunelu, więc widzi tylko ciemność i własne odbicie. – Myślałem, że powiesz, że ci się podobam. Czy ty w ogóle jesteś gejem, Griff?

– Tak – przyznaję, po raz pierwszy w życiu, co sprawia, że serce bije mi jak szalone, a twarz płonie. Wiem tylko, że każdego innego bym okłamał.

– Dobrze. To znaczy, fajnie – odpowiada Theo. Chyba kusi go, żeby znowu spojrzeć mi w oczy, ale ostatecznie wbija wzrok z powrotem w okno. – Dlaczego bałeś się o tym powiedzieć? O tym, że chyba wariujesz?

– Racja, to druga rzecz. Chyba mam zespół natręctw.

– Musiałbyś mieć zdecydowanie większy porządek w pokoju – oznajmia Theo.

– Tu nie chodzi o bycie zorganizowanym. Zauważyłeś, że ostatnio zawsze próbuję iść po lewej stronie innych osób? Nie robiłem tego, gdy byliśmy dziećmi. No i jest jeszcze ta moja obsesja liczenia, wolę, by wszystko było parzyste, oprócz kilku wyjątków, na przykład jedynki i siódemki. Głośność, timer na mikrofalówce, liczba rozdziałów do przeczytania przed odłożeniem książki, liczba przykładów w zdaniu. To denerwujące, jestem nieustannie nakręcony.

Theo kiwa głową ze zrozumieniem.

– Też kiedyś tak miałem. Może nie aż tak mocno, ale moim zdaniem to oznaka twojego geniuszu. O ile dobrze pamiętam, Nikola Tesla miał obsesję na punkcie trójki i czasami okrążał budynek trzy razy, zanim do niego wszedł. Ale Griff, równie dobrze twoje natręctwa mogą być tylko niegroźnymi dziwactwami. – Jego spojrzenie znowu odnajduje moją twarz. – Możemy później o tym poczytać!

Może ma rację. Może wcale nie jestem jakimś wariatem z tikami nerwowymi, który drapie swoje dłonie, gdy się niepokoi, woli chodzić po lewej stronie, ciągnie za płatki uszu i operuje wyłącznie parzystymi liczbami. Może to jak automatyczne wyostrzenie w aparacie i skupiam się na jednej rzeczy, ignorując całą resztę.

– Trochę mnie to przeraża, bo nie wiem, jaki będę w przyszłości. Boję się, że to się rozwinie i za kilka lat stanę się takim Griffinem, z którym zbyt trudno będzie ci się przyjaźnić. – Nie mogę uwierzyć, że mu się z tego zwierzam; czuję się przedziwnie, ale nie mogę przestać. Może ta spowiedź odpędzi chorobę.

Theo przysuwa się do mnie.

– Ja mam prawdziwe powody do zmartwień, chłopie, na przykład nie wiem, czy piraci zombie będą potrafili używać haków i zamków lontowych, czy może zabiją nas za pomocą zębów i paznokci. Nie przerażasz mnie i nigdy nie staniesz się zbyt trudny dla naszej przyjaźni. – Theo klepie mnie po kolanie. Jego dłoń spoczywa na nim przez pełną minutę. – I przepraszam, jeśli właśnie zmusiłem cię, byś przyznał się do swojej orientacji. Czekaj… Czy ja jestem pierwszą osobą, której to powiedziałeś?

Kiwam głową, słysząc dudnienie w uszach.

– Do niczego mnie nie zmusiłeś. Okej, właściwie to może trochę, ale i tak chciałem ci to wyznać. Nie miałem tylko jaj ani przygotowanej przemowy. Bałem się, że intuicja źle mi podpowiedziała. W rodzinie od strony matki zdarzały się urojenia.

– Nie masz urojeń – zapewnia Theo. – I nie jesteś wariatem.

Sięga po moją rękę i nie chodzi o przybicie piątki. Wiem, że świat nie uległ zmianie, wciąż działają prawa fizyki, ale nagle moja perspektywa przesunęła się nieco na prawo i do przodu. Dostrzegam przed sobą wreszcie coś, co zawsze chciałem zobaczyć. W tej chwili jestem tak zdesperowany, że nie powiem nic, co mogłoby znowu przesunąć świat na lewo.

Ściskam dłoń Theo, sprawdzając, co my tutaj właściwie robimy. Czuję, jakbym odpowiadał na pytanie, którego nie mam odwagi zadać.

– Zostań ze mną, dobra? – mówi Theo.

– Przecież nie wysiądę z jadącego pociągu.

Theo puszcza. Zapadam się trochę w sobie, jakbym go zawiódł.

– Nigdy nikomu o tym nie mówiłem, ale od kilku lat wymyślam alternatywne wszechświaty. Znasz mnie i wiesz, że ciągle się zastanawiam, co by było, gdyby… – Odwraca się na moment. – Ostatnio zadawałem sobie to pytanie coraz częściej i częściej. Wiele z tych gdybań to fajna zabawa, ale część dotyczy rzeczy bardzo osobistych. Każdej nocy przed zaśnięciem przeglądam wszystkie notatki na papierze albo na telefonie i zapisuję w specjalnym zeszycie. Dziesiątki alternatywnych światów.

Nagle się zatrzymujemy. Jedni pasażerowie wychodzą, inni odsuwają się, dając nam nieco przestrzeni – ale gdy tylko drzwi się zamkną, Theo znowu ma moją niepodzielną uwagę.

– Wcześniej napisałem coś po wewnętrznej stronie ramienia, jeszcze w czasie polowania na prezenty – ciągnie. – Nie pokażę ci teraz. Będzie bez spojlerów. Ale przypomniałem sobie o czymś. W każdym wszechświecie, jaki ostatnio stworzyłem, pojawiała się twoja twarz. I pomyślałem, że jeśli nie będzie ci to odpowiadać, nie znienawidzę cię, ale będę potrzebował trochę czasu dla siebie, aż zdystansuję się na tyle, bym mógł wymyślać światy bez ciebie.

Theo odwraca się i widzę napis nad jego lewym łokciem; nie przypomina typowej dla niego pięknej kaligrafii, bo nawet on nie potrafi ładnie pisać na własnej skórze. Napis głosi: Alternatywny wszechświat: Griffin Jennings jest moim chłopakiem i tyle.

– Nie wiem, czy to ma dla ciebie jakiś sens, ale chcę, żeby to była prawda – tłumaczy Theo, wciąż wyciągając do mnie rękę, jakby chciał wypalić te krzywe litery w mojej pamięci. – Jeśli to niemożliwe, zrozumiem i mam nadzieję, że nadal zdołamy być przyjaciółmi. Po prostu nie wyobrażam sobie nie spróbować. – Wreszcie opuszcza ramię. – Musisz teraz coś powiedzieć.

Czuję się, jakby ktoś wrzucił mnie do alternatywnego świata pełnego wspaniałości. Nie mogę uwierzyć, że właśnie prowadzimy tę rozmowę. Nie mogę uwierzyć, że flirtuję z Theo, a on flirtuje ze mną. Ten nowy świat doskonale mi pasuje. Nie mogę mu tego wszystkiego powiedzieć, przynajmniej na razie.

– Właśnie miałem taki zamiar.

– Dobra, ale tylko jeśli to coś dobrego. Jeśli nie, siedź cicho.

– Już od jakiegoś czasu stresowałem się o to samo, stary. Nie wiem, kiedy bym się zebrał na odwagę, ale pewnie i tak nie pobiłbym tego twojego tekstu o alternatywnych światach. Zwyczajnie powiedziałbym, że mi się podobasz.

– Wspomniałbyś chociaż o tym, jaki jestem przystojny?

– Przystojny to może dużo powiedziane, ale na pewno fajnie na ciebie popatrzeć.

– Dobrze wiedzieć.

Powinienem zdradzić mu, jak bardzo lubię brzmienie jego prozy; słów, które zapisuje w zeszytach, garbiąc się przy biurku. Zawsze chcę je poznać. Powinienem powiedzieć o moich fantazjach, że przy następnym nocowaniu w jego domu moglibyśmy spać w jednym łóżku, że nie musielibyśmy używać oddzielnych kołder i nie byłoby dziwnie. Powinienem powiedzieć mu, jak miło jest patrzeć, jak odwraca klepsydrę i sprawdza, czy zdąży ułożyć wielką układankę samodzielnie. Zawsze mu wtedy kibicuję, bo wiem, jak się cieszy z sukcesu. Powinienem powiedzieć mu, jak bardzo się cieszę, że od jakiegoś czasu zbliża się do mnie. Ale nie mówię ani jednej z tych rzeczy teraz, bo może będę mógł to zrobić wtedy, gdy nadejdzie właściwy moment.

– Dlaczego dzisiaj, Theo?

– Przez zdjęcie, które Wade zrobił nam wczoraj – wyjaśnia.

Zdaję sobie sprawę, że przez cały czas trwania tej przygody ani razu nie pomyślałem o Wadzie. Jesteśmy we trzech paczką i nawet nie wkurza mnie ten brak parzystości. Może dlatego, że to jakoś zawsze działało – jeden wyjątek tego wszechświata. Na przykład wczoraj po południu u Theo urządziliśmy sobie turniej – Theo i ja przeciwko Wade’owi grającemu z komputerem, drużyny powstałe dzięki ciągnięciu losów z czapki Wade’a – i było niełatwo, bo Wade jest naprawdę dobry, a poziom komputera był ustawiony na najwyższy, ale wygraliśmy. Wstaliśmy i triumfalnie rzuciliśmy się sobie w ramiona, jakbyśmy dopiero co wygrali wojnę z obcymi albo, co teraz pasowałoby bardziej, z piratami zombie.

Wade kazał nam zapozować do zdjęcia. Przybraliśmy z Theo poważne miny, ale i tak zaraz się roześmialiśmy.

– Zobaczyłem nas i pomyślałem, że dość tego. Już od jakiegoś czasu chciałem z tobą być. Zdjęcie zrobione przez Wade’a sprawiło, że bez ciebie było mi jeszcze trochę trudniej – tłumaczy Theo.

– Ja chyba czuję to samo – odpowiadam. – Co teraz? Jak przypieczętujemy nasz związek? Pewnie jakimś pocałunkiem, ale akurat nie mam nastroju. – Przy ostatnich słowach głos mi się trochę łamie, bo to kłamstwo. Postanawiam powiedzieć nieprawdę, bo prawda mogłaby przynieść tego rodzaju szczęście, które otwiera nieskończoną ilość alternatywnych wszechświatów. Naprawdę żałuję, że nie mam gumy, ale to Wade zawsze je przy sobie nosi. – Może uściśniemy sobie ręce?

Robimy to i żaden z nas nie puszcza.

– To fajne, ale dziwne – mówię.

– Bardzo fajne i bardzo dziwne – stwierdza Theo. – Ale chyba pasujemy do siebie, co nie?

– Na pewno, Theo.

Nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

TERAZ

PONIEDZIAŁEK, 20 LISTOPADA 2016

Budzik wreszcie milknie po dziesięciu minutach, ale rodzice nadal grożą, że wyważą mi drzwi. Ostatnim razem po takim numerze odzyskałem prywatność dopiero po dwóch miesiącach, kiedy tata wymienił zamek.

Chyba nigdy ci o tym nie wspominałem. To stało się po naszym rozstaniu.

– Griffin!

– Jeszcze dziesięć minut! – wołam.

– Mówiłeś to godzinę temu – stwierdza mama.

– Sześć razy – dodaje tata. – Ubieraj się.

– Wyjdę za dziesięć minut, obiecuję.

Ostatni raz miałem na sobie czarny garnitur na ślubie twojego kuzyna Allena na Long Island. To było kilka miesięcy po tym, jak zaczęliśmy się oficjalnie spotykać – nasza pierwsza impreza rodzinna razem, nie licząc chrzcin twojej siostry. Ku mojej uldze Wade – kiedy jeszcze się kumplowaliśmy – mylił się, mówiąc, że wszystkie gejowskie śluby są jak koncerty Katy Perry (nie wyobrażam sobie, by moje lęki pozwoliły mi znieść pierwszy taniec z tobą w świetle lampy stroboskopowej). Kiedy zobaczyłem białe róże na sali, zacząłem myśleć o dniu, kiedy staniemy naprzeciwko siebie ubrani w czarne garnitury i złapiemy się za ręce, gotowi powiedzieć: „A żebyś wiedział, że tak”. Wtedy tego nie wiedziałem, ale to był ostatni raz, kiedy miałem na sobie czarny garnitur. Teraz nie zamierzam go zakładać.

W ogóle nie przebiorę się na pogrzeb – no, dobra, nie do końca, bo twoja babcia mogłaby się poczuć urażona spodniami termoaktywnymi. Ale nie zdejmę zielonej bluzy z kapturem, którą dałeś mi tamtego popołudnia, gdy straciliśmy dziewictwo. Nosiłem ją przez ostatnie dwa dni; dokładnie pięćdziesiąt godzin, chociaż trochę straciłem rachubę czasu. Żałuję, że ją uprałem. Nie pachnie już kwiaciarnią twojej babci; nie ma już zielonych plam z trawy po tych wszystkich wyprawach do parku. Zupełnie jakbyś został wymazany.

Sięgam po dwa z czterech magnetycznych gryfów, które kupiłeś mi na Boże Narodzenie dwa lata temu, i przyczepiam je do bluzy, jeden na wysokości obojczyka, drugi przy sercu. Zupełnie jakby ten niebieski gonił zielonego na niebie.

Gapię się na zegarek, czekając, aż pojawi się parzysta liczba minut – dziewiąta dwadzieścia sześć – i wtedy wstaję z łóżka. Wchodzę prosto w obiad z zeszłego dnia, zapomniawszy, że zostawiłem talerz na podłodze, wpatrując się w sufit i myśląc o tych wszystkich pytaniach, które boję się zadać. Ale hej, jeśli jest jakiś plus twojego odejścia, to taki, że nie będziesz mi już mówił tego, czego nie chcę słuchać.

Przepraszam, to było chamskie z mojej strony. Ktoś powinien zatkać mi usta.

Chociaż chętnie wszedłbym do wanny i puścił na siebie wodę z prysznica, muszę wyjść z pokoju. Sprawdzam czas na otwartym laptopie i wychodzę, gdy przeskoczy z dziewiątej trzydzieści jeden na dziewiątą trzydzieści dwa.

Na korytarzu wiszą zdjęcia w tanich ramkach, które ciotka dała nam na zeszłe Święta – moja mama jest tak miła, że chociaż uważa taki prezent za mało przemyślany, i tak je powiesiła. Taka już jest. W dalszym ciągu pije z kubka z Yodą, który wręczyłeś jej dwa lata temu, zupełnie bez okazji, bo tak. Na zawsze pozostaniesz w pamięci moich rodziców, nawet jeśli nie zobaczą twojej historii na naszych ścianach.

Zabrałem wszystkie fotografie i ich tanie ramki do pokoju. Mijam puste miejsca: po zdjęciu, na którym siedzimy w twoim pokoju na Columbus Avenue, składając razem puzzle z Empire State Building; po zdjęciu, na którym jako piętnasto- czy szesnastolatkowie obejmujemy się po tym, jak Wade zażartował, że chłopcy nie mogą się przytulać z innymi chłopcami; po zdjęciu, na którym uśmiechasz się do mnie z drugiego końca ławki w parku, podczas gdy ja wznoszę toast za zeszłoroczną rocznicę ślubu rodziców; a także po dwóch moich ulubionych fotografiach – wisiały razem, w tej samej ramce – jednej, zrobionej przez Wade’a, z naszymi udawanie poważnymi minami, i drugiej, gdzie trzymamy się za ręce i uśmiechamy po wyznaniu naszego uczucia rodzicom na przyjęciu urodzinowym Denise.

Zawsze podobało ci się to, jak słońce świeci ci nad głową. „Wyglądam jak czaderski anioł zniszczenia” – mówiłeś. – „Taki, który dzierży płonący miecz, podczas gdy ty trzymasz harfę”.

Moi rodzice są w salonie, ubrani już w kurtki, a tata trzyma pieczone łakocie na kolanach, gapiąc się z mamą na ściszone wiadomości w telewizorze. Mama na mój widok wstaje szybko, a wiem, że to niedobre dla jej pleców, zwłaszcza w taki deszczowy dzień. Ukrywa ból i podchodzi do mnie ostrożnie, nie wiedząc, jakiego Griffina dostanie.

– Jestem gotowy – kłamię.

Jestem głodny, spragniony i zdecydowanie niegotowy. Ale niestety nie mogę tego dłużej odwlekać. Nabożeństwo żałobne jest dzisiaj. Pogrzeb na cmentarzu jutro. Nie wiem, co będzie potem.

Mama wyciąga do mnie rękę jak do małego dziecka, które ma zrobić swoje pierwsze kroki prosto w jej ramiona. To jakiś absurd. Jestem siedemnastolatkiem, który opłakuje śmierć swojej ulubionej osoby. Biorę kurtkę i maszeruję do drzwi.

– Poczekam na zewnątrz.

Kiedy wszyscy już siedzimy w samochodzie, tata włącza radio, żeby wypełnić czymś ciszę. Gapię się przez okno, gdy stajemy na czerwonym świetle, dla obrony przed szaleństwem liczę pary: dwie kobiety pod niebieskim parasolem, dwóch staruszków pchających wózki z zakupami, cztery podstarzałe drzewa w ogrodzie publicznym, dwa kosze przepełnione śmieciami.

Liczenie przynosi mi nieco ukojenia, ale to za mało. Kładę dłoń na pustym miejscu obok, wyobrażając sobie, że dotykam twojej ręki. Dwie dłonie.

Tak lepiej.

WSPOMNIENIA

PONIEDZIAŁEK, 9 CZERWCA 2014

Zazwyczaj po szkole chodziliśmy z Theo i Wade’em do Barnes and Noble & Upper West Side, żeby odrabiać prace domowe, ale rok szkolny już prawie się skończył, więc teraz chodzimy tylko między półkami. W czasie biegania na ostatniej lekcji WF-u Theo miał powiedzieć Wade’owi o tym, czego ostatnio próbujemy we dwóch, lecz stchórzył. Nie jestem fanem sekretów. Sekrety czynią z ludzi kłamców, a ja kłamstwa mam już za sobą.

Odchodzimy od powieści graficznych i kończymy w alejce z biografiami. To moja najmniej ulubiona sekcja, ale znaleźliśmy się tutaj ze względu na Wade’a i Theo.

– Chcę mieć własny dziennik – oznajmia Theo.

– Tylko jedna osoba może go napisać – mówię.

– Nie mam jeszcze tytułu.

– Zgroza – podpowiada Wade, pocierając oczy, bo drażnią go nowe szkła kontaktowe. – Swój pewnie bym nazwał Brodząc przez życie[1].

Theo teatralnie ziewa.

– Nie mogę się doczekać tej żmudnej lektury.

Wade daje mu kuksańca w bok.

– Idę po mrożoną herbatę. Chcecie?

– Właściwie to tak. Ale ja stawiam. – Podaję mu kartę upominkową, która została mi z urodzin z zeszłego miesiąca.

– Jesteś pewien? – dopytuje Wade.

Kiwam głową w odpowiedzi.

Kiedy Wade znika z pola widzenia, posyłam Theo groźne spojrzenie pod tytułem „dlaczego mu nie powiedziałeś?”, ale on tylko się odwraca, patrząc z powrotem na książki.

– A może Theo McIntyre. Zabójca piratów zombie? – mówię.

Uśmiecha się, wciąż jednak unika mojego spojrzenia.

– Ale jeśli apokalipsa nie dojdzie do skutku, ludzie pomyślą, że to książka fantasy. Nie pozwolę, żeby moje życie zostało uznane za fikcję, cholera! Może powinienem trzymać się prostych rozwiązań. Może Theo. Dziennik?

– Jesteś moim ulubionym Theo i w ogóle, ale nie jedynym na świecie – odpowiadam, kręcąc głową.

Wreszcie się do mnie odwraca.

– Znasz innych Theo? Podaj mi ich adresy, a położę kres temu szaleństwu. – Wyrzuca ręce przed siebie, jakby był już gotowy powalić ciosem karateki każdego przechodzącego Theo. Jego pozycja przypomina mi kostium hipsterskiego C-3PO z zeszłego Halloween: miał wtedy na sobie T-shirt udający ciało androida oraz złotą farbę na twarzy i rękach.

– A może C-Theo-PO?

– E tam, zbyt mało znaczące. Mogłoby być najwyżej fajnym tytułem rozdziału. – Theo unosi brwi i pokazuje na mnie palcem. – Ale mam już tytuł dla ciebie. Griffin na lewo.

Teraz mam ochotę go pocałować.

– Idealny.

Sprawdzam, czy Wade nie wraca, a potem przyciągam do siebie Theo i prowadzę do sąsiedniej alejki. Nie całuję go jednak, bo nie chcę niczego przyśpieszać ani mieć poczucia, że robimy coś za plecami Wade’a.

– Musimy to powiedzieć Wade’owi, stary – szepczę. – Jeśli chcesz sam z nim porozmawiać, spoko, możemy to też zrobić razem. Ale nie wyjdziemy z tej księgarni, dopóki Wade się o wszystkim nie dowie.

– Umowa stoi – odpowiada Theo, ściskając moją dłoń. – O której zamykają?

– Ej – rzuca w tej samej chwili Wade. Stoi na końcu alejki, trzymając tacę z mrożoną herbatą. Puszczam szybko dłoń Theo. – Ej – powtarza, maszerując w naszą stronę. Jest wzrostu Theo, ale wydaje się niższy, gdy opadają mu ramiona. Kręci głową i udaje mu się słabo uśmiechnąć. – To nasze trio było całkiem fajne. Szkoda, że już po wszystkim.

Nie takiej reakcji się spodziewałem.

– O czym ty pleciesz?

– Jak długo się spotykacie? Wiedziałem, że to się tak skończy. Wątpiliście w moje zdolności parapsychiczne, ale ja przepowiedziałem to w zeszłym roku. Tylko nikomu tego nie zdradziłem.

Nie wiem, czego oczekiwałem, ale z pewnością nie tego.

– Miałeś wizję, w której spikamy się z Griffinem, a świat się kończy? – pyta Theo dziwnie piskliwym głosem.

Wade uśmiecha się pod nosem, podając mi szklankę mrożonej herbaty.

– Mniej więcej.

– Twoje wizje są homo – żartuje Theo, próbując jakoś odzyskać rezon. – Powinieneś iść z tym do lekarza.

Upijam łyk herbaty, również starając się jakoś ogarnąć.

– Czekaj. Skąd wiedziałeś, że ja i Theo mamy się ku sobie? Tylko nie mów, że masz zdolności parapsychiczne.

– Do tego nie trzeba takich zdolności. Wszędzie czułem smród tej waszej chemii. – Waha się. – To źle zabrzmiało. Tak czy inaczej, nie zamierzam być piątym kołem u wozu, chłopaki.

Nasza ekipa liczy trzech członków, a trzy to cyfra, której wczoraj wybaczyłem, ale tylko w drodze wyjątku, dla nas. Mam nadzieję, że nie będzie mnie już tak dręczyć, odkąd jesteśmy z Theo razem, jakby nas dwoje liczyło się jako „jeden”. Chyba nie powinienem wspominać o tym Wade’owi.

– To nie jest koniec gry. Pomyśl o tym, jak o nowej rozgrywce, z nowymi poziomami i światami.

– Nowymi przeszkodami dla mnie, gdybym chciał się z wami spotkać, a także misjami wyłącznie dla was – odparowuje Wade.

– Zawsze możesz do nas dołączyć w tych dodatkowych misjach – mówi Theo, puszczając do niego oko.

Wade ciągnie, wymieniając wszystkie przypadki, kiedy miłość skończyła się źle, głównie w komiksach: dziewczyna Zielonej Latarni skończyła w lodówce; Cyclopsowi i Jean Grey życie nieustannie rzucało kłody pod nogi; Ant-Man spryskał Wasp sprejem na owady. Rany, nie wiedziałem, że Ant-Man jest zdolny do takiej przemocy emocjonalnej i fizycznej. Czwartego przykładu się nie doczekałem.

– Obiecuję, że nigdy nie spryskam cię sprejem na owady – mówi do mnie Theo. – Ty też mi to obiecujesz?

– Obiecuję.

Bezgłośnie, samym ruchem warg, mówię do Wade’a „kłamię”, tak żeby Theo to zobaczył. Chcę w ten sposób rozładować napięcie. Tymczasem Theo sięga po mrożoną herbatę.

– Między nami wszystko okej, tak?

– Obiecajcie, że nie zniszczycie naszej ekipy po rozstaniu – prosi Wade.

Po jego tonie poznaję, że nie żartuje. Czuję się jak w siódmej klasie, kiedy nabijaliśmy się z Wade’a, żeby wygolił sobie na głowie swoje imię, a on przez chwilę się śmiał, ale potem kazał nam przestać.

– Może okaż chociaż trochę wiary w nas – mówi cicho Theo. – Ale jasne, obiecujemy po rozstaniu zachować się jak dorośli ludzie.

– Macie szesnaście lat. Nie jesteście dorośli – zauważa Wade.

– Liczę, że pobędziemy razem dość długo – stwierdza Theo.

Biorę głęboki wdech i przysięgam sobie, że nie pozwolę, bym przez Wade’a przestał się cieszyć Theo.

– Ja również obiecuję, że po rozstaniu nie zniszczę naszej ekipy. Czy możemy już wrócić do oglądania książek?

Theo daje nam znak, żebyśmy podeszli do niego, a potem nas obejmuje.

– Potrzebujemy grupowego przytulasa, żeby Griffin nie czuł się pominięty – mówi teatralnym szeptem do Wade’a.

– Nienawidzę was obu – stwierdza Wade.

Wybuchamy śmiechem i to już koniec, nie ma żadnych tajemnic, a ja uśmiecham się najdłużej, ponieważ Theo liczy na to, że będziemy ze sobą długo. To dobrze. Dzięki temu będę miał dość czasu, żeby wymyślić idealny tytuł dla jego dzienników.

[1] W oryginale Wading Through Life. Gra słów: wade znaczy „brodzić” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

TERAZ

PONIEDZIAŁEK, 20 LISTOPADA 2016

Nie chcę wchodzić, nie chcę wchodzić. Theo, nie chcę wchodzić, nie chcę wchodzić, żeby się z tobą pożegnać.

Kaplica pogrzebowa na skrzyżowaniu 81. Ulicy z Madison wygląda jak budynek złożony z dziecięcych klocków, a do tego sprawia wrażenie dziwnie niekompletnego, bo jest beżowy, jakby zapomnieli go pomalować na prawdziwy kolor albo pomyśleli, że to niestosowne. Nie mogę uwierzyć, że właśnie to miejsce twoi rodzice wybrali na ostatnie pożegnanie twoich przyjaciół i rodziny z tobą, Theo. Nie przychodzi mi do głowy żadne inne, ale jakie by nie było, na pewno miałoby jakiś kolor.

To i tak nie ma znaczenia. Nie wejdę tam.

– Wchodzisz, Griffin?

– Nie. Nie wchodzę. Nie mogę.

Mama wyciąga klucz ze stacyjki i wkłada go do torebki.

– W takim razie posiedzimy tutaj, aż będziesz gotowy.

Patrzy prosto przed siebie, gdzie żałobnicy z kubkami kawy – nikogo nie rozpoznaję – wchodzą do kaplicy przy akompaniamencie dzwonków wybijających pełną godzinę. Nie przeszkadza mi to, że przegapimy nabożeństwo o dziesiątej. Nie zamierzam w najbliższym czasie przeżywać żałoby w modlitwie. Mama wyciąga rękę i tata chwyta jej dłoń, jak zawsze. Miłość moich rodziców jest twarda jak skała, a ja jestem teraz zbyt odrętwiały, by to poczuć, ale to im zawsze zawdzięczałem swoją wiarę w przyszłość, bo byli ze sobą od czasów szkolnych.

Patrząc na te splecione dłonie, wkurzam się, bo nasze muszę sobie wyobrażać.

Wysiadam z samochodu i zatrzaskuję za sobą drzwi. Chłodne jesienne powietrze przegryza się przez moją kurtkę i bluzę; nawet oddychanie zimnem męczy moje płuca. Deszcz nie pada zbyt mocno, a i tak jestem cały mokry.

Rodzice porzucają ciepło starej toyoty i idą po mojej prawej stronie, szanując natręctwo, które ciebie zawsze fascynowało – i czasami frustrowało, jeśli mamy być szczerzy. Milczą. Nie karmią mnie nonsensem rodem z ciasteczek z wróżbą. Jestem szczęściarzem, że posiadam rodziców, którzy wiedzą, kiedy iść ze mną na wojnę, a kiedy zostawić mnie samego na polu walki.

Czekasz w środku. Nie ty, ale ty.

Jestem ci winien pożegnanie.

Gdybyś tutaj był, już bym siedział w środku, co… Cóż, widzę, jakie to dziwne, że mógłbyś namówić mnie do pójścia na własny pogrzeb. Zawsze potrafiłeś sprawić, że zbierałem się na odwagę – przynajmniej na tyle, by zburzyć mury, które dało się zburzyć. Nie można cię winić za natręctwa, z którymi nic się nie da zrobić.

W drzwiach czuję, że rodzice chcą wyciągnąć do mnie rękę. Odwracam się i widzę kilka nowych twarzy, które idą w naszą stronę. Jeśli ja ich nie znam, oni nie znają mnie, więc nie mogą wiedzieć, dlaczego to dla mnie takie trudne, dlaczego nie potrafię przekręcić tej przeklętej gałki i wejść. Bo nie znają naszej historii. Może to przyjaciele twoich rodziców albo sąsiedzi, o których mi opowiadałeś, ale których nigdy nie poznałem.

Napięcie rośnie, jednak nikt nie odzywa się ani słowem.

Rzucam się na ziemię i tonę, nie próbując się ratować, wszystko naraz.

Sięgam do gałki. Wchodzę do sali pełnej stęchłego powietrza i żałoby.

Przy wejściu stoi wielki portret. Twoi rodzice wybrali to niezbyt udane zdjęcie z pierwszej klasy, a nie to, które uznaliśmy za najlepsze – to, które znajdzie się przy biogramie autora w twoich dziennikach: masz na nim trochę nieśmiały uśmiech, a twoje błękitne oczy zdają się coś knuć. Może nie takim chcieli cię widzieć na pogrzebie. Nie rozumiem zupełnie, dlaczego wybrali akurat to zdjęcie, ale nic nie powiem. Kto wie, co się dzieje w głowach Russella i Ellen ostatnimi czasy.

Podchodzę do twojego portretu, rodzice depczą mi po piętach, składając kondolencje nie wiadomo komu. Patrzę ci w oczy, chociaż są zupełnie płaskie. Dotykam zdjęcia, zanim zdążę się powstrzymać, opuszkami palców wiodę po twoim błyszczącym policzku. Moje palce zsuwają się na mosiężną tabliczkę pod zdjęciem. Śledzę po kolei każdą literę:

THEODORE DANIEL MCINTYRE

10 LUTEGO 1998 – 13 LISTOPADA 2016

– Griffin.

Naprawdę nie mam ochoty stawiać teraz czoła Wade’owi. Nie rozmawiałem z nim przez kilka ostatnich miesięcy, nie odkąd zaczęły się te sprawy między wami. W zeszłym tygodniu próbował się ze mną skontaktować, oczywiście, ale nie odbierałem jego telefonów ani nie otworzyłem mu drzwi. Wade ma na sobie krawat, który dostał w bożonarodzeniowym prezencie od ciebie, i skubie strupek na łokciu. Albo unika mojego wzroku, albo jego szkła kontaktowe każą mu patrzeć gdzie indziej. Na pewno ma wyrzuty sumienia, że nie porozmawiał z tobą, kiedy wciąż miał na to szansę.

– Moje kondolencje, Griffin – mówi Wade.

Twój były najlepszy przyjaciel składa mi kondolencje. To jest dopiero historia.

– I nawzajem – dukam.

Rozglądam się po zebranych. Nie dziwi mnie, że mimo deszczu jest ich tak wielu. Ciekawe, ilu z nich już się roześmiało. Na pewno zdarzyło im się uśmiechnąć na coś głupiego, na przykład z jakiegoś śmiesznego starego zdjęcia w telefonie albo odcinka serialu komediowego, który włączyli, żeby zapomnieć na chwilę o twojej śmierci. Chciałbym jednak wiedzieć, czy śmiali się tak mocno, że rozbolały ich brzuchy. Nie gniewam się, jeśli tak było. Wielka szkoda, że przez jakiś czas będę sam w swojej żałobie. Chcę tylko wiedzieć, kiedy będę mógł znowu się śmiać. I kiedy śmiech przestanie być nie na miejscu.

Wade wreszcie spogląda mi w oczy.

– Porozmawiasz z Jacksonem?

– To nie jest mój priorytet – odpowiadam, chociaż powinienem się zamknąć albo odejść.

– Wiem, że to co innego, ale pewnie jest jedyną osobą tutaj, która rozumie, co teraz przeżywasz.

– Ich łączyło coś innego – mówię wbrew sobie, ponieważ jestem zbyt skupiony na tym, żeby się nie rozpłakać i nie zacząć krzyczeć.

Odwracam wzrok, żeby Wade nie próbował mnie pocieszać. Widzę, że twój dziadek podpiera się laską, twoja ciotka Clara rozdaje paczki chusteczek, które zapewne kupiła w hurcie, jak wszystko inne, a twoja kuzynka właśnie robi na drutach coś, co z tej odległości wygląda jak szalik. Jednak nie dostrzegam nigdzie twoich rodziców. Zbieram się w sobie i pytam Wade’a, gdzie się podziewają.

– Russell wyszedł na papierosa – odpowiada. – Już jakiś czas temu. Założę się, że pali już czwartego. A Ellen usiadła już z przodu, z Denise. Są przy Theo.

Są przy twoim ciele, nie przy tobie.

– Idę poszukać Russella.

– Zanim pójdziesz…

Ruszam do wyjścia. Rodzice to zauważają i podchodzą do mnie, jakbym próbował uciec stąd na dobre. Zatrzymuję się, kiedy mama pyta, gdzie idę i czy chciałbym razem z nią złożyć kondolencje Ellen. Niestety w tej chwili nie mam jeszcze na to odwagi. Staram się rżnąć głupa i zamiast tego skupić na otoczeniu. Zauważam twojego wuja Freda, który czyta Biblię. Za chwilę ciotka Clara otwiera własną paczkę chusteczek, płacząc razem z sąsiadką, którą chyba rozpoznaję.

Jednak szybko wracam wzrokiem do drzwi.

Twój chłopak blokuje wyjście. I gapi się prosto na mnie.

WSPOMNIENIA

CZWARTEK, 12 CZERWCA 2014

To nasza pierwsza randka, a po wyjściu z metra odkrywamy, że pada deszcz.

– Chcesz najpierw dobre czy złe wieści? – pyta Theo.

– Zawsze najpierw złe. To jest Nowy Jork, pamiętasz? Gdzieś ty się wychował?

– Nie mam parasolki.

– A te dobre wieści?

– Mówię ci to teraz.

– Twoje dobre wieści są do dupy.

Gdybyśmy mieli czas, przeczekalibyśmy deszcz na stacji. Ale w Bonus Diner, w tej jadłodajnio-gralni przy Union Square, prowadzą dzisiaj konkurs z wiedzy o popkulturze, który zaczyna się o szóstej. Ruszamy z miejsca, przeklinając każdy nieosłonięty skrawek drogi, gdzie musimy przystanąć, bo na przykład jest czerwone. Cieszę się, że rok szkolny już prawie się skończył, bo nie ma mowy, żeby podręczniki w naszych plecakach nadawały się jeszcze do czegoś po tej burzy.

Cholera. W środku jest mnóstwo ludzi, ale wciąż znajdą się jeszcze wolne stoliki. Czuję się zdradzony, bo jest tu strasznie zimno. Wnętrza knajp zawsze powinny być przeciwieństwem aktualnej pogody. Nikt nigdy nie wszedł do restauracji w upalne lato i wkurzył się na klimatyzację.

Nie pozwolę jednak, by ten szczegół popsuł mi pierwszą randkę z Theo. Walczę z dreszczami i zapisuję naszą dwuosobową drużynę do konkursu. Siadamy przy stoliku z numerem szesnaście – to dobry, parzysty numer. Biegnę szybko do łazienki, żeby spróbować się choć trochę wysuszyć papierowymi ręcznikami. Wracam i namawiam Theo, żeby zrobił to samo. Rozglądam się po sali i dopiero zaczynam czuć ciepło. Jesteśmy najmłodsi, ale i tak z miejsca uznaję, że nasi oponenci to najfajniejsze osoby pod słońcem.

Theo wraca.

– Zniszczymy ich – oznajmia, zacierając ręce.