Zgasić Słońce. Szpony Smoka - Robert J. Szmidt - ebook + audiobook

Zgasić Słońce. Szpony Smoka ebook i audiobook

Robert J. Szmidt

3,7

Opis

Piłsudski vs Amaterasu

Technologia kontra podniebne bestie

Japonia przeciw reszcie świata

Rok 1905. Świat stoi w obliczu największego konfliktu w dziejach. Uwolnione po tysiącu lat przedwieczne istoty nie zatrzymają się, dopóki nie podbiją całego świata dla boskiego tennō. Przywódcy najpotężniejszych mocarstw zawierają sojusz i wysyłają gigantyczną podniebną armadę nad Tokio, by zetrzeć tę metropolię z powierzchni ziemi.

Józef Piłsudski, wypatrujący okazji do odzyskania przez Polskę suwerenności, już obstawił zwycięzcę. Teraz musi udowodnić Japonii, że odrodzona Rzeczpospolita będzie wartościowym sprzymierzeńcem Imperium Wschodzącego Słońca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 39 min

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
3,7 (126 ocen)
34
37
35
18
2
Sortuj według:
keeteck

Nie oderwiesz się od lektury

środkowa część, juz po bitwie, nieco przydługa, poza tym Szmidt w doskonałej formie. pochłonąłem w jeden dzień.
00
Evita72

Całkiem niezła

Wielki plus za bitewny początek i wprowadzenie znanych postaci. A potem historia ...mnie trochę zmroziła. Wychodzi na to że nad sojusznikami trzeba dobrze myśleć i ostrożnie ich dobierać.
00

Popularność




1905

CZĘŚĆ PIERWSZANalot

Rozdział 1

– Tej nocy, moi panowie, będziemy tworzyć historię. Spiszemy ją na kartach dziejów własną krwią!

Wiceadmirał Makarow uśmiechał się, gdy wypowiadał te słowa. Szczerzył lekko pożółkłe od tytoniu zęby, zacierając jednocześnie wielkie dłonie, jakby perspektywa zbliżającej się bitwy była dla niego czymś radosnym, a nawet wzniosłym. Czymś, czego wypatrywał z niecierpliwością dziecka czekającego na otwarcie bożonarodzeniowych prezentów. Pozostali oficerowie, ku przerażeniu Andrzeja Horodyńskiego, wyglądali na równie ucieszonych. Klepali się po ramionach, unosili kciuki gestem zapożyczonym od cezarów, jakby tam w dole, za ławą stalowoszarych chmur, nie czekał ich los gorszy od przestąpienia wrót piekieł.

Stojący na tyłach mostka Horodyński przyglądał się tej scenie w niemym osłupieniu. Zadrżał, gdy ściany chroniące centralną część sterówki Pietropawłowska, najnowocześniejszego pancernika carskiej floty, zaczęły się gwałtownie kurczyć. Grube płyty nitowanej stali zbliżały się z każdym, następującym coraz szybciej jedno po drugim, uderzeniem serca. Ściskane ich naporem powietrze gęstniało w zastraszającym tempie. Młody kadet otworzył szerzej usta, próbując zaczerpnąć tchu, lecz nic to nie dało.

Dusił się.

Zrobił więc jedyną rzecz, jaką podpowiadał mu zdrowy rozsądek. Obróciwszy się na pięcie, chwycił oburącz dźwignię blokującą tarczę włazu. Zdecydowanym ruchem odsunął stalową płytę i wypadł na zewnątrz, prosto w objęcia chłodu i mroku.

Nocne niebo także napierało ze wszystkich stron, ale dzięki kobiercowi gwiazd wydawało się przestronniejsze, a płuca same wypełniały się powietrzem gnanym przez silny wiatr.

Wciągając je łapczywie, Horodyński dotarł na sam koniec sterburtowego skrzydła mostka. Tam dopiero przystanął. Złapał obudowę repetytora busoli i pochyliwszy się, mocno zacisnął powieki. Czas uporać się ze strachem. Przegnać go, zanim któryś z przełożonych zauważy oznaki paniki. Chłopak zrobił głęboki wdech, potem drugi i kolejny, jak radził mu bosman wieki temu, jeszcze na Nowej Ziemi podczas pierwszych szkoleń.

– Andriusza?

Horodyński drgnął, gdy zza jego pleców dobiegł łatwo rozpoznawalny głos dowódcy. Wyprostował się błyskawicznie, wyprężył w postawie zasadniczej, mimo że wypierany kolejnymi haustami chłodnego powietrza strach zaczął wracać. Zasalutował odruchowo, jak wpajano mu od wcielenia do carskiej floty, choć ręka drżała zauważalnie.

– Melduję się na rozkaz, panie… – Wyuczona formułka nie zdołała się wydostać ze ściśniętego gardła, usłyszał tylko nieartykułowany bełkot, co jeszcze bardziej go zdeprymowało.

Spoglądający z góry Stiepan Osipowicz Makarow, stary wiarus, który przelatał we flocie milion wiorst[1]*, i to zanim stojącego przed nim chłopaka wypchnęło łono matki, minę miał ponurą. W jego niebieskich jak wody rozświetlonego słońcem oceanu oczach nie dało się już dostrzec nawet śladu niedawnego rozbawienia. Uniesienie i radość zniknęły bez śladu. Zastąpił je… strach?

Horodyński z trudem przełknął gromadzącą się w ustach gęstą ślinę.

– Bać się ludzka rzecz, Andriusza – powiedział zadziwiająco łagodnym tonem zaprawiony w bojach oficer, kładąc wielką niczym bochen chleba dłoń na ramieniu kadeta. Ten zadziwiająco delikatny dotyk okazał się lekiem na całe zło. Stłumił drżenie ciała, uciszył rozkołatane serce, ukoił duszę. – Problem w tym, chłopcze, że jestem komandirem, a co za tym idzie, nie mogę okazać nawet cienia słabości, zwłaszcza na oczach ludzi, którzy pode mną służą. To, że się uśmiecham, kiedy mówię o czekającej nas walce, nie oznacza jednak, że nie odczuwam lęku ani że cieszę się na myśl o śmierci, która zbierze dzisiaj obfite żniwo. Oj, zbierze. Czeka nas bitwa, jakiej świat dotąd nie widział. – Obrócił milczącego kadeta twarzą do dziobu pancernika i objął ramieniem, jak ojciec albo starszy brat. – Za niespełna godzinę staniesz się naocznym świadkiem wydarzeń, które ludzie będą sławili za sto, a kto wie czy nie za tysiąc lat, tak jak my wspominamy dzisiaj bohaterów bitwy pod Maratonem, zagładę Wielkiej Armady czy ostateczny upadek Napoleona pod Waterloo. Przejdziemy do historii, Andriusza, zapiszemy się złotymi zgłoskami w kronikach przyszłych pokoleń, ale ten zaszczyt ma swoją cenę. Bardzo wysoką cenę. Setki moich marynarzy i oficerów nie ujrzą kolejnego wschodu słońca. Może ja dzisiaj zginę, może ty. Nikt tego nie wie prócz Boga, który jak powiadają, też już nie żyje… – Wiceadmirał zawiesił głos, spuścił głowę, jakby się modlił, po czym dodał: – Tak było od zarania dziejów i tak zawsze będzie. Musimy się z tym pogodzić, chłopcze.

Zamilkł ponownie, tym razem już na dobre. Potoczył wzrokiem po nieboskłonie, po miriadach gwiazd przesłanianych tu i ówdzie przez ciemniejsze od mroku cienie. Dziesiątki ich sunęły wokół. Były większe i mniejsze, ale nieodmiennie czarniejsze od smoły. Ciche, zabójcze.

Horodyński także przyglądał się otaczającej go flocie sprzymierzonych mocarstw. Teraz, pośrodku nocy, przy całkowitym zaciemnieniu i braku księżyca, nie mógł dostrzec niczego prócz zarysów, lecz wystarczyło przymknąć powieki, by przywołać wygląd majestatycznych okrętów, zapamiętany do najdrobniejszych szczegółów podczas trzytygodniowego rejsu i liczonego kolejnymi bezsennymi nocami okresu wyczekiwania, gdzieś tam pomiędzy dwoma bezbrzeżnymi, zda się, przestworami – nieba i oceanu.

Wyrwany z dzieciństwa edyktem cara, wcielony siłą do rosyjskiej marynarki wojennej Andrzej został wywieziony na daleką północ carstwa, aż do Archangielska, portu, o którym nigdy wcześniej nie słyszał. Tam razem z tysiącami innych poborowych przeszedł wstępne szkolenie. Tam też napatrzył się zza pomalowanych mrozem szyb na smukłe niszczyciele i fregaty, na pękate transportowce i masywne krążowniki, które całymi eskadrami albo dywizjonami wzbijały się w pokryte stalowymi chmurami niebo, by walczyć na frontach wielkiej wojny.

Zanim trafił w kamasze, słyszał o odległym konflikcie imperiów przy okazji toczonych półgłosem rozmów dorosłych. Zdarzyło mu się też wyczytać to i owo w podniszczonych gazetach zostawianych przez letników wypoczywających w willi Pod Berłem, tej samej, w której – oczywiście po szkole – pomagał matce.

Wojna, choć wciąż daleka od sennego Ojcowa, upomniała się jednak i o niego. Wykrwawione armie sojuszników potrzebowały nieustannego wsparcia – nawet ze strony ciemiężonych narodów. I tak, żegnany szlochem matki młody Horodyński wkroczył w Olkuszu po chybotliwym trapie na pokład niewielkiego frachtowca, którym przybyli carscy urzędnicy. Oszołomiony nagłym powołaniem nie zastanawiał się ani przez moment, czy będzie musiał zabijać, czy sam zostanie zabity. Marzył tylko o jednym: żeby ujrzeć na własne oczy, z bliska, prawdziwe okręty wojenne.

Po trzech miesiącach intensywnego szkolenia dane mu było stanąć na pokładzie jednego z owych latających gigantów. Był pewien, że nigdy nie zapomni dreszczu emocji, jaki towarzyszył pierwszemu startowi niszczyciela, na którym odbywał praktykę. Stał wtedy – podobnie jak dzisiaj – na skrzydle mostka obok wydających rozkazy oficerów. Przesuwał posłusznie dźwignie telegrafu maszynowego, nawet na moment nie spuszczając z oczu doków wielkiej bazy, okalającego je miasta, skalisto-lodowych pustkowi i ciągnącego się aż po zamglony horyzont posępnego przestworu arktycznego morza.

Nie przydzielono mu zbyt wielu obowiązków, ale szkolił się na sygnalistę, a że miał doskonałą pamięć i smykałkę do języków, bardzo szybko się wyróżnił z tłumu rekrutów. Na egzaminie końcowym prześcignął nawet rodowitych Rosjan, w tym paru potomków arystokratycznych rodów. Nie zrobił tego jednak, by przypodobać się zaborcy. Matka wpoiła mu pasem i słowem, że zawsze należy dążyć do doskonałości, ponieważ tylko ci, którzy staną na szczycie, mogą odmienić swój los. Nawet jeśli pochodzą ze zniewolonych mniejszości. Carstwo nie dawało okazji do wybicia się ponad przeciętność, zwłaszcza na dalekiej prowincji, gdzie bieda piszczała tak głośno, że zagłuszała każdy lament. Miał też drugi powód, kto wie czy nie ważniejszy. Powodzenie tej misji mogło przynieść sporo zmian, także dla startej z mapy ojczyny, Polski. Oficerowie stawiali sprawę jasno. Przegrana w tej wojnie oznaczała niewolę po stokroć gorszą od obecnego stanu.

Dlatego właśnie wszyscy wypruwali sobie żyły bez względu na kolor skóry czy kształt oczu. Pochodzenie – przynajmniej na pierwszych etapach służby – nie miało większego znaczenia. Byłeś dobry w tym, co robisz, otrzymywałeś pochwały. Partaczyłeś robotę, ponosiłeś surową karę. Horodyński starał się więc, jak mógł, z myślą o tym, by zostać prymusem, i dopiął swego. Trafił na pokład Pietropawłowska, pod skrzydła leciwego dowódcy Trzeciej Floty, wybitnego oficera i jeszcze lepszego stratega – wiceadmirała Makarowa, któremu powierzono dowodzenie carskim kontyngentem tworzonej w sekrecie armady.

Pół roku po zamustrowaniu na pokład flagowego pancernika Andrzej trafił na Nową Ziemię, skuty lodem archipelag leżący tak daleko na północy, że za nim były już tylko niekończące się lody Arktyki. Tam też wszystkie europejskie potęgi, nie wyłączając Korony Brytyjskiej, posyłały skrycie co drugi z nowo budowanych okrętów, przygotowując się w najściślejszej tajemnicy do uderzenia, które mogło i powinno odmienić losy świata.

Dwadzieścia cztery pancerniki, osiemdziesiąt krążowników, z czego dwanaście ciężkich i czterdzieści osiem bombardujących, do tego ponad sto pięćdziesiąt mniejszych jednostek eskorty. Takie wielkie siły wyruszyły jesienią 1905 roku na Daleki Wschód. Trasa wiodła wzdłuż skutych wieczną zmarzliną północnych wybrzeży Rosji.

Dotarłszy nad Morze Czukockie i wykonawszy zwrot o osiemdziesiąt siedem stopni na sterburtę, armada przeleciała nad Kamczatką i ominęła szerokim łukiem broniący się wciąż bohatersko Sachalin, następnie zaś – po pokonaniu kolejnych trzystu mil – weszła w dryf, by z dala od wścibskich oczu czekać na odpowiednią pogodę.

Nie trwało to długo, ponieważ pora roku sprzyjała potężnym sztormom i nawałnicom. Trzeciego dnia postoju wysłani na południe zwiadowcy wypatrzyli front atmosferyczny. Godzinę później połączone siły, wzmocnione amerykańskim kontyngentem, który był mniej liczny, niż się spodziewano, ale za to zdecydowanie nowocześniejszy i potężniejszy, ruszyły dalej, by po szesnastu godzinach lotu uformować szyk bojowy tuż nad i odrobinę za czołem nawałnicy.

Na skrzydłach wichru, na falach chmur, setki skrytych przed oczami wroga okrętów wojennych parły w kierunku jakże bliskiego już wybrzeża Japonii, aby najwięksi władcy Europy mogli spisać krwią tysięcy poległych nowy rozdział w opasłej księdze historii i odmienić losy tej wojny, a kto wie czy jej nie zakończyć.

– Panie admirale!

Głos lejtnanta Borysowa wyrwał z głębokiego zamyślenia dowódcę i stojącego obok kadeta.

– Melduj – rzucił zwięźle Makarow, nie odrywając wzroku od kłębiących się w dole chmur podświetlanych często gęsto błyskawicami.

– Mamy pierwsze potwierdzenie! – Trzeci oficer Pietropawłowska podszedł bliżej, by nie musieć przekrzykiwać wiatru i pomruku przetaczających się w dole piorunów. – Washington sygnalizuje, że wróg zareagował zgodnie z naszymi oczekiwaniami.

– Świetnie!

Wiceadmirał pociągnął Horodyńskiego za sobą. Ich miejsce było teraz w osłoniętej sterowni, tam gdzie zostaną wydane ostatnie rozkazy. Andrzej przekraczał wysoki próg włazu z obawą, lecz ściany zdążyły już wrócić na miejsce i choć opancerzone pomieszczenie wciąż wydawało mu się odrobinę za ciasne, nie przytłaczało już i nie dusiło jak jeszcze przed chwilą. Echa burzy zastąpił gwar wielu głosów. Pochyleni nad mapą oficerowie odbierali z rąk gońców kolejne depesze. Telegrafy wystukiwały bezustannie nerwowy rytm. Dyżurni sygnaliści posyłali w noc szybkie serie błysków, a mrok nie pozostawał im dłużny. W tym rozgardiaszu tylko dwie osoby pozostawały niewzruszone. Wiceadmirał, obserwujący podwładnych spod nasuniętego głęboko na czoło daszka służbowej czapki, i stojący krok za nim kadet.

– Wieści z Permu! – Rozemocjonowany Borysow przesuwał w dłoniach pasek z odebraną wiadomością. – Pan Ognia widziany nad Nytwą i Osą, stop. O dwudziestej drugiej siedemnaście zaatakował zgrupowanie Wasylewa, stop. – Depesza trafiła do rąk czekającego gońca, a porucznik natychmiast sięgnął po następną. – O dwudziestej drugiej dwadzieścia trzy Pan Lodu zaatakował Siedemnastą Dywizję Mechów generała Paula von Hindenburga, powstrzymując natarcie korpusu brytyjsko-niemieckiego na kierunku sarapulskim, stop.

Wiceadmirał pochylił się nad stołem operacyjnym. Jego palec spoczął na błękitnej linii oznaczającej rzekę, której nazwa była Andrzejowi równie obca jak te, które padły przed chwilą z ust trzeciego oficera. Kraj zaborcy był wielki, ogromny, słońce potrzebowało całego dnia, by dotrzeć z jednego krańca na drugi.

– Mamy potwierdzenie kontaktu z czterema smokami. – Borysow stanął obok dowódcy, zasłaniając mapę. – Pan Moru jest obecnie gdzieś pomiędzy Permem a Jekaterynburgiem, a Pana Błyskawic dostrzeżono przed kwadransem nad Saratowem.

Makarow potaknął, nic nie mówiąc.

– Poruczniku! – Marynarz siedzący przy ostatnim telegrafie uniósł rękę z długim na ponad dwie stopy paskiem odebranej wiadomości.

Borysow poczekał na milczące zezwolenie przełożonego, po czym potruchtał na drugi koniec mostka.

– Generał major Aleksiejew melduje, że twierdza Łuk Samary jest atakowana przez Pana Wszystkich Żywiołów! Wiadomość nadano pięć minut temu! – zawołał triumfalnie. – Dowódcy pozostałych odcinków linii Romanowów potwierdzają obecność piątego smoka!

Telegrafy nadal stukotały jak szalone, lecz porucznik sięgnął tym razem po kartkę podaną przez zdyszanego sygnalistę.

– USAS Washington do wszystkich kontyngentów zjednoczonej floty… – Borysow musiał zamilknąć na moment, by przełknąć ślinę. – Rozpocząć operację Zgasić Słońce według planu operacyjnego numer dwa. Wykonać natychmiast! Niech Bóg będzie z nami…

Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane znacznie mniej stanowczym tonem.

– Panowie! – Jedno słowo wiceadmirała wystarczyło, by na mostku momentalnie zapanowała cisza. – Los zdaje się nam sprzyjać. Wróg połknął haczyk. Jedyna siła, która byłaby w stanie powstrzymać tę flotę, znajduje się tysiąc mil stąd i właśnie pustoszy nasze święte ziemie. Nie zawiedźmy bohaterów, którzy zapłacą najwyższą cenę, abyśmy mogli zadać śmiertelny cios Imperium Wschodzącego Słońca. Za cara i Matuszkę Rosję!

– Za cara i Matuszkę Rosję! – Oficerowie i marynarze wznieśli zgodny okrzyk, od którego zadrżały szyby.

Horodyński nie był wyjątkiem, choć z jego ust wydobyły się nieco inne słowa. W tej wojnie został zmuszony do stanięcia po stronie zaborcy, ale służył mu gorliwie tylko z jednego powodu: wspólny wróg był po stokroć gorszy od carskiego buta.

– Do wszystkich okrętów: formować szyk alfa! Wykonać natychmiast! – Makarow odżył, w końcu był w swoim żywiole. Rozkazy opuszczały jego usta z szybkością kul miotanych przez wielolufowego gatlinga. – Obsadzić wszystkie stanowiska bojowe. Ładować działa. Odryglować luki bombowe.

– Raport pogodowy, panie admirale. – Oficer podający dowódcy notatkę miał zadziwiająco markotną minę.

Makarow czym prędzej przeczytał słowa skreślone ręką sygnalisty.

– Psia mać – zaklął, mnąc kartkę lewą dłonią. Raz jeszcze przyjrzał się uważnie mapie. Zmierzył coś cyrklem, zapisał kilka liczb w brulionie. Na koniec stanął, złożywszy ręce na piersi, i podkręcił w zamyśleniu sumiastego wąsa. – Jeśli utrzymamy obecną prędkość, wyjdziemy przed czoło frontu pogodowego sześć wiorst przed Kręgiem Śmierci. Jeśli zwolnimy, pozostaniemy zbyt długo w strefie rażenia.

Tokio było otoczone licznymi bastionami, które powstały dekadę wcześniej, by chronić stolicę i pałac cesarski przed możliwym atakiem smoków, i od tamtej pory podlegały ciągłej rozbudowie. Wznoszono kolejne kazamaty. Starsze działa wymieniano na nowe, większe, donośniejsze i bardziej szybkostrzelne. Wywiad szacował, że na liczący dziewięć wiorst średnicy krąg otaczający centralne dzielnice miasta i znajdujący się w samym ich sercu pałac cesarski składa się obecnie co najmniej dziesięć tysięcy armat. Wielu oficerów uważało jednak, że dane te mogą być zaniżone.

Zachodnie mocarstwa i Ameryka straciły bowiem większość działających na ich korzyść szpiegów. Kempeitai nie tylko oczyściła wyspy z ludzi innych narodowości i wyznań, ale też skutecznie uciszyła każdego, kto mógł sprzyjać interesom gaijinów.

Od strony zatoki, czyli z kierunku, z którego nadlatywała flota, dostępu do miasta broniły bastiony zarówno w porcie, jak i na sztucznie usypanej zaledwie dekadę wcześniej wyspie Tsukishima. Kolejne żelbetonowe umocnienia wrzynały się w morze klasycznej drewnianej zabudowy, górując nad nią niczym średniowieczne mury europejskich zamczysk. Krąg Śmierci, jak nazywano tę linię obrony, był jednak sto razy mniej groźny niż broń, którą boski tennō posłał dzień wcześniej na front zachodni.

– To nie jest nasz największy problem, admirale – odezwał się nie mniej strapiony porucznik Borysow. – Burza słabnie z każdą chwilą, z moich wyliczeń wynika, że stracimy osłonę chmur, zanim awangarda floty pokona Zatokę Tokijską.

– Wiatr zmienia kierunek! – Goniec przyniósł kolejną hiobową wieść.

Kartka z nią trafiła natychmiast w ręce Makarowa. Wiceadmirał znów pochylił się nad mapą. Odczytując informacje, dokonywał stosownych pomiarów. Wynik, ku zaskoczeniu obserwatorów, chyba go usatysfakcjonował. Gdy prostował plecy, na jego twarzy pojawił się zgaszony kilka minut wcześniej uśmiech.

– Pisz, Andriusza. – Odwrócił się do Horodyńskiego. – Do wielce szanownego admirała Robleya D. Evansa. Po przeanalizowaniu raportów pogodowych sugerujemy zmianę szyku alfa na gamma i przeprowadzenie uderzenia według planu operacyjnego numer siedem.

Horodyński skreślił słowa najszybciej, jak umiał, zapisując je w kajecie wyuczonymi skrótami, po czym wydarł kartkę i przekazał ją czekającemu obok o dwa lata starszemu Kazachowi, który pełnił funkcję łącznika sygnalistów.

– Nie za późno na wprowadzenie tak daleko idących zmian? – zdumiał się Borysow.

– Spójrz. – Wiceadmirał pochylił się nad mapą raz jeszcze. – Jeśli nie zmienimy kursu, stracimy osłonę najdalej za dziesięć minut. Wróg dostrzeże nas, zanim dotrzemy na odległość, z jakiej zbombardowanie bastionów będzie możliwe…

Andrzej przyglądał się prawej dłoni Makarowa, wskazującej kolejne cele i kierunki. Zazdrościł dowódcy wielkiego talentu, który pozwalał zauważać w lot wiele z pozoru nieistotnych zależności, o jakich on sam nigdy by nie pomyślał. Stiepan Osipowicz był nie tylko wojskowym, ale też znanym konstruktorem i badaczem. Miał na koncie prawie pięćdziesiąt prac naukowych, lecz młody kadet zazdrościł mu najbardziej opłynięcia świata.

– Jeśli zmienimy kurs, pozostaniemy za zasłoną chmur, ale przez najbliższy kwadrans będziemy lecieli wzdłuż południowo-wschodniej linii obrony – zauważył porucznik, który także był nie w ciemię bity.

– Owszem – przyznał ze stoickim spokojem Makarow. – I właśnie dlatego zasugerowałem zmianę szyku.

Przesunięte modele okrętów utworzyły zupełnie nowy obraz floty. Krążowniki bombardujące, najgroźniejsza broń zjednoczonych sił, zostały przeniesione na lewe skrzydło, a na prawe, najbliższe Kręgowi Śmierci, skierowano gros niszczycieli. Plany tej operacji zakładały wiele wariantów i rozwiązań. Najtęższe głowy koalicji opracowywały je całymi tygodniami, do ostatniej chwili nanosząc większe bądź mniejsze poprawki. Ktoś, niewykluczone, że sam Makarow, przewidział, iż wiatry mogą się zmienić po dotarciu burzy nad ląd – było to przecież częste zjawisko, znane nie tylko w tym rejonie świata – i zaproponował, by do maksimum wykorzystać naturalną osłonę żywiołu. Dzięki temu okręty mogły dostać się niezauważenie w pobliże bastionów obrony, a może nawet za nie. Było to genialne posunięcie, a przynajmniej na takie wyglądało z perspektywy młodego kadeta.

Po uformowaniu szyku gamma niszczyciele wykonają ostry zwrot na sterburtę i rozpoczną zmasowane bombardowanie znajdujących się dokładnie pod nimi bastionów, niszcząc je całkowicie, zanim obsady atakowanych baterii zdążą dotrzeć na stanowiska bojowe.

– Washington znowu nadaje! – zameldował sygnalista dyżurujący przy reflektorze na bakburcie. – Do wszystkich kontyngentów zjednoczonej floty: zmiana szyku alfa na gamma. Wykonać natychmiast! Zmiana planu operacyjnego jeden na siedem!

Makarow zacisnął pięści.

– Idziemy – rzucił do Horodyńskiego.

Andrzej uchylił właz, przepuścił wychodzących na skrzydła mostka oficerów, po czym sam potruchtał na otwarte stanowisko dowodzenia. Tysiąc stóp nad chmurami było chłodno, nawet bardzo chłodno, ale kłębiący się pod stępką Pietropawłowska żywioł nie miał szans nękać przyczajonych nad nim ludzi. Jego niszczycielska siła skierowana była bowiem w dół, na uśpione miasto i nieświadomych zagrożenia obrońców.

– Maski! – zawołał bosman Rustaweli, człowiek o włosach tak czarnych i lśniących, jakby wyryto je w bryle obsydianu.

– Są maski! – odpowiadali kolejno kadeci.

– Rękawice i peleryny azbestowe!

– Są rękawice i peleryny azbestowe!

– Paraszuty?

– Są paraszuty!

– Uprząż ratunkowa!

– Jest uprząż ratunkowa!

– Przypiąć się do lin zabezpieczających! Dwie stopy luzu! – Bosman zakończył pośpieszny przegląd, by złożyć raport porucznikowi.

Andrzej wykonywał polecenia jak automat. Karabińczyk szczęknął krótko, zamykając się na stalowej ćwierćcalówce, która biegła od krańca skrzydła aż do włazu sterówki. Okręt powietrzny, nawet tak wielki jak pancernik, nie jest bowiem obiektem magicznym, lecz wytworem zaawansowanej techniki i jako taki podlega prawom fizyki, a także zjawiskom atmosferycznym, takim jak prądy zstępujące czy wstępujące, które niejednego pilota aeroplanu kosztowały utratę zdrowia, a czasem wręcz życia. Nagłe zwroty wypełnionego cavorytem stalowego potwora, nierzadkie podczas bitwy, oraz wstrząsy towarzyszące bezpośrednim trafieniom również potrafiły zebrać krwawe żniwo, jeśli człowiek nie był odpowiednio asekurowany.

Horodyński pilnie słuchał wykładów chorążego Niestierowa, weterana dwu kampanii podniebnych, którego drewniana noga była czytelniejszą przestrogą od wtłaczanych kadetom do głów przepisów bezpieczeństwa. Naoczne przekonanie się, co czeka osobę niestosującą się do zasad, uczy pokory i posłuszeństwa szybciej niż sto nudnych, choćby i najbardziej obrazowych pogadanek.

– Stanowisko dowodzenia gotowe do podjęcia działań bojowych! – zameldował Rustaweli, salutując, po czym oddalił się, by przeprowadzić inspekcję drugiego skrzydła.

Makarow wychylił się mocniej za boczną osłonę, aby zlustrować pokrywę chmur. Niewiele jednak zobaczył, ponieważ skłębionego żywiołu nie rozświetlały już błyskawice. Burza faktycznie przycichła, teraz ziemię rosił już tylko charakterystyczny dla tej szerokości geograficznej rzęsisty deszcz. To jednak powinno wystarczyć, by ukryć obecność największej floty, jaką widział rodzący się dopiero dwudziesty wiek.

– Opuścić gondolę! – rozkazał Makarow, prostując plecy.

– Jest opuścić gondolę.

Lot nad nawałnicą pozwalał ukryć się przed wzrokiem wroga, ale krył też tego ostatniego przed oczami atakujących. Pokrywa chmur była wciąż tak gruba i gęsta, że w dole nie dało się dostrzec żadnego światełka, a przecież metropolia tej wielkości co Tokio, jedna z największych, jeśli nawet nie największa na świecie, powinna lśnić jasno niczym blask księżyca odbijający się na powierzchni spokojnego morza. Daleko za sterburtą, tam gdzie kończył się welon obłoków, widać było jaśniejące tu i ówdzie połacie nieba, będące dowodem bliskości uśpionego celu.

Horodyński zliczał w głowie upływające sekundy. Gondola obserwacyjna, zwykła trzyarszynowa kula z miedzi i stali, zaopatrzona w szesnaście idealnie okrągłych bulajów i zawieszona na stusążniowej linie, opadała przez pokrywę chmur, dopóki siedzący w jej wnętrzu obserwator nie dostrzegł ziemi. Zazwyczaj trzeba było do tego kilku sekund, lecz tym razem cisza przedłużała się w nieskończoność.

– Kontakt wzrokowy! – zameldował w końcu porucznik, stojący przy stanowisku zewnętrznego telegrafu. Maszyna wypluwała z siebie pasek papieru pokryty ciągiem kropek i kresek. – Bastiony…

Wzięty przez zaskoczenie Borysow zamilkł w pół słowa, gdy pokrywę chmur przebiła raca. Kolumna czerwonego dymu pomknęła wysoko między gwiazdy i tam doszło do niewielkiej eksplozji, która zalała krwistym blaskiem sunące w ciasnym szyku okręty. Wszyscy przyglądali się jej z otwartymi ustami, nawet admirał, ale trwało to tylko ułamki sekundy. Każdy, kto brał choć raz udział w nalocie, wiedział, jakiemu celowi służy taka raca. Wystrzeliwujący ją oficer mierzy czas potrzebny do zniknięcia ognika w chmurach, by obliczyć, na jaki pułap nastawiać zapalniki pocisków.

– Alarm!

Krzyki oficerów utonęły w zawodzeniu włączanych pośpiesznie syren i biciu w dzwony. Dalsze ukrywanie się nie miało sensu. Wróg wiedział o obecności floty, właśnie przygotowywał się do odparcia ataku. Za piętnaście, dwadzieścia sekund…

Niebo na sterburcie zapłonęło, nim Andrzej zdołał uchwycić się relingu. Baterie Kręgu Śmierci z wyspy Tsukishima oddały pierwszą, doskonale skoordynowaną salwę. Setki, a może nawet więcej niż tysiąc pocisków odłamkowych przebiło naraz warstwę chmur, eksplodując z ogłuszającym hukiem pomiędzy smukłymi kadłubami niszczycieli i korwet.

– Co u licha?! – wychrypiał wiceadmirał, prostując nogi w kolanach.

Ten atak nastąpił za szybko. Japończycy potrzebowali czasu na obsadzenie dział, na ustawienie zapalników, na wymierzenie… Horodyński także to rozumiał, gdy spoglądał, wciąż nie wstając, znad krawędzi osłony mostka. Pierwsza salwa, jak to zwykle bywa, poszła za wysoko. Gros pocisków eksplodowało od pięćdziesięciu do stu sążni nad pokładami okrętów. Marna to była jednak pociecha, zwłaszcza dla ludzi okupujących nadbudówki i odsłonięte stanowiska obrony. Wróg, licząc się z niewielką celnością, użył bowiem szrapneli, które rozrywały się na zadanej wysokości, rozsiewając wokół chmury zabójczych odłamków, by te niszczyły wszystko, co stanie na ich drodze. Masakrowany nimi metal jęczał przeraźliwie. Zabijani i ranieni ludzie skowyczeli, ale ich krzyki były zbyt słabe, by przedrzeć się przez odrażającą kakofonię bitewnego zgiełku.

Ostrzeliwane okręty odpowiedziały ogniem. Ich baterie podburtowe posłały ku niewidocznej ziemi deszcz pocisków. Z dziesiątek wyrzutni posypały się bomby beczkowe. Ożyły zespolone gatlingi.

– W czortu matieri! – wymamrotał wiceadmirał, obserwując narastający chaos.

Atak wroga nastąpił w najgorszym z możliwych momentów, gdy flota rozpoczynała zmianę formacji, wchodząc równocześnie na nowy kurs. Wymagało to zerwania ciasnego szyku, który umożliwiał koncentrację ognia i wzajemne osłanianie się okrętów biorących udział w akcji.

Kolejna salwa, tym razem lepiej wymierzona. Z dołu nadleciał grad stupięciomilimetrowych pocisków przeciwpancernych, zbyt słabych, by przebić poszycie pancernika, lecz wystarczająco potężnych, by zagrozić znacznie mniejszym jednostkom eskorty. W cel trafił co dwudziesty, ale i to wystarczyło, aby kilka niszczycieli zostało rozerwanych na strzępy, a dalszy tuzin wypadł z i tak już złamanego szyku.

Horodyński przyglądał się temu wszystkiemu w niemym przerażeniu. Na jego oczach odległa o zaledwie pół wiorsty korweta, wciąż oświetlana upiornym blaskiem flary, rozdęła się jak ta śmieszna rybka, którą widział raz w iluzjonie. Trafiony w magazyn amunicji okręt zniknął w kuli oślepiającego ognia, który najpierw wydobył się strumieniami przez każdy luk i bulaj, a potem rozsadził płyty poszycia. Huk, który temu towarzyszył, był tak głośny, jakby piorun uderzył w sam środek mostka. Fala uderzeniowa przetoczyła się przez sąsiednie, bliźniacze jednostki, przechylając je o prawie trzydzieści stopni. Żyroskopy zadziałały jednak, jak powinny, i zepchnięte z kursu okręty wyprostowały się powoli, po czym znów otworzyły ogień.

Uderzenie, które przyjął kilkanaście sekund później Pietropawłowsk, było o wiele słabsze, lecz pancernik i tak się zakołysał, jakby trafił na poprzeczną falę. W tym czasie przełamana, płonąca wciąż korweta rozpadła się na dwie nierówne części. Dziób z rozbebeszonym śródokręciem unosił się powoli ku rozgwieżdżonemu niebu, a rufa, na której było znacznie mniej cavorytu, błyskawicznie traciła wysokość. Wystarczyło kilka sekund, by połknęło ją kłębowisko chmur.

Wtedy Andrzej przeniósł wzrok na dryfującą część wraku, z której nieustannie wysypywały się mikroskopijne punkciki. Część z nich zawisła pod szarymi płachtami paraszutów, ale zdecydowana większość pomknęła ku chmurom i kryjącej się pod nimi ziemi. Obserwujący tę scenę kadet miał świadomość, że nie wszystkie te kropki są wyposażeniem wysypującym się z przepołowionego okrętu. Marynarze i oficerowie pełniący służbę w zamkniętych pomieszczeniach lub obsługujący kotły nie nosili przecież krępujących ruchy paraszutów.

Następna salwa, jeszcze potężniejsza, została wymierzona w sam środek formacji. Teraz do walki włączyły się również bastiony otaczające pałac Shiba i przecinające znajdującą się za nim dzielnicę o tej samej nazwie. Tamtejsze nabrzeżne baterie składały się głównie z małokalibrowych automatycznych działek, które wypluwały pociski sześć razy szybciej niż ich odpowiedniki z wyspy broniącej portu. Z kolei leżące nieco dalej w głębi lądu forty przystosowano do znacznie cięższej artylerii. Pietropawłowsk przekonał się o tym moment później, gdy w jego podburcia trafiły dwa dwustutrzydziestomilimetrowe pociski.

Podniebny gigant wierzgnął, zwalając wszystkich z nóg. Podrzuceni w powietrze marynarze, którzy z jakichś powodów nie mieli skróconych lin albo nie zdążyli złapać się poręczy, gruchnęli z łomotem na stalowe płyty. Szczęściarze wylądowali na płaskim pokładzie. Ci, co mieli pecha, trafili na osłony mostka bądź powypadali na zewnątrz.

Kadet Fiedotow, chłopak, który służył na flagowcu od trzech lat, należał do pechowców. Nie skrócił linki w porę, gdyż potrzebował większej swobody, by podejść do stojącego obok dowódcy porucznika, celem podania mu najświeższego meldunku.

Eksplozja wyrzuciła go na pięć sążni w górę i cisnęła prosto na pancerną osłonę. Spadł na nią plecami, łamiąc sobie kręgosłup tuż nad krzyżem. Klęczący kawałek dalej Andrzej zapomniał o bólu w poobijanych kolanach, słysząc głośne chrupnięcie, z którym kręgi kolegi poddały się sile uderzenia. Skowyt rannego trwał krótko, ciało zmiecione drugą eksplozją zniknęło z pola widzenia oniemiałego Horodyńskiego.

Rustaweli, klnąc jak szewc, przepiął się na odcinek stalówki pozwalający mu wyjrzeć za osłonę.

– Już po nim – rzucił krótko przez ramię, do nikogo właściwie, po czym wyszarpnął z pochwy wielki nóż i kilkoma zdecydowanymi pociągnięciami odciął martwego albo dogorywającego wciąż chłopaka.

W czasie bitwy nie było czasu na okazywanie poległym szacunku. Ciało Fiedotowa obciążało przecież linkę bezpieczeństwa, naprężając ją do granic wytrzymałości, a co za tym idzie, stanowiło potencjalne zagrożenie dla pozostałych marynarzy pełniących służbę na tym skrzydle mostka.

– Co z gondolą? – Wiceadmirał chwycił obiema rękami oszołomionego Borysowa.

Potrząśnięty oficer odzyskał zmysły i otarłszy twarz z zimnego potu, pochylił się nad tubą rury głosowej. Szarpnął kilkakrotnie za przymocowany obok niej sznurek, uważnie nasłuchując. Kolejna salwa ominęła szczęśliwie flagowiec Makarowa, ale aż cztery pociski dużego kalibru uderzyły w lecący za nim, tyle że prawie sto sążni wyżej, amerykański pancernik. Andrzej przyglądał się z otwartymi ustami, jak na szarym poszyciu rozkwitają ogniste kule. Liczący prawie tysiąc stóp długości gigant zadrżał – tak, to było właściwe słowo. Washington nie wierzgnął, jak sześciokrotnie lżejszy od niego Pietropawłowsk. Jego kadłub nie został też mocniej uszkodzony, aczkolwiek z jednym wyjątkiem: trzeci z kolei pocisk trafił w środkową podburtową wieżę artyleryjską bakburty, wyłączając ją całkowicie z akcji. Długie na dwanaście sążni armatnie lufy zwisły bezwładnie, jak palce u martwej dłoni, kołysząc się przy każdym ruchu targanego siłą eksplozji giganta.

– Co z gondolą?! – powtórzył rozjuszony wiceadmirał.

– Nikt nie odpowiada. – Borysow, który także zadarł głowę, szybko opuścił wzrok i wyjrzał za osłonę. – Dym na bakburcie – zameldował. – Dokładnie na wysokości stacji gondoli.

– Musimy mieć lepszy ogląd sytuacji! – Oczy Makarowa zapłonęły. – Jeśli teraz wyjdziemy poza front burzowy, będą strzelać do nas jak do kaczek.

Kulący się między nimi Andrzej rozumiał, o czym mówi dowódca. Ustalenie pozycji bastionów pozwoliłoby na koncentrację ognia i uciszenie choć części tych piekielnych dział, lecz było to możliwe wyłącznie w sytuacji, gdyby ktoś zszedł pod pokrywę chmur, by – korzystając z oprzyrządowania gondoli – podać namiary na punkty obrony przeciwlotniczej.

Jedno spojrzenie w oczy Makarowa powiedziało chłopakowi wszystko. Fiedotow zginął, a trzeci z przypisanych do tego skrzydła kadetów zwijał się właśnie z bólu, obejmując dłońmi złamaną nogę. Tylko on mógł wykonać niewypowiedziany jeszcze rozkaz.

– Gnaj, Andriusza, na dół. Wiesz, tam, gdzie jest stacja gondoli, i przekaż temu, kto tam teraz dowodzi, że musi posłać tylu obserwatorów, ilu tylko zdoła.

– Tak toczno – mruknął Horodyński, odrywając się od pancernej płyty.

Musiał się dostać na główny pokład, potem jedną z zejściówek dotrzeć do najniższej sekcji kadłuba, tam, gdzie mieściła się stacja gondoli obserwacyjnych, przekazać rozkazy komu trzeba i wrócić na górę…

Kolejna salwa przeszła przez linię, w której leciały pancerniki. Pietropawłowsk nie zaliczył wprawdzie bezpośredniego trafienia, ale jeden z pocisków rykoszetował od jego burty, jakieś trzydzieści sążni za nadbudówką i wieńczącym ją mostkiem, po czym pomknął w górę z przerażającym świstem. Ułamek sekundy później doszło do detonacji zapalnika i świat wokół raz jeszcze zamienił się w piekło.

Wybuch nastąpił za daleko, by rozerwać płuca i wypalić oczy stojącym na mostku marynarzom, lecz jego skutki i tak okazały się fatalne. Odłamek przebił się przez wysoką prawie na półtora sążnia pancerną osłonę, ścinając z nóg stojących w pobliżu ludzi. Owionięty palącym podmuchem Andrzej padł jak długi, prosto na porucznika. Był tak oszołomiony, że potrzebował dłuższej – jak mu się zdawało – chwili, by zrozumieć, czym jest lepka, ciepła ciecz, która pokrywa jego twarz i głowę. Otworzył usta do krzyku, lecz tak go trwożyła myśl o odniesionej ranie, że z zaciśniętej krtani dobył się tylko zduszony jęk.

– Nic ci nie jest, chłopcze? – Makarow także był zbryzgany czarną w blasku racy posoką.

Szarpnięty przez znacznie roślejszego dowódcę kadet został wbrew własnej woli postawiony na nogi. Nadal oszołomiony spojrzał po sobie, uniósł dłonie, poruszył głową. Naciągnięte mięśnie bolały jak szlag, ale poza tym…

Obrócił się. Trzeci oficer leżał tam, gdzie padł. Na jego młodzieńczej twarzy wciąż dało się zauważyć wyraz zaskoczenia, z jakim skonał, przebity na wylot ułomkiem rozerwanej osłony. Szeroki na dłoń kawał metalu sterczał mu z jego cal poniżej lśniącego guzika kieszeni.

Bosman Rustaweli już przy nim klękał. Nie zbadał pulsu, jak robiono to w przypadku rannych, lecz od razu zamknął niewidzące oczy przełożonego.

– Sterburtowe stanowisko dowodzenia jest nieruszone. – Wskazał na przeciwny koniec mostka, gdzie stali pierwszy i drugi oficer flagowca.

– Telegraf działa? – warknął Makarow, przyklękając, ponieważ zbliżał się moment odpalenia kolejnej salwy.

Japończycy byli precyzyjniejsi od szwajcarskich zegarków.

– Działa – odpowiedział bosman, sprawdziwszy szybko urządzenie. – Busola też.

– Co z rurą głosową?

– Wygląda na nietkniętą – stwierdził z ociąganiem Rustaweli.

– W takim razie zostajemy – zdecydował admirał, gdy kolejny tysiąckrotny grom przetoczył się po smolistym niebie, szczęśliwie omijając Pietropawłowska. – Pędź na dół, synu. – Makarow pochylił się, spojrzał z bliska w oczy Horodyńskiego. – W tobie nasza ostatnia nadzieja.

Andrzej zerwał się na równe nogi. Perspektywa zanurkowania pod pokład pancernika, między stalowe grodzie, nagle wydała mu się niezwykle kusząca. Dotarł do rury, którą wzorem strażaków mógłby się opuścić na śródokręcie, lecz zanim zdołał ją chwycić, jakaś niewidzialna siła pociągnęła go w tył.

– Czekaj!

Rustaweli trzymał go za kołnierz jak dzieciaka przyłapanego na kradzieży jabłek.

– Co wy…! – sapnął zaskoczony kadet, ale jego słowa utonęły w kolejnym huku, po którym wielki pancernik zadrżał niczym ranione zwierzę.

– Zjedziesz natychmiast po salwie, rozumiesz? – Żylasty Gruzin zepchnął go z siebie. – Musisz wyczekać, durak, inaczej zlecisz na pysk i kark skręcisz albo nogę.

– Tak jest – wymamrotał Andrzej.

Bosman wstał z zakrwawionego pokładu i nie prostując pleców, pobiegł w kierunku stanowiska dowodzenia. Przystanął tylko na moment, tuż przed kolejną lawiną ognia, by dać kadetowi znak.

Nie zdążył. Tym razem wróg użył ponownie pocisków odłamkowych. Setki ich eksplodowały równocześnie jakieś pięćdziesiąt sążni nad kominami lecących w sąsiedniej linii krążowników. Dziesięć razy mniej czarnych obłoków rozkwitło nad pancernikami, ale wystarczył jeden kawał rozgrzanego żelaza, by człowiek, który przed ćwiercią minuty ocalił życie młodego Polaka, został ścięty, jakby trafił pod gilotynę. Gorzej nawet, wirujący odłamek pozbawił go górnej części tułowia, pozostawiając tylko oderwane przedramiona i nogi, które ugięły się wolno, jakby uchodziło z nich powietrze, i padły na stalowe płyty, rozbryzgując wokół wnętrzności i krew.

Osłupiały Andrzej zerknął na skulonego admirała. Zobaczył, że dowódca kiwa głową, przesyłając niemą, lecz czytelną prośbę. Sięgnął więc do rury, ale natychmiast cofnął ręce, ponieważ ostatnie słowa Rustawelego wciąż rozbrzmiewały mu w głowie. I ta okazja przepadła, ponieważ zbyt długo zwlekał z podjęciem decyzji. Przyjdzie mu teraz poczekać na następną salwę, ale czy zdoła ją przetrwać?

Los okazał się dla niego łaskawy. Ryk setek eksplozji był wystarczająco daleki, by Horodyński nie musiał obawiać się śmierci. Chwycił zatem rurę i krzyżując nogi, śmignął w dół.

Wiedział, jak zjeżdżać, ponieważ uczono go tego od samego początku szkolenia, a w dodatku niemal paniczny strach dodawał sił i wyostrzał zmysły, dzięki czemu nie przegapił żadnej z lamp sygnalizacyjnych. Po siedmiu odliczanych w głowie sekundach zacisnął mocniej nogi i wylądował na deskach środkowego pokładu nadbudówki, między dwoma stanowiskami gatlingów. Dopadł do najbliższej z osłon, czekając na kolejną salwę. Ta była znów bliższa, ale odłamki szczęśliwie poszły górą.

Od strony mostka nie dobiegły jednak żadne krzyki, konstrukcja także najwyraźniej nie została mocno naruszona. Horodyński zebrał się w sobie i pognał za załom pobliskiej nadbudówki. Po trzech krokach zatrzymał się jak wryty. Pomalowaną szarą farbą, pochyłą ścianę pokrywała krew, a wąskie przejście zagradzały poskręcane zwłoki.

Fiedotow, to musiał być on!

Andrzej nie poznał go po twarzy, ponieważ głowa kadeta była potwornie zmasakrowana, lecz zawinięta wokół złamanej w trzech miejscach nogi linka oraz miejsce spoczynku idealnie pasowały do nieszczęsnej ofiary pierwszej salwy.

Horodyński przełknął gęstniejącą w gardle ślinę. Dopiero ryk pobliskich eksplozji wyrwał go z niebezpiecznego stuporu. Przeżegnawszy się żarliwie, dopadł do kolejnej rury i zniknął w nieprzeniknionym mroku szybu ewakuacyjnego. Tym razem zjeżdżał nieco dłużej, pokonując całe czternaście sążni, które go dzieliły od głównego pokładu. Na dole nie czekał, po twardym lądowaniu pokuśtykał w kierunku najbliższej zejściówki, cały czas odliczając sekundy przybliżające go do następnej nawałnicy ognia i stali. Na sekundę przed atakiem – i potencjalnym trafieniem – znów przypadł do poręczy i chwycił ją mocno obiema dłońmi, przywierając policzkiem do zimnej ściany metalu.

Pietropawłowsk zadrżał jak człowiek cierpiący na febrę. Na szczęście pancernik nie padł ofiarą ostrzału ciężkiej artylerii. Od jego wzmocnionego poszycia odbił się grad mniejszych pocisków, które nie miały szans na przebicie pancerza. To mogło oznaczać, że okręt wyszedł z zasięgu najcięższych baterii. „Dobra nasza”, pomyślał Andrzej, ruszając dalej. Zeskakiwał po kilka stopni naraz, odbijając się barkiem od ścian, by jak najszybciej dotrzeć do celu. Musiał jednak przeczekać jeszcze sześć salw, zanim znalazł się na najniższym z klaustrofobicznie ciasnych pokładów, między zęzami, przy przedziale obserwacyjnym.

Zrozumiał, że coś jest nie tak, nim zdążył dobiec do ostatniego włazu. Ściany korytarza na tym odcinku były powyginane, jakby zrobiono je nie z grubej na pół cala stali, lecz z najzwyklejszego kartonu. Zza uchylonego stalowego skrzydła sączyły się strużki sinego dymu.

Horodyński przykucnął, oburącz łapiąc za drewniany uchwyt. Dobrze zrobił, ponieważ Pietropawłowsk znów został trafiony potężniejszym pociskiem, najprawdopodobniej w któryś z przedziałów dziobowych. Wielki okręt stanął dęba, jakby sztormował przez stustopową falę, po czym opadł ciężko, przechylając się równie mocno w dół. Trzeba było jeszcze kilku lżejszych wahnięć, zanim żyroskopy stabilizatorów zdołały powstrzymać ten chocholi taniec. Miotany po całym korytarzu kadet w końcu poleciał prosto na właz. Wyrżnął plecami o pokrętło zamka, ale miał więcej szczęścia od Fiedotowa. Złożony w tornistrze paraszut uchronił go przed bolesnym losem kolegi. Guz na głowie i rozorany łokieć były wyłącznymi pamiątkami tego zderzenia.

Gdy pancernik odzyskał stabilność, Andrzej odchylił z trudem właz i wcisnął się do dyspozytorni gondoli. Pomny niedawnego wypadku zaczepił karabińczyk o jedną z wciąż napiętych linek i przywarłszy do relingu, omiótł wzrokiem kompletnie zniszczony przedział. W poszyciu dna po przeciwnej stronie ziała ogromna dziura, poskręcane pancerne blachy rozchylały się jak płatki wielkiego, nieforemnego kwiatu, otaczając szeroki na osiem stóp otwór, w którym kłębiły się podświetlane ogniem chmury. Po sterburtowych gondolach nie pozostał nawet ślad, cztery centralne natomiast spoczywały wciąż w swoich leżach, z tym że żadna nie nadawała się do użytku. Miedziane korpusy były mocno powgniatane, a bulaje, wytopione z grubego na kilka cali hartowanego szkła, poszły w drobny mak.

Z dwu aerosfer bakburty ostała się tylko jedna, ta, przy której przycupnął struchlały kadet. Drugie leże było puste, a zwisająca nad nim poskręcana linka kołysała się swobodnie, niczym nieobciążona.

– A ty tu czego szukasz?! – przez wycie wiatru przedarł się piskliwy, choć na pewno nie kobiecy głos.

Horodyński zadarł głowę. Ze sterowni nad nim wyglądał młody mężczyzna o wielkich oczach i osmalonej twarzy. Insygnia przy jego kołnierzu wskazywały, że jest chorążym.

– Admirał mnie przysyła…! – odkrzyknął Andrzej, ale kolejna salwa nie pozwoliła mu dokończyć. Na jego szczęście, strzelający na oślep Japończycy przenieśli ogień dalej. – Macie opuścić kolejną gondolę! Natychmiast! – dodał, widząc, że operator wyciągu nie reaguje.

– Zamelduj, że to niemożliwe! – padła w końcu odpowiedź.

– Musicie! – nie ustępował kadet, świadom, jak ważne jest to zadanie.

– Ślepyś, gówniarzu?! – wydarł się bliski paniki chorąży. – Nie widzisz, co z nami zrobili?!

– Widzę, że macie jeszcze jedną sprawną gondolę! – Andrzej wskazał aerosferę, do której przywarł, by przeczekać kolejną salwę.

– A owszem, mamy – operator zarechotał dziko, gdy piekielny huk przycichł na tyle, by dało się go usłyszeć – tylko ludzie nam się skończyli, a bez nich gondola to nic więcej niż kawał złomu.

– A ty?

– Co ja? – Chorąży posłał mu wściekłe spojrzenie. – Ja ostatni zostałem! Sam siebie przecież nie opuszczę!

Horodyński przyjrzał się zdewastowanemu przedziałowi. Na powyginanej stali sporo było plam oleju, ale też krwi. Tu i ówdzie dostrzegł różowo-czarne strzępy, które wyglądały jak…

– Wszyscy zginęli? – zapytał, bojąc się nawet pomyśleć, jak na tę wieść zareaguje Makarow.

– Wszyscy. Nawet Dima się urwał. – Operator wskazał puste leże.

– Trzeba o tym zameldować – zadecydował Andrzej, rozglądając się po dyspozytorni.

Tuba rury głosowej znajdowała się na ścianie pod sterownią. Horodyński musiał przeczekać jeszcze jedną salwę, na szczęście także niecelną, zanim udało mu się wypiąć karabińczyk i dotrzeć do urządzenia. Sprawdził opisy przy drutach, po czym szarpnął za rączkę jednego z nich – raz, drugi, trzeci. Kolejne bezpośrednie trafienie rzuciło nim o ścianę, ale to musiał być mniejszy kaliber, ponieważ okręt nie wierzgnął tak mocno jak poprzednio.

– Tu mostek, meldujcie! – Ulżyło mu, gdy usłyszał zdławiony odległością głos dowódcy.

Wiceadmirał żył i trwał na posterunku.

– Dotarłem na miejsce – rzucił zwięźle Andrzej.

– Andriusza? Jak wygląda sytuacja?

– Dyspozytornia gondoli została dokumentnie zniszczona. Bezpośrednie trafienie. Zginęli wszyscy prócz operatora wyciągu.

– Job twoju… – Makarow zaklął, ale dalszy ciąg tej wiązanki utonął w ryku eksplozji.

– Admirale?! – Wystraszony Horodyński przywarł uchem do tuby.

– Co z gondolami? – zapytał dowódca, kaszląc, jakby się dymu nałykał. – Ocalała jakaś?

– Jedna.

– Sprawna jest?

Andrzej odchylił się, spojrzał w górę. Wskazując leże przy wejściu, powtórzył słowa admirała:

– Sprawna jest?

– Da! – odwarknął chorąży.

– Tak – przekazał na mostek Andrzej.

Chwilę zajęło, nim dowódca zareagował. Po mniej celnym ostrzale wroga Makarow odezwał się znowu.

– Wiem, że proszę o wiele… – Andrzej struchlał – ale w tobie, synku, ostatnia nadzieja.

– Ja…

– Wiesz, jak obsługiwać dalmierz?

– Tak, ale…

– Wykonać! – Po tym rozkazie, który zmroził kadeta od stóp do głów, padło jeszcze jedno zdanie, wypowiedziane znacznie łagodniejszym tonem. – Nie zawiedź mnie, chłopcze.

Ociągając się, Horodyński wrócił pod leże gondoli. Tak, na szkoleniu uczono go, jak obsługuje się dalmierz, lecz nigdy tego nie robił w warunkach bojowych. U licha, nie wiedział nawet, jak wejść do tej piekielnej aerosfery.

– Kazali ci zejść? – domyślił się operator.

Andrzej przytaknął.

– Jak mus, to mus. – Chorąży pokręcił z niedowierzaniem głową. – Wsiadaj.

– Ale jak?

– Na szczycie gondoli jest pokrętło, widzisz je? – zawołał chorąży, wskazując ręką pomalowane w żółto-czarne pasy kółko.

– Tak.

– Kręć do oporu, a gdy kryza odskoczy, odciągnij pokrywę włazu.

Horodyński wykonał to polecenie i następne. Zdjął też paraszut, ponieważ nawet młodzieniec tak drobnej budowy nie zmieściłby się w ciasnym włazie z wielkim tornistrem na ramionach. Po kolejnym wstrząsie opuścił pokrywę, opadł ciężko na fotel i zapiął uprząż. Przeczekał niecelną salwę i szybko sięgnął do pokrętła, by uszczelnić gondolę. Był gotowy – przynajmniej z technicznego punktu widzenia, zdrowy rozsądek bowiem podpowiadał mu, by rzucić wszystko w diabły, zapomnieć o wojnie, smokach i całej reszcie. Wystarczyło przecież wyjść z tej miedzianej pułapki, założyć paraszut i skoczyć. Choćby przez otwór wyrwany w dnie pancernika. Przebije się przez zasłonę chmur…

Jeszcze sekunda i zrobiłby to, nie bacząc na gniew przełożonych. Już sięgał dłonią do klamry, żeby uwolnić się z pasów trzymających go w fotelu, lecz operator nie zwlekał.

Zaczep uległ zwolnieniu i gondola wysunęła się z lejowatego leża. Andrzeja zatchnęło, w jednej sekundzie miał wokół siebie metalowe ściany, w drugiej sunął przez rozgwieżdżone nocne niebo, a w trzeciej przestrzeń poszarzała, zacisnęła się wokół aerosfery, jakby świat przestał istnieć. Zasłona chmur była bardzo gruba, opadanie trwało więc całą wieczność, przynajmniej z punktu widzenia siedzącego w gondoli człowieka. Gdyby nie ból w urażonym łokciu, Horodyński mógłby pomyśleć, że to wszystko majaki, że zabłąkany pocisk odesłał go w niebyt, za Fiedotowem, bosmanem Rustawelim i porucznikiem Borysowem.

Nagle, bez ostrzeżenia, nieprzenikniona czerń ustąpiła morzu świateł. Złote i białe ogniki ciągnęły się hen, po horyzont, a gdy Andrzej przeniósł wzrok na bulaje w dolnej części aerosfery, dostrzegł siedliska pożarów wznieconych ostrzałem z okrętów zjednoczonej floty. Dziesiątki nowych eksplozji rozjaśniały mrok co sekundę, ale żadna nie sięgnęła właściwego celu. Bastiony Kręgu Śmierci znajdowały się dużo dalej.

Dalej…

Do Horodyńskiego dotarło, że nadal jest opuszczany. Rozejrzał się panicznie po kokpicie gondoli. Trudno było przeoczyć wielki czerwony przycisk. Nie poczuł mocnego szarpnięcia, którego podświadomie się spodziewał. Mechanizm hamujący spowolnił opadanie, aby aerosfera nie rozkołysała się nadto, uniemożliwiając obserwatorowi szybkie pomiary.

Ukryte w kazamatach działa zionęły ogniem. Płomienie wydobyły się z setek luf równocześnie. Widząc to, kadet skulił się odruchowo, zasłaniając rękami oczy, lecz niosące śmierć i zniszczenie pociski tym razem poszybowały w odleglejsze partie ołowianych chmur. Zyskał piętnaście sekund na skupienie myśli i wzięcie namiaru. Ustawił pośpiesznie przyrząd, notując wartości uzyskane przy obu największych wychyleniach gondoli, po czym wyliczył średnią i zapisawszy ciąg cyfr w przytwierdzonym do pulpitu brulionie, sięgnął do klucza telegrafu.

Podając współrzędne, nie wiedział, czy informacje docierają do kogokolwiek, ale jego niepewność nie trwała długo. Zanim skończył wystukiwać czwarty meldunek, dostrzegł w dole istotne zmiany. Okręty przenosiły ogień, już nie strzelały na chybił trafił. Coraz więcej ognistych kul pojawiało się wokół bastionów i na nich samych.

– Tak! – zacisnął pięść w geście triumfu, naśladując Makarowa, gdy zobaczył na ziemi znacznie jaśniejszy rozbłysk.

Któryś pocisk musiał trafić w magazyn amunicji. Andrzej zameldował o tym fakcie temu, kto siedział po drugiej stronie drutów. Moment później z nieba posypał się grad ciemnych przedmiotów. Leciały ku ziemi długimi, przerywanymi liniami. Zdziwił go ten widok, lecz po paru sekundach zrozumiał, że patrzy na bomby beczkowe, wystrzeliwane z pokładów niszczycieli.

Ziemię zdobiły już nie pojedyncze kwiaty eksplozji, ale całe ich rzędy. Dziesiątki wielkich bomb spadały tuż obok siebie, tworząc tunele zniszczeń, wewnątrz których nikt i nic nie mogło ocaleć. W dół poszły też pierwsze torpedy parowe, najpotężniejsza broń, jaką dysponowały mniejsze jednostki floty. Długie cygara, malejące w oczach z każdym uderzeniem serca, ciągnęły za sobą pióropusze gęstego dymu. Zamiast spadać łagodnym łukiem, parły prosto na wskazany cel, nierzadko pod bardzo ostrym kątem.

Andrzej z szeroko otwartymi ustami przyglądał się dziełu zniszczenia, którego był współautorem. Wisząc pięćset albo i tysiąc sążni nad ziemią, widział wszystko jak na dłoni: baterie obronne, które przyniosły tyle zniszczeń okrętowi flagowemu; rozjaśnione ulicznymi latarniami kwartały mieszkalne; czarne kontury zatoki i światła pozycyjne płynących przez nią statków. W oddali dostrzegł także wielką ciemną plamę w morzu świateł. Tam właśnie znajdował się główny cel zjednoczonej floty. Tokio miało zginąć razem ze swoim panem. Człowiekiem, a raczej potworem, który postanowił najpierw podbić, a potem zniewolić cały świat.

Zatopiony w myślach Horodyński dostrzegł nagle jeszcze coś. Z ziemi wystrzeliły w niebo dziesiątki kolumn ostrego, białego światła. Poruszały się szybko, przecinając ciemności, jakby czegoś szukały. Muskały zasłonę chmur, z której przestał już padać deszcz. Na razie szperały daleko od gondoli, lecz z każdą chwilą ich przybywało.

Reflektory przeciwlotnicze! Obrońcy się zorientowali, że wróg skorzystał z podpowiedzi obserwatorów i szykuje się na kolejną fazę ataku, którą będzie nalot na leżący pięć wiorst dalej pałac cesarski i okalające go centralne dzielnice miasta.

„Czas wracać”, uznał Andrzej w duchu i pociągnął za rączkę sygnalizatora. Artylerzyści otrzymali dokładne współrzędne, wiceadmirał zyskał pełne rozeznanie w sytuacji. Dalsze wiszenie pod chmurami mogło skończyć się dla kadeta tragicznie.

Chorąży, którego nazwiska nawet nie poznał, na dany znak włączył wciągarkę, lecz pracowała przeraźliwie wolno, wybierając stalową linę z prędkością sennego chłopa czerpiącego wodę ze studni. Horodyński zaklął w myślach, powtarzając słowa podchwycone od rozwścieczonego Makarowa. Zostawił paraszut w przedziale obserwacyjnym, nawet go nie zabezpieczając. Nie dość, że pozbawił się szans na ratunek z tej pułapki, to jeszcze po powrocie będzie skazany na łaskę losu. Jeśli Pietropawłowsk podzieli los nieszczęsnej korwety i dziesiątek innych okrętów, które zostały do tej pory zniszczone…

Wzdrygnął się na tę myśl.

Reflektory przeczesywały chmury już tylko sto sążni od niego, a miedziana kula unosiła się coraz wolniej. Nie patrzył w dół, nie obserwował konwulsyjnych ruchów świetlistych promieni. Zadarł głowę, skupiając wzrok na szarej kipieli. Nie umiał jednak ocenić, jaka odległość dzieli go od względnego bezpieczeństwa.

Bezpieczeństwa?

Czy okręt trafiany raz po raz przez eksplodujące pociski jest wiele bezpieczniejszy od wystawionej na widok mikroskopijnej bańki z metalu i szkła? Horodyński szczerze w to wątpił, ale i tak nie potrafił oderwać wzroku od chmur. Raz tylko zerknął na płonące miasto, gdy wydało mu się, że część świateł w oddali przesłonił jakiś cień. Zaskoczony rozejrzał się wokół, lecz w powietrzu prócz aerosfery nie było nic. Sekundę później zrozumiał, że musiało to być pasemko pary, jedno z tych, które sunęły tuż pod powierzchnią potarganych chmur.

Z wielką ulgą zanurzył się w ciasnej szarości, ale właśnie wtedy Pietropawłowsk został ponownie trafiony, i to potężnie. Gondola podskoczyła jak szarpnięte ręką dziecka jojo, po czym opadła o kilka sążni. Gdyby nie uprząż, Andrzej zostałby rozsmarowany na kanciastych przyrządach. Modląc się w duchu, czekał na ustabilizowanie aerosfery, a gdy zaczęła się leniwie kołysać, zauważył coś, co wcześniej umykało jego uwadze.

Nie posuwał się już do góry! Tkwił uwięziony pośród chmur, między niewidocznym okrętem i równie niedostrzegalną ziemią. W miejscu, skąd nie mógł zobaczyć nic, nawet nadciągającej z którejkolwiek strony śmierci. Siedział przez dłuższą chwilę nieruchomy, zdjęty strachem. Nie poddał się jednak panice, choć był tego bliski. Musiał coś wymyślić, i to szybko, jeśli nie chciał zginąć.

Co o takich sytuacjach mówiono na szkoleniu? Jakie rozwiązania podsuwano? Był zbyt zdenerwowany, by jasno rozumować, lecz gdy spoczął wzrokiem na pokrętle zamykającym kokpit, jego umysł nagle zaskoczył. Obserwator nie mógł poruszyć ciężkiej gondoli siłą własnych mięśni, a liny, rozszczepionej pięć stóp nad włazem i przyśrubowanej w trzech miejscach do powierzchni aerosfery, nie dałoby się zwinąć od spodu.

Jedynym wyjściem było zatem opuszczenie zacisznego wnętrza kuli i wspięcie się na okręt. To albo cierpliwe czekanie, aż ktoś naprawi wciągarkę. Na drugie raczej nie mógł liczyć, niemniej wchodzenie po linie bez żadnego zabezpieczenia…

Od przedziału obserwacyjnego nie dzieliło go już wiele, pojął to, gdy zauważył, że kołysanie gondoli szybko wygasa. Jaka odległość dzieliła go od okrętu? Dwadzieścia stóp, trzydzieści? Chyba nie więcej, ale nawet taka wysokość wydawała się nie do pokonania, zwłaszcza że ostrzał nadal nie słabł. Jedno bezpośrednie trafienie w kadłub pancernika… Horodyński skulił się na myśl o locie ku odległej ziemi.

Co robić?!

Wyciągnął drżącą dłoń, chwycił pokrętło i… na tym poprzestał. Gondolą zatrzęsło tak mocno, że mało brakowało, by zwymiotował. Los dawał mu jednoznacznie do zrozumienia, że wspinaczka to nie najmądrzejszy pomysł. Skulił się więc w fotelu, nie mając bladego pojęcia co dalej. Jak mógłby dać komuś z załogi znać, że tkwi tutaj samotny, uwięziony?…

Telegraf!

Wystukał alfabetem Morse’a wezwanie o pomoc. Tylko ta forma kontaktu z pancernikiem przychodziła mu na myśl. Chwilę wcześniej ktoś przecież odebrał namiary, istniała więc szansa, że…

Kolejny wstrząs, jeszcze mocniejszy. Andrzej przeżegnał się trwożliwie. Ile bezpośrednich trafień wytrzyma flagowiec Makarowa? Cavoryt nie pozwoli mu spaść, wręcz przeciwnie, jeśli pociski oderwą wystarczająco dużo stali, którą obudowano komory wypełnione metalem trzystukrotnie lżejszym od powietrza, wrak wejdzie w dryf wertykalny i uniesie się wysoko w niebo, aż na skraj atmosfery, gdzie powietrze jest tak rzadkie, że nie da się nim oddychać, i o wiele zimniejsze niż w Arktyce. Tam zginą ci, którzy przetrwają wcześniejszą katastrofę i nie ewakuują się w porę. Los ten spotkał tysiące marynarzy i oficerów w ciągu trzydziestu lat dzielących bitwę, w której brał udział, od zbudowania pierwszej latającej jednostki bojowej.

Andrzej przestał zwracać uwagę na powtarzające się szarpnięcia, a miotnęło nim z dziesięć razy, zanim poczuł, że nastąpiła jakaś zmiana. Spojrzał w górę z nadzieją, lecz gondola w tym samym momencie zaczęła spadać. Tak, spadać – nie było to już kontrolowane opuszczanie, ale swobodny lot, jakby lina się urwała.

Horodyński najpierw zakwilił, a potem, gdy już wypadł spomiędzy chmur, skulił się instynktownie, nie chcąc widzieć, co go czeka. Kolejne szarpnięcie, ostre, po którym gondola zatańczyła dziko, nie jak jojo, lecz raczej jak kręcona przez znudzone dziecko zabawka. Tym razem Andrzej nie zdołał się powstrzymać, nadtrawione resztki zjedzonego trzy godziny wcześniej skromnego posiłku zapaskudziły panel oprzyrządowania i część bulajów.

Po wstrząsach zaczęło się kołysanie, także znacznie silniejsze od tego, którego doświadczył przedtem. Miał takie wrażenie, jakby posadzono go na gigantycznej… karuzeli? To nie były zwykłe wychylenia, w ich trakcie bowiem gondola zataczała nieregularne kręgi. Czuł to wyraźnie. Właśnie ten ruch wzmagał odruch wymiotny.

Horodyński otworzył oczy. Tak, błędnik go nie mylił. Gdy spojrzał w dół, spostrzegł, że miasto i znajdująca się w jego centrum czarna dziura są teraz nie – jak wcześniej – po prawej, lecz dokładnie na wprost. Pietropawłowsk wykonał zwrot na sterburtę. To oznaczało jedno. Rozpoczynała się decydująca faza nalotu. Nawet strach nie zdołał stłumić ciekawości rodzącej się w młodym kadecie. Andrzej obrzucił wzrokiem znajdującą się pod jego stopami panoramę. Przedmieścia Tokio płonęły. Jedna trzecia bastionów chroniących stolicę od strony zatoki legła w gruzach, ale baterie tych, które ocalały, wciąż zdolne były do zadawania podniebnemu wrogowi potwornych strat. Tysiąc luf wypluwało co ćwierć minuty taką ilość stali i dynamitu, że wystarczyłoby ich na stoczenie największej bitwy minionego stulecia.

Polak przyglądał się temu wszystkiemu z otępieniem, którego nie mógł zrozumieć. Odnosił przy tym wrażenie, że w jego głowie znajdują się obecnie dwie jaźnie: jedna bierna, przyglądająca się wszystkiemu z rezygnacją, i druga, aktywna, krzycząca, że trzeba coś robić, ratować życie. Trwał w takim zawieszeniu przez kolejne dziesięć salw – teraz czas płynął odmierzany ich rytmem – a potem…

To szarpnięcie było inne, lecz też znajome. Poczuł, że porusza się nie tylko na boki, ale i w górę. Zadarł głowę, niestety za szczytowym bulajem widział wyłącznie linę niewiele się różniącą kolorem od szarej skłębionej waty. Co nie oznaczało, że gondola nie sunie ku pancernikowi. Unosiła się równie wolno jak poprzednio, ale za to bez ustanku. Jeszcze chwila i Horodyńskiego znów otoczyły chmury, a moment później…

Nie wściekł się, nie wyklinał na wszystko i wszystkich, kiedy aerosfera zatrzymała się ponownie, zanim dotarła do celu. Taki jest właśnie los – drań, który daje i odbiera, szczególnie wtedy, gdy cieszysz się przedwcześnie. Krzywiąc się z odrazą, Andrzej spojrzał jeszcze raz w górę. Wszechobecna szarość, w której znikała lina, nie była już jednolita. Tu i ówdzie dostrzegał ciemniejsze plamy, jakby… Nagle, na moment tylko, opary ustąpiły, odsłaniając znajdujący się na wyciągnięcie ręki lejowaty wylot tunelu prowadzącego do przedziału obserwacyjnego.

Dolna krawędź ażurowej konstrukcji zaczynała się nie dalej niż dwa sążnie od miejsca, w którym linę rozdzielono na trzy cieńsze pasma. Mógłby dotrzeć do niej w mniej niż piętnaście sekund, gdyby tylko dobrze wyliczył moment. Mógłby, ale… czy zdoła się utrzymać, jeśli trafiony okręt wierzgnie jak wcześniej? Zadając sobie to pytanie, zwrócił uwagę na fakt, który umykał mu od dłuższej chwili. Ostrzał ustał. Nie, nie ustał, trwał, lecz Japończycy skoncentrowali teraz ogień na innej części formacji. Ława niszczycieli musiała wyjść już przed chmury, a wróg wolał atakować widoczne cele, zamiast posyłać pociski na ślepo.

Horodyński rozpiął uprząż, szybkim ruchem odryglował właz. Podciągnął się na szczyt gondoli, stanął na niej niepewnie, walcząc z porywami wiatru, po czym wszedł na obejmę, która zabezpieczała miejsce rozszczepienia liny, i zaczął się wspinać ku majaczącemu nad głową kadłubowi pancernika. Strach i nadzieja dodawały mu sił, ale że nie miał ich tyle, ile dorośli mężczyźni, palenie w płucach i ból w ramionach bardzo szybko zgasiły młodzieńczy zapał.

Zwisł na linie mniej więcej w połowie dystansu dzielącego aerosferę od leża. Każde uniesienie rąk sprawiało agonalny ból, ale musiał coś zrobić, nie mógł przecież wisieć tutaj, aż odpocznie. Pietropawłowsk za minutę albo dwie także opuści kryjówkę, a jego potężny kadłub z pewnością skupi na sobie uwagę większości artylerzystów.

Już pierwsze trafienie oznaczałoby pewną śmierć dla tego, kto bliski omdlenia wisi nad przepaścią.

Szczęście nie opuszczało jednak Andrzeja. Najwyraźniej wiceadmirał wydał rozkaz zmiany kursu, gdyż bezwładność towarzysząca temu manewrowi zakołysała gondolą. Nie na tyle mocno, by zrzucić trzymającego się kurczowo liny kadeta, ale wystarczająco, by mógł dosięgnąć kratownicy leja. Miał tylko jedną szansę i nie zmarnował jej. Zaciskając mocniej nogi, wyciągnął prawą rękę i wsunął ją aż po łokieć między polerowane rury. Złapał się tak mocno, że nawet szarpnięcie oddalającej się szybko liny nie posłało go w mglistą czeluść.

Nie czekał, przesunął się w bok, ledwie znalazł oparcie dla stopy – byle zejść z drogi rozchwianej gondoli. Lina po wykonaniu pełnego wahnięcia uderzyła z dźwięcznym klangiem o metal niespełna arszyn od wiszącego kadeta, który już nabierał tchu, by kontynuować wspinaczkę.

Zerkając nerwowo przez ramię, przesuwał się od czasu do czasu na boki, by nie zostać strąconym, lecz już pięć sążni wyżej przestał się obawiać. Zwisająca z wyciągarki lina, choć wciąż rozkołysana, już go nawet nie muskała. Podciągnął się na ostatni pierścień kratownicy, po czym zawisł na nim, dysząc ciężko. Jeszcze jeden zryw i opadł bezwładnie na śliski pokład.

– Ty… żyjesz?! – Chorąży wychylił się ze sterowni. – Mołodiec! A już myślałem, że i po tobie. – Wyszczerzył zęby, ale zaraz się skrzywił. Długa rana na okopconym policzku musiała nieludzko piec.

– Gdzie mój paraszut? – Horodyński rozejrzał się po przedziale.

Nie zamierzał przebywać w dennej części kadłuba dłużej, niż to konieczne. Zaraz zacznie się celniejszy ostrzał, a wtedy lepiej znaleźć się kilka pokładów wyżej.

– Diabli go wzięli, jak całą resztę. – Operator machnął ręką z rezygnacją.

Andrzej nie słuchał jego dalszych narzekań. Zasalutował, jak należało, po czym nie oglądając się nawet, pognał w kierunku włazu i znajdującej się za nim zejściówki. Droga powrotna zajęła mu więcej czasu, mimo że nie musiał przystawać co piętnaście sekund, by nie dać się zmieść kolejnej salwie. Był potwornie znużony, pot zalewał mu oczy, a umęczone płuca pozwijały się w trąbki – takie przynajmniej odnosił wrażenie przy każdym głębszym oddechu. Zdołał jednak dotrzeć na główny pokład, a potem wyżej, do miejsca, w którym leżał Fiedotow.

Tam musiał przystanąć – nie tylko po to, by odsapnąć. Nieżyjący kadet miał przy sobie pełne wyposażenie, w tym nienaruszony tornister z paraszutem. Marynarze z pobliskiego stanowiska obrony przyglądali mu się z odrazą, kiedy przewracał martwego chłopaka. Myśleli pewnie, że jest jednym z tych, którzy okradają zwłoki poległych, ale odwrócili wzrok, gdy zobaczyli, że zostawia kieszenie martwego kolegi w spokoju, zadowalając się brakującym sprzętem.

* Miary rosyjskie wyjaśniono w dodatku na końcu książki (odsyłacze zapisane cyframi arabskimi kierują do właściwej grupy miar: długości, powierzchni, masy, objętości) – przyp. red.

MIARY ROSYJSKIE

[1] Rosyjskie miary długości:

Rosyjskie miary powierzchni:

Rosyjskie miary masy:

Rosyjskie miary objętości:

Zgasić Słońce. Szpony Smoka

Copyright © by Robert J. Szmidt 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2020

Redakcja – Urszula Gardner

Korekta – Bożena Sęk

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Rysunek na okładce – Piotr Sokołowski

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2020

ISBN EPUB: 978-83-8129-592-5 ISBN MOBI: 978-83-8129-591-8

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie książki Zgasić Słońce:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Próchno, Gabriela Matlak, Aldona Liszka, Szymon Gagatek, Tomasz Czernich

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Karolina Żak

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Łukasz Szreniawa, Marta Tabiś

Administracja i finanse: Klaudia Sater, Monika Płuska, Honorata Nicpoń, Ewa Koza

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
CZĘŚĆ PIERWSZA. Nalot
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
CZĘŚĆ DRUGA. Niewola
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
CZĘŚĆ TRZECIA. Szpieg
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Miary rosyjskie
Strona redakcyjna