Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 279 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 22 min Lektor: Andrzej Ferenc

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 22 min Lektor: Andrzej Ferenc

Opis ebooka Ziemiomorze. Czarnoksiężnik z Archipelagu - Ursula K. Le Guin

Klasyka powieści fantasy!

Opowieść o naukach pobieranych przez młodzieńca z wymyślonej krainy u mędrców, którzy posiedli kunszt czarnoksięski. Zarazem jest to opowieść realistyczna o kształtowaniu się osobowości, dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym, jak zapalczywa lekkomyślność przeradza się w dojrzałość. Jest to, wreszcie, przypowieść o tym, jak – nie czując upadlającego strachu – pogodzić się z myślą o śmierci.

„Czarnoksiężnik z Archipelagu” to pierwsza część czterotomowego cyklu „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin, przez znawców zgodnie obwołanego arcydziełem światowej literatury fantasy.

Saga o Ziemiomorzu to nic innego jak opowieść o dojrzewaniu, o wyzbywaniu się młodzieńczej pychy i ducha rywalizacji, dorastaniu do wewnętrznej harmonii i mądrości, a też zrozumienia ograniczoności ludzkich działań. Im większa moc i im większa władza, tym większa odpowiedzialność – przestrzega Le Guin. „Wysokie obcasy”

Ursula K. Le Guin urodziła się 21 października 1929 r. w Berkeley. Przez znawców i miłośników fantasy jest wymieniana jednym tchem obok Johna Ronalda Reula Tolkiena i Andrzeja Sapkowskiego. Jej utwory stały się klasyką nie tylko fantastyki. To już kanon literatury pięknej, analizowany, poddawany badaniom literackim, antropologicznym i psychoanalitycznym. Pisze dla dorosłych, młodzieży i dla dzieci. Jest autorką scenariuszy filmowych i esejów oraz tekstów dla wykonawców muzyki. Została uhonorowana wszelkimi możliwymi nagrodami przyznawanymi twórcom science fiction i fantasy, z Nebulą i Hugo na czele. Od 1958 mieszka Portland w stanie Oregon.

Opinie o ebooku Ziemiomorze. Czarnoksiężnik z Archipelagu - Ursula K. Le Guin

Fragment ebooka Ziemiomorze. Czarnoksiężnik z Archipelagu - Ursula K. Le Guin

Tytuł oryginału

A Wizard of Earthsea

Copyright © 1968, 1996 by The Inter-Vivos Trust

for The Le Guin Children

All rights reserved

Projekt okładki

Dark Crayon/Piotr Cieśliński

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Korekta

Agnieszka Ujma

ISBN 978–83–7839–852–3

Warszawa 2010

Wydawca

Prószyński Media Sp. zo.o.

02–651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Dla moich braci

Cliftona, Teda, Karla

Tylko wmilczeniu słowo,

tylko wciemności światło,

tylko wumieraniu życie:

napustym niebie

jasny jest lot sokoła.

Pieśń o

1

Wojownicy we mgle

Wyspa Gont, samotna góra wznosząca swój wierzchołek o milę ponad poziomem umęczonego przez sztormy Morza Północno-Wschodniego, jest krainą sławną z czarnoksiężników. Z miast ukrytych w jej wysokich dolinach i z portów usadowionych w ciemnych, wąskich zatokach wyszedł już niejeden Gontyjczyk, aby służyć władcom Archipelagu w ich stolicach jako czarnoksiężnik lub mag albo też żeby w poszukiwaniu przygód wędrować zeswoimi czarami odwyspy dowyspy pocałym Ziemiomorzu.

Powiadają niektórzy, żenajwiększy z nich – a z pewnością był największym podróżnikiem – toczłowiek zwany Krogulcem, który w dniach szczytu swej potęgi stał się zarazem Władcą Smoków i Arcymagiem. O życiu jego opowiadają „Czyny Geda” i liczne pieśni, ale nasza opowieść dotyczy czasów, kiedy nie narodziła się jeszcze jego sława, a pieśni nie zostały ułożone.

Urodził się w odludnej wiosce zwanej Dziesięć Olch, tkwiącej wysoko nazboczu góry, tam gdzie zaczyna się Dolina Północna. Poniżej wioski spadają kumorzu skośnymi tarasami pastwiska i grunty orne doliny, inne zaś miasteczka leżą nakrętych brzegach rzeki Ar; ponad wioską wznoszą się już tylko jeden zadrugim porośnięte lasami grzbiety górskie ażdo skał i śniegów nawyniosłych szczytach.

Imię, które nosił jako dziecko, Duny, nadała mu matka; toimię i życie były wszystkim, comogła mu ofiarować, zmarła bowiem, zanim ukończył rok. Ojciec, wiejski kowal brązownik, był ponurym milczkiem, a ponieważ z sześciu braci Duny’ego, znacznie odniego starszych, jeden podrugim wyprowadzał się z domu, aby uprawiać ziemię, żeglować pomorzu lub pracować jako kowal w innych miasteczkach Doliny Północnej, nie było nikogo, kto bymógł wychować dziecko w atmosferze czułości.

Duny rósł dziko jak wybujałe ziele – wysoki, zapalczywy chłopak, krzykliwy, hardy i pełen gniewu. Wraz z gromadką innych wiejskich dzieci pasał kozy naspadzistych łąkach ponad rzecznymi źródłami; a gdy był już wystarczająco silny, aby poruszać miechami kowalskimi, ojciec zatrudnił go jako pomocnika w kuźni, płacąc szczodrze szturchańcami i chłostą.

Niewiele było pożytku z Duny’ego. Przebywał zawsze z dala oddomu; zapuszczał się w głąb lasu, pływał w rozlewiskach rzeki Ar, bystro toczącej swoje zimne wody jak wszystkie gontyjskie rzeki, albo wspinał się pożlebach i urwiskach kuszczytom ponad lasem, skąd mógł widzieć morze, rozległy północny ocean, naktórym poza Perregalem nie było już wysp.

W wiosce mieszkała siostra jego zmarłej matki. Troszczyła się niegdyś o jego niemowlęce potrzeby, ale odkąd umiał sam o siebie zadbać, nie poświęcała mu więcej uwagi. Któregoś dnia jednak, gdy chłopiec miał siedem lat i, przez nikogo nieuczony, nic jeszcze nie wiedział o umiejętnościach i mocach, jakie istnieją w świecie, zdarzyło mu się usłyszeć, jak ciotka wykrzykuje jakieś słowa w stronę kozy, która wskoczyła nastrzechę chaty i nie chciała zejść; zeskoczyła jednak, gdy ciotka przywołała jąpewnym wierszykiem.

Pasąc nazajutrz długowłose kozy nałąkach Wysokiego Zbocza, Duny wykrzyknął w ich stronę zasłyszane słowa, choć nie znał ich zastosowania ani znaczenia i nie wiedział nawet, cotozawyrazy:

Noth hierth malk man

hiolk han merth han!

Wykrzyczał wierszyk nacałe gardło i kozy zbliżyły się doniego. Podbiegły bardzo prędko, wszystkie naraz, całkiem bezgłośnie. Spoglądały naniego z głębi ciemnych szczelin pośrodku swoich żółtych oczu.

Duny się zaśmiał i znów powtórzył głośno wierszyk, ten wierszyk, który dał mu władzę nad stadem. Kozy podeszły bliżej, tłocząc się i przepychając wokół niego.

Nagle poczuł lęk przed ich grubymi, pręgowanymi rogami, przed ich dziwnymi oczami i dziwnym milczeniem. Usiłował wyrwać się spomiędzy nich i uciec. Kozy spieszyły wraz z nim, wciąż gęsto zbite dookoła, aż wreszcie zbiegli w ten sposób nałeb naszyję dowioski – kozy pędziły stłoczone, jak gdyby obwiązywał jeciasno jakiś sznur, a chłopiec pośrodku nich z wrzaskiem zalewał się łzami. Wieśniacy wybiegli z domów, obrzucając przekleństwami kozy i śmiejąc się z chłopca. Wraz z nimi nadeszła jego ciotka, która się nie śmiała. Powiedziała kozom jakieś słowo i zwierzęta zaczęły beczeć, rozchodzić się i skubać trawę, uwolnione spod działania uroku.

– Chodź zemną – powiedziała ciotka doDuny’ego.

Zabrała go dochaty, w której mieszkała samotnie. Zwykle nie pozwalała doniej wchodzić żadnemu dziecku i dzieci bały się tego miejsca.

Chata była niska i mroczna, pozbawiona okien, pełna woni ziół, które suszyły się zawieszone na poprzecznej żerdzi dachu – mięta, czosnek, smagliczka i tymianek, krwawnik i tatarak, królewnik, czarcie kopytko, wrotycz i liście laurowe.Ciotka usiadła zeskrzyżowanymi nogami przy palenisku i patrząc z ukosa nachłopca przez plątaninę swoich czarnych włosów, spytała go, copowiedział kozom i czy wie, czym jest ten wierszyk. Gdy przekonała się, żeDuny nic nie wie, a jednak umiał rzucić urok nakozy, aby zbliżyły się i szły zanim, zrozumiała, żechłopiec mazapewne w sobie zadatki naczarnoksiężnika.

Jako siostrzeniec, Duny był dla niej niczym, ale teraz spoglądała naniego innym okiem. Pochwaliła go i powiedziała, żemogłaby nauczyć go wierszyków, które bardziej mu się spodobają, naprzykład słów, które zmuszą ślimaka, żeby wyjrzał zeskorupki, albo imienia, którym można przywołać krążącego poniebie sokoła.

– Tak, naucz mnie tego imienia! – zawołał Duny, wolny już odprzerażenia, w które wpędziły go kozy, i dumny, żeciotka pochwaliła jego zdolności.

Czarownica odparła:

– Ale jeśli nauczę cię tego słowa, nie powtórzysz go nigdy innym dzieciom.

– Przyrzekam.

Jego chętna niewiedza rozbawiła ją.

– Dobrze, zgoda. Ale nie pozwolę ci złamać przyrzeczenia. Twój język pozostanie niemy, dopóki sama nie zechcę go rozwiązać, i nawet wtedy, mimo żebędziesz mógł mówić, nie będziesz zdolny dowypowiedzenia słowa, którego cię nauczę, w obecności kogoś postronnego. Musimy strzec tajemnic naszego rzemiosła.

– Dobrze – zgodził się chłopiec; w istocie nie miał wcale ochoty zdradzać tajemnicy swoim towarzyszom zabaw, chciał bowiem wiedzieć i robić to, czego oni nie znali i nie potrafili.

Siedział bez ruchu, podczas gdy ciotka związała z tyłu swoje potargane włosy, ściągnęła rzemień przepasujący suknię i znówusiadła zeskrzyżowanymi nogami, ciskając napalenisko garście liści, póki ścielący się dym nie napełnił mrocznego wnętrza chaty. Zaczęła śpiewać. Jej głos cochwila opadał lub wznosił się, jak gdyby poprzez nią śpiewał czyjś cudzy głos; śpiew trwał aż domomentu, gdy chłopiec nie wiedział już, czy jeszcze czuwa, czy już śpi, a przez cały ten czas stary czarny pies czarownicy, który nigdy nie szczekał, siedział przy nim z oczami zaczerwienionymi oddymu. Potem czarownica przemówiła doDuny’ego językiem, którego nie rozumiał, i kazała mu powtarzać jakieś wierszyki i słowa, dopóki nachłopca nie spłynął urok, który go zmusił domilczenia.

– Przemów! – rozkazała, aby sprawdzić, czy czary działają.

Duny nie mógł mówić, ale się roześmiał. Jego siła przestraszyła trochę ciotkę, boprzecież rzuciła nań swój urok tak mocno, jak tylko potrafiła; usiłowała nie tylko zyskać władzę nad jego mową i milczeniem, ale jednocześnie zaczarować go, aby jej służył w magicznym rzemiośle. A jednak nawet pod działaniem uroku śmiał się. Czarownica nie powiedziała nic. Spryskała ogień czystą wodą, aż dym się rozwiał, i napoiła chłopca, a gdy powietrze było czyste i Duny mógł znowu mówić, nauczyła go prawdziwego sokolego imienia, naktórego dźwięk ptak ten musi się zjawić.

Był topierwszy krok Duny’ego nadrodze, którą miał kroczyć całe życie, nadrodze magii – nadrodze, która doprowadziła go w końcu aż namroczne Wybrzeża Królestwa Śmierci, dokąd zapędził się w pogoni zacieniem padającym naląd i morze. Lecz przy tych pierwszych krokach droga zdawała się szerokim, jasnym gościńcem. Gdy się przekonał, żedzikie sokoły spadają kuniemu z wyżyn wiatru, kiedy przywołuje jepoimieniu, i z szumem skrzydeł siadają najego przegubie niczym myśliwskie ptaki księcia, zapragnął poznać więcej takich imion; przyszedł więc dociotki uprosić ją, abygo nauczyła imienia krogulca i rybołowa, i orła. Aby posiąść te obdarzone władzą słowa, robił wszystko, czego czarownica zażądała, i chłonął wszystko, czego go uczyła, choć nie wszystko było przyjemnie wiedzieć albo robić.

Nawyspie Gont istnieje porzekadło: „Słaby jak babskie czary”, i jest też drugie porzekadło: „Złośliwy jak babskie czary”. Czarownica z Dziesięciu Olch nie uprawiała właściwie czarnej magii ani nie wtykała nigdy nosa w wyższą sztukę wykorzystywania Starych Mocy; ale będąc ciemną kobietą pośród ciemnego ludu, często używała swoich umiejętności docelów nierozsądnych i dwuznacznych. Nie wiedziała nic o Równowadze i o Układzie, który zna i któremu służy prawdziwy czarnoksiężnik, i który pozwala mu użyć zaklęć tylko w wypadku rzeczywistej potrzeby. Znała zaklęcia nakażdą okoliczność i wiecznie rzucała uroki. Znaczną część jej wiedzy stanowiły zwyczajne głupstwa i oszukaństwa, nie umiała też odróżnić prawdziwych zaklęć odfałszywych. Znała wiele klątw i zapewne łatwiej jej przychodziło wywoływanie chorób niż ich leczenie. Potrafiła warzyć lubczyk jak żadna wiejska czarownica, ale zdarzało jej się też sporządzać inne, groźniejsze odwary, wywołujące u mężczyzn zazdrość i nienawiść. Takie praktyki ukrywała jednak przed swoim młodym terminatorem i w miarę swych możliwości uczyła go uczciwego rzemiosła.

Z początku całą przyjemność płynącą zesztuk magicznych widział Duny podziecinnemu wewładzy, jaką dzięki nim posiadał nad ptactwem i zwierzyną, i w wiedzy, jaką zdobył naich temat. W istocie taprzyjemność pozostała mu nacałe życie. Widząc go często nagórskich pastwiskach z drapieżnym ptakiem krążącym dookoła, inne dzieci nazywały go Krogulcem i tak zdobył sobie imię, które zachował w późniejszym życiu jako swoje „imię użytkowe”, podczas gdy prawdziwego nikt nie znał.

Ponieważ czarownica opowiadała mu wciąż o sławie, bogactwach i wielkiej władzy nad ludźmi, jaką może zyskać czarownik, Duny zabrał się dozgłębiania bardziej użytecznej wiedzy. Radził sobie z tym wcale nieźle. Czarownica chwaliła go, a dzieci zewsi zaczynały się go bać, on sam zaś był pewny, żejuż wkrótce stanie się kimś większym niż inni ludzie. Brnął więc dalej wraz z czarownicą odsłowa dosłowa i odzaklęcia dozaklęcia, aż wreszcie, ukończywszy dwanaście lat, posiadł wielką część jej wiedzy, nie tak dużej, ale wystarczającej jak naczarownicę z małej wioski i więcej niż wystarczającej jak nadwunastoletniego chłopca. Ciotka przekazała mu wszystkie swoje wiadomości o zielarstwie i znachorstwie oraz wszystko, cowiedziała o sztuce znajdowania, związywania, naprawiania, otwierania i odsłaniania. Śpiewała mu wszystkie, jakie znała, opowieści bardów i pieśni o wielkich czynach, nauczyła też Duny’ego wszystkich słów Prawdziwej Mowy, które wpoił jej niegdyś dawny nauczyciel-czarownik. A odzaklinaczy pogody i wędrownych kuglarzy, którzy podróżowali pomiasteczkach Doliny Północnej i Wschodniego Lasu, Duny nauczył się rozmaitych sztuczek i żartów – zaklęć wywołujących złudzenia. Właśnie jednym z takich błahych zaklęć poraz pierwszy wypróbował wielką moc, która w nim tkwiła.

W owych czasach Cesarstwo Kargad było silne. Kargad tocztery wielkie wyspy leżące pomiędzy Rubieżami Północnymi a Wschodnimi: Karego-At, Atuan, Hur-at-Hur, Atnini. Język, którym tam mówią, nie przypomina żadnego z języków używanych naArchipelagu albo nainnych Rubieżach; mieszkańcy wysp tobarbarzyńcy o białej skórze i żółtych włosach, dzicy, rozmiłowani w widoku krwi i swądzie płonących miast. Poprzedniego roku urządzili inwazję naTorykle i nasilną wyspę Torheven, napadając nanie potężnymi flotyllami okrętów o czerwonych żaglach. Wieści o tym doszły napółnoc dowyspy Gont, ale władcy Gontu, zajęci korsarstwem, nie poświęcali wiele uwagi niedolom innych krain. Potem uległa Kargom wyspa Spevy: została splądrowana i spustoszona, a jej mieszkańcy dostali się doniewoli, tak żeaż dodziś jest ruiną. Ogarnięci żądzą podboju Kargowie popłynęli z kolei kuwyspie Gont: przybyli całą armią, natrzydziestu wielkich, długich okrętach, doPortu Wschodniego. Przedarli się przez tomiasto, zdobyli jei spalili; pozostawiwszy okręty pod strażą u ujścia rzeki Ar, ruszyli w górę doliny, niszcząc i plądrując wszystko, rżnąc bydło i ludzi. W trakcie pochodu podzielili się nabandy i każda z tych band grabiła wedle swego wyboru. Uciekinierzy ostrzegali wyżej położone wioski. Wkrótce mieszkańcy Dziesięciu Olch ujrzeli, jak dym zaciemnia niebo nawschodzie, i tej nocy ci, którzy wspięli się naWysokie Zbocze, spoglądali w dół nadolinę całą wemgle i czerwonych pręgach płomieni, najej dojrzałe dożniw pola wydane napastwę ognia, naspalone sady z owocami piekącymi się napłonących gałęziach, natlące się ruiny stodół i zagród.

Niektórzy wieśniacy uciekli w górę wąwozów i skryli się w lesie, inni gotowali się dowalki o życie, jeszcze inni potrafili tylko stać i lamentować. Czarownica należała totych, którzy uciekli; ukryła się samotnie w jaskini naurwisku Kapperding, a wylot jaskini zamknęła szczelnie za pomocą zaklęć. Ojciec Duny’ego, kowal brązownik, był wśród tych, którzy pozostali, nie umiałby bowiem porzucić swej kuźni i paleniska dowytapiania, przy którym trudził się odpięćdziesięciu lat. Całą tęnoc mozolił się, wykuwając zeswego zapasu gotowego metalu groty włóczni; inni pracowali wraz z nim, przywiązując groty dotrzonków motyk i grabi, nie było bowiem czasu, aby sporządzić oprawki i osadzić w nich drzewca jak należy. W wiosce nie było broni oprócz łuków myśliwskich i krótkich noży, jako żegórale z Gontu nie mająwojowniczego usposobienia; i nie wojownicy sąich tytułem dosławy, ale złodzieje kóz, korsarze oraz czarnoksiężnicy.

Wraz zewschodem słońca pojawiła się gęsta biała mgła, jak toczęsto bywa w jesienne poranki w górnych partiach wyspy. Wieśniacy stali pomiędzy chatami i domkami rozrzuconymi z rzadka wzdłuż długiej ulicy wioski Dziewięciu Olch; czekali z łukami myśliwskimi i świeżo wykutymi włóczniami, nie wiedząc, czy Kargowie sądaleko, czy już bardzo blisko – wszyscy milczący, wszyscy wpatrzeni w mgłę, która ukrywała przed ich oczami kształty, odległości i niebezpieczeństwa.

Wśród nich był Duny. Trudził się całą noc przy miechach kowalskich, ciągnąc i pchając dwa długie rękawy z koźlej skóry, które podsycały płomień podmuchami powietrza. Ramiona miał teraz tak obolałe i drżące odtej pracy, żenie mógł utrzymać włóczni, którą sobie wybrał. Nie miał pojęcia, czy będzie w stanie walczyć albo przynieść jakikolwiek pożytek sobie lub wieśniakom. Dręczyła go myśl, żezginie nadziany nakargijską pikę, mimo żejest dopiero chłopcem; żewkroczy w krainę ciemności, nie poznawszy nawet własnego imienia, prawdziwego imienia mężczyzny. Spojrzał naswe chude ramiona, mokre odrosy, i poczuł gniew nawłasną słabość – znał przecież swoją siłę. Byłaby w nim moc, gdyby wiedział, jak jej użyć; spróbował odnaleźć pośród znanych sobie czarów jakiś fortel, który mógłby dać jemu i jego towarzyszom przewagę albo chociaż szansę. Ale sama tylko potrzeba tozamało, aby dać ujście mocy: potrzebna jest wiedza.

Mgła przerzedzała się już pod żarem słońca, które świeciło niczym nieprzesłonięte pod pułapem jasnego nieba. Gdy lotne opary podzieliły się nawielkie smugi i dymne wstęgi, wieśniacy dostrzegli zgraję wojowników wstępującą nazbocze góry. Napastnicy mieli nasobie brązowe hełmy i nagolenniki oraz napierśniki z grubej skóry, nieśli tarcze z drewna i brązu;ich uzbrojenie stanowiły miecze i długie kargijskie piki. Maszerując wzdłuż krętego, urwistego brzegu rzeki Ar, przybliżali się pobrzękującym, rozciągniętym rzędem przyozdobionym pióropuszami; byli już natyle blisko, żedało się dostrzec ich białe twarze i usłyszeć słowa, którymi pokrzykiwali jeden nadrugiego w swojej niezrozumiałej mowie. Cała tazgraja, część hordy najeźdźców, liczyła około stu ludzi, conie jest wiele; ale w wiosce było wszystkiego osiemnastu mężczyzn i chłopców.

W tej chwili potrzeba przywołała napomoc wiedzę: Duny, widząc, żezasłona mgły zwisająca w poprzek ścieżki, którą maszerują Kargowie, rozwiewa się i rzednie, przypomniał sobie zaklęcie mogące mu pomóc. Stary zaklinacz pogody z doliny, starając się pozyskać sobie chłopca naucznia, nauczył go kiedyś kilku czarów. Jedna z tych sztuczek zwała się tkaniem mgły: było tozaklęcie, które gromadzi przez jakiś czas opary w jednym miejscu; za jego pomocą ktoś wprawny w iluzji może nadać mgle kształt jasnych, widmowych widziadeł, które trwają chwilę i znikają. Chłopiec nie miał w tym wprawy, ale jego zamiar polegał naczym innym, i Duny miał w sobie dość mocy, aby użyć zaklęcia dowłasnych celów. Szybko i nacały głos wymówił nazwy ulic i opłotków wioski, poczym wypowiedział zaklęcie tkające mgłę, wplatając w nie słowa zaklęcia służącego doukrycia się; nakońcu wykrzyknął słowo, które wprawiało czar w działanie.

Gdy touczynił, ojciec podbiegł doń z tyłu i uderzył go silnie w skroń, powalając naziemię.

– Cicho bądź, głupcze! Przestań mleć językiem i schowaj się gdzieś, jeśli nie potrafisz walczyć!

Duny upadł mu dostóp. Mógł już słyszeć Kargów nakońcu wioski, tam gdzie stoi wielki cis rosnący koło garbarni. Ich głosy były wyraźne, podobnie jak szczękanie i skrzypienieich skórzanego oporządzenia i broni, ale nie można było ich dojrzeć. Mgła zwarła się i zgęstniała nad wioską, nadając światu szarą barwę, zacierając wszystko, aż w końcu ledwie można było dostrzec przed sobą własne ręce.

– Ukryłem nas wszystkich – powiedział Duny, markotny, gdyż bolała go głowa pouderzeniu otrzymanym odojca, a rzucenie podwójnego zaklęcia wyczerpało jego siły. – Utrzymam tęmgłę tak długo, jak będę mógł. Zgromadź wszystkich i poprowadź ich naWysokie Zbocze.

Kowal wytrzeszczył oczy nasyna, który stał jak widmo w tej niesamowitej, ociekającej wilgocią mgle. Dopiero pochwili zrozumiał, o cochodzi Duny’emu, lecz kiedy wreszcie pojął, pobiegł natychmiast bezszelestnie – znał w wiosce każdy płot i zakręt – aby odnaleźć pozostałych i powiedzieć im, comają robić. W tym momencie w szarej mgle zakwitła plama czerwieni: toKargowie podpalili strzechę domu. Wciąż jeszcze nie weszli dowioski, lecz czekali u jej niżej położonego krańca, aż mgła się podniesie, obnażając ich łup i zdobycz.

Garbarz, którego dom właśnie podpalono, posłał paru chłopaków, którzy kręcili się tuż pod nosem Kargów, urągając im, wrzeszcząc i znów znikając jak dym rozpływający się w dymie. Tymczasem starsi mężczyźni, pełznąc zapłotami i przebiegając oddomu dodomu, podeszli blisko z drugiej strony i spuścili grad strzał i włóczni nawojowników, którzy stali zbici w jedną gromadę. Jeden z Kargów upadł, wijąc się pod ciosem włóczni, która, wciąż jeszcze ciepła odkucia, przeszła nawylot przez jego ciało. Innych trafiały strzały; wszyscy Kargowie wpadli wewściekłość. Rzucili się doataku, bypowalić słabych napastników, ale wokoło była tylko pełna głosów mgła. Ścigali te głosy, dźgając mgłę przed sobą wielkimi, upierzonymi, zbroczonymi krwią pikami. Rycząc, przemierzali całą długość ulicy; nie wiedzieli nawet, żeprzebiegli przez całą wieś, jako żepuste chaty i domy wyłaniały się i znikały znowu w wijących się pasmach szarej mgły. Wieśniacy pędzili w rozsypce; większość z nich, znając teren, odbiegła daleko naprzód, ale niektórzy, chłopcy lub starcy, uciekali zawolno. Natykając się nanich, Kargowie wbijali w nich piki albo rąbali mieczami, wydając przy tym swój przenikliwy okrzyk wojenny złożony z imion Białych Braci Boga z Atuanu:

– Wuluah! Atwah!

Niektórzy zezgrai wrogów zatrzymali się, gdy poczuli, żeziemia pod nogami stała się nierówna, ale pozostali wciąż pędzili naprzód, szukając widmowej wioski, ścigając niewyraźne, chwiejne kształty, które tuż przed nimi umykały z ich zasięgu. Cała mgła była jakby żywą istotą, pełną tych pierzchających postaci, które wymykały się, migały i znikały zewszystkich stron naraz. Część Kargów pognała w ślad zawidmami prosto naWysokie Zbocze, kukrawędzi urwiska nad źródłami Aru; ścigane przez nich kształty wymknęły się i rozpłynęły w rzednącym tumanie, ścigający zaś runęli z wrzaskiem poprzez mgłę i nagły blask słońca sto stóp pionowo w dół, prosto w płytkie rozlewiska pomiędzy głazami. Ci natomiast, którzy biegli zanimi i nie spadli, stali nakrawędzi urwiska, nasłuchując.

Trwoga napełniła teraz serca Kargów: zaczęli szukać w niesamowitej mgle już nie wieśniaków, lecz siebie nawzajem. Zgromadzili się nastoku, widma i upiorne postacie wciąż jednak były wokół nich, inne zaś kształty podbiegały odtyłu, dźgając ich włócznią lub nożem i znowu znikając. Kargowie, wszyscy naraz, rzucili się pędem w dół zbocza, potykając się, bez słowa, póki nie wyrwali się z szarej, ślepej mgły i nie ujrzeli rzeki oraz parowów poniżej wioski, odsłoniętych i jasnych w porannym świetle. Wtedy się zatrzymali, zebrali w gromadę i obejrzeli zasiebie. Ściana płynnej, falującej szarości zalegała nietknięta w poprzek ścieżki, skrywając wszystko, coleżało zanią. Paru maruderów wypadło jeszcze stamtąd, wyrywając się naprzód i potykając, długie piki podrygiwały im naramionach. Żaden Karg nie obejrzał się więcej niż ten jeden raz. Wszyscy pośpieszyli w dół, jak najdalej odzaczarowanego miejsca.

W dalszej drodze w dół Doliny Północnej kargijscy wojownicy zaznali walki aż nadto. Miasteczka Lasu Wschodniego, odOvarku aż dowybrzeża, zebrały swoich mężczyzn i wysłały ich przeciw najeźdźcom wyspy Gont. Hordy, jedna podrugiej, zstępowały ze wzgórz i w ciągu tego samego dnia oraz nazajutrz Kargowie, nękani przez Gontyjczyków, zostali zepchnięci naplaże przy Porcie Wschodnim, gdzie znaleźli swoje okręty spalone; walczyli więc, mając morze zaplecami, aż wszyscy polegli, a piaski wokół ujścia Aru były brunatne odkrwi aż donajbliższego przypływu.

Ale owego ranka w wiosce Dziesięć Olch i ponad nią, naWysokim Zboczu wilgotna szara mgła wisiała jeszcze jakiś czas, poczym nagle się rozwiała, rozpłynęła i ulotniła. Ten i ówwieśniak podniósł się w wietrznej jasności poranku i rozglądał zezdumieniem. Tuleżał martwy Karg o żółtych włosach, długich, rozpuszczonych i skrwawionych; ówdzie wiejski garbarz, który poległ w bitwie królewską śmiercią.

W dole wioski podpalony dom wciąż jeszcze płonął. Wieśniacy pobiegli gasić ogień, albowiem ich bitwa była wygrana. Naulicy, pod wielkim cisem, znaleźli Duny’ego, syna kowala; chłopiec stał o własnych siłach i nie odniósł ran, ale był niemy i oszołomiony jak odogłuszenia. Wiedzieli dobrze, cozdziałał; zaprowadzili go dodomu jego ojca i poszli wywołać z jaskini czarownicę, aby uzdrowiła chłopca, który uratował ich życie i majątek – jeśli nie liczyć czterech ludzi zabitych przez Kargów i jednego spalonego domu.

Chłopcu nie zadano żadnej rany bronią, nie mógł jednak mówić ani jeść, ani spać; zdawało się, żenie słyszy, cosię doniego mówi, ani nie widzi tych, którzy go odwiedzają. Nie było w tych stronach czarnoksiężnika, który potrafiłby uleczyć jego dolegliwość. Ciotka Duny’ego powiedziała: „Nadużył swojej mocy”, ale nie znała sztuk, które mogłyby mu pomóc.

Kiedy tak leżał posępny i niemy, historia chłopca, który utkał mgłę i kłębowiskiem widm odstraszył kargijskich wojowników, opowiadana była w całej Dolinie Północnej i weWschodnim Lesie, a także wysoko w górach i podrugiej stronie gór, nawet w Wielkim Porcie wyspy Gont. Zdarzyło się więc, żenapiąty dzień porzezi u ujścia Aru zjawił się w wiosce Dziesięć Olch nieznajomy człowiek, ani stary, ani młody, który przybył okryty płaszczem i z gołą głową, niosąc lekko wielką dębową laskę długości równej jego wzrostowi. Nie szedł w górę rzeki Ar jak większość ludzi, lecz w dół, z lasów rosnących nawyższym zboczu góry. Wiejskie gospodynie rozpoznały w nim odrazu czarnoksiężnika i kiedy oznajmił im, żejest uzdrowicielem, zaprowadziły go wprost dodomu kowala. Nieznajomy kazał wyjść wszystkim z wyjątkiem ojca i ciotki chłopca, poczym schylił się nad posłaniem, naktórym leżał wpatrzony w ciemność Duny, i zrobił tylko tyle, żepołożył mu dłoń naczole i dotknął raz jego ust.

Duny usiadł powoli i rozejrzał się. Pomałej chwili przemówił, a siła i głód zaczęły weń powracać. Dano mu trochę pić i jeść; położył się znowu, wciąż obserwując nieznajomego ciemnymi, zdziwionymi oczyma.

Kowal zwrócił się donieznajomego:

– Nie jesteś zwykłym człowiekiem.

– Ten chłopiec też nim nie będzie – odparł przybysz. – Opowieść o tym, couczynił z mgłą, doszła doRe Albi, gdzie mieszkam. Przybyłem tu, aby nadać mu imię, jeśli toprawda, comówią, żenie odbył jeszcze dotąd swojego Przejściaw wiek męski.

Czarownica szepnęła dokowala:

– Bracie, toz pewnością musi być mag z Re Albi, Ogion Milczący, ten sam, cotopowstrzymał trzęsienie ziemi...

– Panie – rzekł kowal, który nie dał się zastraszyć wielkim imieniem – mój syn skończy trzynaście lat w przyszłym miesiącu, ale chcieliśmy urządzić obrzęd jego Przejścia dopiero zimą, w czasie święta Powrotu Słońca.

– Niech otrzyma imię jak najwcześniej – odpowiedział mag – albowiem potrzebuje imienia. Mam teraz inne sprawy, ale wrócę tutaj w dzień, który wybierzesz. Jeśli uznasz tozasłuszne, zabiorę go ze sobą, kiedy potem stąd odejdę. A jeśli okaże się zdolny, zatrzymam go jako ucznia albo dopilnuję, aby go kształcono stosownie dojego uzdolnień. Boniebezpieczną jest rzeczą utrzymywać w ciemności umysł kogoś zrodzonego doczarów.

Ogion mówił bardzo łagodnie, ale stanowczo, i nawet uparty kowal musiał przystać nawszystko, comag powiedział. W dniu, w którym chłopiec ukończył trzynaście lat, gdy trwał wczesny przepych jesieni, a nadrzewach pełno jeszcze było jaskrawych liści, Ogion powrócił dowioski z wędrówek pogórze Gont i odbył się obrzęd Przejścia. Czarownica odebrała chłopcu imię Duny, imię, które nadała mu matka jako niemowlęciu. Bez imienia, nagi wchodził w zimne źródła Aru, tryskające pośród głazów pod wysokimi urwiskami. Gdy wstąpił w wodę, chmury przesłoniły twarz słońca: wielkie cienie spłynęły i zmieszały się napowierzchni rozlewiska wokół niego. Chłopiec przeszedł doodległego brzegu; drżał z zimna, lecz kroczył powoli, wyprostowany, tak jak należało, poprzez lodowatą, bystrą wodę. Gdy dobrnął dobrzegu, czekający nań Ogion wyciągnął rękę i ściskając ramię chłopca, szepnął mu jego prawdziwe imię: Ged.

Tak więc nadał mu imię ktoś, kto znał się dobrze naużyciu czarodziejskiej mocy.

Uczta świąteczna trwała w najlepsze i wszyscy wieśniacy weselili się, jedząc obficie, pijąc piwo i słuchając barda z doliny, śpiewającego „Czyny Władców Smoków”, kiedy mag odezwał się doGeda spokojnym głosem:

– Chodź, chłopcze. Pożegnaj swych braci i odejdź, niech biesiadują.

Ged przyniósł to, comiał zabrać zesobą, a coskładało się z wykutego dlań przez ojca dobrego noża z brązu, zeskórzanego płaszcza, który skroiła najego miarę wdowa pogarbarzu, i z olchowej laski, którą zaczarowała dla niego ciotka; tobyło wszystko, coposiadał, oprócz koszuli i spodni. Pożegnał wieśniaków, jedynych ludzi, których znał w całym świecie, i raz jeszcze rozejrzał się powiosce rozproszonej i stłoczonej pod urwiskami, nad źródłami rzeki. Potem wraz zeswym nowym mistrzem ruszył w drogę poprzez lasy porastające strome zbocza górzystej wyspy, poprzez liście i cienie jasnej jesieni.

2

Cień

Dostępne w pełnej wersji

3

Szkoła Czarnoksiężników

Dostępne w pełnej wersji

4

Uwolniony cień

Dostępne w pełnej wersji

5

Smok z wyspy Pendor

Dostępne w pełnej wersji

6

Ścigany

Dostępne w pełnej wersji

7

Lot sokoła

Dostępne w pełnej wersji

8

Pościg

Dostępne w pełnej wersji

9

Iffish

Dostępne w pełnej wersji

10

Morze Otwarte

Dostępne w pełnej wersji