Wojna światów - Herbert George Wells - ebook
Opis

Wojna światów” to powieść z gatunku science fiction autorstwa Herberta George’a Wellsa. Utwór ukazał się w 1898 roku.

 

Książka uważana jest za jedną z najważniejszych w historii światowej literatury fantastycznej. Należy do kanonu gatunku i na wiele lat wprowadziła fantastykę na tory apokaliptycznych wizji przyszłości. Powieść przedstawia inwazję Marsjan na Ziemię. Przybysze chcą opanować Ziemię, a ludzie stanowić mają dla nich źródło pożywienia. Wells opisał w swojej wizji różne postawy społeczne przejawiane przez ludzi w obliczu globalnego zagrożenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 217

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis

2018

ISBN: 978-83-65922-60-1
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Księga I. Najazd Marsjan

Rozdział I - W przeddzień wojny

Nikt nie uwierzyłby pod koniec wieku XIX, że sprawy ludzkie były przedmiotem obserwacji uważnej i wytrwałej istot inteligentniejszych od człowieka, aczkolwiek, tak jak on, śmiertelnych; że podczas gdy ludzi zajmowały kłopoty własne, śledzono ich i studiowano, kto wie, czy nie tak samo skrzętnie, jak człowiek śledzi i studiuje przy pomocy mikroskopu twory dziwaczne, rojące się i rozmnażające w kropli wody. Niezmiernie zadowoleni z siebie kręcili się ludziska po kuli ziemskiej, pilnując spraw małostkowych, pogodni, przejęci bowiem pewnością, że panują nad materią. Być może, iż wymoczki obserwowane pod mikroskopem myślą tak samo. I nikomu na myśl nie przyszło, że krążące w przestworzu światy starsze mogą być źródłem niebezpieczeństwa dla nas, a jeżeli myślano o nich, to tylko dlatego, aby zwalczać ideę istnienia tam życia, jako niemożebną i nieprawdopodobną. Warto przypomnieć kilka przyzwyczajeń myślowych z czasów owych minionych. I tak ludzie ziemscy wyobrażali sobie, że co najwyżej Mars może być zamieszkiwany przez istoty ludzkie, zapewne gatunku niższego i gotowe powitać radośnie wszelką próbę rozpoczęcia śród nich pracy misyjnej. Tymczasem, poprzez otchłań przestrzeni, umysły będące w stosunku do nas takimi, jak nasze w stosunku do umysłów bydlęcych; inteligencje ogromne, zimne i niesympatyczne spoglądały na ziemię naszą oczyma zazdrości, przygotowywały wolno lecz pewnie plany jej zaboru i oto na początku wieku XX nastąpiło wielkie rozczarowanie rodzaju ludzkiego.

Zbyteczne jest niemal przypominanie czytelnikowi, że planeta Mars krąży dokoła Słońca przeciętnie w odległości 140000000 mil angielskich, to jest 30000000 mil geograficznych, oraz że otrzymuje od niego zaledwie połowę tego światła i ciepła, jakie dochodzą do naszego świata. Jeżeli hipoteza o mgławicach zawiera w sobie prawdę, to Mars musi być starszy od ziemi i życie na powierzchni jego rozpoczęło się już wówczas, gdy świat nasz znajdował się jeszcze w stanie płynnym. To zaś, że Mars posiada objętość siedem razy mniejszą od Ziemi, przyspieszyło ochłodzenie się jego do stopnia, przy którym życie może się rozpocząć. Posiada przy tym powietrze i wodę oraz wszystko, czego potrzeba dla bytu istot ożywionych.

Pomimo to człowiek jest tak zarozumiały i tak zaślepiony pod wpływem zarozumiałości, że pod sam koniec XIX stulecia nie znalazł się pisarz, który by wyraził przypuszczenie, iż życie intelektualne może się rozwijać tam lub w ogóle poza obrębem atmosfery ziemskiej. Nie rozumiano również tego, że Mars, będąc starszym od Ziemi, posiadając powierzchnię równą zaledwie jednej czwartej jej powierzchni oraz znajdując się w większym oddaleniu od Słońca – musi posiadać warunki nie tylko opóźniające rozwój życia, ale także przyspieszające jego koniec.

Proces ochładzania się ciała planety, który i naszej Ziemi da się kiedyś uczuć dotkliwie, posunął się już znacznie naprzód u naszego sąsiada. Co prawda warunki jego fizyczne są dla nas jeszcze tajemnicą, to jednak wiemy już obecnie, że nawet w okolicach jego podzwrotnikowych, temperatura południa nie o wiele przewyższa temperaturę naszych jasnych dni zimowych. Poza tym powietrze Marsa jest bardziej rozrzedzone niż nasze, oceany jego skurczyły się tak, że zajmują zaledwie jedną trzecią powierzchni planety, a przy nadejściu lata, olbrzymie śniegi zebrane u jego biegunów podczas zimy, roztapiają się, zalewając strefy umiarkowane. Ostatni stopień wyczerpania, tak niezmiernie jeszcze od nas daleki, stał się zagadnieniem dnia dla mieszkańców Marsa. Nacisk nieubłaganej konieczności rozszerzył zakres ich inteligencji i siły, a jednocześnie znieczulił serca. Gdy zaś spoglądają w przestrzeń przy pomocy przyrządów i inteligencji takich, o jakich nam zaledwie marzyć wolno, to oczom ich przedstawia się w najbliższym sąsiedztwie, bo tylko o 35000000 mil angielskich w kierunku słońca, wspaniała jutrzenka nadziei: Ziemia nasza, okryta zielenią roślinności, wielkimi szarymi płatami wody, cieplejsza i o atmosferze mglistej – wymownym dowodzie żyzności – oraz z widokiem, w przerwach pomiędzy chmurami, na wielkie przestrzenie zaludnione i morza okryte okrętami.

Co się tyczy nas, ludzi, to musimy być dla nich istotami tak obcymi i niskimi, jak dla nas są małpy lub lemury. Intelektualizm ludzki przyznaje już to, że życie jest nieustanną walką o byt. Zdaje się, że to samo myślą i Marsjanie. Ich świat oziębił się już mocno, gdy tymczasem nasz jest pełen życia, ale zaludniony, ich zdaniem, przez istoty będące zwierzętami stojącymi na bardzo niskim stopniu rozwoju. Stoczyć zatem walkę z tym światem, jaśniejącym w kierunku Słońca, byłoby dla nich jedynym sposobem uniknięcia zagłady, która zbliża się coraz szybciej z każdym nowym pokoleniem.

Zanim więc osądzimy ich zbyt surowo, to przypomnijmy sobie bezwzględne i zupełne zniszczenie wyrządzone przez człowieka, nie tylko śród zwierząt, jak bizon lub ptak dront, lecz śród istot sobie podobnych, ale – zdaniem jego – należących do rasy niższej. Wszak Tasmańczycy byli także ludźmi, a jednak wypleniono ich doszczętnie podczas walki prowadzonej przeciwko nim przez emigrantów europejskich i to w przeciągu zaledwie lat pięćdziesięciu! Czyż jesteśmy istotnie takimi apostołami miłosierdzia, że mielibyśmy prawo narzekać, gdyby Marsjanie postąpili z nami w taki sam sposób?

Jak się zdaje, Marsjanie obliczyli najazd swój na Ziemię z dokładnością wprost zadziwiającą – wiedza ich matematyczna przewyższa najwidoczniej o wiele naszą – i przygotowali się do niego z jednomyślnością niemal doskonałą. Gdyby przyrządy nasze pozwoliły na to, to już daleko wstecz, w wieku XIX, moglibyśmy zauważyć grożące nam niebezpieczeństwo. Mężowie, jak Schiaparelli, badali ową czerwoną planetę – przy sposobności warto przytoczyć dziwny zbieg okoliczności, że już od niepamiętnych czasów uważano ją za gwiazdę wojny – nie mogli jednak wytłumaczyć sobie zmienności linii widocznych na Marsie, a które tak dokładnie oznaczali na jego mapach geograficznych. Przez cały ten czas Marsjanie przygotowywali się do czynu.

W czasie opozycji 1894 roku zauważyło najpierw obserwatorium Licka, a następnie Perrotin w Nicei, olbrzymie światło na oświetlonej przez słońce półkuli planety. Publiczność angielska dowiedziała, się o nim za pośrednictwem czasopisma przyrodniczego Nature dnia 2 sierpnia tego roku. Jestem usposobiony do przypuszczenia, że zjawisko powyższe towarzyszyło odlewaniu w ogromnej studni, wykopanej przez Marsjan, potwornego działa, z którego miano wyrzucać pociski na naszą planetę. Podczas następnych dwóch opozycji zauważono mniej więcej w tym samym miejscu dziwne znaki, dotychczas niewytłumaczone.

Nareszcie, przed sześciu laty, wybuchła nawałnica. Gdy Mars zbliżał się do opozycji, Lavelle z obserwatorium na wyspie Jawie zaalarmował telegraficznie wszystkie obserwatoria świata zadziwiającą wiadomością o strasznym wybuchu gazu palnego na tej planecie. Wybuch nastąpił około północy, spektroskop zaś, którego astronom natychmiast użył, wykazał masę gazów płonących, a przeważnie wodoru, dążącą z szybkością olbrzymią w kierunku naszej Ziemi. W kwadrans po dwunastej płomień ten stał się już niewidoczny. W raporcie swym astronom porównał ów wybuch tak nagły, a przy tym tak gwałtowny do gazów płonących, wypadających z działa podczas strzału.

Zdanie to okazało się później niezwykle trafnym. Niemniej jednak dnia następnego dzienniki nic o tym zjawisku nie wspomniały. Jeden tylko Daily Telegraph podał krótką notatkę i świat poszedł swoją drogą, nic nie wiedząc o jednym z największych niebezpieczeństw, jakie kiedykolwiek zagrażało rasie ludzkiej.

I ja nic nie wiedziałbym o wybuchu, gdyby nie to, że w Ottershaw spotkałem znanego astronoma Ogilvy’ego. Podniecony był wiadomością o zjawisku do tego stopnia, że w nadmiarze uczuć zaprosił mnie, abym towarzyszył mu w nocy do obserwatorium i przyjrzał się Marsowi.

Pomimo wszystko, co zaszło od tego czasu, pamiętam dokładnie ową noc z nim spędzoną, czarne i ciche obserwatorium, zasłoniętą latarnię rzucającą słabe światełko na podłogę w kącie sali, ciągłe cykanie mechanizmu zegarowego teleskopu, niewielką szparę w kopule: podłużną przepaść, usianą w poprzek pyłem gwiaździstym. Ogilvy kręcił się po sali. Był niewidoczny, lecz słyszałem jego kroki. Spojrzawszy w teleskop, ujrzałem koło ciemnego błękitu i posuwającą się pośród niego małą, okrągłą planetę. Zdawała się tak malutką, jasną, spokojną i drżącą! Drżenie to jednak pochodziło od mechanizmu zegarowego, nadającego teleskopowi ruch obrotowy.

W miarę jak przypatrywałem się jej bacznie, zdawało mi się, że to zbliża się ku nam, to oddala. Było to złudzenie, wywołane zmęczeniem oka. Czterdzieści milionów mil oddzielało ją od nas. Czterdzieści milionów mil próżni! Jakże mało ludzi zdaje sobie sprawę z ogromu przestrzeni, śród których płyną pyłki wszechświata materialnego!

W pobliżu planety widzialne były trzy maleńkie punkciki świetlne, trzy niezmiernie odległe gwiazdeczki, poza tym zaś niezgłębiona ciemność próżni. A niewidzialne dla mnie ze względu na swą małość i odległość, lecąc szybko i stale przez te przestwory olbrzymie, zbliżając się z każdą minutą o tysiące mil, podążała Rzecz, którą do nas wysłali. Rzecz, która miała spowodować tyle walki, nieszczęść i śmierci na Ziemi! Nie marzyłem nawet o niej podczas owej nocy czuwania, bo też nikt na Ziemi nie spodziewał się jeszcze tego niechybnego pocisku.

Tej samej nocy powtórzył się wybuch gazów na planecie. Widziałem go. Właśnie chronometr uderzył północ, gdy zjawił się ów błysk czerwony. Zawołałem Ogilvy’ego. Zajął więc moje miejsce przy teleskopie.

Noc była ciepła. Uczułem pragnienie, poszedłem więc po omacku, przeciągając zdrętwiałe nogi, ku małemu stolikowi, na którym stał syfon, Ogilvy zaś wyrażał głośno zdziwienie, obserwując olbrzymi płomień gazu, tryskający w naszym kierunku.

Nocy tej drugi, niewidzialny pocisk ruszył z Marsa w drogę ku Ziemi.

Ogilvy obserwował do godziny pierwszej po północy, po czym zabraliśmy latarnię i poszliśmy w stronę jego domu. U stóp wzgórza rozpościerało się w ciemności Ottershaw i Chertsey i tysiące ludzi spało głęboko w spokoju.

Rozmawialiśmy po drodze o Marsie i astronom drwił z „głupiego” przypuszczenia, że planeta ta posiada mieszkańców, którzy przesyłają nam sygnały. Jego zdaniem, przyczyną owego zjawiska świetlnego, które widzieliśmy, był albo deszcz meteorytów spadających na planetę, albo też potężny wybuch wulkaniczny. Tłumaczył mi przy tym, jak nieprawdopodobne jest, aby ewolucja organizmów odbyła się w jeden i ten sam sposób na dwóch sąsiednich planetach.

– Istnieje jedna zaledwie szansa na milion, aby istoty przypominające w jakikolwiek sposób człowieka istniały na Marsie.

Setki astronomów spostrzegło na Marsie wybuch płomienny tej nocy i następnej, i ogółem w ciągu nocy dziesięciu. Dlaczego wybuchy ustały po dziesięciu nocach – nikt nie umiał wytłumaczyć. Być może, iż gazy, wywiązujące się przy każdym wybuchu, stały się dla Marsjan uciążliwe. Gęste obłoki dymu czy też pyłu, widzialne przez najsilniejsze teleskopy pod postacią szarych, zmiennych plamek, rozprzestrzeniły się po atmosferze planety, zaciemniając tak dobrze znane astronomom cechy jej powierzchni.

Już nawet uwagę prasy codziennej zwróciły te zaburzenia na Marsie. Pojawiły się najpierw tu i ówdzie, a potem wszędzie, artykuły popularne dotyczące wulkanów na Marsie. Pamiętam, jak satyryczno-komiczny Punch podał z tego powodu doskonały rysunek, zastosowany do ówczesnej sytuacji politycznej. A tymczasem niespodziewane przez nikogo pociski, wyrzucane przez Marsa w naszym kierunku, dążąc obecnie z szybkością wielu mil na sekundę przez próżne otchłanie przestrzeni, co dzień i co godzina znajdowały się bliżej i bliżej. Zdaje mi się obecnie po prostu nie do uwierzenia dziwnym, że pomimo tak prędko mającej nastąpić katastrofy ludzie zajęci byli drobnostkowymi sprawami swoimi. Przypominam sobie na przykład, jak Markham radował się z otrzymania dla pisma obrazkowego, które podówczas redagował, najnowszej fotografii Marsa. Co do mnie, to zajęty byłem bardzo nauką jazdy na bicyklu oraz pisaniem serii artykułów o rozwoju pojęcia moralności w miarę postępu świata.

Pewnej nocy (pierwszy pocisk mógł znajdować się wówczas co najwyżej w oddaleniu 10000000 mil angielskich od nas) wyszedłem na przechadzkę z żoną. Noc była gwiaździsta, toteż objaśniałem żonie znaki Zodiaku i pokazałem Marsa: jasny punkcik wznoszący się ku zenitowi, ku któremu zwracało się w owej chwili tyle teleskopów. Gdy powracaliśmy do domu, minęła nas, grając i śpiewając, grupa osób z Chertsey lub Islewarthu wracająca z wycieczki. W górnych oknach domków widniały światła. Ludzie układali się do spoczynku. Z dala od stacji kolejowej dochodził uszu naszych turkot, słychać było uderzenia złagodzone oddaleniem, uderzenia metaliczne wekslowanych pociągów. Żona zwróciła mi uwagę na wyrazistość czerwonych, zielonych i żółtych światełek sygnałów kolejowych, rozpościerających się siecią na ciemnym tle nieba. Wszystko zdawało się tak bezpieczne i spokojne!

Rozdział II - Spadająca gwiazda

Nadeszła wreszcie noc, w której pierwsza gwiazda spadła na Ziemię. Widziano ją nad ranem, szybującą w kierunku wschodnim, ponad Winchesterem pod postacią linii płomiennej wysoko w atmosferze. Setki ludzi musiały ją widzieć i wziąć za zwykłą gwiazdę spadającą. Albin twierdził, że pozostawiała za sobą ślad barwy zielonkawej błyszczący jeszcze w kilka sekund po jej przejściu. Denning, największa nasza powaga co do meteorytów, oświadczył, że pojawiła się oczom naszym dopiero na wysokości dziewięćdziesięciu do stu mil od powierzchni Ziemi oraz że upadła o jakie sto mil na wschód od niego.

Byłem podówczas w gabinecie moim zajęty pisaniem, lecz nic nie spostrzegłem, aczkolwiek nie zasłoniłem okna roletą, lubiłem bowiem spoglądać od czasu do czasu na gwiazdy. A jednak najdziwaczniejsza z rzeczy, jakie kiedykolwiek spadły na Ziemię, musiała spaść właśnie wówczas, gdy siedziałem przy biurku i byłbym ją ujrzał, gdybym był podniósł oczy. Niektórzy z tych, którzy ją widzieli, twierdzą, że leciała ze świstem. Ale ja i świstu tego nie słyszałem.

Biedny Ogilvy za to ujrzał spadającą gwiazdę i będąc pewny, że meteoryt leży w polach pomiędzy Horsell, Ottershaw i Woking, wybrał się bardzo rano na poszukiwania. Istotnie znalazł go niedaleko od kopalni piasku. Od uderzenia pocisku powstała olbrzymia wyrwa w ziemi, piasek zaś i żwir, wyrzucone gwałtownie na wrzosy i zarośla, utworzyły pagórki widoczne na odległość półtorej mili angielskiej. Powstał przy tym śród wrzosów w kierunku wschodnim pożar i lekki dym niebieski unosił się w powietrzu.

Co się tyczy przedmiotu tajemniczego, to leżał niemal zupełnie pogrzebany w piasku, śród rozrzuconych odłamków jodły, którą zdruzgotał, spadając. Część wystająca z piasku miała kształt ogromnego cylindra okrytego tak grubą łuskowatą warstwą żużli, że zmieniała niemal jego zarysy. Średnica wierzchu wynosiła około trzydziestu jardów (90 stóp). Ogilvy zbliżył się do przedmiotu zdziwiony jego wielkością, a jeszcze bardziej kształtem, większość bowiem meteorytów jest mniej lub więcej kulista. Przedmiot jednak był tak rozgrzany skutkiem lotu przez powietrze, że podejść do niego blisko było niepodobna. Szum podobny do brzęczenia, jaki słychać było wewnątrz cylindra, astronom przypisywał nierównomierności ochładzania się powierzchni, nie przyszło mu bowiem wówczas jeszcze na myśl, że cylinder może być wydrążony.

Stojąc więc na brzegu dołu, który pocisk wydrążył siłą uderzenia, przyglądał się tajemniczemu przybyszowi, podziwiając dziwny kształt jego i barwę i nie mogąc zdać sobie sprawy z jego pochodzenia. Aczkolwiek ranek był bardzo jeszcze wczesny, to jednak słońce, które wyłoniło się było właśnie spoza sosen w kierunku Weybridge, przygrzewało już dobrze. Ciszy poranku nic nie przerywało, prócz szumu dochodzącego z wnętrza cylindra.

Nagle Ogilvy drgnął, spostrzegł bowiem, że u kolistego końca cylindra zaczynają odrywać się kawałki żużli, pokrywających jego powierzchnię i padać, jak deszcz, dookoła na piasek. Gdy zaś po chwili kawał szarej skorupy, większy od innych, oderwał się i upadł z hukiem na ziemię, astronomowi zabiło mocno serce.

W pierwszej chwili nie wiedział, co to znaczy, opuścił się więc, pomimo gorąca, do wyrwy, aby rzecz zbadać bliżej. Przypuszczał, że ochładzanie się, a więc i kurczenie meteorytu, może być przyczyną tego zjawiska. Wnet atoli uderzyło go to, że żużle odpadają tylko u końca cylindra. I wówczas dopiero zauważył, że kolisty koniec cylindra porusza się zwolna ruchem obrotowym dokoła swej osi. A ruch ten był tak spokojny, że stwierdził istnienie jego tylko po ruchu plamy czarnej, zauważonej na powierzchni. Jednocześnie usłyszał wewnątrz pocisku zgrzyt przygłuszony, a plama posunęła się o parę cali. Spostrzeżenie to było dla niego rozstrzygające. Błyskawicznie zrozumiał rzecz całą. Cylinder był sztuczny, wydrążony i posiadał zaśrubowaną pokrywę. W tej chwili właśnie pokrywę ową odkręcano!

– Na Boga – zawołał – ludzie są wewnątrz! Ludzie na poły spieczeni i usiłujący wydostać się z tego piekła!

I okrzyk ten powiązał się w umyśle jego, przez skojarzenie wyobrażeń z wybuchami, jakie obserwował przez teleskop na powierzchni Marsa.

Dręczony myślą cierpień, jakie znosić muszą stworzenia, zamknięte w gorącym pocisku, rzucił się do pokrywy, aby dopomóc w jej odkręcaniu, ale buchający z powierzchni cylindra upał powstrzymał jego zapędy, zanim zdążył oparzyć sobie ręce. Stał więc przez chwilę zakłopotany, po czym zawrócił, wydostał się z dołu i pobiegł jak szalony w stronę Wokingu. Musiała być wówczas godzina szósta rano. Na drodze spotkał człowieka z wozem. Próbował wytłumaczyć mu, co się dzieje opodal w polu, to jednak, co opowiadał i wygląd jego były tak dzikie – po drodze, biegnąc, zgubił czapkę – że woźnica odjechał co prędzej. Nie mniej bezskutecznie tłumaczył zajście szynkarzowi, który właśnie otwierał szynk w pobliżu mostu Horsell. Zagadnięty sądził, że ma do czynienia z wariatem, usiłował więc zamknąć go w szynku. Otrzeźwiony tą przygodą, ruszył dalej i przybył do Wokingu. Tam ujrzał Hendersona, dziennikarza londyńskiego, pracującego w swoim ogródku.

– Henderson! – zawołał przez płot – widziałeś w nocy spadającą gwiazdę?

– Bo co? – odparł dziennikarz.

– Leży obecnie na wygonie Horsell!

– Na Boga! Meteoryt! Świetna wiadomość!

– Więcej, niż meteoryt! Cylinder, sztuczny cylinder! A wewnątrz coś się rusza!

– Co-o? – krzyknął Henderson, niedowierzając, był bowiem głuchy na jedno ucho, i stanął oparty na szpadlu.

Ogilvy opowiedział mu, co widział. Henderson zastanawiał się chwilę nad tym, co usłyszał, po czym rzucił szpadel, porwał kurtkę i wybiegł na drogę. Obaj podążyli natychmiast ku wygonowi. Cylinder leżał tam, jak przedtem. Szmer jednak ustał we wnętrzu jego, pomiędzy zaś pokrywą a ciałem cylindra widniała szpara, a w niej krąg błyszczącego metalu. Przez szparę wchodziło do wnętrza, czy też wychodziło stamtąd, powietrze, wydając ostry dźwięk syczący.

Przybysze słuchali, uderzali o powierzchnię cylindra kijem, ale nie otrzymawszy odpowiedzi przyszli do wniosku, że ludzie zamknięci w pocisku stracili przytomność albo też skonali.

Ma się rozumieć, że siły astronoma i dziennikarza były za słabe, aby w danym razie coś pomóc, powrócili więc obaj co prędzej do miasteczka dla sprowadzenia posiłków. Można sobie wyobrazić, co o nich myślano, gdy zakurzeni, okryci piaskiem, z ubraniami w nieładzie i podnieceni biegli ulicą właśnie, gdy mieszkańcy miasteczka otwierali okiennice sklepów i okna pokoi sypialnych. Henderson udał się wprost na stację kolejową, by zatelegrafować do swego dziennika w Londynie. Artykuły dziennikarskie o wybuchach na Marsie przygotowały już czytelników do wiadomości tak sensacyjnej.

Około godziny ósmej rano grupy chłopców i mężczyzn bez zajęcia ruszyły już na wygon, by zobaczyć umarłych ludzi z Marsa. Taki bowiem kształt przybrała plotka. Co do mnie, to usłyszałem o niej po raz pierwszy około trzech kwadransów na dziewiątą z ust chłopca, sprzedającego dzienniki, gdym wyszedł z domu, aby kupić, jak zwykle, numer Daily Chronicle. Wiadomość wywarła na mnie, naturalnie, wielkie wrażenie, toteż, nie tracąc czasu, ruszyłem przez most na Ottershaw, ku kopalniom piasku.

Rozdział III - Na wygonie Horsell

Gromadka złożona mniej więcej z dwudziestu osób otaczała ogromną wyrwę, w której leżał cylinder. Opisałem już wygląd tego potężnego pocisku osadzonego w ziemi. Trawa, a nawet żwir dokoła były spalone, jakby skutkiem gwałtownego wybuchu płomieni. Bez wątpienia, uderzenie pocisku wywołało ogień. Henderson i Ogilvy nie byli obecni. Zdaje się, że przyszedłszy do wniosku, iż w danej chwili nic zrobić nie mogą, poszli obaj na śniadanie do domu Hendersona.

Czterech czy pięciu chłopców siedziało na brzegu wyrwy, zwiesiwszy nogi i bawiło się – dopóki ich nie powstrzymałem – rzucaniem kamieni w olbrzymią masę.

Śród widzów znajdowało się kilku cyklistów. Ogrodnik, którego najmowałem czasem do pracy w moim ogródku, dziewczę z niemowlęciem na ręku, rzeźnik Gregg z małym synkiem i wreszcie kilku chłopców do posyłek, przesiadujących zwykle na stacji kolejowej. Niewiele rozmawiano, w owe czasy bowiem mało prostych ludzi w Anglii miało choćby jakie takie pojęcie o astronomii. Większość widzów utkwiła wzrok spokojny w podobny do ogromnego okrągłego stołu koniec cylindra, znajdujący się w owej chwili w takim samym położeniu, w jakim pozostawił go Ogilvy z Hendersonem. Na niektórych twarzach znać było rozczarowanie, widzowie bowiem spodziewali się znaleźć tu stos ciał spalonych, toteż odchodzili zniechęceni, na ich miejsce natomiast ściągali inni. Zeszedłem do wyrwy. Gdy stanąłem na dnie, zdawało mi się, że odczuwam ruch pod nogami. Pokrywa jednak cylindra była nieruchoma.

Dopiero podszedłszy do samego pocisku, mogłem zdać sobie w całej pełni sprawę z jego potworności. Przy pierwszym rzucie oka nie robił większego wrażenia, jak przewrócony wóz lub drzewo wyrwane przez burzę. Stąd zaś, gdzie stałem, przypominał najbardziej wielki zbiornik gazu wkopany w ziemię. Posiadając pewne wykształcenie naukowe, spostrzegłem, że okrywająca go skorupa, nie jest bynajmniej zwykłym oksydem, oraz że jasnożółty metal, widniejący w szparze pomiędzy pokrywą a resztą masy cylindra, nie przypomina żadnego z naszych metali.

Moim zdaniem nie ulegało wątpliwości, że dziwaczny ten przedmiot przyleciał z Marsa, uważałem jednak za nieprawdopodobne, aby zawierał istoty żyjące, aczkolwiek wbrew opiniom Ogilvy’ego przypuszczałem istnienie ludzi na Marsie. Być może – myślałem – pokrywa odkręciła się automatycznie, a wewnątrz cylindra znajdują się rękopisy, przysłano nam przez Marsjan. I nagle zastanowiłem się, czy będzie można pismo to odczytać oraz czy Marsjanie przysłali nam także wzory swoich monet i wyrobów. Z drugiej wszakże strony cylinder wydawał mi się zbyt wielki, aby miał służyć tylko do takich celów. Toteż z niecierpliwością oczekiwałem otwarcia. Ale gdy do godziny jedenastej nic się w nim nie ruszyło, powędrowałem zamyślony z powrotem do mego domu w Maybury. Myśl jednak o cylindrze nie pozwoliła mi zabrać się do badań abstrakcyjnych.

Po południu wygląd okolicy zmienił się bardzo. Wczesne wydania dzienników wieczornych, zaalarmowały ludność Londynu olbrzymimi nagłówkami:

WIADOMOŚCI Z MARSA

ZADZIWIAJĄCE NOWINY Z WOKINGU

itd.

Poza tym telegram, wysłany przez Ogilvy’ego do biura astronomicznego w Londynie, poruszył wszystkie obserwatoria w Trójkrólestwie.

Na drodze w pobliżu wygonu stało pół tuzina kabrioletów ze stacji kolejowej w Wokingu, powozik koszykowy z Chobhamu i jakaś wytworna kareta. Prócz tego widniał cały stos bicyklów. Gromady ludu przywędrowały, pomimo upału, piechotą z Wokingu i Chertsey, toteż dokoła wyrwy utworzył się tłum wcale liczny. Śród ciżby widniało kilka pań jaskrawo ubranych.

Upał stawał się coraz większy. Żadnej chmurki na niebie, najmniejszy powiew wiatru nie chłodził rozpalonego powietrza, a jedyny cień stanowiło kilka rozrzuconych po wygonie sosen. Stłumiono już pożar wrzosów, ale z czarnej, wypalonej płaszczyzny, w kierunku Ottershaw, unosiły się jeszcze, jak daleko okiem sięgnąć, prostopadłe smugi dymu. Jeden z przedsiębiorczych handlarzy łakoci z Chobham Road przysłał na wygon syna z wózkiem pełnym jabłek i piwa imbirowego.

Zbliżywszy się do brzegu wyrwy, spostrzegłem na jej dnie z pół tuzina osób, a między nimi, prócz Hendersona i Ogilvy’ego, jasnowłosego mężczyznę, jak się następnie okazało, astronoma Stenta z obserwatorium królewskiego, oraz paru robotników ze szpadlami i oskardami. Stent wydawał rozkazy głosem donośnym i krzykliwym. Stał przy tym na cylindrze, który widocznie ochłódł już bardzo. Twarz astronoma była zaczerwieniona i okryta potem. Jak przypuszczam, gniewał się o coś.

Robotnicy odkopali już część pocisku, ale dolna jego połowa tkwiła jeszcze w ziemi. Jak tylko Ogilvy spostrzegł mnie śród tłumu nad brzegiem wyrwy, zawołał, abym zeszedł na dół, a gdy to uczyniłem, spytał, czy nie poszedłbym do właściciela wygonu, lorda Hiltona.

– Wzrastający tłum – mówił – przeszkadza przy odkopywaniu cylindra, chodzi więc o to, aby lord pozwolił na ustawienie bariery dokoła wyrwy.

Z dalszego toku rozmowy dowiedziałem się, że od czasu do czasu słychać było jakieś dźwięki wewnątrz cylindra, robotnicy jednak nie mogli odkręcić pokrywy, gdyż nie dawała im punktu zaczepienia. Co się tyczy samego pudła pocisku, to okazało się, że posiada ściany niezmiernie grube, być więc może, iż słabe dźwięki, dochodzące z jego wnętrza, były w istocie wrzawą bardzo głośną.

Z całą przyjemnością pospieszyłem wykonać zlecenie Ogilvy’ego, zyskiwałem bowiem przez to miejsce uprzywilejowane śród pracujących w obrębie wyrwy. Nie zastałem jednak lorda Hiltona w domu. Powiedziano mi, że przybędzie z Londynu dopiero o godzinie szóstej wieczór. A ponieważ było dopiero po piątej, poszedłem więc do domu i napiłem się herbaty, po czym ruszyłem po lorda na stację kolejową.

Rozdział IV - Cylinder się otwiera

Słońce zachodziło, gdym powrócił na wygon. Na drodze z Wokingu ciągnęły gromady ludzi. Kilka osób powracało. Tłum dokoła wyrwy zwiększył się do kilkuset osób i widniał czarną masą na żółtym tle nieba. Słychać było podniesione głosy, a tłum kłębił się i parł do brzegu wyrwy. Dziwne urojenia snuły mi się po głowie.

Podszedłszy bliżej, usłyszałem głos Stenta:

– Proszę się cofnąć, proszę się cofnąć!

Obok mnie przebiegł pędem chłopak.

– Kręci się, kręci – wołał. – Nie podoba mi się to wcale. Uciekam do domu.

Wszedłem w tłum. Było tam ze dwieście lub trzysta osób rozpychających się łokciami i krzyczących jedna na drugą. Kilka pań znajdujących się w ciżbie, nie pozostawało w tyle za innymi.

– Wpadł do wyrwy! – ktoś zawołał.

– Proszę się cofnąć! – krzyczały inne głosy.

Tłum cofnął się istotnie, a ja, robiąc łokciami, przecisnąłem się na brzeg wyrwy.

– Słuchaj – zawołał, ujrzawszy mnie, Ogilvy – dopomóż mi w powstrzymaniu tych idiotów, boć nie wiemy jeszcze, co może się znajdować w przeklętym cylindrze.

Na cylindrze stał młodzieniec – jak mi się zdaje, subiekt handlowy z Wokingu – i usiłował wydostać się z wyrwy, gdzie go tłum zepchnął.

Pokrywa cylindra obracała się tymczasem odkręcana z wewnątrz. Widać już było ze dwie stopy błyszczącej śruby. Ktoś popchnął mnie tak, że omal nie spadłem na wierzch pokrywy. Odwróciłem się, złorzecząc. W tej chwili pokrywa musiała odkręcić się zupełnie, gdyż padła z głuchym hukiem na żwir, wydając dźwięk metaliczny. Wparłem się łokciami w osobę, poza mną stojącą i przez wysiłek ten zdołałem znów zwrócić się twarzą do tajemniczego przedmiotu. W pierwszej chwili otwór okrągły w cylindrze zdawał mi się zupełnie czarny. Co prawda słońce świeciło mi prosto w oczy.

Jestem pewny, że każdy z widzów spodziewał się ujrzeć w pocisku ludzi – a jeżeli już nie istoty zupełnie podobne do nas, ludzi ziemskich, to w każdym razie coś przypominającego w głównych zarysach człowieka. Tak przynajmniej ja przypuszczałem. Tymczasem, wpatrzywszy się w otwór, ujrzałem w cieniu coś szarego o ruchach falistych, a potem dwa świecące kręgi w kształcie oczu. Nagle z masy tej wyłonił się wyrostek, przypominający szarego węża, grubości laski, i wijąc się w powietrzu skierował się w moją stronę. Po chwili ukazał się jeszcze drugi.

Mrowie przeszło po mnie. Jakaś kobieta krzyknęła głośno za mymi plecami. Odwróciłem się bokiem, mając oczy wciąż utkwione w cylinder, z którego wyłaniało się już więcej macek, i zacząłem rozpychać tłum, cofając się od brzegu wyrwy. Na twarzach osób obok mnie stojących malowało się, zamiast zdziwienia, przerażenie. Rozlegały się dźwięki nieartykułowane ze wszystkich stron. Cały tłum cofał się teraz pośpiesznie. Pewien sklepikarz, zsunąwszy się poprzednio do wyrwy, usiłował wydobyć się z niej gwałtownie. Wszyscy moi sąsiedzi zbiegli. Pozostałem więc sam jeden. Na przeciwległym brzegu wyrwy, ciżba rozproszyła się także. Śród uciekających spostrzegłem astronoma Stenta. Spojrzałem znów na cylinder. Ogarnęła mnie nieprzezwyciężona trwoga. Po prostu skamieniałem.

Wielkie, szarawo, zaokrąglone ciało, dorównujące może rozmiarami niedźwiedziowi, wydźwignęło się wolno i z trudem z głębi cylindra. Powierzchnia jego, napęczniała i połyskiwała w zachodzącym słońcu jak mokra skóra. Ze środka wpatrywało się we mnie uporczywie dwoje wielkich ciemnych oczu. Straszna ta istota posiadała coś w kształcie twarzy. Pod oczami znajdowały się usta, których brzegi pozbawione warg, dyszały, drżąc i wypuszczając ślinę. Cały korpus poruszał się i pulsował konwulsyjnie. Jeden z wyrostków ciała chwycił się mocno brzegu cylindra, drugi zaś wił się w powietrzu.

Kto