Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Cztery głośne książki Hanny Krall pierwszy raz wydane w jednym tomie, m.in. "Dowody na istnienie", "Taniec na cudzym weselu", "Tam już nie ma żadnej rzeki", splątanie ludzkich losów na tle trudnej historii stosunków polsko-żydowsko-niemieckich.
"Praca reporterki nauczyła mnie, że historie logiczne, bez zagadek i luk, w których wszystko jest zrozumiałe, bywają nieprawdziwe. A rzeczy, których nijak nie da się wytłumaczyć, zdarzają się naprawdę" - pisze słynna dziennikarka, opisując niewiarygodne przygody swoich bohaterów. W tomie: "Dowody na istnienie", "Taniec na cudzym weselu", "Tam już nie ma żadnej rzeki", "To ty jesteś Daniel".
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu | Galeria Ksiązki
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 596
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
JA KRALL ŻAL
MBP Oświęcim Filia 1
O
Świat Książki
07021706
Redaktor prowadzący Ewa Niepokólczycka
Redakcja techniczna Małgorzata Juźwik
Korekta Elżbieta Jaroszuk
W/45319 „ ,r \ -
----------------- - V
Świat Książki Warszawa 2007
Wszystkie utwory zamieszczone w tym tomie ukazaty się w wydawnictwie a5 Krystyny i Ryszarda Krynickich
Copyright © by Hanna Krall, 2007 Copyright © by Bertelsmann Media sp. z o.o., Warszawa 2007
(i zjti-si,
W * #/
xl»o wĄy
Bertelsmann Media sp. z o.o.
ul. Roso ta 10, 02-786 Warszawa
Skład i łamanie Piotr Trzebiecki
Druk i oprawa GGP Media GmbH, Póssneck
ISBN 978-83-247-0520-7 Nr 5811
Akc.JLJ20.ot
Tylko żart
Dno oka
9.
16.
2.
4.
10.
2.
Taniec na cudzym weselu
Żal
6.
1.
7.
8.
9.
U.
20.
2.
3.
6.
7.
Miłość
2.
3.
6.
7.
8.
Błękit
Jakiś czas
1.
2.
4.
5.
7.
9.
10.
1.
3.
4.
5.
6.
8.
10.
Inne historie
Spis rzeczy
2.
6.
7.
2.
6.
8.
Dom
2.
3.
1.
3.
8.
Obecność
2.
6.
7.
8.
10.
11.
12.
3.
Maj 1995..
Grudzień 1990. Berlin - Kreuzberg
Lipiec 1990. Warszawa
Przeciw rozpaczy
Spis treści
Akc.JLJ20.ot
z tomu Hipnoza
Narożny dom z wieżyczką (fragmenty)
Pamięci Krzysztofa Masewicza
Jest zaskakująco rozległy jak na Kock. Zbudowano go z ciężkich, drewnianych bali, nad narożnym wejściem, paradnym, wzniesiono wieżyczkę. Z daleka wydaje się okrągła, a jedno z jej okien jakby ktoś uchylił, ale z bliska widać, że to nie jest uchylone okno, tylko szyby brakuje. Z bliska widać, że wieżyczka jest nie okrągła, lecz dziesięcioboczna, zbita z poprzecznych bali i pionowych słupków.
To tutaj?
To w niej mieszkał, w tej okrągłej, drewnianej izdebce?
Martin Buber pisał, że miejsce odosobnienia cadyka chroniło dwoje, zawsze zamkniętych drzwi. W jednych przebito otwory, przez które podawano mu wieczorem zupę, drugie drzwi sam otwierał, kiedy zbierali się za nimi chasydzi. „Stawał wtedy w progu, w bieliźnie, z okropnym wyrazem twarzy i łajał ich w oderwanych, gwałtownych słowach z taką mocą, że opadał ich lęk i uciekali drzwiami i oknami"1.
O których drzwiach myślał Buber?
Jedne są w wieżyczce. A drugie? Za którymi chasydzi się zbierali?
No dobrze, a zegar gdzie stał? Przecież Lejzorek Rojtszwaniec mówił wyraźnie: w izbie kockiego cadyka stał zegar. Cadyk - opowiadał Lejzorek - czytał nieznośnie mądre księgi i przez dwadzieścia cztery godziny na dobę nad tymi księgami rozmyślał. To już nawet nie był człowiek, to była sama wzniosła myśl... I otóż święty, wzniosły cadyk zwierzył się przed śmiercią ukochanemu uczniowi, że przez całe swoje ponure życie ciężko grzeszył: słuchał kobiecego śpiewu.
Miał zegar, dzieło nieszczęśliwego zegarmistrza z Proskurowa. Zegarmistrzowi umarła narzeczona, młoda i piękna, i zrozpaczony zaklął w biciu zegara jej głos. Dźwięk był tak cudowny, że cadyk nie mógł go nie słuchać. Wiedział, że to grzech, bo powinien był siedzieć i rozmyślać nad prawdą, ale podchodził do zegara i sprawdzał, czy się przypadkiem nie śpieszy albo czy się nie spóźnia odrobinę. Poprawiał wskazówkę, zegar zaczynał bić i zaczynała z nim rozmawiać piękna i smutna kobieta. „Ona mówiła mi o miłości i o smutku - zwierzał się ukochanemu uczniowi -mówiła o gwiazdach i kwiatach, o mojej martwej wiośnie i pełnej życia wiośnie zwariowanego zegarmistrza, w której śpiewają ptaki i w której szemrze deszcz"*.
Tak opowiadał, prokuratorowi zresztą, Lejzorek R., więc nie może to nie być prawda: był zegar.
Dom - cd.
Paradne wejście ozdobiono pretensjonalną płaskorzeźbą: tympanonem, podtrzymywanym z obu stron przez dwa wazony.
Przybył do Kocka w 1829 roku. Przyjechał z Tomaszowa, w którym nakazywał swoim chasydom opuścić na długie miesiące rodziny, w dzień pracować fizycznie, w nocy zgłębiać tajemnicę Boga, człowieka i samego siebie. Odwiedził kilka miast, szukając nowego siedliska, w Kocku przywitano go kamieniami. - Jedno jest pewne - rzekł. - Ci ludzie nie są obojętni wobec spraw najważniejszych. I pozostał w Kocku aż do śmierci.
Przybył, by żądać od Żydów całkowitego oddania Bogu i pogardy dla doczesności, niewartej westchnienia.
Czyż człowiek, który gardzi doczesnością, może gustować w banalnym tympanonie?
Rzeźbę musiał zamówić kto inny, po śmierci cadyka. Jego syn, wnuk, może egzaltowana synowa. Po takich domach, obok zacnych i pobożnych niewiast, oddanych rodzinie, snuły się przecież piękne, niespokojne kobiety, w sukniach z dekoltem, podające rękę obcym mężczyznom, czytające wiersze i tęskniące za dalekimi światami...
Ilja Erenburg, Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca. Przekład Maria Popowska, Warszawa 1957.
Ale mogli wyrzeźbić ornament, gdy cadyk jeszcze żyt, tylko już był odgrodzony od nich wszystkich.
Już po pamiętnym piątku, o którym potomni mawiali ze zgrozą i trwogą - TAMTEN piątek, i każdy bez zbędnych słów rozumiał, o jakim to potwornym dniu jest mowa...
Nie wiadomo do dzisiaj, co właściwie zaszło.
Podobno wszedł do bóżnicy późnym wieczorem.
Podobno naruszył szabas świętokradczym dotknięciem świecznika i coś krzyknął.
Podobno chasydzi chcieli go związać, a obronił go najwierniejszy uczeń Icie Meir, ten, który w przyszłości miał założyć sławną dynastię cadyków w Górze Kalwarii...
Nie wiadomo do dzisiaj, przeciw czemu zbuntował się Menachem Mendel. Mówią, że przeciw ludziom, którzy nie potrafili sprostać wezwaniu Boga. Mówią, że przeciw samemu sobie, który nie potrafił sprostać ni Bogu, ni ludziom. Ale może to Bóg nie sprostał oczekiwaniom Menache-ma Mendla, cadyka z Kocka?
Dotykając świecznika, wykrzykiwał słowa o jakimś sądzie. Niektórzy usłyszeli okropne, bluźniercze słowa:
- Nie będzie sądu! Nie ma sędziego!
Wyrwawszy się wzburzonym chasydom, Menachem Mendel poszedł do swojej izby i zamknął za sobą drzwi na zawsze.
Wyrzeźbili tympanon zatem po TAMTYM piątku. Gdy więzień, który sam na siebie wydał wyrok dożywotniego, dwudziestoletniego odosobnienia, już nie mógł wiedzieć, co dzieje się w domu i co znaczy uporczywe stukanie młotka, dolatujące z dołu, znad narożnych, paradnych drzwi.
Dom - cd.
Czy aby na pewno w tej wieżyczce?
Zastanawia, że nie połączono jej żadnym przejściem z izbą na parterze. Należy wdrapać się na strych po zewnętrznej drabinie i górą przebyć kilkanaście metrów. Dzisiejsi mieszkańcy domu zapuszczają się na górę niechętnie. - Tam straszy. Wyraźnie słychać kroki i głos. U-huuu, u-huuu - słychać. Czasami są i słowa, tylko trudno wyrozumieć, bo po swojemu mówi. - A bicia zegara nie słychać? - Zegara nie, tylko kroki i głos: u-huuu.
Tak, to dziwne, że nie połączono wieżyczki z parterem. Czy nie dlatego, że jej mieszkaniec chciał być oddalony od domu, od mieszkańców, od reszty świata...
Co wieczora podawano mu jeden jedyny posiłek: talerz zupy. Chasydzi słyszeli szmery ze środka; mogły to być myszy, ale chasydzi mówili, że to dusze, które szukają u cadyka zbawienia.
Mówili też, że cadykowi wytrysnęło źródło, dzięki któremu przestrzegał obowiązku rytualnej kąpieli. Podobno była to woda ze źródła Miriam, które dawno temu, zamknięte w kamieniu, towarzyszyło Żydom w wędrówce przez pustynię.
Jeśli tak - jeśli tryskało źródło i zegar bił głosem narzeczonej, i dusze szukały zbawienia, to jasne, że Menachem Mendel mógł spędzić dwadzieścia lat w okrągłej wieżyczce.
Widok
Z trzech okien widać trzy strony świata - wschód, zachód i południe.
Widać także ulice Kocka.
Jedna z ulic prowadzi do spichlerza Apolonii Machczyńskiej. Do pałacu
Najpierw mija się ulicę urzędów - gminy i banku spółdzielczego. Następnie mija się bary, których otwarte drzwi odsłaniają brudną podłogę, mokre stoły i kwaśny odór piwa. Następnie mija się rynek: kilkunastu mężczyzn z widocznymi brakami w uzębieniu, jeszcze pijanych albo trzeźwiejących powoli, albo skacowanych po wytrzeźwieniu i rtiarzących o wypiciu klina. Mija się pusty cokół z napisem „Tadeusz Kościuszko" i dochodzi się do pałacu. W tym to pałacu, w którym przed ponad dwoma wiekami mieszkała księżna, a przed pół wiekiem mieściło się gestapo, dano ostatnią szansę Apolonii Machczyńskiej.
Cokół
Postanowili zbudować pomnik siedemdziesiąt lat temu, zaraz po pierwszej wojnie. W Kocku stacjonowała dywizja, którą osobiście dowodził pod Maciejowicami, w Kocku mieszkała księżna, która utrzymywała dywizję, i jest niemal pewne, że bywał tutaj niejednokrotnie.
Wzniesiono cokół, przybito napis: „Tadeusz Kościuszko", i wyrzeźbiono pomnik. Niestety, w drodze na ten cokół odpadła mu ręka. Pomnik zawrócono, ustawiono w pałacowej oranżerii i stał tam trzydzieści lat -z jedną ręką na piersi, z drugą uniesioną ku górze, lecz uniesione było tylko przedramię, bo ręka nie odnalazła się nigdy. Kiedy w październiku trzydziestego dziewiątego, po klęsce Kleeberga, pałac zajęli Niemcy, zatopili Kościuszkę w bagnie. Przeleżał kolejne trzydzieści lat. W rocznicę bitwy kockiej nałęczowscy rzeźbiarze wyciągnęli go linami i traktorem. -I patrz, pani, jaki tragizm - mówi Józef Mitura, przewodniczący Towarzystwa Przyjaciół Kocka, a zarazem dyrektor banku. - Nie tylko ręki nie miał. Nie było już i głowy. Skompletowali całość i znów powstał problem: w odzyskanej ręce Naczelnik powinien coś trzymać, ale co. Ogłosili w prasie: czy ktoś pamięta, co trzymał Kościuszko w ręce, zanim mu odpadła? Żadnego odzewu. Wobec tego włożyli mu w rękę szablę i przywieźli do Kocka. Wtedy dopiero pewna obywatelka przypomniała sobie o rulonie. Mógł to być tylko Uniwersał połaniecki. Zabrali Naczelnikowi szablę, dali rulon - i już mieli stawiać na cokole, gdy okazało się, że woda bagienna naruszyła konstrukcję i pomnik nie wytrzyma świeżego powietrza. Raz jeszcze go zawrócono, stoi w oranżerii do dziś, cokół na rynku jest pusty.
Szkoła
Jakieś dziesięć lat po decyzji wzniesienia pomnika postanowili zbudować szkołę. Pomnik był dla Kościuszki, szkoła miała nosić imię jego wiernego żołnierza Berka Joselewicza.
Powołano Komitet Obywatelski. Protektorat objął Józef Piłsudski, marszałek Polski, członkami byli: hrabia - właściciel dóbr kockich, dowódca pułku strzelców konnych, ksiądz prałat, rabin Kocka i inne znakomitości.
Nakładem komitetu ukazała się broszura na kredowanym papierze. Autor omówił na wstępie udział Żydów w powstaniu kościuszkowskim. „Gdy pożar ruchawki ogarnął Rzeczpospolitą, niby błysk pioruna przedarł się do zakamarków żydowskich i pchnął chałatowca przed ołta rze wielkiego rozbudzenia". Zacytował uwiadomienie Kościuszki o pu ku starozakonnym i odezwę pułkownika Joselewicza do współbraci: „Gdyby i my się nie doczekali tego, to dziatki nasze przecież mieszkać będą bezpiecznie i swobodnie i nie będą się tułały jak dzikie zwierzęta... Wieczny w niebie tego chce, już są tego znamiona". Przedstawił i dalsze losy Berka: obronę Pragi przed wojskami Suworowa, Legiony i ostatnią potyczkę: „Zawadził o Serokomlę i zabawiał się na plebanii spijaniem wiwatów", gdy doniesiono, że w pobliskim Kocku znajduje się austriacka konnica; wpadł na rynek, rąbał na prawo i lewo, ugodzony w głowę odmówił poddania i „ducha wyzionął posiekany niemal w kawały"2.
Na zakończenie broszury autor wezwał obywateli do hojności i podał numer konta PKO, na które należy wpłacać składki.
Szkoły nie zbudowano.
Jeden z członków komitetu, który popadł w poważne tarapaty finansowe, pożyczył sobie zebrane pieniądze i nie zwrócił. Siedział w więzieniu jakiś czas, później miał areszt domowy, później wybuchła wojna. Podczas wojny ukrywał u siebie Maniusię, niedoszłą uczennicę szkoły-pomnika i jej matkę, panią Zygielman. Mąż pani Zygielman był radnym miejskim i członkiem komitetu budowy, ona była wziętą krawcową, u której szyła sama hrabina. Nie wszystko, naturalnie, bo balowe kreacje sprowadzała od Hersego, ale sukienki na co dzień szyła hrabinie wyłącznie pani Zygielman.
Szkoły nie ma.
Uratowano dwie Żydówki.
A gdyby członek komitetu nie popadł w poważne kłopoty finansowe? Gdyby nie trapiło go później poczucie winy? Czy Maniusia i pani Zygielman przeżyłyby wojnę?
Może i lepiej, że szkoły nie ma.
Do grobu Berka Joselewicza
Pochowano go w polu, przy drodze.
Dziwne to: zginął w mieście, w którym były dwa cmentarze, żydowski i polski, a leży przy drodze polnej. Jedni mówią, że dlatego, bo nie chciał go nikt - dla Żydów był zbyt polski, dla Polaków pozostał Żydem. Inni, na odwrót, mówią, że chcieli go i jedni, i drudzy. Nie mogąc się pogodzić, usłuchali zagadkowej rady rabina: powierzyli sprawę wolom. Wóz z trumną zaprzęgli w dwie pary wołów i patrzyli, w stronę którego cmentarza powiozą. Nie ruszyły do żadnego cmentarza, tylko na Białobrzegi. Żałobnicy za nimi, ciekawi, jak daleko przyjdzie im iść, na szczęście w połowie drogi, przy wzgórzu, zwierzęta stanęły. Zdjęto z wozu trumnę, wykopano grób i pochowano pułkownika.
W setną rocznicę śmierci hrabia ufundował mu kopiec, kamień nagrobny i inskrypcję, kończącą się słowami: „Nie szacherką, nie kwaterką, lecz się krwią dorobił sławy. W setną rocznicę zgonu 1909".
Józef Mitura mija kopiec codziennie w drodze do pracy. Zobaczył kiedyś gromadkę dzieci, jedna z dziewczynek na widok grobu przeżegnała się, koleżanki zaczęły się śmiać - „Co ty, przed Żydem się żegnasz?" - i speszona dziewczynka zawróciła, próbując się „odżegnać", unieważnić poprzedni gest. Drobne to zdarzenie sprawiło, że Józef Mitura zaczął się opiekować grobem. Ufundował ogrodzenie, żeby krowy nie pasły się na Berku, a każdego roku, w Zaduszki, wracając z cmentarza od swoich, zapala na kopcu znicz i salutuje, oddając pułkownikowi honory wojskowe.
Pisarz Józef Opatoszu, który urodził się w Mławie, wyjechał do Ameryki i uważany jest za klasyka żydowskiej powieści, umieści! akcję najgłośniejszej swojej książki pt. W polskich lasach - w Kocku. Jej bohaterem jest młodzieniec niefortunnie zakochany, więc wysłany przez ojca na naukę do kockiego cadyka. Droga jest długa. W karczmie przydrożnej spotyka młodego szynkarza, który w gorączkowym uniesieniu dowodzi, że suma kątów w trójkącie może być mniejsza niż 180 stopni (bo były to cza-sy, gdy młodzi karczmarze pisali po nocach dzieła, obalające system Euklidesa). Przy wjeździe do miasta spotyka z kolei starca z kosturem, weterana starozakonnego pułku. - „Pomnę... - opowiada starzec - nocka była jasna, gwiazdy leżały gęsto obsypane jak ospa wietrzna... Siedzieli-my przy ogniskach, gawędzili, odmawiali kawałki modlitwy i inne strofki żydowskie", a rano (walki na Pradze wypadły w święto Jom Kipur, ale rabin dał pułkowi dyspensę) rozpętała się bitwa. „Powietrze gorzało, ogień ział i ział... Berek biegł z jednego okopu do drugiego, trzy konie w ten ranek pod nim padły, a co raz jak krzyknął pal - harmaty huknęły... Biliśmy się o każdą piędź ziemi, a krew się lala jak woda..."3.
Stary wiarus - ogniska nocą - trzy konie - piędź ziemi... Magiczny świat polskiego romantyzmu, który żydowski pisarz zabrał ze sobą z Mławy i Kocka do Nowego Jorku.
- Nie była to sielanka, nasze wspólne życie na tej ziemi - mówi Józef Mitura - ale wszystko jedno, tak długo żyliśmy razem, a tu, patrzę, cmentarz zaorany.
Ma na myśli żydowski cmentarz, potocznie zwany kirkutem, który pewnego dnia starannie zaorano i zasadzono drzewa.
Po tym zdarzeniu pozostały w Kocku dwa groby żydowskie: Menache-ma Mendla, cadyka, i Berka Joselewicza, pułkownika Wojsk Polskich.
Cadyka - bo był to murowany grób i traktor nie dał rady reszcie cegły.
Pułkownika - bo sto osiemdziesiąt lat temu woły, ku zdumieniu żałobników, nie chciały pójść na żydowski cmentarz; bo poszły drogą polną; bo postanowiły uchronić Berka przed zaoraniem.
Do Woli Gutowskiej
Jedzie się przez Serokomlę. W której Berek siedział na plebanii, spijając wiwaty. W której w październiku w trzydziestym dziewiątym Polacy wzięli do niewoli kilkudziesięciu Niemców, ale już nie mieli co z nimi zrobić, wyprowadzili więc na radzyńską szosę, dali papierosy i rozkazali maszerować na wschód: do swoich, do bolszewików.
Jedzie się przez ziemie, na których miejscowości noszą nazwy -Krzywda, Ofiara, Samoklęski... Na których wszystko działo się po raz ostatni.
Tutaj nigdy nie było początków. Tu były końce.
Tutaj walczył po raz ostatni Berek Joselewicz.
Tutaj walczył po raz ostatni generał „Kruk", bohater powstania styczniowego.
Tutaj walczył po raz ostatni generał Kleeberg.
Jakby wybierali sobie te miejsca i z daleka przyjeżdżali specjalnie po to: by przegrać. Jakby ta ziemia do niczego innego niż klęska i śmierć już się nie nadawała.
Wciśnięta między Niemców i Rosjan, między Kock, Wolę, Krzywdę i Ofiarę, tu właśnie w trzydziestym dziewiątym roku dogasała wolna Polska.
I jeszcze raz się zakończyła, i znowu tutaj: w lipcu, w czterdziestym czwartym. Dwa dni po tym, jak Kock wyzwoliła wołyńska dywizja AK. Były flagi i kwiaty, i wolność, a po dwóch dniach z Lasów Parczewskich przyszli komunistyczni partyzanci. Rozbroili akowców. Wolność się skończyła.
W ogóle początków nie było. Były końce.
Fatum jakie, czy co?
Do Woli Gutowskiej - cd.
Najcięższe walki, w trzydziestym dziewiątym roku, toczyły się w październiku, w lasach, w okolicach cmentarza i kościoła Woli Gułowskiej. -Tylko deski trumien, kości nieboszczyków i grudy ziemi w górę leciały -a teraz jest wiosenna, senna cisza. Listę nazwisk nad zbiorową mogiłą otwiera Bartula Michał, major, gdzieś przy końcu, bo na „W", jest Wilski Tytus, porucznik, obaj znani z opowiadania kleeberczyka Mariana Brandysa. Bartula był ponury, Wilski piękny, żołnierz przy studni, z hełmem w rękach - bardzo młody... Żołnierzyk - mówi o nim Brandys.
Kościół zdobyli rano. Po zwycięstwie rozsiedli się na placyku. Pośrodku, przy studni, ów żołnierzyk pił wodę z hełmu. Nagle z wieży kościelnej bluznął ogień, żołnierzyk nie dopił i upadł; kiedy pośpiesznie kierowali cekaemy w stronę strzałów, usłyszeli wołanie z wieży: „Nie strzelać, to my, szósta kompania...". Szósta kompania popełniła bowiem drobny błąd w trudnej sztuce nastawiania celowników.
Kościół jest, wieża jest, studnia stoi: z korbą, z zardzewiałym łańcuchem, z drewnianym daszkiem, przekrzywionym, jak na biednym, żydowskim domu - i nikogo dookoła, żadnych przegranych, żadnych zwycięzców.
Dowództwo Kleeberga kwaterowało niedaleko stąd, w zabudowaniach Tymoteusza Karczmarza. Gospodarz pokazuje, gdzie byli żołnierze, gdzie generał, gdzie broń, ale czyni to z roztargnieniem. Bardziej interesuje go teraźniejszość, mianowicie - urynkowienie rolnictwa. Co zagwarantują? Za ile? - Jaki tam rynek, pani. Wszystko i tak będzie, jak chce rząd, a każdy rząd patrzy tylko, żeby samemu sobie tyłek wyzłocić.
Kleeberg podpisał kapitulację po południu, wkrótce potem batalion, w którym służył Marian Brandys, wyruszył do niewoli. W połowie drogi wydano komendę: - Baczność, na lewo patrz - i rozeszła się pogłoska, że polski generał razem z generałem niemieckim odbiorą defiladę.
„Komenda zbliżała się do nas. Jeszcze sto metrów... jeszcze pięćdziesiąt... już!
Nie było tam niemieckiego generała. Na skraju lasu stał prosty krzyż nad świeżo usypaną mogiłą. Na mogile leżała majorska czapka.
W śmiertelnej ciszy, wybijając równy krok, batalion majora Bartuli defilował po raz ostatni przed swym dowódcą.
I właśnie wtedy, w skupioną ciszę leśną wdarł się nowy, nieznany hałas... od którego zamarły serca. Przypominało to głos drewnianej kołatki, którą w dzieciństwie wypłaszano nas wieczorami z parków miejskich, kiedy zbyt długo przeciągała się nasza zabawa w wojsko.
Na niemieckim punkcie kontrolnym jeńcy polscy rzucali karabiny na stos. Nasza dziwna zabawa była skończona"*.
Spichlerz
Apolonia Machczyńska (po mężu Świątek, do końca nazywana przez obcych Machczyńską, a w rodzinie Połą) była prawnuczką powstańców styczniowych. W Kocku i w pobliskich Plebankach mieli gospodarstwo, które nazywali majątkiem. W Kocku, w jednym z pomieszczeń gospodarczych, Apolonia Machczyńska, matka trojga dzieci, ukrywała dwudziestu pięciu Żydów. Mieszkali u niej od pierwszych dni listopada 1942 do końca stycznia. Dwudziestego szóstego stycznia, w niedzielę, zaraz po sumie, dzieci wychodzące z kościoła zauważyły dym nad jakąś ziemianką. Zawiadomiły Niemców. W ziemiance znaleziono kobietę, Żydówkę, z czwórką dzieci. Niemcy powiedzieli kobiecie, że darują życie dzieciom, jeśli powie, gdzie ukrywają się inni Żydzi. Kobieta uwierzyła Niemcom. Powiedziała: U Machczyńskiej. Niemcy postawili Machczyńską pod ścianą i szykowali broń, gdy wbiegła sąsiadka z krzykiem, że nie tutaj, że trzeba dalej iść, była to bowiem inna Machczyńska, stryjeczna siostra Apolonii. Niemcy pobiegli do właściwej Machczyńskiej i otworzyli spichlerz.
Najpierw zastrzelili dwudziestu czterech Żydów - dwudziesty piąty, imieniem Icek, wnuk starego Zakalika, właściciela młyna, miał mauzera i ostrzeliwując się, dopadł lasu. Wyłaniał się z tego lasu co pewien czas i strzelał do ludzi, o których mówiło się, że zabijają albo denuncjują Żydów.
Marian Brandys, O królach i kapuście, Warszawa 1964.
Po dwudziestu czterech Żydach przyszła kolej na Apolonię Machczyń-ską, która uciekła do Plebanek, a po powrocie z Plebanek Niemcy przypomnieli sobie o Żydówce z dziećmi, którym obiecali życie. I w tej sprawie zdania są podzielone. Jedni mówią, że Żydówkę z dziećmi zastrzelili od razu po dwudziestu czterech i dopiero pojechali, inni - że wrócili i dopiero sobie przypomnieli o Żydówce.
Między znalezieniem Żydówki i Plebankami upłynęło kilka godzin. W tym czasie Apolonia Machczyńska, ostrzeżona przez znajomego Niemca z pałacu, szukała kryjówki dla swoich dzieci. Chodziła od domu do domu, ale nikt ich nie przyjął. Chodziła powoli, z opuszczoną głową, z rozwiązanym sznurowadłem w jednym bucie i to sznurowadło wlokło się za nią po śniegu. Kiedy zrozumiała, że nie ma dokąd pójść, pojechała z dziećmi saniami do Plebanek. Mieli tam las i drewniany dom, w którym spędzali wakacje. Nie próbowała się schować. Weszła do domu. Mimo zimna zdjęła sukienkę i buty. Przebrała się w nocną koszulę i położyła się do łóżka. Dzieci bawiły się przed domem śnieżkami. Po kilku godzinach przyjechały dwie pary sań. Na jednych siedzieli Niemcy, na drugich trzej Żydzi pod konwojem, czwarty Żyd był wleczony za saniami na powrozie. Apolonię Machczyńską i jej troje dzieci postawiono pod ścianą. Ściślej - postawiono Apolonię Machczyńską i dwóch synów, z których starszy miał siedem, a młodszy pięć lat; roczną córkę trzymała pod tą ścianą piastunka. Nie jest jasne, dlaczego córki nie trzymała Apolonia Machczyńska, może dlatego, że już nie miała sił. Nie jest również jasne, dlaczego Niemcy zmienili zamiar i nie zastrzelili dzieci. Zostawili je w Plebankach, a Apolonii Machczyńskiej kazali wejść na sanie. Na te z trzema Żydami - czwartego, przywiązanego, który już nie żył, odcięto od powroza i też zostawiono. Przyjechali na Kolonię Annopolską. Za stodołą Czarnoty trzej Żydzi wykopali grób dla siebie i dla Apolonii Machczyńskiej.
Po sumie
Tego dnia był śnieg.
W śniegu myła ręce kobieta, którą znaleziono w ziemiance. Umyła najpierw sobie, potem dzieciom, a ludzie stali dookoła i patrzyli. Musiał to być dziwny widok: Żydówka, myjąca ręce w śniegu, na rynku, w biały
W śniegu grzęzły sanie, którymi jechała do Plebanek Apolonia Mach-czyńska ze swoimi dziećmi. Starszy syn zapamiętał, że śnieg sięgał koniom po kolana.
Śniegiem bawiły się dzieci Apolonii Machczyńskiej.
Na śniegu, koło spichlerza, siedziała dziewczynka. Miała jakieś dziesięć lat. Dookoła trwała strzelanina. Niektórzy uciekali przez pola w stronę szosy, inni już leżeli wśród zabudowań - z początku Niemcy strzelali z pistoletów, potem przynieśli karabin maszynowy i pociągnęli serią, ale dziewczynka nie zwracała na to wszystko żadnej uwagi. Siedziała spokojnie, lekko unosząc ramiona, jakby osłaniając się od huku. Kiedy Niemcy wrócili z pola, jeden zauważył dziewczynkę. Wyjął rewolwer. Strzelił jej w tył głowy. Ona siedziała dalej, tylko włosy uniosły się od podmuchu -tak frunęły jej te włosy - tak wiuuu - Żydzi leżeli dookoła, a ona siedziała dalej; jakby nigdy nic, tylko się jeszcze trochę skuliła w sobie i tylko jej te czarne włosy tak wiuuu, tak---
Przez śnieg biegli Żydzi, a potem leżeli, na całej szerokości pola, od spichlerza do szosy. Najpierw leżeli w ubraniach, a kiedy Niemcy odjechali, przyszli ludzie i zdjęli z nich ubrania i buty, i Żydzi leżeli nadzy. A kiedy odeszli ludzie z butami i ubraniami, przyszli okoliczni chłopcy i zaczęli te ciała ustawiać. Po dwa, po trzy, w różnych pozach one były, jak kto padł, więc jedne opierały się o drugie jak snopy. Dwadzieścia cztery trupy, więc stało tych snopów z siedem, z osiem, na całym polu. Jak posągi stały, nagie i sztywne, białe posągi na białym polu, przez noc, a rano przyjechali Niemcy i kazali rzucić na furmankę i wywieźć na kirkut.
- Jedną nogą stoję w niebie, a drugą w najgłębszych otchłaniach piekieł. Niech wam się nie zdaje, że to jest łatwe - powiedział przed śmiercią Menachem Mendel, cadyk z Kocka.
Spichlerz - cd.
Z dziesięciobocznej wieżyczki widać początek ulicy Polnej.
Ulicą tą, piątego listopada 1942, wieziono kockich Żydów na stację kolejową do Bedlna. Jechali furmankami. Przed wojną mieszkało w Kocku dwa tysiące dwustu czternastu Żydów, dwudziestu pięciu było w spichlerzu, niektórzy ukrywali się w okolicy, furmankami trzeba było przewieźć około dwóch tysięcy. Na furmankę wchodzi dwadzieścia osób - a jeszcze plecaki, poduszki, jakaś miska, jakiś garnek... Musiało być ze sto tych furmanek. Jechały od świtu do późnego popołudnia. Jechały Polną, mijały po prawej stronie dom cadyka, potem młyn Zakalików, potem po lewej stronie spichlerz Machczyńskich, potem pole za spichlerzem, potem dojeżdżały do szosy radzyńskiej i skręcały w prawo. Z Bedlna jechali koccy Żydzi wagonami towarowymi do Treblinki.
Dzień wcześniej, czwartego listopada, Apolonia Machczyńska przyszła do rodziców młodej dziewczyny, Rywki Blatt. Zaproponowała jej schronienie w Warszawie u swoich teściów. „Stwierdziła, że nie jestem podobna do Żydówki i byłby grzech dać mi zginąć - pisała Rywka Blatt do syna Apolonii Machczyńskiej, Sławomira Świątka. Pan sobie tych czasów nie przypomina, ale mogę pana zapewnić, że takie słowa wtenczas z ust Polaka rzadko słyszano. Byłam pewna, że za to mam zapłacić i takie zapłaty były związane z ogromnymi sumami, a ja nawet małej sumy nie miałam. Mama się roześmiała i mówiła: przecież nie mówiliśmy o pieniądzach".
Apolonia Machczyńska dała Rywce Blatt aryjskie dokumenty, z którymi ta wyjechała do Warszawy, a później na roboty do Niemiec. „Babcia pana przyrzekła się za mnie modlić i codziennie zmówić za mnie różaniec. Raz, gdy byłam w bardzo złym położeniu, nawet pisałam do babci odkrytkę i prosiłam, żeby się za mnie modliła..." - pisała Rywka Blatt z Izraela do syna Apolonii Machczyńskiej.
Dom - cd.
Idąc do miasta, Apolonia Machczyńska mijała dom z dziesięcioboczną wieżyczką. Wiedziała, że mieszka w nim rabin - wszyscy wiedzieli.
Rabin Josef Morgensztern byl prawnukiem Menachema Mendla, cadyka.
Czy Apolonia Machczyńska znała to imię: Menachem Mendel? Myślę, że nie. Myślę, że cały ten narożny, drewniany dom nie zaprzątał jej uwagi aż do dnia, w którym usłyszała głośny trzask. Nie potrafiła go zidentyfikować - wtedy nikt jeszcze nie znał odgłosu spadającej bomby. Usłyszała trzask, potem krzyk, potem schowała się razem z innymi w krzakach na cmentarzu. Kiedy wróciła, wszyscy już wiedzieli: bomba spadła na schron rabina.
Schron zbudowano za domem, między drzewami.
Z ulicy, nad ogrodzeniem, widać było gałęzie drzew rosnących u rabina: grusze, śliwy, jabłonie - te dawne jabłonie, prawdziwe. Widać było papierówki, kronselki, kosztele... Dziewiątego września papierówek już nie było na drzewach, ale kosztele tak, i kronselka, chyba że ją zdjęli wcześniej, jeszcze zieloną, na wino.
Na gałęziach tych drzew, wśród jeszcze niezebranych i niestrąconych wybuchem owoców, wisiały strzępy ubrań i ciał rabina i jego krewnych, rozerwanych pierwszą bombą, zrzuconą na Kock.
Los rabina wydawał się ludziom straszny, ale nie był straszny, był wspaniały. Rabin zginął nie w komorze gazowej, bez męczarni, w otoczeniu rodziny, wśród drzew...
Przed dom z wieżyczką zajeżdżają autokary biur podróży, warszawskie taksówki i samochody z zagranicznymi numerami. Z autokarów wybiegają dżinsowi chłopcy w jarmułkach i dziewczyny z czarnymi włosami, z samochodów wysiadają poważni, brodaci panowie. Rzadko wchodzą do środka. Rozglądają się, ich polscy kierowcy pytają lokatorów, czy nie ma kto starych, żydowskich książek i jak czerpie się wodę z ulicznej studzienki. Rozmawiają między sobą w dziwnym języku i jadą dalej.
Któregoś dnia przed domem pojawia się starzec. Niskiego wzrostu, z gęstą, siwą brodą, w staroświeckiej, atłasowej kapocie, w białych pończochach. Mieszkańcy już i chasydów widywali, więc się nie dziwią, zastanawia ich tylko fatalny stan ubrania. Atłas jest przetarty i wystrzępiony, pończochy brudne, w dodatku nigdzie nie widać samochodu.
Starzec rozgląda się... W podwórzu - na którym nie ma już śladu owocowych drzew, ani dawnych, prawdziwych, ani dzisiejszych - przy długim stole stoją mężczyźni; pochyleni nad drewnianymi korytkami formują cementową cegłę.
- Pan szanowny nie mieszka w Polsce... - zagaduje najstarszy.
- Mieszkam wszędzie, gdzie mnie wpuszczą - odpowiada gość niezłą polszczyzną.
Mężczyzna słucha ze zrozumieniem. Jest kierownikiem miejskiego kina, w tym tygodniu wyświetla wprawdzie Supermana, a w zeszłym Harakiri, ale oglądał w telewizji Skrzypka na dachu i wie, że starzy Żydzi lubili wygłaszać filozoficzne kawałki.
Człowiek w kapocie dotyka ścian. Patrzy na dach, który w Święto Szałasów można unieść brzozowymi podciągami...
- Panie starszy - kierownik kina podchodzi bliżej i zniża głos. - Pan czegoś szuka, prawda? Czy pan przypadkiem nie szuka gwoździ?
Starzec nie rozumie.
- Ze złota - mruga porozumiewawczo kierownik kina, który nie daje się zwieść pozorom wystrzępionego chałata. - Wie pan przecież. Une porobiły gwoździe ze złota, powbijały w deski, pobieliły. Une cwaniaki były, ho, ho. Tylko gdzie? Gdzie mogły wbić, jak pan myśli?
- Gwoździe ze złota... - powtarza w zadumie starzec. - Kiedy Jechiel Meir, rabin z Gostynina, wygrał główny los na loterii i przybiegł się pochwalić, powiedziałem mu: „Nie ma w tym mojej winy...". Rabbi Jechiel natychmiast wrócił do domu i rozdał pieniądze między biednych... Nie ma mojej winy w gwoździach ze złota...
- Nie, to nie - mówi kierownik kina i wraca do cegły.
Gość chce wiedzieć, kto mieszka w wieżyczce. Tłumaczą mu, że w domu mieszka siedem rodzin i podzielili się wszystkim: trzema wychodkami w podwórku, komórkami, strychem, a wieżyczka przypadła lokatorom z narożnego wejścia.
W narożnym, zagraconym pokoju siedzi młoda, znerwicowana kobieta. Przygląda się kaftanowi i pończochom. Wszystkim, którzy wysiadają z aut, bacznie się przygląda. Ostatnia wycieczka nie interesowała jej: obchodziła ich kuchnia kaflowa i trzeba im było pokazać, gdzie popiół, gdzie szyber, gdzie ruszt. Specjalnie dla nich podpaliła szczapki, a oni wsiedli do autokaru, nim jeszcze ogień dogasł. Dzisiaj starzec. Ten? Na niego to czekają?
Siedem rodzin z domu cadyka czeka na Żyda. Przyjedzie Żyd pewnego dnia, a jeszcze lepiej - przyjadą Żydzi, zbudują blok, każdej rodzinie dadzą mieszkanie, a w starym domu zrobią swojemu sławnemu cadykowi muzeum. Albo inaczej: przyjadą Żydzi, dadzą pieniądze, a każda rodzina pobuduje sobie domek oddzielny i na własność. Ona, załóżmy, pobudowałaby mężowi, sobie i dziecku, a teściowej musieliby Żydzi pobudować osobno. Teściowa już by rano nie wyjmowała z kuchni jej drewienek, tak zapobiegliwie ułożonych z wieczora na rozpałkę, nie odsuwałaby z fajerek jej garnka z kapustą na bigos, nie wkładałaby swoich drewienek... Gdyby tylko przyjechali ci Żydzi i dali pieniądze, i zrobili wreszcie muzeum swojemu cadykowi.
Niestety, człowiek w wytartej kapocie, w brudnych pończochach, który się tu dostał nie wiadomo jak, bo żadnego zachodniego auta przed domem nie widać - może nawet pekaesem przyjechał - nie, ten człowiek nie wygląda na Żyda, na którego czekają.
- Nasz nauczyciel poszedł kiedyś z nami do lasu - mówi stary człowiek i z fałd kaftana wyjmuje fajkę. - Podniósł ziarno piasku, przyjrzał mu się i odłożył na miejsce. „Kto nie wierzy, że Bóg chce, aby to ziarenko piasku tutaj właśnie leżało, ten nie ma w sobie wiary", powiedział nasz nauczyciel.
- No właśnie - podchwytuje kobieta. - Ziarno piasku. A cóż dopiero drewienka na rozpałkę.
Stary człowiek skinieniem potwierdza, że trafnie go zrozumiano, wypuszcza kłąb fajczanego dymu i kobieta uprzytamnia sobie, że wcale nie opowiadała dziwnemu Żydowi o drewienkach...
Krzesła
Na przedłużeniu ulicy Polnej, jeszcze widocznym z wieżyczki, stoją parterowe, drewniane domy. Z ulicy wchodzi się do dawnego sklepu, przerobionego na kuchnię. W głębi jest pokój, za zasłonką miska i wiadro. Wszystko jest przemieszane: wersalka, lodówka, telewizor, zabawki, łóżko dziecięce, ze dwa składane łóżka, które się rozstawia na noc... Jak mogło to się WTEDY pomieścić? Lodówek i telewizorów nie było, za to meble większe, liczniejsze rodziny, no i sklep, który zajmował frontową izbę. Bławatny sklep był Cyrli, z lodami - Rota, z lemoniadą - Marchewki, z artykułami kolonialnymi - Nojlicha...
Lód do lodziarni brało się zimą z Tyśmienicy - przesypany trocinami leżał do września. Pierwsze lody robiło się trzeciego maja, w rocznicę Konstytucji, ostatnie dwudziestego dziewiątego września, na świętego Michała, na odpust. Prąd szedł od Zakalika. Miejskiej elektrowni Kock nie miał, elektryczność brało się z młynów: od Zakalika i od hrabiego Żółtowskiego. Płaciło się od żarówki, bez licznika, tylko któryś z synów Zakalika wpadał czasami sprawdzić: zgłoszona czterdziestka się pali czy sześćdziesiątka, nielegalnie.
Zakalikowie ukryli się w spichrzu Apolonii Machczyńskiej i zginęli na polu (z wyjątkiem Icka, wnuka, który miał mauzera i nie wiadomo - zginął czy może żyje gdzieś), Cyrla zginęła w Treblince, normalnie. Rot też zginął, ale Rotówna przeżyła i po wojnie zgłosiła się po należność za zajęty dom. Wręczono jej część pieniędzy, resztę miała odebrać później, ktoś odwiózł ją z pieniędzmi do pociągu i słuch po Rotównie zaginął.
Nojlich też wrócił, razem z kolegą. Spytał człowieka, który zajął jego dom, czy chce zapłacić i zostać; bo jeśli nie, to on, Nojlich, poszuka sobie innego kupca. Człowiek, który zajął dom, odparł, że się zastanowi. Nojlich z kolegą powiedzieli, że wrócą nazajutrz i poszli na wieś. Nie wrócili nigdy. Człowiek, który zajął dom, mieszkał w nim aż do śmierci, a im starszy był, tym częściej wracał do dawnej historii. Wystawiał krzesło przed dom, obok wystawiała krzesło sąsiadka, siadali po południu i rozmawiali aż do wiadomości telewizyjnych.
- Przygotowałem pieniądze, chciałem dać, a on nie przyszedł. Wyjechał? Tak bez pieniędzy?
Sąsiadka była zdania, że Nojlich bez pieniędzy nie wyjechałby.
- No właśnie - mówił człowiek, który zajął dom. - To co się z nim stało?
Z mieszkania dochodził sygnał dziennika, przerywali rozmowę i zabierali krzesła, a nazajutrz, jeśli było ciepło, wystawiali znowu.
- Nie mogłem spać przez ten wiatr... - mówił mężczyzna. - Wie pani, co sobie myślałem? Ze im na tej wsi coś chyba zrobili.
- Ale dlaczego? - pytała sąsiadka.
- No właśnie.
- Żebym choć wiedział, gdzie leżą - zaczynał innego dnia, kiedy nad Kockiem przesuwał się front atmosferyczny - poszedłbym, kwiatek bym położył...
Jednego roku człowieka, który zajął dom, spotkało nieszczęście. Córka, która przyjechała do rodziców na swoje imieniny, na Zofii, zginęła w wypadku. Maj był, pogoda piękna, samochód nagle zarzucił i dziewczyna zginęła. Ona jedna, inni wyszli z wypadku niedraśnięci.
Ludzie opowiadali, że nosiła wtedy dwa pierścionki. Oba złote, na każdej ręce po jednym. Piękne, duże - mówili ludzie. - Ojciec musiał jej dać na imieniny. Dwa złote pierścionki, z niedzisiejszego złota.
Nie jestem pewna, czy historia, którą powtarzam, jest prawdziwa.
Czy to możliwe, by Wielki Scenarzysta ułożył aż tak kiczowatą historię?
Próbuję sobie wyobrazić te sceny.
Uliczka małego miasta, typowego sztetł, które budzi odrazę w postępowych Żydach na całym świecie...
Drewniane, parterowe domy...
Dwa krzesła...
Niewidoczna stąd stoi bóżnica na ulicy Radzyńskiej, w której polscy chłopcy wybijają szyby dla żartu...
Próbuję sobie wyobrazić całkiem współczesne sceny: z anteną na dachu, z sygnałem dziennika, dolatującym z mieszkania, i z dwojgiem starych ludzi, pośpiesznie zabierających z ulicy krzesła, więc jaka bóżnica? Bóżnicy nie ma. Niemcy spalili ją, a potem zawieźli resztę cegły do pałacu, pookładali klomby i wyłożyli dziedziniec.
Próbuję sobie wyobrazić współczesne sceny, więc dlaczego nad jednym ze sklepów wisi szyld: „Art. bławatne Cyrla Opelman"? I skąd przed sklepem te dzieci, dziesięcioletnia dziewczynka z bardzo czarnymi włosami i młodszy od niej, blady, pejsaty chłopczyk...?
W dodatku sklep Cyrli Opelman mija właśnie zaaferowany Salomon Nojlich, wracający do domu. Cyrla Opelman woła: - Dzień dobry, panie Nojlich - albo - znacznie prościej - Salek! Jak się masz! Albo mówi po żydowsku, że dostała z Lublina cudny materiał, białe grochy na granatowym tle, w sam raz na letnią sukienkę dla pani Nojlichowej... Ale Salomon Nojlich już nie słyszy babskiej gadaniny Cyrli. Zbliża się do swoich drzwi, do swojego własnego domu, zbudowanego przez jego ojca, błogosławionej pamięci Mosze Majera Nojlicha, i z ogromnym zdumieniem widzi przed domem dwa krzesła. Na jednym siedzi mężczyzna w czarnym ubraniu, oparty rękami o laskę, na ^rugim kobieta, trzymająca nogi, rozdęte żylakami, na niskim stołeczku, i ten mężczyzna opowiada kobiecie o jakiejś córce. Ze studiowała komputery. Ze brakowało jej jednego egzaminu do końca. I że ludzkie gadanie o pierścionkach jest podłe, bo pierścionki były przywiezione ze Lwowa, pociągiem przyjaźni. Na co kobieta zauważa, że pierścionki z pociągu przyjaźni są jednak zupełnie inne - cieńsze, z dzisiejszego złota...
- Dwadzieścia cztery lata - płacze mężczyzna. - Jeden, jedyny egzamin...
- Nebech - wzdycha ze współczuciem Salomon Nojlich. - Biedactwo.
Mężczyzna podnosi na niego wzrok.
- To pan, panie Nojlich? Gdzie się pan tak długo podziewał? To chce pan kupić ode mnie ten dom? Bo jak nie, to ja sobie znajdę innego kupca...
Dom - cd.
Heszel Klepfisz urodził się w Żyrardowie, podczas wojny był rabinem w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Stracił w Polsce rodziców, żonę i rodzeństwo. Po wojnie zamieszkał w Panamie, został profesorem uniwersytetu i pisał o chasydyzmie.
W jednym z esejów4 opowiedział, jak skończyła się dla niego wojna.
Z armią amerykańską wszedł do Bergen-Belsen.
Zobaczył stosy niepogrzebanych ciał. Z garstką ocalałych Żydów spędził piątkowy wieczór, pierwszy szabas po drugiej wojnie światowej. Przez cały szabasowy wieczór rozmawiali o Menachemie Mendlu. Potem śpiewali pieśń kockich chasydów z dziwnym refrenem: „Jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze nie... Jeszcze jesteśmy u stóp góry, jeszcze jej nie zdobyliśmy... Jeszcze żeśmy się nie modlili, jeszcze nie dopełniło się... Jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze nie...".
„Ziemski, żydowski Kock przestał istnieć - napisał Heszel Klepfisz. -Bergen-Belsen stał się dla nas pewnością, że duch Kocka będzie nam towarzyszył w wędrówce przez wieki".
Bergen-Belsen... Szabas... Kock... Taki to epilog wymyślił Wielki Scenarzysta. Mógłby się więc zgodzić na jeden jeszcze, niewielki i - na ile w cudach jest to możliwe - całkiem logiczny cud.
Stary Żyd w wytartym atłasowym kaftanie bierze od kobiety z narożnego mieszkania klucz do wieżyczki i wdrapuje się po drabinie na strych. (Na strych! W tym kaftanie, który przydeptuje od razu na pierwszym szczeblu). Pan Tadzio, który mieszka w izbie pod dachem podnoszonym w Święto Szałasów, sam, chwiejąc się lekko, przytrzymuje mu drabinę.
- Nie chcę ci już, człowieku, dodawać smutku - mówi pan Tadzio do starca, pokonującego drugi szczebel - ale ja pochowałem żonę, jakbyś przyszedł innego dnia, to byśmy porozmawiali, ale nie dziś, czwarty dzień jak mi umarła, przez okno zobaczyłem cię i myślę sobie - to jest ktoś, kto chce wiedzieć, to wiedz, że mój ojciec we młynie robił, u Zakalików, i najlepszy był przyjaciel Icka w całym mieście, Icek był od elektryki, a mój ojciec od stolarki, a potem Zakaliki, no ile, no parę metrów stąd, w spichrzu, i tylko Icek, bo miał mauzera, najlepszy przyjaciel ojca w całym mieście; przykre to są sprawy i nie chcę ci już tego smutku dodawać, żyj sobie, mój kochany, ze sto osiemdziesiąt lat...
Starzec wyjmuje z kaftana brudną, pogniecioną chustkę. Strzepuje lekko - wysypują się z niej okruchy tytoniu - i podsuwa panu Tadziowi, żeby otarł łzy. Po ojcu? po żonie? po Icku Zakaliku? Następnie, nie oglądając się, wchodzi na górę.
Otwiera drzwi wieżyczki.
Staje przy oknie, przy tym, którego nikt nie uchylił, tylko ma szybę wybitą, wyjmuje z kaftana fajkę, ubija tytoń i wypuszcza pierwszą smużkę dymu. Uśmiecha się na myśl, że ktoś porównywał te wątłe smużki do dymu ofiary całopalnej, unoszącego się dniem i nocą ku posępnemu koc-kiemu niebu. Niebo nie jest wcale posępne. Jest błękitne, świeci na nim ciepłe, wiosenne słońce.
Z głębi ulicy nadchodzi kobieta. Słońce ma za plecami, twarz nieczytelną, opuściła głowę, jakby była zamyślona, zmęczona albo senna.
- Zarzucają mi, że milczę - mówi starzec. - A przecież milczenie może być najgłośniejszym krzykiem świata.
Mówi to w słoneczną przestrzeń, w stronę nadchodzącej, ale ona mija narożny dom, nie słysząc i nie podnosząc oczu. Starzec widzi teraz jej rude, splątane włosy i jej ciężarny brzuch, na którym nie dopina się stare, zimowe palto.
- Zarzucają mi, że jestem złamanym człowiekiem, a przecież nic nie jest bardziej całe niż złamane żydowskie serce - mówi do jej pleców, do jej bezwładnych, samotnych rąk, do rozwiązanego sznurowadła, które się za nią wlecze po ulicy.
Taniec na cudzym weselu
Druga matka
1.
Oto co wiemy na pewno:
dziewczyna była Niemką i miała na imię Gretchen;
mieszkała w małym, malowniczym miasteczku, nad jeziorem, niedaleko Grunbergu, Zielonej Góry;
miasteczko zostało zdobyte przez Armię Czerwoną w styczniu 1945; we wrześniu 1945 Gretchen urodziła córkę, którą nazwała Margarethe; dziecko było owocem gwałtu, popełnionego na Gretchen przez zwycięską armię;
dwa lata później Gretchen urodziła drugą córkę;
Gretchen i starsza dziewczynka wyjechały do Niemiec;
młodszą zostawiono w miasteczku;
młodsza córka Gretchen miała wtedy cztery miesiące i obustronne zapalenie płuc;
wychowało ją bezdzietne małżeństwo zza Buga;
i tyle wiemy, reszta jest domysłem.
2.
Jak wyglądała Gretchen?
Z dzisiejszej fotografii sądząc, była ładna, choć niewysoka i drobna. Płot, przy którym stoi, sięga jej do piersi, a jest to niski płot, sądząc po irysach, rosnących w ogródku.
Fotografia przedstawia starszą panią z miłym uśmiechem i z jasnymi włosami, Gretchen była zatem blondynką.
Chyba że włosy starszej pani są farbowane, ale raczej nie, bo i oczy są jasne.
Jakie oczy miała Gretchen?
Niebieskie? Szare? Młodsza córka nie pamięta koloru oczu starszej pani, bo kiedy zobaczyła ją, starała się nie patrzeć. Tamta uśmiechnęła się do niej dość bezradnie, wtedy młodsza córka podniosła wzrok i zauważyła w oczach pani Gretchen coś znajomego, co musiała już w życiu widzieć. Te oczy są do oswojenia - pomyślała przelotnie, ale nie starała się oswoić ich ani zapamiętać. Marzyła o jednym: żeby pierwsze po trzydziestu latach spotkanie z matką skończyło się jak najprędzej.
Po powrocie do domu zastanawiała się, co takiego dostrzegła w oczach starszej pani.
Sugestię męża, że zobaczyła w nich samą siebie, swoje własne, szarozielone oczy przyjęła z niedowierzaniem i niechęcią.
3.
Jak młodsza córka pani Gretchen miała na imię?
Zabużański ojciec przyniósł do domu zawiniątko, w którym było dziecko z zapaleniem płuc, ale bez metryki.
Zabużańscy rodzice nazwali ją Teresa.
Nosi to imię do dzisiaj, ale jak nazywa się naprawdę?
(NAPRAWDĘ? Dlaczego imię, nadane przez Gretchen, miałoby być prawdziwsze od zabużańskiego imienia?)
No, dobrze. Helga? Hilda? Dorothea? Walter, jej mąż," proponuje Lotte. Goethe obowiązywał w Niemczech od szkoły podstawowej, ale czy Gretchen zdążyła przeczytać przed wojną Cierpienia młodego Wertera? Bo po wojnie nie, po wojnie były zwycięskie armie, wyławianie zwłok i Margarethe. Mężczyzn w miasteczku już nie było - zginęli albo byli w niewoli radzieckiej. Zostały kobiety i ich pierwszym zajęciem, kiedy przeszedł front, było wyłowienie trupów z okolicznych rzek i jezior. Tam gdzie mieszkał Walter, przyszły zięć pani Gretchen, przyszły Teresy mąż, trupy wojny spływały rzeką Pregołą. W okolicach malowniczego miasteczka zalegały w jeziorze. Nie, Cierpienia odpadają, więc nie Lotte.
A czy młodsza córka Gretchen w ogóle miała jakieś imię? Czy warto było nadawać imię na cztery miesiące?
4.
Dlaczego Gretchen zostawiła w Polsce swoją córkę?
Walter mówi, że z pewnością nie z niedobroci, tylko na odwrót, z miłości i lęku.
Walter, syn Ulricha i Hildegarde, brat Siegfrieda i Horsta, pochodzi z Warmii. Kiedy mieli ich po wojnie wysiedlać, matka powiedziała: - Zaczekajcie, zobaczę, jak to wygląda - i poszła na dworzec.
W jednym z wagonów zatłoczonego radzieckiego pociągu zobaczyła kobietę w futrze. Kobieta była pod futrem zupełnie naga, a dziecko, które trzymała w ramionach, było nieżywe. Kobieta wyciągnęła dziecko w stronę matki Waltera. „Pochowajcie - mówiła - gdziekolwiek, choćby przy torach". Matka Waltera cofnęła się i biegiem ruszyła do własnych dzieci. Jacyś ludzie podobno zabrali zwłoki i pochowali na cmentarzu, porządnie, chociaż kobieta powtarzała: „Gdziekolwiek, choćby przy torach", a matka Waltera wpadła do domu. Krzyknęła: - My się stąd nie ruszymy! Nie zdejmując chustki, wyciągnęła z piwnicy resztkę bimbru i pobiegła do pana Lipskiego, który był wprawdzie sołtysem przedwojennym, ale miał pewne wpływy u nowych władz.
Historia Gretchen - konkluduje Walter - mogła wyglądać podobnie. Zatłoczone wagony, głód, mróz, i decyzja - żeby zostawić chore dziecko u dobrych ludzi. Decyzja podyktowana miłością i rozpaczą.
5.
Bardzo chciałaby tak właśnie myśleć o pani Gretchen. Że nie mogła jej zabrać. Że był głód, mróz...
6.
Przez osiemnaście lat żyła w spokojnej pewności, że jest córką zabużańskich rodziców.
Pewnego dnia miejscowy poeta, który pracował w zakładach mleczarskich i czytał jej na głos swoje wiersze, powiedział: - A wiesz, że wcale nie jesteś ich dzieckiem?
W tamtych latach kręciło się po Polsce wielu spokojnych, lokalnych poetów, kochających niezbyt urodziwe dziewczęta i wiersze Stachury, i uznała, że poeta wymyślił coś, co mu jest potrzebne do poezji. Na wszelki wypadek spytała matkę: - Czy to prawda, że... - a matka rozpłakała się i powiedziała: - Gretchen... Ona miała na imię Gretchen...
Nie zadała żadnych pytań - wtedy ani nigdy później. Może chciała matce oszczędzić przykrości, może z innych, nie do końca jasnych powodów. Nic się zresztą nie zmieniło w jej życiu, tyle że pojawiło się uczucie umowności. Każda rzecz stała się wątpliwa, każda mogła być czymś innym, co innego znaczyć i przebiegać całkiem inaczej.
Odeszła od lokalnego poety.
Wyjechała z miasteczka.
Ukończyła studia, wyszła za mąż i urodziła syna, którego nazwała Igor. 7.
Zabużańscy rodzice nie znali Gretchen, zrozumiała więc, że nie od niej zabużański ojciec przyniósł do domu zawiniątko. Skąd przyniósł - nie wie, nie pytała. Dostał? Znalazł? Może leżało, porzucone, pod jakimiś drzwiami? Był listonoszem, jeździł po wsiach, ktoś mógł mu powiedzieć, że jest dziecko do wzięcia.
Może to powiedział pan Jackowski?
Pan Jackowski pojawił się w jej życiu jednocześnie z panią Gretchen, kiedy miała trzydzieści lat. Któregoś dnia zabużańska matka wezwała ją do miasteczka i powiedziała, że ktoś z Niemiec chce się z nimi widzieć.
- To jest Gretchen - powiedziała matka.
Nazajutrz przyjechały niemieckim samochodem dwie niemieckie panie, matka z córką, obie eleganckie, szczupłe, z umalowanymi oczami, i starsza z nich podeszła szybkim, energicznym krokiem do zabużańskiej matki, powolnej, nieumalowanej i tęgiej. Powiedziała coś. Powiedziała: - Griiss Gołt, zweite Mutter. Domyśliły się, że znaczy to: - „Niech będzie pochwalony, druga matko". Więcej nie rozumiały już nic. Stały wszystkie cztery i patrzyły na siebie, a właściwie patrzyły tamte trzy, bo ona starała się omijać wzrokiem obie niemieckie panie. Nagle pani Gretchen popatrzyła na nią i się uśmiechnęła. Wtedy właśnie zauważyła coś znajomego w szarozielonych oczach pani Gretchen, co musiała już w życiu widzieć.
Następnego dnia pojechała do ludzi, u których zatrzymały się niemieckie panie; było to na wsi, pod miasteczkiem.
Pośrodku izby stał duży okrągły stół, dookoła siedzieli goście i śpiewali niemieckie piosenki.
Posadzono ją między panią Gretchen i szczupłą kobietą z pomarszczoną twarzą, czarnymi oczami i długimi ciemnymi włosami, splecionymi w warkocz. Powiedziano jej, że kobieta z warkoczem jest akuszerką, więc domyśliła się, że dawno temu pomogła pani Gretchen urodzić córki.
Ludziom przy stole było wesoło i śpiewali coraz głośniej.
Pani Gretchen coś jej powiedziała, ale nie zrozumiała co, ponieważ był hałas i ponieważ pani Gretchen mówiła po niemiecku.
- Co ona mówi? - spytała akuszerkę.
- Ona mówi, że wojna jest okropna - wyjaśniła akuszerka półgłosem.
Pani Gretchen znowu coś powiedziała, trochę głośniej, i znowu, i okazało się, że pani Gretchen powtarza w kółko trzy czy cztery słowa: - Krieg ist schrecklich, Krieg ist schrecklich, Krieg ist...
- Wojna jest okropna, wojna jest okropna, wojna jest... - tłumaczyła akuszerka, chociaż Teresa skinęła głową, że już rozumie.
To było wszystko, co powiedziała pani Gretchen.
Została u tych ludzi na noc. Położyli ją pod pierzyną. Pierwszy raz w życiu leżała pod pierzyną, było jej gorąco, otworzyła okno i zobaczyła las.
Wyskoczyła przez okno i pobiegła do lasu.
W lesie pomyślała: Boże, co ja wyprawiam, mam trzydzieści lat i pięcioletniego syna - zawróciła, weszła przez okno do pokoju i naciągnęła pierzynę.
8.
Nazajutrz akuszerka powiedziała jej, że umarł pan Jackowski i że należą się jej jakieś pieniądze.
Pierwszy raz usłyszała nazwisko - „Jackowski". Nie spytała, kim był i dlaczego jej się coś należy od niego.
Akuszerka wyjaśniła, że były to oszczędności całego życia, że znaleziono je pod materacem pana Jackowskiego i że ona ma je sobie wziąć.
- To są duże pieniądze - tłumaczyła akuszerka. - Gretchen mówi, że ci się należą.
- Nie chcę pieniędzy - powiedziała akuszerce. - Nie znam pana Jackowskiego. Proszę pożegnać ode mnie panią Gretchen.
9.
O panu Jackowskim wiemy niewiele. Mieszkał na wsi, żył samotnie, powiesił się, po jego śmierci znaleziono pod materacem duże pieniądze. Zapewne w związku z tą śmiercią pojawiła się w Polsce pani Gretchen.
Teresa nie pytała jej, jak miał pan Jackowski na imię. Nie wie, co robił za życia i dlaczego się powiesił. Nie wie, dlaczego pani Gretchen przyjechała na jego pogrzeb. Nie wie, gdzie jest pochowany. Nie próbuje domyślać się, dlaczego jej się należały jego pieniądze.
10.
Od śmierci pana Jackowskiego minęło dwanaście lat. Pani Gretchen nigdy więcej nie pojawiła się w ich życiu.
Walter, Teresy mąż, mówi, że nie pojawiła się nie z niedobroci, tylko przeciwnie, przez delikatność. Żeby nie burzyć spokoju, nie otwierać ran, nie doprowadzać do płaczu.
- Przecież nikt nie płakał - prostuje Teresa.
- Jak to nikt? Mama nie płakała?
- Nie. Przywitała się spokojnie, nawet się uśmiechała...
- A ty? Nie zapłakałaś wcale? To nieładnie - karci ją mąż. - Nie zachowałaś się należycie. Są pewne sytuacje, w których człowiek musi umieć się znaleźć. Pojawia się zaginiona matka, mówi: Griiss Gott, więc córka powinna uronić kilka łez na powitanie.
- Ja płaczę, kiedy moja zabużańska mama śpiewa wileńskie piosenki. „Biegło dziewczę szybkim krokiem na swej mamy grób, przyszło do dom, we drzwi puka, a macocha kija szuka..." - wtedy tak, wtedy zalewam się łzami, ale po Griiss Gott miałabym płakać?
Walter mówi, że jego żona siedzi i się frustruje. Ponieważ jest Niemką Ponieważ nie jest Niemką. Ponieważ...
- Jedno jest pewne - mówi Walter. - Kiedy już z tej Polski wyjadą wszyscy: Polacy, Niemcy, Żydzi, Litwini... Kiedy zostanie pusta przestrzeń, po której wiatr będzie unosił źdźbła słomy, strzępy gazet i resztki ducha kolektywizmu... Kiedy jedynie dwa głosy rozlegną się w tej pustce, Jaruzelskiego i Wałęsy: - „Jest tam kto?" - będą wołali, bo zechcą wiedzieć, czy został ktoś, kim można rządzić — wtedy odezwie się cichutki, pojedynczy głosik: - Ja jestem, jeszcze ja... Jeszcze nie zamykajcie... I to będzie głos mojej małżonki - kończy Walter.
12.
Rodzina Waltera mieszkała w Prusach Wschodnich. Pradziadkowie w Królewcu, dziadkowie, rodzice, ciotki i kuzyni - w okolicach Olsztyna, w majątku, nad Kośno Fluss - nad rzeczką Kośno. Było jeszcze i Kośno See - jezioro, ale oni byli nad Fluss.
Pierwsze znad Kośno Fluss wyjechały trzy siostry ojca, które admirał Doenitz zdążył ewakuować do Danii. Czwarta, najmłodsza ciotka Frieda dostała się z dwuletnim synkiem do Królewca.
Po ciotkach wyjechał ojciec. Zatopił w przeręblu karabin, ostatnim pociągiem dotarł do Królewca i poszedł szukać Friedy. Nowi lokatorzy jej mieszkania powiedzieli, że oboje, Frieda i syn, umarli z głodu podczas oblężenia. Ojciec spytał o ich grób i wyjaśniło się, że Frieda nie ma grobu, ponieważ inni głodni poćwiartowali zwłoki, ugotowali na nich zupę i zjedli. - To nie byli Rosjanie - zdążył któremuś z kuzynów opowiedzieć ojciec, nim jeszcze zwycięska armia przywiązała go do dwóch koni, które ruszyły w dwóch różnych kierunkach. - To nie byli Polacy... To rodowici Niemcy ugotowali i zjedli ciocię Friedę i jej syna...
Potem były wysiedlenia do Niemiec.
Potem - trzydzieści lat po wojnie - wyjechał do Niemiec pan Lipski, który załatwił matce Waltera skreślenie z listy wysiedleń, bo chociaż był sołtysem przedwojennym, miał pewne dojścia do nowych władz.
Po panu Lipskim wyjechał syn pani Głowińskiej, ich sąsiadki, która mawiała do mamy Waltera: - Ty się, Hildziu, po polsku módl, bo Matka Boska nie zna niemieckiego...
Po panu Głowińskim wyjechał ksiądz, który ochrzcił babcię Waltera, bowiem babci ukazał się we śnie Bóg. Wynurzył się zza chmury i przemówił. - Mensch - powiedział Bóg do babci, bo w przeciwieństwie do Matki Boskiej znał język niemiecki. - Człowieku. Masz stać się katolikiem... Babcia opowiedziała o śnie księdzu Kamińskiemu i umarła, z wrażenia najpewniej, a ksiądz udzielił jej pośmiertnie ostatnich sakramentów.
Po księdzu Kamińskim wyjechała druga babcia, ponieważ odnalazły się siostry ojca, ewakuowane przez admirała Doenitza. Siedemdziesięcioletnia babcia pojechała do siedemdziesięciosześcioletniego męża, którego nie widziała trzydzieści lat. Zabrała ze sobą ogromną walizę ziemi ze swojego ogrodu; w schludnym, niemieckim ogródku wyplewiła róże, rozsypała własną ziemię, posadziła kartofle i marchew i odetchnęła z ulgą: - Nareszcie, biedaku, porządną jarzynową zupę sobie zjesz... Kiedy mąż umarł, babcia usypała mu grób, ale się okazało, że na niemieckim cmentarzu wszystko powinno być płaskie. Zarząd cmentarza wyrównał kopczyk, a babcia przyszła wieczorem z taczkami, z własną ziemią, tą z ogródka, i znów usypała. W nocy grób wyrównano, a rano babcia przyszła z własną ziemią... Po paru tygodniach zarząd skapitulował i na nowoczesnym niemieckim cmentarzu jest jeden jedyny prawdziwy, bo z kopczykiem, warmiński grób.
Po drugiej babci starszy brat Waltera Siegfried powiedział matce: -No, mamo... - i wyjechał.
Po starszym bracie wyjechała matka Waltera. Sąsiadka, palii Głowińska co to jej mówiła: - Ty się, Hildziu, po polsku módl... - a pracownicy szkoły, w której, choć emerytka, zajmowała nadal służbowe mieszkanie, mówili: - Nie takie mieszkanko czeka na panią w tych Niemczech... To co, pani Hildegardo?
Po matce nie wyjechał już nikt. Horst, młodszy brat, miał wylew, Walter zaś musiał zorganizować łączność działaczowi „Solidarności", bo nastał właśnie stan wojenny.
Kiedy zdrowie Horsta pogorszyło się, Walter powiedział działaczowi: - Przepraszam cię, ale muszę na parę dni zarwać sprawę... - i pojechał, by zobaczyć brata bez świadomości, podłączonego do aparatów. Powiedział lekarzom, że trwanie bez psyche wydaje mu się niegodne człowieczeństwa. Pochował Horsta nad Kośno Fłuss i wrócił do działacza podziemia, który na niego czekał, odcięty od łączników.
Kiedy działacz się ujawnił, Walter ustawił się w kolejce przed sklepem meblowym po komplet kuchenny „Talia". Stał przed sklepem osiem tygodni, dniami i nocami, w słotę i mróz, a kiedy ktoś załamywał się i próbował odejść, wołał ze zgorszeniem: - Zdezerterować? Pozbawić się wspomnień? Te trochę sklejki i płyt zaraz się rozsypie, ale duma, że się wytrwało, przetrwa przez wieki!
Słowem - nie korzyści i nie byt są w życiu ważne, lecz, jak uczył filozof Henryk Elzenberg, do którego Walter powrócił natychmiast po zdobyciu kompletu „Talia" - duch jest najważniejszy. To, co w człowieku bije jasnym płomieniem ku górze.
Ta z Hamburga
i.
Mieszkali daleko stąd. Byli szalenie towarzyscy - tańczyli przez cały karnawał. Lubili konie i grali na wyścigach, naturalnie - z umiarem. Byli zaradni i skrzętni. On był mistrzem malarskim, z czasem dorobił się własnego zakładu i trzech uczniów. Rzeczy banalne, jak malowanie ścian, powierzał uczniom, sobie rezerwował szyldy, zwłaszcza kiedy było w nich dużo liter. Przepadał za literami. Zachwycał go sam ich kształt. Godzinami potrafił kreślić coraz kunsztowniejsze znaki. Czasami smucili się, że nie mają dzieci, ale pocieszali się szybko: mieli siebie.
2.
Przekroczyli trzydziestkę tuż przed wybuchem wojny.
Wojna nie zmieniła ich życia, tyle że przestali tańczyć i że pojawiły się nowe słowa w ich zakładzie. Zamawiano teraz tablice ostrzegawcze. Najpierw po polsku - UWAGA, ZAKAZ WJAZDU! Potem po rosyjsku -WNIMANIE, WJEZD WOSPRIESZCZON! Potem po niemiecku -ACHTUNG, EINTRITT VERBOTEN!
W zimowy wieczór, w czterdziestym trzecim roku, wrócił do domu z obcą kobietą.
- Ta pani jest Żydówką, powinniśmy jej pomóc.
Zona spytała, czy nikt nie widział ich na klatce schodowej, i szybko zrobiła kilka kanapek.
Żydówka była drobna, z czarnymi kręconymi włosami, mimo niebieskich oczu bardzo semicka. Ulokowano ją w pokoju z szafą. (Szafy i Żydzi ... Być może jeden z ważniejszych symboli naszego wieku. Życie w szafie... Człowiek w szafie... W połowie dwudziestego wieku. W środku Europy).
Żydówka wchodziła do szafy na odgłos dzwonka u drzwi, a że gospodarze byli nadal towarzyscy, spędzała w niej długie godziny. Na szczęście była rozsądna. Nie zdarzyło się, by zakasłała, z szafy nie dolatywał najmniejszy szmer.
Żydówka nie odzywała się pierwsza, a na pytania odpowiadała bardzo krótko.
„Tak, miałam".
„Adwokat".
„W Bełżcu".
„Nie zdążyliśmy, wzięliśmy ślub przed samą wojną".
„Zabrali ich. Nie wiem, w Janowskiem albo też w Bełżcu".
Nie oczekiwała współczucia. Na odwrót, odtrącała je. - Ja żyję - mawiała. - I ja zamierzam żyć.
Przyglądała się gospodyni (miała na imię Barbara), kiedy prała albo stała przy kuchni. Parę razy próbowała jej pomóc, ale robiła to z irytującą niezdatnością.
Przyglądała się gospodarzowi (miał na imię Jan), kiedy kreślił dla wprawy swoje litery.
- Mógłby pan ćwiczyć na czymś ciekawszym - powiedziała kiedyś.
- Na przykład?
Zastanowiła się.
- Choćby na tym: „Żył raz Elon lanler liron Elon lania bibon bon-bon..."
Pierwszy raz usłyszeli, że Żydówka się śmieje i oboje podnieśli głowy.
- Co to? - spytali ze zdziwieniem, a rozweselona Żydówka mówiła dalej:
- „Żył raz Liron elon lanler Żył raz na świecie Lanlanler..." Widzicie, ile świetnych liter? Tuwim - dodała. Ballada starofrancuska.
- Za dużo L - orzekł Jan - ale mogę napisać STAROFRANCUSKA -i schylił się nad arkuszem.
- Czy ta Żydówka nie mogłaby się nauczyć obierania kartofli ? - spytała go wieczorem żona.
- Ta Żydówka ma imię - odparł. - Należy o niej mówić Regina.
Pewnego letniego dnia wróciła do domu z zakupami. W przedpokoju wisiata marynarka: mąż przyszedł z pracy trochę wcześniej. Drzwi do pokoju Żydówki były zamknięte na klucz.
Pewnego jesiennego dnia mąż powiedział:
- Regina jest w ciąży.
Odłożyła druty i wyprostowała robótkę. Był to rękaw swetra bodaj czy może plecy swetra.
- Słuchaj no - szepnął mąż. - Żeby ci przypadkiem nie przyszło do głowy coś głupiego... Czy ty mnie słuchasz?
Słuchała go.
-Bo jeżeli coś się stanie... - nachylił się nad głową żony i szeptał wprost do jej ucha. - Jeżeli stanie się z nią coś złego, to samo stanie się i z tobą. Czy ty mnie rozumiesz?
Skinęła głową - rozumiała go - i wzięła druty do rąk.
Po paru tygodniach weszła do pokoju Żydówki i bez słowa zabrała z łóżka jasiek. Rozpruła brzeg i odsypała trochę pierza. Z obu stron przyszyła tasiemki. Schowała poduszkę pod spódnicę. Związane z tyłu tasiemki przypięła dla pewności agrafkami, na wszystko naciągnęła jeszcze jedną spódnicę.
Po miesiącu dosypała pierza, a sąsiadkom zaczęła skarżyć się na mdłości.
Z kolei przecięła na pół dużą poduszkę...
Żydówce rósł brzuch, ona powiększała poduszki i poszerzała spódnice - tamtej i sobie.
Poród odebrała zaufana położna. Na szczęście trwał krótko, mimo że Żydówka była wąska w biodrach, a do tego wody płodowe odeszły poprzedniego dnia.
Barbara wyjęła poduszki spod spódnicy i z dzieckiem na ręTcach obeszła wszystkie sąsiadki. Całowały ją z rozczuleniem. - Nareszcie... - mówiły. - Późno, ale ulitował się nad wami Pan Bóg... - a ona dziękowała im, pełna radości i dumy.
Dwudziestego dziewiątego maja 1944 Barbara i Jan poszli z dzieckiem i parą przyjaciół do parafialnego kościoła („Archidiecezja lwowska, obrz. łac. Parafia św. Marii Magdaleny" - napisano na metryce, którą podpisał ksiądz Szogun i opatrzył pieczęcią owalną: Officium Parochia, Leopoli... Pośrodku pieczęci było serce, z którego wydostawał się święty płomień). Wieczorem odbyło się skromne przyjęcie. Ze względu na godzinę policyjną goście siedzieli do rana. Żydówka spędziła w szafie całą noc.
Dwudziestego siódmego lipca do miasta weszli Rosjanie.
Dwudziestego ósmego lipca Żydówka zniknęła.
Zostali we troje: Barbara, Jan i trzymiesięczne dziecko o niebieskich oczach, z cieniutkimi, czarnymi loczkami.
3.
Jednym z pierwszych transportów przyjechali do Polski.
Weszli do mieszkania, Jan odstawił walizkę, położył dziecko i wybiegł z domu.
Nazajutrz wyszedł o świcie...
Krążył po ulicach, zaglądał do urzędów, pytał o żydowskie mieszkania, zatrzymywał ludzi o żydowskiej powierzchowności... Przestał szukać dopiero po wizycie dwóch mężczyzn, wysłanników Reginy. Zaproponowali sporą kwotę i poprosili o zwrot dziecka.
- Nasza córka nie jest na sprzedaż - powiedzieli Barbara i Jan i odprawili gości.
Ich córka była dziewczynką grzeczną i bardzo ładną.
Ojciec rozpieszczał ją. Razem chodzili na mecze, do kin i do cukierni. W domu opowiadał o zachwycie, jaki budziła jej uroda, zwłaszcza włosy, długie do pasa, skręcone w loki francuskie.
Kiedy Helusia miała sześć lat, zaczęły nadchodzić paczki. Przysyłano je z Hamburga, nadawcą była kobieta o obcym, dziwnym nazwisku. - To twoja chrzestna - wyjaśniła Barbara. - Mam nadzieję, że nie będzie miała lekkiej śmierci, ale napisz do niej list i ładnie podziękuj.
Z początku Helusia dyktowała listy, potem pisała je własnoręcznie. „Dziękuję kochanej Cioci, uczę się dobrze, marzę o białym sweterku, może być z angory, ale z moheru lepiej".
W kolejnej paczce nadchodził biały sweterek, Helusia była wniebowzięta, a Barbara mówiła z westchnieniem: - Jeżeli jest Bóg, to ona nie będzie miała lekkiej śmierci. Siadaj i pisz list. Możesz wspomnieć o pierwszej komunii i że przydałaby się biała tafta.
Czasami w paczkach były banknoty. Listów nie było nigdy, tylko raz, między tabliczkami czekolady, leżała fotografia. Przedstawiała ciemną kobietę w czarnej sukni, z długim lisem przerzuconym przez ramię.
- To jest srebrny lis - zauważyła Barbara. - Nie jest ona biedna - ale nie zdążyły się przyjrzeć, bo ojciec zabrał im fotografię i schował.
Helusia nie lubiła zachwytów ojca. Były męczące. Ona uczyła się albo bawiła z koleżankami, a on siedział i na nią patrzył. Potem brał jej twarz w obie ręce i znów patrzył. Potem zaczynał płakać.
Przestał rysować kunsztowne litery.
Zaczął pić.
Coraz częściej płakał, coraz więcej pił, aż umarł. Ale zanim umarł - na parę miesięcy przed jego śmiercią - Helusia wybrała się do Francji. Miała dwadzieścia pięć lat. Zapraszała ją przyjaciółka, żeby Helusia mogła ukoić nerwy sterane niedawnym rozwodem. Przyszła do domu rozpromieniona, z paszportem w ręku. Ojciec był pijany. Obejrzał paszport i ją objął. - Zatrzymaj się w Niemczech - powiedział. - Odwiedź matkę.
- Chrzestną matkę - poprawiła Barbara.
- Matkę - powtórzył ojciec.
- Moja matka siedzi koło mnie i pali papierosa.
- Twoja matka mieszka w Hamburgu - powiedział ojciec i rozpłakał się.
4.
Przesiadła się w Aachen.
Przyjechała do Hamburga o siódmej rano. Zostawiła walizkę na dworcu i kupiła plan. Zaczekała na skwerku, o dziewiątej stanęła przed bramą dużego domu w cichej, eleganckiej dzielnicy. Nacisnęła dzwonek.
- Wer ist das? - spytano zza drzwi.
- Helusia.
- Was?
- Helusia, otwórz.
Drzwi się otworzyły. Na progu stała ona sama, Helusia: ż czarnymi, wysoko upiętymi włosami, z niebieskimi oczami i nazbyt pełnym podbródkiem. Helusia, tylko dziwnie postarzała.
- Po co przyjechałaś? - spytała.
- Zobaczyć cię.
- Po co?
- Chciałam zobaczyć moją matkę.
- Kto ci powiedział?
- Ojciec.
Służąca wniosła herbatę. Siedziały w jadalni, wśród białych mebli z malowanymi, drobnymi kwiatkami.
- To prawda, urodziłam cię - powiedziała matka.
Musiałam. Na wszystko musiałam się zgodzić.
Chciałam żyć.
Nie chcę pamiętać twojego ojca.
Nie chcę pamiętać tamtych czasów.
Ciebie też nie chcę pamiętać.
(Nie zwracała uwagi na płacz Helusi, coraz głośniejszy, powtarzała w kółko kilka tych samych zdań).
- Bałam się.
Musiałam żyć.
Przypominasz mi strach.
Nie chcę pamiętać.
Nie przychodź tutaj nigdy więcej.
5.
Helusia wyszła ponownie za mąż, za Austriaka. Za spokojnego, nudnego trochę właściciela górskiego hoteliku pod Innsbruckiem.
W rocznicę śmierci ojca przyjechała do Polski. Poszły z matką na cmentarz (matką nazywała Barbarę; o kobiecie, która urodziła ją, mówiła: - Ta z Hamburga). Przy herbacie Barbara powiedziała:
- Po mojej śmierci wszystko znajdziesz w szufladzie z pokrywkami.
Helusia żachnęła się, następnie wyznała, że jest w ciąży i że trochę się
boi porodu.
- Nie masz się czego bać! - zawołała Barbara. - Ja byłam starsza niż ty i jeszcze chudsza, i wody mi za wcześnie odeszły, a urodziłam cię bez kłopotu.
Helusia się przestraszyła, ale Barbara zachowywała się całkiem normalnie.
- Czy mam zawiadomić Tę z Hamburga, jak dziecko się urodzi?
- Rób jak chcesz... Dużo krzywd wyrządziła mi ta kobieta, ale ty rób jak chcesz.
Mój Boże - zamyśliła się Barbara. - Jacy my byliśmy bez niej szczęśliwi. Jacy weseli. Gdyby nie ona, bylibyśmy szczęśliwi do końca życia...
Gdyby nie ona, nie miałabyś mnie - pomyślała Helusia, ale nie mogła tego powiedzieć matce, która urodziła ją bez kłopotu, mimo że była starsza i chudsza.
W szufladzie, którą otworzyła Helusia po pogrzebie Barbary, między pokrywkami do garnków, leżały dwie duże koperty. W jednej był plik banknotów stumarkowych. W drugiej zeszyt, podzielony na rubryki: „Data" i „Kwota". Barbara odkładała i zapisywała każdy banknot otrzymany z Hamburga.
Helusia kupiła za te pieniądze długie, srebrne lisy. Uszyła do nich czarną sukienkę, ale okazało się, że lisy są źle wyprawione, obłażą i w ogóle nie nadają się do czerni.
7.
Kilka miesięcy po ślubie opowiedziała mężowi o dwóch matkach. Nie znała jeszcze niemieckiego. Szafa wiedziała jak jest - Schrank. Poduszka - Kissen - też wiedziała. Ukrywać - znalazła w słowniku: verstecken. Strach też w słowniku: Angst.
Kiedy opowiedziała drugi raz, dwudziestoletniemu synowi, znała już wszystkie słowa. Mimo to nie umiała mu odpowiedzieć na kilka oczywistych pytań: dlaczego babcia Barbara nie rzuciła dziadka? dlaczego babcia Regina uciekła bez ciebie? czy babcia Regina w ogóle cię nie kocha?
- Nie wiem - powtarzała - skąd mogę wiedzieć to wszystko?
- Weź słownik - poradził syn.
8.
Dwadzieścia dwa lata po pierwszej rozmowie Ta z Hambufga zaprosiła Helusię na parę dni. Pokazała jej stare zdjęcia. Grała jej na fortepianie mazurki Szopena. (- Wojna przerwała mi studia w konserwatorium -powiedziała z westchnieniem). Recytowała Tuwima. Opowiadała o mężczyznach. Miała po wojnie dwóch mężów, którzy ją uwielbiali. Dzieci nie miała, ale obaj mężowie uwielbiali ją. - A jak twój mąż? - spytała.
Helusia wyznała, że jej drugie małżeństwo właśnie się rozpada.
- To dlatego, że kupił kilka hoteli... Nie wraca na noc... Powiedział, że powinnam sobie ułożyć nowe życie...
Mówiła nie jak do „Tej z Hamburga", lecz jak do matki, ale Ta z Hamburga przestraszyła się:
- Na mnie nie licz. Każdy musi przeżyć sam. Trzeba umieć przeżyć. Ja umiałam i ty musisz umieć...
- Przeżyłaś dzięki moim rodzicom - przypomniała Helusia.
- Dzięki twojej matce - poprawiła Ta z Hamburga. - To prawda, tylko dzięki niej. Wystarczyło otworzyć drzwi i przejść parę metrów. Posterunek był po drugiej stronie ulicy. To nadzwyczajne, że nie otworzyła drzwi. Dziwiłam się, że tego nie robi. Czy ona coś ci o mnie mówiła?
- Mówiła, że gdyby nie ty...
- Ja musiałam.
Ja chciałam żyć.
Zaczęła się trząść. Powtarzała coraz głośniej, coraz szybciej, te same zdania:
- Ja bałam się.
Ja musiałam.
Ja chciałam.
Nie przychodź tutaj...
9.
- Czego pani właściwie chce? - spytał adwokat, do którego poszła po powrocie z Hamburga. - Jej miłości pani chce czyjej majątku? Jeśli o miłość chodzi, to moja kancelaria tym się nie zajmuje. A jeśli o majątek, to sprawa jest nie mniej trudna. Przede wszystkim trzeba udowodnić, że ona jest pani matką. Ma pani na to świadków? Nie? A widzi pani. Należało spisać oświadczenie pani Barbary S. Należało potwierdzić je u notariusza. W tej chwili pozostaje badanie krwi... Czy jest pani zdecydowana wnieść sprawę? Więc po co pani przyszła do kancelarii adwokackiej?
10.
- To czyja ty właściwie jesteś? I kim jesteś? - spytał ją syn.
- Jestem twoją matką - powiedziała, chociaż dla puenty powinna powiedzieć: - Jestem tą, która przeżyła.
Ale tak odpowiadają tylko w amerykańskich nowoczesnych powieściach.
1
Martin Buber, Opowieści chasydów. Przektad Pawet Hertz, Poznań 1986.
2
Ernest Łuniński, Berek Joselewicz, Kock 1928.
3
Józef Opatoszu, W polskich lasach. Przekład Saul Wagman, Warszawa 1923.
4
Heszel Klepfisz, Culture of Compassion, New York 1983.
