Żółta tabletka plus - Anna Sakowicz - ebook

Żółta tabletka plus ebook

Anna Sakowicz

3,6

Opis

Żółta tabletka plus to zbiór kilkunastu opowiadań, w których dominuje czarny humor, groteska i absurd doprawione odrobiną surrealizmu i purnonsensu. Humoreski stają się doskonałym antidotum na nudę i zły humor. Łączą różne konwencje, zawierają aluzje literackie. Bohaterami zbioru są nietypowe postaci: zmutowany lis telepata, śmierć ze średniowiecznego dialogu, laleczka voodoo, anioł, samobójczyni czy redaktor na głodzie, których losy pobudzają do refleksji na temat ludzkiej natury. Koniecznie przechowywać w domowej biblioteczce!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 133

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (9 ocen)
3
0
5
1
0

Popularność




Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Za­rów­no cała książ­ka, jak i jej czę­ści nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Sza­ra Go­dzi­na s.c.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Ry­sun­ki na okładce

© Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób i zda­rzeń jest zu­peł­nie przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­[email protected]­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2017

tekst © Anna Sa­ko­wicz, 2017

ISBN 978-83-65684-41-7

Informacja dla Czytelnika poddanego działaniu „Żół­tej ta­blet­ki plus”

Przed prze­czy­ta­niem na­le­ży uważ­nie za­po­znać się z po­niż­szy­mi in­for­ma­cja­mi.

1. Co to jestŻół­ta ta­blet­ka plus?

Jest to zbiór kil­ku­na­stu opo­wia­dań, któ­re prze­szły do­brą zmia­nę. Po­przed­nie wy­da­nie książ­ki uka­za­ło się w 2013 roku. Obec­ne zo­sta­ło zmo­dy­fi­ko­wa­ne po­przez do­da­nie albo usu­nię­cie nie­któ­rych tek­stów. Ni­niej­szy zbiór to lek wie­lo­skład­ni­ko­wy o dzia­ła­niu prze­ciw­de­pre­syj­nym oraz zwięk­sza­ją­cym ilość wy­twa­rza­nych en­dor­fin.

Wska­za­niem do sto­so­wa­nia opo­wia­dań jest krót­ko- lub dłu­go­trwa­łe (w za­leż­no­ści od po­czu­cia hu­mo­ru) ła­go­dze­nie skut­ków spad­ku na­stro­ju.

W skład zbio­ru wcho­dzą ab­surd, gro­te­ska, czar­ny hu­mor, pur­non­sens, sur­re­alizm i alu­zja li­te­rac­ka.

2. Ostrze­że­nie.

Nie na­le­ży sto­so­wać przy bra­ku po­czu­cia hu­mo­ru oraz dy­stan­su wo­bec świa­ta (i sie­bie).

3. Dzie­ci i mło­dzież.

Nie po­da­wać dzie­ciom w wie­ku po­ni­żej pięt­na­ste­go roku ży­cia. W zbior­ku wy­stę­pu­ją wul­ga­ry­zmy i ele­men­ty ero­ty­ki, co może spo­wo­do­wać trwa­ły uszczer­bek na zdro­wiu nie­let­nich.

4. Żół­ta ta­blet­ka plus z je­dze­niem, pi­ciem lub al­ko­ho­lem.

Zbio­rek moż­na sto­so­wać nie­za­leż­nie od po­sił­ków i ilo­ści wy­pi­te­go al­ko­ho­lu. Moż­na na­wet pić w trak­cie za­ży­wa­nia, bez ry­zy­ka uszko­dze­nia wą­tro­by. Ide­al­nie kom­po­nu­je się z ulu­bio­nym czer­wo­nym wi­nem.

5. Pro­wa­dze­nie po­jaz­dów i ob­słu­gi­wa­nie ma­szyn.

Nie czy­tać pod­czas pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du i ob­słu­gi ma­szyn. Nie­za­sto­so­wa­nie się do za­le­ceń może skut­ko­wać trwa­łym ka­lec­twem lub utra­tą ży­cia. Wy­ją­tek sta­no­wi wer­sja au­dio.

6. Daw­ko­wa­nie.

Sto­so­wać bez kon­sul­ta­cji i wbrew wszel­kim za­le­ce­niom. Brać w dło­nie, kie­dy przyj­dzie na­gły spa­dek na­stro­ju (albo i nie). Moż­na daw­ko­wać po jed­nym opo­wia­da­niu dzien­nie lub łyk­nąć ca­łość w je­den wie­czór. W ra­zie wąt­pli­wo­ści na­le­ży zwró­cić się o po­moc do au­tor­ki do­stęp­nej na Fa­ce­bo­oku. Nie od­no­to­wa­no przedaw­ko­wa­nia prócz ob­ja­wów przej­ścio­wej głu­paw­ki.

7. Prze­cho­wy­wa­nie.

Trzy­mać z dala od wody i ognia, w tem­pe­ra­tu­rze po­ko­jo­wej. Moż­na umie­ścić w do­mo­wej (lub pu­blicz­nej) bi­blio­te­ce po­śród in­nych ksią­żek. W ra­zie po­trze­by użyć jako pod­kład­ki pod krót­szą nogę sto­łu lub krze­sła. Też się spraw­dzi.

8. Pod­miot od­po­wie­dzial­ny.

Brak. Od­po­wie­dzial­ność za­wie­si­ła to­bo­łek na wę­drow­nym kiju i po­szła w świat od­na­leźć się z ro­zu­mem.

Żółta tabletka

Dzi­siaj czy­ste sza­leń­stwo. Tyle spraw do za­ła­twie­nia. Mąż stwier­dził, że bę­dzie le­piej, je­śli po­je­dzie­my sa­mo­cho­dem, bo wte­dy szyb­ciej ze wszyst­kim się upo­ra­my. On oczy­wi­ście jako kie­row­ca, ja – pa­sa­żer­ka. Co praw­da mam pra­wo jaz­dy, ale że ze mnie wraż­li­wy czło­wiek i dro­gie jest mi ży­cie współ­uczest­ni­ków ru­chu dro­go­we­go, to wolę tkwić na sie­dze­niu obok kie­row­cy, bo ze mną ni­g­dy nic nie jest nor­mal­ne. Fa­tum.

Je­dzie­my spo­koj­nie. Prze­strze­ga­my (to zna­czy kie­row­ca prze­strze­ga, a ja ob­ser­wu­ję) prze­pi­sów dro­go­wych, uwa­ża­my na ra­da­ry. A tu na­gle na dro­gę wy­pa­da ran­ne zwie­rzę. Mąż po ha­mul­cach. Ja łbem po szy­bie. Pisk opon. Kur­wa! (Tak mi się wy­rwa­ło). Bę­dzie guz!

– Co jest?! – krzy­czy mąż.

Ma­su­ję gło­wę. Nic nie wi­dzę. Chy­ba ja­kie­goś ura­zu do­zna­łam. Psy­chicz­ne­go i fi­zycz­ne­go. Ku­mu­la­cja.

– Nic. Wal­nę­łam gło­wą – od­po­wia­dam grzecz­nie. Bo my­ślę, że pyta z tro­ski o moje zdro­wie. A on wpa­tru­je się przed sie­bie na zwie­rzę, któ­re tak bez­czel­nie wy­peł­zło z krza­ków. To pa­trzę tam, gdzie on. Nic nie wi­dzę, bo chy­ba już pod ko­ła­mi mamy tego stwo­ra.

– Prze­je­cha­li­śmy coś? – py­tam.

– Nie wiem – od­po­wia­da mąż. – Co to w ogó­le było?

– Nie wiem – po­wta­rzam za nim. – Ale chy­ba coś chcia­ło po­peł­nić sa­mo­bój­stwo pod ko­ła­mi na­sze­go auta.

Wy­sia­da­my z sa­mo­cho­du. Ostroż­nie, bo wia­do­mo, że w le­sie wście­kli­zna z bo­re­lio­zą mogą się cza­ić, a to prze­cież zza drzew wy­peł­zło. Skra­da­my się co­raz bli­żej stwo­ra. Leży. Chy­ba dy­szy, bo mu się klat­ka pier­sio­wa lek­ko uno­si. Całe ku­dła­te. Zwi­nię­te jak kul­ka sier­ści.

– Co to? – Te­raz ja py­tam męża, a ten lek­ko nogą tyka zwie­rza.

Nic. Zero ru­chu. Krwi też nie wi­dać. Może cho­re było. Wy­peł­zło z krza­ków, żeby kojf­nąć na dro­dze. Taki mia­ło ka­prys. Ostat­nia wola.

– Chy­ba lis, ale ja­kiś zmu­to­wa­ny – od­po­wia­da. Po­chy­la się nad nim. – Żyje – stwier­dza fa­cho­wo. Jest prze­cież le­ka­rzem. Ludz­kim. Ale czło­wiek też zwie­rzę. Od­dy­cha­my po­dob­nie.

– Co ro­bi­my? – py­tam. Głu­pio tak omi­nąć i je­chać da­lej. A to tu­taj le­d­wo dy­szy. Nie zo­sta­wi­my na środ­ku dro­gi, bo prze­cież roz­ja­dą.

– Nic – od­po­wia­da mąż. Pro­stu­je się. Wi­dać, że mu ulży­ło, bo nie prze­je­chał zwie­rza­ka. To do­brze.

– Jak to? – Bu­rzę się. Prze­cież to jed­nak żywe stwo­rze­nie. Oczka ma za­mknię­te, ale od­dy­cha! Ku­cam. Do­ty­kam. Cie­płe. Miłe w do­ty­ku jak mój kot. Otwie­ra oczy i na mnie pa­trzy. Tak oczy w oczy. I wiem już, że nie mogę go tu na zmar­no­wa­nie zo­sta­wić.

– Nie ru­szaj! – krzy­czy mąż. – Może mieć wście­kli­znę!

Ale już za póź­no. Do­tknę­łam. Po­gła­ska­łam. Kon­takt się na­wią­zał. Wzro­ko­wy rów­nież. A za kon­tak­tem idzie cień wię­zi.

– Nie mo­że­my go tu­taj zo­sta­wić – mó­wię naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­co, jak tyl­ko po­tra­fię. – Umrze bez na­szej po­mo­cy – do­da­ję te­atral­nie. Silę się na tra­gizm. Od­po­wied­nie miny ro­bię, ale mąż ja­koś na wzru­szo­ne­go nie wy­glą­da.

– Naj­wy­żej zdech­nie – rzu­ca i już za­mie­rza za­pa­ko­wać się z po­wro­tem do sa­mo­cho­du.

Ale ja je­stem spryt­na! Nie ze mną te nu­me­ry! Ła­pię go szyb­ko za rę­kaw. Cią­gnę w dół, by zer­k­nął w te ślip­ka.

Ugiął się i spoj­rzał!

– Pew­nie ma wście­kli­znę – bąka pod no­sem, pró­bu­jąc jesz­cze się ra­to­wać.

– Zo­bacz, jak pa­trzy. Cier­pi.

– No do­bra, ale ja go nie do­ty­kam – rzu­ca po­śpiesz­nie i wsia­da do sa­mo­cho­du, zo­sta­wia­jąc mnie sam na sam ze zwie­rza­kiem.

Ja­koś tak śmiesz­nie wy­glą­da jak na lisa. Może na­praw­dę mu­tant? Dra­pię się w gło­wę, co by z nim da­lej… Wy­si­lam sza­re ko­mór­ki. Jest! W ba­gaż­ni­ku mam pu­deł­ko z bu­ta­mi. Tam go za­pa­ku­ję, a w mie­ście za­wio­zę do we­te­ry­na­rza.

Tak czy­nię. Buty od­kła­dam na bok. Do pu­deł­ka wrzu­cam ręcz­nik, któ­ry też nie wiem, dla­cze­go za­plą­tał się w ba­gaż­ni­ku, jak­by cze­ka­jąc na taką sy­tu­ację. De­li­kat­nie bio­rę zwie­rzę. Ono nic. Tyl­ko pa­trzy. Ale jak pa­trzy! Jak­by z wdzięcz­no­ścią. Jak­by chcia­ło coś…

– Dzię­ku­ję. – Sły­szę na­gle.

– Nie ma za co – od­po­wia­dam od­ru­cho­wo, a do­pie­ro po se­kun­dzie do­cie­ra do mo­jej mó­zgow­ni­cy, że to z tej nie­win­nej mord­ki się wy­rwa­ło.

Pa­trzę, a to oko do mnie pusz­cza i za­ło­żę się, że się uśmie­cha. Wy­cią­ga tyl­ną nóż­kę. Na szczę­ście nie po to, by ze­mrzeć. Pa­trzę, a tam coś jest. Kar­tecz­ka chy­ba. Się­gam. Tak, ka­wa­łek pa­pie­ru. Roz­wi­jam. I czy­tam: „Po­łknij to, co jest przy­kle­jo­ne do kart­ki”. Spo­glą­dam. A tam ta­blet­ka. W do­dat­ku żół­ta. A że moje try­bi­ki są moc­no spo­wol­nio­ne w tym mo­men­cie, od­czy­tu­ję jesz­cze raz ko­mu­ni­kat.

Ręka, usta, prze­łyk.

I do­pie­ro te­raz przy­cho­dzi oświe­ce­nie, że dur­na je­stem. Gdy­by tam ktoś na­pi­sał „roz­bierz się i na go­la­sa po­bie­gaj po le­sie”, to też bym po­słu­cha­ła? No, ale sta­ło się, za­ży­łam coś żół­te­go. Cie­ka­we, ile dni mo­je­go mar­ne­go ży­wo­ta zo­sta­ło. Może to nar­ko­tyk albo tru­ci­zna? Mę­żo­wi po­win­nam po­wie­dzieć. Le­karz prze­cież. Wte­dy jed­nak stwier­dzi, że mu żona już cał­kiem się od­móż­dży­ła, i po­rzu­ci na dro­dze w tym le­sie na zmar­no­wa­nie.

Wsia­dam do auta jak­by ni­g­dy nic. Pu­deł­ko na ko­la­na kła­dę. Ślip­ka cią­gle we mnie pa­trzą. Je­dzie­my.

– Dzię­ki za ura­to­wa­nie ży­cia. – Sły­szę.

Za­glą­dam w kar­ton, ale nie­ru­cho­ma mord­ka tyl­ko pa­trzy. Nie mówi. Bo prze­cież jak­że­by lis mógł mó­wić ludz­kim gło­sem?! Igno­ru­ję więc.

– Dzię­ki. – Sły­szę po­now­nie.

Ten sam głos.

– Mó­wi­łeś coś? – py­tam męża.

Zdzi­wio­ny rzu­ca na mnie okiem. Ja­koś po­dejrz­li­wie spo­glą­da. Wier­cę się nie­spo­koj­nie, bo czu­ję, że tak moż­na pa­trzeć tyl­ko na wa­ria­ta.

– A ty co? – rzu­ca. Cią­gle ły­pie okiem to na mnie, to na dro­gę, to na pu­deł­ko. – Oma­my słu­cho­we masz?

– Nie, nooo – ją­kam się. – Tak mi się wy­da­wa­ło.

– Może ten sier­ściuch ma wście­kli­znę – od­po­wia­da.

Chce mnie wy­stra­szyć, że­bym po­rzu­ci­ła zwie­rząt­ko. Ale nie. Już za póź­no. Ak­cja ra­tun­ko­wa w toku.

– Ślicz­ny jest – mó­wię. – Ura­tu­ję go. Za­wio­zę do we­te­ry­na­rza.

– Dzię­ki – znów ten głos. Ja­kiś głu­chy. Nie z pu­deł­ka. Jak­by ze mnie.

Co jest? Krę­cę się ner­wo­wo.

– Dzię­ki za ura­to­wa­nie ży­cia. – Sły­szę, ale po­now­nie nie od stro­ny zwie­rza­ka.

Dziw­ne. Kur­czę, zwa­rio­wa­łam. Czu­łam, że ten dzień kie­dyś na­dej­dzie. Ale dla­cze­go te­raz? Nie mo­głam tak za trzy­dzie­ści lat, kie­dy będę sta­ra?

Od­ru­cho­wo w my­ślach od­po­wia­dam „Pro­szę”. I jak­by au­to­ma­tycz­nie roz­brzmie­wa:

– Mogę się z tobą ko­mu­ni­ko­wać te­le­pa­tycz­nie. Wy­star­czy, że po­my­ślisz.

„Ale z kim ja na­wią­za­łam łącz­ność?”. Py­tam w my­ślach zde­ner­wo­wa­na i spo­glą­dam po­dejrz­li­wie na mo­je­go męża. Może to ja­kaś jego sztucz­ka? Ale on nic. Przed sie­bie pa­trzy. Je­dzie. Po­wo­lut­ku, bo przed nami su­nie trak­tor oku­ta­ny we fla­gi bia­ło-czer­wo­ne. Aku­rat strajk rol­ni­ków na dro­dze. Nie na­rze­ka­my jed­nak, bo my pa­trio­ci, a oni bro­nią pol­skiej zie­mi. I w tym mo­men­cie coś za­nu­ci­ło mi w gło­wie Rotę, a po­tem przy­ło­ży­ło z dru­giej stro­ny Ma­zur­kiem Dą­brow­skie­go. To ja co? Bacz­ność! Przy­ła­do­wa­łam pu­stą łe­pe­ty­ną w dach sa­mo­cho­du, aż mi się wszyst­kie unij­ne gwiazd­ki za­pa­li­ły na żół­to. To mnie do­pro­wa­dzi­ło do po­rząd­ku. Do­dat­ko­wo mąż mnie zgro­mił, że jak będę mu sa­mo­chód de­mo­lo­wać, to wię­cej z domu na prze­jażdż­kę nie za­bie­rze. Pra­wie mu­tan­ta z rąk wy­pu­ści­łam. Ale nie. Leży i tyl­ko pa­trzy tymi wiel­ki­mi śli­pia­mi.

– To ja. – Sły­szę po­now­nie. Roz­glą­dam się znów nie­spo­koj­nie. – Z pu­deł­ka.

Pa­trzę więc, a zwie­rzę oko do mnie robi, a ja od­ru­cho­wo od­wza­jem­niam mru­gnię­cie.

– Coś z tobą dziś nie tak – bar­dziej stwier­dza, niż pyta mój mąż.

Już pew­nie za wa­riat­kę mnie bie­rze. Ale fak­tycz­nie. Dziś nie­nor­mal­nie bar­dziej niż zwy­kle. I ze mną, i z oto­cze­niem. Ga­dam z ja­kimś sier­ściu­chem, któ­ry pod koła się nam rzu­cił.

– Wszyst­ko okej – od­po­wia­dam naj­zwy­czaj­niej, jak tyl­ko się da.

– Uspo­kój się i po­słu­chaj – mówi coś we mnie. W mo­jej gło­wie.

„Okej, mów. Już się po­wo­li przy­zwy­cza­jam”.

– Mu­szę uciec z tego lasu – od­po­wia­da. – A ty mu­sisz mi w tym po­móc.

„Nic ci nie jest?” – py­tam w my­ślach. – „Nie je­steś ran­ny?”

– Nie. Za­gra­łem to. Świet­ny je­stem, wiem. Nie pierw­szy raz sto­su­ję tę sztucz­kę. Przy­kro mi, że oszu­ki­wa­łem.

„No, to było dość ry­zy­kow­ne” – przy­zna­ję.

– Cza­sa­mi trze­ba ry­zy­ko­wać. Mu­sisz mnie za­wieźć do we­te­ry­na­rza. Na dru­giej łap­ce mam kart­kę z ad­re­sem. To waż­ne. Mu­szę tam do­trzeć.

„O co w tym cho­dzi?” – py­tam.

Nic nie ro­zu­miem. Niby uda­je ran­ne­go, a ran­ny nie jest, i chce do le­ka­rza. Ja­kiś dziw­ny. Gdzie tu lo­gi­ka?

– To taj­ne.

Szu­kam kar­tecz­ki przy jego łap­ce. Jest. Ad­res też. Mąż znów pa­trzy po­dejrz­li­wie. Pew­nie za­sta­na­wia się, co on tu ze mną robi. Ja też mu się dzi­wię, że jesz­cze daje radę.

Czy­tam ad­res. Na szczę­ście to po dro­dze.

– Za­wie­zie­my to stwo­rzon­ko do we­te­ry­na­rza. Do­brze, ko­cha­nie? – mó­wię naj­czu­lej, jak tyl­ko po­tra­fię. Głasz­czę go de­li­kat­nie po ra­mie­niu. Pró­bu­ję udo­bru­chać. Daje się. Kiwa gło­wą. Je­dzie­my. To zna­czy tur­la­my się w rząd­ku sa­mo­cho­dów za trak­to­rem w bia­ło-czer­wo­nych bar­wach. Aż łza w oku się krę­ci. Rol­ni­cy pa­trio­ci wy­szli na dro­gi, bo „pol­ski my na­ród, pol­ski lud…”, coś we mnie znów nuci. Pa­trzę po­dejrz­li­wie na stwo­rzon­ko. Krę­ci głów­ką.

– To nie ja – za­prze­cza. – To ty sama.

No tak. Mo­głam się tego po so­bie spo­dzie­wać.

„A co to była za ta­blet­ka?” – py­tam, bo przy­po­mi­nam so­bie o niej. Może sta­nę­ła na żo­łąd­ku? Może za­raz ja­kichś spa­zmów do­sta­nę. Do­brze, że le­karz jest pod ręką. Ura­tu­je. Albo do­bi­je.

– Wi­ta­mi­na C. – Sły­szę od­po­wiedź.

„Co?!” – obu­rzam się. – „Po co wi­ta­mi­na?”

– Bo ta­blet­ka nie­sie ta­jem­ni­cę. Jest ad­re­na­li­na. A ty się ja­kie­goś do­pa­la­cza spo­dzie­wa­łaś czy co?

„No tak, to zna­czy nie. Nie wiem” – przy­zna­ję ra­cję w gło­wie, że ta­jem­ni­ca i ad­re­na­li­na. Prze­cież się wy­stra­szy­łam. Ana­li­zo­wa­łam po fak­cie, jaki spe­cy­fik wchło­nę­łam.

– Na­wia­sem mó­wiąc, to je­steś pierw­szą oso­bą, któ­ra ją po­łknę­ła – za­śmiał się we mnie. Naj­pierw nie­śmia­ło, a po­tem roz­re­cho­tał się na ca­łe­go.

Chcia­łam go uszczyp­nąć. Ale te oczy cią­gle pa­trzy­ły. Tak pięk­nie. Tak wzru­sza­ją­co.

„Nie…” – nie do­wie­rzam. – „Prze­cież na­pi­sa­ne było, by po­łknąć. A sło­wo ma moc. Trze­ba mu ufać”.

– Pierw­szy raz na tak dur­ne­go czło­wie­ka tra­fi­łem.

To nie lis, to nie kot, to ja­kaś ro­pu­cha we mnie się od­zy­wa!

„Co? To ja tu cie­bie ra­tu­ję, a ty…”

I śmie­je się, rży. Ja słu­cham. Wszyst­ko w mo­jej gło­wie z pó­łek po­spa­da­ło od tego re­cho­tu. Za­czy­nam zło­wro­go spo­glą­dać na zwie­rząt­ko. Ma za­mknię­te oczy. Na­resz­cie uwol­ni­ło mnie z li­to­ści, ze spoj­rze­nia.

– Jaka dur­na! – I cią­gle śmiech. Bez koń­ca.

– Wiesz, ko­cha­nie – mó­wię do męża. – Mam wra­że­nie, że zwie­rząt­ko po­czu­ło się już le­piej…

Mąż pa­trzy na mnie.

W mo­jej gło­wie wiel­ka ra­dość, chi­chot. Więc ja gło­śniej, żeby usły­sza­ło:

– Może jed­nak wy­pu­ści­my je do lasu?!

Mąż na­gle wrzu­ca kie­run­kow­skaz. Po ha­mul­cach. A że po­wo­lut­ku tur­lał się w ogon­ku, to na­wet w szy­bę nie przy­wa­li­łam. W dro­gę le­śną skrę­ca. Pa­trzy na mnie z ra­do­ścią.

– Na­resz­cie zmą­drza­łaś – mówi. – Wy­puść to cho­ler­stwo.

– Wy­y­y­pu­uusz­cza­aaam! – Otwie­ram drzwi.

Zwie­rzę w mo­jej gło­wie na­gle cich­nie, orien­tu­je się w sy­tu­acji. Po chwi­li krzy­czy.

– I mu­sisz to oznaj­mić ca­łe­mu świa­tu? – pyta zdzi­wio­ny mąż.

– Nie! – Dla od­mia­ny krzy­czy zwie­rzę.

„Ojej, jak mi przy­kro”. – Uśmie­cham się zło­śli­wie. Wy­sta­wiam pu­deł­ko z sa­mo­cho­du. Prze­chy­lam, by wy­sy­pać wred­ne­go zwie­rza­ka. – „Je­śli szu­kasz pod­wóz­ki, to po­my­li­łeś ad­re­sy”. Te­raz ja za­czy­nam się śmiać.

– Ko­cha­nie. – Mąż prze­stra­szo­ny znów pa­trzy. – Nie prze­sa­dzaj z tymi emo­cja­mi – mówi za­tro­ska­ny.

A ja zwie­rząt­ko po­wo­li z pu­de­łecz­ka na zie­mię pyk. Niech ma za swo­je.

– Żar­to­wa­łem. – Mu­tant pró­bu­je się bro­nić i łap­ka­mi trzy­mać tek­tu­ry.

Ale nie ze mną te nu­me­ry. Po­trzą­sam. Wy­pa­da. Sta­je na nogi i pa­trzy. Znów pró­bu­je tego sa­me­go. Cwa­nia­czek.

„Baj, baj” – mó­wię z iro­nią i ma­cham mu na po­że­gna­nie. Jesz­cze wy­si­la swe oczka. Ale za póź­no. Mam wzmoc­nio­ny, uod­por­nio­ny or­ga­nizm. Wi­ta­mi­na C za­dzia­ła­ła. Czu­ję moc.

– Gaz do de­chy! – rzu­cam do męża.

On aż pod­ska­ku­je na sie­dze­niu z prze­stra­chu. Ale wci­ska gaz. Cofa z im­pe­tem. Wbi­ja­my się w ruch, któ­ry cią­gnie się po­wo­lut­ku za rol­ni­kiem w trak­to­rze. Su­nie­my.

W mo­jej du­szy coś chi­cho­cze zło­śli­wie.

Jak Miecio na dupy poszedł

Mie­cio cho­dził na dupy. Tym ra­zem cha­dzał do Zoś­ki z blo­ku obok. To już rok. Niech mu ta dupa lek­ką bę­dzie. Nie będę mu ża­ło­wać. Nie będę mu ża­ło­wać, co nie zna­czy, że da­ru­ję. Ob­my­śli­łam plan ze­msty do­sko­na­łej. Po­móc w tym mia­ły mi szcze­gól­ne kon­tak­ty z Ab­so­lu­tem. Od trzech mie­się­cy pro­wa­dzę roz­mo­wy. Pra­wie krzy­żem leżę i mo­dły wzno­szę o po­pro­wa­dze­nie w tej po­dró­ży, któ­rej ce­lem ma być cał­ko­wi­te po­grą­że­nie w roz­pa­czy i Zoś­ki, i Miet­ka. Nad skru­pu­lat­nie opra­co­wa­nym pla­nem czu­wa siła wyż­sza, więc nie ma mowy o po­raż­ce.

Ze­msta ma prze­bie­gać w kil­ku eta­pach. Pierw­szy to skon­stru­owa­nie ide­al­nej la­lecz­ki vo­odoo.

Głów­kę Mie­cia ule­pi­łam z pla­ste­li­ny. Wy­dłu­ży­łam mu znacz­nie nos, bo prze­cież ta­kie­mu wia­ro­łom­cy się na­le­ży. Pra­wie Pi­no­kio mi wy­szedł. Tu­łów zro­bi­łam z pa­ty­ka do szasz­ły­ków i z ja­kichś szma­tek wy­pcha­nych watą, jak po­dusz­kę do igieł, żeby ła­two się wbi­ja­ło. Za­dba­łam o jego przy­ro­dze­nie, bo w to miej­sce za­mie­rza­łam wci­skać igły ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem. Im­po­ten­ta ze skur­czy­by­ka zro­bię, choć­by nie wiem co. Dupę to on bę­dzie mógł oglą­dać, ale wła­sną i to w lu­strze. Jak się od­po­wied­nio wy­gnie.

Dru­gi etap pla­nu ze­msty to roz­mo­wa ze śmier­cią. Pa­mię­ta­łam ze szko­ły wiersz o Po­li­kar­pie. Jemu się uda­ło, to cze­mu nie mnie! Też ma­gi­ster je­stem. Co praw­da po ośmiu la­tach stu­dio­wa­nia w try­bie za­ocz­nym w fi­lii pry­wat­nej uczel­ni, ale dy­plom mam. Ty­tuł wy­pi­sa­ny czar­no na bia­łym.

Ne­go­cju­ję z Ab­so­lu­tem. Dzię­ki nie­mu może od­wie­dzi mnie pan­na z kosą, ale nie w celu za­koń­cze­nia mo­je­go ży­wo­ta, a wy­świad­cze­nia przy­słu­gi. Mo­gła­bym na­wet za­grać z nią w sza­chy jak ry­cerz w fil­mie Berg­ma­na. Tyl­ko że w sza­chy nie umiem. A w war­ca­by ze śmier­cią to ob­ciach chy­ba.

Że Mie­tek zszedł na dupy, to nie moja wina. Chuć i nie­rząd nim rzą­dzą. Trze­ba go na­pro­sto­wać. A roz­wo­du nie bę­dzie! Mie­tek się na­wró­ci. Już ja go na­pro­wa­dzę na dro­gę cno­ty, gdy im­po­ten­tem go uczy­nię. Może na­wet sto­py mu na­kłu­ję, żeby prze­stał ła­zić. Kie­dy bę­dzie chciał szklan­kę her­ba­ty, bę­dzie mu­siał pro­sić. A ja wte­dy po­dam lub nie. Będę mieć wła­dzę. Dupy jed­nak żad­nej już nie do­sta­nie. Ko­niec.Schluss. Skoń­czy­ło się.

* * *