Zasady magii - Alice Hoffman - ebook

40 osób właśnie czyta

Opis

Wszystko zaczęło się w 1620 roku, kiedy Maria Owens została oskarżona o czary – ukarano ją za to, że pokochała niewłaściwego mężczyznę.

Kilkaset lat później w Nowym Jorku lat 60., w świecie, który zmienia się z dnia na dzień, Susanna Owens wie, że trójka jej dzieci jest niebezpiecznie wyjątkowa.

Trudna Franny, o skórze białej jak mleko i krwistoczerwonych włosach, nieśmiała i piękna Jet, która potrafi czytać w myślach, i charyzmatyczny Vincent, który odkąd nauczył się chodzić, pakuje się w tarapaty.

Od samego początku Susanna wyznaczyła swoim dzieciom sztywne granice: żadnych wędrówek w świetle księżyca, czarnych strojów, kotów, kruków, świec ani podręczników czarnej magii. A przede wszystkim: żadnych ognistych romansów!

Odwiedziny u ciotki Isabelle w Massachusetts otworzą dzieciom oczy na przeszłość ich rodziny. Na jaw wyjdą skrywane tajemnice i prawda o tym, kim naprawdę są. Po powrocie do Nowego Jorku każde z nich wejdzie na nową drogę i na swój sposób spróbuje uciec od rodzinnej klątwy. Czego by jednak nie robili młodzi Owensowie, nie mogą uniknąć miłosnych rozczarowań i uczuciowych zawodów.

Dwie piękne siostry wyrosną na budzące lęk i podziw ciotki z „Totalnej magii”, a Vincent, ich ukochany brat, zostawi po sobie nieoczekiwane dziedzictwo…

Bestseller „New York Timesa”

Wybór Klubu Czytelniczego Reese Witherspoon!

Książka polecana przez: „Publishers Weekly”, „New York Post”, „Popsugar”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 427

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Czarny pieprz na bolące mięśnie, złocień na migreny, werbena, żeby złagodzić ból nieodwzajemnionej miłości…

Franny, Jet i Vincent należą do starodawnego rodu czarownic. Każde z nich otrzymało w dziedzictwie specjalne talenty, które budzą się w nich, kiedy wkraczają w dorosłość. Muszą je w sobie odnaleźć i poznać. Ale w niechcianym darze otrzymali coś jeszcze – klątwę, która od wieków odnajduje każdego członka rodziny Owensów i skazuje go na stratę ukochanej osoby.

Dlatego ich matka odcięła się od swoich korzeni, wyszła za zwykłego mężczyznę, wiodła zwyczajne życie i do tego samego chciała zmusić dzieci, z nadzieją, że klątwa ich nie odnajdzie. Lecz pewnego dnia do trójki rodzeństwa przyszło zaproszenie do domku przy ulicy Magnolii, na zapleczu którego piętrzą się słoje pełne mikstur uwarzonych przez ich ciotkę…

Ta podróż będzie początkiem ich prawdziwego życia, początkiem poszukiwania prawdy o sobie i drogi wiodącej do odkrycia, jak przechytrzyć klątwę ciążącą na ich rodzinie od trzystu lat…

Będą musieli nauczyć się pewnych zasad magii:

Nie pij mleka po burzy z piorunami, bo na pewno będzie skwaśniałe.

Zawsze rozsypuj ziarno dla ptaków, kiedy spadnie pierwszy śnieg.

Pij herbatę z lawendą, kiedy nie możesz zasnąć.

Pamiętaj, że jedynym lekarstwem na miłość jest kochać bardziej…

ALICE HOFFMAN

Jedna z najważniejszych – i najbardziej lubianych – pisarek w Stanach Zjednoczonych. Ukończyła studia z kreatywnego pisania na Uniwersytecie Stanforda i od tamtej pory wydała prawie trzydzieści książek dla dorosłych, trzy zbiory opowiadań i osiem książek dla młodzieży. Jej powieść Here on Earth została wyróżniona przez Klub Książkowy Oprah Winfrey, a książki Akwamaryna i Totalna magia zostały sfilmowane – w tej pierwszej zagrała nastoletnia Emma Roberts, a w Totalnej magii w główne role wcieliły się Nicole Kidman i Sandra Bullock. Wszystkie powieści Hoffman lądują na wysokich miejscach listy bestsellerów „New York Timesa” i są tłumaczone na ponad dwadzieścia języków!

alicehoffman.com

Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

ZASADY MAGII

Wkrótce

TOTALNA MAGIA

Tytuł oryginału:

THE RULES OF MAGIC

Copyright © Alice Hoffman 2017

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Danuta Górska 2019

Redakcja: Piotr Królak

Zdjęcie na okładce: © ALBUM/EAST NEWS

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Lauren Peters-Collaer

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-809-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Nie ma innego lekarstwa na miłość niż kochać bardziej.

Henry David Thoreau

Część pierwszaINTUICJA

Dawno, dawno temu, zanim cały świat się zmienił, można było uciec z domu, ukryć swoją tożsamość i stać się częścią kulturalnego społeczeństwa. Dzieci tej matki właśnie tak zrobiły. Susanna pochodziła z bostońskich Owensów, rodziny tak starej, że Stowarzyszenie Potomków Mayflower oraz Córy Rewolucji Amerykańskiej nie mogły odmówić im wstępu do tych ekskluzywnych organizacji, chociaż wolałyby zamknąć im drzwi przed nosem i dwukrotnie przekręcić klucz. Ich pierwsza przodkini, Maria Owens, która przybyła do Ameryki w 1680 roku, pozostawała tajemnicą nawet dla własnej rodziny. Nikt nie wiedział, kto był ojcem jej dziecka, ani nie pojmował, jakim cudem zbudowała tak piękny dom, chociaż była samotną kobietą bez żadnych widocznych środków utrzymania. Rodowód potomków Marii był równie niejasny. Mężowie znikali bez śladu. Córki płodziły córki. Dzieci uciekały i nigdy nie wracały.

W każdym pokoleniu byli tacy, którzy uciekali z Massachusetts, i Susanna Owens też tak zrobiła. Jako młoda kobieta wyjechała do Paryża, potem wyszła za mąż i osiadła w Nowym Jorku. Ukrywała przed dziećmi prawdę o ich dziedzictwie dla ich własnego dobra, co wzbudziło w nich dręczące podejrzenia na temat tego, kim są naprawdę. Od początku nie ulegało wątpliwości, że różnią się od innych dzieci, toteż Susanna czuła, że musi wprowadzić pewne zasady. Żadnych spacerów przy księżycu, żadnego wywoływania duchów, żadnych świec, żadnych czerwonych butów, żadnych czarnych ubrań, żadnego chodzenia boso, żadnych amuletów, żadnych nocnych kwiatów, żadnego czytania książek o czarach, żadnych kotów, żadnych kruków i żadnego zapuszczania się poza Czternastą Ulicę. Jednak chociaż ze wszystkich sił starała się wprowadzić te zasady, dzieci wciąż psuły jej szyki. Upierały się, że będą niezwykłe. Najstarsza, Frances, o skórze białej jak mleko i włosach czerwonych jak krew, tak wcześnie posiadła zdolność komunikowania się z ptakami, że zlatywały się licznie do jej okna jakby na wezwanie, kiedy jeszcze leżała w kołysce. Potem szła Bridget, nazywana Jet z powodu czarnych jak dżety włosów, dziewczyna równie piękna co nieśmiała, która, jak się zdawało, potrafiła czytać ludziom w myślach. Ostatni był Vincent, rozpieszczane najmłodsze dziecko, niespodzianka pod każdym względem, pierwszy i jedyny chłopiec urodzony w tej rodzinie, utalentowany muzyk, który gwizdał, zanim nauczył się mówić, tak charyzmatyczny i nieustraszony, że kiedy zaczął chodzić, matka musiała go trzymać na smyczy w obawie, żeby nie uciekł.

Dzieci szybko dorastały pod koniec lat pięćdziesiątych i z czasem ich zachowanie stawało się coraz dziwniejsze. Nie chciały się bawić w żadne gry i nie interesowały się innymi dziećmi w parku. Wykradały się przez okna obskurnego rodzinnego domu na Osiemdziesiątej Dziewiątej Ulicy na Upper East Side, kiedy rodzice poszli spać, łaziły po dachu, zbiegały po schodach pożarowych i spacerowały po Central Parku o najdziwniejszych porach. Pisały czarnym atramentem na ścianach salonu, czytały sobie nawzajem w myślach i chowały się w zmywalni w suterenie, gdzie matka nigdy nie mogła ich znaleźć. Łamały jedną zasadę po drugiej, jakby uznały to za swój obowiązek. Franny ubierała się na czarno i hodowała na parapecie okna jaśmin kwitnący nocą, Jet przeczytała wszystkie książki Edith Nesbit i dokarmiała bezdomne koty w alejce, a Vincent zaczął odwiedzać podejrzane dzielnice, zanim skończył dziesięć lat.

Wszyscy troje mieli szare oczy, z których słynęła rodzina, jednak siostry stanowiły przeciwieństwa pod każdym względem. Frances była podejrzliwa i obrażalska, natomiast Jet – łagodna i tak wrażliwa, że krytyczna uwaga mogła wywołać u niej wysypkę. Jet ubierała się modnie, idąc w ślady eleganckiej matki, a Frances zwykle wyglądała niechlujnie i nie dbała o fryzurę. Najszczęśliwsza była podczas wędrówek w zabłoconych butach po parku i po Sheep Meadow. Miała dar, który pozwalał jej przywoływać dzikie ptaki zwykłym podniesieniem ręki. Z daleka, kiedy biegła tak szybko, że niemal frunęła, zdawała się mówić ich językiem i należeć do ich świata bardziej niż do własnego.

Co do Vincenta, promieniował tak nieziemskim urokiem, że zaledwie parę godzin po jego urodzeniu pielęgniarka na oddziale położniczym szpitala Columbia-Presbyterian zawinęła go w swój płaszcz i próbowała porwać. Na procesie zeznała przed sądem, że to nie była jej wina. Rzucił na nią czar i nie mogła mu się oprzeć. Z biegiem czasu takie skargi się powtarzały. Vincent był zepsuty do szpiku kości; Jet traktowała go jak ulubioną lalkę, a Frances jak eksperyment naukowy. Jeśli go uszczypnę, zastanawiała się, czy się rozpłacze? Jeśli dam mu paczkę ciastek, czy zje wszystkie i pochoruje się? Tak, okazywało się, i znowu tak. Kiedy Vincent był niegrzeczny, co często się zdarzało, Frances wymyślała historyjki o karach dla małych chłopców, którzy nie słuchali starszych, chociaż te ostrzeżenia go nie powstrzymywały. Mimo to zawsze go chroniła, nawet wtedy, kiedy był od niej znacznie wyższy.

Cała trójka dzieci gardziła szkołą, do której chodziły, chociaż Susanna Owens ciężko pracowała, żeby je zaakceptowano, wydając przyjęcia dla zarządu szkoły Starling. Wprawdzie ich dom rodzinny był w opłakanym stanie z powodu braku funduszy – ojciec, psychiatra, uparcie przyjmował wielu pacjentów za darmo – jednak zawsze robił wrażenie. Susanna dekorowała salon na szkolne zebrania srebrnymi tacami i jedwabnymi poduszkami, kupionymi na tę okazję i zwracanymi do Tiffany’ego i Bendela zaraz następnego dnia. Szkoła Starling była snobistyczną, klanową instytucją ze strażnikiem stojącym przed frontowymi drzwiami na Siedemdziesiątej Ósmej Ulicy. Wszyscy uczniowie musieli nosić mundurki, chociaż Franny regularnie podkasywała szarą spódnicę i opuszczała drapiące podkolanówki, pokazując gołe piegowate nogi. Jej rude włosy zwijały się od wilgoci, a skóra wystawiona na słońce dłużej niż przez piętnaście minut piekła i czerwieniała. Franny wyróżniała się w tłumie, co ją nieskończenie irytowało. Była wysoka i ciągle rosła, aż wreszcie w piątej klasie osiągnęła znienawidzone metr osiemdziesiąt. Zawsze miała wyjątkowo długie, niezdarne ręce i nogi. Z tego powodu etap dziecięcej nieporadności trwał u niej dziesięć lat – odkąd była ponurym przedszkolakiem, wyższym od większości chłopców, aż do ukończenia piętnastego roku życia. Często nosiła czerwone buty, kupione w sklepie z używaną odzieżą. „Dziwna dziewczyna”, zapisano w jej aktach. „Może potrzebna jest ocena psychologiczna?”

Siostry były w szkole outsiderkami, a Jet stanowiła szczególnie łatwy cel. Koleżanki z klasy mogły doprowadzić ją do płaczu złośliwym liścikiem albo celnym szturchańcem. Kiedy Jet zaczęła chować się po całych dniach w toalecie dla dziewczynek, Franny szybko zainterweniowała. Wkrótce uczniowie się przekonali, że lepiej nie drażnić sióstr Owens, jeśli nie chcesz się potknąć o własne buty albo jąkać się i zacinać, kiedy cię wezwą do odpowiedzi. Siostry miały w sobie coś groźnego, nawet kiedy tylko jadły kanapki z pomidorem w stołówce albo szukały książek w bibliotece. Nie narażaj im się, bo złapiesz grypę albo odrę. Nie wchodź im w drogę, bo wylądujesz w gabinecie dyrektora, oskarżony o ściąganie czy wagarowanie. Naprawdę lepiej zostawić siostry Owens w spokoju.

Jedynym przyjacielem Franny był Haylin Walker, wyższy od niej o siedem centymetrów i równie nietowarzyski. Od chwili narodzin był skazany na to, żeby zostać uczniem Starling. Jego dziadkowie sponsorowali salę gimnastyczną, Walker Hall, przezwaną Hell Hall1 przez Franny, która nie cierpiała sportu. W szóstej klasie Hay w ramach protestu przykuł się łańcuchem do stojaka z deserami w stołówce, żeby zażądać podwyżki płac dla pracowników szkolnej kawiarenki. Franny podziwiała jego bojowego ducha, chociaż inni uczniowie tylko wytrzeszczali oczy i nie chcieli się przyłączyć, gdy zaczął skandować: „Równość dla wszystkich!”.

Kiedy woźny wśród przeprosin przeciął łańcuch piłką do metalu, Haylin dostał porządną burę od dyrektora i kazano mu napisać wypracowanie o prawach pracowników, co uznał raczej za przywilej niż karę. Miał napisać dziesięć stron, a tymczasem oddał prawie pięćdziesiąt, z przypisami, jak należy, z cytatami z Thomasa Paine’a i Franklina Delano Roosevelta. Nie mógł się doczekać następnej dekady. W latach sześćdziesiątych wszystko się zmieni, powiedział do Franny. I jeśli im się poszczęści, będą wtedy wolni.

Haylin pogardzał swoim bogactwem i uprzywilejowaną pozycją społeczną. Nosił podarte, zniszczone ubrania i buty tak stare, że miały dziury w podeszwach. Chciał tylko mieć psa i chodzić do publicznej szkoły. Rodzice odmówili mu jednego i drugiego. Jego ojciec był największym udziałowcem międzynarodowego banku istniejącego na Manhattanie od 1824 roku, i Hay okropnie się tego wstydził. W szkole średniej zastanawiał się, czy nie zmienić oficjalnie nazwiska na Smith czy Jones, żeby nikt go nie kojarzył z jego rodziną i ich niechlubną chciwością. Ufał Franny między innymi dlatego, że bogactwo nie robiło na niej żadnego wrażenia. Nie obchodziło jej, że mieszkał w penthousie na Piątej Alei ani że jego ojciec miał kamerdynera, który studiował w Oksfordzie, nosił żakiet i wyglansowane buty.

– Ale zawracanie głowy – komentowała zawsze Franny.

Co więcej, dzielili pasję do nauki. Obecnie Haylin badał wpływ cannabis na spożycie kalorii. Póki co przybyło mu dwa i pół kilo w niecały miesiąc, ponieważ uzależnił się nie od marihuany, tylko od pączków z galaretką. Wydawał się wyluzowany, chyba że mówił o biologii albo niesprawiedliwości, albo swoim przywiązaniu do Franny. Łaził za nią i nawet się nie przejmował, że robi z siebie głupka. Kiedy byli razem, miał w oku intensywny błysk, który Franny uważała za niepokojący. Jakby gdzieś tam krył się drugi on, sekretna tożsamość napędzana emocjami, z którymi żadne z nich nie było jeszcze gotowe się zmierzyć.

– Powiedz mi wszystko o sobie – prosił ją często Haylin.

– Przecież już mnie znasz – odpowiadała Franny.

Znał ją najlepiej ze wszystkich. Czasami obawiała się, że nawet lepiej, niż sama siebie znała.

W przeciwieństwie do Franny i Jet ich brat z łatwością prześlizgiwał się przez szkołę. Wziął lekcje gry na gitarze i w mig prześcignął nauczyciela, i wkrótce grupka zadurzonych dziewczyn chodziła za nim po szkolnych korytarzach. Wcześnie zaczął się interesować magią. Wyciągał ćwierćdolarówki z uszu szkolnych kolegów i dmuchnięciem zapalał zapałki. Z czasem jego talenty rozkwitły. Jednym spojrzeniem potrafił sprawić, że w domu Owensów wysiadała elektryczność: światła migotały, a potem całkowicie gasły. Drzwi zamknięte na klucz otwierały się, chociaż nawet ich nie dotykał, okna uchylały się i zamykały, kiedy stał w pobliżu. Franny pytała go, jak dokonał tego wszystkiego, ale on nie chciał wyjawiać swoich metod.

– Zgadnij – odpowiadał z uśmiechem.

Vincent powiesił na drzwiach swojego pokoju napis: WCHODZISZ NA WŁASNE RYZYKO, ale Franny i tak weszła, żeby zrobić rewizję. W szafie i w szufladach biurka nie znalazła nic ciekawego, ale kiedy sięgnęła w zasnute pajęczynami miejsce pod łóżkiem, natrafiła na okultystyczny podręcznik zatytułowany Mag. Franny znała historię tej książki, ponieważ matka umieściła ją na swojej liście prohibitów. Książka zdobyła taką popularność, kiedy się ukazała w 1801 roku, że nie nadążano z drukowaniem. Ludzie dopuszczali się rabunków, żeby ją zdobyć, a wielu fanatyków trzymało ją schowaną pod podłogą. Porządnie zaczytany egzemplarz Vincenta nadal posiadał moc. Pachniał siarką i jak tylko Franny go zobaczyła, dostała ataku kichania. Przypuszczała, że ma na niego alergię.

Mag był taki gorący w dotyku, że sparzyła sobie palce o obwolutę, kiedy wyciągała go z kryjówki. Czegoś takiego nie kupuje się pod wpływem chwili. Trzeba wiedzieć, czego się szuka, i trzeba odwagi, żeby się tym posługiwać.

Franny cisnęła tom na kuchenny stół, kiedy Vincent jadł lunch. Sałatka ziemniaczana i surówka z kapusty rozbryzgnęły się po blacie. Książka jęknęła, kiedy uderzyła o stół. Grzbiet miała czarno-złoty, spękany ze starości.

– Skąd to się wzięło? – zapytała Franny.

Vincent popatrzył na nią i nawet powieka mu nie drgnęła.

– Z kiosku z używanymi książkami obok parku.

– Nieprawda – oświadczyła stanowczo Franny. – Nigdy w życiu nie zajrzałeś do kiosku!

Mógł zamydlić oczy innym, nawet Jet mogła się nabrać na jego czar, ale Franny miała instynkt do takich rzeczy. Prawda była lekka i zielona niczym liść, ale kłamstwo opadało na podłogę, ciężkie jak metal, substancja, której zawsze unikała, bo przy niej czuła się jak uwięziona za kratami. Jednak Vincent był najbardziej czarującym z kłamców i Franny poczuła przypływ miłości do brata, kiedy wzruszył ramionami i powiedział prawdę.

– Masz rację. Nie można jej sprzedawać w kioskach – przyznał. – Wciąż jest nielegalna.

Wszystkie egzemplarze, które odnaleziono na przełomie stuleci, zostały publicznie spalone na placu Waszyngtona; istniało też mało znane prawo, zakazujące trzymania tych książek w bibliotekach miasta Nowy Jork oraz sprzedawania w księgarniach. Przy upadku na stół książka się otworzyła i Franny dostrzegła obrazki czarownic prowadzonych na szubienicę. Pod ilustracją widniała data: 1693. Przeszył ją dreszcz rozpoznania. Niedawno pisała na historię wypracowanie o procesach w Salem i stąd wiedziała, że właśnie w tym roku wiele osób, którym postawiono zarzuty, uciekło z Nowej Anglii w poszukiwaniu bardziej tolerancyjnego miejsca. Miejscem tym okazał się Manhattan. Podczas gdy w Nowej Anglii szalała nagonka na czarownice, podsycana przez politykę, chciwość i religię, zainicjowana przez Cottona Mathera i niesławnego okrutnego sędziego Johna Hathorne’a, w Nowym Jorku odbyły się tylko dwa procesy czarownic, w 1658 roku i ponownie w 1665, jeden w Queens, drugi na Long Island, wówczas zwanej Yorkshire, w miasteczku Setauket; oba dotyczyły obywateli mających powiązania z Bostonem. W Nowym Jorku, jak odkryła Franny, człowiek mógł być wolny.

– Po co ci ta książka? – Franny miała sadzę na czubkach palców i coś ją dziwnie ściskało w żołądku.

Oczywiście to w stylu Vincenta interesować się okultyzmem zamiast czymś zwyczajnym, jak piłka nożna albo lekkoatletyka. Regularnie zawieszano go w prawach ucznia za psoty – spadające wiadra z wodą, wybuchające puszki z gazem pieprzowym. Swoim zachowaniem przysparzał wiele wstydu ojcu, który niedawno wydał książkę pod tytułem Obcy w domu, analizę zaburzeń u nastolatków, dedykowaną własnym dzieciom, z których żadne nie zamierzało jej przeczytać, chociaż stała się czymś w rodzaju bestsellera.

Franny domyślała się, skąd pochodził Mag. Z miejsca na liście matki, gdzie nigdy nie wolno im było chodzić. Z gorszej dzielnicy. Krążyły plotki, że można tam znaleźć to, co było zakazane w innych częściach Manhattanu. Zwierzęce serca, ludzką krew, zaklęcia, które mogły się okazać zabójcze. Matka nie pozwalała im jeździć do Greenwich Village głównie dlatego, że postrzegano je jako siedzibę bohemy, narkomanów, homoseksualistów i wyznawców czarnej magii. Jednak Vincent jakoś tam dotarł.

– Wierz mi, nie ma się czym martwić – mruknął i szybko zabrał Maga. – Naprawdę, Franny, to tylko nędzna książka.

– Bądź ostrożny – napomniała go siostra.

Możliwe, że mówiła również do siebie, ponieważ często niepokoiły ją własne zdolności. Nie chodziło tylko o to, że przyciągała ptaki ani że roztapiała sople dotknięciem ręki. Obie te reakcje dało się naukowo wytłumaczyć. Zachowywała się spokojnie i nie okazywała strachu, kiedy ptaki trzepotały skrzydłami wokół niej, i miała wyższą od przeciętnej temperaturę ciała, zatem logiczne było, że lód się roztapiał. Ale pewnej nocy, stojąc na schodach pożarowych przed swoją sypialnią, tak mocno myślała o lataniu, że na chwilę jej stopy się uniosły i zawisła w powietrzu. A to, jak wiedziała, było empirycznie niemożliwe.

– Tak naprawdę nie wiemy, z czym mamy do czynienia – mruknęła do brata.

– Ale to coś istnieje, prawda? – odpowiedział Vincent. – Coś w nas. Wiem, że matka chce, byśmy udawali, że nie różnimy się od innych, ale my wiemy, że tak nie jest.

Oboje zastanowili się nad tym. Dziewczynki miały pewne zdolności, podobnie jak Vincent. Na przykład mógł widzieć niewyraźne fragmenty przyszłości. Wiedział, że Franny znajdzie dzisiaj Maga i że odbędą tę rozmowę. Nawet zapisał to sobie na ręce niebieskim atramentem. Podniósł teraz ramię, żeby jej pokazać. „Franny znajdzie książkę”.

– Zbieg okoliczności – szybko odparła. Nie było innego uzasadnionego powodu.

– Na pewno? Kto udowodni, że to nie coś więcej? – Vincent zniżył głos. – Spróbujmy się dowiedzieć.

Siedzieli obok siebie, przysunąwszy blisko kuchenne krzesła, niepewni tego, co rozkwitało w ich wnętrzu. Kiedy się skoncentrowali, stół uniósł się i zawisł parę centymetrów nad podłogą. Franny była tak zaskoczona, że uderzyła w blat obiema rękami, żeby powstrzymać wznoszenie. Stół natychmiast z trzaskiem opadł na podłogę.

– Zaczekajmy – zaproponowała, zarumieniona od żaru tej dziwnej chwili.

– Po co czekać? Im szybciej się dowiemy, co to jest, tym lepiej. Chcemy nad tym panować, a nie żeby to panowało nad nami.

– Nie ma żadnego „tego” – upierała się Franny, logiczna jak zawsze, dobrze wiedząc, że brat mówi o magii. – Istnieje racjonalne wytłumaczenie każdej akcji i reakcji.

Po incydencie w kuchni stół już zawsze był przechylony, talerze i szklanki ciągle się z niego ześlizgiwały, jakby chciały im przypomnieć, że kimkolwiek są, czegokolwiek dokonają, Vincent miał rację. Nie byli tacy jak inni.

*

Żaden z tych eksperymentów nie ucieszyłby doktora Burke-Owensa i jego żony, gdyby wiedzieli o takich zabawach. Byli to poważni, eleganccy ludzie, którzy spędzali wieczory w klubie Yale, sącząc drinki Tom Collins albo whiskey sour, ponieważ po zrobieniu licencjatu na Harvardzie doktor uczęszczał do szkoły medycznej w New Haven – mieście, którego ich matka miała nadzieję nigdy więcej nie odwiedzić, jak sama się przyznała. Oboje nieustannie wypatrywali oznak dziedzicznych zaburzeń u swojego potomstwa i jak dotąd nie byli zbyt dobrej myśli. W swoich pracach doktor Burke-Owens proponował teorię osobowości stawiającą naturę ponad wychowaniem; twierdził, że nie da się zmienić podstawowych cech osobowości dziecka. Utrzymywał, że nie tylko mózg jest skonfigurowany na stałe, ale również dusza. Nie można się uwolnić od genetycznego dziedzictwa, nawet pomimo zdrowego środowiska, a to nie wróżyło dobrze dla Frances, Bridget i Vincenta.

Na szczęście dla nich ojciec był zajęty swoimi pacjentami, którzy ukradkiem wślizgiwali się przez oddzielne drzwi i schodzili do gabinetu w suterenie domu Owensów. Podczas seansów terapeutycznych Vincent często przemykał na dół do szatni i przetrząsał kieszenie pacjentów, szukając gotówki, miętówek i valium. Potem cała trójka dzieci leżała na kuchennej podłodze, odprężona po zażyciu małych żółtych pigułek, ssąc miętowe cukierki Brach’s Ice Blue i słuchając płaczliwych wyznań, które docierały przez szyb wentylacyjny. Dzięki tym sesjom podsłuchiwania poznały depresje, obsesje, manie, seksualne żądze i syndrom przeniesienia dużo wcześniej, niż większość dzieci w ich wieku w ogóle wiedziała, kto to jest psychiatra.

*

Co roku z Massachusetts przysyłano pudełko czarnego mydła o zapachu lawendy, zapakowanego w szeleszczący celofan. Susanna nie chciała zdradzić, kto je przysyłał, jednak sumiennie się nim myła. Zapewne dlatego miała tak promienną, kremową cerę. Franny odkryła właściwości mydła, kiedy zwędziła jedną kostkę podczas świąt. Wypróbowała je razem z Jet. Mydło sprawiło, że ich skóra jaśniała, ale również tak je ogłupiło, że nie mogły się powstrzymać od śmiechu. Napełniły pianą umywalkę i chlapały na siebie wodą, i wkrótce były przemoczone do suchej nitki. Kiedy matka je nakryła, jak rzucały w siebie nawzajem śliską kostką niczym gorącym ziemniakiem, natychmiast zabrała mydło.

– To nie jest dla dzieci – oświadczyła, chociaż Franny miała prawie siedemnaście lat, a Jet latem kończyła szesnaście.

Z pewnością matka coś przed nimi ukrywała pod warstwami tuszu do rzęs. Nigdy nie wspominała o swojej rodzinie, a dzieci nie poznały żadnych krewnych. W miarę dorastania narastała również ich podejrzliwość. Susanna Owens mówiła zagadkami i nigdy nie udzieliła jasnej odpowiedzi. „Nie krzyżujcie noży”, nakazywała, kiedy przy stole wybuchła kłótnia. Masło roztapiające się w maselniczce oznaczało, że ktoś w pobliżu jest zakochany, a ptak w domu mógł wynieść twojego pecha przez okno. Nalegała, żeby dzieci ubierały się na niebiesko dla ochrony i nosiły w kieszeniach pęczki lawendy, chociaż Franny zawsze je wyrzucała, jak tylko zeszła matce z oczu.

Zastanawiały się, czy ich matka nie jest szpiegiem. Rosja była wrogiem i uczniowie Starling często musieli chować się pod ławki i zakrywać głowy rękami w ramach ćwiczeń na wypadek bombardowania. Szpiedzy nie mieli krewnych ani wiarygodnej przeszłości, całkiem jak matka, i udzielali wymijających odpowiedzi, też jak ona. Zatajali własną przeszłość, żeby chronić swoje prawdziwe pochodzenie i zamiary – a Susanna nigdy nie opowiadała o studiach, nie zdradziła, gdzie dorastała, a o rodzicach wyjawiła tylko tyle, że zmarli młodo podczas rejsu. Dzieci Owensów znały zaledwie parę skąpych faktów: Susanna dorastała w Bostonie i była modelką w Paryżu, zanim ustatkowała się z ojcem dzieci, który był sierotą bez własnej rodziny. Matka zawsze była niezwykle szykowna, nosiła czarno-złote okulary przeciwsłoneczne nawet w pochmurne dni i wytworne designerskie stroje z Paryża, i zawsze używała perfum Chanel No. 5, toteż każdy pokój, w którym przebywała, pięknie pachniał.

– A potem wy się zjawiliście – mówiła wesoło, chociaż każdy widział, że dzieci były dla niej ciężarem. To oczywiste, że nie nadawała się na kurę domową. Okropnie gotowała i nie radziła sobie z domowymi obowiązkami. Pralka sprawiała jej mnóstwo kłopotów i często przeciekała. Kuchenka ciągle się psuła, a wszystkie potrawy wychodziły niedopieczone albo niedogotowane. Nawet makaron z serem stanowił ciężką próbę. Raz na tydzień przychodziła pomoc domowa, żeby odkurzyć i zetrzeć podłogi, ale Susanna ją zwolniła, kiedy przyłapała kobietę na pokazywaniu dzieciom, jak używać tablicy Ouija, która została skonfiskowana i spalona w kominku.

– Znacie zasady! – krzyczała Susanna. – Nie wzywajcie ciemności, kiedy nie jesteście przygotowani na konsekwencje.

Wyglądała na rozwścieczoną, gdy wpychała pogrzebaczem tablicę w płomienie.

Jej obsesja na punkcie zasad tylko podsycała ciekawość dzieci. Dlaczego matka zaciągała zasłony w Święto Pracy i musieli siedzieć po ciemku? Dlaczego nosiła okulary przeciwsłoneczne w księżycowe noce? Dlaczego wpadała w panikę, kiedy kończyła im się sól, i szybko biegła po nią do sklepu? Szukali wskazówek co do swojego pochodzenia, ale w domu było niewiele pamiątek, chociaż pewnego dnia Franny odkryła na najwyższej półce szafy w korytarzu stary album z fotografiami, zawinięty w muślin. Były tam wyblakłe fotografie kobiet w bujnym, zarośniętym ogrodzie, grupa dziewcząt w długich spódnicach uśmiechających się do aparatu, czarny kot na ganku, matka jako młoda dziewczyna stojąca przed katedrą Notre Dame. Kiedy Susanna zastała Franny zwiniętą na sofie w salonie i przeglądającą album, natychmiast go zabrała.

– To dla twojego dobra – powiedziała czule. – Ja tylko chcę dla ciebie normalnego życia.

– Mamo… – Franny westchnęła. – Dlaczego uważasz, że ja też tego chcę?

*

Co ma być, to będzie, czy tego chcesz, czy nie. Pewnego czerwcowego poranka ich życie zmieniło się na zawsze. Był rok 1960 i pojawiło się przeczucie, że wszystko może się zdarzyć, nagle i bez ostrzeżenia. Koniec roku szkolnego przyjęto z ulgą, ale w domu wszyscy się dusili. Nowy Jork przypominał kocioł pełen wilgoci i brudu. Temperatura dochodziła już do trzydziestu stopni i rodzeństwo umierało z nudów, kiedy przyszedł list. Koperta zdawała się pulsować, jakby w środku biło serce. Nie miała znaczka, jednak urząd pocztowy uznał za stosowne wsunąć ją przez szparę na listy we frontowych drzwiach.

Susanna tylko raz spojrzała i powiedziała:

– To od mojej ciotki Isabelle.

– Mamy ciotkę? – zdziwiła się Franny.

– Dobry Boże, tylko nie ona – jęknął doktor Burke-Owens. – Nie otwieraj tego listu.

Ale Susanna wsunęła już paznokieć pod klapę koperty. Miała dziwną minę, jakby otwierała długo zamknięte drzwi.

– To zaproszenie dla Franny. Wszyscy je dostają, kiedy kończą siedemnaście lat. Taka tradycja.

– Więc powinnam jechać – szybko powiedziała Franny. Cokolwiek, byle się uwolnić od matczynych zasad.

– Jeśli pojedziesz, nic już nie będzie takie samo – ostrzegła matka.

– Wątpię.

Franny sięgnęła po kopertę. Przede wszystkim była odważna i zawsze pchała się tam, gdzie nikt inny nie śmiał stąpnąć. A list był adresowany do niej, nie do jej matki.

– Należy za wszelką cenę unikać Massachusetts – wtrącił ojciec. – Kontakt z kimkolwiek z rodziny ożywi cechy, które obecnie są uśpione.

Franny zignorowała ojca, skupiona na staroświeckim odręcznym piśmie, które przypominało ślady ptasich łapek.

Możesz wyjechać z domu dziś po południu i zdążyć na kolację.

– A ty pojechałaś, jak miałaś siedemnaście lat? – zapytała matkę Franny.

Susanna zamrugała wielkimi szarymi oczami. Pod spojrzeniem Franny nie mogła kłamać.

– Pojechałam – przyznała. – Potem wyjechałam do Paryża i na tym koniec. Ale ty… – Pokręciła głową. – Nie wiem, czy mogę cię puścić samą. I tak jesteś nieposłuszna.

– Wcale nie jestem! – sprzeciwiła się Franny z typową dla siebie przekorą.

Vincent nadepnął jej na nogę, żeby ją uciszyć. Rozpaczliwie pragnął przygody.

– Pojedziemy z nią – oświadczył.

– Będziemy jej pilnować – dodała Jet.

Podjęli decyzję. Postanowili uciec na lato. Podczas gdy rodzice się kłócili, Franny, Jet i Vincent poszli się pakować. Pokrzykiwali do siebie, żeby nie zapomnieć sandałów i kostiumów kąpielowych, podekscytowani, że wreszcie poznają swoje pochodzenie.

Kiedy wrócili do kuchni z walizkami, plecakami i gitarą Vincenta, matka siedziała samotnie przy stole i oczy miała zaczerwienione. Popatrzyli na nią, zmieszani. Była sprzymierzeńcem czy wrogiem?

– To jest formalne zaproszenie – powiedziała Susanna. – Wyjaśniłam waszemu ojcu, że nie wypada traktować niegrzecznie mojej ciotki, ale on chyba nie zrozumiał. – Odwróciła się do Vincenta i Jet. – Będziecie pilnować Franny?

Zapewnili ją, że będą.

– Isabelle was zaskoczy – ciągnęła Susanna. – Podda was testom, kiedy najmniej będziecie się tego spodziewać. Będziecie myśleli, że nikt was nie pilnuje, ale ona będzie wiedziała o wszystkim, co robicie. I musicie obiecać, że do mnie wrócicie – zakończyła ze łzami w oczach.

Rzadko dawała się tak ponieść emocjom i dzieci zauważyły jej rozpacz. Tym bardziej chciały pojechać do Massachusetts.

– Oczywiście, że wrócimy – przyrzekła Franny. – Jesteśmy nowojorczykami.

– To tylko na lato – zapewniła matkę Jet.

Każdy w końcu musi opuścić dom, prawda? Musi samodzielnie ruszyć w drogę, żeby się dowiedzieć, kim jest i co mu przyniesie przyszłość. Teraz jednak Vincent chciał tylko kupić bilet autobusowy i kiedy spojrzał na siostry, widział, że myślą tak samo. Żadnego cofania się, żadnego odwrotu, żadnej zgody na zwyczajne życie, które tak długo kazano im prowadzić.

*

Przyjechali w wigilię świętego Jana, w dzień letniego przesilenia, kiedy dzień jest tak długi, że wydaje się trwać bez końca. Róże były w rozkwicie, zielone smugi pyłku unosiły się w ciemniejącym powietrzu. Kiedy szli przez miasteczko, sąsiedzi stawali w oknach, żeby się gapić. Było powszechnie wiadome, że każdy obcy ubrany na czarno prawdopodobnie zmierza na ulicę Magnolii. Większość ludzi unikała rodziny Owensów w przekonaniu, że każdy kontakt z nimi może skazić nie tylko teraźniejszość, ale również przyszłość. Powiadano, że pewni członkowie tej rodziny mogli włożyć pojedynczy koński włos do rondla z wodą i zmienić go w węża. Jeśli rozsypali kurz w kręgu, lepiej tam nie wchodź, nawet kiedy kurz się rozwiał, bo możesz wpaść w dziurę żalu albo pożądania i nigdy się z niej nie wydostać.

– Niezbyt miłe przyjęcie – zauważyła nerwowo Jet, kiedy sąsiedzi mierzyli ich wzrokiem.

– Do diabła z nimi – burknęła Franny. Czy siostra niczego się nie nauczyła w szkole Starling? Cudze opinie nic nie znaczą, dopóki sama nie nadasz im znaczenia.

W wieku czternastu lat Vincent był już zbyt przystojny, żeby mu to wyszło na dobre. Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i imponującą postawę pomimo swojej chudości. Teraz potrząsnął pięścią i wyszczerzył się szyderczo do miejscowych gapiów. Natychmiast na całej ulicy rozległo się szczękanie ryglowanych zamków.

– Doskonale – stwierdził Vincent. – Nie będziemy mieć z nimi kłopotów.

Vincent wyróżniał się wszędzie, a zwłaszcza tutaj, w małym miasteczku, gdzie chłopcy w jego wieku grali w baseball na zakurzonym boisku, ubrani w workowate dżinsy, i przerywali grę, żeby popatrzeć na obcych. Miał czarne włosy gładko zaczesane do tyłu i gitarę przewieszoną przez ramię, mimo ostrzeżeń ojca, że gitara, podobnie jak sportowy samochód, stanowi przedłużenie ułomnego męskiego ego.

– No więc jestem ułomny. – Vincent wzruszył ramionami. – Kto nie jest?

Dotarli do końca ulicy Magnolii i przystanęli, chwilowo onieśmieleni. Dom był wielki, z krzywymi kominami i mnóstwem okien z zielonkawego szkła. Całą posiadłość otaczało ogrodzenie z kutego żelaza, ale nigdzie nie widzieli bramy.

– Czujecie coś tutaj? – zagadnął siostry Vincent.

– Moskity? – odgadła Franny. Przyjrzała się błotnistym kałużom w rozległym ogrodzie warzywnym. – Pewnie spora szansa na dyzenterię.

Vincent skrzywił się i mruknął:

– Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.

Podszedł bliżej, żeby się rozejrzeć. Ogród był oszołamiająco bujny i zielony. Stał tam kurnik, gdzie biało-brązowe gdaczące kury dziobały ziarno rozsypane na ziemi; szopa na narzędzia otoczona chwastami wyższymi od Vincenta; oraz zamknięta na kłódkę szklarnia, która wyglądała niezwykle obiecująco jako potencjalna kryjówka.

– Tutaj! – zawołał Vincent, rozgarnąwszy cierniste zarośla.

Odkrył zardzewiałą furtkę, prowadzącą na ścieżkę z szaroniebieskiego kamienia. Siostry weszły za nim i wbiegły po stopniach na ganek. Franny chciała już zapukać do drzwi, kiedy otworzyły się same. Cała trójka cofnęła się o krok.

– To tylko stare drzwi – oświadczyła Franny wyważonym tonem. – Jest gorąco i drewniana framuga się rozszerzyła, to wszystko.

– Tak myślisz? – Vincent wyprostował się na całą wysokość i zajrzał w półmrok. Wyczuwał prąd powietrza. – Tam jest dużo więcej. Uzbierało się przez setki lat.

Isabelle Owens krzątała się w kuchni, odwrócona do nich plecami. Budziła respekt; wprawdzie była niewysoka, ale miała władczą postawę. Siwe włosy upięła byle jak i pomimo wieku mogła się poszczycić nieskazitelną cerą. Przez całe życie ubierała się na czarno, podobnie jak tego dnia. Franny patrzyła na nią, dopóki ciotka nagle nie odwróciła się w jej stronę. Wówczas Franny z walącym sercem odruchowo przykucnęła za rośliną w doniczce. Vincent i Jet schowali się za siostrą, zakrywając usta rękami, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Nigdy nie widzieli Franny takiej wystraszonej.

– Sza – syknęła na nich.

– Tak myślałam, że wszyscy się zjawicie, więc co was powstrzymuje przed wejściem? Jesteście królikami czy dzielnymi ludźmi?! – zawołała ciotka. – Królik ucieka i myśli, że jest bezpieczny, a potem porywa go jastrząb. Dzielny człowiek wchodzi do środka, żeby zjeść ze mną kolację.

Zrobili, co im kazano, chociaż mieli wrażenie, że wkraczają w zupełnie inne życie.

Franny weszła pierwsza, jak należało, skoro była pierworodną i opiekunką pozostałych. No i była ciekawa. Kuchnia okazała się ogromna, z wiekowym sosnowym stołem dostatecznie długim, żeby pomieścił tuzin biesiadników, i potężną czarną kuchenką z rodzaju takich, jakich nie sprzedawano od dziesięcioleci. Isabelle przygotowała gulasz warzywny i śliwkowy pudding, a także świeżo upieczony chleb z rozmarynem. Na stole stały talerze i miski ze wzorem w gałązki wierzby; stare cynowe sztućce wymagały wypolerowania. W domu nie było zegarów, co wydawało się obietnicą, że czas będzie płynął w zupełnie innym tempie, odkąd przekroczyli próg.

– Dziękuję, że nas zaprosiłaś – powiedziała uprzejmie Franny.

Trzeba coś powiedzieć, kiedy się właściwie nie zna osoby, z którą ma się spędzić całe letnie wakacje, zwłaszcza jeśli ta osoba wydaje się posiadać jakąś moc, którą lepiej uszanować.

Isabelle popatrzyła na nią.

– Jeśli naprawdę chcesz mi podziękować, zrób coś z tym, co jest w jadalni.

Rodzeństwo wymieniło spojrzenia. Z pewnością to był jeden z tych testów, przed którymi ostrzegała ich matka.

– Dobrze. – Franny podjęła wyzwanie, nawet nie pytając, o co chodzi. – Zrobię.

Brat i siostra podążyli za nią, zaciekawieni. Dom był olbrzymi, dwupiętrowy. We wszystkich pokojach wisiały ciężkie zasłony, nieprzepuszczające słońca, i chociaż w powietrzu unosił się kurz, każdy drewniany element lśnił jak wypolerowany. Boazerie i gzymsy kominków wykonano z piętnastu różnych gatunków drewna, włącznie ze złotym dębem, srebrnym jesionem, drewnem wiśniowym i pochodzącym z pewnych gatunków drzew, które już wyginęły. Były dwie klatki schodowe: pełne przeciągów tylne schody, zakręcone jak łamigłówka, i eleganckie schody z mahoniu. Rodzeństwo zatrzymało się, żeby spojrzeć w górę pełnej rzeźbień klatki schodowej, gdzie na podeście znajdowało się okno z siedziskiem. Nad podestem wisiał portret pięknej ciemnowłosej kobiety w niebieskiej sukni.

– To wasza przodkini Maria Owens – powiedziała im ciotka, prowadząc ich do jadalni.

– Ona na nas patrzy – szepnęła Jet do brata.

Vincent prychnął.

– Bzdura. Weź się w garść, Jet.

W jadalni było ciemno, adamaszkowe zasłony były zaciągnięte. Jak się okazało, nie trzeba było wypędzać złego ducha, tylko małego brązowego ptaszka, któremu udało się dostać do środka przez uchylone okno. Co roku w dzień letniego przesilenia wróbel wlatywał do domu i trzeba było go wyganiać miotłą, ponieważ kiedy odlatywał, zabierał ze sobą pecha. Isabelle zamierzała już wręczyć siostrzenicy miotłę do wykonania tego zadania, ale nie było takiej potrzeby. Ptaszek przyleciał do Franny z własnej woli, jak ptaki w Central Parku, zatrzepotał skrzydełkami i usiadł na jej ramieniu, strosząc piórka.

– To pierwszy raz – oznajmiła Isabelle, starając się ukryć, jak jej to zaimponowało. – Przedtem żaden ptak tego nie zrobił.

Franny wzięła ptaszka w złożone dłonie.

– Cześć – powiedziała łagodnie.

Wróbel spojrzał na nią bystrymi oczkami, uspokojony dźwiękiem jej głosu. Franny podeszła do okna i wypuściła go na wolność. Jet i Vincent patrzyli, jak ptak znika w gałęziach bardzo starego drzewa, jednego z nielicznych wiązów w kraju, który przetrwał zarazę. Franny odwróciła się do ciotki. Coś przepłynęło między nimi, milcząca fala aprobaty.

– Witaj w domu – powiedziała Isabelle.

*

Kiedy już się zadomowili, nie mogli zrozumieć, dlaczego nie spędzali każdych wakacji na ulicy Magnolii. Ciotka Isabelle okazała się zadziwiająco miła. Ku ich radości wcale nie przejmowała się złym zachowaniem. Dieta i regularne pory snu nic dla niej nie znaczyły. Cukierki na śniadanie, jeśli tego chcieli. Gazowane napoje przez cały dzień. Mogli nie kłaść się do rana, jeśli sobie życzyli, i spać do południa. Nie kazano im sprzątać po sobie ani utrzymywać porządku w pokojach.

– Róbcie, co chcecie – mówiła im ciotka. – Dopóki nikomu nie szkodzicie.

Jeśli Vincent chciał palić papierosy, nie musiał się ukrywać za szopą w ogrodzie, chociaż Isabelle dała mu do zrozumienia, że tego nie pochwala. Palenie podpadało pod kategorię szkodzenia, nawet jeśli Vincent szkodził tylko sobie.

– Źle działa na płuca – strofowała go Isabelle. – No, ale ty lubisz kusić los, co? Nie martw się, wszystko się ułoży.

Ciotka wydawała się świadoma tych części psychiki Vincenta, do których nie dopuszczał nawet sióstr. Nigdy się nie przyznał, że często odczuwa przypływ niepokoju, kiedy przechodzi obok lustra. Kim on właściwie był? Zaginioną osobą? Ciałem bez duszy? Ukrywał coś przed sobą i chyba byłoby najlepiej, gdyby posłuchał czyjejś rady. Zgasił papierosa w doniczce z geranium, ale nie dał się przekonać, że powinien dbać o zdrowie i pozbyć się złych nawyków.

– Wszystkich nas coś zabija – powiedział.

– Ale nie musimy tego przyspieszać, prawda? – Isabelle wyjęła niedopałek z doniczki, żeby nikotyna nie zatruła kwiatka. – Dobry z ciebie chłopiec, Vincent, nieważne, co ludzie gadają.

*

Po północy jedyne światło w miasteczku paliło się na tylnym ganku domu Owensów. Świeciło tam od setek lat, najpierw lampa olejna, potem gazowa, teraz elektryczna. Ćmy trzepotały w bluszczu. O tej porze przychodziły tam kobiety, szukając lekarstwa na wysypkę, gorączkę czy złamane serce. Miejscowi mogli nie lubić Owensów, mogli przechodzić na drugą stronę ulicy, kiedy zobaczyli Isabelle w drodze do sklepu, trzymającą nad głową czarną parasolkę dla osłony przed słońcem, ale jak tylko znaleźli się w potrzebie, przedzierali się przez cierniste zarośla i festony bluszczu na ganek i naciskali dzwonek, wiedząc, że zostaną przyjęci, jeśli światło się pali. Zapraszano ich do kuchni, gdzie siadali przy starym sosnowym stole. Tam opowiadali swoje historie, niekiedy nadmiernie wdając się w szczegóły.

– Streszczaj się – mówiła zawsze Isabelle i na widok jej surowej miny ludzie się streszczali. Cena za kurację mogła być tak niska jak pół tuzina jaj albo tak wysoka jak pierścionek z brylantem, zależnie od okoliczności. Symboliczną zapłatę przyjmowano w zamian za chrzan i pieprz cayenne na kaszel, nasiona koperku na czkawkę, herbatkę przeciw gorączce, żeby zdusić grypę w zarodku, albo herbatkę przeciw frustracji, żeby uśmierzyć bezsenność u matki, której syn zszedł na złą drogę. Często jednak żądano remediów znacznie droższych, kuracji, za które czasami trzeba było oddać najcenniejszą rzecz. Zabrać mężczyznę należącego do innej, utkać iluzję maskującą złe uczynki, sprowadzić przestępcę na właściwą drogę, dotrzeć do kogoś, kto stoi nad otchłanią rozpaczy, i przywrócić go do życia – takie kuracje dużo kosztowały. Franny natknęła się w spiżarni na niektóre z bardziej niepokojących ingrediencji: krwawe serce gołębia, małe żabki, szklana fiolka zawierająca zęby, pasma włosów, żeby je ugotować albo spalić zależnie od tego, czy chcesz kogoś odesłać, czy przywołać.

Franny zaczęła siadywać na tylnych schodach, żeby podsłuchiwać. Kupiła w drogerii niebieski zeszyt do zapisywania kuracji ciotki. Trójednik, żeby rozumieć sny, pysznogłówka na spokojny sen, gorczyca, żeby odpędzić koszmary, lekarstwa zawierające olejki eteryczne: migdałowy, morelowy i mirrę z kolczastych drzew na pustyni. Dwa jajka, których nigdy nie wolno zjeść, położone pod łóżkiem, żeby oczyścić niemiłą atmosferę. Ocet do oczyszczającej kąpieli. Czosnek, sól i rozmaryn, pradawne zaklęcia na odpędzenie zła.

Kobieta, która chciała mieć dziecko, wieszała jemiołę nad łóżkiem. Jeśli to nie pomagało, musiała zawiązać dziewięć węzłów na mocnym sznurze, potem spalić go i zjeść popiół, i wkrótce zachodziła w ciążę. Dla ochrony należało ubierać się na niebiesko. Kamienie księżycowe pomagały nawiązać kontakt z żywymi, topaz pozwalał się porozumieć ze zmarłymi. Miedź, poświęcona Wenus, przywoła do ciebie mężczyznę, a czarny turmalin ugasi zazdrość. W sprawach miłości zawsze trzeba zachowywać ostrożność. Jeśli wrzucisz w płomień świecy jakiś przedmiot należący do mężczyzny, którego kochasz, potem dodasz igły sosnowe i kwiat nagietka, rano on się zjawi na twoim progu, więc powinnaś mieć pewność, że tego chcesz. Najbardziej podstawowy i skuteczny eliksir miłosny wyrabiało się z anyżku, rozmarynu, miodu i goździków, gotowanych przez dziewięć godzin na tylnym palniku starej kuchenki. Zawsze kosztował dziewięć dolarów i dziewięćdziesiąt dziewięć centów i dlatego nazwano go Eliksir Miłosny Numer Dziewięć; działał najlepiej w dziewiątej godzinie dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca.

Wysłuchawszy tego wszystkiego, Franny doszła do wniosku, że magia niewiele się różni od nauki. Obie szukały sensu tam, gdzie go nie było, światła w ciemności, odpowiedzi na pytania zbyt trudne, żeby śmiertelnicy mogli je zrozumieć. Ciotka Isabelle wiedziała, że siostrzenica siedzi na schodach i notuje, ale nic nie mówiła. Miała wyjątkową słabość do Franny. Były do siebie podobne bardziej, niż Franny chciałaby wiedzieć.

*

Na szczęście Isabelle do późna przyjmowała klientki i zawsze ucinała sobie drzemkę po południu. Frances, Jet i Vincent mieli zatem do dyspozycji długie, leniwe dni, kiedy byli zdani tylko na siebie. Całą trójką chodzili do miasteczka, mijając stary cmentarz, gdzie na nagrobkach widniało tylko nazwisko „Owens”. Zatrzymywali się przy zardzewiałym ogrodzeniu i stali w ciszy, nieco onieśmieleni widokiem tylu omszałych grobów. Kiedy Jet chciała zwiedzić cmentarz, pozostali odmówili.

– Jest lato i jesteśmy wolni. Zabawmy się trochę – nalegała Franny, chwytając siostrę za ramię, żeby ją odciągnąć od bramy cmentarza.

– Zabawmy się na całego – zaproponował Vincent. – Przynajmniej na ile to możliwe w tym zapyziałym miasteczku.

Zamawiali desery lodowe przy krytym linoleum kontuarze w starej drogerii, włóczyli się po cienistych alejkach i wylegiwali na trawie w parku, obserwując, jak broniące swego terytorium łabędzie przeganiają niegrzeczne dzieci, co zawsze przyprawiało ich o wybuchy śmiechu. W wyjątkowo skwarne dni najbardziej lubili wycieczki do Jeziora Pijawek, miejsca omijanego przez większość ludzi, bo na pływaka brodzącego w mulistej wodzie za linią trzcin czyhały legiony pijawek. Franny nosiła w plecaku paczuszkę soli, żeby pozbyć się tych pasożytów, ale z niewiadomych powodów żadna pijawka nigdy nawet się do nich nie zbliżyła.

– Znikajcie! – wołała Franny i znikały.

Owensowie opalali się godzinami, potem rzucali sobie wyzwania, żeby skoczyć z wysokiego skalnego progu i zanurkować w lodowatą zieloną wodę. Nieważne, jak głęboko się zanurzali, bo natychmiast wyskakiwali z powrotem na powierzchnię, trzęsąc się i plując, i nie mogli opaść głębiej ani nawet utrzymać głowy pod wodą.

– Mamy większą wyporność – rzuciła wesoło Jet, unosząc się na plecach i rozchlapując wodę. Nawet w starym czarnym kostiumie kąpielowym wyglądała olśniewająco, młoda kobieta w rozkwicie urody, jaka często budzi zazdrość albo pożądanie.

– Wiecie, kogo nie można utopić – odezwał się Vincent ze swojego miejsca na płaskim głazie. Wyczytał to wszystko w Magu, z ilustracjami kobiet przywiązanych do stołków i wrzucanych do stawów. Odgarnął ręką do tyłu długie włosy, wiedząc, że ojciec dostanie ataku, kiedy syn wróci do miasta z taką szopą na głowie. Ponieważ siostry nie odpowiadały i tylko patrzyły na niego pytająco, sam udzielił odpowiedzi. – Czarownic.

– Wszystko można wyjaśnić naukowymi metodami – oświadczyła Franny otwarcie i bez ogródek, jak to ona. – Nie wierzę w bajki.

– Franny – powiedział stanowczo Vincent. – Wiesz, kim jesteśmy.

Nie podobały jej się sugestie brata. Czyżby byli istotami podludzkimi, budzącymi strach, które tłuszcza ściga po ulicach? Czy dlatego sąsiedzi ich unikali i dlatego tamtego dziwnego dnia w kuchni, kiedy się sprawdzali, stół wzniósł się w powietrze?

– Uwielbiam bajki – powiedziała Jet z rozmarzeniem.

Czuła się jak wodna nimfa, kiedy pływała w jeziorze, jak czysty elementalny duch. Wytarła się ręcznikiem, zanim nakryła koronkowym obrusem kamień służący za stół, na którym wyłożyła lunch: kanapki z jajkiem i słupki selera. W termosie miała herbatkę przeciw frustracji, którą przygotowała według recepty znalezionej w kuchni ciotki Isabelle. Każdy, kto się jej napije, będzie miał gwarantowany dobry humor i pogodę ducha, atrybuty, których według Jet siostra rozpaczliwie potrzebowała.

Na twarzy Vincenta rozlał się szeroki uśmiech, kiedy dyskutowali o swojej niezdolności do utonięcia.

– To chyba jasne, czym jesteśmy. – Uniósł ramiona i zięby w zaroślach zerwały się do lotu wirującą chmurą. – Widzicie, o co mi chodzi? Nie jesteśmy normalni.

– „Normalny” to nie jest termin naukowy – odparła Franny lekceważąco. – I każdy może spłoszyć zięby. Kot to potrafi. Spróbuj je przywołać do siebie.

Wyciągnęła rękę i kilka ptaków usiadło jej na dłoni, świergocząc; musiała na nie dmuchnąć, żeby je odgonić. Była dość dumna z tej szczególnej zdolności.

– Udowadniasz, że mam rację! – Vincent się zaśmiał. Wskoczył do jeziora i niemal odbił się od powierzchni, jakby odrzucony. – Sprawdź sama! – krzyknął wesoło, unosząc się tuż nad wodą.

Tego wieczoru przy kolacji spojrzał znacząco na siostry, potem odwrócił się do ciotki i zapytał, czy historie o rodzinie Owensów, które słyszał, są prawdziwe.

– Wiecie, kim jesteście – odparła Isabelle. – I radzę nigdy się tego nie wypierać.

Opowiedziała im o kuzynce Owensów imieniem Maggie, która przyjechała na jedno lato i bardzo się starała zaprzyjaźnić z miejscowymi, opowiadając niestworzone rzeczy o własnej rodzinie. Jak tańczą nago w ogrodzie, mszczą się na niewinnych ludziach i ściągają z nieba burze i grad. Posunęła się aż do tego, że napisała artykuł do miejscowej gazety, oczerniający nazwisko Owensów i sugerujący, że wszyscy powinni trafić do więzienia.

Rodzina zamknęła drzwi przed Maggie i kazała jej wracać do Bostonu. Świat zewnętrzny przeciwko nim to jedno, ale żeby ktoś z nich? To zupełnie co innego.

Maggie Owens była taka wściekła, kiedy wyrzucono ją na ulicę z walizką, że zaczęła kląć, a z każdym przekleństwem robiła się coraz mniejsza. Pewne zaklęcia działają przeciwko zaklinającej osobie albo może kuzynki Maggie w domu szybko stworzyły czarne odwracające lustro. Każde złe słowo wypowiedziane przez Maggie zwracało się przeciwko niej. Nie mogła nawet otworzyć zamka w drzwiach. Cała magia płynąca w jej krwi wyparowała. Maggie wyparła się samej siebie, a wtedy łatwo stać się czymś całkiem innym, najczęściej pierwszym stworzeniem, jakie zobaczysz, w jej przypadku – królikiem śmigającym przez ogród. Maggie zasnęła na trawie jako kobieta, a obudziła się jako królik. Potem jadła chwasty i piła mleko, które wystawiano jej na spodeczku.

– Miejcie oczy otwarte – powiedziała rodzeństwu Isabelle. – Może zobaczycie ją na podwórzu. Tak się dzieje, kiedy wypieracie się tego, kim jesteście. Jeśli to zrobicie, życie zwróci się przeciwko wam i wasz los nie będzie już w waszych rękach.

*

Ulubionym miejscem Jet był ogród. Uwielbiała cieniste sadzawki zieleni, gdzie rosły dziko azalie i konwalie, odkąd jednak usłyszała historię kuzynki, denerwowała się, kiedy przychodziły króliki, żeby zjadać pietruszkę, miętę i pofałdowaną sałatę bostońską, posadzone w równych rządkach.

– Nigdy nie zamienimy się w króliki, jeśli tym się martwisz – powiedziała Franny. – Nie jesteśmy tacy głupi.

– Wolałbym być lisem – oznajmił Vincent. Uczył się grać na gitarze piosenkę Ramblin’ Jacka Elliotta. – Sprytnym, przebiegłym, nieuchwytnym.

– Ja wolę być kotem – wyznała Jet.

Ciotka miała sześć czarnych kotów. Jeden, kociak imieniem Sroka, szczególnie przywiązał się do Jet i często chodził za nią, kiedy wyrywała chwasty. Jet dręczyło podejrzenie, że Isabelle opowiedziała historię zbłąkanej kuzynki specjalnie dla niej, jako ostrzeżenie na te wszystkie chwile, kiedy chciała być zwyczajną dziewczyną.

Gapił się na nich duży królik, nieokazujący lęku. Miał czarne wibrysy i szare oczy. Jet poczuła, że skóra jej cierpnie.

– Maggie? – odezwała się cichym głosem.

Brak odpowiedzi.

– Nie powinniśmy dać jej mleka? – zwróciła się do Franny.

– Mleko? – Franny prychnęła z pogardą. – Ona jest zwykłym królikiem.

Rzuciła w zwierzę kępką trawy.

– Sio! – rozkazała.

Ku ich konsternacji królik nie ruszył się z miejsca i dalej uroczyście przeżuwał łodygi mleczów.

– To ona – szepnęła Jet i szturchnęła siostrę.

– Maggie?! – zawołała Franny. Ani przez chwilę nie wierzyła w historyjkę ciotki, jednak to stworzenie rzeczywiście wydawało się dziwne. – Wynoś się! – krzyknęła.

Jet uznała, że lepiej prosić niż rozkazywać.

– Króliku, proszę, zostaw nas w spokoju – powiedziała przymilnie i z szacunkiem. – Żałujemy, że już nie jesteś kobietą, ale to była twoja wina, nie nasza.

Królik usłuchał i pokicał między drzewa, gdzie stał ul. Zgarniając chwasty, Jet postanowiła sumiennie wystawiać co rano spodeczek mleka. Franny obserwowała odwrót królika i zastanawiała się, czy łagodna natura siostry nie kryje czegoś więcej, niż ona i Vincent zakładali. Może nie znali jej tak dobrze, jak im się zdawało.

Franny miała już własne podejrzenia co do ich dziedzictwa. Zaczęła wychodzić sama w deszczowe popołudnia. Kiedy tamci się lenili, ona spędzała czas w bibliotece publicznej, wertując stare, zabrudzone wydania „Salem Mercury” i „Essex Gazette”. Odkryła czarodziejską spuściznę rodziny Owensów. W miejskiej kronice, przechowywanej w dość obskurnym dziale rzadkich książek, znajdowała się lista zbrodni, o które oskarżano członków rodziny w czasach, kiedy każda kobieta posądzona o nienaturalne czyny mogła zostać utopiona w Jeziorze Pijawek. Jednak czarownice nie tonęły, jeśli nie obciążono ich kamieniami włożonymi do kieszeni, do butów albo do ust, które następnie zaszywano czarną nicią. Przestępstwa Owensów obejmowały rzucanie zaklęć i uroków, kradzież krowy, używanie ziół do leczenia chorób, nieślubne dzieci oraz pecha prześladującego wrogów. Pierwszym oskarżycielem był John Hathorne, sędzia w procesach, które doprowadziły do śmierci tylu niewinnych ludzi.

Franny natrafiła na notatkę wskazującą, że w dziale rzadkich książek znajduje się dziennik Marii Owens. Trzymano go w szufladzie, którą bibliotekarka musiała otworzyć żelaznym kluczem. Zamek się zacinał i ustąpił dopiero po dłuższej szarpaninie. W szufladzie leżała cienka książeczka w poplamionej szaroniebieskiej okładce, starannie zabezpieczona plastikową obwolutą.

– Bądź z tym ostrożna – ostrzegła bibliotekarka.

Wyraźnie bała się cienkiego tomiku, którego sama wzbraniała się dotknąć. Wręczyła Franny parę białych rękawiczek i kazała je włożyć, żeby nie zniszczyć delikatnego papieru. W pokoju było tyle kurzu, że Franny dostała okropnego ataku kichania.

– Masz dokładnie dwadzieścia minut – uprzedziła bibliotekarka. – Inaczej zaczną się kłopoty.

– Kłopoty? – zaciekawiła się Franny.

– Wiesz, o czym mówię. To jest księga zaklęć, którą Maria Owens napisała w więzieniu. Trzeba było ją spalić, ale zarząd biblioteki odmówił. Uważali, że jej zniszczenie sprowadzi na nas nieszczęście, więc cały czas ją przechowujemy, chcąc nie chcąc.

„Strzeż się miłości – napisała Maria Owens na pierwszej stronie swojego dziennika. – Wiedz, że w naszej rodzinie miłość jest przekleństwem”.

Franny zaniepokoiła się wzmianką o przekleństwie. Przez cały okres pobytu u ciotki pisała listy do Haylina. W piątkowe popołudnia zanosiła je na pocztę i odbierała te, które przysyłał na poste restante. W Nowym Jorku Haylin badał ekosystem Loch, meandrującego strumienia w zadrzewionej części Central Parku zwanej Ravine. Świetliki, które tam się gromadziły, migotały synchronicznie, zapalały się i gasły w jednym rytmie, niczym jedno bijące serce, wysyłające tę samą wiadomość w mrok. Takie zjawiska obserwowano w Great Smoky Mountains i w parku narodowym Allegheny, ale Haylin pierwszy odkrył ten fenomen na Manhattanie.

Tego lata Franny codziennie wracała do działu rzadkich książek, żeby czytać dziennik. Bibliotekarka już ją znała i przyzwyczaiła się do wysokiej rudowłosej dziewczyny, która ślęczała nad staroświeckim pismem, tak drobniutkim, że musiała używać szkła powiększającego, żeby odczytać recepty na leki i kuracje. Franny rozjaśniała to miejsce swoim dążeniem do wiedzy i kilka bibliotekarek pozwalało jej na pełną godzinę z tekstem, chociaż było to wbrew zasadom. Uważały, że wszystkie książki powinny być czytane, dopóki znajdują czytelników.

Kiedy Franny dotarła do ostatniej strony dziennika Marii, zrozumiała, że jedno złamane serce miało wpływ na nich wszystkich. Maria została porzucona przez ojca jej dziecka, mężczyznę, którego nigdy nie wymieniła z nazwiska. „Dość powiedzieć, że powinien być mym wrogiem, zamiast tego zakochałam się w nim i popełniłam ten błąd, że wyznałam mu miłość”. Chciała ochronić córkę i wnuczkę, i wszystkie następne córki Owensów, dopilnować, żeby żadna z nich nie doświadczyła smutku, który stał się jej udziałem, ani nie zniszczyła życia tym, których pokochają. Klątwa była prosta: „Zguba dla każdego mężczyzny, który się w nich zakocha”.

Czytając to, Franny zbladła.

„Bez ciebie tu jest pusto”, napisał Haylin w jednym ze swoich listów.

Potem, widocznie zawstydzony, że przekroczył pewne granice, przekreślił ostatnie słowo i napisał: „nudno”. Ale Franny przeniknęła wzrokiem plamę czarnego atramentu i znała prawdę. Bez niego tu też było pusto.

„Nie pytaj, czym jest zaklęcie ani jak je stworzyłam. Zostałam zdradzona i porzucona. Nie życzę tego nikomu z mojej rodziny”.

– Myślisz, że wyglądam jak ona? – zapytała Jet pewnego dnia, kiedy zastała Franny siedzącą w okiennej wnęce i wpatrującą się w zadumie w portret. Jedno z zaklęć Marii wymagało bijącego serca gołębia, wyjętego, kiedy ptak jeszcze żył. Inne polegało na zebraniu włosów i ścinków paznokci nielojalnego mężczyzny i spaleniu ich z cedrem i szałwią.

– Nie chcesz wyglądać jak ona – szybko odpowiedziała Franny. – Marnie skończyła. Wierz mi, była nieszczęśliwa. Oskarżono ją o czary.

Jet usiadła obok siostry.

– Ciekawe, czy mnie też by to spotkało, gdybym żyła w tamtych czasach. Słyszę, co ludzie myślą.

– Wcale nie – zaprzeczyła Franny. A potem spojrzała na siostrę. – Naprawdę słyszysz?

– Nie żebym chciała – wyjaśniła Jet. – To po prostu samo się dzieje.

– Świetnie. Co teraz myślę?

– Franny – obruszyła się Jet. – Myśli powinny być prywatne. Staram się ich nie słuchać.

– Poważnie. Powiedz mi. Co myślę w tej chwili?

Jet zamilkła. Zebrała w ręce swoje długie czarne włosy i zasznurowała usta. Od przyjazdu do Massachusetts piękniała z każdym dniem.

– Myślisz, że nie jesteśmy jak inni ludzie.

– No, zawsze tak myślałam. – Franny zaśmiała się z ulgą, że siostra nie odczytała nic więcej. – To nic nowego.

Później, kiedy Jet wyszła do ogrodu, stanęła pod krzakami bzu o ciemnych sercowatych liściach. Wszędzie pachniało miętą i żalem.

Szkoda, że nie jesteśmy jak inni ludzie.

Tak myślała Franny.

Och, jaka szkoda, że nie możemy się zakochać.

*

Pewnej słonecznej niedzieli siostry zbudziły się i zobaczyły w swoim pokoju trzecią dziewczynę. Przyjechała z wizytą ich kuzynka April Owens. April wychowała się w ekskluzywnym świecie Beacon Hill. Ze swoimi platynowoblond włosami splecionymi w dwa warkocze sięgające pasa i bladziutkimi szarymi oczami wyglądała jak obrazek z minionej epoki, jednak zachowywała się w sposób dziwnie nowoczesny. Na przykład nosiła ze sobą paczkę papierosów i srebrną zapalniczkę i używała czarnej konturówki do oczu. Była krnąbrna i zgryźliwa, i nie przejmowała się niczyją opinią poza własną. Co najdziwniejsze, prowadziła na smyczy oswojoną fretkę; spacerowała z nią, toteż rodzeństwo natychmiast uznało ją za znacznie bardziej interesującą od wszystkich dziewczyn, jakie dotąd znali.

– Kot wam odgryzł języki? – zapytała, kiedy siostry gapiły się na nią w milczeniu.

– Bynajmniej – odparła Franny, otrząsnąwszy się z zaskoczenia. – Prędzej ja odgryzę język kotu.

– Miau – zamruczała April.

April spędziła w tym domu poprzednie lato, kiedy skończyła siedemnaście lat, a teraz uciekła z Beacon Hill z powrotem do jedynego miejsca, gdzie ją akceptowano. Jej obecność była niespodzianką, i to zupełnie niepotrzebną, zdaniem Franny. April ubierała się odpowiednio raczej na Paryż czy Londyn niż małe miasteczko w Nowej Anglii. Nosiła krótką czarną spódniczkę, przezroczystą bluzkę i białe skórzane botki. Używała perłowo różowej szminki, a długa jasna grzywka niemal zakrywała jej oczy. Zaczęła się rozpakowywać: eleganckie ubrania, kosmetyki, kilka świec i wystrzępiony egzemplarz Kochanka lady Chatterley, książki zakazanej i dopiero niedawno wydanej w Ameryce.

– Strasznie chciałabym to przeczytać – powiedziała Jet, kiedy zobaczyła skandalizującą powieść, o której wszyscy gadali.

April rzuciła książkę kuzynce.

– Tylko żebyś się nie zdemoralizowała – ostrzegła z szerokim uśmiechem.

Kuzynka najwyraźniej była od nich znacznie bardziej wyrafinowana. Była niepokornym dzieciakiem, robiła, co chciała, i nie stosowała się do konwenansów panujących na Beacon Hill. Na nadgarstku miała wytatuowaną niebieską gwiazdkę, przez którą dostała szlaban na kilka miesięcy. Drugą miała na biodrze, ale tej jeszcze nie wykryli jej wścibscy, zamartwiający się rodzice. Od dzieciństwa wychowywała się pod czujnym okiem niani, prywatnej nauczycielki lub anielsko cierpliwej służącej, która posiwiała, sumiennie usiłując poskromić wybryki swojej podopiecznej. Według teorii doktora Burke-Owensa takich wrodzonych skłonności nie da się wykorzenić; są jak fala wzbierająca do rozmiarów powodzi i pokonująca wszelkie przeszkody.

April chodziła do kilku prywatnych szkół i za każdym razem proszono ją, żeby odeszła. Nie wierzyła w autorytety i była urodzonym radykałem. Opowiadała koleżankom, że potrafi zapalać i gasić światło siłą woli oraz recytować klątwy w czterech językach. Wysłano ją w podróż po Europie i Ameryce Południowej, gdzie nauczyła się od napotkanych mężczyzn rzeczy, które wprawiłyby w przerażenie jej rodziców, gdyby wiedzieli o jej wyczynach. Zdawała się nie obawiać konsekwencji albo po prostu wiedziała, że nie może uniknąć swojego losu, odkąd ciotka Isabelle pozwoliła jej spojrzeć w przyszłość. Zakocha się tylko raz w niewłaściwym mężczyźnie i nie zmieni tego za nic na świecie.

– Mam nadzieję, że dobrze się bawiłyście, odkąd tu jesteście – powiedziała April do sióstr. – Ciotki nie obchodzi, co robimy. Macie prawo się rozerwać i równie dobrze możecie zacząć od razu, bo i tak to się źle skończy dla nas wszystkich.

April była tak przemądrzała, że Franny nie mogła jej znieść.

– Mów za siebie – burknęła gniewnie.

– Wspaniale spędzamy tu czas – odezwała się Jet, próbując zmienić temat. – Prawie codziennie pływamy w jeziorze.

– Pływacie! – April przewróciła oczami. – Żadnych klątw? Żadnych zaklęć? Czy chociaż zajrzeliście do cieplarni? – Tylko na nią popatrzyły, a ona się zirytowała. – To żałosne. Tracicie czas. Tyle możecie się nauczyć od Isabelle, ale marnujecie okazję, bo jesteście jak dzieci.

– Nie jesteśmy dziećmi.

Franny wstała. Lampka przy jej łóżku zagrzechotała i przesunęła się niebezpiecznie do krawędzi stolika. Przy wzroście metr osiemdziesiąt, z gniewnie skręconymi krwawoczerwonymi włosami, wyglądała tak imponująco, że nawet April się zmitygowała.

– Bez obrazy – wycofała się. – Ja tylko mówię, jak jest.

Zapaliła pachnącą szałwiową świecę i zaczęła rzucać swoje rzeczy byle jak na krzesło: skarpetki, staniki i kreacje dla nastolatek Mary Quant, które kupiła podczas wycieczki do Londynu. Jet podniosła jedną śliczną koszulę i obejrzała z przejęciem jak skarb.

– Pewnie słyszałyście o klątwie rodziny Owensów – powiedziała April. Usadowiła się wygodnie na łóżku, a fretka natychmiast zasnęła jej na kolanach.

– Klątwa? To okropne. – Jet się wzdrygnęła.

– Och, Jet, nie wierz we wszystko, co ona mówi – ostrzegła ją Franny. Nie wspominała o dzienniku Marii, żeby nie denerwować swojej wrażliwej siostry.

– No, lepiej uwierz – odparła April. – Musimy być ostrożne, bo zaszkodzimy sobie i drugiemu człowiekowi. Temu drugiemu dostanie się dużo gorzej. Zawsze tak jest, więc posłuchajcie mojej rady i nie zakochujcie się w nikim.

April dalej poklepywała fretkę, którą nazywała swoim chowańcem, sugerując, że zwierzak jest raczej bratnią duszą niż zwykłym ulubieńcem. Takie rzeczy się zdarzają, kiedy istoty pochodzące z różnych gatunków czują do siebie pociąg i nawiązują tak bliskie stosunki, że mogą czytać sobie nawzajem w myślach.

– Ona wie, co myślicie – zapewniła swoje kuzynki, które szeroko otworzyły oczy.

– Wątpię – odparła Franny. Nie istniał żaden naukowy dowód, że takie rzeczy są możliwe.

– No więc właśnie mi przekazała, że udajesz pozbawioną uczuć, ale w rzeczywistości zależy ci znacznie bardziej, niż chcesz przyznać. Zgadzam się z nią.

– Obie się mylicie. – Franny nadąsała się, chociaż w głębi duszy trochę się niepokoiła, że odsłoniła swoje najskrytsze myśli przed przedstawicielką rodziny łasicowatych.

– No, tak czy owak moi rodzice planują zabić Henry’ego – oznajmiła rzeczowo April. Zdumiewająco potulna fretka patrzyła jasnymi, niemrugającymi oczami, podobnymi do oczu jej pani. – Uważają, że nasz związek jest niezdrowy. Jeśli kiedykolwiek się na to odważą, zamierzam odegrać się na nich w każdy możliwy sposób. Proponuję, żebyście zrobiły to samo w razie potrzeby. Rodzice chcą nas trzymać pod kluczem. Pamiętajcie, my albo oni. W gruncie rzeczy nie ufajcie nikomu.

– Nikomu? – zmartwiła się Jet.

April przyglądała się kuzynkom, kręcąc głową. Najwyraźniej nic nie wiedziały.