43,99 zł
Zabawa w śmierć– GDY ZABAWA DOBIEGNIE KOŃCA I MASKI OPADNĄ, CZY ROZPOZNASZ, KTO JEST TWOIM PRZYJACIELEM, A KTO WROGIEM?
Czy istnieje idealne miejsce do ukrycia zwłok? Trupie farmy z pewnością mogłyby konkurować o to miano. Właśnie na jednej z nich Kim Stone i jej zespół odkrywają zwłoki zamordowanej młodej kobiety. Ich uwagę przykuwa jeden szczegół: usta ofiary są wypełnione ziemią. Gdy niedługo później zostaje odnaleziona kobieta, którą ktoś próbował zabić w identyczny sposób, dla policjantki staje się jasne, że szukają seryjnego mordercy. Wszystko wskazuje na to, że klucz do odnalezienia zabójcy jest ukryty w przeszłości ofiar. Tylko czy Kim zdąży go odnaleźć, nim morderca ponownie zaatakuje?
Zabawa w śmierć to psychologiczny thriller, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. A potem długo nie daje o sobie zapomnieć.
Angela Marsons – brytyjska autorka powieści sensacyjnych, które przetłumaczono na 30 języków. Najbardziej znana z książek o komisarce Kim Stone, które sprzedały się już w ponad 5 milionach egzemplarzy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Dedykuję tę książkę moim rodzicom Gill i Frankowi Marsonsom, którzy mi kibicują i są ze mnie dumni, co motywuje mnie do pracy.
Dziękuję, że towarzyszycie mi w tej podróży
i pomagacie uczynić z niej przygodę.
Kocham Was
Wiedziałam, że nie żyje, zanim jeszcze jej dotknęłam. A jednak to zrobiłam.
Przesunęłam palcem po jej zimnym przedramieniu. Zatrzymałam się przy pieprzyku tuż poniżej łokcia. Już nigdy nie zobaczę, jak się powiększa przy każdym ruchu jej ręki. Już nigdy nie wyciągnie ramion, żeby otulić mnie swoim ciepłem. Delikatnie pogłaskałam ją po policzku. Nie zareagowała, więc potarłam skórę silniej, ale jej oczy pozostały wbite w sufit.
– Nie zostawiaj mnie – powiedziałam, kręcąc głową, jakby moje zaprzeczenie mogło sprawić, że to okaże się nieprawdą.
Nie wyobrażałam sobie bez niej życia. Od tak dawna byłyśmy tylko we dwie.
Żeby się upewnić, że jest tak, jak myślę, wstrzymałam oddech i obserwowałam jej klatkę piersiową. Policzyłam w myślach do dwudziestu trzech, zanim musiałam wypuścić powietrze. Jej pierś nie drgnęła ani razu.
– Mamusiu, może nastawię czajnik? Mogłybyśmy się pobawić tak jak zawsze. Przygotuję, co trzeba – zaproponowałam, czując, jak łzy płyną mi po twarzy. – Mamusiu, obudź się. – Płakałam, szarpiąc ją mocno za ramię. – Proszę, mamusiu, nie odchodź. Myślałam, że tego chcę, ale się myliłam.
Popychałam ją i szarpałam, sprawiając, że jej ciało kołysało się na boki, a głowa przekręcała się na poduszce. Przez chwilę myślałam, że się ocknęła i w ten sposób protestuje. Ale kiedy tylko przestałam nią poruszać, na powrót zastygła w bezruchu. Rozkołysana głowa zatrzymała się jako ostatnia.
Padłam na kolana, szlochałam w jej dłoń w nadziei, że moje łzy okażą się mieć magiczną moc. Chciałam, żeby zwiotczałe mięśnie się napięły; pragnęłam, by ręka się poruszyła, bym mogła poczuć, jak palcami przeczesuje mi włosy. Położyłam sobie na głowie jej bezwładną dłoń.
– Proszę, mamusiu, powiedz to – błagałam, kręcąc głową. Czułam na niej nieruchome palce. – Powiedz, że... że jestem twoją najukochańszą dziewczynką na całym świecie.
Kim kucała za kontenerem na śmieci. Po piętnastu minutach w tej samej pozycji nie czuła ud.
Odezwała się do wewnętrznej strony swojej kurtki:
– Stace, jakieś wieści o nakazie?
– Jeszcze nie, szefowo – usłyszała w słuchawce.
Jęknęła.
– Cholera, ludzie, nie będę tu czekać w nieskończoność.
Kątem oka dostrzegła, że Bryant kręci głową. Stał pochylony nad otwartą maską samochodu zaparkowanego naprzeciwko budynku będącego ich celem.
Ufała mu. Bryant był głosem rozsądku. Z natury ostrożny, upierał się, żeby zawsze postępować zgodnie z procedurami, a ona się z nim zgadzała. Do pewnego stopnia. Bo wszyscy wiedzieli, co działo się w tamtym domu. I że to musiało się dziś skończyć.
– Szefowo, mam podejść bliżej? – Dawson się niecierpliwił, słyszała to w jego głosie.
Nim kazała mu się wstrzymać, odezwał się ponownie:
– Szefowo, mężczyzna, typ latynoski, zbliża się z drugiego końca ulicy. – Chwila przerwy. – Metr siedemdziesiąt, czarne spodnie, szara koszulka.
Kim cofnęła się jeszcze głębiej. Znajdowała się dwie posesje od obserwowanego domu, wciśnięta między śmietnik a krzak hortensji, ale nie mogła ryzykować, że ktoś ją zobaczy. Wciąż byli w stanie wykorzystać moment zaskoczenia i lepiej, żeby tak pozostało.
– Jakieś dane osobowe, Kev? – spytała, kierując twarz w głąb kurtki. Może go znali?
– Nie.
Zamknęła oczy, modliła się, żeby ten człowiek po prostu poszedł dalej. Nie był im potrzebny trzeci mężczyzna w tym domu. Straciliby przewagę liczebną.
– Szefowo, wszedł – odezwał się Bryant z naprzeciwka.
Cholera jasna. To mogło oznaczać tylko jedno. Był klientem. Wcisnęła guzik mikrofonu. Co z tym przeklętym nakazem?
– Stace?
– Wciąż nic, szefowo.
Usłyszała, jak dwaj mężczyźni witają się przy wejściu. Kim poczuła, że krew coraz szybciej pulsuje w jej żyłach. Każdy mięsień, jaki umiała nazwać, rwał się do sprintu w stronę tych drzwi, domagał się, żeby je wyważyć, skuć ludzi, których zastanie w środku, poinformować ich o prawach, a papierkową robotą martwić się później.
– Szefowo, zaczekajmy jeszcze minutę – poprosił Bryant schylony pod maską samochodu.
Jak zawsze czytał jej w myślach. Nie odezwała się, włączyła jedynie mikrofon, żeby dać mu znać, że usłyszała. Jeśli wejdzie na teren działki bez nakazu, sprawa prawdopodobnie nigdy nie trafi do sądu.
– Stace? – spytała błagalnie.
– Cisza, szefowo.
Desperacja w głosie Stacey wskazywała, że chciała jej dać właściwą odpowiedź równie mocno, jak Kim pragnęła ją usłyszeć.
– Dobra. Przechodzę do planu B – oznajmiła do mikrofonu.
– A jaki jest plan B? – spytał Dawson.
Kim nie miała pojęcia.
– Będziemy improwizować – rzuciła krótko i się wyprostowała.
Uwolniła się z objęć hortensji i tupiąc w miejscu, przywróciła czucie w nogach. Otrzepała czarne dżinsy, po czym pewnym krokiem ruszyła w stronę frontowych drzwi domu, jakby przed chwilą wcale nie czaiła się w ogródku sąsiadów. Kabel od słuchawki ukryła we włosach.
Owszem, nakaz był konieczny, ale ten człowiek najprawdopodobniej był klientem, a na myśl o tym robiło jej się niedobrze. Stanęła półprofilem do drzwi, ze słuchawką skierowaną w stronę drogi. Zapukała i przykleiła uśmiech do twarzy. Bryant syknął wściekle do słuchawki, co było słychać gdzieś we włosach.
– Szefowo, co u licha...?!
Dotknęła palcem warg na znak, żeby był cicho, bo właśnie usłyszała kroki po drugiej stronie drzwi. Otworzył je Ashraf Nadir. Kim zachowała neutralny wyraz twarzy, by nie dać po sobie poznać, że od sześciu tygodni obserwowali każdy krok tego człowieka. Za to on natychmiast się zmarszczył z niezadowoleniem.
– Dzień dobry. Może mógłby pan pomóc? Zepsuł nam się samochód. – Głową wskazała na Bryanta. – Mąż uważa, że to coś poważnego, ale moim zdaniem to może być po prostu akumulator.
Nadir spojrzał ponad jej ramieniem, a Kim zerknęła do środka ponad jego. Pozostali dwaj mężczyźni rozmawiali w kuchni. Plik banknotów przeszedł z ręki do ręki. Ashraf zaczął kręcić głową.
– Nie... przykro mi... – mówił z ciężkim bliskowschodnim akcentem. Przyjechał z Iraku przed zaledwie sześcioma miesiącami.
– To może ma pan chociaż kable rozruchowe, żebyśmy mogli spróbować?
Znów potrząsnął głową. Cofnął się w głąb domu i Kim zobaczyła, że drzwi przesuwają się w jej stronę.
– Proszę pana...?
Najwyraźniej zamierzał zamknąć jej wejście przed nosem.
– Mamy to! – wrzasnęła jej do ucha Stacey.
Kim wsunęła prawą stopę w szczelinę i całym ciałem naparła na drzwi. Poczuła podmuch, gdy tuż obok zmaterializował się Bryant.
– Ashrafie Nadirze, jesteśmy z policji i mamy nakaz przeszukania...
Nagle opór z drugiej strony ustał. Drzwi otworzyły się na oścież i zobaczyła, jak Ashraf ucieka w głąb domu, roztrącając tamtych dwóch w kuchni jak kręgle. Rzuciła się za nim do tylnego wyjścia.
Ogródek za domem był zarośnięty chaszczami. Po prawej stronie, pod zawalonym płotem, z krzaków wystawała stara kanapa. Ashraf gnał przed siebie w stronę przeciwległego krańca ogródka. Kim biegła za nim, rozgarniając wysoką trawę. Mężczyzna zatrzymał się na ułamek sekundy i rozejrzał gorączkowo wokół. Zatrzymał wzrok na szopie częściowo zasłoniętej bluszczem. Wskoczył na wiadro i stopami podparł się o ceglaną ścianę. Kim przyskoczyła do niego, ale zabrakło jej kilku centymetrów, żeby złapać go za nogę.
– Cholera! – warknęła.
Kiedy wdrapała się na dach szopy, Ashraf już opuszczał się do sąsiedniego ogródka. Poczuła, że może jej się wymknąć, i on też to dostrzegł. Wąskie wargi mężczyzny wygięły się w triumfalnym uśmiechu. To jednak tylko podsyciło determinację Kim. Dała sobie chwilę na dokładniejsze przyjrzenie się ogródkowi, do którego wskoczył, i zobaczyła to, czego on jeszcze nie widział.
Teren był rozległy i zadbany, ze starannie przyciętym trawnikiem i wybrukowanym patio. Po prawej stronie sąsiadował z działką, na której znajdowała się Kim. Po lewej był zabezpieczony ponaddwumetrowym parkanem zwieńczonym kolcami przeciw kotom. Ale znacznie ciekawsze było to, co zobaczyła przed tym ogrodzeniem.
Kim usiadła na dachu szopy i zwiesiła nogi po drugiej stronie. Czekała. Dwa owczarki niemieckie okrążyły dom, a Ashraf zastygł w bezruchu. W uchu usłyszała głos Bryanta:
– Szefowo... gdzie jesteś?
– Zajrzyj na tyły – odparła do mikrofonu.
– Yyyy... siedzisz na szopie.
Bystrość jego obserwacji nie przestawała jej zdumiewać. Teraz, gdy wiedziała, że podejrzany numer jeden nigdzie się nie wybiera, jej myśli natychmiast przeskoczyły na powód ich niedzielnego nalotu.
– Macie go? – spytała.
– Potwierdzam.
Oparła dłonie o uda i przyglądała się, jak brązowo-czarne psy ruszają w kierunku Ashrafa, broniąc swojego terytorium. Mężczyzna zaczął się cofać, jego ciało desperacko pragnęło uciec, umysł szukał innych możliwych dróg ewakuacji.
– Szefowo, potrzebujesz wsparcia? – W słuchawce zatrzeszczał głos Bryanta.
– Nie. Za chwilę do ciebie wrócę.
Ashraf cofnął się jeszcze o dwa kroki i obejrzał za siebie. Pomachała mu. Psy zbliżyły się do niego na tę samą odległość, która dzieliła go od niej. Choć poruszały się wolno, skupione oczy i napięcie widoczne na szyjach nie pozostawiały wątpliwości co do ich intencji. Ashraf raz jeszcze spojrzał na owczarki i najwyraźniej uznał, że większe szanse będzie miał z Kim. Odwrócił się i rzucił w jej stronę. Ten nagły ruch wyzwolił agresję psów, które ruszyły za nim z ujadaniem. Kim opuściła prawą dłoń i wciągnęła go bezpiecznie na dach. Owczarki skakały i szczekały, mało brakowało, a dosięgłyby jego pięt.
Człowiek, który siedział obok niej, w niczym nie przypominał tego, który otworzył jej drzwi. Trzymając go cały czas za szczupły nadgarstek, czuła dreszcze, które wstrząsały jego ciałem. Czoło miał zroszone potem, a oddech krótki i urywany. Nie puszczając go, lewą ręką sięgnęła do tylnej kieszeni, by wykorzystać to, że wciąż nie doszedł do siebie. Nie miała ochoty znowu go gonić.
– Ashrafie Nadirze, aresztuję cię pod zarzutem porwania i bezprawnego pozbawienia wolności Negiba Hussaina. Masz prawo zachować milczenie, ale jeśli teraz zataisz coś, co postanowisz ujawnić przed sądem, może to zadziałać na twoją szkodę. Wszystko, co powiesz, może być wykorzystane jako dowód.
Odwróciła go tyłem do siebie. Mierzący ponad metr osiemdziesiąt Bryant stał poniżej na ziemi z założonymi rękami i głową odchyloną do tyłu.
– Gotowa, szefowo?
Popchnęła Ashrafa w stronę krawędzi dachu. Najchętniej by go zrzuciła głową w dół, ale kodeks postępowania niezbyt przychylnie traktował nieuzasadnioną przemoc wobec zatrzymanych. Dlatego naparła na jego ramię i zmusiła go, żeby usiadł.
– Pouczony? – upewnił się Bryant, pomagając mężczyźnie zejść na ziemię.
Potwierdziła skinieniem. Dach szopy w zapuszczonym ogródku nie był najdziwniejszym miejscem, w którym dokonała aresztowania, ale możliwe, że znajdował się w pierwszej piątce.
Bryant chwycił kajdanki Ashrafa i pchnął go przodem.
– Co go zatrzymało?
– Dwa owczarki niemieckie.
Bryant łypnął na Kim.
– Na twoim miejscu pewnie wolałbym jednak zaryzykować konfrontację z psami.
Kim zignorowała ten komentarz i tylnymi drzwiami weszła do domu jako pierwsza. Drugi cel oraz klient byli skuci. Pilnowali ich Dawson i dwóch mundurowych. Spojrzała pytająco na Dawsona.
– W salonie, szefowo.
Skinęła głową i otworzyła następne drzwi w wąskim korytarzu. Stacey siedziała na kanapie jakieś pół metra od trzynastoletniego chłopca ubranego tylko w majtki i koszulkę. Na ramionach miał narzuconą marynarkę Bryanta, przez co wydawał się znacznie mniejszy ‒ wyglądał jak kilkulatek przebrany za dorosłego. Siedział z pochyloną głową, kolana miał złączone i cicho płakał. Kim spojrzała na jego dłonie. Zaciskał je nerwowo jedną na drugiej. Nakryła je własną.
– Negib, jesteś już bezpieczny. Rozumiesz?
Skóra chłopca była zimna i lepka. Ujęła jego ręce w swoje, żeby przestały drżeć.
– Negib. Musimy cię zabrać do szpitala, a potem sprowadzimy twojego ojca...
Podniósł gwałtownie głowę i zaczął nią potrząsać. W jego oczach zalśnił wstyd, co sprawiło, że Kim poczuła, jakby miało jej pęknąć serce.
– Posłuchaj. Twój ojciec bardzo cię kocha. Gdyby tak zawzięcie o ciebie nie walczył, nie byłoby nas tutaj. – Wzięła głęboki wdech i zmusiła chłopca, żeby spojrzał jej w oczy. – To nie twoja wina. Nie jesteś winien tego, co cię spotkało, i twój ojciec o tym wie.
Widziała, ile wysiłku wkładał ten chłopiec w powstrzymywanie łez. Pomimo bólu, poniżenia, strachu, jakie musiał czuć, chciał być dzielny i się nie rozkleić. Kim przypomniała sobie inne trzynastoletnie dziecko, które czuło dokładnie to samo. Wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła jego policzka. Wyszeptała słowa, które wtedy sama pragnęła usłyszeć:
– Skarbie, wszystko będzie dobrze. Obiecuję.
Te słowa wyzwoliły potok łez, którym towarzyszył głośny, rozdzierający szloch. Kim pochyliła się i przytuliła go do siebie. Patrząc ponad jego głową, powtarzała w myślach: „No dalej, po prostu wyrzuć to z siebie”.
Jemima Lowe poczuła dłonie zaciskające się na jej kostkach. Jednym gwałtownym ruchem została wyszarpnięta z niewielkiej furgonetki. Uderzyła w ziemię plecami, a zaraz potem głową. Ból przeszył jej czaszkę jak spadająca gwiazda rozdziera mrok. Przez kilka sekund widziała tylko silne rozbłyski.
„Proszę, pozwól mi odejść”, błagała w duchu, bo żaden dźwięk nie chciał się wydobyć z jej nieruchomych warg.
Mięśnie w jej ciele zostały odłączone od mózgu. Kończyny odmówiły posłuszeństwa. Umysł wykrzykiwał polecenia, których reszta ciała nie chciała słuchać. Potrafiła bez trudu przebiec półmaraton, przepłynąć Kanał La Manche tam i z powrotem, przejechać rowerem dystans triatlonu, ale w tej chwili nie była w stanie nawet zacisnąć pięści. Przeklinała własne ciało za to, że tak okrutnie ją zawiodło i uległo działaniu narkotyku.
Poczuła, że jest obracana na ziemi. Żwir wbijał się w odsłoniętą skórę na plecach, gdzie podwinęła się jej koszulka. Ktoś trzymał ją za kostki i wlókł po ziemi. Przez myśl przemknął jej obraz jaskiniowca wracającego do domu ze świeżo ubitą zwierzyną.
Teraz wleczono ją po trawie. Jej głowa podskakiwała na nierównościach. Zmienił się też kąt nachylenia. Wciągano ją pod górę. Głowę odrzuciło na bok, a wtedy policzek uderzył w mały kamień.
Wysłała instrukcje do swoich dłoni nakazujące przytrzymać się ziemi. Wiedziała, że jej jedyną szansą jest spowolnić to wszystko. Tylko tak mogła się uratować. Kciukiem i palcem wskazującym złapała kępkę trawy, ale zaraz ją wypuściła. Palce nie chciały się zacisnąć. Rozumiała, że narkotyk wniknął głęboko. Łzy frustracji piekły ją w oczy. Zdawała sobie sprawę, że wkrótce umrze, że nie zdoła tego powstrzymać.
Zbocze robiło się coraz bardziej strome, zmienił się kąt ułożenia jej ciała. Mężczyzna westchnął z wysiłku, przerywając ciszę. „Proszę, pozwól mi odejść”, pomodliła się raz jeszcze. Jej myśli stały się bardziej klarowne, lecz mięśnie nie chciały za nimi nadążyć. Zatrzymali się. Jej nogi leżały teraz w jednej linii z plecami.
– Chcesz, żebym przestał, prawda, Jemimo?
Ten głos. Jedyny, jaki słyszała od dwudziestu czterech godzin. Zmroził ją do szpiku kości.
– Też chciałem, żebyś przestała, Jemimo. Ale mnie nie słuchałaś.
Już wcześniej próbowała mu wszystko wytłumaczyć, jednak nie znajdowała właściwych słów. Jak miałaby wyjaśnić komukolwiek to, co się zdarzyło tamtego dnia? W jej własnej głowie prawda brzmiała zupełnie niewiarygodnie, a gdy tylko otwierała usta, brzmiała jeszcze gorzej.
– Jedna z was wepchnęła mi w usta skarpetę, żebym nie mógł krzyczeć.
Chciała przeprosić. Powiedzieć, że żałuje tego, co zrobiła. Przez większość dorosłego życia uciekała przed wspomnieniami tamtego dnia. Ale to nigdy nie działało. Wciąż czuła wstyd.
„Proszę, pozwól mi wyjaśnić!”, krzyczał błagalnie jej odrętwiały umysł. Gdyby tylko miała chwilę do namysłu, na pewno powiedziałaby coś właściwego. Zdołała nawet otworzyć usta. Lecz zanim zebrała dość siły, żeby się odezwać, wepchnął jej coś między wargi. Język Jemimy cofnął się przed czymś gęstym i suchym.
– Każdej nocy przed snem słyszę wyłącznie twój śmiech.
Kolejna garść ziemi wepchnięta w jej usta. Czuła, jak przesuwa się niżej i blokuje drogi oddechowe. W jej gardle narastał krzyk, który nie mógł znaleźć ujścia.
– Już nigdy więcej nie usłyszę twojego śmiechu.
Trzecia garść ziemi, a potem dłoń dociśnięta do jej twarzy. Policzki Jemimy nadęły się, usiłując pomieścić wtłoczoną w usta ziemię. Jedyny otwór, którym mogła się z nich wydostać, prowadził do gardła. Czuła, jak tlen opuszcza jej ciało.
Szarpnęła głową, usiłując uwolnić się od dłoni, która zasłaniała jej usta. W myślach jej ruch był silny i stanowczy. W rzeczywistości przypominał żałosne wicie się.
– A potem mnie przytrzymałaś, pamiętasz, Jemimo?
„Czy tak się wtedy czuł?”, zastanawiała się, gdy jej organizm walczył o oddech.
Życie wyciekało z niej i wsiąkało w ziemię. Jej umysł krzyczał, ale ciało nie mogło zaprotestować.
Dłoń poruszyła się na moment, a w niej rozbłysła ulotna nadzieja, że to koniec. Aż coś uderzyło ją w twarz. Usłyszała trzask pękającej kości i po sekundzie w jej głowie eksplodował ból. Krew trysnęła z nosa, spłynęła strumieniem po ustach. Jemima mimowolnie krzyknęła, choć nie wydobył się z niej żaden dźwięk. Skurcz mięśni zepchnął tylko jeszcze więcej ziemi w dół gardła.
Ciało zareagowało odruchem wymiotnym, zaczynała się dusić. Próbowała przełykać suchą ziemię, ale ta oblepiała ściany przełyku jak świeżo wylana smoła. Łzy płynęły jej ciurkiem, gdy rozpaczliwie szukała w ciele resztek tchu.
Drugi cios trafił w policzek.
Umysł wrzeszczał w agonii. Wiła się rozpaczliwie, lecz grudy ziemi tłumiły jej krzyki przerażenia.
Trzeci cios padł na wargi. Wybił zęby z dziąseł.
Kiedy jej ciało, centymetr po centymetrze, poddawało się cierpieniu, raz jeszcze dotarł do niej spokojny głos:
– Nie będę już oglądał w snach twojej twarzy.
Zanim zamknęła się nad nią ciemność, w głowie Jemimy pojawiła się jeszcze jedna, ostatnia myśl: „Proszę, pozwól mi umrzeć”.
Kim zapukała raz, po czym weszła do królestwa swojego szefa, inspektora Woodwarda, zajmującego narożne biuro na trzecim piętrze komendy policji w Halesowen. Przy uchu trzymał słuchawkę telefonu stacjonarnego. Z lekką irytacją widoczną na twarzy raptownie zakończył połączenie.
– Nie chciało ci się zaczekać na słowo „proszę”? – burknął.
– Yyy... chciałeś mnie widzieć, szefie – przypomniała mu. Nie mógł jej zarzucić, że przyszła bez zapowiedzi.
Spojrzał na zegarek.
– Jakąś godzinę temu.
– Naprawdę? Jak ten czas leci.
Stanęła za krzesłem zwróconym w jego stronę. Woodward oparł się wygodnie i posłał jej coś, co wedle jej szacunków można było uznać za uśmiech. Chociaż nie dałaby sobie za to uciąć ręki.
– Gratuluję wczorajszego sukcesu w sprawie Ashrafa Nadira. Gdybyś się tak nie upierała, że w proceder zaangażowanych było więcej osób, nigdy nie trafilibyśmy na tę drugą lokalizację.
Kim przyjęła komplement. Jej niestrudzone starania Woody zdołał zawrzeć w zaledwie jednym zdaniu. O ile dobrze pamiętała, czterokrotnie musiała prosić o pozwolenie na przyjrzenie się Ashrafowi Nadirowi, po tym jak widziała go rozmawiającego z mężczyzną podejrzanym o udział w głośnej sprawie z Birmingham. Może nie rozbiła obozu pod biurem Woody’ego, ale była bliska zakupu namiotu.
Cofnęła się z zamiarem wyjścia.
– Nie tak prędko, Stone. Mam parę pytań.
Czyli nie wezwał jej do siebie tylko po to, żeby ją poklepać po plecach. Dopiero teraz zauważyła na jego biurku równy stos raportów jej zespołu z nalotu na dom Nadira. Założył okulary do czytania i wziął do ręki pierwszą stronę raportu leżącego na samej górze, co zapewne było jedynie grą. Kim wiedziała, że wszystkie pytania, które chciał jej zadać, miał już w głowie.
– Potrafisz wyjaśnić różnicę w czasie wydania nakazu i waszego wejścia na teren Nadira?
– Różnica była nieznaczna, szefie – odparła zgodnie z prawdą.
– Liczona w minutach czy sekundach?
– W sekundach.
– Jedno- czy dwucyfrowa? – Zdjął okulary i popatrzył na nią surowo.
– Jednocyfrowa.
Odłożył okulary na biurko.
– Stone. Czy nakaz został wydany, zanim weszłaś na teren posesji?
Odparła bez wahania:
– Tak.
Przemilczała, że stało się to w ostatniej chwili. Oraz to, że i tak zamierzała tam wejść, bez względu na wszystko. Miała skłonność do dokonywania oceny sytuacji pod wpływem impulsu, przez co narobiła sobie dostatecznie dużo problemów. Jeśli do tego dojdą uchybienia proceduralne, będzie miała przechlapane.
Przyglądał jej się podejrzliwie przez kolejnych kilka sekund, po czym postukał palcami w raporty.
– Poza tym nie ma się do czego przyczepić – zauważył.
Pokiwała głową na znak, że rozumie, i znów zrobiła krok w stronę drzwi.
– Do tego stopnia, że moim zdaniem ty i twoi ludzie zasłużyliście na małą nagrodę.
Zmrużyła oczy i nastawiła uszu. Teraz to ona stała się podejrzliwa.
– Pamiętasz spotkanie na temat ośrodka w Wall Heath? – spytał.
Pokiwała głową.
– Tego, gdzie robią badania kryminalistyczne? Jasne, że pamiętam.
Wszyscy do poziomu komisarza zostali zwołani na specjalną konferencję tuż po otwarciu ośrodka. Nazwano go Westerley i zajmowano się w nim badaniem ludzkiego ciała po śmierci.
Kim pomyślała, że temperatury panujące w połowie lipca musiały mocno dać się we znaki jej szefowi. Na zewnątrz były dwadzieścia trzy stopnie, co zmusiło go jedynie do rozpięcia mankietów koszuli, ale wewnątrz najwyraźniej wszystko mu się przepaliło. Domykanie spraw to nie gra w kręgle. Rozwiązanie jednej nie oznaczało, że pozostałe automatycznie się wyjaśniły. Jej ludzie mieli na biurkach całe mnóstwo innych dochodzeń w toku i Woody dobrze o tym wiedział.
– Szefie, może pogadamy o tym później? – zaproponowała. – W weekend wpłynęło do nas sześć nowych spraw.
Na jego twarzy znów pojawił się ten nibyuśmiech.
– Nie, Stone. Od kilku tygodni czekałem, aż nadarzy się okazja. Nie chciałem tego zaczynać, dopóki sprawa Nadira była otwarta. Ale dziś tam pojedziesz.
Nauczyła się już, że kiedy szef pozostawał nieugięty, to należało odpuścić i nie toczyć przegranej z góry bitwy. Musiała jednak podjąć tę jedną, ostatnią próbę.
– Jest jakiś szczególny powód, dla którego akurat teraz...?
– W West Mercii w ostatnim miesiącu rozwiązali dwie stare, niewyjaśnione sprawy właśnie dzięki badaniom przeprowadzonym w Westerley – oznajmił, a jego mina nie pozostawiała wątpliwości, że to koniec dyskusji.
Mają tam jechać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginałuPlay Dead
Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech
Redaktor prowadzącyDominik Leszczyński
RedakcjaAleksandra Kubis
KorektaAnna Burger
Copyright © Angela Marsons 2016 Published in Great Britain in 2016 by Bookouture, an imprint of Storyfire Ltd. Copyright © for the Polish translation by Edyta Stępkowska, 2026 Copyright © for the Polish edition by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026
Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
ISBN 978-83-8360-378-0
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
