Zło kryje się w mroku - Charlie Donlea - ebook
NOWOŚĆ

Zło kryje się w mroku ebook

Charlie Donlea

4,4

66 osób interesuje się tą książką

Opis

PRAWDĘ ŁATWO PRZEOCZYĆ, NAWET GDY MAMY JĄ TUŻ PRZED SOBĄ.
Rory Moore, rekonstruktorka sądowa, rzuca światło na nierozwiązane sprawy zabójstw sprzed lat, łącząc szczegóły z miejsca zbrodni, które przeoczyli inni śledczy. Sprawca o pseudonimie Złodziej nie pozostawił po sobie ciał ani żadnych wskazówek – do czasu, gdy policja otrzymała przesyłkę od tajemniczej Angeli Mitchell. Ale kobieta zniknęła, zanim zdołano ją przesłuchać.
Czterdzieści lat później seryjny morderca ma zostać zwolniony warunkowo. Rory zaczyna rekonstruować ostatnie dni życia Angeli. Łącząc przeszłość z teraźniejszością, Rory odkrywa mroczną prawdę. Okazuje się, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje na pierwszy rzut oka. Nawet Rory nie jest na nią przygotowana…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 324

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (184 oceny)
107
51
23
3
0
Sortuj według:
zaczytanamaniaczka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisany thriller, który wciąga w swój świat od początku aż do zaskakującego finału. Historia Rory, która jest rekonstruktorem sądowym i jej nowej sprawy. A także sprawy, którą musiała przejąć po ojcu. Dzięki pokazaniu teraźniejszości i przeszłości możemy poznać całokształt sprawy słynnego Złodzieja. Jestem nią zachwycona i polecam każdemu;)
10
bozanka

Nie oderwiesz się od lektury

Książkę czyta się bardzo dobrze. Ja co prawda nie czytałam, a słuchałam. Szkoda, że czytał automat a nie lektor. Fatalna intonacja, brak modulacji głosu, gdyby nie ciekawa akcja, rzuciłbym słuchanie. Nie wiedziałam, że może tak być, iż czyta automat.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cecilii A. Donat –

babce ciotecznej, starszej pani, przyjaciółce

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obawiam się, że piszę requiem

na własną śmierć.

– Wolfgang Amadeusz Mozart

 

 

 

 

Uderzenie

 

Chicago, 9 sierpnia 1979 r.

 

 

 

Pętla zacisnęła się wokół jego szyi, a niedobór tlenu sprawił, że odczuł wyjątkowe połączenie euforii i paniki. Schodząc ze stołka, pozwolił, żeby nylon przyjął pełny ciężar jego ciała. Ci, którzy nie rozumieli, czym jest Uderzenie, uznaliby jego konstrukcję za barbarzyńską, ale tak naprawdę tylko on znał jej potencjał. Uderzenie zapewniało odczucia znacznie wykraczające ponad wszystko to, co dawały jakiekolwiek narkotyki. Nie było na świecie niczego innego, co gwarantowałoby choćby zbliżone doświadczenia. Ujmując sprawę prościej, było wszystkim, dla czego żył.

Kiedy zszedł ze stołka, lina, do której przymocowana była nylonowa pętla, jęknęła pod wpływem ciężaru jego ciała, wijąc się w rowkowej obręczy krążka i pozwalając mu zsunąć się na podłogę. Opierała się na kołowrocie, przechodziła spodem kolejnego krążka i owijała się wokół trzeciego, aż w końcu docierała do korby, układając się w kształt litery „M”.

Do drugiego końca liny został przymocowany kolejny pas miękkiego nylonu, który ofiara miała owinięty wokół szyi. Za każdym razem, kiedy schodził z bezpiecznego poziomu stołka, nylon na jego gardle przejmował jej ciężar, gdy w niemal magiczny sposób zaczynała lewitować nad ziemią w odległości niecałych dwóch metrów od niego.

W końcu przestała panikować. Nie szarpała się i nie wierzgała już więcej. Kiedy się uniosła, uczucie było bajeczne. Uderzenie nasyciło jego duszę, a obraz jej, unoszącej się w powietrzu, utrwalił mu się w mózgu. Wytrzymał jej ciężar tak długo, jak tylko potrafił, balansując na krawędzi utraty przytomności i ekstazy. Zamknął na moment oczy. Pragnienie utrzymywania tego stanu było bardzo kuszące, ale zdawał sobie doskonale sprawę, jakie niebezpieczeństwa na niego czyhają, jeśli posunie się za daleko. Mimo to nie potrafił się temu oprzeć.

Czując naprężony wokół gardła nylon, skoncentrował spojrzenie na wpół przymkniętych oczu na ofierze wiszącej naprzeciw niego. Pętla zaciskała się na szyi, zamykała tętnicę szyjną i wywoływała plamy w polu widzenia. Poddał się temu na moment, zamykając oczy i idąc ku ciemności.

Tylko na moment, tylko na krótką chwilę.

 

 

 

 

Pokłosie

 

Chicago, 9 sierpnia 1979 r.

 

 

 

Kiedy wrócił do rzeczywistości, otworzył usta, by zaczerpnąć powietrza, ale nie poczuł jego zbawiennego napływu. W poczuciu paniki wymacał stopą krawędź stołka, aż palce natrafiły na drewnianą powierzchnię. Stanął na nim i zwolnił nacisk na szyi, chwytając gwałtownie powietrze, podczas gdy ofiara opadała na podłogę tuż przed nim. Kiedy dosięgła betonu, nogi nie zapewniły wsparcia dla jej ciała. Zamiast tego, opadła bezwładnie, a ciężar jej ciała pociągnął jego koniec linki, aż gruby węzeł bezpieczeństwa oparł się po jego stronie krążka, zapewniając luz pętli na jego szyi.

Ściągnął nylon przez głowę i zaczekał, aż z jego skóry zniknie zaczerwienienie. Zdawał sobie sprawę, że tym razem posunął się za daleko. Choć zawsze zakładał ochronny kołnierz, będzie musiał znaleźć sposób na ukrycie ciemnoczerwonego sińca na szyi. Postanowił, że zacznie zachowywać dużo większą ostrożność niż kiedyś. Sensacja goniła sensację, w gazetach publikowano kolejne artykuły. Władze wystosowały ostrzeżenia, a ogólny strach stawał się tego gorącego lata coraz bardziej wyczuwalny. Przez rosnący niepokój społeczeństwa zaczął działać ostrożniej, planować bardziej szczegółowo i dokładniej zacierać ślady. Znalazł doskonałe miejsce, w którym mógł ukrywać ciała. Coraz trudniej było mu panować nad Uderzeniem i obawiał się, że woal okrywający jego sekretne życie zostanie zerwany przez jego własną nieumiejętność maskowania uniesienia, które towarzyszyło mu każdorazowo przez wiele dni po zakończeniu sesji. Wiedział, że musi działać z głową, żeby czuć się bezpiecznie, że musi się przyczaić i zaczekać na ustąpienie paniki. Ale Uderzenie coraz bardziej nie pozwalało się ignorować. Od niego zależało całe jego istnienie.

Siedział na stołku i odwrócił głowę w stronę ofiary. Zaczekał chwilę, żeby opanować emocje. Kiedy był gotów, podszedł do ciała, aby rozpocząć procedurę sprzątania i przygotowania go do transportu następnego dnia. Kiedy skończył, zamknął swoją kryjówkę na klucz i wsiadł do samochodu. Jazda do domu w niewielkim stopniu uciszyła szczątkowe efekty działania Uderzenia. Kiedy zaparkował przy krawężniku, zobaczył, że światła w domu są pogaszone. To dobrze. Wciąż drżał na całym ciele i nie był w stanie zdobyć się na normalną rozmowę. Kiedy wszedł do środka, rozebrał się i wrzucił ciuchy do pralki, po czym wziął szybki prysznic i położył się do łóżka.

Poruszyła się, kiedy zaczął poprawiać na sobie kołdrę.

– Która godzina? – zapytała, nie otwierając oczu, z głową zatopioną głęboko w miękkiej poduszce.

– Późno. – Pocałował ją w policzek. – Śpij.

Zarzuciła mu nogę na biodro i położyła rękę na jego piersi. Leżał na plecach i gapił się w sufit. Zwykle po powrocie udawało mu się uspokoić i zasnąć dopiero po kilku godzinach. Zamknął oczy i skupił się na kontrolowaniu adrenaliny, która wciąż buzowała w jego żyłach. Odtwarzał w głowie ostatnie wydarzenia. Nigdy nie udawało mu się przypomnieć wszystkiego, ani krótko po, ani później. Wiele szczegółów zacznie powracać dopiero w nadchodzących tygodniach. Jednak dziś, za zamkniętymi powiekami, jego gałki oczne pląsały nerwowo, kiedy jego mózg próbował przywołać krótkie migawki z wieczora. Twarz ofiary. Przerażenie w jej oczach. Nylonowa pętla pod ostrym kątem na jej szyi.

Obrazy i dźwięki przemykały w jego pamięci z prędkością błyskawicy, a kiedy skupiał się na odtwarzaniu swoich fantazji, pościel obok niego się poruszyła. Przylgnęła bliżej do jego boku. Czując szaleństwo Uderzenia we krwi i dudnienie w uszach, kiedy w rozszerzonych naczyniach krwionośnych krążyły endorfiny, pozwolił jej pocałować się w szyję i w ramię. Pozwolił, żeby jej dłoń powędrowała pod gumkę bokserek. Uderzenie przejęło nad nim kontrolę i przetoczył się na nią. Nie otworzył oczu, kiedy jęknęła – jego mózg to po prostu odfiltrował.

Pomyślał o swoim miejscu pracy. O ciemności. O tym, jak leżał nago, kiedy tam był. Przyjął powolny rytm i skupił się na kobiecie, którą tam sprowadził tego wieczoru. Na kobiecie, która lewitowała przed jego oczami niczym duch.

 

 

 

 

Słodki zapach róż

 

 

 

Kobieta przykucnęła w ogrodzie, przyłożyła sekator do nasady róży i przecięła łodygę. Powtórzyła tę czynność kilkakrotnie, aż zebrała sześć długich kwiatów. Weszła po schodach na tylną werandę, położyła róże na stole i usiadła w bujanym fotelu. Patrzyła w stronę pola i zobaczyła dziewczynkę, która po chwili przybiegła, wspięła się po stopniach i do niej podeszła.

Głos miała wysoki i niewinny, taki, jaki powinny mieć wszystkie dzieci.

– Dlaczego zawsze zabierasz róże z ogrodu? – zapytała.

– Bo są przepiękne. A jeśli zostawić je w spokoju, w końcu by zwiędły i umarły. Susząc je, zapewniam im lepsze życie.

– Chcesz, żebym je związała? – spytała dziewczynka.

Miała dziesięć lat i była czymś najsłodszym, co kiedykolwiek pojawiło się w życiu kobiety. Wyjęła z fartucha drucik w osłonce i podała dziewczynce, która po chwili zaczęła ostrożnie podnosić róże. Unikając kolców, owinęła drucik wokół łodyg i zaciskała go, aż powstał w ten sposób mały bukiet.

– Co zrobisz z tymi kwiatami? – zapytała.

Kobieta odebrała od niej tę śliczną wiązankę.

– Idź, proszę, i posprzątaj przed kolacją.

– Obserwuję, jak zbierasz je każdego dnia, a potem je dla ciebie wiążę. Później jednak nigdy już ich nie widzę.

Kobieta się uśmiechnęła.

– Mamy po kolacji trochę pracy. Pozwolę ci pomalować dziś wieczorem, jeśli uważasz, że masz wystarczająco pewną rękę.

Kobieta miała nadzieję, że taka przynęta wystarczy, by zmienić temat rozmowy.

Mała się uśmiechnęła.

– Pozwolisz mi malować zupełnie samej?

– Tak. Czas, byś zaczęła się uczyć.

– Spiszę się dobrze, obiecuję – odparła dziewczynka i wbiegła w głąb domu.

Kobieta zaczekała chwilę, aż usłyszała dobiegający ze środka brzęk naczyń. Wstała z bujanego fotela, starannie ułożyła nowo spięte róże, po czym zeszła z werandy na pole za domem. Słońce już zachodziło i cienie brzóz mocno się wydłużyły.

Idąc, przysunęła kwiaty do nosa i zaczęła wdychać słodki zapach róż.

 

 

 

 

 

 

 

Część 1

 

Złodziej

 

 

 

 

Rozdział 1

 

Chicago, 30 września 2019 r.

 

 

 

Bóle w klatce piersiowej pojawiły się w ubiegłym roku.

Nigdy nie padły żadne pytania związane z ich źródłem. Nadchodziły w chwili stresu, a lekarze zapewniali go, że nigdy nie doprowadzą one do jego śmierci. Dzisiejszy epizod był jednak szczególnie niepokojący, ponieważ wyrwał go ze snu, całego zlanego zimnym potem. Próbował zassać powietrze, ale odnosił wrażenie, że oddycha przez słomkę. Im bardziej pracował nad zaczerpnięciem tlenu do płuc, tym większy niepokój go ogarniał. Usiadł na łóżku i zaczął walczyć ze strachem przed uduszeniem się. Z doświadczenia wiedział, że te epizody w końcu mijają. Sięgnął po buteleczkę z tabletkami aspiryny, którą trzymał w szufladzie stolika nocnego, i umieścił jedną z nich, wraz z pigułką nitrogliceryny, pod językiem. Po dziesięciu minutach mięśnie w jego klatce piersiowej się rozluźniły i płuca w końcu zdołały się rozszerzyć.

Nie było żadnym zbiegiem okoliczności, że ten ostatni atak anginy zbiegł się z przyjściem listu z komisji zwolnień warunkowych, który leżał na stoliku. Zanim zasnął, przeczytał go uważnie. Do listu dołączone było pismo od sędziego, w którym wzywał go on na spotkanie. Zabrał dokument i wstał z łóżka. Kiedy schodził na dół, do swojego biura, czuł, że przesiąknięta potem koszulka przykleiła mu się do ciała. Przekręcił zamek szyfrowy w sejfie pod biurkiem i otworzył drzwiczki. Wewnątrz znajdował się stos wcześniejszych listów od komisji zwolnień warunkowych, do którego dołączył ten ostatni.

Pierwsza korespondencja dotycząca przesłuchań przyszła do niego dziesięć lat wcześniej. Dwa razy w roku komisja spotykała się z jego klientem i odmawiała mu wyjścia na wolność. Decyzję uzasadniano, dobierając stosowne słownictwo, które było silniejsze od apelacji i protestów. Jednak w ubiegłym roku przysłano do niego zupełnie inny dokument. Była do długa recenzja napisana przez prezesa komisji, który z bogactwem szczegółów opisał, jak ogromne wrażenie wywołały postępy jego klienta dokonane na przestrzeni ostatnich lat i że ów klient stanowił prawdziwą definicję resocjalizacji. Właśnie po przeczytaniu ostatniego zdania w tym liście, wyrażającego entuzjazm komisji zwolnień warunkowych i sugerującego, że przed jego klientem rozciągają się świetne możliwości, zaczął odczuwać te bóle w klatce piersiowej.

Ostatni list oznaczał przyjazd wolno zbliżającego się pociągu, który wiózł ładunek w postaci bólu, rozpaczy, tajemnic i kłamstw. Pociąg ten do tej pory zawsze był jedynie małą kropką na horyzoncie, nigdy nieczyniącą żadnych postępów. Teraz jednak zmienił się w ogromny skład, który rósł każdego dnia i pomimo wielu wysiłków nie dawał się zatrzymać.

Siedząc za biurkiem, popatrzył na środkową półkę sejfu. Leżała na niej opasła teczka z dokumentami dotyczącymi śledztwa. Bardzo żałował, że brał w tym wszystkim udział, szczególnie gdy nachodziły go chwile smutku i żalu, jak dziś. Konsekwencje tych odkryć były jednak bardzo poważne i miały taki wpływ na jego życie, że gdyby tego nie doświadczył, dziś nie miałby nic. Dodatkowo świadomość, że jego własne kłamstwa i oszustwa mogą wkrótce wyjść z cienia, w którym spoczywają od wielu lat, była wystarczająca, żeby doprowadzić do fizycznego bólu serca.

Starł warstewkę potu z czoła i zmusił płuca do zaczerpnięcia kilku oddechów. Najbardziej bał się teraz tego, że jego klient będzie wkrótce wolny i wznowi swoje poszukiwania. Śledztwo, które zostało uznane za bezowocne, odrodzi się na nowo, kiedy jego klient opuści mury więzienia. Rozumiał, że nie może do tego dopuścić. Musi zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby temu zapobiec.

Siedział samotnie w swoim biurze i poczuł nową falę chłodu, kiedy jego nasiąknięta koszulka przywarła do ramion. Zamknął sejf i obrócił pokrętło. Bóle w piersi powróciły, płuca znów się zacisnęły. Odchylił się więc na krześle, żeby zwalczyć nawracającą panikę przed uduszeniem.

To minie.

Zawsze mijało.

 

 

 

 

Rozdział 2

 

Chicago, 1 października 2019 r.

 

 

 

Rory Moore założyła szkła kontaktowe, poruszyła gałkami ocznymi i zamrugała, żeby złapać ostrość widzenia. Nie znosiła sposobu, w jaki jej okulary ze szkiełkami grubości denek od butelek odzwierciedlały otaczającą rzeczywistość – serwowały wykrzywiony i zniekształcony świat w porównaniu z ostrością zapewnianą przez soczewki – lubiła jednak chronić się za ich grubymi oprawkami. Wszystko sprowadzało się zatem do kompromisu. Kiedy szkła kontaktowe dopasowały się w końcu do jej gałek ocznych, założyła okulary zerówki i schowała się za ich plastikowymi ramkami niczym wojownik kucający za tarczą. Dla Rory każdy dzień był dniem walki.

Umówili się na spotkanie w Harold Washington Library Center na State Street i trzydzieści minut po założeniu przez Rory ochronnego pancerza w postaci okularów w grubych oprawkach, zaciągniętej nisko na czoło czapki i zapiętego po szyję płaszcza z uniesionym kołnierzem, wysiadła z samochodu i weszła do budynku biblioteki. Pierwsze spotkania z klientami zawsze umawiała w publicznych miejscach. Dla większości kolekcjonerów stanowiło to często nie lada problem, ponieważ oznaczało konieczność wnoszenia tam cennych trofeów. Jeśli jednak chcieli skorzystać z usług Rory Moore i jej umiejętności w zakresie rekonstrukcji, musieli stosować się do wyznaczanych przez nią reguł.

Dzisiejsze spotkanie wymagało więcej uwagi niż zazwyczaj, ponieważ zostało zorganizowane w ramach przysługi dla detektywa Rona Davidsona, który był nie tylko jej zaufanym przyjacielem, ale jednocześnie szefem. Biorąc pod uwagę, że stanowiło to jej dodatkową pracę lub „hobby”, jak irytująco lubili to nazywać inni, poczuła się w pewnym sensie zaszczycona, że to Davidson się z nią skontaktował. Nie każdy rozumiał skomplikowaną osobowość Rory Moore, jednak na przestrzeni lat Ron Davidson zdołał pozyskać sobie u niej szacunek. Kiedy prosił o przysługę, Rory nigdy się nie wahała.

Gdy weszła do biblioteki, natychmiast rozpoznała lalkę Kestner schowaną w podłużnym, cienkim kartonie, który miał w rękach czekający w holu mężczyzna. Wystarczył jej szybki rzut oka na trzymającego pudełko jegomościa, żeby ocenić go bardzo pozytywnie. Jej mózg natychmiast „wyświetlił” jej przed oczami jego charakterystykę: po pięćdziesiątce, zamożny, profesjonalista w dziedzinie biznesu, medycyny lub prawa, gładko ogolony, w wypolerowanych butach i sportowym płaszczu, bez krawata. Natychmiast wykonała mentalny krok do tyłu i odrzuciła początkową koncepcję sugerującą lekarza lub prawnika. Zdecydowanie był on właścicielem jakiejś firmy, ubezpieczeniowej lub czegoś w tym rodzaju.

Zrobiła głęboki wdech, poprawiła okulary na nosie i podeszła bliżej.

– Pan Byrd?

– Tak – odparł. – Rory?

Mężczyzna, wyższy od niej o dobre trzydzieści centymetrów, spojrzał na nią z góry, czekając na potwierdzenie. Nie dostał żadnego.

– Zobaczmy, co pan tam ma – powiedziała, wskazując starannie zapakowaną, porcelanową lalkę.

Przeszli do głównej części biblioteki. Pan Byrd podążył za nią do stołu stojącego w kącie sali. O wczesnej popołudniowej godzinie w bibliotece nie było zbyt wielu osób. Rory poklepała blat stołu i pan Byrd odłożył karton.

– W czym tkwi problem? – zapytała.

– To jest lalka Kestner należąca do mojej córki. Dostała ją w prezencie na piąte urodziny. Zachowała się w naprawdę doskonałym stanie.

Rory pochyliła się nad stołem, żeby przyjrzeć się lalce przez plastikowe okienko w kartonie. Porcelanowa twarzyczka została paskudnie uszkodzona na środku, a pęknięcie biegło od linii włosów, przecinało lewy oczodół i kończyło się na policzku.

– Upuściłem ją – dodał pospiesznie pan Byrd. – Nie mogę sobie wybaczyć, że byłem taki nieostrożny.

Rory skinęła głową.

– Mogę zerknąć?

Przysunął do niej karton. Rory ostrożnie odczepiła zatrzask i uniosła wieko. Przyjrzała się uszkodzonej lalce z pietyzmem godnym chirurga oceniającego stan uśpionego pacjenta na stole operacyjnym. – Pęknięta czy rozbita?

Pan Byrd sięgnął do kieszeni i wyjął woreczek strunowy, w którym spoczywały drobne kawałki porcelany. Rory zauważyła, jak pulsuje żyła na jego szyi, kiedy przełyka ślinę, żeby opanować emocje.

– To wszystko, co udało mi się odnaleźć. Zrzuciłem ją na panele, więc znalazłem chyba wszystkie kawałki.

Rory odebrała od niego woreczek i przyjrzała się odłamkom. Ponownie skupiła się na lalce i delikatnie przeciągnęła opuszkami palców po pękniętej porcelanie. W końcu uznała, że uszkodzenie powinno dać się łatwo naprawić. Odtworzenie policzka i czoła przyniesie efekty bliskie ideałowi. Oczodół stanowił niestety zupełnie inny problem. Będzie wymagał od niej wykorzystania wszystkich umiejętności i prawdopodobnie zaangażowania do pomocy jedynej osoby, która lepiej niż ona radziła sobie z naprawą lalek. Rory nie miała wątpliwości, że strzaskany kawałek znajdzie się w tylnej części główki. Naprawa w tym miejscu będzie stanowiła równie duże wyzwanie ze względu na włosy i niewielkie fragmenty porcelany w woreczku. Nie chciała wyjmować lalki z kartonu, dopóki nie wróci do swojej pracowni, w obawie, że z uszkodzonego miejsca odpadną kolejne kawałki.

Pokiwała powoli głową, nie spuszczając wzroku z lalki.

– Dam radę to naprawić.

– Dzięki Bogu – odparł z ulgą pan Byrd.

– Dwa tygodnie, może miesiąc.

– Dam pani tyle czasu, ile będzie konieczne.

– Poinformuję pana o cenie, kiedy tylko rozpocznę pracę.

– Koszty mnie nie interesują. Liczy się jedynie naprawa tej lalki.

Rory ponownie skinęła głową. Schowała woreczek z odłamkami do kartonu, zamknęła wieko i zapięła zatrzask.

– Będę potrzebowała pana numeru telefonu – oznajmiła.

Pan Byrd wyłowił z portfela wizytówkę i podał ją Rory. Zanim schowała ją do kieszeni, zerknęła na nią przelotnie: GRUPA UBEZPIECZENIOWA BYRD, WALTER BYRD, WŁAŚCICIEL.

Rory chwyciła karton i zaczęła wstawać, kiedy pan Byrd położył jej dłoń na ramieniu. Nigdy nie tolerowała dobrze dotyku obcej osoby i niemal się skurczyła, kiedy powiedział:

– Lalka należała do mojej córki – wyznał cicho.

Rory natychmiast zwróciła uwagę na czas przeszły, którego użył w zdaniu. Zrobił to celowo. Spojrzała na jego dłoń, wciąż spoczywającą na jej ramieniu, po czym popatrzyła mu w oczy.

– Zmarła w ubiegłym roku – dodał pan Byrd.

Rory powoli usiadła. Zwyczajna osoba zareagowałaby słowami „przykro mi z powodu pańskiej straty” lub „rozumiem, dlaczego ta lalka tyle dla pana znaczy”, ale Rory bynajmniej nie była zwyczajna.

– Co się stało? – zapytała.

– Została zabita – odparł pan Byrd. Zabrał rękę i usiadł naprzeciw Rory. – Uduszona, a przynajmniej tak sądzą. Jej na wpół zamarznięte ciało znaleziono w Grant Park w styczniu.

Rory spojrzała na spoczywającą w kartonie lalkę Kestner, na jej zamknięte prawe oko, na otwarte lewe i głęboką szramę biegnącą przez oczodół. Zrozumiała, co się dzieje i dlaczego detektyw Davidson tak nalegał, żeby zgodziła się na to spotkanie. Była to typowa przynęta i jej szef doskonale wiedział, że Rory się na nią złapie.

– Nigdy go nie znaleziono? – zapytała.

Pan Byrd pokręcił głową i opuścił wzrok na lalkę swojej martwej córki.

– Nawet nie natrafili na jego ślad. Żaden z detektywów nie odpowiedział na moje telefony. Czuję, że po prostu odłożyli sprawę na półkę.

Obecność Rory w bibliotece tego ranka przeczyła stwierdzeniu pana Byrda, ponieważ to Ron Davidson namówił ją na to spotkanie.

Pan Byrd ponownie przeniósł na nią spojrzenie.

– Proszę posłuchać, to nie jest żadna zaplanowana akcja. Pewnego dnia sięgnąłem po lalkę Camille, bo bardzo tęskniłem za córką i chciałem potrzymać coś, co do niej należało. Upuściłem ją i pękła. Nie odważyłem się, żeby powiedzieć o tym żonie, tak bardzo czułem się winny, poza tym wiedziałem, jak bardzo by ją to przygnębiło. Ta lalka była ulubioną zabawką mojej córki przez całe jej dzieciństwo. Proszę mi wierzyć, naprawdę zależy mi na odrestaurowaniu. Detektyw Davidson wspomniał jednak, że pracuje pani jako rekonstruktor sądowy, że jest pani znana w całym Chicago i nie tylko. Zapłacę, żeby zrekonstruowała pani tę zbrodnię oraz znalazła człowieka, który zacisnął ręce na szyi mojej córki i pozbawił ją życia.

Spojrzenie pana Byrda stało się dla Rory zbyt przenikliwe i bez problemu przebiło się przez osłonę zapewnianą jej przez okulary. W końcu wstała, zabrała ze stołu karton i włożyła go pod ramię.

– Praca nad lalką potrwa miesiąc. Ta, którą będę musiała wykonać w sprawie pańskiej córki, znacznie dłużej. Na pewno będę z panem w kontakcie.

Rory opuściła bibliotekę i wyszła na zewnątrz, gdzie przywitał ją jesienny poranek. To delikatne wibrowanie w głowie poczuła natychmiast, kiedy ojciec Camille Byrd użył czasu przeszłego, mówiąc o córce. Był to niemal niewyczuwalny, ale wszechobecny szept słyszalny w uszach. Jej szef doskonale wiedział, że jest to wyjątkowe zjawisko, którego Rory nie potrafiła zignorować.

– Prawdziwy z ciebie drań, Ron – mruknęła pod nosem. Właśnie zrobiła sobie urlop od pracy w roli rekonstruktora sądowego, bo potrzebowała odetchnąć co pewien czas, żeby uniknąć wypalenia i depresji. Ostatnia przerwa była dłuższa od innych i zaczynała już wkurzać jej szefa.

Kiedy szła wzdłuż State Street w stronę swojego samochodu, trzymając uszkodzoną lalkę Camille Byrd pod pachą, Rory sobie uświadomiła, że jej wakacje właśnie dobiegły końca.

 

 

 

 

Rozdział 3

 

Chicago, 2 października 2019 r.

 

 

 

Jej telefon zabrzęczał po raz piąty tego ranka i po raz piąty go zignorowała. Rory wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze, wiążąc gumką ciemnobrązowe włosy. Nie należała do rannych ptaszków i z zasady nie odbierała żadnych połączeń do południa. Jej szef o tym wiedział, więc Rory nie miała żadnych skrupułów, by systematycznie go lekceważyć.

– Kto się do ciebie tak dobija? – Usłyszała dobiegający z sypialni głos.

– Widzę się z Davidsonem.

– Nie wiedziałem, że postanowiłaś wrócić do pracy – odparł mężczyzna.

Rory wyszła z łazienki i wsunęła zegarek na nadgarstek.

– Zobaczymy się dziś wieczorem? – zapytała.

– Dobra, nie będziemy o tym rozmawiać.

Rory podeszła do niego i pocałowała go w usta. Kim był dla niej Lane Phillips? Rory była zbytnią indywidualistką, by posługiwać się określeniem „chłopak”, poza tym po przekroczeniu trzydziestki uznała, że słowo to brzmiało cholernie dziecinnie. Nigdy nawet nie rozważała małżeństwa, choć sypiali ze sobą przez większą część minionej dekady. Ale Lane stał się dla niej kimś więcej niż tylko kochankiem. Nie licząc jej ojca, był jedynym mężczyzną na tej planecie, który ją rozumiał. Lane był… jej facetem, to było najlepsze określenie, które udało się jej ukuć, i obojgu taki układ odpowiadał.

– Opowiem ci, kiedy będę miała coś do opowiedzenia. Teraz nie wiem, w co się pakuję.

– Niech ci będzie – odparł Lane, siadając na łóżku. – Poproszono mnie o wizytę w roli świadka i eksperta na rozprawie o zabójstwo. Za kilka tygodni mam zeznawać, więc spotykam się dziś z prokuratorem stanowym. Potem czekają mnie wykłady do dwudziestej pierwszej. – Kiedy Rory spróbowała się odsunąć, uchwycił ją za biodra. – Jesteś pewna, że nie powiesz ani słowa o tym, do czego zwabił cię Davidson?

– Wpadnij wieczorem po zajęciach, to porozmawiamy.

Rory dała mu kolejnego całusa, odsunęła jego błądzące dłonie i wyszła z sypialni. Po chwili usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych drzwi wejściowych.

 

Kiedy tkwiła w korku na Kennedy Expressway, jej telefon zadzwonił jeszcze dwukrotnie. Zjechała na Ohio Street i zaczęła pokonywać kolejne krzyżujące się uliczki Chicago. Przedarła się przez poranny ruch, aż dojechała do Grant Park, gdzie przez kwadrans krążyła wkoło po bocznych alejkach w poszukiwaniu miejsca do parkowania, które okazało się za małe nawet dla jej hondy. W jakiś sposób zdołała wykonać odważny manewr parkowania równoległego, nie wiedząc tak do końca, czy nie zakończy tego wszystkiego stuknięciem w czyjś zderzak.

W końcu przeszła tunelem biegnącym pod Lake Shore Drive, a następnie malowniczą ścieżką, aż znalazła się na wzniesieniu. Grant Park było wyjątkowym miejscem, które oddzielało wieżowce The Loop od nabrzeża. Park zawsze cieszył się popularnością wśród turystów, a tego ranka nie było inaczej. Rory minęła tłum ludzi, zanim zauważyła Rona Davidsona siedzącego na ławce obok fontanny Buckingham.

Choć płaszcz miała zapięty po szyję, poprawiła go, uniosła kołnierz i docisnęła okulary do grzbietu nosa. Był ciepły październikowy poranek i mijający ją ludzie nosili koszulki i szorty, ciesząc się lekkim wiatrem wiejącym znad jeziora i blaskiem słońca. Rory założyła ciuchy na typowy jesienny ponury dzień: szary płaszcz z uniesionym kołnierzem, zapięty na każdy guzik, szare dżinsy i wojskowe buty Girl Eloisee, które nosiła zawsze i wszędzie, nawet w czasie upalnych letnich dni. Kiedy podeszła do detektywa, opuściła niżej na czoło luźną, wełnianą czapkę, tak by jej krawędź dotykała oprawek okularów.

Dzięki temu czuła się chroniona.

Nie witając się, zajęła miejsce obok niego.

– Uszczypnijcie mnie! Oto nasza pani w szarościach – rzucił Davidson.

Oboje pracowali razem już wystarczająco długo, żeby Davidson zdążył poznać wszystkie jej dziwactwa. Wiedział, że nigdy nie ściskała niczyjej dłoni, choć sam nauczył się tego dopiero po kilku próbach, kiedy jego ręka kolejny raz zawisła w powietrzu. Nie lubiła spotkań z osobami z biura, nie licząc Rona, i nie znosiła biurokracji. Nigdy nie zgadzała się na wyznaczony termin pracy i działała całkowicie niezależnie. Oddzwaniała, tylko kiedy miała na to ochotę, czasami wcale. Nienawidziła polityki, a jeśli ktokolwiek – od zwykłego radnego miejskiego po samego burmistrza – spróbował ustawić ją w blasku reflektorów, potrafiła zniknąć na całe tygodnie. Gdyby nie to, że jej umiejętności w zakresie rekonstrukcji sądowej były takie niespotykane, Ron Davidson nigdy nie zgodziłby się na współpracę z nią.

– Zniknęłaś z radarów, Szara.

Kąciki ust Rory lekko się uniosły, kiedy spojrzała na fontannę Buckingham. Nikt oprócz Davidsona nie zwracał się do niej w taki sposób, a na przestrzeni lat przywykła już do tego przezwiska, które dotyczyło po części jej typowego stroju, a po części skomplikowanego charakteru.

– Zajęły mnie trudy życia.

– Jak tam Lane?

– Super.

– Jest lepszym szefem niż ja?

– On nie jest moim szefem.

– A mimo to poświęcasz cały swój czas, pracując dla niego.

– Pracując z nim.

Ron Davidson urwał na moment.

– Nie oddzwoniłaś do mnie przez całe sześć miesięcy.

– Mówiłam, że robię sobie przerwę.

– Mam parę spraw, przy których potrzebowałbym twojej pomocy.

– Zaczęłam się wypalać. Potrzebowałam odpoczynku. Dlaczego twoim zdaniem większość detektywów, którzy dla ciebie pracują, jest gówno wartych?

– Ach, brakowało mi twojej bezpośredniości, Szara.

Siedzieli w milczeniu przez kilka minut i obserwowali mijających ich turystów, którzy spacerowali po parkowych alejkach.

– Pomożesz mi? – zapytał w końcu Davidson.

– Ale z ciebie drań. Nieźle to wykombinowałeś – mruknęła Rory.

– Nie oddzwaniałaś przez pół roku. Byłaś zbyt zajęta Lane’em Phillipsem i jego algorytmem dla Murder Ac­countability Project. Postanowiłem więc pochwalić się swoją kreatywnością. Pomyślałem, że to docenisz. – Rory milczała. – No więc? – zapytał, gdy uznał, że dał jej wystarczająco dużo czasu.

– Chyba tutaj jestem, prawda? – Rory nie spuszczała wzroku z fontanny. – Opowiedz mi o niej.

– Camille Byrd. Dwadzieścia dwa lata, uduszona. Ciało znaleziono w tym parku.

– Kiedy?

– W styczniu ubiegłego roku. Dwadzieścia jeden miesięcy – odparł Davidson.

– I do niczego nie doszliście?

– Rozesłałem kilka pogróżek i zapukałem do paru drzwi, ale moi chłopcy utknęli w miejscu, Rory.

– Będę potrzebowała akt tej sprawy – oznajmiła Rory. Wciąż patrzyła na fontannę, ale dostrzegła subtelne wygięcie szyi Davidsona, kiedy szef wydziału zabójstw w Chicago odchylił głowę do tyłu i odetchnął z ulgą.

– Dziękuję.

– Kim jest Walter Byrd?

– Bogatym przedsiębiorcą i przyjacielem samego burmistrza, więc to sprawa niecierpiąca zwłoki. Nie możemy dać plamy.

– Bo jest dziany i ma kontakty? – rzuciła Rory. – Pośpiech powinien dotyczyć sprawy każdego rodzica, któremu zamordowano dziecko. Gdzie znaleziono jej ciało?

Davidson wyciągnął rękę.

– We wschodniej części parku. Chodź, pokażę ci.

Rory wstała i pozwoliła Davidsonowi pójść przodem. Przeszli przez część parku, aż dotarli na otoczony brzozami, trawiasty pagórek położony przy alejce. Mózg Rory zaczął natychmiast analizować, w jaki sposób ktoś przeniósł ciało w to miejsce.

Davidson wszedł na trawę.

– Tutaj leżało ciało.

– Uduszona, tak?

Skinięcie głową.

– Zgwałcona?

– Nie.

Rory podeszła do miejsca, w którym odnaleziono ciało Camille Byrd, i zatoczyła powolny okrąg, zerkając na nabrzeże i kołyszące się na powierzchni wody łodzie. Po chwili zobaczyła budynki Chicago i białe, gęste chmury przypominające nadmiernie nadmuchane balony na niebie. Wyobraziła sobie ciało dziewczyny leżące na mrozie, wzdęte i pozbawione życia, i nagie, styczniowe drzewa, które zimno okradło z liści.

– A więc leżała tutaj. Ale dlaczego? – zapytała. – To ryzykowne, bo drzewa nie zapewniają żadnej osłony. Ktokolwiek to zrobił, chciał, żeby ją znaleziono.

– Chyba że zabił ją tutaj. Coś wymknęło się spod kontroli. Może doszło do kłótni. Udusił ją i uciekł.

– Tak wyglądałaby kłótnia kochanków – odparła Rory. – A ja zakładam, że twoi ludzie już zbadali tę możliwość. Porozmawiali ze wszystkimi jej chłopakami, aktualnym i byłymi? Ze znajomymi?

Davidson pokiwał głową.

– Wszyscy sprawdzeni i czyści.

– Zatem nie był to ktoś, kogo znała. Zabito ją gdzieś indziej i przyniesiono tutaj. Dlaczego?

– Moi ludzie tego nie wiedzą.

– Potrzebuję wszystkiego, Ron. Akt, raportu z autopsji, zapisów rozmów. Wszystkiego.

– Załatwię ci to wszystko, ale żeby to zrobić, muszę oficjalnie przywrócić cię do pracy. Musisz działać formalnie. Wtedy dostaniesz to, czego chcesz.

Rory zamilkła i przyjrzała się miejscu, w którym przebywali, a w jej mózgu już rodziło się wiele scenariuszy. Znała samą siebie wystarczająco dobrze, żeby nie próbować porządkować tego napływu informacji. Nie panowała nad wszystkim, co odkrywała. Wiedziała jedynie, że powinna to przyjąć, a później, w nadchodzących dniach i tygodniach, jej mózg to posortuje i stworzy odpowiednie obrazy. A ona, powoli, wszystko idealnie zorganizuje. Najpierw zapozna się z aktami sprawy. Pozna Camille Byrd. Połączy tę biedną, uduszoną dziewczynę z nazwiskiem i opisem. Dostrzeże rzeczy, które przeoczyli inni detektywi. Jej niezwykły umysł dopasuje wszystkie kawałki układanki, którą inni uznali za niemożliwą do złożenia, aż w końcu w całości odtworzy przebieg tego przestępstwa.

Dzwonek telefonu wyrwał Rory z zamyślenia. To był jej ojciec. Przez chwilę pomyślała, że odrzuci połączenie, by włączyła się poczta głosowa, ale w końcu zdecydowała się odebrać.

– Tato, jestem w tej chwili zajęta. Mogę oddzwonić później?

– Rory?

Nie rozpoznała głosu po drugiej stronie linii. Należał do kobiety, która była wyraźnie spanikowana.

– Tak? – Oddaliła się od Davidsona o kilka kroków.

– Rory, mówi Celia Banner, asystentka twojego ojca.

– Co się stało? Wyświetlił mi się numer taty.

– Dzwonię z jego domu. Rory, stało się coś strasznego. Twój tata miał zawał.

– Co?

– Mieliśmy się spotkać na śniadaniu, ale nie przyszedł. Mam złe wieści.

– Jak bardzo złe? – Cisza przypominała próżnię, która pochłonęła słowa Rory. – Celia!

– Rory, on nie żyje.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Tytuł oryginału: Some Choose Darkness

 

Copyright © 2019 by Charlie Donlea

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo FILIA

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce © Adina Iftime / Arcangel

 

Redakcja: Katarzyna Smardzewska / panbook.pl

Korekta: Kamila Sowińska / panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-538-6

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl